Tag: ukryte skarby

Jaskinia Zbójecka Jama w Gorcach

przez , 01.lip.2017, w Pod ziemią

Otwór wejściowyJaskinia Zbójnicka Jama jest największą jaskinią Gorców. Położona jest na zachodnich zboczach Jaworzyny Kamienickiej 1288 m n.p.m. w masywie Gorców. Otwór wejściowy znajduje się w odległości około 800 metrów od Kapliczki Bulandy (1904 rok) ustawionej na polanie Jaworzyna Kamieniecka.
Wejście do jaskini nie jest łatwe, ponieważ za otworem wejściowym rozpoczyna się pionową studzienką o głębokości 3,5 metra. Otwór wejściowy zarówno jak i studzienka porośnięte są glonami i wątrobowcami. Jest jaskinią statyczną, zimą ciepłe powietrze wydobywające się z jej wnętrza topi śnieg w otworze wejściowym.

Od dna studzienki odchodzi szczelina o przebiegu NE-SW rozpoczynająca dalsze partie jaskini: w kierunku południowo – zachodnim i północno – wschodnim. Korytarze kończą się zawaliskami. Jest to jaskinia osuwiskowo – szczelinowo – zawaliskowa, z widoczną wewnątrz infiltracją wody. Powstała najprawdopodobniej w tracie tworzenia się osuwiska, w jego początkowym etapie, w piaskowcach magurskich. Pierwsza udokumentowana wzmianka o Zbójnickiej Jamie pochodzi z 1914 roku – wspominał o niej popularyzator Beskidów i Gorców Kazimierz Sosnowski. Podczas II wojny światowej była schronieniem dla miejscowych partyzantów. Do 2003 roku jej oficjalna długość wynosiła 25 metrów i głębokość 3,5 metra, a jedyny dotąd plan jaskini pochodził z 1951 roku i został opublikowany między innymi w inwentarzu jaskiń K. Kowalskiego.Wnętrze Zbójeckiej JamyW sierpniu 2003 roku grotołazi ze Speleoklubu Beskidzkiego (w składzie: M. Dudzik, A. Kapturkiewicz, T. Mleczek, B. Szatkowski, A. Szebla) dokonali nowej inwentaryzacji (pomiarów) jaskini i kartowania, ponieważ najprawdopodobniej jako ostatnia z beskidzkich jaskiń nie posiadała aktualnego planu. Grotołazom po częściowym odgruzowaniu zawalisk udało się również odnaleźć i skartować 23 metry nowo odkrytych partii, co prawie podwoiło jej długość.
Obecna długość jaskini Zbójnicka Jama wynosi 48 metrów, a deniwelacja 12 metrów (-11,0 m/+1,0 m).

Na temat jaskini krążą różne legendy. Jaskinię i jej okolice mieli upodobać sobie pankowie – ziemne duchy z naroślami na twarzach. Według kolejnej, korytarze jaskini miały rozciągać się pod całymi Gorcami, a sprawdzić to mieli juhasi, którzy wpuścili do wnętrza kozę, a ta umorusana wyszła pod Mogielicą 1171 m n.p.m. w Beskidzie Wyspowym. Następna z nich mówi o ukrytych w niej przez Tomasza Chlipałę – Bulandę, legendarnego gorczańskiego bacę, znachora i czarownika, niezliczonych kosztownościach, zgromadzonych w trakcie długiego życia. W okolicach jaskini i na polanie Jaworzyna Kamieniecka, przez ponad 50 lat wypasał owce i woły. Legenda podaje, że z bacówki zszedł w wieku 100 lat, zawdzięczając znakomite zdrowie recepturze na napój szczęścia i długowieczności.

Ostatnia legenda mówi o wykorzystywaniu jej jako kryjówki przez gorczańskich zbójników (stąd pochodzi nazwa) i skrytych w niej łupach.  W XVIII wieku ukrywać się tutaj miał (jak i na zboczach Mogielicy) znany beskidzki zbójnik Józef Baczyński wraz ze swoim kompanem Świstakiem. Podobno zrabowane przez niego skarby miały znajdować się w jaskini lub w okolicznym lesie, a przez kilka lat strzegła ich kochanka Baczyńskiego. W okolicach podobno straszy odrąbana głowa zastępcy herszta zbójników. Ponieważ przewyższał on zdolnościami herszta, ten podstępnie go zabił, a głowę wyrzucił do jaru. Według podań, gdy ktoś ją znajdzie, to ona i tak powróci na swoje miejsce, tak bowiem jest przywiązana do Jaworzyny.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto Inków w Niedzicy (2)

przez , 15.maj.2017, w Skarby

Machu PicchuTreść testamentu, który w 1946 roku został odnaleziony w archiwum kościoła Św. Krzyża w Krakowie, brzmi następująco:

Ja, Wacław Benesz de Berzeviczy, Baro de Dondangen, przysięgam wobec Męki Pańskiej, Prześwietnej Rady Emisaryuszy Inków i J.O. Strya mego Sebastyana, uczynionych dzisiaj uchwał ostatnich Prześwietnej Rady być kuratorem i rzetelnym wykonawcą. W szczególności obliguję się:

PRIMO: Antonia Inkasa legitime wnuka J.O. Strya mego Sebastyana, sierotę jedną wiosnę liczącą, dla uchronienia go jak i edukacyi przystojnej za swego, wraz z małżonką mą przyjąć, takoż do ksiąg wpisać, jakoż nazwisko nasze, tytuł i splendor rodu mu dać, by tem pewniej pochodzenie rzeczonego Antonia zakryć, a od pościgu i prześladowców uchronić. Takoż obliguję się wydać rzeczonego Antonia na każde wezwanie Prześwietnej Rady Inków, albo Dziada Jego J.O. Sebastyana, uczynione mi koncesye sobie, jako przyrzeczono, zachowując.

SECUNDO: Za obowiązek sobie biorę, gdyby żadne poselstwo rzeczonego Antonia Inkasa nie odebrało, a ten do swych leciech pełen szczęśliwie doszedł, wszystko o krwie i pochodzeniu Jego objaśnić, należny mu testament bez żadnej opieszałości oddać, a wagę testimonium i pieczę nad nim wyłożyć. Szczególnie obliguje się za zamysłem i życzeniem Prześwietnej Rady Antoniowi Inkasowi wiernie wyjawić powierzoną mi w onym jednie celu tajemnicę testamentu Inkasów, jako z trzech wieków i części złączonego. A to jako manu proporia dla pamięci i konfirmacyi pod dyktat zapisuję. Pierwszej od Inkasa Tupaca Amaru w Titicaca, dalej za sprawą Jego Pradziada pod Viga zatopionej i ultimo przez Prześwietną Radę Emisaryuszy Inków złożonych tu nieużytych sum. I tem w razie dojścia do leciech pełnych rzeczonego Antonia tak się obliguję to przedłożyć, by Go częścią tajemnicy, a wielką i słuszną sperandą całości tem łacniej dla testamentu odczytania, a spadku uzyskania do ojczyzny Jego zawieźć. Takoż gdy jechać będzie miał wolę, za obowiązek biorę spod władzy opiekuńczej uwolnić, do drogi dopomóc, jakoż ją i wskazać i expens przystojny dać, a ostrożność o życia i testamentu bezpieczeństwo zalecić.

TERTIO: W razie, co Boże Chroń, śmierci Antonia testamentu nie naruszać, tajemnicy wiernie dochować, a na poselstwo stosowne czekać.

QUARTO: Wolę Prześwietnej Rady szanując, wręczony mi testament jak największą mieć Relikwię, a w pierwszym czasie sposobnym, statim, bez żadnego przetrzymywania, w miejscu Prześwietną Radą upatrzonem, pod ostatnim stopniem pierwszej bramy górnego zamku, a nie kędyś indziej, manu propria ukryć, tajemnicy jak świętości strzec i nawet Samemu Inkasowi Antoniowi tylko wzywyż wymienionej okazyi Jego leciech pełnych zdać, a poszukiwań żadnych na własną rękę nie czynić.

QUINTO: Grób Uminy, Sebastyanowej córki, a Antonia matki, pod basztą kapliczną w czułej mieć opiece, wystawienie Epitaphium do sposobniejszych dni zachowując.

SEXTO: Na czas absencyi Strya mego Sebastyana obliguję się na ostrożnej mieć uwadze, umówiony i przyrzeczony przez Panów Horvathów Paloczayów w zamian za wypożyczone Im sumy, zwrot ongi bezprawnie rodzinie naszej odebranego gniazda naszego, zamku Dunajecz, któren to zamek my Sebastyan i Wacław Berzevicze, jako synów nie posiadający, deklarujemy z krwi naszej pochodzącemu Inkasowi Antoniowi na azyl bezpieczny, a akademiję uciekinierom i wygnańcom z Jego ziemi i rodu zapisać.

SEPTIMO: Takiż dokument drugi, spisany w lingua kiczua podpisać i takoż dotrzymać, a zawierzony mi egzemplarz z największą troską i ostrożnością, a nie w domu, zachowywać.

Zaprzysiężony wobec wzwyż wymienionych Anno Domini 1797
Die 21 Juny w kaplicy na zamku Dunajecz. Wacław Benesz
de Berzeviczy Baro de Dondangen. Manu Propria„.Inkaskie złoto (1)W końcowym akapicie testamentu zawarta jest informacja o sporządzeniu jego kopii w lingua keczua, czyli węzełkowym piśmie kipu. Po sporządzeniu aktu adopcyjnego Wacław zabrał Antoniego do Krumłowa. Niedługo później Sebastian został ranny w trakcie pojedynku o dziewkę w sieni kasztelu frydmańskiego (leśniczówce). Przewieziono go do Krakowa, gdzie po kilku miesiącach zmarł w klasztorze augustianów. Inkas był wychowany na Morawach pod nazwiskiem Antoni Inkas Berzeviczy. Ożenił się z Polką Barbarą Rubinowską, córką oficera napoleońskiego i gospodarzył na Morawach. Został jedynym spadkobiercą skarbu Inków, jednakże nie zajmował się tą tajemnicą, która przyniosła jego rodzinie tyle nieszczęść. Nakazał to też swoim synom i sprawa poszła w zapomnienie (miał dwie córki i dwóch synów).
Antonio zmarł w 1877 roku. Przed śmiercią wezwał do siebie syna Ernesta powierzając tajemnicę pochodzenia i przekazując dokumenty rodzinne z zastrzeżeniem, że są one obłożone swoisty nakazem.

Każdy prawowity potomek Ernesta mógł wiedzieć o istnieniu tych dokumentów, lecz pod żadnym pozorem nie mógł do nich zaglądać z uwagi na zawarte w nich informacje o miejscu ukrycia skarbu Inków, który był obłożony klątwą:
Każdego kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć„.
Dokumenty miały pozostawać nienaruszone i przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Pozostało tak aż do XX wieku. Ernest, mieszkał na terenie Galicji gdzie był budowniczym kolei i poszukiwaczem nafty (współpracownikiem Łukasiewicza). Żywo interesował się przeszłością swojego rodu, co spotkało się ze skutecznym sprzeciwem jego żony. Z kolei jego syn Janusz nie zaprzątał sobie głowy dokumentami. Synem Janusza był Andrzeja Benesza pochodzącego z Bochni. W 1934 roku zgłosili się do niego nieznani mu cudzoziemcy chcący odkupić za pokaźną kwotę wszystkie rodzinne dokumenty. Najbardziej zależało im o wiedzy na temat miejsca ukrycia kipu.Niedzicki zamekPierwszy kustosz na zamku w Niedzicy pojawił się w 1945 roku. Udało mu się odnaleźć archiwa Horvathów, w których znajdowały się informacje z okresu pobytu w Niedzicy uciekinierów z Peru. Dzięki tym zapiskom kustosz wpadł na ślad ukrytego tutaj skarbu.
Kilka lat później archiwa zaginęły bez śladu, a kustosza wyłowiono martwego z Dunajca.
Ciekawostką i faktem jest (!), że dosłownie wszystkie archiwa w Polsce, w których można było odnaleźć informacje dotyczące okresu pobytu uciekinierów z Peru na zamku w Niedzicy, zaginęły bez śladu.
Jeszcze w późniejszym okresie, dwie osoby z rodziny Salomonów pochodzących z Węgier, zaczęły prowadzić dziwne i tajemnicze poszukiwania na niedzickim zamku. Niestety dziwnym trafem zginęły podczas podróży w słynnej i pamiętnej katastrofie kolejowej pod Piotrkowem Trybunalskim.

Andrzej Benesz (1918-1976) wiedząc o powiązaniach swojej rodziny z Inkami, przystąpił do poszukiwania dokumentów. W 1946 roku odnalazł testament sporządzony w łacinie, w archiwach kościoła Św. Krzyża, ukryty w okładce mszału. Po przestudiowaniu go znalazł zapis o miejscu ukryciu testamentu Inków sporządzonym w piśmie węzełkowym – kipu. W dawnym Peru kipu sporządzali specjaliści nazywani quipucamayoc.
Po uzyskaniu od władz stosownych pozwoleń na poszukiwania, pod nadzorem żołnierzy WOP, 31 sierpnia 1946 roku na podstawie zawartych w dokumentach informacji znalazł ukryty przed 150 laty przedmiot, pod ostatnim stopniem schodów pierwszej bramy wiodącej na tak zwany górny zamek niedzicki (będący właściwie progiem tej bramy). Była to ołowiana tuba ukryta na głębokości 30 cm, o wymiarach 18×3,5 cm, w której znajdował się pęk rzemieni pokrytych pismem węzełkowym.Andrzej Benesz i kipuRzemienie posiadały 12 końców zaopatrzonych w blaszki z 13-karatowego złota (o łącznej wadze 8 g) z wydrapanymi łacińskimi literami. Blaszki były podzielone na trzy wyraźne grupy, które dotyczyły trzech części testamentu o których mowa w akcie adopcji Antonia w punkcie 2 – skarb Inków ukryto w trzech miejscach: Titicaca, Vigo, Dunajecz. Nazwy te znalazły się na blaszkach.
Poza Andrzejem Beneszem, który sporządził protokół z wydobycia, nikt nie widział niedzickiego znaleziska w oryginale. Wręczył go w Krakowie upełnomocnionym przedstawicielom Ameryki Południowej w celu zabezpieczenia i odczytania, a potem ślad po testamencie Inków miał zaginąć (?).
Gdyby wówczas ktokolwiek potrafił odczytać odnalezione kipu, dowiedziałby się o dokładnej lokalizacji w trzech częściach świata trzech części skarbu Inków.
Pod koniec 1975 roku z Andrzejem Beneszem umawia się na rozmowę Aleksander Rowiński zbierający materiały do swojej książki „Pod klątwą kapłanów” opisującej wątek inkaskiego skarbu w Niedzicy.

Po trzech wstępnych spotkaniach, na wiosnę 1976 roku miało dojść do tego decydującego, podczas którego autorowi miały zostać przekazane bardzo interesujące materiały z archiwum rodowego. Do spotkania tego jednak nie doszło.
Andrzej Benesz poniósł śmierć w wypadku samochodowym pod Kutnem w dniu 26 lutego 1976 roku, zabierając tym samym wiele cennych informacji do grobu. Wydarzenie to przyczyniło się do niejednej spekulacji na temat jego śmierci, począwszy od klątwy inkaskich kapłanów w związku z targnięciem się na kipu i skarb bez zgody rady emisariuszy Inków, po celowe spowodowanie wypadku.
Poszukiwanie pisma kipu i próba jego odczytania w Peru, zakup ruin zamku Tropsztyn i penetrowanie go – wszystko to wskazuje, że Andrzej Benesz wielkim nakładem środków szukał skarbu i z całą pewnością nie ujawnił wszystkich tajemnic zawartych w archiwach rodzinnych. Dlaczego jednak Benesz szukał złota i kosztowności w ruinach Tropsztyna?Inkaskie złotoTrzeba wiedzieć jedno – Inkowie nigdy nie przechowywali kosztowności w miejscu zamieszkania. Zamek Tropsztyn będący wówczas w ruinie, ale umiejscowiony na wyniosłej skale, posiada wewnątrz puste przestrzenie takie jak groty i jaskinie, oddalony jest o pół dnia drogi Dunajcem od Niedzicy i na dodatek tutaj urodził się dziadek Sebastiana Berzeviczego – Ferdynand. Od strony Dunajca robiący imponujące wrażenie, a lustro wody od tamtego czasu (na skutek spiętrzenia wody przez zaporę w Czchowie), podniosło się aż o 14 metrów.
Można uznać to za hipotezy, ale hipotezami nie są takie same wyniki badań trzech niezależnych od siebie radiestetów, które potwierdzają istnienie na głębokości około 14,5 metra skupiska metali i kamieni szlachetnych o znacznych rozmiarach oraz zwojów sznurów z dodatkiem metali (kipu?). Należy tu nadmienić, że dostęp do podziemi zamku, poza udostępnionymi do zwiedzania, podczas prac restauratorskich został zalany kilkuset tonami cementu.

Rodzina po Andrzeju Beneszu nie chce rozmawiać na ten temat, natomiast kategorycznie twierdzi, że oryginał kipu, który odnaleziono w Niedzicy oraz dokumenty rodowe „przechowywane są w cynowych skrzyniach i tkwią ukryte w górach, a wiele z tych rzeczy do dziś jest nie dotkniętych„.
Czy na poszukiwaczy skarbu Inków działa klątwa:
Każdego, kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć„?
Wszyscy żołnierze WOP towarzyszący Andrzejowi Beneszowi w ciągu zaledwie kilku lat zginęli tragicznie. Kustosz… Salomonowie… Andrzej Benesz… i wiele innych osób mających związek ze skarbem Inków, badających jego tajemnicę, poszukiwaczy.

( część pierwsza: Złoto Inków w Niedzicy (1) )

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto Inków w Niedzicy (1)

przez , 01.maj.2017, w Skarby

Inkaskie skarbyKażdego kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć

16 listopada 1532 roku …
W niedługim czasie po sromotnej porażce Atahualpy, u Francisco Pizarra zjawiają się posłowie Huascara, który zaproponował ogromne ilości złota i srebra w zamian za powrót na tron. Atahualpa dowiedział się o tym i rozkazał tajnym wysłannikom zamordować brata – rozkaz wykonano, Huascar został utopiony. Po zgładzeniu konkurenta Atahualpa za swoją wolność przedstawił propozycję Pizzarowi – największy okup o jakim kiedykolwiek słyszano. Obiecał wypełnienie komnaty o wymiarach 5×6 metrów złotem, do wysokości 2 metrów w ciągu dwóch miesięcy oraz dwa razy tyle srebra. Pizzaro przystał na propozycję, a Indianie zaczęli zwozić najróżniejsze przedmioty ze złota. Niestety Atahualpa przesadził z obietnicą jako inkaski bastard nie uznany przez kapłanów. Jego wątpliwy autorytet po uwięzieniu spadł prawie do zera, co skutkowało skąpym napływem złota i srebra. Obiecał on 400 ton złota, a udało mu się zebrać zaledwie około 5 ton, co zniecierpliwiło Hiszpanów. Pod nieobecność Pizzara oskarżono Atahualpę o podżeganie Indian do buntu i skazano na śmierć przez spalenie.

Ten nie mógł, pogodzić się z taką śmiercią, bowiem wierzył że ponownie powróci na ziemię tylko wtedy, gdy jego ciało zostanie zabalsamowane i posadzone na tronie w świątyni boga Słońca. Oprawcy obiecali mu, że jeżeli przyjmie chrzest to zamiast spalenia zostanie uduszony – Atahualpa wyraził zgodę. Po egzekucji ciało Atahualpy pochowano na cmentarzu w Cejamarce. Następnej nocy Inkowie zabrali ciało z grobu i przenieśli do Quito. Po zgładzeniu Atahualpy do Cejamarki nie zdążały już wozy ze złotem. W ręce Hiszpanów nie dostał się jeden z największych skarbów – ogromny złoty łańcuch (210 metrów długości) wykuty na rozkaz króla Huayna Capac na cześć narodzin pierworodnego syna.
18 czerwca 1533 roku Hiszpanie podzielili się okupem w Cejamarce. Jeden z najwyższych dostojników inkaskich powiedział:
„Zdobyliście jedno ziarno, a straciliście całe pole pszenicy”.
Co stało się ze skarbem Inków? Skarb podzielono na trzy części i ukryto go w trzech różnych miejscach świata. Oto ciąg dalszy jego historii.Skarb InkówW XVIII wieku na Podolu mieszkała szlachecka rodzina Berzeviczych spokrewniona z potężnym węgierskim rodem, która ufundowała zamek w Niedzicy.
Sebastian Berzeviczy (1698-1797) po przeżyciu nieszczęśliwej miłości do córki bogatego sąsiada, by zapomnieć o zawodzie miłosnym, postanowił wyruszyć na wschód i zająć się wojennym rzemiosłem. Znany był jako awanturnik i niespokojny duch imający się różnych zajęć. Po różnych burzliwych perypetiach trafił do Indii walcząc w powstaniu u boku Sipajów przeciwko angielskim kolonizatorom. Z garstką Sipajów opanował jeden z okrętów floty królewskiej i walczył przeciwko królowi angielskiemu. Następnie zaciągnął się pod banderę hiszpańską i zajął korsarstwem, a to pozwoliło mu dotrzeć do Ameryki Południowej – od dwóch wieków zamorskiej prowincji kolonizowanej przez Hiszpanów. Tam otrzymał stanowisko w administracji hiszpańskiej. Jego zainteresowania zaczęły kierować się ku oryginalnej kulturze miejscowych Indian.

W Peru poznał Runtu – córkę rozgromionego inkaskiego rodu książęcego (peruwiańskiego państwa Tawantinsuyu), a następnie ożenił się z nią. Z tego związku narodziło się jedno dziecko, córka o imieniu Umina.
Równocześnie Inkowie przeżywają swój pogrom przez najeźdźców, kolejne ich powstania są brutalnie tłumione. Powstanie, które wybuchło w 1781 roku, skończyło się krwawym pogromem Inków, a wódz powstania Tupac Amaru z rodu Atahualpy został podstępnie zwabiony do Cuzco, pod pretekstem podpisania układu pokojowego i stracony. Po jego śmierci jedynym pretendentem do inkaskiego tronu został jego bratanek Andreas Tupac Amaru II. Andreas ożenił się z córką Sebastiana, Uminą Berzaviczy. Wyczuwając nadchodzącą klęskę powstania Inków, Sebastian wraz z rodziną i kilkoma Indianami postanawia uciec do Włoch. Pozostałości wielowiekowego skarbu Inków zostają rozbite na mniejsze części i ukryte w wodach jeziora Titicaca oraz głębinach zatoki Vigo u wybrzeży Hiszpanii, a część Sebastian zabiera ze sobą.InkaJednakże rodzina Sebastiana nie zaznała spokoju także we Włoszech – w 1797 roku w niewyjaśnionych okolicznościach został zasztyletowany Andreas Tupac Amaru, w związku z czym, w obawie o swoje życie, życie Uminy i jej jednorocznego syna Inkasa, ciągle prześladowanych przez hiszpańską inkwizycję, Sebastian podjął decyzję o ucieczce na Węgry. Mając do dyspozycji kilka powozów i furmanek, stworzyli niewielki orszak załadowany trzecią częścią złotego skarbu Inków.
Wykorzystując protekcję przypadkowo poznanego na audiencji u papieża przeora klasztoru augustianów w Krakowie, przybywa na zamek w Niedzicy, który był we władaniu hrabiego Horvatha de Paloczy. Berzeviczy chciał wykupić pradziadowską warownię ale do całkowitego sfinalizowania sprawy nie doszło – Horvath przyjął tylko sztukę inkaskiego złota pochodzącego z części skarbu jako zadatek.

Podczas pobytu na zamku pewnego dnia Umina zachorowała, a Sebastian został zaproszony przez włodarzy zamku na polowanie. Nie wiadomo czy było to dziełem przypadku czy też zaplanowanego spisu (podtrucie Uminy?) – podczas nieobecności Sebastiana na zamek wtargnęli zamaskowani wysłannicy hiszpańskiej inkwizycji ścigający potomków inkaskiego rodu królewskiego, którzy zasztyletowali Uminę. Szukali również syna Uminy, Inkasa, lecz służba zamkowa w ostatniej chwili zdołała go ukryć.

Umina, zgodnie z wolą zrozpaczonego ojca, została pochowana w srebrnej trumnie w jednym z pomieszczeń w podziemiach zamku, pod basztą kapliczną. Obok jej sarkofagu została złożona część inkaskiego skarbu. Naocznym świadkiem sarkofagu ze srebrną trumną i złożonym skarbem był zamkowy furman Jakub Biały. Trafił do podziemnego pomieszczenia gdy po skończonym dniu pracy odprowadzał kobiety ze służby do ich pokoi. Wracając do własnej izby przez przypadek zaszedł do jednego z pomieszczeń, w którym zobaczył srebrną trumnę z ciałem kobiety z krwawą plamą na piersi. Wszędzie dookoła leżało zaś mnóstwo kosztowności.
Gdy wyszło na jaw, że Umina nie była katoliczką, pochówkowi temu sprzeciwił się hrabia Horvath de Paloczy. Sebastian Berzeviczy ponownie musiał pogrzebać ciało ukochanej córki. Srebrną trumnę z ciałem Uminy oraz złożony inkaski skarb, zabrano z zamkowych podziemi i złożono gdzieś na polach w okolicy Sromowiec.Czorsztyn i NiedzicaDo chwili obecnej spekuluje się o miejscu ukrycia inkaskiego skarbu w okolicach Niedzicy. Zakłada się ukrycie go na terenie zamku – zamurowaniu w podziemiach lub złożeniu w zamku dolnym wybudowanym z fundacji Sebastiana Berzeviczego. Mówi się też o Zielonem – to miejsce na prawym brzegu Dunajca wśród prostopadłych wapiennych skał (nieopodal zamku), gdzie góral z Kłuszkowic znalazł dobrze zamaskowane kosztowności, w tym złote blaszki kształtem przypominające listki. Po śmierci Sebastiana proboszcz z Niedzicy chodził w tamte okolice po złote listki i przyozdabiał nimi kościół.
Należy zwrócić tutaj uwagę, że kipu było wyposażone w złote blaszki-listki, a w państwie Inków powszechnie występowało złoto tak uformowane.
Za kolejne miejsce ukrycia skarbu uważa się podziemne groty połączone starymi sztolniami rud miedzi, które rozciągały się od zamku w Niedzicy do zamku w Landeku.

Georgius Buchnolz, pastor z Łomnicy Wielkiej, tak opisuje je w 1719 roku:
„Chciałbym tutaj złożyć doniesienie z jaskini (…) Są tutaj w górach w ostatnich sztolniach miedzianych, między Landekiem a niedzickim zamkiem jaskinie jeszcze większe (…) niedaleko jedna od drugiej. Nie udało się jeszcze dotrzeć do końca jaskini, idąc ze świecą za pół węgierskiego florena, która wypala się całkowicie, wzdłuż jaskini jak pięknej dawniej, wysokiej i suchej piwnicy. I wciąż nie widać końca. Na drogę powrotną trzeba znowu pół dnia (…) W innych jaskiniach był przed kilku laty pan Berzeviczy, znalazł tam kości niedźwiedzi jaskiniowych (…)
Trzecia grota nazywa się Baranya-djra, ponieważ w tej jaskini w czasie wojny ukrywali owczarze kilka tysięcy owiec i wiele fur siana nazbierali, nie znalazł ich żaden wojownik – bezpiecznie tam przetrwały, bez wątpienia jest tam także woda”.Złoto Inków w jaskiniByć może właśnie w tych grotach spoczywa po dziś dzień nie odkryte ciało Uminy w srebrnej trumnie. Interesującym jest fakt, że obecnie lokalizacja większości z tych podziemnych grot i sztolni rud miedzi jest nieznana.
Pojawia się również wątek żołnierzy radzieckich, którzy w 1945 roku, z zamku w Niedzicy wywozili dwa wozy załadowane wyrobami z porcelany oraz kilka wozów z kuframi o nie znanej zawartości. Ponieważ żołnierze byli pijani, zorganizowali sobie wyścigi wozami, a te runęły wraz z ładunkiem do Dunajca u podnóża Niedzicy i potopiły się.

Po tragicznym wydarzeniu sprawą pierwszej wagi dla Sebastiana staje się ustrzeżenie wnuka przed eksterminacją.
Na zamek w Niedzicy przyjeżdża bratanek Sebastiana – Wacław Benesz Berzeviczy Baron de Doridangen, człowiek żonaty choć bezdzietny, właściciel zamku Krumłów na Morawach.
Również dziwnym zbiegiem okoliczności na zamku pojawiła się także delegacja Prześwietnej Rady Inków.
21 czerwca 1797 roku, w dniu najważniejszego dla Inków święta – Święta Słońca, w ich obecności zostaje spisany akt adopcji jednorocznego syna Uminy (wnuka Sebastiana Berzeviczego) – Inkasa, przez Wacława Benesza Berzewiczy i akt zaprzysiężenia wobec Boga i Wielkiego Viracochy, Sapa Inca.
Treść testamentu, który w 1946 roku został odnaleziony w archiwum kościoła Św. Krzyża w Krakowie, brzmi następująco:

„Ja, Wacław Benesz de Berzeviczy, Baro de Dondangen, przysięgam wobec Męki Pańskiej, Prześwietnej Rady Emisaryuszy Inków i J.O. Strya mego Sebastyana, uczynionych dzisiaj uchwał ostatnich Prześwietnej Rady być kuratorem i rzetelnym wykonawcą. W szczególności obliguję się:

… ciąg dalszy w części drugiej: „Złoto Inków w Niedzicy (2)”

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (2)

przez , 15.lis.2015, w Skarby

Golińsk. Fabryka Fritza HankeZlokalizowanie majątku Hankego w Golińsku (Hof Göhlenau) nie jest sprawą trudną. Osoby tropiące od lat ślady gauleitera już dawno ustaliły dokładną jego lokalizację, jak również udało im się odkryć tajemniczą budowlę położoną w nieodległym Mieroszowie. Okazała się nim rozpoczęta budowa podziemnego obiektu o nieustalonym przeznaczeniu, którego budowę prowadzono w oparciu o system budowy obiektów w Bolkowie i Marciszowie. Oględziny wykazały, że podziemny obiekt w Mieroszowie drążony był w wielkim pośpiechu i nie został on nigdy skończony. Do jego budowy wykorzystywani byli najprawdopodobniej więźniowie z miejscowej filii obozu koncentracyjnego w Rogoźnicy Gross-Rosen, AL Friedland. Pewna relacja może potwierdzać informację o tym, że ta niedokończona budowla została jednak wykorzystana wiosną 1945 roku na miejsce złożenia depozytu. Relację tą kilka lat temu przekazał jeden Niemiec, podający się za byłego pracownika majątku gauleitera, niejaki Fritz Hanke. Nazwisko Fritza Hankego odnaleziono na fakturach fabryki z Golińska. Co ciekawe Fritz Hanke był właścicielem fabryki (zdjęcie starej pocztówki „Fabrik von Fritz Hanke”). Czy to tylko jest zwykła zbieżność nazwisk? Przypadek? Czy też ów Fritz był rodziną dla Karla Hanke?

