Tag: skarby

Koci Zamek w Szaflarach

przez , 01.gru.2017, w Ciekawe miejsca

Koci Zamek na Szaflarskiej SkaleSzaflary to 3-tysięczna wieś położona na Podhalu, 7 km na południe od Nowego Targu (przy drodze krajowej numer 47 „zakopiance”), na pograniczu dwóch regionów geograficznych – Kotliny Nowotarskiej i Pogórza Bukowińskiego. Znana jest głównie z kompleksu basenów termalnych o powierzchni prawie 1000 m2 zasilanych wodą termalną z miejscowego odwiertu.
Pierwsze wzmianki o Szaflarach pochodzą z początku XIII wieku, kiedy to powstaje gród obronny.
Około 1234 roku Teodor Gryfita otrzymał pozwolenie od Henryka Brodatego na sprowadzanie kolonistów niemieckich.
Udokumentowana wzmianka o wsi pochodzi zaś z 1328 roku.

Niestety nie zachował się akt lokacyjny osady, a jedynie tak zwany przywilej Piotra ze Słupi, kasztelana zamku Dunajeckiego (Szaflarskiego) z 1338 roku. Do 1335 roku sołectwo szaflarskie ze wsią należało do zakonu cystersów. Później na przełomie wieków kolejno zmieniali się właściciele Szaflar. Na przykład w latach 90-tych XV wieku sołectwo było w rękach Miklasza (rajcy miasta Kleparza), a potem w użytkowaniu plebejskiej rodziny Szaflarskich.
Nieopodal stacji kolejowej, na samotnej wapiennej skale wznoszącej się wysoko nad doliną Białego Dunajca, nazywanej Szaflarską Skałką 650 m n.p.m., na przełomie XIII/XIV wieku wybudowany zostaje zamek, który z czasem przybrał nazwę „Kociego Zamku”.1907rok Koci Zamek od północyWapienna skała należy do Pienińskiego Pasa Skałkowego, a na jej szczycie znajduje się płaski majdan o powierzchni około 7 arów. To właśnie na nim, pierwotnie w XI wieku (w oparciu o dane archeologiczne) powstał kamienno-drewniany gródek stożkowaty, a następnie około 1245 roku podjęto decyzję o wzniesieniu drewnianego gródka. Budowy najprawdopodobniej dokonali cystersi ludźmierscy, ponieważ w XIII i XIV wieku gródek wraz z wsią Szaflary należał do opactwa cystersów ludźmiersko-szczyrzyckich. Inne źródła za budowniczych wskazują potomkowów wojewody krakowskiego Teodora Gryfity.
W 1380 roku, za panowania Ludwika Węgierskiego, gródek został włączony wraz z wsią do dóbr królewskich.

W pierwszej połowie XIV wieku drewniany gródek zostaje przebudowany na zamek. Wzmianki o zamku pojawiają się w dokumentach z początków panowania Kazimierza Wielkiego – w 1334 roku wspomniany jest „nowy zamek” (castrum novum) w Szaflarach. Na dokumencie z 1338 roku figuruje między innymi podpis Piotra ze Słupi (Petrus de Slupi), kasztelana zamku szaflarskiego.
Zamek wybudowano na szczytowym spłaszczeniu skały o wymiarach około 20×30 metrów. Szaflarska Skałka, na której się znajdował, od północy i wschodu kończy się urwiskiem, natomiast zbocza południowe i zachodnie są łagodne. Był konstrukcją murowano-drewnianą otoczoną murem obwodowym o trzech bokach prostych i jednym boku zaokrąglonym.Plan Kociego ZamkuSwego czasu wysnuto przypuszczenie, że około 1474 roku Piotr Komorowski dodatkowo wzmocnił zamek kamiennym wałem zaporowym. W tym też okresie droga do zamku prowadziła przez drewniany most i barbakan.
Skąd właściwie wzięła się nazwa „Koci Zamek”? Znaczenie tej bardzo starej nazwy nie ma nic wspólnego z kotami, jak większości osób może nasuwać się tego typu skojarzenie. Po części nawiązuje do innowierców, a zwłaszcza do czeskich husytów. Pochodzenie tej nazwy wyjaśnia między innymi podanie ludowe z Piwnicznej:
Na Kotczym Zamku we dnie niemiło, a w nocy straszno. Jesienią i na wiosnę spod Skałki, na której koci zamek, i z paryji kamiennej, w noc ciemną po północku, wyjeżdżają wozy jakieś, bryki ciężkie. Pędzą wprost, ku Popradowi, i po spadzistości zjeżdżają w rzekę prosto w wir (…)„.

Źródłosłowie „koci zamek” pochodzi od słowa „kocz” lub „kotczy”, jak nazywano dawniej wóz – od koczenia czyli toczenia się (wozów husyckich).
„Kocie” lub „Kotcze Zamki” były miejscami po obozowiskach husytów umacnianych wozami, którzy przenikali na ziemie polskie. Takie warowne obozy chronione przez połączone wozy, zakładano nie na szczytach gór, ale na wysoczyznach gdzie można było wozami dojechać. Zatem „Kocimi Zamkami” zostały nazwane niektóre miejsca będące niezbyt wysokimi i rozległymi wzniesieniami, o dość regularnych formach. Owe wzniesienia z reguły znajdują się na niezbyt wysokich i już rozleglejszych wzgórzach – na działach, skąd horyzont jest zawsze rozległy, widoczność dobra. Kocie zamki znajdują się zawsze w pobliżu ważniejszych dróg, obecnie istniejących lub dawnych.Szaflary Koci ZamekW 1380 roku, za panowania Ludwika Węgierskiego, opat klasztoru cystersów w Szczyrzycu wydzierżawił zamek w Szaflarach Żydowi nawróconemu na chrześcijaństwo, który założył w nim mennicę bijącą srebrne monety. Żyd mincerz z czasem zaczął je fałszować, bijąc je z niepełnowartościowego stopu, a „zaoszczędzone” w ten sposób srebro przywłaszczał sobie.
Ludwik Węgierski niechybnie położył kres temu procederowi. Na jego rozkaz wojsko zdobyło i zajęło zamek, Żyd został pojmany i za oszustwo stracony w Nowym Targu. Kolejnym rozkazem zamek został zniszczony przez podpalenie. „Zaoszczędzonego” przez Żyda srebra, ukrytego na zamku lub w jego okolicy, do chwili obecnej nie udało się odnaleźć.

Po włączeniu Szaflar do dóbr królewskich nastąpiła odbudowa zamku w latach 1470-1480. Wówczas to, w 1474 roku, za panowania Kazimierza Jagiellończyka, zamek zostaje przekazany w dzierżawę Piotrowi Komorowskiemu (herbu Korczak), a już trzy lata później, w 1477 roku, odebrany za sprzyjanie królowi węgierskiemu Maciejowi Korwinowi.
Natychmiast zostaje opanowany przez wojska królewskie pod dowództwem starosty krakowskiego Jakuba z Dębna. Po opanowaniu zamku Kazimierz Jagiellończyk przekazuje go Markowi Ratoldowi, który miał na nim zapisaną od króla należność pieniężną. W tym okresie w dokumentach źródłowych pojawia się nazwa „fortalicja Szaflary” (fortalitium Schaflari).1907rok Koci Zamek od południaZamek został opuszczony najprawdopodobniej w pierwszej połowie XVI wieku, popadając w ruinę, poprzez rozbiórkę – pozyskiwanie materiału budowlanego przez okolicznych chłopów i kolejny pożar. Według niektórych źródeł był w zupełnej ruinie już przed 1505 rokiem.
Obecnie sam zamek już nie istnieje, ale zachowały się po nim widoczne w terenie ślady. Między innymi zachowała się (jedynie) część fundamentów muru obwodowego z początku XIV wieku (na plateau) oraz resztki wału usytuowanego od strony południowej. Jeszcze w ubiegłym wieku, w ścianach skały łamano kamień do wypalania wapna w pobliskim wapienniku.

W trakcie II wojny światowej na terenie Kociego Zamku stacjonowały oddziały wojsk niemieckich. W 1942 roku na stanowisku po Kocim Zamku, z ramienia niemieckich władz okupacyjnych Generalnego Gubernatorstwa, a w szczególności dużego zainteresowania gauleitera Hansa Franka, przeprowadzono badania archeologiczne. W wyniku wykonanych wówczas przekopów udało się odsłonić warstwy kulturowe potwierdzające średniowieczny rodowód obiektu. Pozyskano również materiał ceramiczny oraz inne zabytki ruchome.
Prawdopodobnie owe prace archeologiczne miały również na celu odnalezienie dużych ilości srebra ukrytego przez Żyda – mincerza.Koci Zamek w Szaflarach (1)Teren zamku jest częściowo zabudowany. Od lat 90-tych XX wieku na Szaflarskiej Skałce stoi odrestaurowany „zamek” w postaci willi z czterospadowym dachem mansardowym zwieńczonym wieżyczką.
Całość otoczona jest wysokim kamiennym murem i metalowym ogrodzeniem. Partia szczytowa obecnie nie jest dostępna dla zwiedzających – całość z zabudową stanowi teren prywatny.
Odrestaurowany ćwierć wieku temu „Koci Zamek” nawiązuje do istniejącej w tym miejscu przed 100-laty innej budowli. Jest ona uwidoczniona na zdjęciach w Tygodniku Ilustrowanym z 1907 roku (czarno-białe zdjęcia).
W niektórych opracowaniach spotyka się błędną lokalizację zamku – zamiast Szaflarskiej Skałki wskazuje się pobliską górę Ranyzberg (Raniszberg) 736 m n.p.m.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Jaskinia Zbójecka Jama w Gorcach

przez , 01.lip.2017, w Pod ziemią

Otwór wejściowyJaskinia Zbójnicka Jama jest największą jaskinią Gorców. Położona jest na zachodnich zboczach Jaworzyny Kamienickiej 1288 m n.p.m. w masywie Gorców. Otwór wejściowy znajduje się w odległości około 800 metrów od Kapliczki Bulandy (1904 rok) ustawionej na polanie Jaworzyna Kamieniecka.
Wejście do jaskini nie jest łatwe, ponieważ za otworem wejściowym rozpoczyna się pionową studzienką o głębokości 3,5 metra. Otwór wejściowy zarówno jak i studzienka porośnięte są glonami i wątrobowcami. Jest jaskinią statyczną, zimą ciepłe powietrze wydobywające się z jej wnętrza topi śnieg w otworze wejściowym.

Od dna studzienki odchodzi szczelina o przebiegu NE-SW rozpoczynająca dalsze partie jaskini: w kierunku południowo – zachodnim i północno – wschodnim. Korytarze kończą się zawaliskami. Jest to jaskinia osuwiskowo – szczelinowo – zawaliskowa, z widoczną wewnątrz infiltracją wody. Powstała najprawdopodobniej w tracie tworzenia się osuwiska, w jego początkowym etapie, w piaskowcach magurskich. Pierwsza udokumentowana wzmianka o Zbójnickiej Jamie pochodzi z 1914 roku – wspominał o niej popularyzator Beskidów i Gorców Kazimierz Sosnowski. Podczas II wojny światowej była schronieniem dla miejscowych partyzantów. Do 2003 roku jej oficjalna długość wynosiła 25 metrów i głębokość 3,5 metra, a jedyny dotąd plan jaskini pochodził z 1951 roku i został opublikowany między innymi w inwentarzu jaskiń K. Kowalskiego.Wnętrze Zbójeckiej JamyW sierpniu 2003 roku grotołazi ze Speleoklubu Beskidzkiego (w składzie: M. Dudzik, A. Kapturkiewicz, T. Mleczek, B. Szatkowski, A. Szebla) dokonali nowej inwentaryzacji (pomiarów) jaskini i kartowania, ponieważ najprawdopodobniej jako ostatnia z beskidzkich jaskiń nie posiadała aktualnego planu. Grotołazom po częściowym odgruzowaniu zawalisk udało się również odnaleźć i skartować 23 metry nowo odkrytych partii, co prawie podwoiło jej długość.
Obecna długość jaskini Zbójnicka Jama wynosi 48 metrów, a deniwelacja 12 metrów (-11,0 m/+1,0 m).

Na temat jaskini krążą różne legendy. Jaskinię i jej okolice mieli upodobać sobie pankowie – ziemne duchy z naroślami na twarzach. Według kolejnej, korytarze jaskini miały rozciągać się pod całymi Gorcami, a sprawdzić to mieli juhasi, którzy wpuścili do wnętrza kozę, a ta umorusana wyszła pod Mogielicą 1171 m n.p.m. w Beskidzie Wyspowym. Następna z nich mówi o ukrytych w niej przez Tomasza Chlipałę – Bulandę, legendarnego gorczańskiego bacę, znachora i czarownika, niezliczonych kosztownościach, zgromadzonych w trakcie długiego życia. W okolicach jaskini i na polanie Jaworzyna Kamieniecka, przez ponad 50 lat wypasał owce i woły. Legenda podaje, że z bacówki zszedł w wieku 100 lat, zawdzięczając znakomite zdrowie recepturze na napój szczęścia i długowieczności.

Ostatnia legenda mówi o wykorzystywaniu jej jako kryjówki przez gorczańskich zbójników (stąd pochodzi nazwa) i skrytych w niej łupach.  W XVIII wieku ukrywać się tutaj miał (jak i na zboczach Mogielicy) znany beskidzki zbójnik Józef Baczyński wraz ze swoim kompanem Świstakiem. Podobno zrabowane przez niego skarby miały znajdować się w jaskini lub w okolicznym lesie, a przez kilka lat strzegła ich kochanka Baczyńskiego. W okolicach podobno straszy odrąbana głowa zastępcy herszta zbójników. Ponieważ przewyższał on zdolnościami herszta, ten podstępnie go zabił, a głowę wyrzucił do jaru. Według podań, gdy ktoś ją znajdzie, to ona i tak powróci na swoje miejsce, tak bowiem jest przywiązana do Jaworzyny.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto Inków w Niedzicy (2)

przez , 15.maj.2017, w Skarby

Machu PicchuTreść testamentu, który w 1946 roku został odnaleziony w archiwum kościoła Św. Krzyża w Krakowie, brzmi następująco:

Ja, Wacław Benesz de Berzeviczy, Baro de Dondangen, przysięgam wobec Męki Pańskiej, Prześwietnej Rady Emisaryuszy Inków i J.O. Strya mego Sebastyana, uczynionych dzisiaj uchwał ostatnich Prześwietnej Rady być kuratorem i rzetelnym wykonawcą. W szczególności obliguję się:

PRIMO: Antonia Inkasa legitime wnuka J.O. Strya mego Sebastyana, sierotę jedną wiosnę liczącą, dla uchronienia go jak i edukacyi przystojnej za swego, wraz z małżonką mą przyjąć, takoż do ksiąg wpisać, jakoż nazwisko nasze, tytuł i splendor rodu mu dać, by tem pewniej pochodzenie rzeczonego Antonia zakryć, a od pościgu i prześladowców uchronić. Takoż obliguję się wydać rzeczonego Antonia na każde wezwanie Prześwietnej Rady Inków, albo Dziada Jego J.O. Sebastyana, uczynione mi koncesye sobie, jako przyrzeczono, zachowując.

SECUNDO: Za obowiązek sobie biorę, gdyby żadne poselstwo rzeczonego Antonia Inkasa nie odebrało, a ten do swych leciech pełen szczęśliwie doszedł, wszystko o krwie i pochodzeniu Jego objaśnić, należny mu testament bez żadnej opieszałości oddać, a wagę testimonium i pieczę nad nim wyłożyć. Szczególnie obliguje się za zamysłem i życzeniem Prześwietnej Rady Antoniowi Inkasowi wiernie wyjawić powierzoną mi w onym jednie celu tajemnicę testamentu Inkasów, jako z trzech wieków i części złączonego. A to jako manu proporia dla pamięci i konfirmacyi pod dyktat zapisuję. Pierwszej od Inkasa Tupaca Amaru w Titicaca, dalej za sprawą Jego Pradziada pod Viga zatopionej i ultimo przez Prześwietną Radę Emisaryuszy Inków złożonych tu nieużytych sum. I tem w razie dojścia do leciech pełnych rzeczonego Antonia tak się obliguję to przedłożyć, by Go częścią tajemnicy, a wielką i słuszną sperandą całości tem łacniej dla testamentu odczytania, a spadku uzyskania do ojczyzny Jego zawieźć. Takoż gdy jechać będzie miał wolę, za obowiązek biorę spod władzy opiekuńczej uwolnić, do drogi dopomóc, jakoż ją i wskazać i expens przystojny dać, a ostrożność o życia i testamentu bezpieczeństwo zalecić.

TERTIO: W razie, co Boże Chroń, śmierci Antonia testamentu nie naruszać, tajemnicy wiernie dochować, a na poselstwo stosowne czekać.

QUARTO: Wolę Prześwietnej Rady szanując, wręczony mi testament jak największą mieć Relikwię, a w pierwszym czasie sposobnym, statim, bez żadnego przetrzymywania, w miejscu Prześwietną Radą upatrzonem, pod ostatnim stopniem pierwszej bramy górnego zamku, a nie kędyś indziej, manu propria ukryć, tajemnicy jak świętości strzec i nawet Samemu Inkasowi Antoniowi tylko wzywyż wymienionej okazyi Jego leciech pełnych zdać, a poszukiwań żadnych na własną rękę nie czynić.

QUINTO: Grób Uminy, Sebastyanowej córki, a Antonia matki, pod basztą kapliczną w czułej mieć opiece, wystawienie Epitaphium do sposobniejszych dni zachowując.

SEXTO: Na czas absencyi Strya mego Sebastyana obliguję się na ostrożnej mieć uwadze, umówiony i przyrzeczony przez Panów Horvathów Paloczayów w zamian za wypożyczone Im sumy, zwrot ongi bezprawnie rodzinie naszej odebranego gniazda naszego, zamku Dunajecz, któren to zamek my Sebastyan i Wacław Berzevicze, jako synów nie posiadający, deklarujemy z krwi naszej pochodzącemu Inkasowi Antoniowi na azyl bezpieczny, a akademiję uciekinierom i wygnańcom z Jego ziemi i rodu zapisać.