Golińsk od początku XVI wieku znajdował się w rękach Hochbergów. W 1657 roku Heinrich von Hochberg, właściciel Mieroszowa, wzniósł, a raczej przebudował z wcześniejszej budowli (z 1610 roku) w Golińsku dwór jako ośrodek tamtejszych dóbr, ustanawiając go siedzibą właściciela, a gdy stolicą ośrodka stał się Książ (od 1780 roku) dwór stracił swoje znaczenie i zamieszkiwał go tylko administrator. Będąc budynkiem drewnianym spłonął w 1838 roku. Dwór wraz z towarzyszącym mu folwarkiem powstał w pewnej odległości od zabudowy historycznej Golińska, na południowy – wschód od drogi prowadzącej do Czech – Göhlenau Hof (Göhlenauer), stanowiąc odrębną jednostkę osadniczą. Później powstała przy nim osada przyfolwarczna zamieszkana przez pracowników. Folwark był centrum dóbr leśnych obejmujących należące do Hochbergów lasy w Mieroszowie, Łącznej i Unisławiu Śląskim. W samym Golińsku do Hochbergów należał jeszcze folwark będący dawnymi dobrami sołeckimi zwany Kolberci. Z końcem XIX wieku został on wydzierżawiony, a w 1917 roku rozparcelowany. Na przełomie XIX i XX wieku nastąpił dalszy rozwój przemysłu – powstaje tkalnia, zakład produkujący żaluzje, zakład dekoratorski wyrobów ceramicznych i zakład uszlachetniania płótna. Jeden z tych zakładów zlokalizowany był na południe od folwarku Hochbergów i został rozebrany po 1945 roku, zapewne ze względu na swe przygraniczne położenie.

Jak podaje w swojej relacji Fritz, Karl Hanke miał pod koniec wojny wielokrotnie odwiedzać swój majątek. Wizyty te miały odbywać się zawsze w kilka godzin lub w najwyżej kilka dni po przybyciu do majątku kolejnych transportów z nieznaną zawartością. Według niego krążyły wówczas pogłoski, że gauleiter „przygotowuje” się do powojennych czasów, gromadząc zrabowane dobra i kosztowności w najlepszym dla niego z możliwych miejsc. Miała temu służyć między innymi dogodna lokalizacja – niespełna dwukilometrowe oddalenie od starej granicy z Czechami, która po wojnie (jak przypuszczano) stała by się ponownie granicą suwerennych Czech, a to z kolei dla Hankego (bliskość granicy) stwarzałoby wiele dogodnych okazji. Fritz twierdził, że osobiście nigdy nie widział zawartości transportów, tego co było w skrzyniach przywożonych na ciężarówkach, ale jest prawie pewien, że znajdowały się w nich dzieła sztuki oraz wyroby ze srebra i złota. Część skrzyń z przybywających transportów do majątku miała zostać zdeponowana w niedokończonej, podziemnej fabryce pod Mieroszowem.Rynek w MieroszowiePodziemna mieroszowska fabryka miała składać się z trzech sztolni, które pod koniec kwietnia 1945 roku zostały wysadzone w powietrze, a wybuch miał być tak silny, że Fritz porównał go do trzęsienia ziemi. Fakt istnienia podziemnych wyrobisk jest niepodważalny, ponieważ do dziś, po omawianych sztolniach zachowały się w terenie widoczne ślady w postaci zapadlisk i wlotów, które mogą być świadectwem całkowitego zawalenia się na dość długim odcinku podziemnego obiektu, na południowych stokach Kościelnej Góry. Poszukiwacze kilkakrotnie próbowali dotrzeć do nieznanych partii podziemi, ale podejmowane przez nich działania kończyły się już w początkowym etapie prac eksploracyjnych, o czym świadczą pozostawione ślady, a w ich wyniku udrożniono sztolnie tylko na niewielkich odcinkach. Relacja przekazana przez Fritza nie jest odosobniona i nie potwierdzają jej tylko odnalezione sztolnie, ale zachowała się także relacja pewnej kobiety, autochtonki, również byłej pracownicy majątku Hankego o podobnej treści. Według niej na teren posiadłości gauleitera przywożono różne transporty, które grupa zaufanych mu ludzi selekcjonowała zawartość, po czym sporządzane były kolejne, nowe transporty, wyjeżdżające szybko w kierunku Mieroszowa.

Jak wynika z relacji pracownicy Hankego, z części nadchodzących transportów „coś” wydzielano i zamykano w niedostępnej bibliotece gauleitera, której okna zawsze pozostawały zasłonięte ciężkimi kotarami. Dostęp do bibliotecznego pomieszczenia miał tylko Hanke i co najwyżej dwóch innych ludzi. Według dalszej relacji, zawartość biblioteki na przełomie lutego i marca 1945 roku załadowano na dwie ciężarówki, które opuściły Golińsk i udały się jako jedyny transport w kierunku Czech. Ten fakt zapamiętała ona szczególnie gdyż w przygotowywaniu transportu oraz pakowaniu zawartości uczestniczył przez kilka godzin sam gauleiter, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Mówiono wówczas, że był to „złoty skarb Hankego”.
Po zakończeniu II wojny światowej na terenie posiadłości gauleitera w ocalałych ogromnych zabudowaniach gospodarczych, zlokalizowano fabrykę przemysłu metalowego. Działała przez wiele lat jako przeciętny, przemysłowy, terenowy zakład, w którym znajdowali zatrudnienie okoliczni mieszkańcy. Produkowano w niej między innymi metalowe siatki, żaluzje, końcówki żarówek i wyroby dla gospodarstwa domowego.

W latach osiemdziesiątych XX wieku, jeden z takich mieszkańców, będący wieloletnim pracownikiem fabryki, został jej zakładowym portierem. Relacjonuje on, że w 1990 roku zgłosił się do niego pewien Niemiec, który poprosił go o możliwość zwiedzenia majątku, który niegdyś należał do jego rodziny, a on sam miał się w nim urodzić. Niemiec opowiedział portierowi czym był ten majątek w czasach wojny. Portier dowiedział się również, że dom rodzinny „gościa” do początku II wojny światowej wchodził w skład dóbr terenowych właścicieli zamku Książ, których jak większości po wybuchu wojny, pozbawiono nie tylko zamku, ale i okolicznych posiadłości ziemskich. Tym sposobem majątek w Golińsku miał trafić w ręce Hankego, który szybko uznał go za swoją rodową siedzibę. Portier, jak twierdzi, nigdy nie wpuścił tego Niemca na teren zakładu, pomimo, że ten przyjeżdżał nawet w niedziele gdy był on nieczynny i na jego terenie nie było innych osób. Nie uległ Niemcowi nawet gdy ten chciał nawiązać z nim bliższy kontakt, proponował mu za przysługę pewna sumę marek, a nawet zapraszał do Hamburga.Mapa okolic Mieroszowa z 1936 rokuJak zakończyła się ta „znajomość” tak na prawdę do końca nie wiadomo, ale skoro prośby owego Niemca miały także poważne poparcie w finansach, portier mógł ulec. Odmowę tłumaczył rzekomą kiepską znajomością języka niemieckiego i zwykłą niechęcią do Niemców.
„Miałem trochę radości, twardo mówiąc „nie” bogatemu gościowi, który sądził, że kupi mnie za kilkanaście marek. Teraz może nie byłbym taki twardy, bo emeryturę mam nędzną, ale on już tutaj nie przyjeżdża (…) Wtedy zresztą nie wiedziałem co znaczy nazwisko Hanke” (takim nazwiskiem przedstawił mu się ten Niemiec).
Znaczenie nazwiska Hanke portier zrozumiał dopiero wtedy, gdy kilka lat temu pochwalił się otrzymaną od Niemca wizytówką pewnemu wałbrzyskiemu nauczycielowi, a ten uświadomił go o jaką rodzinę chodzi.
Tak oto około sześćdziesięcioletni syn Karla Hankego przyjeżdżał do Golińska pięciokrotnie w latach 1990 – 1995, twierdząc, że poszukuje śladów ojca, a z relacji rodzinnych wynika, że majątek jest tym miejscem, w którym na pewno ostatni raz widziano jego ojca.

Portier w relacji dotyczącej swoich kontaktów z odwiedzającym majątek synem Hankego dodał, że ten powiedział mu, iż wie, że ojciec był w Golińsku z jakimś profesorem i stąd mieli odlecieć prawdopodobnie helikopterem do pobliskiego Krzeszowa, a następnie do Jeleniej Góry. Czy tym profesorem był Günther Grundmann? Wszystko wskazuje, że to mógł być on. Warto dodać, że przecież Krzeszów był jedną z oficjalnych skrytek Grundmanna i obaj, zarówno on jak i Hanke mieli wspólny interes w tym, by ryzykować i po wizycie w Golińsku polecieć do Krzeszowa. Składnicę dokumentów i woluminów w Krzeszowie (Grüssau) zlokalizowano w kościele p.w. św. Józefa, a w pobliskiej Kamiennej Górze (Landeshut) zdeponowano obrazy z Dessau, które jesienią 1944 roku na powrót przewieziono do Dessau.
Istnieją też informacje o kilku podziemnych, dobrze zamaskowanych i efektownie wysadzonych, korytarzach w Kochanowie (2 km na północny-zachód od Mieroszowa, w kierunku Dobromyśla i Krzeszowa), w których miano ukryć depozyty, a których nigdy nie spenetrowano.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (1)

przez , 01.lis.2015, w Skarby

Panorama przedwojennego MieroszowaMieroszów (Friedland in Niederschlesien) to 6 tysięczne, kamieniczne miasteczko, leżące na południowy – zachód od Wałbrzycha, oddalone o 4 km od granicy z Czechami, znane dolnośląskim miłośnikom paralotniarstwa z góry Jatki, posiadającej jedyną rampę lotniarską w Polsce. Zostało założone w XIV wieku przez czeskich benedyktynów. Nakręcono w nim również serial przygodowy dla młodzieży „Gruby” (1971 rok) na podstawie powieści Aleksandra Minkowskiego, przedstawiający życie w realiach tak zwanych „ziem odzyskanych”, na których działają grupy Werwolfu i szabrowników. Tuż po II wojnie światowej nosiło ono nazwę Fyrląd Wałbrzyski. W czasie wojny znajdowała się w nim filia obozu koncentracyjnego Gross-Rosen z Rogoźnicy.
Z jego historią w ostatnich latach wojny, a także pobliskiej miejscowości Golińsk (Göhlenau) związana jest postać gauleitera Dolnego Śląska – Karla Hankego.

Karl Hanke urodził się 24 sierpnia 1903 roku w Lubaniu (wówczas Lauban), a zmarł najprawdopodobniej 8 czerwca 1945 roku w Novej Vsi nad Popelkou (Czechosłowacja), choć jego powojenne losy pozostają do dziś tajemnicą, a okoliczności śmierci nie są do końca wyjaśnione. Po ukończeniu szkoły młynarskiej w Saksonii (od 1921 – 1926 roku pracował w młynarstwie i warsztacie kolejowym) w 1928 roku ukończył w Berufspädagogischen Institut w Berlinie studia, a już w listopadzie 1928 roku wstępuje do NSDAP i tym samym, poprzez zaangażowanie polityczne, jego kariera zaczyna się błyskawicznie rozwijać – 1 kwietnia 1932 roku zostaje osobistym sekretarzem Josepha Goebbelsa. W tym samym roku zostaje delegatem NSDAP do Landtau, później do Reichstagu. Stanowisko to piastował do końca wojny. W 1937 roku został wiceprezesem Izby Kultury Rzeszy.

Ministerialna kariera Hankego kończy się w przededniu II wojny światowej ostrą interwencją Adolfa Hitlera, która była odpowiedzią na romans Goebbelsa z czeską aktorką Lidą Baarovą – Hanke staje się wówczas „powiernikiem” żony Josepha, Magdy. Od 1939 do 1941 roku służy w wojsku, między innymi w Polsce i we Francji, otrzymując za zasługi Krzyż Żelazny pierwszego i drugiego stopnia. Po opuszczeniu szeregów armii Karl Hanke z rozkazu Adolfa Hitlera zostaje gauleiterem Dolnego Śląska, a następnie Heinrich Himmler awansuje go na Gruppenführera SS. Jego bezwzględne rządy doprowadzają do nadania mu przydomka „kata z Breslau”.
29 kwietnia 1945 roku po uznaniu przez Hitlera za zdrajcę Heinricha Himmlera, Hanke otrzymuje po nim urząd Reichsführera SS i dowódcy niemieckiej policji. W Festung Breslau przebywa niemal do samego jej zdobycia przez wojska Armii Czerwonej.Karl HankeW nocy z 5 na 6 maja 1945 roku, tuż przed kapitulacją, Hanke miał rzekomo uciec z Wrocławia za pomocą zarekwirowanej awionetki typu Storch. Samolot podczas lotu dostał się w ogień nieprzyjaciela i najprawdopodobniej został trafiony w zbiornik paliwa, co skutkowało przymusowym awaryjnym lądowaniem. Naprawy dokonano koło lotniska w Mirosławicach, po czym Hanke z pilotem skierowali się do Świdnicy na tamtejsze lotnisko Luftwaffe.
O tego momentu dalsze losy Hankego są niejasne. Przyjmuje się, że najprawdopodobniej przesiadł się w Świdnicy na inny samolot, który rozbił się w Kraju Sudeckim (Sudetenland). Hanke miał przeżyć i dołączyć do Dywizji „Horst Wessel”, z którą prawdopodobnie trafił do niewoli. Kolejny jego ślad miał urwać się też na przejeździe kolejowym w Czechach. Tutaj pojawia się jedna z wersji mówiąca o okolicznościach jego śmierci, a mianowicie miał zostać zabity podczas próby ucieczki z miejsca internowania (osadzenia) przez czeskich wartowników pod Chomutovem.

Niektóre źródła podają, że był widziany po 1945 roku w Argentynie, w której schroniło się wielu niemieckich zbrodniarzy wojennych, po tym jak odleciał z jednej z lokalnych, drugorzędowych dróg zamienionych w prowizoryczny pas startowy w okolicach Jeleniej Góry, przez Rzeszę do Hiszpanii (w kierunku Madrytu), a dalej przy pomocy patriotów niemieckich z zachowaniem już poczucia zupełnego bezpieczeństwa za Atlantyk. Kierowany dalszą pomocą „obywateli wiernych III Rzeszy” miał osiąść w niemieckojęzycznej osadzie koło Rosario.
Od zakończenia II wojny światowej minęło już 70 lat, a mimo upływu tak długiego okresu czasu powojenne losy wielu czołowych przywódców III Rzeszy nie zostały wyjaśnione i pozostają nieznane. Podobnie jest w przypadku Karla Hankego. Z jego postacią wiąże się nie tylko sprawa tajemniczego zniknięcia, ale również historia ukrywania na jego polecenie w 1944 i 1945 roku tysięcy zrabowanych dzieł sztuki na terenie Dolnego Śląska.

Pewnym jest fakt współpracy na tym polu gauleitera z dolnośląskim konserwatorem zabytków profesorem Güntherem Grundmannem (urodzonym w 1892 roku w Jeleniej Górze, a zmarłym w 1976 roku w Hamburgu). Zadaniem Grundmanna pod koniec II wojny światowej było „zabezpieczanie” dzieł sztuki z kościołów, muzeów, klasztorów i podobnych obiektów. W obliczu zagrożenia ze strony wojsk armii radzieckiej Grundmann dokonywał selekcji i jeździł po różnych miejscach w celu wybrania najcenniejszych rzeczy. Wywożone były one w głąb Dolnego Śląska i ukrywane między innymi w pałacach i zamkach. Pod koniec wojny Grundmann ewakuował zabytki o wyjątkowym charakterze w głąb Rzeszy.
Grundmann stworzył ponad 80 tajnych schowków mających tworzyć podwaliny finansowe pod „nową Rzeszę”, a jego słynna lista („lista Grundmanna”) kończy się datą 21 czerwca 1944 roku (on sam wyjeżdża w głąb Rzeszy dopiero w 1945 roku).prof Gunther GrundmannSpis zabytków (lista) i skrytek depozytowych został odnaleziony w gruzach urzędu konserwatorskiego. Dokument rozszyfrował Józef Gębczak będący historykiem sztuki. Po wojnie wszystkie miejsca ze spisu odwiedziła polska komisja rewindykacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki pod kierownictwem Witolda Kieszkowskiego, który był dyrektorem Naczelnej Dyrekcji Muzeów. Niestety okazało się, że skrytki nie były już kompletne. Komisja podjęła się zabezpieczenia tego co w nich pozostało. Istnieją przypuszczenia, że po 21 czerwca 1944 roku, Günther Grundmann mógł jeszcze sporządzić około 100 skrytek dzieł sztuki i kosztowności.
Osoby zajmujące się sprawą ukrywania zrabowanych dzieł sztuki i kosztowności są przekonane, że Karl Hanke i Günther Grundmann, jesienią 1944 roku i zimą 1945 roku, poświęcili również czas na sporządzenie wielu już mniej urzędowych, prywatnych depozytów, które miały się im przydać się po wojnie.
Przypuszcza się, że takich absolutnie utajnionych depozytów na Dolnym Śląsku sporządzono wtedy kilkadziesiąt.

Günther Grundmann milczał kilkadziesiąt lat, aż do śmierci i chyba nikt nie skorzystał dotychczas z posiadanej przez niego „prywatnej” wiedzy. Poszukiwanie tych ukryć koncentrować można wokół śladów, jakie pozostawił po sobie Karl Hanke, aż do momentu swojego tajemniczego zniknięcia w kwietniu 1945 roku, gdzieś w okolicach Wałbrzycha, Jeleniej Góry lub czeskiej granicy.
Niekwestionowanym faktem, który potwierdza dość wiele wiarygodnych śladów i relacji jest to, że Hanke odleciał pod koniec kwietnia 1945 roku z oblężonego Festung Breslau samolotem. Inne przekazy mówią też o tym, że widziano go podczas oblężenia Twierdzy w wielu innych miejscach, między innymi na zamku Książ, do którego miał przybyć helikopterem. Helikoptery pod koniec wojny były już montowane we Wrocławiu, a gauleiter o tym doskonale wiedział i mógł wykorzystać jeden z nich. Jeżeli wizyta ta jest prawdą, musiała być ona znaczącą i tym samym potwierdza to fakt, że Fürstenstein był do końca przygotowywany do spełniania zadań specjalnych przez wiele powojennych lat.

Karl Hanke korzystając z możliwości jakie dawało szybkie przemieszczanie się helikopterem, wiosną 1945 roku dokonał odwiedzin kilku miejsc, które dziś pod kątem zorganizowania skrytek depozytowych są niemniej istotne, a z pewnością tych, które były miejscami prowadzenia podziemnych robót pod obiekty o niewyjaśnionym do końca przeznaczeniu. Niektóre źródła informują o tym, że widziano go przylatującego helikopterem między innymi w kilku miejscach Gór Sowich jak również w jego własnym majątku w Golińsku, w Mieroszowie, Krzeszowie i Jeleniej Górze. Po II wojnie światowej upowszechniono informację o rzekomej śmierci Hankego podczas ucieczki przed nadciągającym frontem na terenie Czech – miał się on stać całkiem przypadkową ofiarą czeskiego patrolu, który strzelił do uciekającego człowieka. Niestety wersja ta nigdy nie została zweryfikowana, nawet przez jego rodzinę, która dość szczegółowo badała sprawę jego zaginięcia, a po pewnym czasie z jakichś ważnych, zapewne racjonalnych powodów porzuciła zainteresowanie tym wątkiem.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnie w Mieroszowie

przez , 15.wrz.2015, w Pod ziemią

Początek bocznego chodnikaProlog
Przez okres 70-ciu lat od zakończenia II wojny światowej na temat mieroszowskich sztolni i podziemi powstało wiele teorii, domysłów i spekulacji, dotyczących zarówno historii ich powstania i przeznaczenia, na docelowym wykorzystaniu kończąc.
Spekulowano na przykład o przyszłym wykorzystaniu ich na potrzeby przemysłu zbrojeniowego ściśle związanego z sowiogórskim kompleksem Riese, czy też uwzględniano często wątek ukrycia w ich rozbudowanych wnętrzach depozytu gauleitera Dolnego Śląska, Karla Hanke.
Wszystkie te teorie nieodzownie związane były z brakiem dokumentacji ich budowy i przeznaczenia.
Co tak na prawdę o nich wiadomo?
Istnienie trzech sztolni na zboczach Kościelnej Góry jest niezaprzeczalne. Ich wloty do chwili obecnej widoczne są w terenie.

Obozy pracy
Historia powstania sztolni i podziemi mieroszowskich ściśle powiązana jest z istniejącą tutaj w okresie II wojny światowej filią obozu koncentracyjnego Gross Rosen w Rogoźnicy – AL Friedland, utworzonego dość późno, bo 8 września 1944 roku, w odległości około kilometra od centrum miasta. Niewiele wiadomo na temat samego działania obozu, gdyż nie zachowało się zbyt wiele dokumentów mówiących o jego funkcjonowaniu.
Według danych z 16 lutego 1945 roku przebywało w nim 570 więźniów (mężczyzn, głównie Żydów), przewiezionych z obozu koncentracyjnego KL Auschwitz-Birkenau. Podobóz został zlikwidowany z dniem zakończenia wojny, z 8/9 maja 1945 roku. Wiadomo również, że podczas wojny w Mieroszowie funkcjonował drugi obóz, tak zwany Polenlager, będący obozem dla polskich robotników przymusowych.

W lutym 1945 roku przez Mieroszów przebiegał szlak pieszych transportów więźniów z obozu KL Riese do Czech, a docelowo do obozów KL Flossenbürg i KL Bergen Belsen. Uczestnicy tych „marszów śmierci” zatrzymywani byli na noc w AL Friedland i w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Ci, którzy zmarli zostali pochowani przez więźniów AL Friedland. Niektóre ze źródeł („Przewodnik po upamiętnionych miejscach walk i męczeństwa. Lata wojny 1939 – 1945″, Warszawa 1988, str. 776) podają, że na cmentarzu miejskim w Mieroszowie znajdują się mogiły jeńców wojennych. Można domyślać się, że również więźniów z obozu.
Wracając do AL Friedland… Więźniowie z tego obozu pracowali głównie w miejscowych zakładach koncernu VDM i „Fritz Schubert”. Wykorzystywani byli także do drążenia chodników sztolni, które zaczęły powstawać pod koniec 1944 roku.Pomik ku pamięci więźniów Gross  KL RosenDla upamiętnienia niewolniczo pracujących i tragicznie zmarłych więźniów AL Friedland, w Mieroszowie przy ul. Wałbrzyskiej ustawiono pomnik:
„AL Friedland /Mieroszów/
08.09.1945 – 09.05.1945
Pamięci 515 więźniów filii obozu Gross Rosen”,
projektu i wykonania artysty – plastyka Stanisława Olszamowskiego.

Spekulacje
Na początku lat 40-tych XX wieku produkcję zakładów przemysłowych w Mieroszowie ukierunkowano na potrzeby wojenne, a pod koniec 1944 roku rozpoczęto tu budowę jakiegoś tajemniczego podziemnego obiektu.
Różne przekazy pochodzące z wielu źródeł mówią, o kilku ukrytych wejściach do podziemi na terenie Mieroszowa, ale nikt nie wie, jak bardzo rozbudowany ma być ich kompleks, jaka jest prawdziwa długość sztolni i korytarzy.
Mówi się o drugim „podziemnym mieście Mieroszów”, w którym miano produkować samoloty myśliwskie oraz pociski typu V-1 i V-2.
Krążyły też swego czasu pogłoski jakoby Mieroszów był skażony promieniotwórczo, w związku z tajemniczymi wydarzeniami, które miały mieć w nim miejsce, w okresie dwóch ostatnich miesięcy II wojny światowej, a rejon ten zamierzano przekształcić w centrum naukowo – badawcze na wzór amerykańskiego Los Alamos.Skarpa w której znajdują się wejścia do sztolniW książce „Księstwo SS”, dr Jacek Wilczur (były pracownik Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce) przedstawił Mieroszów jako miejsce, w którym Niemcy przygotowywali się do produkcji broni atomowej i miał on stanowić część wielkiego ośrodka atomowego III Rzeszy.
Kolejny autor pozycji o kompleksie Riese, Jerzy Cera, w „Tajemnicach walimskich podziemi”, pisze o rzekomych próbach wzbogacania tu ciężkiej wody sprowadzanej z Norsk Hydro. Mariusz Aniszewski w „Podziemny świat Gór Sowich” nadmienia o „zakładach wzbogacania ciężkiej wody w Mieroszowie”. Ciężka woda czyli deuter nie wymaga wzbogacania, gdyż jest produktem końcowym. Prawdopodobnie chodziło o zakłady wzbogacania rudy uranowej.
Rozważano też możliwość budowy przez Niemców obiektów pod rozwijający się przemysł nuklearny, różnego przeznaczenia laboratoria, zakłady wzbogacania rudy uranowej czy też naukowo – techniczne schrony przeciwlotnicze.

Kościelna Góra
Zbudowana z latytów, góruje nad miastem od zachodu. W połowie XVIII wieku, w czasie gdy Mieroszów zaczął znacznie się rozwijać, została zauważona jako teren pod rekreację. Mieszkańcy, zgodnie z ówczesnymi trendami, rozpoczynają wyruszać na górskie szlaki. Prawdziwe jej ożywienie przypadło na koniec XIX wieku, gdy właściciel mieroszowskiego hotelu „Elsner” wybudował na niej restaurację. W 1894 roku wybudowano na nią drogę, zapoczątkowując jej zabudowę i wytyczanie ścieżek. Następnie przekształcono ją w piękny park, w którym mieszkańcy spędzali wolny czas.
W XVIII i XIX wieku na południowym krańcu góry funkcjonował młyn papierniczy, a po 1835 roku gdy wprowadzono do produkcji papieru maszyny, młyn traci na wartości. W 1890 roku zostaje strawiony przez pożar, zgliszcza rozebrane (do dziś widoczne są pozostałości fundamentów).Stok Kościelnej Góry w którym wydrążono sztolnieW 1918 roku po zakończeniu I wojny światowej, ku czci ofiar, na plateau ustawiono pomnik symbolizujący matkę opłakującą na swoich kolanach syna poległego w walce. Inna wersja mówi, że ma on podkreślać romantyczny charakter tego miejsca, związanego z legendą o parze nieszczęśliwych kochanków, mezaliansie. Bogaty ojciec dziewczyny miał zlecić zabójstwo jej biednego wybranka w miejscu ich potajemnych schadzek, a chwilę po, chłopak miał skonać na jej kolanach.

Okres przed wybuchem II wojny światowej był dla tego miejsca „złotym”. Górę odwiedzały setki turystów, podziwiający z przyległej do restauracji, drewnianej wieży panoramę okolicy. Widok był o wiele większy niż obecnie, gdyż wschodniego zbocza nie porastały drzewa. Cztery betonowe podstawy wieży można jeszcze odnaleźć w pobliżu fundamentów restauracji.
W czasach powojennych Kościelna Góra zaczęła tracić na swoim wyglądzie, zaczął pokrywać ją dziki drzewostan, zamieniając tym samym park w las. Plany jej rewitalizacji były różne i z różnym powodzeniem.
Obecnie jest to miejsce rekreacyjno – kulturalne Mieroszowian, z nową, drewnianą wieżą widokową, czynną od czerwca 2015 roku.

Sztolnie
Zlokalizowane są u podstawy południowego zbocza Kościelnej Góry (Kirch Berg) 545 m n.p.m.
Ich otwory znajdują się na wysokości 488 m n.p.m. (według niemieckiej Messtischblatt nr. 5363 z 1936 roku), po prawej stronie drogi prowadzącej do miejscowości Różana.
Aby do nich dotrzeć należy na skrzyżowaniu ulic Hożej i Żeromskiego skręcić w prawo (od ulicy Żeromskiego) w szutrową drogę okalającą od południa i zachodu Kościelną Górę. Po kilku metrach w zboczu uwidacznia się niewielkie wcięcie zakończone odsłonięciem skał (latytów), w którym znajduje się zawalone obecnie wejście do sztolni nr. 1. Niewielkim nakładem prac można je odgruzować, by dostać się do wnętrza, a za nim sztolnia pozostaje drożna. Idąc dalej szutrową drogą, po około 20 metrach widoczne jest kolejne wcięcie prowadzące do wlotu sztolni nr. 2, a po kolejnych 50 metrach do sztolni nr. 3. Wloty sztolni nr. 2 i 3 są również niedrożne, zlokalizowanie w zaroślach, stanowią dzikie wysypisko śmieci.Wlot sztolni nr.1Szutrowa droga okalająca Kościelną Górę (z której jest dostęp do sztolni) dawniej stanowiła trasę kolejki wąskotorowej, za pomocą której wywożono urobek ze sztolni.
Sztolnia nr. 1 ma około 25 metrów długości. Po 10 metrach od wlotu skręca pod kątem prostym w prawo.
Sztolnia nr. 2 ma długość około 75 metrów. Chodnik początkowo biegnie 10 metrów prosto, następnie pod kątem prostym skręca w lewo na 10 metrów, przez kolejne 40 metrów biegnie prosto i ponownie skręca pod kątem prostym w lewo na 15 metrów.
Wymiary wyrobisk (docelowe) to 4 metry szerokości i 2,5 metra wysokości. Na spągu zalega miejscami dużo niewydobytego urobku oraz rumosz odpadniętych ze stropu i ociosów fragmentów skał.
Należy zauważyć, że wyrobiska są obiektami nieukończonymi, pozostawionymi we wstępnej fazie ich drążenia i nie będącymi obiektami związanymi z dawnym górnictwem rud metali.
Niektóre przekazy mówią, że wszystkie wyrobiska mają się łączyć w jednym miejscu, w samym centrum góry.Sztolnia w MieroszowieEpilog
Poprzedni samorządowcy z Mieroszowa, za kadencji burmistrza Andrzeja Laszkiewicza chcieli podjąć się rozwiązania „podziemnej tajemnicy”. Przez krótki okres czasu noszono się z zamiarem udostępnienia sztolni jako atrakcji turystycznej. W planach miano podjąć się wykarczowania okolic wejść jak i odgruzowania ich, a następnie ustalenia rozległości kompleksu i opracowania planu przekształcenia go w trasę turystyczną.
Gmina zamierzała na ten cel pozyskać środki finansowe między innymi z Unii Europejskiej.
Za sprawą Bogdana Rosickiego (który realizował podobne projekty między innymi na Włodarzu i w Walimiu) zaczęto uważać, że mieroszowskie podziemia mogą być jedną z największych tego typu „konstrukcji” na świecie, większą nawet od kompleksu Riese.Sztolnia w Mieroszowie (1)Władze gminne zostały zmienione, a plan udostępnienia sztolni nie został do chwili obecnej wcielony w życie. Nie wiadomo też jakie są zapatrywania na ten pomysł obecnego burmistrza Marcina Raczyńskiego.
Aby dostać się do mieroszowskich podziemi wystarczy podnieść właz jednej ze studzienek na terenie miasta i zapuścić się do jej wnętrza. Którą? Analitycznym i spostrzegawczym poszukiwaczom odnalezienie jej nie nastręczy problemu. W okresie ostatnich kilku miesięcy (od czerwca 2015 roku) mieszkańcy mają kłopoty związane z dostawami wody do mieszkań. Borykają się z tym problemem do chwili obecnej (wrzesień 2015). Tłumaczone są one wieloletnimi zaniedbaniami sieci wodociągowej, awariami pomp, suszą, itp.
W podziemiach jest jej jednak sporo…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Opowieści skarbowe (2)

przez , 01.sie.2015, w Skarby

Trzej bracia (1948 rok)Mój ojciec (1920 – 1983)
Jako jeden z nielicznych przebył szlak bojowy Lenino – Berlin. Może dlatego, że był kierowcą Studebakera i „ciągał” działo. Po wojnie raz w roku było spotkanie rodzinne trzech braci – wszyscy tak zwani „frontowcy” (zdjęcie powyżej zrobiono w 1948 roku).
Chłopaki przy kawie (?) rozmawiali głównie o wojnie (trauma wojenna). Ojciec opowiadał:
- Po zdobyciu Kołobrzegu ruszyliśmy na Berlin, a tu pół samochodu wojennego dobra, około 5 kg złotych wyrobów, mnóstwo srebra i innych wartościowych rzeczy. Wszystko w skrzyniach po amunicji. Zakopaliśmy to dosyć głęboko na polanie w lesie, w kierunku na Dźwirzyno. Na drzewie zaznaczyliśmy strzałkę.

Pojechaliśmy na początku lat 70-tych. Drzew nie ma, lasu nie ma. Może 5 km w tę stronę, a może 10 km w tamtą (?) …
Teraz można to zlokalizować. Wystarczy wziąć mapę z 1940 – 1945 roku
http://igrek.amzp.pl/mapindex.php?cat=TK25
pokryć ze współczesną mapą satelitarną – jak się nakłada mapy: http://www.wykop.pl/ramka/1201709/zobacz-jak-wygladala-twoja-miejscowosc- wiek-temu-w-google-earth/ – i… życzę powodzenia poszukiwaczom.

Chłopaki mieli mnóstwo szczęścia. Po rozwiązaniu ich jednostek, już prawie nad samą Łabą, cała piątka (widoczna na zdjęciu) wracała do domu. Nie będą wracali na „pusto”. Trzy wypakowane dobrem Studebakery jadą do domu. Nie dojechali. Po krótkiej walce z ruskim patrolem postanowili zawartość samochodu zakopać… Ruskich też (województwo zachodniopomorskie, powiat świdwiński, miejscowość Buślary).
Byłem tam (w 1972 roku) z całą trójką braci. Nie znaleźliśmy!

Bardzo bogaty Niemiec
Trzeba ludzi słuchać i wyciągać (czasem) wnioski. Gość po 60-tce opowiada:
- Moja babcia przez całe swoje życie mówiła mi bym odszukał to, co zakopał najbogatszy Niemiec z jej wsi…
Powiedział nazwę wsi i nazwisko gospodarza. Podobno zapakował dwie skrzynie jak trumny i dziewięć kanek. W nocy wywiózł to do lasu.Odnaleziony karabinWieś jest niedaleko od mojego miejsca zamieszkania. Pojechałem sprawdzić. W parafii miejscowego kościoła widnieje takie nazwisko, czyli zgadza się. Fakt. Wieść niesie, że był bardzo, bardzo bogaty. Ksiądz pokazał mi jego byłe miejsce zamieszkania. Zrobiłem tak jak w instrukcji powyżej (linki). Widać jak do dziś rozbudowała się wieś, jak wyglądały lasy wtedy i teraz. Wytypowałem hipotetyczne miejsca i pojechałem (w maju 2015 roku). Wyszło, że „gość” opowiadał o tym nie tylko mi. Znalazłem dosyć dużo miejsc po pseudo poszukiwaczach. Byłem krótko, bo wygonił mnie deszcz. Znalazłem jedynie to (galeria zdjęć poniżej):

Koło młyńskie (jeszcze nie zabrałem) chyba tam jeszcze jest. Pewnie w najbliższym czasie pojadę tam ponownie.
Oczywiście ciąg dalszy nastąpi. Opowieści jest bardzo dużo (tych których „dotknąłem” osobiście).
Będę dalej publikował…

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , więcej...

Opowieści skarbowe (1)

przez , 15.lip.2015, w Skarby

TalaryZanim zacznę opowieść napiszę o niezmierzonej głupocie ludzkiej i proszę tu Czytelników o sugestie – jak temu przeciwdziałać …?
To się dzieje teraz, w 2015 roku…
Zgłasza się do mnie mężczyzna pokazuje mi monetę (zdjęcie powyżej).
- Czy ona jest coś warta? Na mojej posesji (w Nakle) kopałem fundament pod garaż i znalazłem garnek, w którym było takich 200, były inne, miały różne obrazki. Zeszlifowałem wszystkie te obrazki, a krążki sprzedałem na złom, dostałem „kupę” kasy, aż prawie 7 tysięcy złotych.
Takie talary ważą od 25 g do 30 g z małym haczykiem, czyli zgadza się.

Kolejny przypadek:
- Czy to stanowi jakąś wartość? (gość pokazuje mi „to” na zdjęciu, wielkość 1 cm2).
Było w takim małym starym damskim pierścionku, złoto oddałem na złom (640 zł), a to mogę wyrzucić.
Szkoda, że nie wyrzucił.Zdjęcie Herbu ChludzińskiPowyżej: herb Chludziński – polski herb szlachecki, odmiana herbu Cholewa. Opis herbu: w polu czerwonym między dwiema klamrami srebrnymi, odwróconymi barkami do siebie – miecz ostrzem do góry.

Klejnot trzy pióra strusie
Chludziński / Chludziński – notowane od 1532 roku, od nazwy miejscowej Chludnie (niegdyś okolica szlachecka Chludnie; więcej dwuczłonowych wsi tej nazwy) w dawnej Ziemi Łomżyńskiej (obecnie gmina Mały Płock, powiat kolneński). Nazwisko rzadko spotykane, niemal wyłącznie na Mazowszu – w dawnej Ziemi Łomżyńskiej i dawnej Ziemi Płockiej.
Początek rodowi dało siedmiu braci, którym książę Janusz I Starszy nadał w 1413 roku wymienione Chludnie, skąd wzięli oni później swoje nazwisko. Chludzińscy, licznie rozrodzeni już w swoim gnieździe, początkowo pieczętowali się herbem Cholewa „z tą odmianą, że miecz do góry ostrzem kładą”. Wśród znaczniejszych Chludzińskich w dawnych wiekach spotykamy ponad 40 biorących w kolejnych elekcjach królów polskich w XVII i XVIII wieku. W źródłach historycznych znaleźć można kilkaset notatek na temat różnych Chludzińskich biorących udział w procesach majątkowych, dziedziczących bądź dokonujących transakcji majątkowych w XV – XVIII wieku. Chludzińscy z Chludni pieczętowali się początkowo herbem Cholewa, choć później znajdujemy też przy tym nazwisku i inne herby. Nazwisko nosi obecnie około 1550 Polaków, w powiecie wołomińskim około 15 – 20 osób.

Opowieści
W każdym rejonie Polski krążą legendy o ukrytych skarbach. Odniosę się do opowieści skarbowych dotyczących II wojny światowej. Jest ich bardzo dużo. Napiszę o skarbach, które „dotknąłem” osobiście. Trzeba też wiedzieć, że w opowieściach jest zawsze maleńkie ziarno prawdy (mój poprzedni artykuł „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi”).
Znalazłem siedem dużych beczek o różnej zawartości, którą to zawartość zabraliśmy samochodem ciężarowym. Pewnie do dziś chodzi opowieść po wsi, że:
Niemcy przyjechali nocą i odkopali beczki pełne biżuterii, a ten, co był tam rano zebrał jeszcze dwa wiaderka biżuterii…
Mamy piękną opowieść. Ziarno prawdy? – Beczki były.

Trofiejny pociąg
Na początku lat 80-tych ubiegłego wieku doszła do mnie informacja, że „Trofiejny pociąg” jadący z Niemiec do Rosji zatrzymał się w miejscowości Tychowo, a następnie ruszył do Bobolic.
Odcinek Tychowo – Bobolice pokonał w ciągu 48 godzin. Dlaczego?
Może obsługa chciała coś uszczknąć dla siebie? Informacja przeszła mimo uszu. Po jakimś czasie pojechałem w okolice Bobolic, by przeszukać miejsce po rozbitym niemieckim pancernym pociągu. Znalazłem tam mnóstwo niezidentyfikowanego żelastwa i skrzynkę po amunicji.Skrzynka po amunicjiOddałem ją do Izby Pamięci. Z opiekunem izby mocno się rozgadaliśmy. Mówi:
- A wiecie o pociągu Trofiejnym? Z Tychowa do nas jechał ponad dwie doby. Rosjanie podstawili samochody, bo dalej tory były rozbite. Zawartość składu pociągu nie była pełna. Cała załoga została rozstrzelana. Mieszkańcy postawili im pomnik.
Odcinek Tychowo – Bobolice to tylko 25 km szosą, a koleją krócej. Do dziś ta trasa czeka na sprawdzenie.Pomnik ku pamięciLasy
Po przeczytaniu kilku książek o wspomnieniach uciekinierów (patrz „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi” wątek: Dobra porzucane i ukrywane w czasie wędrówki), pojechałem odszukać miejsca biwakowania uciekinierów.  W lasach koło (…) spotkałem leśniczego. Wywiązała się przyjacielska rozmowa i leśniczy mówi:
- Pokażę panu miejsce gdzie był wyręb lasu. Po wyrębie był nasadzony nowy las. Pług leśny zrywa około 30 cm ziemi. Panie, co tam nie było!
Pojechaliśmy. Piękna leśna droga po jednej stronie młody las, po drugiej bardzo stary. Pokazuje:
- To tu się ukryli, a ruskie samoloty ich zbombardowały…Waga i puzderkoWłączyłem wykrywacz i wszedłem do starego lasu. Od razu sygnał i jest – puzderko, kieszonkowa waga, a obok złote obrączki, ale… Na kościach dłoni! KONIEC poszukiwań!!! Dalej nie szukam! Uświadamiam leśniczego, co należy zrobić w takich okolicznościach (zgłoszenie do prokuratury, powiadomienie Fundacji Polsko – Niemieckiej „Pamięć” – pisałem o fundacji w moich komentarzach). Leśniczy prosi mnie bym to zachował dla siebie, bo wie ile z tego będzie problemów. Zgodziłem się. Całe szczęście, ze dziś nie potrafię odszukać tego miejsca, bo to było bardzo dawno temu.ObrączkiNa obu obrączkach widnieją te same inicjały i data „1921″.

Hrabina
Kiedyś poznałem autentyczną hrabinę (nazwisko i miejsce zamieszkania znane autorowi). Mieszka – mieszkała w pięknej starej karczmie z 1892 roku. Miała 9 lat gdy rozpoczęła się wojna i opowiada:
- Byliśmy w naszej leśniczówce. Moi bracia (trzech) zapakowali do pięciu skrzynek: wszystkie srebra z leśniczówki (1), cenne książki (2), porcelanę (3), obrazy (4) i wszystkie bibeloty (5). Wynosiliśmy po kolei i zakopaliśmy w lesie obok, każdą w innym miejscu. Dopiero w 1976 roku z jednym z braci pojechałam to odszukać. Znaleźliśmy tylko skrzynkę z obrazami.
Widziałem obrazy w jej karczmie – moje wnuki nie musiałyby pracować. Oczywiście pojechałem z Panią Hrabiną do jej byłej leśniczówki. Samochód na jej prośbę zostawiliśmy dosyć daleko. Dlaczego? Mówi:
- Bardzo długo sądziliśmy się z lasami o odzyskanie mojej leśniczówki, oni mnie tu dobrze znają, ale tu się zmieniło…
Pokazała na las w około. Włączyłem wykrywacz metali i idę. Niestety zostałem zauważony. Ale się działo! Niesamowita agresja i chamskie zachowanie – ich. Wzywanie policji, całe szczęście, że nie było obok Pani Hrabiny. Nie czekałem na policję – uciekłem. Czy te cztery pozostałe skrzynki tam są? Nie wiadomo. Być może teraz dałoby się to jakoś załatwić – minęło 15 lat.

Młyn
Pod koniec lat 70-tych pracowałem w jednej z telewizji kablowych, jako przedstawiciel. Chodziłem „ po ludziach” i proponowałem, by się podłączyli do „kablówki”. Podczas takiej pracy spotyka się dużo ciekawych osób. Trafiłem do bardzo starej kobiety powyżej 90-ciu lat – całkiem „kumata”. Mieszkanie bardzo skromne, biedne. Tacy starzy ludzie są bardzo ciekawi, mają piękne wspomnienia. I wojna, II wojna i wiele innych bardzo ciekawych zdarzeń. Rozmawiamy. Podpytuję ją jak pamięta wojnę itd. Ona w trakcie rozmowy mówi:
- Przed wojną i podczas wojny przez 17 lat byłam gosposią u Niemca młynarza, miał dwóch synów SS-manów, którzy pracowali w obozie koncentracyjnym dla Żydów. Pomagałam mu pakować w beczki srebra, obrazy, piękną porcelanę i inne cenne rzeczy. On te beczki smołował i okręcał papą. Wszystkich beczek było 12. W trzech nie wiem co było, bo to chowali jego synowie. Beczki zakopali w gnojowicy. Młynarz powiedział – mogą leżeć nawet 100 lat, nic się nie stanie.
A gdzie ten młyn? – spytałem i wymieniła miejscowość (…). Około 15 km od tego miejsca. Mój samochód stoi przed domem. Jedziemy razem. Miejsce wygląda tak, szkic poniżej (mógłbym podać współrzędne GPS, z satelity też pięknie widać).Szkic zabudowań młynarzaByłem w tym miejscu obecnie (w kwietniu 2015 roku), nic nieruszone. Beczki chyba jeszcze są?!

Bród przez Wisłę
W 1999 roku zmieniłem miejsce zamieszkania z Pomorza do centralnej Polski. Bardzo szybko poznałem podobnych mi pasjonatów. Tylko, że tu nie ma depozytów. Koledzy wyspecjalizowali się w poszukiwaniu monet. Bardzo dobrze poznali historię swoich okolic, ale trochę inaczej. Dokładnie określili „Szlak Bursztynowy Rzymian” i inne szlaki handlowe. Miejsca byłych zajazdów, karczm. Pól bitewnych z Krzyżakami. Pojechaliśmy do miejsca dawnego brodu przez Wisłę.Bród, miejsce znalezienia- Na tym polu w sumie znaleźliśmy gdzieś 1000 monet.
Dla mnie to niewiarygodne!
- Teraz tu pewnie nic już nie ma.
Na powierzchni około 20 m2 znalazłem to (zdjęcia poniżej). To był tylko jeden „wypad”, bo w 2002 roku weszła ustawa o Ochronie Dóbr Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Do dziś tam nie byłem. W tym roku w czerwcu zmieniły się przepisy i już można. To też jest miejsce „skarbowe”.Oryginalna rzymska fibula I-IV wiek n.e.Oryginalna rzymska fibula I – IV wiek n.e.Wiele nakładających się przedmiotów na 20 m2Przedmioty, które znalazłem na powierzchni 20 m2: między innymi grot od bełta do kuszy, nożyk, część zapinki – średniowieczne.

Zakończenie
To jest tylko pierwsza część „moich opowieści”. Ilekroć zejdę do moich zasobnych piwnic, by poszukać eksponatów (tych, których nie oddałem do muzeów), odkrywam, że jeszcze mogę napisać o:
- Przedwojennym dilerze mercedesa
- Najbogatszym Niemcu rolniku ze wsi Trzesieka pod Szczecinkiem
- Drugim takim samym Niemcu spod Bydgoszczy (aktualnie się tym zajmuję)
- Odkrycie zamaskowanej piwnicy – prawdziwy skarb, dużo zdjęć
- Odkrycie złotych monet w hotelu „Pod Orłem”

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto krnąbrnych mnichów

przez , 23.lut.2015, w Skarby

Opactwo w LubiążuW 1810 roku po sekularyzacji zakonu cystersów, zgromadzone przez nich kosztowności, nakazem króla Wilhelma przejmuje państwo pruskie, a nieruchomości m.in. prywatni właściciele. W lubiąskim klasztorze znalazła się jednak grupa krnąbrnych mnichów niegodząca się z zawłaszczeniem ich dóbr, „organizuje się”, a następnie potajemnie ucieka z ich częścią w kierunku Krzeszowa. Docierają do grangi w Winnicy, a dalej kierują się ku górze Górzec. Tam ślad po nich, a zarazem po kosztownościach urywa się. Ten wątek jest już znany. Wspominaliśmy o nim w pierwszej części „Z pamiętnika eksploratora”. W miarę upływu czasu dochodziły do nas różne informacje dotyczące „skarbu cystersów”, dywagacje ale i fakty historyczne. Co jeszcze wiadomo?

Grupa zbuntowanych cystersów dociera do Górzca. Tam najprawdopodobniej rozdzielają się. Czy zrobili to po podziale kosztowności czy też kosztowności ukryli gdzieś na jego stokach? Jeden z nich pozostaje na Górzcu i prowadzi żywot pustelnika. A może strażnika? Kim był? Czy mógł być nim brat Heinrich Ritter będący konwersem zakonnym? Wiadomym jest, że zaginęła lubiąska kolekcja 700 numizmatów stanowiąca własność cystersów. Czy złoty diadem odnaleziony w okolicach Górzca, którego kopia znajduje się w jaworskim muzeum regionalnym, jest niewielkim śladem potwierdzającym wydarzenia sprzed 200 lat?

„Skarb musiał zostać ukryty w 1740 roku lub niewiele później – wskazuje na to jego skład. Monety oddał na przechowanie w klasztorze na wieść o wojnie któryś z zamożnych mieszkańców Lubiąża, np. jeden z zamieszkałych tam artystów i rzemieślników pracujących do 1793 roku w klasztorze czy nawet bogatszy chłop z okolicy – zakopałby je pewnie brat Ritter, konwers zakonny, właściciel zaś nigdy już nie zgłosił się po nie. Wskazywać na to może historia, która mówi o tym, że ten właśnie zakonnik wydobywał pod nieobecność opata z klasztornej piwnicy pieniądze na daninę, której pilnie zażądał jeden z austriackich generałów.
– Monety ukrył w klasztorze stacjonujący tam pruski żołnierz lub robotnik klasztorny, który po bitwie pod Malczycami w 1741 roku takiego żołnierza ograbił.
– Monety stanowiły część podręcznej rezerwy gotówkowej klasztoru, ukrytej przez brata Heinricha Rittera (…).
Ze względu na wnioski wyciągnięte ze struktury skarbu (gotówka zbierana przez dłuższy czas) wykluczyć należy wariant drugi. Pierwszy zaś i trzeci są do pogodzenia, gdyż Ritter mógł pieniądze powierzone mu za przechowanie ukryć tam, gdzie chował gotówkę klasztorną; wykopując zaś skrzynie z pieniędzmi klasztornymi dzban z depozytem oczywiście pozostawił”.
(Borys Paszkiewicz)Złoty diademCzy krnąbrni bracia zabrali z lubiąskiego opactwa tylko kosztowności ze złota i srebra? Z protokołów komisji sekularyzacyjnej wiadomo jest, że wyposażenie wnętrz klasztoru w Lubiążu (w XVII i XVIII wieku) było niezwykle bogate. To nie tylko wyroby ze złota i srebra ale również ogromna kolekcja dzieł sztuki, ogromne zbiory obrazów znanych mistrzów takich jak Michała Willmanna nazywanego śląskim Rembrandtem, Christiana Bentuma czy F.A. Schefflera. Po sekularyzacji zakonu z ramienia rządu pruskiego zabezpieczeniem dzieł sztuki zajmował się doktor J.Busching. W 1811 roku wybiera on prawie 500 płócien tylko najwyższej klasy do będącej w fazie projektu galerii malarstwa we Wrocławiu. I właśnie w tym miejscu pojawia się wątek zbioru 700 starych złotych i srebrnych monet będących w posiadaniu konwentu lubiąskiego, który w trakcie sekularyzacji… zaginął!

W klasztorze znajdowały się również inne cenne przedmioty takie jak spore ilości starej broni, w tym ponad sto starych muszkietów wykończonych kością słoniową i masą perłową, pistolety, działa, wiwatówki, moździerze, a z broni białej szable, miecze i halabardy; instrumenty muzyczne, materiał nutowy zawierający starą muzykę kościelną i świecką – oratoria, msze, arie. Warto też wspomnieć o kolekcji naczyń stołowych.

„Do momentu sekularyzacji zachowało się już niewiele z poprzedniego bogatego zestawu srebrnych naczyń i nakryć stołowych używanych przez opata, gdyż klasztor w drugiej połowie XVIII wieku zmuszony był do ratowania swoich finansów sprzedażą sreber i klejnotów. W skarbcu kościelnym znajdował się jednak jeszcze: 1 złoty kielich z pateną, 25 kielichów srebrnych z patenami, srebrne cyborium, 3 srebrne monstrancje (jedna wysadzana rubinami i kamieniami szlachetnymi), srebrny pastorał opatów, 2 srebrne krucyfiksy i wiele innych przedmiotów ze srebra oraz ogromna ilość starych szat liturgicznych: samych ornatów 171, 61 dalmatyk, 14 infuł, 17 pluwiali itd. Pałac opatów posiadał bogate i kosztowne umeblowanie; bogatą bibliotekę klasztorną i archiwum wywieziono do Wrocławia”.
(Konstanty Kalinowski)Złoty krajcar z GórzcaWiększość powyższych przedmiotów została wywieziona z Lubiąża ale część z nich pozostała do czasów II wojny światowej. W 1944 roku dolnośląski konserwator zabytków profesor Gunther Grundmann, będący odpowiedzialnym z ramienia Adolfa Hitlera, a dalej władz III Rzeszy za zabezpieczenie dzieł sztuki i zorganizowanie dla nich składnic, wydaje polecenie zdemontowania części cennego wyposażenia klasztornego kościoła (w obawie przed zbombardowaniem klasztoru) i przewiezienie go do składnicy zabytków zorganizowanej w kościele w Lubomierzu. Pozostała część została ukryta w kościelnej krypcie oraz innych częściach opactwa, a to co pozostało, zostało zniszczone przez wycofujących się Niemców i następnie przez wojska radzieckie, w związku z czym po wojnie nie pozostało już nic.

Źródła niemieckie z 1936 roku podają, że w okolicach lubiąskiego opactwa odnaleziono część „skarbu cystersów” ukrytego po 1806 roku w postaci 544 talarów oraz 1/2 i 1/3 talarówki. Co ciekawe właśnie w tym roku Lubiąż odwiedził Adolf Hitler.
Od 1981 roku poszukiwaniami skarbu w Lubiążu za sprawą generała Wojciecha Jaruzelskiego i generała Czesława Kiszczaka zajęli się funkcjonariusze MON i MSW. Jakie były prawdziwe efekty poszukiwań prowadzonych w latach 1981-1982? Chyba jeszcze długo się nie dowiemy lub nie dowiemy wcale. Wiadomo, że w metalowym naczyniu znalezionym w opackim ogrodzie znajdowało się 1353 złotych i srebrnych monet (oficjalnie), które ważyły ponad 6 kg! Wówczas wartość skarbu wyceniono (według katalogów numizmatycznych) na ponad 3,8 mln zł co stanowiło równowartość 61.400 $ (w latach 1982-1983).

Przypomnijmy jeszcze tylko, że początki lubiąskiego opactwa zaczynają się w 1163 roku za sprawą księcia Bolesława I Wysokiego, który ich tu sprowadził z saksońskiego Pforte. Dwunastu mnichów, którzy stanęli na wzgórzu nad Odrą zapoczątkowało rozwój, świetność oraz bogactwo nowego założenia, przyjmując w swe szeregi wyłącznie braci ziomków. Odchodząc daleko od surowej reguły „ora et labora”, członkowie wspólnoty założonej pod koniec XI wieku w Burgundii, stworzyli wielkie centrum gospodarcze i kulturalne, śląską perłę baroku bogactwem i przepychem płynącą. Wyróżniali się nie tyle pobożnością, ile zmysłem ekonomicznym – pierwsza na świecie korporacja finansowa, inżynierowie średniowiecza, przeżywający swój największy rozwój już w XIV wieku.

Wsie, folwarki, lasy, stawy hodowlane, browary i gorzelnie, a nawet kopalnie złota. Gospodarka wolnorynkowa z czasem przestawiona na system czynszowy zwiększający dochody (i to znacznie!), po produkcję na ogromną skalę żywności i handel. Prosperita w najlepszym tego słowa znaczeniu. Posiadacze „skarbów” w postaci relikwii świętych, mających większą wartość w owych czasach niż złoto i szlachetne kamienie – dłoni św. Stanisława, Wawrzyńca, Maurycego, a nawet głowy sześciu dziewic uznanych za święte, złożone w srebrnych kielichach, w tym głowę św. Jadwigi. Lubiąscy cystersi wyspecjalizowali się również w podrabianiu dokumentów i pieczęci, które do chwili obecnej zdobią podrobione oryginały. Kres sielance położył rok 1810, a mnichów w efekcie wypędzono.Kapliczka i schody prowadzące na szczyt GórzcaCzy właśnie dlatego grupa mnichów przeczuwając nadchodzącą przyszłość podjęła decyzję o ucieczce przed nieuchronnym losem wraz z kosztownościami, by chociażby w ten sposób zapewnić sobie spokojną egzystencję na lata? Gdzie zatem są ukryte zabrane przez braci z Lubiąża skarby i jaką rolę odegrała postać mnicha pozostałego na Górzcu jako pustelnik („strażnik” Ritter?). Czy czekają nadal na swojego odkrywcę w Mniszym Lesie na stokach Górzca, Dębnicy, a może Diabelskiej Góry? Teren wymienionych szczytów wydaje się być idealnym do ich ukrycia, na dodatek doskonale znany cystersom gdyż należał do nich od połowy XIII wieku. Naturalne zagłębienia, wychodnie skał, stare XVII-wieczne sztolnie.

Na szczycie Górzca górował niegdyś nad okolicą wybudowany z inicjatywy Henryka Brodatego w XIII wieku zamek otoczony suchą fosą, która istnieje do dziś. Można zakładać, że posiadał on podziemia. Na szczyt prowadzi Droga Kalwaryjska wybudowana w 1740 roku przez cystersów. Skarb może zalegać w niedalekim sąsiedztwie jednej z kapliczek, pod schodami wprowadzającymi na szczyt jak i pod kaplicą pielgrzymkową. Również stoki Diabelskiej Góry obfitują w wiele miejsc nadających się na skrytkę. Na koniec warto też pamiętać o grangi w Winnicy (i jej podziemiach), kościele w Słupie i legendarnym podziemnym przejściu do żarskiej kaplicy oraz wielu innych, nieistniejących dziś obiektach w tym rejonie.
1353 monety przypadkowo odnaleziono. Pozostała tajemnica zaginionego zbioru 700 monet konwentu. Skarb cystersów nadal spędza sen z oczu…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby epoki Napoleona

przez , 02.sty.2015, w Skarby

Kampania NapoleonaNa Moskwę!
Każdemu chyba znana jest postać Napoleona Bonapartego cesarza Francuzów, dlatego nie będę przytaczał tutaj jego życiorysu i dokonań, bowiem wszystkie informacje można znaleźć bez trudu w internecie. Ważniejsze dla nas ze „skarbowego” punktu widzenia są jego wyprawy, które jak każdy zakręt historii, sprzyjał powstawaniu skarbów.
Za swego panowania Napoleon prowadził liczne wojny i kampanie, jego wojska przemierzały całą Europę. Tam gdzie wojska Napoleona dotarły dochodziło zwykle (ówczesnym zwyczajem) raz na większą, innym razem na mniejszą skalę do łupienia przeciwnika i podbitych ziem. Niektórzy marszałkowie cesarza znani byli z zapobiegliwości w gromadzeniu dóbr na podbitych ziemiach.

Zwrotnym punktem w karierze Napoleona była słynna wyprawa na Rosję w 1812 roku. Brały w niej udział również polskie wojska Księstwa Warszawskiego. Cała wyprawa pomimo zdobycia Moskwy, zakończyła się klęską i Napoleon musiał wycofać się z Rosji. Trasa odwrotu wiodła przez ziemie Księstwa Warszawskiego, Prusy, Śląsk, a więc przez ziemie obecnej Polski. Jest to ważne o tyle, że teraz padnie kilka słów na temat skarbów związanych z działalnością żołnierzy napoleońskich na ziemiach polskich. Bez wątpienia największym co do objętości (a zarazem wartości) jest „prywatny” skarb Napoleona, pochodzący z łupów z wyprawy na Moskwę. Sam Napoleon interesował się bardzo dziełami sztuki i cennymi przedmiotami zgromadzonymi zwłaszcza w najstarszym i najbogatszym muzeum kremlowskim w Moskwie – otrzymywał na ten temat raporty od szpiegów.

Rosjanie jednak przed wkroczeniem Francuzów do stolicy zdołali je bezpiecznie ewakuować. Mimo to splądrowane miasto dało obfity łup – obrabowano między innymi mennicę z wielką ilością złota i srebra, łupem padły też moskiewskie cerkwie (podobno tylko z Soboru Uspieńskiego Francuzi zabrali 300 kg złota i 5 ton srebra). Rabunki na szeroką skalę czynione w Moskwie zasiliły również prywatny bagaż cesarza, stanowiąc jego osobistą zdobycz. Znajdowały się nim w złote przedmioty, mnóstwo cennych obrazów i dzieł sztuki, wymienia się także trzy złote trumny pochodzące z cerkwi moskiewskich, jak również wielki złoty krzyż z Kremla. W drugiej połowie października 1812 roku Francuzi stopniowo opuszczają Moskwę, wywożąc ogromne łupy.

Złoty łup cesarza
Stolicę Rosji opuściła także cesarska prywatna zdobycz rozmieszczona na wozach i pomimo pospiesznego odwrotu z Rosji, bezpiecznie dociera w okolice miejscowości Supraśl. Jeden z powozów zawierający złota trumnę wypełnioną złotymi monetami, zostaje skierowany do Supraśla, gdzie konwojenci w podziemiach pobazyliańskiego zespołu klasztornego skutecznie ukrywają cenny depozyt tak, że do dzisiaj nie natrafiono na jej ślad. Pozostała część „konwoju”, dla skrócenia drogi podejmuję marszrutę przez zamarznięte Jezioro Augustowskie Długie. Mniej więcej w połowie drogi, pod ciężarem przewożonego ładunku załamuje się lód i dwie karety z cenną zawartością toną w wodach jeziora. Nie muszę chyba dodawać, że również nie odnaleziono ich do dzisiaj.

Konwój skrzyń
W okolicach wsi Bojanowo niedaleko Gdyni, na przełomie XIX i XX wieku, jeden z okolicznych mieszkańców trudniący się wydobywaniem torfu, w trakcie eksploatacji przygotowanego uprzednio terenu, wydobył skrzynię zawierająca bliżej nieokreślone kamienie oraz kawałki metalu. Zniszczoną skrzynię, kamienie oraz żelastwo wyrzucił, zachowując jeden kawałek metalu kształtem przypominający ruszt do pieca, który zaniósł do domu. Metal przeleżał zapomniany w domu znalazcy kilka lat. Dopiero potem okazało się, że bezwartościowy z pozoru kawałek metalu w formie sztabki jest czystym złotem. Sztabka trafiła następnie do Muzeum Gdańskiego.
Zachowała się informacja pochodząca z ustnego przekazu, że w grzęzawiskach istniejących wówczas pomiędzy Bojanowem i Głodowem żołnierze napoleońscy zatopili konwojowane przez siebie skrzynie, lecz co do przyczyny takiego postępowania oraz zawartości i ich ilości brak jest informacji.SkarbyKasa pułkowa
W 1813 roku mała miejscowość Płakowice w powiecie lwóweckim na Dolnym Śląsku stała się areną starcia między Rosjanami i Francuzami. Dowodzący Francuzami generał Puthod zdając sobie sprawę z możliwości okrążenia przez Rosjan i Prusaków, przyjął bitwę, która zakończyła się jego klęską i zagładą całej dywizji. I tutaj na scenę wchodzi „skarbowy” trop. Otóż podobno przed bitwą w pobliżu miejscowego pałacu, w odległości 50 kroków od małego stawu i rosnącego tam krzewu zakopano resztki pułkowej kasy w okutej skrzyni, z której uprzednio wypłacono żołnierzom podwójny żołd. Druga wersja mówi o tym, że eskorta miała wywieźć kasę w kierunku Bielanki, gdzie miało dojść do częściowego rozdzielenia kasy pomiędzy eskortujących żołnierzy, a reszta została zakopana w lesie. Trzecia wersja wspomina, że kasę zakopano na wzgórzu Jaglarz 301 m n.p.m. lub Wietrznik 291 m n.p.m. Te same wzgórza są wymieniane jako miejsca zakopania kosztowności będących własnością jednego z generałów.