SEPTIMO: Takiż dokument drugi, spisany w lingua kiczua podpisać i takoż dotrzymać, a zawierzony mi egzemplarz z największą troską i ostrożnością, a nie w domu, zachowywać.

Zaprzysiężony wobec wzwyż wymienionych Anno Domini 1797
Die 21 Juny w kaplicy na zamku Dunajecz. Wacław Benesz
de Berzeviczy Baro de Dondangen. Manu Propria„.Inkaskie złoto (1)W końcowym akapicie testamentu zawarta jest informacja o sporządzeniu jego kopii w lingua keczua, czyli węzełkowym piśmie kipu. Po sporządzeniu aktu adopcyjnego Wacław zabrał Antoniego do Krumłowa. Niedługo później Sebastian został ranny w trakcie pojedynku o dziewkę w sieni kasztelu frydmańskiego (leśniczówce). Przewieziono go do Krakowa, gdzie po kilku miesiącach zmarł w klasztorze augustianów. Inkas był wychowany na Morawach pod nazwiskiem Antoni Inkas Berzeviczy. Ożenił się z Polką Barbarą Rubinowską, córką oficera napoleońskiego i gospodarzył na Morawach. Został jedynym spadkobiercą skarbu Inków, jednakże nie zajmował się tą tajemnicą, która przyniosła jego rodzinie tyle nieszczęść. Nakazał to też swoim synom i sprawa poszła w zapomnienie (miał dwie córki i dwóch synów).
Antonio zmarł w 1877 roku. Przed śmiercią wezwał do siebie syna Ernesta powierzając tajemnicę pochodzenia i przekazując dokumenty rodzinne z zastrzeżeniem, że są one obłożone swoisty nakazem.

Każdy prawowity potomek Ernesta mógł wiedzieć o istnieniu tych dokumentów, lecz pod żadnym pozorem nie mógł do nich zaglądać z uwagi na zawarte w nich informacje o miejscu ukrycia skarbu Inków, który był obłożony klątwą:
Każdego kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć„.
Dokumenty miały pozostawać nienaruszone i przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Pozostało tak aż do XX wieku. Ernest, mieszkał na terenie Galicji gdzie był budowniczym kolei i poszukiwaczem nafty (współpracownikiem Łukasiewicza). Żywo interesował się przeszłością swojego rodu, co spotkało się ze skutecznym sprzeciwem jego żony. Z kolei jego syn Janusz nie zaprzątał sobie głowy dokumentami. Synem Janusza był Andrzeja Benesza pochodzącego z Bochni. W 1934 roku zgłosili się do niego nieznani mu cudzoziemcy chcący odkupić za pokaźną kwotę wszystkie rodzinne dokumenty. Najbardziej zależało im o wiedzy na temat miejsca ukrycia kipu.Niedzicki zamekPierwszy kustosz na zamku w Niedzicy pojawił się w 1945 roku. Udało mu się odnaleźć archiwa Horvathów, w których znajdowały się informacje z okresu pobytu w Niedzicy uciekinierów z Peru. Dzięki tym zapiskom kustosz wpadł na ślad ukrytego tutaj skarbu.
Kilka lat później archiwa zaginęły bez śladu, a kustosza wyłowiono martwego z Dunajca.
Ciekawostką i faktem jest (!), że dosłownie wszystkie archiwa w Polsce, w których można było odnaleźć informacje dotyczące okresu pobytu uciekinierów z Peru na zamku w Niedzicy, zaginęły bez śladu.
Jeszcze w późniejszym okresie, dwie osoby z rodziny Salomonów pochodzących z Węgier, zaczęły prowadzić dziwne i tajemnicze poszukiwania na niedzickim zamku. Niestety dziwnym trafem zginęły podczas podróży w słynnej i pamiętnej katastrofie kolejowej pod Piotrkowem Trybunalskim.

Andrzej Benesz (1918-1976) wiedząc o powiązaniach swojej rodziny z Inkami, przystąpił do poszukiwania dokumentów. W 1946 roku odnalazł testament sporządzony w łacinie, w archiwach kościoła Św. Krzyża, ukryty w okładce mszału. Po przestudiowaniu go znalazł zapis o miejscu ukryciu testamentu Inków sporządzonym w piśmie węzełkowym – kipu. W dawnym Peru kipu sporządzali specjaliści nazywani quipucamayoc.
Po uzyskaniu od władz stosownych pozwoleń na poszukiwania, pod nadzorem żołnierzy WOP, 31 sierpnia 1946 roku na podstawie zawartych w dokumentach informacji znalazł ukryty przed 150 laty przedmiot, pod ostatnim stopniem schodów pierwszej bramy wiodącej na tak zwany górny zamek niedzicki (będący właściwie progiem tej bramy). Była to ołowiana tuba ukryta na głębokości 30 cm, o wymiarach 18×3,5 cm, w której znajdował się pęk rzemieni pokrytych pismem węzełkowym.Andrzej Benesz i kipuRzemienie posiadały 12 końców zaopatrzonych w blaszki z 13-karatowego złota (o łącznej wadze 8 g) z wydrapanymi łacińskimi literami. Blaszki były podzielone na trzy wyraźne grupy, które dotyczyły trzech części testamentu o których mowa w akcie adopcji Antonia w punkcie 2 – skarb Inków ukryto w trzech miejscach: Titicaca, Vigo, Dunajecz. Nazwy te znalazły się na blaszkach.
Poza Andrzejem Beneszem, który sporządził protokół z wydobycia, nikt nie widział niedzickiego znaleziska w oryginale. Wręczył go w Krakowie upełnomocnionym przedstawicielom Ameryki Południowej w celu zabezpieczenia i odczytania, a potem ślad po testamencie Inków miał zaginąć (?).
Gdyby wówczas ktokolwiek potrafił odczytać odnalezione kipu, dowiedziałby się o dokładnej lokalizacji w trzech częściach świata trzech części skarbu Inków.
Pod koniec 1975 roku z Andrzejem Beneszem umawia się na rozmowę Aleksander Rowiński zbierający materiały do swojej książki „Pod klątwą kapłanów” opisującej wątek inkaskiego skarbu w Niedzicy.

Po trzech wstępnych spotkaniach, na wiosnę 1976 roku miało dojść do tego decydującego, podczas którego autorowi miały zostać przekazane bardzo interesujące materiały z archiwum rodowego. Do spotkania tego jednak nie doszło.
Andrzej Benesz poniósł śmierć w wypadku samochodowym pod Kutnem w dniu 26 lutego 1976 roku, zabierając tym samym wiele cennych informacji do grobu. Wydarzenie to przyczyniło się do niejednej spekulacji na temat jego śmierci, począwszy od klątwy inkaskich kapłanów w związku z targnięciem się na kipu i skarb bez zgody rady emisariuszy Inków, po celowe spowodowanie wypadku.
Poszukiwanie pisma kipu i próba jego odczytania w Peru, zakup ruin zamku Tropsztyn i penetrowanie go – wszystko to wskazuje, że Andrzej Benesz wielkim nakładem środków szukał skarbu i z całą pewnością nie ujawnił wszystkich tajemnic zawartych w archiwach rodzinnych. Dlaczego jednak Benesz szukał złota i kosztowności w ruinach Tropsztyna?Inkaskie złotoTrzeba wiedzieć jedno – Inkowie nigdy nie przechowywali kosztowności w miejscu zamieszkania. Zamek Tropsztyn będący wówczas w ruinie, ale umiejscowiony na wyniosłej skale, posiada wewnątrz puste przestrzenie takie jak groty i jaskinie, oddalony jest o pół dnia drogi Dunajcem od Niedzicy i na dodatek tutaj urodził się dziadek Sebastiana Berzeviczego – Ferdynand. Od strony Dunajca robiący imponujące wrażenie, a lustro wody od tamtego czasu (na skutek spiętrzenia wody przez zaporę w Czchowie), podniosło się aż o 14 metrów.
Można uznać to za hipotezy, ale hipotezami nie są takie same wyniki badań trzech niezależnych od siebie radiestetów, które potwierdzają istnienie na głębokości około 14,5 metra skupiska metali i kamieni szlachetnych o znacznych rozmiarach oraz zwojów sznurów z dodatkiem metali (kipu?). Należy tu nadmienić, że dostęp do podziemi zamku, poza udostępnionymi do zwiedzania, podczas prac restauratorskich został zalany kilkuset tonami cementu.

Rodzina po Andrzeju Beneszu nie chce rozmawiać na ten temat, natomiast kategorycznie twierdzi, że oryginał kipu, który odnaleziono w Niedzicy oraz dokumenty rodowe „przechowywane są w cynowych skrzyniach i tkwią ukryte w górach, a wiele z tych rzeczy do dziś jest nie dotkniętych„.
Czy na poszukiwaczy skarbu Inków działa klątwa:
Każdego, kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć„?
Wszyscy żołnierze WOP towarzyszący Andrzejowi Beneszowi w ciągu zaledwie kilku lat zginęli tragicznie. Kustosz… Salomonowie… Andrzej Benesz… i wiele innych osób mających związek ze skarbem Inków, badających jego tajemnicę, poszukiwaczy.