Inna informacja podaje, że kasa pułkowa strzeżona stale przez batalion piechoty Westfalskiej, została jeszcze przed bitwą zakopana w beczce na jednym z okolicznych bagnisk. Sprawa może być warta zastanowienia, bo podejmowano kilkakrotnie poszukiwania, ostatnie w 1925 roku. Ponadto dowódca wojsk rosyjskich w pobitewnym raporcie wśród zdobyczy nie wymienia kasy.
Z kolei mieszkańcy nieodległego Mojesza przekazywali sobie legendę z okresu wojen napoleońskich o tym, że w pobliżu wsi oddział Kozaków zdobył podobno transport złota bądź innych kosztowności ochraniany przez konwój francuski. Z uwagi na konieczność ucieczki Kozacy w pośpiechu ukryli w okolicach wsi drogocenny łup – nie odnalezione do dziś kasy wojenne, beczki ze złotem i nie tylko.

Gdzie?
Oto garść szczątkowych informacji dotyczących skarbów pozostawionych przez żołnierzy napoleońskich:
1. Wieś Parszywka (powiat Proszowice, woj. małopolskie) – wycofujący się żołnierze francuscy mieli na terenie wsi ukryć jakieś kosztowności. Brak dalszych informacji.
2. Wieś Solistówka (powiat Augustów, woj. podlaskie) – na łąkach niedaleko wsi miała zostać zakopana beczułka ze złotem przez żołnierzy napoleońskich.
3. Jezioro Sunowo (powiat Ełk) – na jeziorze usytuowane są dwie wyspy zwane Siedliskie Kępy, a przez ludność niemiecką nazywane Francozen Inseln (Francuskie Wyspy) – na ich terenie schronienie znaleźli maruderzy i chorzy żołnierze napoleońscy, którzy mieli tam zakopać swoje łupy.
4. Jezioro Tonka (powiat Lidzbark Warmiński) – w lutym 1807 roku żołnierze gwardii Napoleona rozłożyli się na nocleg na zamarzniętym jeziorze. W nocy pod wpływem ciepła ognisk lód załamał się i wielu żołnierzy utonęło. Najprawdopodobniej do wypadku doszło w północno-wschodniej części jeziora. Zapewne można by odnaleźć sporo z wyposażenia i majątku osobistego żołnierzy, tym bardziej, że jest to akwen zanikający (kurczące się jezioro).
5. Jezioro Kacapka (powiat Hrubieszów) – zgodnie z informacją, powracający żołnierze z kampanii rosyjskiej mieli w nim zatopić jakieś beczki. Niestety nie wiadomo co w nich było ale chodzą słuchy, że… skarby.
6. Kalisz – po przegranej bitwie w lutym 1813 roku wycofujące się wojska francuskie dokonały grabieży dworków i kościołów w Kaliszu. Łupy wieziono na wozach, z których jeden w czasie ucieczki zatonął na mokradłach w okolicach Skarszewa w rozlewiskach Swędrni, a według innej wersji w rzece Prośnie.
7. Jezioro Hańcza – w głębokich wodach tego akwenu napoleońscy żołnierze podczas ucieczki przed Kozakami mieli zatopić taczankę ze złotymi monetami.
8. Lniano (powiat Świecki, woj. kujawsko-pomorskie) – w okolicach starej lipy zwanej „Krzywą Lipą”, przy której miał odpoczywać cesarz Napoleon, z jego polecenia miała zostać zakopana kasa wojenna, która była zbyt ciężka (nieporęczna) do dalszego transportu.
9. Osiek (powiat Starogard Gdański, woj. pomorskie) – przez Jezioro Kałębie miał kiedyś prowadzić most, po którym przejeżdżał Napoleon podczas odwrotu spod Moskwy. Polecił wrzucić do jeziora skrzynię z pieniędzmi, która obciążała go podczas ucieczki.
10. Wiele (powiat Kościerski, woj. pomorskie) – miano w tej okolicy zakopać kasę wojenną, kiedy wojska francuskie pod naporem Rosjan wycofywały się. Wiele lat po wojnach napoleońskich kasy mieli szukać jacyś francuscy oficerowie jednak ich szkice odręczne nie były na tyle dokładne by ją odnaleźć.

Podsumowując
Jak sami widzicie mimo odległych już czasów od tych wydarzeń historycznych (ponad 200 lat), pamiątki po ludziach z tamtej epoki nadal są możliwe do znalezienia. Jeśli jednak szukamy skarbów to odwiedziny starych napoleońskich pobojowisk, jak na przykład te w okolicach Lidzbarka Warmińskiego (bitwa w czerwcu 1807 roku na zachód od miasta) nie jest najlepszym ku temu krokiem, gdzie można znaleźć zwykle destrukty broni, kule armatnie i resztki wyposażenia. Chociaż z drugiej strony, mieszkańcy Płakowic jeszcze przez wiele lat po bitwie znajdowali w rzece i jej pobliżu francuskie monety, złote epolety, zegarki, obrączki i duże ilości broni. I jeszcze jedna uwaga ogólna dotycząca wojen napoleońskich.

Nie tylko skarbów i skarbczyków pozostawionych przez żołnierzy cesarza należy spodziewać się ukrytych w różnych miejscach, zarówno regularnych jednostek, jak też maruderów, z których potrafiły się utworzyć kilkuset osobowego bandy rabujące wszystko dookoła. Ludność cywilna również miała coś do ukrycia – swój dorobek. Jak wynika z zapisów archiwalnych, ludzie nauczeni doświadczeniem, kupcy, urzędnicy, właściciele majątków wraz z informacją o nadchodzących armiach francuskiej i rosyjskiej oraz zbliżającej się wojnie w okolicach Lwówka Śląskiego, w pośpiechu ukrywali swój cenniejszy dobytek w okolicznych lasach, nie bardzo licząc na łagodne traktowanie ze strony zwycięzców, bowiem żołnierze obu armii dopuszczali się rabunków i grabieży. A przecież zdarzało się, że niejedna rodzina opuszczała okolicę i nie wracała bądź ginęła.

Okres wojen napoleońskich można chyba przyrównać do którejś z wojen światowych, z uwagi na ich zasięg. Przez kilkanaście lat jego podbojów i wypraw pożoga wojny zdołała dotrzeć do wszelkich zakątków Europy – od Kanału La Manche do Afryki (Egipt), od Hiszpanii i Portugalii do Rosji i dzisiejszej Chorwacji. Pamiętać też trzeba, że wszystkie te niespokojne czasy, gdy chwieją się podstawy ludzkiej egzystencji i stabilizacji, sprzyjają ukrywaniu dobytku zarówno przez bogatych, jak i biedniejszych ludzi. A głowę daje, że niejedno jeszcze ciekawe znalezisko pamiętające czasy Napoleona leży spokojnie w ziemi czekając na odkrywców – z pewnością także na terenach Polski.

Tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia Aurelia w Złotoryi

przez , 15.gru.2014, w Pod ziemią

Sztolnia złota AureliaHistoria wydobycia złota w okolicach Złotoryi ma swoje początki już na przełomie XI i XII wieku. Wtedy to rozwija się głównie eksploatacja złóż skał osadowych (aluwialnych), polskiego „el dorado” – złotonośnych piasków i żwirów doliny rzeki Kaczawy, jednych z najbogatszych w Europie, zawierających od 15 – 20 gramów złota na tonę. Rzeka przepływająca przez Góry i Pogórze Kaczawskie przez tysiące lat wymywała ze skał drogocenny kruszec, osadzający się pod wpływem swojego ciężaru w piaskach. Zakłada się również, że pierwszymi, którzy tu dotarli już 2000 lat p.n.e. i rozpoczęli poszukiwania złota, mogli być Kreteńczycy, a po nich w VI wieku Celtowie. Najpotężniejszymi ośrodkami górnictwa złota w średniowieczu były okolice Złotoryi i Lwówka Śląskiego, Złotego Stoku i Głuchołaz oraz Karkonosze i Pogórze Izerskie. Rocznie w okolicach Złotoryi wypłukiwano około 50 kg czystego złota.

Prymitywna i bardzo żmudna technologia pozyskiwania go, opierająca się głównie na przesiewaniu piasków i kopaniu rowów kilkumetrowej szerokości zakończonych komorami upadowymi za złotonośną warstwą, doprowadziła jednak do wyczerpywania się płytkich złóż i przybyli niemieccy górnicy zaczęli sięgać głębiej, do złóż położonych na głębokości nawet 50 metrów. Kryzys w rozwoju złotoryjskiego górnictwa przyniósł rok 1241. Po bitwie pod Legnicą, w której to uczestniczyło kilkuset kopaczy, Tatarzy wzięli ich do niewoli, a następnie trafili oni do kopalń nad Morzem Kaspijskim. Kolejnym etapem wydobycia złota było pozyskiwanie go z okruszcowanych żył w okolicznych skałach, takich jak diabazy, ryolity i łupki, poprzez ręczne drążenie w nich sztolni. W Złotoryi stało się tak w XVII wieku gdy na powrót pojawili się górnicy.AureliaSztolnia Aurelia wydrążona została ręcznie za okruszcowanymi żyłami kwarcowymi w diabazach i staropaleozoicznych łupkach, w zboczu Góry Świętego Mikołaja około 1660 roku, a jej obecna długość to ponad 100 metrów. Prawdopodobnie pierwotnie miała być sztolnią poszukiwawczą za rudami miedzi, a być może też żelaza (widoczne są wewnątrz nacieki minerałów żelaza), jednakże otrzymany w pobliskiej hucie wytop z wydobytego urobku dał nieznaczne ilości miedzi i srebra, a tym samym dalsze wydobycie uznano za nierentowne. Nie są znane też dokładne dane mówiące o ilości wydobytego w niej złota. Historia działalności Aurelii kończy się wraz z wojnami napoleońskimi. Po tym okresie kilkakrotnie podejmowano jeszcze próby wznowienia wydobycia (drążąc między innymi boczne chodniki i szybiki poszukiwawcze) ale okazało się ono nieopłacalne z uwagi na wyczerpanie złotego złoża.

Sztolnia nie była zaznaczana na starych niemieckich mapach. Z nieokreślonych powodów cześć chodników i szybów została zasypana i wysadzona przez wycofujące się w 1945 roku oddziały wojsk niemieckich, które miały coś tutaj ukrywać. Mówi się też o wykorzystywaniu jej przez pobliski zakład, w którym w czasie II wojny światowej firma Opta produkowała sprzęt radiowy na potrzeby niemieckiego lotnictwa, w tym również dla Luftwaffe. W trakcie prac eksploracyjnych w „szybie Karola” odnaleziono elementy broni, co świadczy o dostępności tego miejsca w czasie wojny. Krążą spekulacje na temat ukrycia w niej kosztowności lub elementów uzbrojenia.
Podczas „gorączki złota” w okolicach Złotoryi wydobyto około 5 ton złota. Nad sztolnią znajduje się kościół p.w. św. Mikołaja otoczony cmentarzem i dlatego niegdyś mówiono, że zmarłych chowa się tu w złocie. Między innymi też, w związku z lokalizacją cmentarza, wydobycie złota rozpoczęto tu później niż w innych miejscach w okolicy Złotoryi. Niektóre z opowieści mówią o połączeniu podziemi kościoła ze sztolnią, jednakże nigdy to nie zostało potwierdzone.Sztolnia AureliaZe sztolnią związanych jest wiele tajemnic i miejscowych legend. Jedna z nich mówi o górniku, który odkrył w sztolni złotą żyłę, jednakże nie chciał się podzielić tą wiedzą ze swoimi wspólnikami, a za zabrane złoto chciał wyprawić komunię swojej córce – Aurelii. Nie mówiąc nikomu wybrał się do sztolni, napełnił kieszenie złotem i w chwili gdy chciał ją opuścić płomień jego lampki zgasł, a on zabłądził w podziemnym labiryncie chodników pozostając w niej na zawsze. Od tej pory, w dniu pierwszych komunii w Złotoryi słychać z ciemnych czeluści sztolni szlochy i płacze błądzącego oraz stukanie kilofa. Inna z legend opowiada o chciwym mnichu pobierającym dziesięcinę od kopaczy z całego Śląska na potrzeby kościoła. Pewnego dnia górnicy mieli już dość płacenia, zbuntowali się, zwabili mnicha do sztolni, a następnie zabili. Mnich w chwili śmierci miał przekląć wszystkie kopalnie złota. Klątwa sprawiła, że całe złoto zniknęło, a czar można cofnąć gdy znajdzie się złoto w ruinach zamku na Wilczej Górze strzeżonym przez dwa wilkołaki. Teraz duch mnicha błąka się ciemnymi korytarzami sztolni i okropnie zawodzi.

Na początku lat 70-tych XX wieku górnicy z nieodległej kopalni miedzi „Lena” w Nowym Kościele podjęli prace adaptacyjne w sztolni „Aurelia” zmierzające do udostępnienia jej turystom. Sztolnię dla ruchu turystycznego otwarto w 1973 roku. Na przełomie kolejnych lat udostępniało ją też społecznie wielu eksploratorów, udrożniając część chodników, w związku z czym obecnie od głównego chodnika odchodzi kilka bocznych, odkrytych między innymi w listopadzie 2000 roku. Chodniki są niskie i wąskie, panuje w nich wysoka wilgotność, na spągu znajduje się woda infiltrująca górotwór, a temperatura wynosi około +8′C. W 1997 roku odkryty został za zawałem, pionowy 28-metrowy szyb, posiadający boczne chodniki, nazwany od jego odkrywcy Karola Pawlaczka – „Szybem Karola”. Szyb jest wykorzystywany przez kilka gatunków nietoperzy jako schronienie. Dwa lata później odkryto drugi szyb położony kilkanaście metrów od głównego wejścia do sztolni, który na głębokości 12 metrów zalany jest wodą. Niepotwierdzone informacje mówią, że chodników w sztolni jest znacznie więcej. Mają być one zawalone lub zalane wodą.Otoczenie sztolniObecną nazwę – „Kopalnia Złota Aurelia” nadano w latach 90-tych XX wieku jako promocyjną dla regionu aby tym samym przyciągnąć turystów, a ma ona nawiązywać do jednej z pierwszych XIII-wiecznych łacińskich nazw miasta – Mons Aurum z 1217 roku.
Sztolnia posiada stałe, sztuczne oświetlenie. W 2006 roku udostępniono infrastrukturę turystyczną w otoczeniu sztolni w postaci wiaty ze stołem, ławkami, murowanym grillem, placem zabaw dla dzieci, parkingiem oraz wymurowano nieckę dla rekreacyjnego płukania złota.
W przyszłości planowane jest udostępnienie odkrytego szybu dla turystów. Sztolnia czynna jest sezonowo, a wstęp płatny.
Administratorem obiektu jest Złotoryjski Ośrodku Kultury i Rekreacji, przy ul. Plac Reymonta 5.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Trójgarb – zaginiony transport i inne tajemnice

przez , 14.lis.2014, w Skarby

Przedwojenny Trójgarb.Schronisko i wieża widokowaTrójgarb

Trójgarb (Sattewald) jest wyniosłym wzniesieniem górującym ponad 300 metrów nad okolicą, otoczony miejscowościami Stare Bogaczowice, Nowe Bogaczowice, Gostków, Jaczków, Witków, Jabłów, Lubomin i Struga, kilka kilometrów na północny-zachód od Wałbrzycha. Rozciągnięty stożek, o dość stromych zboczach porośniętych lasem iglastym, składa się z trzech wierzchołków (stąd nazwa) o wysokości 778, 757 i 738 m n.p.m. Krótko po II wojnie światowej nazywany był Potrójną. Partia szczytowa zbudowana jest z ryolitów – czerwonych porfirów (w karbonie górnym z głębi ziemi intrudowały kwaśne magmy), natomiast zbocza i podnóża ze skał osadowych powstałych w karbonie górnym (naprzemianległe warstwy) – zlepieńców, piaskowców i łupków, w których znajdują się pokłady węgla kamiennego. W okresie międzywojennym na Trójgarbie funkcjonowała gospoda i znajdowała się wieża widokowa.Masyw TrójgarbuNiewielki ślad

W miesięczniku „Odkrywca” Wojciech Stojak w artykule zatytułowanym „Dolnośląskie potpourri” przytacza treść listu, który w 2006 roku pod koniec działalności „Klubu Poszukiwaczy Skarbów” został przysłany do telewizji. Niepodpisany list wysłany został z miejscowości Nowe Bogaczowice. Oto treść listu: „Mając 10 lat w 1947 spotkałem dziewczynkę w wieku 13-14 lat, która była Niemką. Spotkałem ją we wsi Gostków u siostry. Byłem zdziwiony, kiedy owa Niemka odezwała się do mnie po polsku, okazało się że pochodziła z Górnego Śląska. Mieszkała u ciotki w Lubominie od 1943 r. a jej siostra u bauera w Gostkowie. Nosiła żywność z Gostkowa do Lubomina. W 1944 r. w sierpniu, wybrała się z Lubomina na grzyby, idąc w stronę góry >>Trójgarb<< od 4-go zabudowania w Lubominie od strony Jabłowa. W pewnym momencie zobaczyła, jak od Lubomina idzie polną drogą wojsko, więc się skryła. Za wojskiem jechał samochód osobowy i 2 ciężarowe. Ukryta obserwowała, co się będzie dziać, lasem poszła za nimi i zobaczyła, że samochody wjechały w >>Trójgarb<<, w tunel w górę od strony Lubomina. Zamknięto wrota zasypano ziemią i przez jakiś czas sadzono tam las świerkowy. Czekała aż do wieczora, kiedy wojsko odeszło żeby wrócić do domu. Nie wiem czy to jest prawda czy nie.” (zachowano oryginalną pisownię)Gospoda i wieża widokowa na szczycieTunel czy …

Zbocza masywu Trójgarbu nie obfitują w wielkie ilości wyrobisk i innych śladów dawnego górnictwa, jak w przypadku sąsiednich szczytów, na przykład Chełmca 851 m n.p.m. czy Krąglaka 692 m n.p.m., ale podnóża Trójgarbu nie są całkowicie ich pozbawione. Niektóre związane z dawnym górnictwem węgla kamiennego, niektóre z wydobyciem rud metali, inne to pozostałości sztolni odwadniających. Można też odnaleźć stary łom ryolitów (porfirów) wgryzający się w Trójgarb z małą infrastrukturą turystyczną w postaci palenisk i drewnianych ław. Brak jest jednak śladów i informacji o jakimkolwiek tunelu na jego zboczach. Czym miałby być ten „tunel”? Projektowanym, będącym w początkowej fazie prac tunelem kolejowym pod Trójgarbem, na wzór tego pod górą Wołowiec 776 m n.p.m. na południe od Wałbrzycha? Jakie miejscowości miałby on połączyć? Ten pod Wołowcem łączył Jedlinę Zdrój z Wałbrzychem i był „spec-przeznaczenia” dla pociągu Hitlera. Najbliższa linia kolejowa biegnie na południowy-zachód od Trójgarbu, z Marciszowa przez Sędzisław, Witków do Boguszowa-Gorce, a dalej do Wałbrzycha. Czy naziści mieli w planach „przecięcie” linią kolejową wnętrza Trójgarbu, by tym samym połączyć kwaterę Hitlera w zamku Książ – Furstenstein, ze stacją w Witkowie, a dalej z Kamienną Górą? Bo tylko takie założenie i rozwiązanie wydaje się być logicznym i uzasadnionym, wchodzącym w grę. Niestety nigdzie w materiałach źródłowych nie ma informacji o planach takiego tunelu, nie ma też jego śladów w terenie. Tak dobrze został zamaskowany? A może, 10-letnia wówczas dziewczynka, widziała wlot do sztolni, który jej małym oczom zarysował się jako tunel zamykany wrotami.Kamieniołom porfiru… sztolnia?

Wiosną 2011 roku grupa eksploratorów z SGE odnalazła na zachodnich zboczach bezimiennej góry (638 m n.p.m.) położonej na południowy-wschód od drogi łączącej wsie Jabłów i Lubomin a Lubominkiem (peryferyjna dzielnica Boguszowa-Gorce) sztolnię oraz pozostałości szybu. „Miejsce to wyglądało wręcz podręcznikowo, hałda porośnięta grubymi drzewami co wskazywało na sędziwy wiek wyrobiska, wartki wypływ wody ze sztolni i ledwo już odznaczające się na stoku zaklęśnięcie po zawalonym wylocie. Ponadto kilkaset metrów powyżej wylotu sztolni odnaleźliśmy ślady po sporym szybie a to może świadczyć, że jest to większy obiekt. Dodatkowo sprzyjający był również fakt, że sztolnia nie robiła wrażenia zawalonej a jedynie zasypanej podczas likwidacji (…)„. Całości prac eksploracyjnych prowadzonych przez SGE przytaczać tutaj nie będziemy. Po analizie dostępnych map górniczych i materiałów źródłowych okazało się, że jest to sztolnia należąca do kopalni „Emilie Anna”. Grupa przystąpiła do udrożnienia sztolni. Sztolnia okazała się być wypełniona wodą po sam strop. Pierwszej penetracji dokonał nurek jaskiniowy odkrywając kilkumetrowy, stosunkowo wąski chodnik z elementami drewnianej obudowy i podkładami torów, zakończony sporym obwałem. Następnym etapem było odwodnienie sztolni, które ukazało chodnik  szerokości 1 m i wysokości 2 m, o łukowatym stropie i śladach ręcznego urabiania o łącznej długości 43 m. Ciekawostką było odnalezienie na jednym z ociosów wykutej w skale daty – „1857″. Sztolnia, drążona w zlepieńcach i łupkach, w chwili obecnej na powrót jest niedostępna – otwór wejściowy został zawalony. Biorąc pod uwagę opis z listu tę sztolnię należy wykluczyć ze względu na jej lokalizację oraz wymiary – o ile długość byłaby odpowiednią by ukryć w niej samochód osobowy i dwie ciężarówki, o tyle szerokość definitywnie ją wyklucza.Sztolnia w LubominieInny wątek

Wiosna 1945 roku. Drogą z Jaczkowa do Gostkowa (na zachód od Trójgarbu) podąża transport ewakuujący dobra zdeponowane w majątku Hohenfriedberg… Tuż przy tej drodze, po prawej, za potokiem Cieklina nieopodal bezimiennej góry (526 m n.p.m.) znajdują się pozostałości starej kopalni w postaci dwóch szybów o średnicy około 3 metrów, oddalone od siebie o około 10 metrów. W jednym miejscu wygląda to tak, jakby zawalił się strop nad wejściem do sztolni, zawał będący wielkim, osuniętym na nie głazem. Kopalnia ta jest zaznaczona na mapie geologicznej E.Zimmermanna „Geologische Karte von Preussen und benachbarten deutschen Landern” Blatt Ruhbank, hrgs.1929. Nie leży ona na żadnym polu górniczym należącym do kopalni węgla kamiennego a najbliższa wysunięta od wschodu granica pola górniczego oddalona jest o około 1 km i pole to należało do kopalni węgla Kohlengrund.NYXJunkers Ju-52

W między czasie docierały różne inne informacje, jak na przykład ta, o rozbiciu się na stokach samolotu Junkers Ju-52, którego pozostałości odnajdywano. Pewien Niemiec, który był świadkiem tego zdarzenia, opowiedział tą historię wałbrzyszaninowi Krzysztofowi Kobusińskiemu.  Wiosną 1945 roku samolot transportowy Junkers Ju-52 lecący, z Festung Breslau dostał się w okolicach Trójgarbu w fatalne warunki atmosferyczne, we mgle pilot zboczył z kursu i uderzył w stok góry. Na pokładzie samolotu prócz załogi znajdowali się ranni niemieccy żołnierze. Katastrofę przeżyły wszystkie osoby znajdujące się na pokładzie. Wrak rozbitego samolotu pozostał na stoku z uwagi na problemy z jego usunięciem i dopiero po wojnie radzieccy żołnierze „zainteresowali” się nim wymontowując z niego części nadające się do użytku, reszta zaś trafić miała na złom. Pan Krzysztof wielokrotnie penetrował miejsce katastrofy odnajdując w ziemi różne elementy Ju-52. Samoloty te były wykorzystywane m.in. do ewakuacji rannych z Festung Breslau i dostarczania amunicji.Junkers Ju-52Na zakończenie

Lubomin to niewielka, spokojna, łańcuchowa wieś wzmiankowana już w 1305 roku, zlokalizowana w siodle pomiędzy masywami Trójgarbu i Chełmca. Pod koniec XVIII w. funkcjonowała tu niewielka kopalnia węgla „Friedrich Wilhelm”, zaś w okolicy (w różnych okresach) „Emilie Anna”, „David Zubebor”, „Erwunschte Zukunft”, a także kopalnie rud metali (w Jabłowie). Miejscowa ludność od najdawniejszych czasów znajdowała w nich zatrudnienie. Wątki nie pasujące do siebie zarówno datami jak i rejonami rozgrywania się wydarzeń. Relacja 10-letniej dziewczynki (w 1944 roku) i szczątkowa informacja o transporcie dóbr z majątku Hohenfriedberg. Brak „namacalnych” miejsc na stokach Trójgarbu wpasowujących się w temat. Brak informacji źródłowych o miejscach, które można by brać pod uwagę i rozważania. Ale czy na pewno…?Szczątki Ju-52 rozbitego na Trójgarbie (fot.ze zbiorów K.Kobusińskiego)Miejscowa ludność rozpytywana o tunel czy sztolnię na południowo-wschodnich zboczach Trójgarbu niestety nie potrafiła wskazać takiego obiektu. List do adresata nie był podpisany, wiadomo jedynie, że został wysłany z Nowych Bogaczowic zatem nawet dotarcie do osoby informującej wydaje się być niemożliwe. Od faktu uzyskania informacji przez 10-letniego chłopca do momentu jej „upublicznienia” minęło 60 lat. Czy nie zastąpił on sobie samoistnie luk w pamięci uzupełniając faktami jako dorosły już człowiek? Penetracje terenu za śladami tajemniczego tunelu zamykanego wrotami dały wynik negatywny. Pozostaje napisać, tak jak autor listu – nie wiadomo czy to jest prawda czy nie…

(źródła: „Dolnośląskie potpourri” W.Stojak /Odkrywca 12/2010/; „Odkrycie sztolni w Lubominku” Aust,SGE; „Katastrofa samolotu na Trójgarbie” A.Szałkowski)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi

przez , 03.paź.2014, w Skarby

MedalionyCelem tego artykułu jest pokazanie śladów świadczących o kulturze materialnej mieszkańców Pomorza przed 1945 rokiem, na podstawie odnalezionych (przed 2000 rokiem) skrytek tzw. „depozytów” ukrytych przez nich (patrz mapa). Pozostawili po sobie materialny ślad w postaci majątku ruchomego, z którego to możemy dowiedzieć się jak żyli i co było dla nich ważne. Przedmioty, jakie ukryli przedstawiają cały dorobek ich życia.
Można wyodrębnić trzy kategorie pozostawiania depozytów:
1. Dobra porzucane i ukrywane w czasie ucieczki
2. Mienie uznane za wartościowe pozostawione w skrytkach – w okresie od lata 1944 do zimy 1945 roku.
3. Przedmioty pozostawione przez Niemców, którzy zostali, a potem na podstawie ustaleń w Poczdamie zostali wysiedleni (przypis).

Ad 1. Dobra porzucane i ukrywane w czasie wędrówki …
W czasie ucieczki ludność zabierała z sobą prawie cały swój dobytek, który w czasie wędrówki stawał się zbyt uciążliwy i niebezpieczny. Po drodze porzucano rzeczy duże i ciężkie, a gdy była możliwość to próbowano schować przedmioty cenne lub uznane za obciążające (dokumenty, odznaczenia itp.). Po przez odpowiednią lekturę i oczywiście mapy można dokładnie poznać trasę uciekinierów. Przytoczę cytat: „ Nazwy, których nikt już nie wymienia” – Marion Donhoff, wydawca: Borussia 2001 rok, str. 37. „Między Bytowem a Kościerzyną jest miejsce, skąd rozpościera się widok na prostą drogę – trzy kilometry w przód i w tył. Na tych sześciu kilometrach ani kwadratowego metra pustej drogi, same wozy, konie, ludzie i udręka…” (podkreślenie moje). Polecam też artykuł (miesięcznik Odkrywca nr 2 – luty 2010) – „Odnaleziony depozyt biwakujących uciekinierów” – szczegóły w artykule.

Ad 2. Mienie uznane za wartościowe pozostawione w skrytkach – w okresie od lata 1944 do zimy 1945 roku …
Mając czas i możliwość przygotowania miejsca ukrycia cennych dla siebie rzeczy wielu mieszkańców ziem Pomorza (tam prowadziłem poszukiwania) wymyślała różne sposoby sporządzenia tzw. skrytek. Dokumenty, zdjęcia i czasami niewielkiej wartości kosztowności typu zegarki ręczne, pojedyncze obrączki lub pierścionki znajdowałem w domach schowane w piecach, na strychach, w piwnicach, w schowkach w ścianach. Kto i jak chował swój dobytek zależało od okoliczności np. czy i co miał do schowania, czas, jaki był do dyspozycji, położenia domu (na odludziu, w środku wsi), ukształtowania okolicy (znaki, punkty charakterystyczne), dostępne środki transportu. Tuż przed ewakuacją (mój poprzedni post – szczególnie archiwa mówiące o tym jak Niemcy wstrzymywali ewakuacje do ostatniej chwili) mieszkańcy nie mieli czasu na przygotowanie skrytek, była mroźna zima, dlatego też chowano w budynkach gospodarskich pod klepiskiem w chlewikach, drewutniach, szopach, stodołach a nawet w gnojownikach.

W tych miejscach znajdowane są: kanki, skrzynie z ziarnem, ubraniami, silnikami. Trafiają się tam także pługi, brony i inny drobny sprzęt rolniczy. Praktycznie obok każdego gospodarstwa były znajdowane skrytki.
Jak je sporządzano? Na to nie ma reguły. Najczęściej na skraju i w głębi lasu, na wzniesieniach, w wąwozach, obok starych dużych drzew, głazach narzutowych, na miedzach, skarpach i w najbliższej okolicy domu, w kącie ogrodu czy studni. Bywa, że skrytki były rozrzucone po całym sadzie, zakopane w bliskiej odległości od siebie 1-3 metrów. Nie spotkałem się z przypadkiem, żeby mieszkańcy ukrywali swój dobytek w jednym miejscu (dole). Dzielono dobytek na części mając nadzieję, że nie wszystko odkryje ewentualny poszukiwacz. W pobliżu zabudowań często znajdowane są weki, które zachowały się w doskonałym stanie. Zostały odnalezione w 2001 roku. Przeleżały w ziemi 56 – 57 lat. Kompoty, mięso, słonina po tak długim leżakowaniu w ziemi nadal nadawały się do spożycia.

Ad 3. Dobra pozostawione przez tych, którzy uniknęli wojennej ewakuacji, ucieczki …
Pozostało ich niewielu. Mieszkańcy którzy zostali nie mieli już czasu na przygotowanie porządnej skrytki. Nowi „sąsiedzi” („Przesiedlenie ludności polskiej z Kresów Wschodnich do Polski 1944-1947. Wybór dokumentów”, Warszawa: Neriton, 2000) patrzyli im już na ręce. Chowali rzeczy o wartości sentymentalnej. Pozostały po nich przede wszystkim dokumenty i zdjęcia zakopane w słoikach czy w zawiniątkach z płótna lub skóry. Wynoszone były w nocy i zakopywane najczęściej w głębi lasu.
W czasie wojny i krótko po wojnie szabrownicy poszukiwali głównie kosztowności a resztę niszczyli. Niestety również wiele lat po wojnie część tzw. ”poszukiwaczy” nie szanowała znalezisk i wiele przedmiotów świadczących o kulturze materialnej ludności przedwojennej bezpowrotnie i bezmyślnie zniszczyła. Przyczyną nie zawsze był stan prawny niepozwalający na poszukiwania skarbów zakopanych w ziemi. Często była nieświadomość wagi takich znalezisk. Świadom wartości odnajdywanych przedmiotów (ja po dość długim czasie), często walcząc ze swoją zachłannością, oddawałem część lub całość znaleziska do muzeum. Jednak po doświadczeniach, nie tylko opisanych w prasie (ale i osobistych) gdzie oddający do muzeum przypadkowe znalezisko został potraktowany jak przestępca i miał ogromne problemy, robiłem to anonimowo, nie podając miejsca i czasu znaleziska, tym samym bezpowrotnie tracąc możliwość opisania nie tylko tego miejsca, w którym znaleziono depozyt, ale i wyciągnięcia wniosków dotyczących ludzi, którzy tam mieszkali. Także nie dając możliwości opisania depozytów, jako zjawisko w całości.KufleTrzeba też wiedzieć jak poszukiwania wyglądają w naszym kraju pod względem prawnym. Najlepiej oddaje to artykuł, który ukazał się w gazecie „Rzeczpospolita” w dziale kultura, link –
http://www.rp.pl/artykul/212825,828584-Uczciwy-poszukiwacz-skarbu-nie-dostanie-nagrody.html
który mówi o:
- skarb musi trafić do muzeum…
- nie wolno samowolnie wykopywać starych rzeczy…
- chcesz poszukiwać skarbów, postaraj się o zezwolenie…
- przepisy dla uczciwych znalazców…
- na znaleźne poczekasz nawet 2 lata…
- skarby powinny należeć do znalazców…

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)
przypis autora: dalsze szczegóły w moich wpisach-komentarzach

przypis GeoExplorer: artykuł powstał jako kontynuacja i odpowiedź na publikację „Skarby zakopane-nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył ? ” część 1 i 2Mapa depozytów

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby zakopane – nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył? (2)

przez , 12.wrz.2014, w Skarby

imageZamiast konkretnej opowieści skarbowej, garść faktów, domysłów i spekulacji związanych z ukrywaniem i zabezpieczaniem różnego rodzaju majątku, zbiorów czy też prywatnego mienia. Żeby utrzymać się w „osi tematu” postanowiłem skorzystać z formuły kilku pytań, które pozwolą na pewne usystematyzowanie zagadnienia ukrywania skarbów. Na potrzeby tej dywagacji postaram się odpowiedzieć na następujące pytania: co, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego i na samym końcu – kto…?

Kiedy?
Na przestrzeni dziejów ludzie, najczęściej w chwili jakiegoś zagrożenia, ukrywali najcenniejsze dla nich przedmioty i dobra. Czytając jakieś opracowanie o skarbach natrafiłem na stwierdzenie, że niegdyś, aby coś ukryć wystarczyło to usunąć z publicznego widoku, z ludzkich oczu. Czy było coś prostszego? Dzisiaj, kiedy ludzie dysponują nowoczesną techniką i odpowiednimi urządzeniami ukrycie czegokolwiek nie jest już takie proste. A mimo to nadal nie jesteśmy w stanie zlokalizować, odnaleźć i odzyskać depozytów z czasów ostatniej wojny.
Tak więc do ukrywania przedmiotów dochodziło w okresie jakiegoś zagrożenia, które wyzwala w ludziach potrzebę minimalizacji strat, potrzebę podjęcia prób ocalenia jak największej części dorobku. Takie stanowisko odnosi się przede wszystkim do „prywatnym posiadaczy”, którzy starali się ocalić jak najwięcej „swojego”, ochronić choćby w części majątek stanowiący nie raz dorobek życia. Myślę, że to zrozumiała postawa, charakterystyczna dla osobników rodzaju ludzkiego, bez względu na narodowość i przynależność państwową.

W przypadku takich schowków ich powstawanie łączyło się z pośpiechem wobec nadciągającego zagrożenia. To zwykle niewielkie schowki, najczęściej lokalizowane w ziemi, na terenie posesji bądź niewielkiej odległości od niej, z depozytem w jakimś metalowym pojemniku np. kance po mleku, skrzyni, albo też niewielki schowek w murach budynków mieszkalnych bądź gospodarczych.
Powstawały również schowki budowane bądź przystosowywane z odpowiednim wyprzedzeniem. I znowu na pierwszy plan ciśnie się przykład działalności Grundmanna. Ale nie tylko on. Takie działania można przypisać większości instytucji upadającego państwa, które ukrywały swoje zasoby, archiwalia. Także bogatsi właściciele próbowali w sposób zorganizowany, nieprzypadkowy, zabezpieczyć posiadane dobra, tyle, że posiadali ku temu większe środki niż zwykli ludzie, którzy musieli polegać na własnych umiejętnościach.

Jak i czym?
Zasadniczo w rachubę wchodziło to czym kto dysponował. Ludzie, których depozyty były skromne pod względem objętości i wartości, nie potrzebowali większych sił i środków do ich ukrycia. Wystarczała siła własnych rąk oraz proste narzędzia, żeby swój skromny skarb bezpiecznie ukryć w ścianie budynku, zakopać w lesie albo we własnoręcznie wykonanej ziemiance.
Większe depozyty wymagały dużo większych sił i środków. Cenne pod względem materialnym albo innym przedmioty i materiały transportowane były często w uzbrojonej ochronie wojska albo SS. Do załadunku i rozładunku wykorzystywani bywali więźniowie, których życie nie było wiele warte dla władz niemieckich i których niejednokrotnie rozstrzeliwano. Takie bezlitosne pozbywanie się świadków nie stanowiło odosobnionych przypadków, nawet czasem ochrona konwoju padała ofiarą takiej zbrodniczej formy zabezpieczenia tajemnicy transportu. Przykładem jest informacja pochodząca z Leśnej, gdzie po wjechaniu konwoju ciężarówek do sztolni odstrzelono wjazd, zasypując wejście i jednocześnie grzebiąc zarówno ładunek na samochodach jak i konwojujących ją żołnierzy.

Jak wynika z tego ostatniego przykładu do odpowiednich prac zabezpieczających używano także materiałów wybuchowych. Miały na celu zamaskowanie wejść do podziemi, sztolni, kopalń bądź przykrycie schowka warstwą skał (przykład z wypowiedzi Klosego) albo innym materiałem – tu można podać przykład złożenia skrzyń w schowku (lochu), a następnie zawalenia fragmentu muru w zamku w Zagórzu Śląskim koło Wałbrzycha jak to opisuje w swoim liście von Schreck (lub Schreckt). Z tego ostatniego przykładu wysuwa się jeszcze jeden wątek.

Mianowicie niektóre schowki i depozyty zabezpieczone były minersko ładunkami wybuchowymi. Von Schreck podaje, że loch, w którym złożono skrzynie zabezpieczono został „przemyślnie zaminowany”, a w drugim przypadku niewielki depozyt złożony w podziemiach kościoła w trumnie zabezpieczony niewielkim ładunkiem wybuchowym. Jednak zabezpieczenia saperskiego należałoby się spodziewać w większości przypadków depozytów, zwłaszcza tych wartościowych, ukrywanych przy pomocy wojska. Nieumiejętna próba neutralizacji bądź obejścia zabezpieczenia miała spowodować detonację czyli odstraszenie ewentualnych chętnych na zagarnięcie depozytu. W taki sposób zakończyła się próba dostania do schowka zlokalizowanego przez Rosjan w Wałbrzychu – próba wejścia do sztolni zakończyła się detonacją ładunków i stratami w ludziach, co spowodowało, że Rosjanie odstąpili od dalszej penetracji i zasypali wejście do sztolni.monetyKto?
Po prześledzeniu tych wszystkich informacji można bardzo ogólnikowo odpowiedzieć, że ukrycia dokonywał każdy kto miał coś cennego, a chciał uchronić przed utratą.
Byli to zwykli mieszkańcy, pospolici obywatele, którzy nie mogli zabrać ze sobą całego mienia uciekając przed frontem i licząc na powrót do domu po ustaniu działań wojennych. Stąd ich skarbczyki zwykle nie zawierały drogocennych metali, dzieł sztuki, diamentów itd., a raczej przedmioty codziennego użytku.
Byli to również ludzie bogaci, którzy mieli świadomość, że zabranie ze sobą cennych przedmiotów w ryzykowną ucieczkę naraża na ich utratę więc lepszą alternatywą dla nich wydawało się ukrycie na miejscu, w specjalnie przygotowanych schowkach, ewentualne powierzenie opieki nad miejscem zaufanym ludziom.

Byli też przedstawiciele władz rozpadającej się Rzeszy, którzy ukrywali to co resort uważał za cenne i nie chciał by wpadło w ręce zwycięzców – obojętnie którego. Mogły to być maszyny i urządzenia, materiały strategiczne. Mogły to być archiwa, których zawartością były zainteresowane państwa zwycięskie, dokumentacja techniczna, zwłaszcza projektów broni, ale też dane wywiadowcze, listy agentów oraz wiele innych informacji. I oczywiście, to co rozpala wyobraźnię poszukiwaczy – kosztowności, bogactwa, metale szlachetne i dzieła sztuki czyli skarby!
Mam nadzieję, że chociaż w drobnej części zdołałem wzbudzić w czytelnikach zainteresowanie tematyką skarbową. Posiadam również świadomość, że niniejszy tekst nie wyczerpuje choćby w części tematu. O wielu aspektach ukrywania depozytów i organizowania schowków nie wspomniałem, a przykłady różnych form i miejsc można by mnożyć. To raczej zasygnalizowanie tematu, które mam nadzieję, uruchomi komentarze i dyskusję ze strony czytelników.

tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

(opracowano przy wykorzystaniu: „Niezwykłe tajemnice zaginionych skarbów” Reinhold Ostler; „Skarby Śląska” Robert Primek, Maciej Szczerepa, Wojciech Szczerepa; „Tajemnice ukrytych skarbów” Joanna Lamparska; „Skarby, poszukiwania i poszukiwacze”, „Leksykon skarbów polskich”, „Poszukiwania skarbów ukrytych w Polsce” Włodzimierz Antkowiak; „Nie odkryte skarby na terenie Polski” Lech Zatorowski; „Milczące ślady” Leszek Adamczewski; „Tańcząc na wulkanie” Anna Sukmanowska, Stanisław Stolarczyk; „Ukryte skarby – niezwykłe losy dzieł sztuki na Dolnym Śląsku w latach 1942-1950″ Bogusław Wróbel; „Poręba – schowek pod drogą” Marek Chromicz, Nowiny Jeleniogórskie nr 46 z 13-19.11.2001 r.)

Uzupełnienie:

W załączeniu mapa i zestawienie nadesłane przez czytelnika (Gawanta) odkrytych przez niego depozytów . Dziękujemy.Mapa depozytówZestawienie ilościowe i procentowe przedmiotów stanowiących zawartość 256 odkrytych depozytów:

Narzędzia rzemieślnicze:                ilość 56,   udział procentowy 11,00
Sprzęt gospodarstwa domowego:  ilość 121,  udział procentowy  23,77
Maszyny i sprzęt rolniczy:              ilość 40,   udział procentowy 7,86
Odzież, pościel itp. :                      ilość 240,  udział procentowy 47,15
Żywność i napoje:                          ilość 4,     udział procentowy 0,79
Kosztowności:                                ilość 2,     udział procentowy 0,39
Dokumenty i zdjęcia:                     ilość 6,     udział procentowy 1,18
Broń:                                              ilość 8,     udział procentowy 1,57
Paliwa itp.:                                     ilość 32,   udział procentowy 6,29
Razem                                            ilość 509,  udział procentowy 100,00

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , więcej...

Skarby zakopane – nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył? (1)

przez , 05.wrz.2014, w Skarby

imageZamiast konkretnej opowieści skarbowej, garść faktów, domysłów i spekulacji związanych z ukrywaniem i zabezpieczaniem różnego rodzaju majątku, zbiorów czy też prywatnego mienia. Żeby utrzymać się w „osi tematu” postanowiłem skorzystać z formuły kilku pytań, które pozwolą na pewne usystematyzowanie zagadnienia ukrywania skarbów. Na potrzeby tej dywagacji postaram się odpowiedzieć na następujące pytania: co, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego i na samym końcu – kto…?

Ze wszystkich wydarzeń historycznych, w których dochodziło do ukrywania skarbów – w szerokim rozumieniu tego słowa – najbardziej na wyobraźnię osób zajmujących się tą tematyką działa okres II wojny światowej. Przyczynia się do tego zapewne skala dokonywanych rabunków przez służby III Rzeszy, rozmiary konfliktu, a także mnogość relacji dotyczących ukrywania i deponowania różnego rodzaju cennych przedmiotów i wartościowych zbiorów np. archiwaliów, bibliotek, zbiorów sztuki. Ponieważ zainteresowanie czytelników ogranicza się najczęściej do terenów Polski, siłą rzeczy przy podawaniu ewentualnych przykładów postaram się ograniczyć do jej granic, chociaż oczywistym jest, że sposób postępowania mógł być podobny w całej Europie.

Pomijam całkowicie kwestię zagubionych przedmiotów, których utrata była najczęściej wynikiem pechowego zbiegu okoliczności dla posiadaczy, którzy nieświadomie bądź wbrew zamierzeniom tracili dany przedmiot – no cóż, pech. Jako definicję ukrycia (skarbu) przyjmijmy celowe działanie posiadacza zmierzające do przechowania (zabezpieczenia) depozytu w stanie nienaruszonym na nieokreślony okres czasu do momentu ponownego objęcia go w posiadanie i swobodnym dysponowaniem nim.

Co?
Ludzie ukrywali to co stanowiło dla nich jakąkolwiek wartość. Nie tylko złote monety, sztabki, biżuterię. Zdarzało się przecież i jest na to sporo dowodów, że ukrywano również przedmioty codziennego użytku lub wyposażenie gospodarstw domowych. Motocykle, rowery, maszyny do szycia, zastawę stołową i sztućce, obrusy, firanki czy ubrania – przedmioty takie mające wymierną wartość dla właścicieli, a których nie można było zabrać ze sobą albo należało je uchronić przed zrabowaniem, ukrywane były w przygotowanych uprzednio miejscach. Z takiego założenia wychodzili bodaj niemieccy mieszkańcy Dolnego Śląska opuszczający swoje rodzinne strony w ucieczce przed nadciągającym frontem w nadziei, że wrócą tu jeszcze w bardziej sprzyjających okolicznościach i odbiorą co swoje. Bądź też takie zabezpieczenie ich mienia pozwalało spokojniej patrzeć w przyszłość i dawało nadzieję na doczekanie spokojniejszych czasów, kiedy przybyli Polacy i Rosjanie się uspokoją lub wyniosą. Takie schowki zapewne zlokalizowane były w każdej miejscowości.

Chyba jednak najbardziej wymownym przykładem czego dotyczył proces ukrywania dóbr świadczy działalność dolnośląskiego konserwatora zabytków Günthera Grundmanna. Początkowo, jak się wydaje, jego działalność zmierza do zabezpieczenia zgromadzonych dzieł sztuki i rozlokowania w bezpiecznych miejscach, a następnie rzeczywiście następuje ich ukrywanie. Jest tego bez liku – zbiory sztuki, rzemiosła, zasoby lokalnych muzeów, archiwalia i zbiory biblioteczne. Podobna działalność, ale już na własną rękę, prowadziła zapewne większość Niemców posiadających na Dolnym Śląsku posiadłości i majątki. Dla przykładu wspomnę jedynie właściciela zamku Czocha – Ernesta Gütschowa, który w specjalnym pancernym pokoju ukrył sporą ilość dóbr materialnych w postaci przedmiotów o wartości historycznej i materialnej, w tym cenne ikony prawosławne, którego zawartość opróżniono z zamiarem wywiezienia ich do amerykańskiej strefy okupacyjnej.

Dochodziło również do ukrywania prawdziwych skarbów – zasobów złota ze skarbców bankowych, depozyty ludności cywilnej w postaci biżuterii oraz walorów walutowych. O takim wątku opowiada historia niejakiego Herberta Klosego, oficera Policji, jak sam uparcie twierdził, który uczestniczył najpierw w typowaniu odpowiednich miejsc, a następnie w ochronie transportów do miejsc ukrycia. Ale najbardziej znanym miejscem ukrycia tych prawdziwych skarbów i na dodatek odnalezionym przez aliantów, jest bez wątpienia kopalnia Merkers, gdzie naziści złożyli pod ziemią ogromne ilości pieniędzy w różnych walutach, złoto i inne cenne metale w sztabkach, numizmaty oraz dzieła sztuki.prof Gunther GrundmannGdzie?
Chyba największym wzięciem cieszyła się metoda polegająca na ukryciu dóbr w ziemi czyli zakopaniu ich. Można przyjąć, że w ten sposób powstało mnóstwo przydomowych skarbczyków, w których właściciele deponowali swoje dobra.
Nieodmiennie, ludzie ukrywali swoje dobra również w miejscach swojego zamieszkania czyli w budynkach mieszkalnych i gospodarczych. Zwykle dokonywano zamurowań niewielkich skrytek w murach budynków, czasem ukrywano rzeczy pod podłogami. Innym razem w niedalekiej odległości od miejsca zamieszkania, w sobie znanym miejscu. Dla autochtonów wybór charakterystycznych miejsc nadających się na skrytkę, a jednocześnie dla obcych sprawiających wrażenie nieciekawych bądź przeciętnych nie jest był problemem. Ponadto wybór takiego miejsca zwykle wiązał się z możliwością stałego, a zarazem w miarę dyskretnego, nie wzbudzającego podejrzeń dostępu.

Niekiedy właściciele depozytów pozostawiali zaufanym instrukcje pozwalające zlokalizować schowek. W takich przypadkach, aby zapewnić sobie możliwość odnalezienia ukrytych dóbr, nieodzownym jest korzystanie ze znaków terenowych w postaci charakterystycznych skał, głazów, drzew, innych obiektów jak choćby kapliczki, które usytuowane były w danych miejscach od bardzo dawna, czasem „od zawsze” i oczywiście istniała bardzo mała szansa, że w najbliższej przyszłości ten stan rzeczy ulegnie zmianie. Położenie skrytki lokalizowano zwykle na zasadzie: „20 kroków od skały w kształcie grzyba w stronę potoku, wzniesienia, młyna…” itd. W taki sposób między innymi podawano lokalizację schowka na słynnej już Wyspie Kokosowej, do której prowadzi „ścieżka” wiodąca przez kilka charakterystycznych punktów orientacyjnych w terenie. Jednak była ona (i jest) na tyle nieścisła z różnych powodów, że do dzisiaj nie odnaleziono zgromadzonych tam skarbów.

A z „naszego” podwórka, w ten sposób najprawdopodobniej był zlokalizowany schowek w miejscowości Wetyn, poszukiwany przez Rosjan dysponujących planem, na którym punktem orientacyjnym mogła być lipa, wcześniej wycięta przez polskich osadników, o czym zresztą nie śmieli poinformować sowieckich żołnierzy.
Dość ciekawą informacją, można powiedzieć – pomysłową jeśli chodzi o wykonanie, a jednocześnie prostą i skuteczną, jest informacja o sporządzeniu zbiorowego schowka przez mieszkańców przed opuszczeniem miejscowości Lasocice w 1945 roku – mianowicie, chcąc zabezpieczyć swoje mienie, którego zabrać nie mogli, wykopali dół na drodze, odpowiednio go zabezpieczając, a po złożeniu depozytu, schowek zamknięto, na wierzchu zaś układając bruk i przywracając stan poprzedni drogi. Prawda, że pomysłowe?

I jeszcze kolejny przykład – jako ciekawostkę można podać przykład ukrywania mienia w specjalnych ziemiankach zbudowanych (podobno mnóstwo) w lasach wokół miejscowości Poręba koło Bolkowa. Schowki takie miały dać zabezpieczenie na kilka tygodni,  dobrze zamaskowane bez odrobiny szczęścia, były nie do namierzenia. Informacje te wiążą się z celowymi wysiłkami przedstawicieli pewnych urzędów Rzeszy wobec braku możliwości wywiezienia  mienia w bezpieczniejsze rejony w ostatnim okresie II wojny światowej.
Na podobnej zasadzie ale lepiej zabezpieczone przed wpływem czynników zewnętrznych są przykłady wybudowania specjalnych bunkrów. Pierwszy przykład to sporych rozmiarów bunkier wybudowany pod nadzorem SS w miejscowości Przesieka niedaleko Jeleniej Góry, którego lokalizację wskazała pewna Niemka Polakowi w rewanżu za przekazanie dla niej i jej dzieci żywności. Bunkier ten od czasów wojny prawdopodobnie nie naruszony, spoczywa pod niewielką warstwą ziemi do dziś.

Drugi przykład pochodzi z terenów położonych niedaleko miejscowości Stegna przy Mierzei Wiślanej. Tam z kolei, więźniowie najprawdopodobniej z pobliskiego obozu Stutthof, pod nadzorem SS wybudowali w zalesionym terenie kilka niewielkich bunkrów ulokowanych w rozkopanych pagórkach, które po złożeniu zawartości w postaci skrzyń zamykano a następnie zasypywano ziemią i maskowano poprzez obsadzenie roślinnością i krzewami. I jeszcze pozostając przy tematyce bunkrów można wspomnieć o bunkrze o dużej kubaturze zlokalizowanym pod Stadionem Olimpijskim we Wrocławiu, którego poszukiwania nie dały efektu.
Podobną do ukrywania w ziemi jest metoda wykorzystywania kopalnianych wyrobisk, szybów górniczych, niekoniecznie starych i opuszczonych oraz sztolni i jaskiń. Dolny Śląsk posiadający liczne sztolnie i wyrobiska górnicze, zgodnie z licznymi przekazami, był obszarem, gdzie ten sposób ukrycia stosowany był bardzo często.

Chyba najbardziej znana akcja, a jednocześnie największe znalezisko łączy się ze wspomnianą wcześniej kopalnią Merkers. To tam Alianci znaleźli głęboko pod ziemią ogromne zasoby waluty, kruszcu, kosztowności i dzieł sztuki, ukrytych w wielkim pośpiechu przez służby upadającej III Rzeszy. I chyba właśnie pośpiechem należy wytłumaczyć, iż do kopalni trafiły takie dzieła sztuki jak obrazy, którym mikroklimat tam występujący zdecydowanie nie mógł służyć i narażał je na uszkodzenie. Taką nonszalancją w podejściu do zabezpieczenia mienia w kopalniach i sztolniach we wcześniejszym etapie władze niemieckie nie wykazywały się. Zdecydowanie uwzględniały okoliczności mające wpływ na właściwe zabezpieczenie ukrywanego mienia i nie upychały łatwo mogących ulec uszkodzeniu przedmiotów w miejscach, w których mogło by to je spotkać. Wręcz dbano nawet o odpowiednie rozproszenie zbiorów na wypadek częściowego ich zniszczenia. Natomiast to na co warunki fizyczne miały niewielki wpływ bez pardonu mogło być spokojnie zakopane w ziemi. O takim podejściu wspomina również osławiony Klose, który podawał: „Mianowicie saperzy wywiercili dziury w pochyłej skale, zostały tam załadowane skrzynie i następnie kawałek ściany został zerwany”.

Jednak najwięcej przekazów i informacji pochodzi o ukryciach w pałacach i zamkach, zwłaszcza na Dolnym Śląsku. Kultowym zagadnieniem jest tu akcja ukrywania zabytków i zbiorów dokonana przez konserwatora prowincji dolnośląskiej dr Grundmanna. Odszyfrowana lista składnic jest dobrze znana, jak również w większości przypadków los złożonych tam depozytów. Chociaż wykluczyć nie można, że w kilku przypadkach raz złożone tam przedmioty zostały ponownie przeniesione w inne miejsca i ukryte, bo przecież komisja rewindykacyjna stwierdziła opustoszenie części składnic, czego nie da się zrzucić w całości na karb rabunków Armii Czerwonej. Poza tym, przypuszcza się, że lista Grundmanna jest niepełna, a dokładniej lista zawiera jedynie część  miejsc, w których zlokalizowano składnice. Bo są na niej miejsca wytypowane przez konserwatora zabytków do lata 1944 roku, a przecież Grundmann działał nadal niemal do nadejścia wojsk radzieckich.

Wspominałem już o zamku Czocha i jego ukrytym pokoju ze skarbami. To kolejny ujawniony i niestety rozgrabiony skarb, którego losów nie udało się w pełni wyjaśnić. Jeśli chodzi o zamki to nie wypada wspomnieć o zamku Książ z jego rozbudowanymi podziemiami, w których pod koniec wojny coś ukryto, a jak twierdzą kategorycznie świadkowie, układ korytarzy i hal nie zgadza się z tym co zapamiętali – stwierdzali brak pewnych pomieszczeń.
Zresztą można przyjąć, że w większości zamków i pałaców Dolnego Śląska właściciele i zarządcy podejmowali podobne akcje zmierzające do ukrycia określonych dóbr, czasem w piwnicach i podziemiach, czasem w parkach, a czasem, jak w Warmątowicach w przypałacowej fosie, gdzie zatopiono bogatą kolekcję monet i medali, z której resztki odzyskano po wojnie spuszczając z niej wodę.

Przedstawione powyżej przykłady na pewno nie wyczerpują tematu możliwych lokalizacji schowków. Możliwości takie ograniczała zapewne tylko pomysłowość organizatorów. Nie wspomniałem o wielu innych znanych, czy wręcz osławionych miejscach. Wykorzystywano niemal wszystko co dawało rękojmię skutecznego ukrycia. Organizowano schowki w grobowcach i na cmentarzach, wykorzystywano kapliczki albo – jak się wydaje na przykładzie Cieplic koło Jeleniej Góry oraz Łańska, przy oznaczaniu lokalizacji schowka prawdopodobnie skorzystano z obsadzenia charakterystycznymi drzewami, nie występujących naturalnie na danym terenie.

tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

(opracowano przy wykorzystaniu: „Niezwykłe tajemnice zaginionych skarbów” Reinhold Ostler; „Skarby Śląska” Robert Primek, Maciej Szczerepa, Wojciech Szczerepa; „Tajemnice ukrytych skarbów” Joanna Lamparska; „Skarby, poszukiwania i poszukiwacze”, „Leksykon skarbów polskich”, „Poszukiwania skarbów ukrytych w Polsce” Włodzimierz Antkowiak; „Nie odkryte skarby na terenie Polski” Lech Zatorowski; „Milczące ślady” Leszek Adamczewski; „Tańcząc na wulkanie” Anna Sukmanowska, Stanisław Stolarczyk; „Ukryte skarby – niezwykłe losy dzieł sztuki na Dolnym Śląsku w latach 1942-1950″ Bogusław Wróbel; „Poręba – schowek pod drogą” Marek Chromicz, Nowiny Jeleniogórskie nr 46 z 13-19.11.2001 r.)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Tajemnice „Złotego Lasu”

przez , 11.lip.2014, w Skarby

TZL1Jest styczeń 1945 roku. Niemiec Otto Bergman ze wsi Hockenau (Czaple) udaje się przez Pilgramsdorfer Forst (obecnie część Złotoryjskiego Lasu) do swojej siostry w Harpersdorf (Twardocice). Są to ostanie dni, w których zamieszkująca na tych terenach ludność niemiecka szykuje się do ucieczki w głąb Rzeszy przed nadciągającymi wojskami Armii Czerwonej. Znalazłszy się w pobliżu wzgórza LangeBerg (Długotka 291 m n.p.m.) słyszy huk silnika nadjeżdżającego polną drogą samochodu. Zatrzymuje się i kryje za drzewem. Z mijającej niewielkiej ciężarówki dostrzega go żołnierz niemiecki. Ciężarówka zatrzymuje się. Otto wystraszony ucieka w głąb lasu. Żołnierz wyskakuje z ciężarówki i posyła w jego kierunku serię z karabinu maszynowego. Bergman w pewnym momencie czuje potworny ból i gorąco rozchodzące się po jego ciele – jedna z kul dosięgła jego barku.

Mimo odniesionej rany biegnie w panice na oślep przed siebie jeszcze przez kilkadziesiąt metrów, brnąc ostatkiem sił przez zalegający śnieg, po czym wpada w jakiś dół i traci przytomność na kilka minut. Gdy odzyskuje świadomość ostrożnie wychyla się z wykrotu, z przerażeniem obserwując teren. Widzi grupę kilku niemieckich żołnierzy przenoszących jakieś niewielkie skrzynie z ciężarówki w kierunku leśnej studni, które opuszczają do wnętrza. Po chwili dają mu się słyszeć strzały, a chwilę potem głuchy huk, po czym żołnierze wsiadają do samochodu, a ten zawraca w kierunku drogi Złotoryja – Lwówek Śląski. Otto ranny i ostatkiem sił wraca do swojego domu. W nim tygodniami dochodzi do siebie. Sam nie wie dlaczego wtedy nie zginał, dlaczego niemiecki żołnierz go nie dobił. Być może był przekonany o celności swoich strzałów, być może uznał, że szkoda tracić czas na tropienie przypadkowego świadka transportu, który przecież samej akcji ukrycia skrzyń już nie widział.TZL2Otto przeżył. Nie wyjechał jak jego siostra z rodziną i większość Niemców w głąb Rzeszy. Postanowił zostać na ojcowiźnie. Po wojnie do Czapli zawitali przesiedleńcy z kresów wschodnich. Jego dom został „przydzielony” rodzinie Władysława Zychlewicza. Nie byli złymi ludźmi pałającymi nienawiścią do ludności niemieckiej, uprzedzonymi do niego. Rozumieli los przymusowo wypędzonych z tych ziem Niemców – oni przecież też zostali przymusowo przesiedleni, rozumieli przywiązanie i miłość Otta do ziemi ojca. Z upływem czasu zaprzyjaźnili się na tyle, że traktowali go jak członka rodziny, jak wujka. Bergman wyjechał do Niemiec, do siostry dopiero pod koniec lat 50-tych i tam po paru latach zmarł.

Opowiedział jednak kiedyś Władysławowi Zychlewiczowi swoją przygodę w Złotoryjskim Lesie, o niemieckiej ciężarówce, która wjechała w las, o żołnierzach ukrywających jakieś skrzynie w studni. Studni, która tkwiła samotnie przez wieki w lesie i nigdy nie była studnią z prawdziwego zdarzenia, bo… nie było w niej wody!Otto nazywał ją „Ahnbrunnen”. Władysław kiedyś powtórzył zasłyszaną od Niemca historię swojemu synowi Zygmuntowi. Władysław zmarł, a Zygmunt wraz z rodziną wyprowadził się na Pomorze. W Czaplach pozostali inni członkowie rodziny Władysława nie znający tej historii. Zygmunt zaś opowiedział o tych wydarzeniach swojemu synowi Grzegorzowi i dlatego teraz, za jego sprawą, ujrzała ona światło dzienne.TZL3Jak zapewnia pan Grzegorz, historia ta nie jest żadną miejscową legendą jakich istnieje wiele, podobnych, krążących w wielu miejscach na Dolnym Śląsku. Ani Otto, ani Władysław i Zygmunt nikomu więcej o niej nie opowiadali. Co wiadomo na temat Złotoryjskiego Lasu nazywanego też błędnie Złotym Lasem? Otóż las stał się własnością Złotoryi w 1393 roku (stąd nazwa – Goldberger Forst). Przez leżący w jego centrum dzisiejszy przysiółek Czapli – Choiniec (Hainwald), w średniowieczu przebiegała uczęszczana przez kupców i pielgrzymów droga ze Złotoryi do Lwówka Śląskiego (obecnie droga krajowa nr.364). Istniało tutaj kilka zajazdów i kościół po którym w chwili obecnej nie ma żadnego śladu. W XIV wieku Złotoryjski Las zmienia nazwę na potoczną – „Złoty Las”, a to za sprawą odkrytych tu pokładów złotonośnych żwirów.