( część pierwsza: Złoto Inków w Niedzicy (1) )

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto Inków w Niedzicy (1)

przez , 01.maj.2017, w Skarby

Inkaskie skarbyKażdego kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć

16 listopada 1532 roku …
W niedługim czasie po sromotnej porażce Atahualpy, u Francisco Pizarra zjawiają się posłowie Huascara, który zaproponował ogromne ilości złota i srebra w zamian za powrót na tron. Atahualpa dowiedział się o tym i rozkazał tajnym wysłannikom zamordować brata – rozkaz wykonano, Huascar został utopiony. Po zgładzeniu konkurenta Atahualpa za swoją wolność przedstawił propozycję Pizzarowi – największy okup o jakim kiedykolwiek słyszano. Obiecał wypełnienie komnaty o wymiarach 5×6 metrów złotem, do wysokości 2 metrów w ciągu dwóch miesięcy oraz dwa razy tyle srebra. Pizzaro przystał na propozycję, a Indianie zaczęli zwozić najróżniejsze przedmioty ze złota. Niestety Atahualpa przesadził z obietnicą jako inkaski bastard nie uznany przez kapłanów. Jego wątpliwy autorytet po uwięzieniu spadł prawie do zera, co skutkowało skąpym napływem złota i srebra. Obiecał on 400 ton złota, a udało mu się zebrać zaledwie około 5 ton, co zniecierpliwiło Hiszpanów. Pod nieobecność Pizzara oskarżono Atahualpę o podżeganie Indian do buntu i skazano na śmierć przez spalenie.

Ten nie mógł, pogodzić się z taką śmiercią, bowiem wierzył że ponownie powróci na ziemię tylko wtedy, gdy jego ciało zostanie zabalsamowane i posadzone na tronie w świątyni boga Słońca. Oprawcy obiecali mu, że jeżeli przyjmie chrzest to zamiast spalenia zostanie uduszony – Atahualpa wyraził zgodę. Po egzekucji ciało Atahualpy pochowano na cmentarzu w Cejamarce. Następnej nocy Inkowie zabrali ciało z grobu i przenieśli do Quito. Po zgładzeniu Atahualpy do Cejamarki nie zdążały już wozy ze złotem. W ręce Hiszpanów nie dostał się jeden z największych skarbów – ogromny złoty łańcuch (210 metrów długości) wykuty na rozkaz króla Huayna Capac na cześć narodzin pierworodnego syna.
18 czerwca 1533 roku Hiszpanie podzielili się okupem w Cejamarce. Jeden z najwyższych dostojników inkaskich powiedział:
„Zdobyliście jedno ziarno, a straciliście całe pole pszenicy”.
Co stało się ze skarbem Inków? Skarb podzielono na trzy części i ukryto go w trzech różnych miejscach świata. Oto ciąg dalszy jego historii.Skarb InkówW XVIII wieku na Podolu mieszkała szlachecka rodzina Berzeviczych spokrewniona z potężnym węgierskim rodem, która ufundowała zamek w Niedzicy.
Sebastian Berzeviczy (1698-1797) po przeżyciu nieszczęśliwej miłości do córki bogatego sąsiada, by zapomnieć o zawodzie miłosnym, postanowił wyruszyć na wschód i zająć się wojennym rzemiosłem. Znany był jako awanturnik i niespokojny duch imający się różnych zajęć. Po różnych burzliwych perypetiach trafił do Indii walcząc w powstaniu u boku Sipajów przeciwko angielskim kolonizatorom. Z garstką Sipajów opanował jeden z okrętów floty królewskiej i walczył przeciwko królowi angielskiemu. Następnie zaciągnął się pod banderę hiszpańską i zajął korsarstwem, a to pozwoliło mu dotrzeć do Ameryki Południowej – od dwóch wieków zamorskiej prowincji kolonizowanej przez Hiszpanów. Tam otrzymał stanowisko w administracji hiszpańskiej. Jego zainteresowania zaczęły kierować się ku oryginalnej kulturze miejscowych Indian.

W Peru poznał Runtu – córkę rozgromionego inkaskiego rodu książęcego (peruwiańskiego państwa Tawantinsuyu), a następnie ożenił się z nią. Z tego związku narodziło się jedno dziecko, córka o imieniu Umina.
Równocześnie Inkowie przeżywają swój pogrom przez najeźdźców, kolejne ich powstania są brutalnie tłumione. Powstanie, które wybuchło w 1781 roku, skończyło się krwawym pogromem Inków, a wódz powstania Tupac Amaru z rodu Atahualpy został podstępnie zwabiony do Cuzco, pod pretekstem podpisania układu pokojowego i stracony. Po jego śmierci jedynym pretendentem do inkaskiego tronu został jego bratanek Andreas Tupac Amaru II. Andreas ożenił się z córką Sebastiana, Uminą Berzaviczy. Wyczuwając nadchodzącą klęskę powstania Inków, Sebastian wraz z rodziną i kilkoma Indianami postanawia uciec do Włoch. Pozostałości wielowiekowego skarbu Inków zostają rozbite na mniejsze części i ukryte w wodach jeziora Titicaca oraz głębinach zatoki Vigo u wybrzeży Hiszpanii, a część Sebastian zabiera ze sobą.InkaJednakże rodzina Sebastiana nie zaznała spokoju także we Włoszech – w 1797 roku w niewyjaśnionych okolicznościach został zasztyletowany Andreas Tupac Amaru, w związku z czym, w obawie o swoje życie, życie Uminy i jej jednorocznego syna Inkasa, ciągle prześladowanych przez hiszpańską inkwizycję, Sebastian podjął decyzję o ucieczce na Węgry. Mając do dyspozycji kilka powozów i furmanek, stworzyli niewielki orszak załadowany trzecią częścią złotego skarbu Inków.
Wykorzystując protekcję przypadkowo poznanego na audiencji u papieża przeora klasztoru augustianów w Krakowie, przybywa na zamek w Niedzicy, który był we władaniu hrabiego Horvatha de Paloczy. Berzeviczy chciał wykupić pradziadowską warownię ale do całkowitego sfinalizowania sprawy nie doszło – Horvath przyjął tylko sztukę inkaskiego złota pochodzącego z części skarbu jako zadatek.

Podczas pobytu na zamku pewnego dnia Umina zachorowała, a Sebastian został zaproszony przez włodarzy zamku na polowanie. Nie wiadomo czy było to dziełem przypadku czy też zaplanowanego spisu (podtrucie Uminy?) – podczas nieobecności Sebastiana na zamek wtargnęli zamaskowani wysłannicy hiszpańskiej inkwizycji ścigający potomków inkaskiego rodu królewskiego, którzy zasztyletowali Uminę. Szukali również syna Uminy, Inkasa, lecz służba zamkowa w ostatniej chwili zdołała go ukryć.

Umina, zgodnie z wolą zrozpaczonego ojca, została pochowana w srebrnej trumnie w jednym z pomieszczeń w podziemiach zamku, pod basztą kapliczną. Obok jej sarkofagu została złożona część inkaskiego skarbu. Naocznym świadkiem sarkofagu ze srebrną trumną i złożonym skarbem był zamkowy furman Jakub Biały. Trafił do podziemnego pomieszczenia gdy po skończonym dniu pracy odprowadzał kobiety ze służby do ich pokoi. Wracając do własnej izby przez przypadek zaszedł do jednego z pomieszczeń, w którym zobaczył srebrną trumnę z ciałem kobiety z krwawą plamą na piersi. Wszędzie dookoła leżało zaś mnóstwo kosztowności.
Gdy wyszło na jaw, że Umina nie była katoliczką, pochówkowi temu sprzeciwił się hrabia Horvath de Paloczy. Sebastian Berzeviczy ponownie musiał pogrzebać ciało ukochanej córki. Srebrną trumnę z ciałem Uminy oraz złożony inkaski skarb, zabrano z zamkowych podziemi i złożono gdzieś na polach w okolicy Sromowiec.Czorsztyn i NiedzicaDo chwili obecnej spekuluje się o miejscu ukrycia inkaskiego skarbu w okolicach Niedzicy. Zakłada się ukrycie go na terenie zamku – zamurowaniu w podziemiach lub złożeniu w zamku dolnym wybudowanym z fundacji Sebastiana Berzeviczego. Mówi się też o Zielonem – to miejsce na prawym brzegu Dunajca wśród prostopadłych wapiennych skał (nieopodal zamku), gdzie góral z Kłuszkowic znalazł dobrze zamaskowane kosztowności, w tym złote blaszki kształtem przypominające listki. Po śmierci Sebastiana proboszcz z Niedzicy chodził w tamte okolice po złote listki i przyozdabiał nimi kościół.
Należy zwrócić tutaj uwagę, że kipu było wyposażone w złote blaszki-listki, a w państwie Inków powszechnie występowało złoto tak uformowane.
Za kolejne miejsce ukrycia skarbu uważa się podziemne groty połączone starymi sztolniami rud miedzi, które rozciągały się od zamku w Niedzicy do zamku w Landeku.