Od tego momentu staje się on średniowiecznym obszarem górnictwa złota. W chwili obecnej zachowało się niewiele śladów na powierzchni po ówczesnej „gorączce złota”, gdyż sztolnie i szyby drążone były w warstwach żwirów złotonośnych posiadając znikomą obudowę drewnianą, a opuszczone szybko ulegały zawaleniu. Pozostałe odkrywki polegały na drążeniu jam, ponieważ złotonośny żwir zalegał niezbyt głęboko, a wewnątrz nich pozostawiano dla bezpieczeństwa górników filary. Właśnie dzięki tym filarom dziś można jeszcze zidentyfikować w terenie kilka miejsc po wydobyciu oraz przebieg chodników, ponieważ teren wokół nich zapadł się. Odnajdywane do dziś jamy nie są typowymi sztolniami, a wybraniami w czwartorzędowych żwirach o głębokości paru metrów.TZL4Pewien zapis mówi o przypadku zapadnięcia się starego szybu na polu złotonośnym koło nieodległej wsi Chmielno w 1825 r. (około 9 km na północny-zachód od Złotoryjskiego Lasu). W tym samym roku, w sierpniu, miało mieć miejsce podobne zdarzenie na dawnym złotonośnym polu górniczym pomiędzy miejscowościami Bielanka a Dworek, około 5 km na zachód od Złotoryjskiego Lasu. Wówczas to niejaki Bergemann, będący inspektorem leśnym, odkrył tam głęboki na około 170 cm szybik prowadzący do sztolni. Ponieważ wzbudził on jego zainteresowanie, po usunięciu przeszkód wszedł do sztolni znajdując w niej tkwiące w zawalisku żwirowym szyny kolejki.

Ponownie miało zainteresować się terenem Złotoryjskiego Lasu OBB, wydając w 1924 roku koncesję na wydobycie złota. W związku z tym powstaje sztolnia „Hedwig”, w której wydobywano złoto do 1928 roku, po czy zamknięto ją z braku rentowności. Na tym kończy się blask „Złotego Lasu”. Złotoryjski Las słynie też z innego powodu, mianowicie jedynie tutaj w Polsce, na stosunkowo niewielkim obszarze znajduje się dużo kamiennych krzyży (7), w tym kamień ze starą inskrypcją, 2 pamiątkowe i 4 pokutne, bardzo interesujące ze względu na ryty narzędzi zbrodni i inskrypcje.TZL54 października 2013 r. leśniczy Wojciech Grzywa i podleśniczy Jarosław Rudnicki rutynowo patrolowali fragment Złotoryjskiego Lasu od strony Nowych Łąk, a zarazem niedaleko tajemniczego kamiennego krzyża z jedynym w Europie rytem poziomicy i kielni. Przy okazji próbowali wyjaśnić pochodzenie kilkudziesięciu zagadkowych niezbyt głębokich dołów w tym rejonie. Tak wspomina ten moment Wojciech Grzywa: Jarek potknął się o wystający z ziemi kikut podstawy krzyża i (…) zwrócił tym moją uwagę: wtedy zobaczyłem na ziemi przed sobą zarys leżącego pod mchem krzyża. Spod darni, gałęzi i mchu, odsłonili wykonany z piaskowca krzyż z inskrypcją, rozpoczynającą się datą 1808. Po ułamaniu leżał tam zapewne od dłuższego czasu, samoistnie znikając pod ściółką. Tkwiący obok w ziemi prostokątny kamień okazał się fragmentem trzonu krzyża. Pełni emocji spędzili przy krzyżu blisko godzinę, wydobywając go z ziemi i oczyszczając inskrypcję na tyle, by na gorąco wykonać kilka zdjęć telefonem komórkowym. Nie spodziewali się takiego odkrycia w tym  miejscu; mieli nadzieję na takie znalezisko ewentualnie bardziej na północy Złotoryjskiego Lasu, ponieważ na starych mapach figuruje taki zaginiony obiekt. Krzyż trafił z powrotem do swojej kryjówki, by nie paść łupem poszukiwaczy skarbów (…).Odnaleziony krzyż fot Marzena SzkutnikKrzyż, razem z wystającym fragmentem trzonu, liczy 86 cm wysokości, rozpiętość ramion wynosi 51 cm; trzon i ramiona mają przekrój kwadratu o boku 21 cm. Udało się odczytać inskrypcję: 1808 Ist ein Geh: Man gef: word: Den 14 Oct. We współczesnym języku niemieckim brzmiałaby: „Am 14. Oktober 1808 ist ein gehängter Mann gefunden worden”, a w tłumaczeniu na język polski: 14 października 1808 r. został znaleziony powieszony mężczyzna. Niewykluczone, że archiwalia przyniosą szczegóły tego tragicznego wydarzenia, którego nie wiążemy w tej chwili z jakąś wojenną zawieruchą. Ten siódmy krzyż ma więc charakter pamiątkowy i jest najmłodszym kamiennym krzyżem Złotoryjskiego Lasu (…). Dzięki Wojciechowi Grzywie i Jarosławowi Rudnickiemu Złotoryjski Las ujawnił kolejną ze swych tajemnic. A kryć może jeszcze niejedną. Jakiś czas temu saperzy usuwali stąd niewybuchy. W leśnych ostępach natrafić można nie tylko na tajemnicze zagłębienia i ślady kamieniołomów, ale także na sporych rozmiarów piaskowcowe głazy czy fragmenty fundamentów. Złotoryjskiego Lasu nie mieli okazji zbadać archeolodzy„.StudniaWracając do tajemniczej studni. By do niej trafić wystarczy zatrzymać się przy pomniku „40-lecia Koła Łowieckiego Cyranka” po prawej stronie drogi do Lwówka Śląskiego za wsią Nowe Łąki i dalej iść polna drogą w prawo. Po około 300 m po lewej stronie w lesie znajduje się opisywana studnia. Czy na pewno jest to studnia skoro w czasach przedwojennych i powojennych nie było w niej wody? Kto i po co miałby budować studnię w środku lasu między dwoma, niewielkimi wsiami? Sporej średnicy obiekt, wykonany z ciosanych bloków piaskowca, bez przybudowy naziemnej, głębokości ponad 12 metrów, z suchym dnem. Czym zatem była skoro nie czerpnią wody? Odpowiedź może być następująca – prawdopodobnie owa studnia mogła być szybem (studnią rewizyjną) przeprowadzającym przez piaski i żwiry do warstwy złotonośnej znajdującej się nad piaskowcami. Znane są podobne rozwiązania i konstrukcje na terenie Dolnego Śląska.Lokalizacja studni w Złotoryjskim LesieZ jej dna mogły rozchodzić się chodniki w nieokreślonych bliżej kierunkach, posiadające obudowę drewnianą, a być może kamienną. Wykucia na górnej krawędzi studni, w blokach piaskowcowych, świadczą o zamontowanej tu dawniej belce, która mogła służyć jako element urządzenia wyciągowego do transportu urobku. Na jej ścianach nie ma widocznych śladów po stopniach sprowadzających w dół. A może jednak była zwykłą studnią, w której ciek wodny zanikł na przestrzeni wieków, ginąc w spękaniach powstałych w piaskowcu na jej dnie. Nie mniej jednak żołnierze niemieccy z pewnością wiedzieli o jej istnieniu. Co było w skrzyniach? Tajne dokumenty, kosztowności, zbędny sprzęt wojskowy, broń? Skąd przyjechał transport? Może z nieodległego zamku Grodziec, w którym zorganizowano jedną ze składnic Gunthera Grundmanna? Czy skrzynie nadal spoczywają na dnie studni, czy zostały już wydobyte? Tajemnica „Ahnbrunnen” ciągle czeka na swoje rozwiązanie. Imiona i nazwiska bohaterów na prośbę pana Grzegorza zostały zmienione.

(źródła: własne i „Siódmy krzyż odnaleziony w złotoryjskim lesie”- R.Gorzkowski, J.Banaszek)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Stopień wodny w Pilchowicach

przez , 11.cze.2014, w Ciekawe miejsca

SWPDecyzję o budowie Zapory Pilchowice (Bobertalsperre Mauer, Talsperre Mauer, Mauertalsperre) podjęto po wielkiej powodzi, która to nawiedziła te tereny w lipcu 1897 roku. Kulminacja fali powodziowej na rzece Bóbr wynosiła 1200 m3/s. Decyzja o budowie Zapory Pilchowickiej zapadła 3 lipca 1900 roku i poprzedził ją zaledwie 2-letni okres przygotowawczy. Wybudowana została przez firmę B. Liebold & Co. AG Holzminden-Berlin pod kierownictwem Alberto Cucchiero, według projektu profesora Otto Intze oraz dr Curta Bachmanna. Pierwsze prace rozpoczęto w 1902 roku. Dwa lata później rozpoczęto drążenie kanału, który miał odprowadzać wodę z placu budowy. Kanał ma szerokość 9 m, wysokość 7 m, a jego długość wynosi 383 m. W odległości 152 m od wlotu znajduje się 45 metrowy szyb, w którym znajduje się betonowa śluza służąca do kontrolowania przepływu wody działająca do dziś.SWP (1)W latach 1904-1906 wykonano sztolnię obiegową, a w latach 1906-1908 przygotowano wyłomy pod fundament budowli. Kamień węgielny pod budowę zapory został położony 20 czerwca 1908 roku. Po wybudowaniu kanału stworzono przegrody znajdujące się za wlotem kanału i przed jego wylotem, dzięki czemu osuszono i przygotowano teren pod budowę. Przegroda przed wlotem kanału istnieje do tej pory, jednak znajduje się ona pod lustrem wody, stanowiąc barierę ochronną przed przenoszeniem cięższych kawałków skał po dnie oraz innych elementów mogących zagrozić zaporze. Korpus zapory posadowiony na rodzimych skałach, gnejsach i granitognejsach, stanowi mur z kamienia łamanego na zaprawie cementowo-tarasowo-wapiennej. Użyty do budowy kamień pochodził z miejscowych kamieniołomów zlokalizowanych na terenie lub w pobliżu terenu zajmowanego pod zbiornik.SWP (2)W 1909 roku wezbrane wody podtapiały dół fundamentów i część korpusu zapory. 16 listopada 1912 roku nastąpiło oficjalne otwarcie zapory przez cesarza Wilhelma II. Jest obecnie drugą co do wysokości, po Solinie, i druga co do czasu powstania zaporą w Polsce, a ponadto jest to najwyższa w Polsce zapora kamienna oraz łukowa. Wysokość zapory to 62 m, a długość jej korony to 280 m. W wyniku budowy zapory powstał zalew o powierzchni 240 ha i pojemności 50 mln m3. Poniżej zapory zbudowano elektrownię o mocy 7,5 MW złożoną z 6 turbozespołów. Jezioro Pilchowickie (zbiornik/jezioro zaporowe) ma długość 6 km. Podstawowym celem Jeziora Pilchowickiego jest działanie przeciwpowodziowe (retencyjne) i produkcja energii elektrycznej. Głębokość zbiornika waha się między 40 a 47 metrów. Nad jeziorem w 1909 r. firma B. Liebold & Co AG Holzminden wybudowała kosztem 260.000 marek most kolejowy o długości 131,7 metrów. Most ten, wysadzony w powietrze w maju 1945 roku, został odbudowany i oddany ponownie do użytku w listopadzie 1946 roku.SWP (3)Dane techniczne obiektu (pochodzące od administratora)
Zapora ciężka kamienno-betonowa: wysokość całkowita 62 m, wysokość od powierzchni terenu 45 m, długość w koronie 280 m, szerokość korony 7,5 m, szerokość u podstawy 50 m, kubatura muru 260.000 m3.
Urządzenia zrzutowe: przelew powierzchniowy o długości 87 m, sztolnia obiegowa o długości 383 m z trzema zasuwami o średnicy 1,5 m, dwa upusty denne o średnicy 1,5 m.
Elektrownia: w elektrowni zainstalowanych jest 6 turbozespołów z turbinami Francisa, z czego 4 o mocy zainstalowanej 1240 kW z turbinami na spad 23 m; jeden o mocy zainstalowanej 2480 kW z turbiną na spad 35 m; jeden o mocy zainstalowanej 145 kW z turbiną na spad 23 m.

Łączna moc zainstalowanej elektrowni to 7585 kW.
Turbiny i generatory są firmy J.M. Voith-Heidenheim.
Generatory firmy Siemens Schuckert Werke, Allgemaine Elektricitats Geselschaft oraz Zakładów M-1 (turbozespół numer 6).
Zbiornik powodziowo – energetyczny: całkowita pojemność 50 mln m3, rezerwa powodziowa 26 mln m3, pojemność energetyczna 16 mln m3, pojemność martwa 8 mln m3, powierzchnia 240 ha, długość 6 km.

 

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mityczna „Szczelina Jeleniogórska” (2)

przez , 30.kwi.2014, w Skarby

Szczelina JeleniogórskaMieczysław Bojko o „Szczelinie”…

Aby ukazać pełny i rzetelny obraz tej barwnej i dramatycznej historii, należałoby się cofnąć do pierwszych lat powojennych. W miejscowości Pilchowice był posterunek wojskowo-policyjny, do którego zgłosił się pewien Niemiec – autochton. Był to gajowy działający na tym terenie, który w ten sposób chciał zaakcentować swoją lojalność wobec polskich władz, a co za tym idzie, pozostać na swym stanowisku pracy jak najdłużej. Mimo że był fachowcem, jako Niemiec obawiał się utraty stanowiska wobec napływającej coraz szerzej na te tereny kadry fachowców z centralnej Polski.

Obszar leśny, na którym działał gajowy, to tereny usiane niezliczonymi dolinami, głębokimi wąwozami i wysokimi wzgórzami z wystającymi zrębami skalnymi. Wszystko to po dziś dzień porastają gęste, trudno dostępne górskie lasy. Tak bogaty i zróżnicowany teren tylko on, jako gospodarz, dobrze znał. Praca jego polegała na codziennym kontrolowaniu tego obszaru. W pierwszych latach po wojnie ludność napływowa bardzo ostrożnie zapuszczała się w te dzikie leśne ostępy.

Przybywszy na wspomniany posterunek, Niemiec ów zaczął od tego, iż jego babka była Polką z Pomorza, a on umie po polsku. Podkreślał, że pomagał jeńcom rosyjskim w Maciejowcu i chciałby, aby go uważano za osobę lojalną wobec nowej władzy. Dlatego pragnie przekazać ważną  informację. Gdy obchodził jeden z kwartałów leśnych, zaobserwował na zboczu kręcące się intensywnie lisy, które sprawiały wrażenie, jakby czegoś szukały, grzebiąc pomiędzy kamieniami. Widząc to któryś raz z kolei, postanowił sprawdzić to miejsce. Gdy zszedł w dół po stromym zboczu, znalazł się na świeżo rozrzuconym gołoborzu skalnym. Okazało się, że lisy wygrzebywały spod kamieni ludzkie zwłoki, obgryzając resztki, które jeszcze nie uległy rozkładowi. Opisał dokładnie to miejsce rozmówcy, deklarując przy tym, że zaprowadzi tam milicjantów.

Plutonowy Zenon N. spisał notatkę (raport) i poinformował Niemca, że jest w tej chwili sam, ale jeszcze dziś jedzie do powiatu, do Jeleniej Góry, tam wszystko przekaże. Gajowemu polecił, aby ten rozejrzał się jeszcze raz na zboczu, może uda mu się coś więcej zauważyć. Z Niemcem umówił się na następny dzień w godzinach rannych.

Sumienny Niemiec zjawił się punktualnie i zreferował dokładnie, co tam zastał i co zobaczył. Oznajmił, że dużo jest kości porozwlekanych po terenie gołoborza. Przy szczątkach ludzkich zauważył strzępki czarnych mundurów, buty wojskowe i kilka hełmów SS. Plutonowy Zenon rozeźlił się na Niemca: „Z czym ty do mnie przychodzisz, chcesz, żeby mnie w powiecie palcami wytykali, przecież to esesmani, zasłużyli na taki los. Niech szczątki lisy rozwłóczą, a ty morda w kubeł i nikomu ani mru mru. Więcej do mnie z takimi sprawami nie przychodź!”

Minęły lata. Gajowy pozostał na swoim miejscu z racji praktyki i swej wiedzy, a nawet parę razy pełnił krótko funkcję leśniczego. Były lata pięćdziesiąte, przyszedł nowo mianowany leśniczy po kursach i różnych szkoleniach z terenów Lubelszczyzny. Był to dobry i uczciwy człowiek. Zauważył to gajowy i nabrał zaufania do przełożonego. Któregoś dnia, podczas wspólnych wędrówek po rozległych terenach leśnictwa, znaleźli się w tym wcześniej wspomnianym miejscu. Gajowy zdecydował się przekazać leśniczemu swoją  tajemnicę: „Tu właśnie, w tym miejscu, pod zwałami skał leżą esesmani, zabroniono mi komukolwiek o tym mówić. Jestem już stary i muszę komuś wiarygodnemu to przekazać”. Leśniczy zaniemówił z wrażenia.

Minęły kolejne lata, gajowy odszedł. Któregoś razu leśniczy J., któremu gajowy powierzył swój sekret, polował zimą akurat niedaleko tego tajemniczego miejsca. Strzelał do młodego koziołka, którego ranił dość poważnie; ranne zwierzę zaczęło wspinać się w górę zbocza pomiędzy poszarpanymi skałami. Było to akurat nad tym zwaliskiem skalnym, o którym wspominał autochton. Górna część tego gołoborza wyglądała jak korona obszernego wyrobiska. Ranny zwierzak, chcąc się schować między skałami przed myśliwym i jego psem, nagle gdzieś znikł. Leśniczy pomyślał, iż zwierzak z upływu krwi padł gdzieś, nawet pies zatrzymał się w jednym miejscu i jakoś dziwnie szczekał. Gdy doszedł po śladach w to miejsce, ujrzał psa szczekającego w stronę jakiejś rozpadliny skalnej. Okazało się, iż gdzieś tam głęboko wpadł koziołek. Leśniczy stwierdził, że dziwne to miejsce, okupione ludzką krwią, nawet zwierzyny nie udaje się tu upolować. Postanowił je omijać i nikomu o tym nie wspominać.

Znów minęło wiele lat. Był koniec lat siedemdziesiątych, przypadek zrządził, iż pożar strawił pewne połacie lasu. Po udanej akcji gaśniczej jeden z milicjantów z miasteczka Lubomierz udał się do leśniczego celem spisania protokołu zajścia i strat, jako że część leśnictwa pana J. znajdowała się na terenach administracyjnych Lubomierza.

Kilkakrotnie przyjeżdżając do leśniczówki, Adam O. zaprzyjaźnił się z leśniczym. Podczas tych spotkań zwierzył mu się, iż poza służbą w milicji ma pasję poszukiwawczą, szuka skarbów ukrytych przez Niemców. Na razie chodzi po lesie z metalowym prętem, ale jego marzeniem jest detektor, który zamierza w niedalekiej przyszłości kupić.

Podczas któregoś kolejnego zakrapianego spotkania u leśniczego, po którym to Adaś O. służbową WSK-ą nie mógł trafić do domu, leśniczy obiecał wyjawić mu swój sekret i pokazać owo tajemnicze miejsce w lesie. Nazajutrz po służbie Adam O. spotkał się z bratem Jackiem O. i opowiedział mu wydarzenia z poprzedniego dnia. Postanowili, iż w najbliższą niedzielę wybiorą się z wizytą do leśniczego i tak zrobili. Wczesnym rankiem pojechali motorem do leśniczówki. Leśniczy J. doskonale pamiętał, co obiecał po pijanemu, i dotrzymał słowa. Pokazał im zbocze, a także rozpadlinę, w której gdzieś tam na dnie leżały resztki pechowego koziołka. Adam z Jackiem mieli liny i latarki, postanowili zejść na dół. Pierwszy zszedł Jacek, młodszy, sprawniejszy i odwagi też mu nie brakowało. Był to wąski szybik, prawdopodobnie wentylacyjny, przygotowany w jakimś określonym celu. Szybik ten był podmurowywany cegłą, w niektórych miejscach wewnątrz tworząc rodzaj komina. Od góry przykryto go drewnianymi kołkami, które zdążyły już po części zgnić. Całość zamaskowano drobnym i grubszym rumoszem skalnym. Sam wylot, wciśnięty przy samych skałach, po zamaskowaniu tworzył idealną naturalną całość. Szybik był głęboki na siedem do ośmiu metrów. Z samego dna szybiku prowadził  poziomo wąski otwór, lekko wznosząc się ku górze, ale przejście to było w dalszej części zagruzowane. Była to przeszkoda nie na ich siły, przynajmniej na razie.

Postanowili przygotować się technicznie, a także zasięgnąć opinii wśród znajomych i przyjaciół. Między innymi pomógł im wówczas major WOP z Gryfowa, który przywiózł minikamerę do gastroskopii, wówczas bardzo nowoczesne urządzenie szpitalne. Jednak nie uzyskano pożądanego efektu i nie udało się zajrzeć poza zawał, ponieważ urządzenie było za krótkie. Eksploratorom nie pozostało nic innego jak odgruzowywać przejście kamień po kamieniu. Była to mozolna i wyczerpująca praca, gdyż w tuneliku brakowało miejsca. Pracę wykonywano na leżąco, co chwilę świecąc w szpary między kamieniami w nadziei, że to już upragniony koniec zawału. Prace kontynuowali przez kilka kolejnych dni, bez udziału leśniczego. W końcowej fazie wycofał się też wopista Krzysztof S.

Któregoś dnia w szczelinach pomiędzy kamieniami udało się dojrzeć coś w świetle latarki. Były to jakieś przedmioty, ale trudno było określić, co tam się znajdowało. Fakt ten jeszcze bardziej zmobilizował Adama i Jacka, którzy usunęli resztki przeszkody w wąskim tuneliku. W świetle latarek ujrzeli dość spore pomieszczenie wykute w solidnej skale. Wylot tunelu wchodził do pomieszczenia na wysokości około 1,30 m powyżej dna komnaty w prawej jej części. Z lewej strony widać było jakby wejście albo wyjście założone dużą ilością kamieni. Dalej w komnacie coś leżało bezwładnie, później okazało się, że są to zwłoki. Na wprost zdeponowano ładunek przykryty plandekami, który tworzył wspomniany kształt, który wcześniej widzieli przez szparę w świetle latarek. W głębi po lewej stronie, w oddali, widać było dwa samochody osobowe z poskładanymi dachami. Pomiędzy nimi a przykrytym plandekami ładunkiem była odległość zaledwie kilku metrów. Bali się jednak postawić nogę na dnie komory z obawy przed minami. Było tam mnóstwo kabli strzałowych porozrzucanych w nieładzie, a po prawej stało kilka akumulatorów. Przy tych akumulatorach, oparte o ścianę, wpółsiedząc, znajdowały się dobrze widoczne zwłoki niemieckiego generała. Nie ulegało wątpliwości, że był to generał, gdyż dystynkcje i czerwone lampasy na spodniach zachowały swój kolor. Wydawało się, że generał trzymał w ręku jakiś pakunek lub teczkę. Cały ten widok robił posępne i tragiczne wrażenie. Takie obrazy zazwyczaj ogląda się tylko na filmach. Bracia nie mieli odwagi, aby tam wejść, zobaczyć coś, co kiedyś było dla nich mitem i marzeniem, o czym słyszeli dotychczas tylko od trzecich osób – ukryte w kopalniach tajemnicze transporty i skarby. Teraz paraliżował ich strach. Mimo tego niesamowitego widoku i odkrycia, rozsądek wziął górę. Postanowili się wycofać. Zamaskowali bardzo starannie wejście i codziennie jeździli tam motorem, aby z daleka popatrzeć, czy nikt nie interesuje się ich skrytką.

W tym czasie dowiadywali się wśród byłych wojskowych o stosowanych przez Niemców w czasie II wojny światowej systemach minerskich i o ewentualnych niebezpieczeństwach, które mogły im grozić podczas penetracji sztolni. W końcu zdecydowali, iż wezmą do sztolni wędkę teleskopową jako narzędzie eksploratorskie. Z otworu w ścianie tej bajecznej komnaty wystawili wędkę z dużym haczykiem i zaczęli próbować cokolwiek wyłowić. Z początku nie odnieśli większych sukcesów, rozdarli plandekę, którą były przykryte skrzynie, zaczepili o coś i zerwali żyłkę.

Jednak kilka razy połów był pomyślny. Przy zachowaniu szczególnych środków bezpieczeństwa w terenie, powtarzali swe wędkarskie wyprawy. Wyprawy te odbyli kilka razy, przynajmniej w dwu- lub trzytygodniowych odstępach. Efektem wypraw były dzbany i naczynia srebrne, które znajdowały się w skrzyniach niezabitych deskami. Szable tureckie i kindżały w pochwach bogato inkrustowanych złotem i kamieniami szlachetnymi leżały na skrzyniach. Ze zdobyczy tych później wydłubywali kamienie i kawałeczki złota, aby je osobno sprzedać. Ponadto bracia wyłowili trochę wojskowej broni krótkiej i długiej, kilka hełmów i czapek. Pieniądze, które otrzymali, nie były aż tak duże jak sobie wyobrażali. Fanty, które sprzedawali, szły dla zachowania ostrożności przez kilku pośredników.

Mimo to wszystko szło gładko, przyszła zima, a z nią stan wojenny osiemdziesiątego pierwszego roku. Plany się pokrzyżowały, młodszy brat Jacek został wcielony do jednostek milicyjnych ZOMO i przebywał poza domem, we Wrocławiu. Tam też poznał swojego szefa od spraw szkolenia politycznego Stanisława C., który pochodził z Jeleniej Góry. Dość szybko nawiązali bliższy kontakt. Szef Jacka któregoś dnia wspomniał o znalezisku lubomierskim odkrytym w murze kościelnym – glinianym dzbanie ze złotymi monetami. Sprawa ta była dość głośna w owym czasie, a milicja miała sporo pracy, aby odzyskać chociaż część znaleziska.

Szef Jacka chwalił się, uśmiechając się tajemniczo pod wąsem, jakoby brał czynny udział w tym dochodzeniu. Któregoś razu, podczas miłej i szczerej pogawędki, Jacek zapragnął zaskarbić sobie względy u szefa i opowiedział mu o znalezisku w górach. Stanisław C., stary milicjant, nie do końca uwierzył w to wszystko.

Minął stan wojenny, chłopcy powracali do domów; Adam z Jackiem ponowili wyprawy z wędką, raz więcej, raz mniej skuteczne. Po pewnym czasie postanowili wciągnąć w to kolegę Adama O .z posterunku lubomierskiego, Jana D. Jak postanowili, tak zrobili. W końcu ktoś musiał stać w pewnej odległości od szybiku między skałami i pilnować bezpieczeństwa tych, co byli w środku.

Któregoś dnia na posterunek w Lubomierzu przyszedł telefonogram, iż prawdopodobnie z Lubomierza pochodziła broń, która pojawiła się w Gdańsku, i polecenie, aby zwrócić szczególną uwagę na sygnały w tej sprawie. Po kilku dniach na posterunku pojawiło się dwóch funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa z Wrocławia. Kręcili się, rozpytywali po knajpach i barach piwnych, wszystko ich interesowało. Po kilku dniach wyjechali. Efekty dochodzenia były mizerne, gdyż Adam z kolegą Janem D. Pierwsi dowiedzieli się o zagrożeniu. Mimo wszystko strach ich obleciał i to niemały. Zaniechali wizyt w lesie na kilka lat. Jedynie od czasu do czasu kontrolowali teren wokół szybiku, objeżdżając okolice na motorze.

Po kilku latach, gdy sprawa przycichła, ponownie zainteresowano się skarbczykiem. Postanowiono rozszerzyć grupę dodatkowo o Władka S., właściciela warsztatu samochodowego, który miał sprawować pieczę techniczną, i kolejnego milicjanta, młodego Waldka K., który był przyjacielem z ławy szkolnej Jacka O. Ustalono też, że byłoby dobrze, aby w ich grupie znalazł się obecny burmistrz jako osoba wpływowa, mogąca pomóc w razie czego. Burmistrz Zenon J. dodatkowo deklarował, że jak będzie trzeba, to uruchomi kontakty nawet w Niemczech oraz gdzie indziej, korzystając ze swoich szerokich koneksji. Ustalono termin pierwszej wyprawy w nowym składzie.

W jedną z ciepłych letnich nocy, wyposażeni w noktowizory, wzięli do worka cztery koty, aby je wypuścić tam w środku. Władek S. zabrał ze sobą psa, był to zwykły kundel, ale nie cierpiał kotów, żadnemu nie przepuścił i Azora także tam wpuszczono. Jakiż tam powstał harmider i jazgot! Był to test na to, czy jakiś z kabli nie jest do czegoś podłączony i czy nie stanowi zagrożenia. Przez kilka godzin pies harcował z kotami, ale na szczęście niespodzianki nie było.

Pierwszy do środka zszedł Waldek, kolega Jacka, a za nim Adam O. Władek wsunął się tylko na chwilę, by zabrać psa, a potem wrócił, aby im dodatkowo przyświecać. Posuwali się krok po kroku, pomału, ostrożnie, uważali, aby czegoś nie przegapić i nie nadepnąć na coś niepotrzebnego. Szczęście im sprzyjało, obeszli całe to pomieszczenie, zajrzeli ostrożnie niemal w każdy kąt, przynajmniej na razie nic nie ruszając. Pomieszczenie było szerokie na około cztery do pięciu metrów, około piętnastu metrów długie, zaraz na lewo od komina (najprawdopodobniej wentylacyjnego), którym weszli, znajdowała się sztolnia, którą wprowadzono ładunek i samochody. Wejście to było założone lub zawalone pod sufit kamieniami, między którymi widać było niewybuchy pocisków artyleryjskich i moździerzowych. Na wprost wejścia, na końcu składnicy widać było dwa korytarze zabezpieczone kamieniami.

Zaglądając ostrożnie pomiędzy kamieniami w głąb kamiennej przeszkody można było zobaczyć tam porozpinane na pewnej wysokości druty, do których poprzyczepiano ładunki wybuchowe. Po prawej, w dwóch rzędach niemal po sufit, stało mnóstwo skrzyń – mniejszych, większych, płaskich i wysokich, jakieś tuby skórzane–jak się później okazało, zawierające obrazy. Były tam też walizki oraz metalowe pojemniki malowane na zielono. Po lewej, tyłem do wyjazdu, stały dwa, jeden za drugim, mercedesy cabrio. W pierwszym na kierownicy było oparte ciało żołnierza Wehrmachtu, z tyłu wyglądało jakby żołnierz ten spał, był jednak zastrzelony. W drugim, na tylnym siedzeniu, leżały dwa kompletne mundury generalskie rzucone w nieładzie, jakby w pośpiechu. Przed tymi samochodami stał jakiś dziwny pojazd z kierownicą i kołem z przodu, a z tyłu mający gąsienice. Następnie, zaraz na lewo od wejścia, dość nieprzyjemny widok–kilkanaście ciał żołnierzy Wehrmachtu (około 10–12), należących najprawdopodobniej do oddziałów Schörnera, wynikało to z naszywek i odznak za udział w kampanii krymskiej. Na końcu komory stało luźno kilka konfesjonałów wyłożonych bogato bursztynem, posągów z marmuru i brązu, które owinięto kocami. Trzeba przyznać, że miejsce wybrano celująco, było bardzo sucho, niemalże się tam kurzyło.

I od tego momentu zaczęło się systematyczne wybieranie z tego bajecznego schowka. Co 3-4 miesiące, a nawet rzadziej, aby nie wzbudzić podejrzeń. Pomiędzy wypadami do sztolni pozbywano się towaru, rozprowadzając go przez pośredników. Już nie brano broni wojskowej, mimo że było tam sporo pistoletów i karabinów w dobrym stanie. Broń pozyskana ze skrytki mogła stanowić zagrożenie dla całej grupy.