Georgius Buchnolz, pastor z Łomnicy Wielkiej, tak opisuje je w 1719 roku:
„Chciałbym tutaj złożyć doniesienie z jaskini (…) Są tutaj w górach w ostatnich sztolniach miedzianych, między Landekiem a niedzickim zamkiem jaskinie jeszcze większe (…) niedaleko jedna od drugiej. Nie udało się jeszcze dotrzeć do końca jaskini, idąc ze świecą za pół węgierskiego florena, która wypala się całkowicie, wzdłuż jaskini jak pięknej dawniej, wysokiej i suchej piwnicy. I wciąż nie widać końca. Na drogę powrotną trzeba znowu pół dnia (…) W innych jaskiniach był przed kilku laty pan Berzeviczy, znalazł tam kości niedźwiedzi jaskiniowych (…)
Trzecia grota nazywa się Baranya-djra, ponieważ w tej jaskini w czasie wojny ukrywali owczarze kilka tysięcy owiec i wiele fur siana nazbierali, nie znalazł ich żaden wojownik – bezpiecznie tam przetrwały, bez wątpienia jest tam także woda”.Złoto Inków w jaskiniByć może właśnie w tych grotach spoczywa po dziś dzień nie odkryte ciało Uminy w srebrnej trumnie. Interesującym jest fakt, że obecnie lokalizacja większości z tych podziemnych grot i sztolni rud miedzi jest nieznana.
Pojawia się również wątek żołnierzy radzieckich, którzy w 1945 roku, z zamku w Niedzicy wywozili dwa wozy załadowane wyrobami z porcelany oraz kilka wozów z kuframi o nie znanej zawartości. Ponieważ żołnierze byli pijani, zorganizowali sobie wyścigi wozami, a te runęły wraz z ładunkiem do Dunajca u podnóża Niedzicy i potopiły się.

Po tragicznym wydarzeniu sprawą pierwszej wagi dla Sebastiana staje się ustrzeżenie wnuka przed eksterminacją.
Na zamek w Niedzicy przyjeżdża bratanek Sebastiana – Wacław Benesz Berzeviczy Baron de Doridangen, człowiek żonaty choć bezdzietny, właściciel zamku Krumłów na Morawach.
Również dziwnym zbiegiem okoliczności na zamku pojawiła się także delegacja Prześwietnej Rady Inków.
21 czerwca 1797 roku, w dniu najważniejszego dla Inków święta – Święta Słońca, w ich obecności zostaje spisany akt adopcji jednorocznego syna Uminy (wnuka Sebastiana Berzeviczego) – Inkasa, przez Wacława Benesza Berzewiczy i akt zaprzysiężenia wobec Boga i Wielkiego Viracochy, Sapa Inca.
Treść testamentu, który w 1946 roku został odnaleziony w archiwum kościoła Św. Krzyża w Krakowie, brzmi następująco:

„Ja, Wacław Benesz de Berzeviczy, Baro de Dondangen, przysięgam wobec Męki Pańskiej, Prześwietnej Rady Emisaryuszy Inków i J.O. Strya mego Sebastyana, uczynionych dzisiaj uchwał ostatnich Prześwietnej Rady być kuratorem i rzetelnym wykonawcą. W szczególności obliguję się:

… ciąg dalszy w części drugiej: „Złoto Inków w Niedzicy (2)”

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o skarbie ukrytym w Zamku Czorsztyn …

przez , 12.gru.2016, w Legendy

1Pieniny pełne są skarbów… Złoto, kosztowności i drogie kamienie miały być ukrywane w górach przez zbójników, rycerzy oraz śmiałków, którym udało się odnaleźć złoża cennych kruszców. Jeden ze skarbów ponoć znajduje się w podziemiach zamku w Czorsztynie.
Dla dwóch zuchwałych pasterzy próba jego odnalezienia skończyła się jednak bardzo smutno. Wojtek i Szymon – bo tak mieli się nazywać owi nieszczęśnicy – od najmłodszych lat byli nierozłącznymi przyjaciółmi.
Żadnemu z nich nie wiodło się jednak w życiu zbyt dobrze – ani w fachu juhasa, ani w roli flisaka nie udało im się dorobić majątku, o którym marzyli.
Pewnego razu Wojtek i Szymon spotkali się w karczmie i po sporej dawce gorzałki uradzili, że jedynym lekiem na ich bolączki może być… odnalezienie skarbu.

Takowych ponoć w Pieninach nigdy nie brakowało, więc należało dobrać się tylko do jakiegoś, ukrytego gdzieś przez zbójców złota.
Obaj śmiałkowie udali się po poradę do starego Jana – miejscowego znachora.
Ten zdradził im, że skarb odnaleźć można właśnie na Czorsztyńskim Zamczysku. Ukryte tam bogactwo należeć miało do samego Kostki Napierskiego, który w podziemnej komnacie zgromadził skrzynie ze złotem, dukatami i drogimi kamieniami. Sęk w tym, że skarbu pilnują demony wraz z diabłami, a bezpiecznie można się do niego dobrać tylko w Noc Świętojańską. Odważni pasterze wyczekali więc dogodnego terminu i w najkrótszą noc roku wyruszyli na spotkanie przeznaczenia. Zabrali ze sobą łuczywo oraz przedmioty niezbędne w przypadku spotkania ze złymi duchami: kredę święconą w Trzech Króli i wosk wytopiony z paschalnej  świecy.

Po chwili poszukiwań znaleźli wejście do podziemi i przez niewielką szczelinę wcisnęli się do mrocznych korytarzy. Długo błądzili w podziemnym labiryncie aż w końcu ujrzeli niesamowity blask – przed nimi stała komnata wypełniona złotem i kosztownościami. Wojtek i Szymon zabrali ze sobą tyle, ile mogli udźwignąć i obwieszeni skarbami z trudem usiłowali wydostać się na powierzchnię. Nagle korytarze przeszył przeraźliwy śmiech złych mocy, a drzwi, którymi uprzednio weszli do komnaty zatrzasnęły się z hukiem, zamykając obu śmiałkom drogę ucieczki. Na nic zdały się próby otwarcia zamka – pasterze znaleźli się w podziemnej pułapce, w całkowitych ciemnościach. W końcu jednak udało im się rozpalić łuczywo i odnaleźć w ścianie szczelinę prowadzącą do kolejnego lochu i dalszych korytarzy.

Wędrowali nimi przez wiele godzin aż w końcu odnaleźli wyjście, który wyprowadziło ich na brzeg Dunajca. Uradowani juhasi ruszyli więc w drogę powrotną do Czorsztyna, ale jakoś nie mogli poznać rodzinnej wioski. A to droga za szeroka, a to kapliczka, której wcześniej nie było. Gdy wreszcie doszli do wsi okazało się, że ich domostwa dawno nie istnieją i zostały z nich tylko ruiny i zdziczałe drzewa. Oto okazało się, że to co dla nich było jedną nocą w podziemiach, dla reszty świata było całym wiekiem. Wszyscy bliscy dawno już odeszli i nie ma dokąd wracać. Sam skarb zamienił się natomiast w bezwartościowe kamienie.
Co się działo dalej z nieszczęsnymi juhasami – tego nie wiadomo.
Przez długie lata wśród mieszkańców Czorsztyna krążyła jednak opowieść o dwóch młodzieńcach, którzy w tajemniczy sposób zaginęli w noc św. Jana…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (2)

przez , 15.lis.2015, w Skarby

Golińsk. Fabryka Fritza HankeZlokalizowanie majątku Hankego w Golińsku (Hof Göhlenau) nie jest sprawą trudną. Osoby tropiące od lat ślady gauleitera już dawno ustaliły dokładną jego lokalizację, jak również udało im się odkryć tajemniczą budowlę położoną w nieodległym Mieroszowie. Okazała się nim rozpoczęta budowa podziemnego obiektu o nieustalonym przeznaczeniu, którego budowę prowadzono w oparciu o system budowy obiektów w Bolkowie i Marciszowie. Oględziny wykazały, że podziemny obiekt w Mieroszowie drążony był w wielkim pośpiechu i nie został on nigdy skończony. Do jego budowy wykorzystywani byli najprawdopodobniej więźniowie z miejscowej filii obozu koncentracyjnego w Rogoźnicy Gross-Rosen, AL Friedland. Pewna relacja może potwierdzać informację o tym, że ta niedokończona budowla została jednak wykorzystana wiosną 1945 roku na miejsce złożenia depozytu. Relację tą kilka lat temu przekazał jeden Niemiec, podający się za byłego pracownika majątku gauleitera, niejaki Fritz Hanke. Nazwisko Fritza Hankego odnaleziono na fakturach fabryki z Golińska. Co ciekawe Fritz Hanke był właścicielem fabryki (zdjęcie starej pocztówki „Fabrik von Fritz Hanke”). Czy to tylko jest zwykła zbieżność nazwisk? Przypadek? Czy też ów Fritz był rodziną dla Karla Hanke?

Golińsk od początku XVI wieku znajdował się w rękach Hochbergów. W 1657 roku Heinrich von Hochberg, właściciel Mieroszowa, wzniósł, a raczej przebudował z wcześniejszej budowli (z 1610 roku) w Golińsku dwór jako ośrodek tamtejszych dóbr, ustanawiając go siedzibą właściciela, a gdy stolicą ośrodka stał się Książ (od 1780 roku) dwór stracił swoje znaczenie i zamieszkiwał go tylko administrator. Będąc budynkiem drewnianym spłonął w 1838 roku. Dwór wraz z towarzyszącym mu folwarkiem powstał w pewnej odległości od zabudowy historycznej Golińska, na południowy – wschód od drogi prowadzącej do Czech – Göhlenau Hof (Göhlenauer), stanowiąc odrębną jednostkę osadniczą. Później powstała przy nim osada przyfolwarczna zamieszkana przez pracowników. Folwark był centrum dóbr leśnych obejmujących należące do Hochbergów lasy w Mieroszowie, Łącznej i Unisławiu Śląskim. W samym Golińsku do Hochbergów należał jeszcze folwark będący dawnymi dobrami sołeckimi zwany Kolberci. Z końcem XIX wieku został on wydzierżawiony, a w 1917 roku rozparcelowany. Na przełomie XIX i XX wieku nastąpił dalszy rozwój przemysłu – powstaje tkalnia, zakład produkujący żaluzje, zakład dekoratorski wyrobów ceramicznych i zakład uszlachetniania płótna. Jeden z tych zakładów zlokalizowany był na południe od folwarku Hochbergów i został rozebrany po 1945 roku, zapewne ze względu na swe przygraniczne położenie.

Jak podaje w swojej relacji Fritz, Karl Hanke miał pod koniec wojny wielokrotnie odwiedzać swój majątek. Wizyty te miały odbywać się zawsze w kilka godzin lub w najwyżej kilka dni po przybyciu do majątku kolejnych transportów z nieznaną zawartością. Według niego krążyły wówczas pogłoski, że gauleiter „przygotowuje” się do powojennych czasów, gromadząc zrabowane dobra i kosztowności w najlepszym dla niego z możliwych miejsc. Miała temu służyć między innymi dogodna lokalizacja – niespełna dwukilometrowe oddalenie od starej granicy z Czechami, która po wojnie (jak przypuszczano) stała by się ponownie granicą suwerennych Czech, a to z kolei dla Hankego (bliskość granicy) stwarzałoby wiele dogodnych okazji. Fritz twierdził, że osobiście nigdy nie widział zawartości transportów, tego co było w skrzyniach przywożonych na ciężarówkach, ale jest prawie pewien, że znajdowały się w nich dzieła sztuki oraz wyroby ze srebra i złota. Część skrzyń z przybywających transportów do majątku miała zostać zdeponowana w niedokończonej, podziemnej fabryce pod Mieroszowem.Rynek w MieroszowiePodziemna mieroszowska fabryka miała składać się z trzech sztolni, które pod koniec kwietnia 1945 roku zostały wysadzone w powietrze, a wybuch miał być tak silny, że Fritz porównał go do trzęsienia ziemi. Fakt istnienia podziemnych wyrobisk jest niepodważalny, ponieważ do dziś, po omawianych sztolniach zachowały się w terenie widoczne ślady w postaci zapadlisk i wlotów, które mogą być świadectwem całkowitego zawalenia się na dość długim odcinku podziemnego obiektu, na południowych stokach Kościelnej Góry. Poszukiwacze kilkakrotnie próbowali dotrzeć do nieznanych partii podziemi, ale podejmowane przez nich działania kończyły się już w początkowym etapie prac eksploracyjnych, o czym świadczą pozostawione ślady, a w ich wyniku udrożniono sztolnie tylko na niewielkich odcinkach. Relacja przekazana przez Fritza nie jest odosobniona i nie potwierdzają jej tylko odnalezione sztolnie, ale zachowała się także relacja pewnej kobiety, autochtonki, również byłej pracownicy majątku Hankego o podobnej treści. Według niej na teren posiadłości gauleitera przywożono różne transporty, które grupa zaufanych mu ludzi selekcjonowała zawartość, po czym sporządzane były kolejne, nowe transporty, wyjeżdżające szybko w kierunku Mieroszowa.

Jak wynika z relacji pracownicy Hankego, z części nadchodzących transportów „coś” wydzielano i zamykano w niedostępnej bibliotece gauleitera, której okna zawsze pozostawały zasłonięte ciężkimi kotarami. Dostęp do bibliotecznego pomieszczenia miał tylko Hanke i co najwyżej dwóch innych ludzi. Według dalszej relacji, zawartość biblioteki na przełomie lutego i marca 1945 roku załadowano na dwie ciężarówki, które opuściły Golińsk i udały się jako jedyny transport w kierunku Czech. Ten fakt zapamiętała ona szczególnie gdyż w przygotowywaniu transportu oraz pakowaniu zawartości uczestniczył przez kilka godzin sam gauleiter, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Mówiono wówczas, że był to „złoty skarb Hankego”.
Po zakończeniu II wojny światowej na terenie posiadłości gauleitera w ocalałych ogromnych zabudowaniach gospodarczych, zlokalizowano fabrykę przemysłu metalowego. Działała przez wiele lat jako przeciętny, przemysłowy, terenowy zakład, w którym znajdowali zatrudnienie okoliczni mieszkańcy. Produkowano w niej między innymi metalowe siatki, żaluzje, końcówki żarówek i wyroby dla gospodarstwa domowego.

W latach osiemdziesiątych XX wieku, jeden z takich mieszkańców, będący wieloletnim pracownikiem fabryki, został jej zakładowym portierem. Relacjonuje on, że w 1990 roku zgłosił się do niego pewien Niemiec, który poprosił go o możliwość zwiedzenia majątku, który niegdyś należał do jego rodziny, a on sam miał się w nim urodzić. Niemiec opowiedział portierowi czym był ten majątek w czasach wojny. Portier dowiedział się również, że dom rodzinny „gościa” do początku II wojny światowej wchodził w skład dóbr terenowych właścicieli zamku Książ, których jak większości po wybuchu wojny, pozbawiono nie tylko zamku, ale i okolicznych posiadłości ziemskich. Tym sposobem majątek w Golińsku miał trafić w ręce Hankego, który szybko uznał go za swoją rodową siedzibę. Portier, jak twierdzi, nigdy nie wpuścił tego Niemca na teren zakładu, pomimo, że ten przyjeżdżał nawet w niedziele gdy był on nieczynny i na jego terenie nie było innych osób. Nie uległ Niemcowi nawet gdy ten chciał nawiązać z nim bliższy kontakt, proponował mu za przysługę pewna sumę marek, a nawet zapraszał do Hamburga.Mapa okolic Mieroszowa z 1936 rokuJak zakończyła się ta „znajomość” tak na prawdę do końca nie wiadomo, ale skoro prośby owego Niemca miały także poważne poparcie w finansach, portier mógł ulec. Odmowę tłumaczył rzekomą kiepską znajomością języka niemieckiego i zwykłą niechęcią do Niemców.
„Miałem trochę radości, twardo mówiąc „nie” bogatemu gościowi, który sądził, że kupi mnie za kilkanaście marek. Teraz może nie byłbym taki twardy, bo emeryturę mam nędzną, ale on już tutaj nie przyjeżdża (…) Wtedy zresztą nie wiedziałem co znaczy nazwisko Hanke” (takim nazwiskiem przedstawił mu się ten Niemiec).
Znaczenie nazwiska Hanke portier zrozumiał dopiero wtedy, gdy kilka lat temu pochwalił się otrzymaną od Niemca wizytówką pewnemu wałbrzyskiemu nauczycielowi, a ten uświadomił go o jaką rodzinę chodzi.
Tak oto około sześćdziesięcioletni syn Karla Hankego przyjeżdżał do Golińska pięciokrotnie w latach 1990 – 1995, twierdząc, że poszukuje śladów ojca, a z relacji rodzinnych wynika, że majątek jest tym miejscem, w którym na pewno ostatni raz widziano jego ojca.

Portier w relacji dotyczącej swoich kontaktów z odwiedzającym majątek synem Hankego dodał, że ten powiedział mu, iż wie, że ojciec był w Golińsku z jakimś profesorem i stąd mieli odlecieć prawdopodobnie helikopterem do pobliskiego Krzeszowa, a następnie do Jeleniej Góry. Czy tym profesorem był Günther Grundmann? Wszystko wskazuje, że to mógł być on. Warto dodać, że przecież Krzeszów był jedną z oficjalnych skrytek Grundmanna i obaj, zarówno on jak i Hanke mieli wspólny interes w tym, by ryzykować i po wizycie w Golińsku polecieć do Krzeszowa. Składnicę dokumentów i woluminów w Krzeszowie (Grüssau) zlokalizowano w kościele p.w. św. Józefa, a w pobliskiej Kamiennej Górze (Landeshut) zdeponowano obrazy z Dessau, które jesienią 1944 roku na powrót przewieziono do Dessau.
Istnieją też informacje o kilku podziemnych, dobrze zamaskowanych i efektownie wysadzonych, korytarzach w Kochanowie (2 km na północny-zachód od Mieroszowa, w kierunku Dobromyśla i Krzeszowa), w których miano ukryć depozyty, a których nigdy nie spenetrowano.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (1)

przez , 01.lis.2015, w Skarby

Panorama przedwojennego MieroszowaMieroszów (Friedland in Niederschlesien) to 6 tysięczne, kamieniczne miasteczko, leżące na południowy – zachód od Wałbrzycha, oddalone o 4 km od granicy z Czechami, znane dolnośląskim miłośnikom paralotniarstwa z góry Jatki, posiadającej jedyną rampę lotniarską w Polsce. Zostało założone w XIV wieku przez czeskich benedyktynów. Nakręcono w nim również serial przygodowy dla młodzieży „Gruby” (1971 rok) na podstawie powieści Aleksandra Minkowskiego, przedstawiający życie w realiach tak zwanych „ziem odzyskanych”, na których działają grupy Werwolfu i szabrowników. Tuż po II wojnie światowej nosiło ono nazwę Fyrląd Wałbrzyski. W czasie wojny znajdowała się w nim filia obozu koncentracyjnego Gross-Rosen z Rogoźnicy.
Z jego historią w ostatnich latach wojny, a także pobliskiej miejscowości Golińsk (Göhlenau) związana jest postać gauleitera Dolnego Śląska – Karla Hankego.