Jedna z pierwszych wyciągniętych rzeczy to teczka skórzana, którą tak kurczowo trzymał generał leżący pod ścianą. Miał ją przykutą do ręki kajdankami, a ona sama była zamknięta. Jeśli chodzi o generała, został tam z premedytacją zastrzelony, nie miał dokumentów ani nieśmiertelnika, jedynie mapę sztabową na płótnie. Mapę tę otrzymałem w prezencie od jednego z uczestników tej grupy. Nosi ona do dziś ślady krwi generała… Po wyciągnięciu teczki na zewnątrz rozpruto ją. Jej wnętrze skrywało pozawijane w aksamitne szmatki trzy bajecznie piękne jaja Faberge i kilka mniejszych wyrobów ze złota, bursztynu i porcelany z dodatkami kamieni szlachetnych. Dwa mniejsze jaja zostały sprzedane na miejscu w Jeleniej Górze przez pośrednika Ciućka. Jedno, z czarnymi krzyżami, prawdopodobnie kupił lekarz z Cieplic koło Jeleniej Góry za 10 tys. marek. Drugie, z aniołkiem, i trochę innych precjozów za 17 tys. marek biznesmen z Niemiec, trzecie zaś, większe, sprzedano za jakiś czas, gdyż czekano na odpowiedniego kupca. Po pewnym czasie znalazł się odpowiedni człowiek z Krakowa o pseudonimie „Jura”, który kupił je za 70 tys. marek niemieckich. Wsiadł do pociągu z dwoma ochroniarzami, aby je zawieźć do Warszawy, tam czekał kolejny kupiec, który miał dać 100 tys. dolarów. Po drodze „Jura” został ograbiony i wyrzucony z pociągu przez swych ochroniarzy, którzy wrócili do Krakowa z towarem i szukali kupca. Napotkali Cygana-handlarza złotem, który im zaproponował, iż ma wujka w Nowej Soli i on na pewno to kupi.

Oczywiście tak zrobili, wujek Ćwiek (tak się nazywał lub miał taki pseudonim) obejrzał, zadzwonił w parę miejsc i zgodził się na sumę 100 tys. dolarów. Transakcję przełożono na następny dzień, gdyż Cygan nie miał w domu takiej kwoty. Zaznaczył, że cała transakcja będzie przeprowadzona w pełnej tajemnicy, zwłaszcza że była nagrana przez jego siostrzeńca. Nazajutrz przyszli z towarem do wujka Ćwieka i zamordowali go, zabierając gotówkę i sporo wartościowych wyrobów ze złota. Po tych wydarzeniach sprawcy zasztyletowali również Cygana-handlarza z Krakowa, który zorganizował kontakt z Ćwiekiem, a obecnie był tylko niewygodnym świadkiem. Jego zwłoki zakopano w lesie niedaleko granicy.

Następnie w przyspieszonym tempie mordercy zaplanowali wyjazd za granicę zachodnią i przerzut jaja Faberge do Monachiun. Jajo sprzedano w Monachium handlarzowi w dzielnicy Schwabing, który odsprzedał je bodajże za dwa miliony DM. Jajo to wypłynęło na giełdzie w Londynie za 3,5 miliona funtów szterlingów. Jajo Faberge sprzedane w Londynie było największe z trzech znajdujących się w teczce generała. Prawdopodobnie zabójcy Cygana zostali zamordowani.

W rok po zabójstwie Cygana z  Nowej Soli, 10 czerwca 1992 na nowojorskiej giełdzie pojawiło się inne jajo Faberge o nazwie „Trophy of Love”, które sprzedano za sumę prawie 3,2 mln dolarów. Jajo to polska prasa utożsamiała z drugim, mniejszym jajem, z tzw. aniołkiem. Mogę z satysfakcją powiedzieć, iż będąc któregoś wieczora u Ciućka, widziałem to jajo i wiele innych przedmiotów. Muszę przyznać-było piękne, wręcz urzekające, ale też przynosiło nieszczęście.

Wracając do rzeczy, z wnętrza schowka wynoszono coraz to nowe fanty. Obawiano się jednak opróżniania skrzyń, jako że Niemcy mogli tam założyć naciskowy ładunek wybuchowy. Gdy opróżniano skrzynie, obciążano je na zewnątrz podwieszanymi krążkami ołowianymi lub wkładano je do już opróżnionych. Wiele walizek i kufrów znajdujących się w skrytce zawierało depozyty ludności cywilnej. Ze skrytki wydobyto liczne cenne zabytki sztuki rosyjskiej i orientalnej, w tym wiele związanych z religią, np. księgi prawosławne, które miały kartki wykonane z cienkiej blachy srebrnej z dodatkami złota, łączone rzemykami ze skóry, a także sporo ikon, złotych krzyży z kamieniami, monstrancje, kielichy i wiele innych przedmiotów pochodzących z Rosji.

W owym czasie próbowano wydobyć zagadkowe ciężkie popiersia. Eksploratorom wydawało się, że są z litego złota. Zaczęto topić je palnikami. Jednak efekt był mizerny, okazało się, że popiersia są wykonane z brązu lub podobnego metalu i tylko z zewnątrz pozłacane dość grubą warstwą złota.

Któregoś dnia handlarz Ciuciek podczas jakiejś rodzinnej uroczystości pochwalił się znaleziskiem szwagrowi, który był wspomnianym milicjantem, szefem szkoleniowym ZOMO we Wrocławiu. Mówił, że ma fart, iż coraz więcej towaru z tej skrytki przepływa przez jego ręce. Powiedział, że miejsce to znajduje się gdzieś około dwudziestu kilometrów od Jeleniej Góry w stronę Lubomierza lub Wlenia, a w całym przedsięwzięciu uczestniczą ludzie z Lubomierza. Stanisław C. szybko skojarzył fakty i to, co usłyszał od Jacka O. we Wrocławiu podczas stanu wojennego. Na drugi dzień z samego rana Stanisław C. wraz ze swym dawnym szefem z pracy płk. Wojtkiem K. pojechali do Lubomierza złożyć wizytę Jackowi O. Argumentowali, że dzięki posiadanym koneksjom i układom ich pomoc jest niezbędna, aby grupa mogła dalej funkcjonować. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, grupa z żalem przyjęła nowe realia.

Następna wyprawa odbyła się już w nowym składzie. Dalej wydobywano dobra, lecz w większej ilości, i magazynowano je w terenie w kilku pewnych miejscach. W tym czasie wiele eksponatów zostało zniszczonych. Przystąpiono wtedy do eksploracji większych gabarytowo zabytków; niestety, nie wszystkie mieściły się w szybiku (w załamaniu syfonu). Uszkodzeniu uległy wielkie wieloramienne żydowskie świeczniki, średniowieczne zbroje lub długie rzymskie proporce i niemieckie sztandary wojskowe.

W miarę powiększania się grupy malała liczba zabytków, które udawało się wynieść wąskim kominem. Postanowiono przystąpić do wynoszenia zdeponowanych tam obrazów. Potrzebny był fachowiec, który byłby w stanie powycinać obrazy z ram i zrolować bez uszkodzenia.

Grupa dotarła do mojego przyjaciela Jacka, jednego z jeleniogórskich antykwariuszy. Zgłosiło się do niego trzech osobników z propozycją, aby się podjął wyjęcia płócien z ram.

Obiecano mu dobra zapłatę, ale warunek był taki, że jedzie na miejsce w opasce na oczach i wykonuje swoją robotę wewnątrz sztolni, a oni dobrze zapłacą. Te warunki zniechęciły ostrożnego antykwariusza. Wykręcił się od propozycji trudnościami operacji i skomplikowanymi zabiegami przy użyciu bibuły chińskiej, do których nie był przygotowany.

Zespół podjął kolejne działania mające za zadanie odblokowanie zaminowanych i założonych kamieniami korytarzy. Liczono na dalsze znaleziska w chodnikach i ewentualne znalezienie innego wyjścia z kopalni, które ułatwiłoby wyniesienie większych zabytków. Po dokładnej penetracji i oględzinach wyciągnięto wniosek, że dwa korytarze prowadziły gdzieś na przeciwległe zbocze góry. Niestety, aby je odkopać z zewnątrz, należało je precyzyjnie zlokalizować.

Nie umiano określić tego miejsca, a więc poszukiwano fachowca. Znaleziono jednego, który przechwalał się swymi umiejętnościami technicznymi i ogromną wiedzą w tym zakresie. Ponoć był konstruktorem sprzętu elektronicznego i bywał z archeologami na wykopaliskach w Egipcie. Fachowiec jednak się nie sprawdził, rzekomo brakowało mu niwelatora z dalmierzem laserowym. Mimo nieudanej próby pomiarów, sowicie go wynagrodzono za milczenie. Niestety, niedoszły geodeta rozpowiadał swym przyjaciołom, iż znajomi mają takie miejsce, gdzie się kamień podniesie, wchodzi się do dziury, a tam bogactw bez liku. Faktycznie, obwiesił się złotem na pokaz, w rezultacie został dość dotkliwie pobity przed swoim garażem. Po tym ekscesie spokorniał i wyciszył się.

Zaczęto szukać rozwiązania pozwalającego do końca opróżnić skrytkę i zalegalizować ich dochody. Zrozumiano, że jedyną gwarancją takiego rozwiązania jest układ z rządem.

Stanisław C. z Wojtkiem K. podjęli się tego zadania i przyobiecali, że znajdą człowieka, który ma siłę przebicia do rozmów z rządem. Znaleźli dojście przez kolegę z dawnego jeleniogórskiego Urzędu Bezpieczeństwa, Antoniego M. Dotarli do pana B., który niegdyś był czołową postacią w środowisku UB.

Człowiek ten działał po wojnie na terenie Łodzi. Za działania przeciw powojennym polskim organizacjom reakcyjnym został na niego wydany przez WIN wyrok śmierci. Obecnie ma inne nazwisko i tożsamość, ale układy i znajomości pozostały. Był bliskim przyjacielem Piotra Jaroszewicza.

Był rok 1992, emisariusze grupy udali się z prezentami do Jaroszewicza. Miano zabrać w prezencie monety, gdyż te kolekcjonował były premier, ale zabrano też prawdopodobnie pudełeczko z brylantami. Dar ten stał się później kością niezgody w grupie, uważano, że cena była zbyt wysoka, gdyż ze spotkania z premierem nie wynikły większe korzyści. Jednak dzięki niemu nawiązano nowe, odpowiednie kontakty w stolicy. Po rozmowach i wyjaśnieniach w obrębie grupy ustalono, że dwie osoby – Antoni M. i pan B. będą dalej reprezentowały interesy całego zespołu. Na kolejne spotkanie „wyższego szczebla” wzięto ze sobą, dla podkreślenia wiarygodności, parę rzeczy ze schowka. Było to kilka drobiazgów, a także ocalałe przed stopieniem jedno ze „złotych” popiersi. Podczas oczekiwania na pełnomocnika rządu w jednym z pokoi odpowiedniego departamentu w Warszawie prawdopodobnie celowo ich przetrzymywano, aby móc jak najdłużej podsłuchiwać ich rozmowy. Panowie Antoni M. i B. postawili twarde warunki: pięćdziesiąt procent znaleźnego bez podatku i gwarancje, że nikt nie będzie dociekał, co zostało stamtąd już wyjęte i zabrane. W rezultacie nie otrzymali żadnej obietnicy, nie podpisano jakiejkolwiek umowy. Za to, gdy wracali, w ślad za nimi pojechali agenci UOP, a sprawa od tego momentu otrzymała kryptonim „Szczelina”.

Podjęto kolejną próbę wywarcia medialnej presji na urzędnikach, którzy mogliby podpisać umowę. Spróbowano skorzystać z osoby znanej w kręgach poszukiwaczy – mjr. Stanisława Siorka. z Wrocławia, który miał wpływy na ukazujące się w owym czasie pismo „Eksplorator”. Tam ukazano z grubsza kulisy sprawy, sygnalizując, iż rząd twardo stoi na stanowisku, by mimo realnych korzyści nie podpisywać umowy ze znalazcami skarbu. Efekt tych zabiegów był taki, że eksploratorzy zwrócili na siebie uwagę i wzbudzili zainteresowanie Urzędu Ochrony Państwa. Od tego momentu rozpoczęto delikatną inwigilację grupy i podjęto pewne działania, które trwają do dziś.

Niekorzystny rozwój wypadków zmusił znalazców do chwilowego zaprzestania eksploracji „Szczeliny”. Aby móc ponownie spokojnie penetrować sztolnię, grupa zaczęła rozpaczliwie szukać kontaktów wśród kolegów i znajomych w szeregach policyjnych i służb specjalnych. Szukano, aby-jak to się mówi–mieć oko i ucho we właściwym miejscu. Oczywiście, za dobre pieniądze znaleziono takich ludzi.

Efekty współpracy szybko dało się zauważyć. Gdy we Wrocławiu wstawiono anonimowo do sprzedania obrazy Willmana, na tych, którzy mieli się zgłosić po pieniądze, UOP zastawił pułapkę. Grupa została w porę o tym poinformowana i obrazów ani gotówki nikt nie odebrał do dzisiaj. Po pewnym czasie znali wszystkie ruchy służb dotyczące „Szczeliny”. W rzeczy samej obrazy wstawili Adam O. z bratem Jackiem O. i nie tylko tam, ale w wielu innych miastach Polski. Po tym incydencie grupa się przyczaiła. Po dłuższym bezruchu Adaś z Jackiem po pijanemu poszli odbezpieczyć „Szczelinę”. Sami w tajemnicy przed kompanami zaczęli eksplorować, wyciągając w tym dniu ostatnie obrazy i inne fanty. Niestety, alkohol zrobił swoje, Adam wpadł do dziury i połamał żebra. Brat ruszył mu na ratunek, ale wskakując do szybu niefortunnie złamał nogę. Dużo czasu upłynęło, zanim wygramolili się na zewnątrz. Sprawa się wydała. Rezultat był taki, że kompani w załamaniu szybu założyli kratę, do której mieli klucze wyżsi stopniem. Adam i Jacek zostali odsunięci na jakiś czas od „Szczeliny”, a za nadmierne pijaństwo Adam musiał odejść ze służby milicyjnej i przejść na emeryturę.

Niestety, Adam O. został tylko chwilowo doprowadzony do porządku. Czując się oszukany i odizolowany od grupy, coraz częściej zaglądał do kieliszka. Jeździł na ryby i zalewał się mocno i tam nad stawem któregoś razu został pobity celem doprowadzenia do porządku.

W tym miejscu pora wyjaśnić, skąd to wszystko wiem. Śledztwo w związku ze „Szczeliną” zataczało coraz szersze kręgi, w terenie pojawili się agenci UOP i Wojskowych Służb Informacyjnych, usiłując dotrzeć do środowiska jeleniogórskich poszukiwaczy. W 1994, czyli stosunkowo późno, dotarło do mnie dwóch agentów WSI. Zwracając uwagę na moją przeszłość, dano mi do zrozumienia, że nie mam większego wyboru i liczą na mą pomoc. Przedstawiono mi temat w niezbędnym na tym etapie zakresie. Później zgłosił się do mnie człowiek, którego nawet znałem, miał być kontaktem z moimi mocodawcami. Celem było zdobycie zaufania ludzi związanych ze „Szczeliną” i zlokalizowanie jej w zamian za ustawowe dziesięć procent znaleźnego (…).

Joanna Lamparska o „Szczelinie”…
Skarb III Rzeszy mógł zostać wymyślony przez handlujących kradzionymi antykami byłych funkcjonariuszy bezpieki.

To miał być hit wśród znalezisk skarbów ukrytych przez III Rzeszę pod koniec II wojny światowej. O odnalezieniu rozległej sztolni na Dolnym Śląsku, w której ukryte były dzieła sztuki oraz wyroby ze złota i z bursztynu, informowali 10 marca 1993 r. w piśmie do premiera RP członkowie Polskiego Towarzystwa Eksploracyjnego z Wrocławia. „Część złota została przetopiona - pisali poszukiwacze - wartościowsze pierścienie i sygnety wywiezione do RFN, zaś bursztyn pocięty na koraliki”. W podziemiach miały się znajdować ciała zamordowanych niemieckich żołnierzy, a przy ubranym w generalski mundur mężczyźnie - trzy bezcenne jajka Faberge z kolekcji rosyjskich carów. Jedno z takich jaj zostało później znalezione u Waldemara Huczki, romskiego wójta z Nowej Soli zamordowanego w bestialski sposób w swoim domu. Zdaniem niektórych poszukiwaczy skarbów, do dzisiaj nie opróżniono skrytki z Dolnego Śląska; inni zaś twierdzą, że hitlerowski sezam, jak nazywane jest domniemane znalezisko w sztolni, w ogóle nie istniał, lecz został wymyślony w celu kamuflażu cennych przedmiotów pochodzących z innych źródeł.
Rembrandt w sztolni
W środowisku poszukiwaczy tajemnicza sztolnia jest znana też jako Szczelina Jeleniogórska, ponieważ eksploratorzy zlokalizowali ją około 20 km od Jeleniej Góry, gdzieś pomiędzy Lubomierzem a Radomierzycami. Pierwsze informacje o szczelinie pochodzą z 1991 r. gdy jej odkrywcy napisali list do wojewody jeleniogórskiego. Proponowali ujawnienie informacji o skarbach w zamian za połowę ich wartości i obietnicę niewszczynania dochodzenia na temat tego, co stało się z dotychczas wydobywanymi przedmiotami. Nie uzyskali odpowiedzi, więc skontaktowali się ze Stanisławem Siorkiem, byłym funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa. Komunistyczne specsłużby już w trakcie II wojny światowej zajmowały się przejmowaniem skarbów ukrytych przez wycofujących się Niemców. Siorek uchodził za eksperta w tej dziedzinie - był członkiem Polskiego Towarzystwa Eksploracyjnego, badaczem wojennych tajemnic Dolnego Śląska. Propozycja trafiła też do Ministerstwa Gospodarki Leśnej i Ministerstwa Kultury.
Oficjalnie żadna z instytucji nie zainteresowała się sprawą. Pojawiła się natomiast seria artykułów o szczelinie, które zawierały kolejne szczegóły odkrycia. Żaden z piszących nie dotarł jednak bezpośrednio do odkrywców. Sensację wywołały więc wspomnienia Mieczysława Bojki, poszukiwacza z Mysłakowic koło Jeleniej Góry, który w 2004 r. opowiedział w magazynie „Oblicza Historii” o swoich kontaktach z osobami, które były w szczelinie. Znalezisko miało zostać odkryte przez przypadek. Po wejściu przez komin wentylacyjny odkrywcy zobaczyli „pomieszczenie szerokie na cztery do pięciu metrów, prawie piętnaście metrów długie, zaraz na lewo od komina, którym weszli, znajdowała się sztolnia, którą wprowadzono ładunek i samochody. Wejście to było założone lub zawalone pod sufit kamieniami, między którymi widać było niewybuchy pocisków artyleryjskich i moździerzowych. (…) Po prawej, w dwóch rzędach, niemal pod sufit, stało mnóstwo skrzyń - mniejszych, większych, płaskich i wysokich, tuby skórzane zawierające obrazy. Były tam też walizki oraz metalowe pojemniki pomalowane na zielono. Po lewej, tyłem do wyjazdu, stały dwa, jeden za drugim, mercedesy cabrio. W pierwszym na kierownicy było oparte ciało żołnierza Wehrmachtu. (…) Zaraz na lewo od wejścia - kilkanaście ciał żołnierzy Wehrmachtu (10-12) należących najprawdopodobniej do oddziałów Schörnera (feldmarszałek, który dowodził zgrupowaniem broniącym tzw. wału sudeckiego; zagradzało ono wojskom sowieckim drogę do Berlina) - wynikało to z naszywek i odznak za udział w kampanii krymskiej. Na końcu komory stało kilka konfesjonałów wyłożonych bogato bursztynem, posągów z marmuru i brązu, które owinięto kocami”.

Skarb carów
Najcenniejszym znaleziskiem miały być trzy jaja Faberge znalezione przy niezidentyfikowanym mężczyźnie w mundurze generała. Zrobione ze złota, inkrustowane kamieniami, kością słoniową i macicą perłową jaja z pracowni Petera Carla Fabergé to niezwykłe dzieła sztuki. Zamawiane przez rosyjskich carów, precyzyjnie wykonane, kryły w sobie różne kunsztowne niespodzianki, na przykład złotą karetę koronacyjną albo kopię pałacu carskiego. Uważa się, że Fabergé i jego jubilerzy wykonali 54 takie jaja, z czego do dziś przetrwało 47.

10 czerwca 1992 r. jedno z jaj Faberge pojawiło się na aukcji Sotheby’s w Nowym Jorku. Klejnot o nazwie Trofeum Miłości kupił anonimowy kolekcjoner za rekordową sumę 3,19 mln USD. Zakup wzbudził w Polsce ogromne zainteresowanie. Od roku Komenda Wojewódzka w Zielonej Górze prowadziła bowiem dochodzenie w sprawie śmierci Waldemara Huczki (ps.Lalek), jednego z najbogatszych Romów w kraju. Morderstwa dokonano 19 czerwca 1991 r., ciało ofiary z poderżniętym gardłem znaleziono dopiero po czterech dniach. W domu zabitego panował niewyobrażalny chaos. Splądrowany sejf, powyciągane w pośpiechu szuflady. Krewni Huczki zeznali, że z willi skradziono m.in biżuterię, obrazy oraz kilkaset tysięcy dolarów. Twierdzili też, że wśród zgromadzonych przez wójta przedmiotów było „złote jajko”. Widział je także kolekcjoner z Zielonej Góry, któremu Lalek pokazywał jajo Faberge w grudniu 1990 r. Już jesienią tego roku Huczko kazał założyć kraty we wszystkich oknach swojej wilii. Znajomi twierdzili, że stał się podejrzliwy i bardzo nerwowy.
W trakcie późniejszego śledztwa okazało się, że jeden z morderców Huczki pokazywał znajomym w 1991 r. „złote jajko wysadzane kamieniami na żółtej stopce”. Czy było to jajo skradzione w Nowej Soli? A jeżeli tak, to jaką drogą trafiło do Lalka? Wśród eksploratorów zaczęła krążyć informacja, że wójt kupił klejnot od odkrywców jeleniogórskiej szczeliny. Miało to być to samo jajo, które potem zostało sprzedane na aukcji w Nowym Jorku.
Skarb mniemany?
Koniec II wojny światowej zapisał się w historii Dolnego Śląska jako okres ukrywania przed nadchodzącymi Rosjanami dzieł sztuki i cennych przedmiotów. Günther Grundmann, konserwator prowincji dolnośląskiej, przygotował sieć skrytek, do których wyjeżdżały transporty dóbr kultury z Wrocławia. Podobne akcje ukrywania cennych rzeczy przeprowadzały również oddziały SS i Wehrmachtu.
Opisy „Szczeliny Jeleniogórskiej” wskazywały, że mogła się tam znajdować taka skrytka, zaś jej zabezpieczeniem zajmowali się żołnierze z armii Schornera. Mieczysław Bojko tak opisywał zabezpieczenia skarbów: „Z wnętrza schowka wynoszono coraz to nowe fanty. Obawiano się jednak opróżniania skrzyń, jako że Niemcy mogli tam założyć naciskowy ładunek wybuchowy. Gdy opróżniano skrzynie, obciążano je na zewnątrz podwieszanymi krążkami ołowianymi lub wkładano je do już opróżnionych”. Podobno wydobyto ze skrytki „liczne cenne zabytki sztuki rosyjskiej i orientalnej, w tym wiele związanych z religią, np. księgi prawosławne, które miały kartki wykonane z cienkiej blachy srebrnej z dodatkami złota, łączone rzemykami ze skóry, a także sporo ikon, złotych krzyży z kamieniami (…) i wiele innych przedmiotów pochodzących z Rosji”.
Zastanawiające, że po odkryciu skarbca na rynku antykwarycznym nie wypłynęły ani te przedmioty, ani nawet ich zdjęcia, oprócz dwóch fotografii jaj Faberge zrobionych przez anonimowego odkrywcę. - Widziałem zdjęcia kilku przedmiotów, które „pochodziły” ze szczeliny, ale skłaniam się ku temu, że jej istnienie to mistyfikacja - mówi Robert Kudelski, badacz tajemnic II wojny światowej. Jego zdaniem, legenda szczeliny została wymyślona przez przemytników dzieł sztuki. Istnienie tajnego schowka, w którym miały być ukryte skarby, ułatwiło upłynnienie cennych dzieł sztuki, pochodzących z kradzieży lub odnalezionych w kilku innych skrytkach na Dolnym Śląsku. - Na tym terenie działają profesjonalne grupy, które nie dzielą się swoją wiedzą i odkryciami ze środowiskiem polskich eksploratorów. Dysponują za to informacjami i profesjonalnym sprzętem, co świadczy o tym, że za ich działalnością stoją bogaci mocodawcy, których wiedza i doświadczenie wskazują na to, że mogli być członkami komunistycznych służb specjalnych krajów bloku wschodniego - twierdzi Kudelski.

Polemika i obalanie mitów…

„Szczelina”: zagmatwane tropy złotonośnej kury…

Tekst M.Bojki Tajemnica „Szczeliny jeleniogórskiej” („Oblicza Historii” 03/2004) daje wiele do myślenia. Autor opublikował wyjątkowo dokładny opis wyrobiska ze schowkiem, powstały na podstawie relacji jednego lub kilku odkrywców skrytki.

Ma się ona mieścić w skalnym pomieszczeniu na planie prostokąta mierzącego od czterech do pięciu metrów szerokości i prawie piętnaście metrów długości. We wnętrzu znajdują się trzy samochody: „Po lewej, tyłem do wyjazdu, stały dwa, jeden za drugim, mercedesy cabrio (…). Przed tymi samochodami stał jakiś dziwny pojazd z kierownicą i kołem z przodu, a z tyłu mający gąsienice. Ponadto złożono w nim kilka konfesjonałów oraz posągów, a także mnóstwo skrzyń w dwóch rzędach (…) jakieś tuby skórzane i walizki oraz metalowe pojemniki malowane na zielono”. Gdzieś po prawej stoi kilka akumulatorów, a na dnie komory porozrzucane są kable elektryczne.

Marka dwóch samochodów zdaje się nie budzić wątpliwości: Mercedesy to produkowane w latach 1936–1943 kabriolety 170V. Trzeci pojazd byłby włoską konstrukcją firmy Moto Guzzi (tzw.Guzzikrada). Redakcja identyfikuje go jako „Kettenrad” – niemiecki półgąsienicowy ciągnik SD KFZ 2 NSU, ale rozmówca M. Bojki wyraźnie okazał zdziwienie specyficzną konstrukcją, nadmieniając o „kierownicy”, zapewne samochodowej. Ciągnik NSU miał kierownicę motocyklową, poza tym w innym miejscu opisu występują słowa „o samochodach” w odniesieniu do wszystkich trzech pojazdów umieszczonych w wyrobisku.

W zakładaniu schowka musiało więc brać udział co najmniej kilkunastu niemieckich żołnierzy, z których wielu zostało w nim na zawsze. Po prawej stronie wnętrza „oparte o ścianę, wpółsiedząc, znajdowały się dobrze widoczne zwłoki niemieckiego generała (…). Następnie, zaraz na lewo od wejścia, dość nieprzyjemny widok – kilkanaście ciał żołnierzy Wehrmachtu (około 10-12), (…). W pierwszym (samochodzie) na kierownicy było oparte ciało żołnierza Wehrmachtu, z tyłu wyglądało, jakby żołnierz ten spał, był jednak zastrzelony”. Inne zwłoki były widoczne po wojnie na zewnątrz skrytki.

Opis wnętrza skalnej komory nie jest precyzyjny. Autor podzielił go na dwie części. W pierwszej odtwarza wnętrze komory widziane przez braci O. z perspektywy wylotu szybu wentylacyjnego. Początkowo, z obawy przed pułapkami minerskimi, O. nie wchodzili do pomieszczenia. Jego penetracji dokonali dopiero po latach i ówczesne obserwacje składają się na drugi fragment opisu. Wydawałoby się, że obie części opisu powinny się wzajemnie uzupełniać, a tymczasem istnieją między nimi istotne sprzeczności. Co spostrzegli Adam i Jacek O. z wnętrza otworu wentylacyjnego? „Z lewej strony widać było jakby wejście albo wyjście” czyli, co wynika z innego fragmentu tekstu: „sztolnia, którą wprowadzono ładunek i samochody. Następnie, zaraz na lewo od wejścia, dość nieprzyjemny widok – kilkanaście ciał (…)”. Natomiast „na wprost (otworu wentylacyjnego) zdeponowano ładunek (2 rzędy skrzyń) przykryty plandekami”. Ale w innym miejscu jest mowa o samochodach stojących „w głębi po lewej stronie, w oddali…” Jakiej oddali po lewej stronie? Przecież, a to jest jednoznacznie zawarte w opisach, szyb wentylacyjny ma znajdować się w jednej z dłuższych ścian prostokąta i w pobliżu narożnika, przy którym, w ścianie krótszej, mieści się otwór sztolni wjazdowej. Widok z szybu wentylacyjnego, częściowo zasłonięty skrzyniami, obejmowałby wyłącznie parometrowy odcinek komory w pobliżu wjazdu po lewej stronie, samochody zaś musiały znajdować się na prawo od szybu. Pojazdy zajmowałyby co najmniej 12 metrów (Mercedes 170V miał ok.4,30 m dł.,Guzzirada lub SD KFZ 2 NSU–ok. 3 m), a więc w 15-metrowym wnętrzu wyrobiska pozostawało zaledwie około 3 m wolnego miejsca w sąsiedztwie wjazdu. Jest to zdecydowanie za mało na kilkanaście zwłok, chyba że były one złożone w stertę. Lecz, według opisu, zwłoki leżały „bezwładnie”. W żadnym przypadku ponadto samochodów nie mogła dzielić od skrzyń odległość wynosząca „kilka metrów”. Biorąc pod uwagę 4-metrową szerokość wnętrza komory oraz szerokość mercedesów wynoszącą 1,60 m, ów dystans nie mógł być większy niż 1-2 m. Można owe sprzeczności skwitować lapidarnym stwierdzeniem: tak czy owak niepodważalny pozostaje fakt, że wzmiankowane w opisie pojazdy mogły zmieścić się we wnętrzu Szczeliny. Owszem, tylko wydawałoby się, że pierwszym oględzinom skalnej komory wypełnionej zwłokami, samochodami i skrzyniami towarzyszyły wyjątkowe emocje („Cały ten widok robił posępne i tragiczne wrażenie.” Braci „paraliżował strach”- podkreśla M.Bojko) i wobec tego trudno zapomnieć lub pomylić główne elementy niezwykłej, ale i nieskomplikowanej sceny. Tym bardziej że znalazcy mieli z nią do czynienia przez długie lata.