Karl Hanke urodził się 24 sierpnia 1903 roku w Lubaniu (wówczas Lauban), a zmarł najprawdopodobniej 8 czerwca 1945 roku w Novej Vsi nad Popelkou (Czechosłowacja), choć jego powojenne losy pozostają do dziś tajemnicą, a okoliczności śmierci nie są do końca wyjaśnione. Po ukończeniu szkoły młynarskiej w Saksonii (od 1921 – 1926 roku pracował w młynarstwie i warsztacie kolejowym) w 1928 roku ukończył w Berufspädagogischen Institut w Berlinie studia, a już w listopadzie 1928 roku wstępuje do NSDAP i tym samym, poprzez zaangażowanie polityczne, jego kariera zaczyna się błyskawicznie rozwijać – 1 kwietnia 1932 roku zostaje osobistym sekretarzem Josepha Goebbelsa. W tym samym roku zostaje delegatem NSDAP do Landtau, później do Reichstagu. Stanowisko to piastował do końca wojny. W 1937 roku został wiceprezesem Izby Kultury Rzeszy.

Ministerialna kariera Hankego kończy się w przededniu II wojny światowej ostrą interwencją Adolfa Hitlera, która była odpowiedzią na romans Goebbelsa z czeską aktorką Lidą Baarovą – Hanke staje się wówczas „powiernikiem” żony Josepha, Magdy. Od 1939 do 1941 roku służy w wojsku, między innymi w Polsce i we Francji, otrzymując za zasługi Krzyż Żelazny pierwszego i drugiego stopnia. Po opuszczeniu szeregów armii Karl Hanke z rozkazu Adolfa Hitlera zostaje gauleiterem Dolnego Śląska, a następnie Heinrich Himmler awansuje go na Gruppenführera SS. Jego bezwzględne rządy doprowadzają do nadania mu przydomka „kata z Breslau”.
29 kwietnia 1945 roku po uznaniu przez Hitlera za zdrajcę Heinricha Himmlera, Hanke otrzymuje po nim urząd Reichsführera SS i dowódcy niemieckiej policji. W Festung Breslau przebywa niemal do samego jej zdobycia przez wojska Armii Czerwonej.Karl HankeW nocy z 5 na 6 maja 1945 roku, tuż przed kapitulacją, Hanke miał rzekomo uciec z Wrocławia za pomocą zarekwirowanej awionetki typu Storch. Samolot podczas lotu dostał się w ogień nieprzyjaciela i najprawdopodobniej został trafiony w zbiornik paliwa, co skutkowało przymusowym awaryjnym lądowaniem. Naprawy dokonano koło lotniska w Mirosławicach, po czym Hanke z pilotem skierowali się do Świdnicy na tamtejsze lotnisko Luftwaffe.
O tego momentu dalsze losy Hankego są niejasne. Przyjmuje się, że najprawdopodobniej przesiadł się w Świdnicy na inny samolot, który rozbił się w Kraju Sudeckim (Sudetenland). Hanke miał przeżyć i dołączyć do Dywizji „Horst Wessel”, z którą prawdopodobnie trafił do niewoli. Kolejny jego ślad miał urwać się też na przejeździe kolejowym w Czechach. Tutaj pojawia się jedna z wersji mówiąca o okolicznościach jego śmierci, a mianowicie miał zostać zabity podczas próby ucieczki z miejsca internowania (osadzenia) przez czeskich wartowników pod Chomutovem.

Niektóre źródła podają, że był widziany po 1945 roku w Argentynie, w której schroniło się wielu niemieckich zbrodniarzy wojennych, po tym jak odleciał z jednej z lokalnych, drugorzędowych dróg zamienionych w prowizoryczny pas startowy w okolicach Jeleniej Góry, przez Rzeszę do Hiszpanii (w kierunku Madrytu), a dalej przy pomocy patriotów niemieckich z zachowaniem już poczucia zupełnego bezpieczeństwa za Atlantyk. Kierowany dalszą pomocą „obywateli wiernych III Rzeszy” miał osiąść w niemieckojęzycznej osadzie koło Rosario.
Od zakończenia II wojny światowej minęło już 70 lat, a mimo upływu tak długiego okresu czasu powojenne losy wielu czołowych przywódców III Rzeszy nie zostały wyjaśnione i pozostają nieznane. Podobnie jest w przypadku Karla Hankego. Z jego postacią wiąże się nie tylko sprawa tajemniczego zniknięcia, ale również historia ukrywania na jego polecenie w 1944 i 1945 roku tysięcy zrabowanych dzieł sztuki na terenie Dolnego Śląska.

Pewnym jest fakt współpracy na tym polu gauleitera z dolnośląskim konserwatorem zabytków profesorem Güntherem Grundmannem (urodzonym w 1892 roku w Jeleniej Górze, a zmarłym w 1976 roku w Hamburgu). Zadaniem Grundmanna pod koniec II wojny światowej było „zabezpieczanie” dzieł sztuki z kościołów, muzeów, klasztorów i podobnych obiektów. W obliczu zagrożenia ze strony wojsk armii radzieckiej Grundmann dokonywał selekcji i jeździł po różnych miejscach w celu wybrania najcenniejszych rzeczy. Wywożone były one w głąb Dolnego Śląska i ukrywane między innymi w pałacach i zamkach. Pod koniec wojny Grundmann ewakuował zabytki o wyjątkowym charakterze w głąb Rzeszy.
Grundmann stworzył ponad 80 tajnych schowków mających tworzyć podwaliny finansowe pod „nową Rzeszę”, a jego słynna lista („lista Grundmanna”) kończy się datą 21 czerwca 1944 roku (on sam wyjeżdża w głąb Rzeszy dopiero w 1945 roku).prof Gunther GrundmannSpis zabytków (lista) i skrytek depozytowych został odnaleziony w gruzach urzędu konserwatorskiego. Dokument rozszyfrował Józef Gębczak będący historykiem sztuki. Po wojnie wszystkie miejsca ze spisu odwiedziła polska komisja rewindykacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki pod kierownictwem Witolda Kieszkowskiego, który był dyrektorem Naczelnej Dyrekcji Muzeów. Niestety okazało się, że skrytki nie były już kompletne. Komisja podjęła się zabezpieczenia tego co w nich pozostało. Istnieją przypuszczenia, że po 21 czerwca 1944 roku, Günther Grundmann mógł jeszcze sporządzić około 100 skrytek dzieł sztuki i kosztowności.
Osoby zajmujące się sprawą ukrywania zrabowanych dzieł sztuki i kosztowności są przekonane, że Karl Hanke i Günther Grundmann, jesienią 1944 roku i zimą 1945 roku, poświęcili również czas na sporządzenie wielu już mniej urzędowych, prywatnych depozytów, które miały się im przydać się po wojnie.
Przypuszcza się, że takich absolutnie utajnionych depozytów na Dolnym Śląsku sporządzono wtedy kilkadziesiąt.

Günther Grundmann milczał kilkadziesiąt lat, aż do śmierci i chyba nikt nie skorzystał dotychczas z posiadanej przez niego „prywatnej” wiedzy. Poszukiwanie tych ukryć koncentrować można wokół śladów, jakie pozostawił po sobie Karl Hanke, aż do momentu swojego tajemniczego zniknięcia w kwietniu 1945 roku, gdzieś w okolicach Wałbrzycha, Jeleniej Góry lub czeskiej granicy.
Niekwestionowanym faktem, który potwierdza dość wiele wiarygodnych śladów i relacji jest to, że Hanke odleciał pod koniec kwietnia 1945 roku z oblężonego Festung Breslau samolotem. Inne przekazy mówią też o tym, że widziano go podczas oblężenia Twierdzy w wielu innych miejscach, między innymi na zamku Książ, do którego miał przybyć helikopterem. Helikoptery pod koniec wojny były już montowane we Wrocławiu, a gauleiter o tym doskonale wiedział i mógł wykorzystać jeden z nich. Jeżeli wizyta ta jest prawdą, musiała być ona znaczącą i tym samym potwierdza to fakt, że Fürstenstein był do końca przygotowywany do spełniania zadań specjalnych przez wiele powojennych lat.