Na tym nie koniec wątpliwości. Jak miało wyglądać założenie skrytki? W pierwszej kolejności, co oczywiste, wniesiono by dzieła sztuki, akumulatory i być może materiały minerskie oraz wprowadzono samochody, a następnie przystąpiono do zamknięcia schowka. Autorzy wszystkich publikacji na temat Szczeliny byli przekonani, że użyto w tym celu ładunków wybuchowych. Nie jest to oczywiste. Być może w powietrze wysadzono by zewnętrzny otwór sztolni, choć wtedy należało liczyć się z zagrożeniem dla zmagazynowanych dzieł sztuki w wyniku działania fali uderzeniowej oraz znacznego zapylenia wnętrza komory, o czym w opisie nie ma jednak mowy. Przeciwnie, na mundurze martwego generała jeszcze dzisiaj mają być dobrze widoczne dystynkcje i czerwone lampasy. Być może wylot sztolni znajduje się w na tyle dużej odległości od komory, że eksplozja nie wyrządziła żadnych szkód. Natomiast z pewnością nie zastosowano by materiałów minerskich przy zamknięciu sztolni od strony wnętrza wyrobiska: „Wejście było założone lub zawalone pod sufit kamieniami”. W przypadku eksplozji w otworze sztolni powstałoby gruzowisko, przez które nie byłoby możliwe ujrzenie w głębi „porozpinanych na pewnej wysokości drutów, do których poprzyczepiano ładunki wybuchowe”. Sztolnię zaślepiono by więc specjalnie wymurowaną ścianą. Jeśli zdecydowano się na jej zaminowanie, to prawdopodobnie przynajmniej częściowo użyto by zaprawy murarskiej. Mur musiał być ustabilizowany, ponieważ przypadkowe obsunięcie się któregoś z kamieni, użytych jako budulec, mogło spowodować wybuch i zagrożenie dla zawartości schowka. Charakterystyczna jest wzmianka o rozpięciu przewodów minerskich jedynie do „pewnej wysokości”. Fragment muru ponad nią mógłby zostać zakończony później, po wyjściu – górą – żołnierzy pracujących przy zaminowaniu końcowego odcinka sztolni. To może świadczyć, że ściana zostałaby postawiona już po zaślepieniu wjazdu od zewnątrz i saperzy po wykonaniu swoich prac mieli tylko jedną drogę odwrotu – do wnętrza komory. Dopiero po wejściu do niej wypełniliby lukę w górnej części ściany i umieścili między kamieniami „niewybuchy pocisków artyleryjskich i moździerzowych”.

Prace te mogły być więc czasochłonne. Ilu ludzi było potrzebnych do ich przeprowadzenia w końcowym etapie? Zapewne nie więcej niż 3-4, we wnętrzu sztolni większa ich liczba wzajemnie by sobie przeszkadzała. To dlaczego w komorze podobno znajduje się tak wiele ciał: 10-12 żołnierzy, kierowcy i generała? Poza tym mieli być tam obecni jeszcze dwaj kolejni generałowie, którzy najwyraźniej zdezerterowali (swoje mundury pozostawili w jednym z pojazdów), czyli w momencie zamknięcia ściany sztolni w wyrobisku miało przebywać co najmniej 12-16 osób. W jakim celu? Z opisu można wnioskować, że powierzchnia Szczeliny ma około 60-75 m2. Trzy samochody zajmowałyby co najmniej około 17 m2, konfesjonały, rzeźby i skrzynie – przyjmijmy – drugie tyle. Dla ludzi zostało więc około 30-45 m2 i na każdego z obecnych przypadałoby zaledwie ok. 3 m2. Czyli w skalnym pomieszczeniu panowałby prawdziwy tłok, niewiele mniejszy niż w wypełnionym podczas mszy kościele, gdzie jedna osoba zajmuje około 1,5 m2.

Szczelina i jej otoczenie (z relacji niemieckiego leśniczego wiadomo o ludzkich szczątkach na skalnym zboczu) stałaby się grobem paru drużyn, a może nawet plutonu Wehrmachtu. Jakie wydarzenia miały rozegrać się po zamknięciu schowka? Sceneria przedstawiona w opisie M.Bojki jest sugestywna, ale wiele jej szczegółów wywołuje ogromne zdziwienie. Pozornie wszystko jest jasne: nieznani sprawcy (dwaj generałowie, których mundury pozostały w samochodzie?) zlikwidowali niewygodnych świadków. Tylko w jaki sposób? Sterroryzowali grupę żołnierzy, spędzili ich w jedno miejsce i zastrzelili? Musieliby użyć broni maszynowej, co w ogromnym stopniu zagrażałoby nie tylko starannie ukrytym dziełom sztuki, ale również samym strzelającym (rykoszety w niewielkim, zamkniętym pomieszczeniu). A więc podali żołnierzom truciznę? Potem zastrzelili żołnierza (z trudno wytłumaczalnych przyczyn absurdalnie siedzącego w samochodzie) i generała, spokojnie oczekujących na swoją kolej? A może żołnierz z samochodu i generał należeli do spisku i w ostatnim momencie zostali zdradzeni przez swoich wspólników? W sprawę założenia schowka miało być zamieszanych trzech generałów, z których jeden zginął, a po dwóch przepadł wszelki ślad. Jednak sztab żadnej z niemieckich armii nie zgłosił podczas ostatniej wojny bezprecedensowego w historii wojskowości w XX w. zaginięcia w tym samym dniu aż trzech generałów na tyłach frontu.

Czy zatem należy uznać „Szczelinę” za legendę? O ile z jak największą nieufnością trzeba odnieść się do opisanych wyżej szczegółów, to opis sposobu zamurowania i zaminowania końcowego odcinka sztolni wydaje się wiarygodny, pozwala nawet na snucie domysłów na temat sposobu przeprowadzenia prac. Nie można jednak zapominać, że jedna blaga powoduje powstanie drugiej. Potwierdzenie tej prawdy znaleźć można w mnogości wersji związanych z zawartością schowka, a zwłaszcza mających z niego pochodzić dzieł sztuki.

Mieczysław Bojko nie jest jedynym autorem publikującym informacje pochodzące od osób, które znały z autopsji Szczelinę. Jej istnienie ujawnił publicznie S.Siorek, choć uczynił to w sposób bardzo lakoniczny. W liście do premiera (opublikowanym w „Eksploratorze” 1/1994) pisał o „rozległej sztolni”, dobrze ukrytej, zawierającej dzieła sztuki i wyroby ze złota i bursztynu. Część złota została przetopiona, wartościowsze pierścienie i sygnety wywiezione do RFN, zaś bursztyn pocięty na koraliki”. Podkreślił, że grupa znalazców „zwracała się do wojewody jeleniogórskiego z ofertą wskazania sztolni za 45% wartości znaleziska” i ostrzegł: „Brak decyzji władz sprzyja dalszej grabieży”. Wiele wskazuje na to, że S.Siorek otrzymał informacje bezpośrednio od osób podających się za odkrywców skrytki. Podczas dochodzenia jesienią 1993 r. policja dysponowała ogólnikowymi danymi o ukrytych w podziemiu samochodach (w jednym z nich miało znajdować się ciało oficera Wehrmachtu) załadowanych dziełami sztuki, pośród których znajdowały się jakieś wyroby bursztynowe, natomiast nie były jej znane inne szczegóły z listu S.Siorka.

W artykule z jesieni 1995 r. („Rembrandt w lochu?”, Nowy Detektyw 47/1995) R.Wójcik pisał o „ogromnym depozycie” ukrytym w podziemnym bunkrze w końcowych tygodniach wojny. Znajdują się w nim głównie dzieła sztuki, obrazy, rzeźby, a także i kosztowności z muzeów Ukrainy i Rosji. Podziemie jest tak obszerne, że stoją tu samochody ciężarowe i wojskowe gaziki z ładunkami wciąż nie rozpoznanymi. Jeden z odkrywców bunkra wszedł sam do jego wnętrza, po linie, przez wąski komin wywietrznika… Za drugim razem, gdy przyszedł ze wspólnikiem, ujrzeli trupy kilkunastu oficerów niemieckich. Jeden, zapewne samobójca, siedział za kierownicą auta z pistoletem w dłoni (…). Autor nadmienił także o innych szczegółach znanych znalazcom: podobno wydobytym ze schowka „złotym jajku” i szybie wentylacyjnym odkrytym przez jakiegoś gajowego.

List S.Siorka był utrzymany w tonie jeszcze wstrzemięźliwym, w artykule Rembrandt w lochu? pojawił się już wątek „ogromnego depozytu”, a temperatura osiągnęła stan wrzenia w kolejnej publikacji R. Wójcika (Łowcy skarbów, Warszawa 1997, s. 21-26). Autor na prośbę J.Śniecińskiego (wydawcy „Nowego Detektywa”, co, biorąc pod uwagę opublikowanie w tym piśmie „Rembrandta w lochu?” zapewne nie jest przypadkowym zbiegiem okoliczności) przygotował „Porozumienie wstępne”, które znalazcy zamierzali zawiązać z władzami. Oczekiwali wynagrodzenia (20% ceny aukcyjnej) za wskazanie „szczegółowej lokalizacji znaleziska kultury o wielkiej wartości materialnej (co najmniej 1 mld dolarów USA, co z grubsza odpowiada co najmniej dwukrotnej, szacunkowej wartości Bursztynowej Komnaty – JL])”. Podobnie jak S.Siorek (a jest to analogia uderzająca), również R.Wójcik, choć dobitniej, przestrzegał w „Porozumieniu”: „O miejscu ukrycia wie zapewne strona niemiecka, bowiem ujawnione ostatnio symptomy na to wskazują. Ponagla to w sposób oczywisty bieg sprawy w obawie przed niekontrolowaną eksploracją ze strony czynników zagranicznych”. Trzeba podkreślić: materiały do obu swoich publikacji autor zebrał w jednym czasie, dając do zrozumienia w Łowcach skarbów, że pochodzą one od osoby, którą teraz M.Bojko określa jako B. „Porozumienie”, ujawnione dopiero w 1997 r., R.Wójcik załączył do artykułu w „Nowym Detektywie” już w 1995 r. Można więc wnioskować, że powstało ono nie później niż w 1995 r., a szczegóły, ówcześnie podane w „Nowym Detektywie”, pochodzą od domniemanych znalazców. Dziwi zatem ich skrajna niezgodność z opisem u M.Bojki (m.in. we wnętrzu schowka samochody ciężarowe, a nie osobowe, znajdujące się w jednym z samochodów zwłoki oficera – samobójcy z pistoletem w dłoni, co – na marginesie – jest szczegółem bardzo wątpliwym itd.). Własnym wkładem R.Wójcika są niejasne i jak z rękawa wysuwane sugestie, że „Szczelina” może znajdować się w okolicach Książa, Szklarskiej Poręby lub Piechowic.

Tekstem porównywalnym do materiału M.Bojki jest obszerny artykuł M.Chromicza „Schowek nie całkiem opróżniony” („Nowiny Jeleniogórskie” 23.06.1998). Autor powołał się na informatora – osobę, która była właścicielem „pieczęci myśliwskiej”, wydobytej ze Szczeliny. Od M.Bojki wiadomo, że pieczęć należała wówczas do Waldemara K., mającego towarzyszyć braciom O. podczas oględzin schowka w trakcie pierwszego wejścia do wnętrza schowka. I znów uderzające jest, w jak dużym stopniu opisy skrytki M.Chromicza i M. Bojki, bądź co bądź określone jako pochodzące od jej odkrywców, różnią się od siebie. Między innymi w wersji przekazanej przez Chromicza obok dwóch samochodów (ich marka nie została określona) w komorze stoją dwa motocykle BMW (u Bojki pojazd gąsienicowy). W jednym z samochodów znajdują się zwłoki generała (u Bojki szczątki generała spoczywają pod ścianą). Pośród ukrytych dzieł byłyby „stare książki” (zapewne chodzi o rękopisy: w artykule widnieje zdjęcie jednego z inkunabułów), srebrna zastawa na 200 osób, „kompletna myśliwska komnata”(?) i teczki z rysunkami (są to przedmioty nie występujące u Bojki), a także „ogromne bursztyny” (u Bojki „konfesjonały wyłożone bogato bursztynem”).

I rzecz bardzo istotna: informator M.Chromicza mówił o 3 jajach Fabergé znalezionych przy zwłokach generała. Wcześniej S.Siorek nie wspomniał o żadnym, R.Wójcik pisał o jednym – „złotym”. Natomiast w tekście M.Bojki jest mowa o chyba co najmniej czterech, a na jednej z załączonych fotografii widać piąte (według podpisu „Nie zostało ono znalezione w teczce generała, ale wśród innych wyrobów ze złota”). Co więcej, ani jedno z trzech jaj opisanych przez M.Chromicza nie odpowiada egzemplarzom z tekstu M.Bojki, m.in. różnią się one umieszczonymi wewnątrz drobnymi przedmiotami (u M.Chromicza: złota kareta, mała cerkiew i scena „jakiegoś hołdu”, u M.Bojki tylko jeden przykład – „mniejsze jajko (…) bursztynowe, inkrustowane srebrem w orły cesarskie”). A więc w schowku miano ukryć nie trzy jajka, lecz co najmniej siedem bądź osiem dzieł z warsztatu Fabergé lub jego kręgu? Czy można mieć przekonanie, że w przyszłości ich liczba już się nie zwiększy? Nie sposób wyjaśnić skrajnych rozbieżności w tekstach autorów, którzy korzystali z informacji pochodzących od osób podobno z autopsji znających skrytkę. Czyżby „Szczelina” od początku była legendą?

Co raz ukazujące się artykuły powodują stopniowe podgrzewanie atmosfery wokół sprawy schowka i dziennikarskie werble brzmią tym głośniej, im bardziej oddala się perspektywa przyznania rządowej nagrody dla jego domniemanych odkrywców. W tekstach S.Siorka i R.Wójcika wprost zawarte było skierowane do rządu przesłanie o zawarcie umowy ze znalazcami. Wystąpili o nią sami zainteresowani w lecie 1995 r., a wobec fiaska rozmów, w kolejnych publikacjach (niezależnie od intencji ich autorów) władze coraz bardziej są kuszone opisami bogactw jakoby ukrytych w „Szczelinie”. Materiał M.Bojki ma dodatkowe znaczenie. Informacje o wcześniej nieznanych jajkach Faberge ze „Szczeliny”, jeśli są prawdziwe, przestały mieć wymiar dyskretnej oferty dla władz. Dzieła już dawno wyniesiono by ze schowka, a rozkwitająca legenda „Szczeliny” nadawałaby im walor autentyczności. Ta jednak wcale nie musi być oczywista, na co słusznie zwrócił uwagę L.Zwirełło („Jajko w Szczelinie albo jak zrodziła się legenda. Afera z jajkiem Faberge”, Odkrywca 5/2003).

Nie da się pominąć zagadnienia lokalizacji głośnego schowka. Wydawałoby się, że w jej określeniu ogromne znaczenie może mieć mapa, wedle M.Bojki znaleziona przy zwłokach generała. Widać na niej ślad krwi. Nie jest to plama, jaka powstałaby, gdyby w momencie śmierci generał pochylał się nad mapą. Krew przesączyła się przez podklejone płótno w formie świadczącej o tym, że mapa, prowizorycznie złożona, mogła być umieszczona w kieszeni bluzy mundurowej. Bardzo zastanawia jednak brak symetrii zacieku: przede wszystkim w środkowym odcinku krew wsiąkła tylko w jeden z arkuszy, podczas gdy drugi pozostał niemal suchy. Mapa była złożona w charakterystyczny sposób, tak aby po wyjęciu jej z kieszeni od razu można było mieć na widoku wybrany fragment. Zdaje się więc istnieć bardzo ścisły związek generalskiej mapy z miejscem, w którym znajduje się „Szczelina”. Jaki obszar jest na niej przedstawiony? Z nieznanych przyczyn M.Bojko przemilcza tę kwestię.

Na prawym, dolnym (S-E) arkuszu widać dwie przecinające się linie kolejowe. Charakterystyczne, że ich przebieg nie został zakłócony rzeźbą terenu, obie poprowadzone są po linii prostej (południowa z fragmentem o nieznacznym odchyleniu). Nie ma zatem wątpliwości (potwierdza to również kolorystyka użyta w oznaczeniu konfiguracji), że teren na tym arkuszu ma ukształtowanie nizinne i, jeśli mapa miałaby przedstawiać okolice Jeleniej Góry, to w rachubę wchodziłby jedynie odległy obszar na północ od Bolesławca, Złotoryi i Jawora. Byłby to region zupełnie inny od rejonu sugerowanego przez M.Bojkę jako lokalizacja „Szczeliny”.

Podobne wątpliwości można mnożyć niemal w nieskończoność. Nie ma potrzeby. Trafniej jest postawić pytanie zasadnicze: dlaczego od ćwierćwiecza znana skrytka z legendarną zawartością nie została udokumentowana choćby jedną fotografią jej wnętrza?

Mieczysław Bojko już raz wypowiadał się na temat „Szczeliny”. Joannie Lamparskiej oświadczył („Słowo Polskie” z 17 września 1999 r.): „Kilka lat temu do lokalnych władz zwróciła się grupa ze Strzelina z informacją o ukrytych dobrach kultury, m.in.o sławnym jajku Faberge. Pismo, które wysłali ,czytało kilkadziesiąt osób, one przekazały informacje kilkudziesięciu następnym. To nie mogło dać eksploratorom poczucia bezpieczeństwa. Potem pismo znalazło się jeszcze w kancelarii premiera, potem u ministra gospodarki leśnej i zasobów naturalnych itd. A informatorzy chcieli po prostu 50% wartości znaleziska. W końcu zrobiło się zamieszanie, zaczęły się przesłuchania, nic nikomu nie udowodniono, a sławne jajo Faberge zostało wywiezione na Zachód, gdzie zostało sprzedane za 70 tys. marek. Wkrótce osiągnęło cenę 5 mln funtów szterlingów”. Wywiad z M.Bojką otrzymał dający do myślenia tytuł: „Szukaj złota w polu”. Chyba tak…

(źródło: J.Lamparska,M.Bojko,J.Lewicki)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Z pamiętnika eksploratora…

przez , 05.kwi.2014, w Galimatias

Płyta z otworemO odnalezionych podziemiach cysterskich…

Historia z podziemiami cysterskimi w okolicach miejscowości Słup rozpoczyna się w 1810 roku, kiedy to w wyniku sekularyzacji zakonu grupka mnichów nie godząc się na zarekwirowanie dóbr i kosztowności zgromadzonych w lubiąskim klasztorze, buntuje się i ucieka z ich częścią w kierunku Krzeszowa, gdzie mieści się kolejne opactwo. Docierają do Winnicy, gdzie umiejscowiona była ich grangia, a dalej w kierunku Słupa i góry Górzec.

Jedna z legend dotycząca terenu gminy Męcinka mówi o podziemnym przejściu z kościoła w Słupie do kaplicy we wsi Żarek, która obecnie nie istnieje – pozostaje zalana pod wodami zbiornika Słup. Owa kaplica była niegdyś częścią klasztoru należącego do zakonnic, o surowej regule zakazującej pokazywania się wśród ludzi, zatem do słupskiego kościoła chodziły tym podziemnym korytarzem.

Krnąbrni mnisi wraz z przywłaszczonymi dobrami kierują się na Górzec. Masyw jest im dobrze znany z racji tego, iż od połowy XIII w. góra ta jak i obszar Mniszego Lasu należał do cystersów z Lubiąża, a w 1740 r. wytyczyli oni na niej tzw. Drogę Kalwaryjską, wzdłuż której ustawiono 14 piaskowcowych kapliczek. Ponadto znajduje się on mniej więcej w połowie drogi z Lubiąża do Krzeszowa. W 1810 roku u podnóża Górzca powstaje pustelnia, w której to zamieszkał jeden z mnichów, jak domniemywano „strażnik” cysterskich dóbr, ukrytych gdzieś w okolicy. O losach pozostałych jego kompanów nic nie wiadomo. Sam teren masywu Górzca obfituje w różnego rodzaju pozostałości po średniowiecznych pracach górniczych, takich jak sztolnie, szyby, pingi, itp., co niewątpliwie sprzyja możliwości ukrycia dóbr. Na szczycie zaś znajdował się XIII-wieczny zamek wzniesiony przez Henryka Brodatego, który mógł posiadać podziemia.

Gdzie mnisi ukryli przywłaszczone dobra? Czy na terenie grangi, kościoła w Słupie, w masywie Górzca, czy może w podziemiach? Do dziś pozostaje to tajemnicą. Podziemi nigdy nie zlokalizowano…Widok przez otwórI w tym momencie pojawia się nowy wątek, ślad. Otóż dowiadujemy się od znajomego, że kiedyś członek jego rodziny, w latach 70-tych XX w. pracował jako robotnik fizyczny przy prowadzonych pracach ziemnych między Winnicą a Słupem i opowiadał mu pewną historię. W trakcie prowadzonych prac ziemnych w znajdującym się tam lasku natrafili przypadkiem na jakiegoś typu „kamienny właz i komorę”. Prosimy znajomego by w miarę możliwości dopytał o szczegóły i lokalizację tego „znaleziska”. Po kilku dniach otrzymujemy odpowiedź ze szczątkowymi informacjami o tym odkryciu. Miała to być, porośnięta już runem, kamienna płyta z metalowymi uchwytami, po środku której znajdował się okrągły otwór „jakby do cyrkulacji powietrza wewnątrz-wywietrznik…”. Robotnicy uznali, że jest to pewnie jakiś stary grobowiec. Jednak gdy zajrzeli do wnętrza przez otwór, nie było w komorze trumien, a w jedną i druga stronę widoczne były łukowate, zamurowane cegłą wejścia.

Po tej informacji, mając jako takie namiary na ten „lasek” i umiejscowienie w nim płyty, nie pozostało nic innego jak zweryfikować ją w terenie. Jest grudzień 2013 roku. Zaopatrzeni w metalowe pręty do sondowania podłoża udajemy się do Winnicy i wskazanego lasku. Na miejscu bez problemu odnajdujemy go, po czym „przeczesujemy” dokładnie wzrokiem jego runo. Niestety nic charakterystycznego nie zauważamy. Postanawiamy zatem wykorzystać metalowe pręty i mniej więcej co 1 m sondujemy podłoże w nadziei natrafienia na „coś” twardego. Ponieważ jest przełom jesieni i zimy, a co za tym idzie dzień krótki, jesteśmy zmuszeni nasze poszukiwania rozbić na kilka dni po około 2 godziny dziennie. Teren nie jest mały, a dodatkową trudność nastręcza gęste poszycie runa leśnego, plątanina różnego rodzaju roślin. Często natrafiamy na duże kamienie zalegające tuż pod powierzchnią, dające nam fałszywą nadzieję, że to już to.Podziemia (1)W końcu po kilku dniach sondowania podłoża natrafiamy na coś twardego i o większych gabarytach, ukryte pod warstwą ściółki i porastającego ją bluszczu. Zaczynamy nerwowo rozgrzebywać bluszcz, a naszym oczom ukazuje się… kamienna płyta! Nareszcie! Pozbawiamy ja maskującej okrywy roślinnej, pojawiają się metalowe uchwyty i na jej środku otwór wielkości piłki do koszykówki. Płyta ma grubość 12 cm, wymiary 1,5×1,5 m. Oświetlamy przez otwór wnętrze. Komora jest pusta, w całości wykonana z cegły, głębokości około 2-2,5 m, wymiarach około 2×2 m, do której sprowadza kilka stopni również wykonanych z cegły. Podłoże jest wilgotne. Ściana naprzeciw stopni jest jednolita, natomiast w jedną jak i w drugą stronę widoczne są łukowate chodniki zamurowane cegłą. Na tą chwilę nie jesteśmy w stanie „ruszyć” płyty i odsłonić na tyle, aby dostać się do wnętrza. Na koniec robimy zdjęcia wnętrza opuszczając aparat przez otwór na tyle, na ile pozwala nam długość ramion oraz samej płyty. Informacja przekazana przez znajomego okazuje się w 100% prawdziwa. Zadowoleni z wyników poszukiwań odpuszczamy sobie na razie dalszą eksplorację odkrytej komory. Na powrót maskujemy ją roślinnością nie pozostawiając po sobie żadnych śladów naszej bytności i prac. Miejsce jest jak nie naruszone. Co kryje się w zamurowanych cegłą chodnikach? Dokąd prowadzą? Czy są drożne? Tą tajemnicę zostawiamy sobie na cieplejsze dni, gdy będą dłuższe, a roślinność bujna, by nie przykuwać uwagi osób postronnych… Jedno wiemy na pewno – nie jest to grobowiec, ani jakakolwiek konstrukcja drenująca. Nie w tym miejscu…Podziemia (3)W marcu 2014 roku powracamy do tematu odnalezionej komory. Zaopatrzeni w sprzęt niezbędny do odsłonięcia kamiennej płyty na tyle, aby móc wejść do wnętrza, ponownie udajemy się w kierunku Winnicy. Dochodzimy do „naszego” miejsca – jest w stanie takim, w jakim je pozostawiliśmy. Oczyszczamy płytę. Po kilku próbach nareszcie udaje się nam ją odsłonić na szerokość pozwalającą wejść do środka. Wnętrze jest czyste, jakby nieużytkowane. Cegły trochę zmurszałe na powierzchni, ale w dobrym stanie. Ostukujemy ściany. Ściana na wprost schodków wydaje dźwięk „pełnej”, natomiast boczne, o łukowatych sklepieniach „głuchych”. Postanawiamy rozkuć warstwę muru zabezpieczającego przestrzeń za. Po godzinie pracy wykonujemy otwór przez który możemy przecisnąć się dalej. Kierunek Słup… Chodnik jest wąski , nie przekracza metra szerokości i wysoki na 160 cm, w całości obudowany cegłą, podłoże wilgotne. Po około 100 m napotykamy na niewielki zawał z prawej strony, napór ziemi i czasu wypchnął dość spory fragment cegieł. Po niewielkim rozkopaniu go brniemy dalej. Napotykamy na pozostałości jakichś desek, wiklinowego kosza i porozrzucanych fragmentów porcelany, najwyraźniej z potłuczonego naczynia. Trochę dalej na kawałki szkła, fragmenty materiału, drzewiec niedopalonej pochodni.Podziemia (4)Korytarz cały czas biegnie lekkim łukiem w lewo. Po następnych 100 m napotykamy na kolejny, tym razem już sporych rozmiarów zawał ze stropu, odcinający dostęp do dalszych partii. Wracamy i dokładnie przyglądamy się ścianom, stropowi. Nic na nich nie ma. Żadnych napisów, żadnych rytów. Żadnych szczegółów, czysta cegła. Wychodzimy z komory, powtórnie nasuwamy płytę, maskujemy ją, zacieramy ślady naszej obecności w tym miejscu. W tym momencie nie mamy już więcej czasu by podjąć się próby przekopania zawału oraz wykucia otworu w drugiej ścianie. Przeszliśmy około 200 m. Ile jeszcze czeka przed nami? Ile czeka w drugim kierunku? Tę zagadkę zostawiamy sobie na kolejną wizytę… Kolejne co wiemy na pewno – są to podziemia.

Napotkany zawał nie daje spokoju… Wracamy po kilku dniach, nastawieni na przekopanie go. Początek eksploracji podobny do poprzedniego. Docieramy do zawału. Kopiemy… 1 godzina… 2 godzina… Udaje się! Zawał został przekopany,a za nim (!) widnieje ściana z cegieł! Kujemy. Cegły są wilgotne i zmurszałe, szybko ustępują naszym przecinakom, łomom i młotkom. Zaglądamy przez otwór oświetlając wnętrze. Pierwsze co rzuca nam się w oczy to następna ściana z cegieł oddalona o około 5 metrów. Ha! Specjalnie utworzona komora, oddzielona ścianami z cegieł, grodziami! Widzimy w niej ceglane schody biegnące ku stropowi, a przecież nad nimi nie ma żadnej budowli? (…) Chodnik biegnący od „komory wejściowej” w kierunku Słupa okazał się być zakończony opisaną komorą. Komorą, grobowcem, ossarium, schowkiem, depozytem. Dalej, za ścianą komory nie było już nic (obudowanego cegłą korytarza/tunelu), jedynie zwykła ziemia. Pozostaje eksploracja zamurowanego chodnika od „komory wejściowej” w kierunku Winnicy…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Wzgórza Łomnickie – Grodna i Witosza

przez , 16.gru.2013, w Ciekawe miejsca

WŁWzgórza Łomnickie zbudowane są z granitów, a dzięki selektywnemu wietrzeniu skał są morfologicznie bardzo zróżnicowane tworząc kilka grup w tym między innymi Grodną i Witoszę.
Grodna jest najwyższym wzniesieniem Wzgórz Łomnickich o wysokości 506 m n.p.m. Na zalesionym granitowym szczycie wznosi się romantyczna ruina zbudowanego tu w 1806 roku zamku myśliwskiego księcia Henryka von Reuss.
W pobliżu znajdują się grupy granitowych skałek – Urwisko i Skalna Ściana wysokości około 12 metrów z naturalnym skalnym oknem. Ze szczytu jak i skałek rozpościera się panorama Karkonoszy.
Witosza jest wybitną granitową kulminacją Wzgórz Łomnickich o wysokości 484 m n.p.m., w większości zalesioną, usianą licznymi skałkami. Na jej szczyt prowadzą schody. Po drodze znajdują się trzy jaskinie.WŁ1Skalna Komora ma długość 11 metrów i stanowi jedną wielką komorę otoczona i nakrytą ogromnymi blokami granitowymi. Nad jaskinią znajduje się punkt widokowy.
Następna to Ucho Igielne długości 14 metrów i pod szczytem (na lewo od schodów) Pustelnia długości 25 metrów. Według legendy jaskinia ta miała służyć za schronienie mędrcowi – pustelnikowi Rischmannowi w połowie XVII wieku.
Na szczycie znajduje się podstawa pomnika ku czci Bismarcka. Pomnik został wysadzony w 1947 roku przez saperów Wojska Polskiego.
Ze szczytu rozciąga się panorama na Karkonosze jak i leżący u podnóża Staniszów. Na północnym stoku liczne granitowe głazy wśród których można odnaleźć kolejne pozostałości pomnika i bezimienną grotę o długości 8 metrów.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

GeoExplorer

przez , 13.gru.2013, w Galimatias

GE1.jpg GeoExplorer

Eksploracje – Poszukiwania

WYRÓŻNIENIA 2017:

>> 1 czerwiec 2017 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Złoto Inków w Niedzicy”
>> 1 luty 2017 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Drewniany kościół w Sieniawie”

WYRÓŻNIENIA 2016:

>> 2 listopad 2016 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Borowiec wielki”

WYRÓŻNIENIA  2015:

>> wrzesień 2015 roku – GeoExplorer na łamach Gazeta Wyborcza
>> 16 wrzesień 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Odkrycia w Jaskini Niedźwiedziej”
>> 5 sierpień 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Opowieści skarbowe”
>> 27 maj 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Tajemnicza puszka”
>> 5 kwiecień 2015 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Legenda o Krzysztoforach”
>> 1 marzec 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl Blog.pl wyróżniono: „Złoto krnąbrnych mnichów”
>> 25 styczeń 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl, wyróżniono: „Skarby epoki Napoleona”
>> 5 styczeń 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Sztolnia Aurelia w Złotoryi”
>> 4 styczeń 2015 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Skarby epoki Napoleona”
>> od 2015 roku – GeoExplorer dostępny na Twitter

WYRÓŻNIENIA  2014:

>> 22 listopad 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Zaginiony transport”
>> 17 listopad 2014 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Zaginiony transport”
>> listopad 2014 roku – GeoExplorer na łamach miesięcznika Odkrywca
>> 26 październik 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Dworek Marii Konopnickiej w Gusinie”
>> 24 październik 2014 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Zamek w Prochowicach”
>> 19 wrzesień 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Legenda o rozbójnikach z Kruczych Skał”
>> 11 sierpień 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Pochówki wampiryczne w Polsce”
>> 21 lipiec 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Tajemnice Złotego Lasu”
>> 11 luty 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Wielisławka. Ukryte Skarby III Rzeszy”

LICZBA  ODWIEDZIN:2 mln — kopia — kopia>> 11 kwietnia 2017 – 2.500.000 odwiedzin
>> 26 listopada 2015 – 2.000.000 odwiedzin
>> 27 maja 2015 – 1.500.000 odwiedzin
>> 31 grudnia 2014 – 1.086.000 odwiedzin
>> 13 grudnia 2014 (1 rok) – 1.074.000 odwiedzin
>> 22 listopada 2014 – 1.000.000 odwiedzin
>> 13 grudnia 2013 – Start…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...