Karl Hanke korzystając z możliwości jakie dawało szybkie przemieszczanie się helikopterem, wiosną 1945 roku dokonał odwiedzin kilku miejsc, które dziś pod kątem zorganizowania skrytek depozytowych są niemniej istotne, a z pewnością tych, które były miejscami prowadzenia podziemnych robót pod obiekty o niewyjaśnionym do końca przeznaczeniu. Niektóre źródła informują o tym, że widziano go przylatującego helikopterem między innymi w kilku miejscach Gór Sowich jak również w jego własnym majątku w Golińsku, w Mieroszowie, Krzeszowie i Jeleniej Górze. Po II wojnie światowej upowszechniono informację o rzekomej śmierci Hankego podczas ucieczki przed nadciągającym frontem na terenie Czech – miał się on stać całkiem przypadkową ofiarą czeskiego patrolu, który strzelił do uciekającego człowieka. Niestety wersja ta nigdy nie została zweryfikowana, nawet przez jego rodzinę, która dość szczegółowo badała sprawę jego zaginięcia, a po pewnym czasie z jakichś ważnych, zapewne racjonalnych powodów porzuciła zainteresowanie tym wątkiem.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o braciach z Zamku Bobolice …

przez , 31.paź.2015, w Legendy

Zamek BoboliceNa krańcach skalnego grzbietu, dwukilometrowej długości, wyrastają strzeliste ruiny bliźniaczych zamków w Bobolicach i Mirowie.
Wybudowane w czasach Kazimierza Wielkiego były siedliskami rycerzy rozbójników, którzy ograbiali bez litości przejeżdżających kupców. W XIX wieku znaleziono w lochach okrągłej zamkowej wieży ogromny skarb. A w XV-wiecznych kronikach odnotowano fakt porwania pięknej damy i trzymania jej na zamku w Bobolicach. Do dziś ruiny wzbudzają zachwyt surowością i tajemnym pięknem gotyckich konstrukcji.
Przed wiekami zamkami władali dwaj bracia bliźniacy, podobni do siebie jak dwie krople wody, ze nawet poddani ich nie rozróżniali.

Obaj bogactwa posiadali ogromne, skrzętnie ukryte w tajemnym podziemiu łączącym obie warownie. A strzegli skarbów pies i czarownica, która czerwonymi ślepiami przerażała każdego, kto śmiałby do skrzyń z kosztownościami sięgnąć. I żyliby zapewne, bracia długo i szczęśliwie, gdyby nie pięknej urody księżniczka, którą z wojennej wyprawy przywiózł pan z Bobolic. W pięknej brance zakochał się jego brat – władca Mirowa. Zazdrosny właściciel branki wtrącił kobietę do lochów, nakazując czarownicy, by oprócz skarbów, strzegła pięknej pani.
Gdy o północy jak to w zwyczaju czarownic bywa, strażniczka skarbów odlatywała na miotle odprawiać sabat na Łysej Górze, tajnym przejściem do księżniczki przychodził jej pocieszyciel.

Kiedy pan z Bobolic usłyszał psa warczenie, wpadł do podziemia, a ujrzawszy księżniczkę w ramionach brata, z wściekłości ciął go mieczem, na miejscu zabijając. Dręczony wyrzutami sumienia, uciszał je trunkiem, aż pewnej nocy padł rażony piorunem. Do dziś księżniczki w podziemiach strzeże ta sama czarownica, a gdy odlatuje nocą na swój sabat, na balkonie zamkowej wieży pojawia tajemnicza biała postać i długo patrzy w kierunku mirowskiego zamku, by później rozpłynąć się w ruinach.
Cóż może są lochy, a może ich nie ma, ale prawdą jest, że wapienne skały podziurawione są różnymi jaskiniami, grotami i nie jeden skarb kryją. Gdy będziecie nocą w pobliżu bobolickiego zamku to może białą damę ujrzycie…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , więcej...

Opowieści skarbowe (1)

przez , 15.lip.2015, w Skarby

TalaryZanim zacznę opowieść napiszę o niezmierzonej głupocie ludzkiej i proszę tu Czytelników o sugestie – jak temu przeciwdziałać …?
To się dzieje teraz, w 2015 roku…
Zgłasza się do mnie mężczyzna pokazuje mi monetę (zdjęcie powyżej).
- Czy ona jest coś warta? Na mojej posesji (w Nakle) kopałem fundament pod garaż i znalazłem garnek, w którym było takich 200, były inne, miały różne obrazki. Zeszlifowałem wszystkie te obrazki, a krążki sprzedałem na złom, dostałem „kupę” kasy, aż prawie 7 tysięcy złotych.
Takie talary ważą od 25 g do 30 g z małym haczykiem, czyli zgadza się.

Kolejny przypadek:
- Czy to stanowi jakąś wartość? (gość pokazuje mi „to” na zdjęciu, wielkość 1 cm2).
Było w takim małym starym damskim pierścionku, złoto oddałem na złom (640 zł), a to mogę wyrzucić.
Szkoda, że nie wyrzucił.Zdjęcie Herbu ChludzińskiPowyżej: herb Chludziński – polski herb szlachecki, odmiana herbu Cholewa. Opis herbu: w polu czerwonym między dwiema klamrami srebrnymi, odwróconymi barkami do siebie – miecz ostrzem do góry.

Klejnot trzy pióra strusie
Chludziński / Chludziński – notowane od 1532 roku, od nazwy miejscowej Chludnie (niegdyś okolica szlachecka Chludnie; więcej dwuczłonowych wsi tej nazwy) w dawnej Ziemi Łomżyńskiej (obecnie gmina Mały Płock, powiat kolneński). Nazwisko rzadko spotykane, niemal wyłącznie na Mazowszu – w dawnej Ziemi Łomżyńskiej i dawnej Ziemi Płockiej.
Początek rodowi dało siedmiu braci, którym książę Janusz I Starszy nadał w 1413 roku wymienione Chludnie, skąd wzięli oni później swoje nazwisko. Chludzińscy, licznie rozrodzeni już w swoim gnieździe, początkowo pieczętowali się herbem Cholewa „z tą odmianą, że miecz do góry ostrzem kładą”. Wśród znaczniejszych Chludzińskich w dawnych wiekach spotykamy ponad 40 biorących w kolejnych elekcjach królów polskich w XVII i XVIII wieku. W źródłach historycznych znaleźć można kilkaset notatek na temat różnych Chludzińskich biorących udział w procesach majątkowych, dziedziczących bądź dokonujących transakcji majątkowych w XV – XVIII wieku. Chludzińscy z Chludni pieczętowali się początkowo herbem Cholewa, choć później znajdujemy też przy tym nazwisku i inne herby. Nazwisko nosi obecnie około 1550 Polaków, w powiecie wołomińskim około 15 – 20 osób.

Opowieści
W każdym rejonie Polski krążą legendy o ukrytych skarbach. Odniosę się do opowieści skarbowych dotyczących II wojny światowej. Jest ich bardzo dużo. Napiszę o skarbach, które „dotknąłem” osobiście. Trzeba też wiedzieć, że w opowieściach jest zawsze maleńkie ziarno prawdy (mój poprzedni artykuł „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi”).
Znalazłem siedem dużych beczek o różnej zawartości, którą to zawartość zabraliśmy samochodem ciężarowym. Pewnie do dziś chodzi opowieść po wsi, że:
Niemcy przyjechali nocą i odkopali beczki pełne biżuterii, a ten, co był tam rano zebrał jeszcze dwa wiaderka biżuterii…
Mamy piękną opowieść. Ziarno prawdy? – Beczki były.

Trofiejny pociąg
Na początku lat 80-tych ubiegłego wieku doszła do mnie informacja, że „Trofiejny pociąg” jadący z Niemiec do Rosji zatrzymał się w miejscowości Tychowo, a następnie ruszył do Bobolic.
Odcinek Tychowo – Bobolice pokonał w ciągu 48 godzin. Dlaczego?
Może obsługa chciała coś uszczknąć dla siebie? Informacja przeszła mimo uszu. Po jakimś czasie pojechałem w okolice Bobolic, by przeszukać miejsce po rozbitym niemieckim pancernym pociągu. Znalazłem tam mnóstwo niezidentyfikowanego żelastwa i skrzynkę po amunicji.Skrzynka po amunicjiOddałem ją do Izby Pamięci. Z opiekunem izby mocno się rozgadaliśmy. Mówi:
- A wiecie o pociągu Trofiejnym? Z Tychowa do nas jechał ponad dwie doby. Rosjanie podstawili samochody, bo dalej tory były rozbite. Zawartość składu pociągu nie była pełna. Cała załoga została rozstrzelana. Mieszkańcy postawili im pomnik.
Odcinek Tychowo – Bobolice to tylko 25 km szosą, a koleją krócej. Do dziś ta trasa czeka na sprawdzenie.Pomnik ku pamięciLasy
Po przeczytaniu kilku książek o wspomnieniach uciekinierów (patrz „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi” wątek: Dobra porzucane i ukrywane w czasie wędrówki), pojechałem odszukać miejsca biwakowania uciekinierów.  W lasach koło (…) spotkałem leśniczego. Wywiązała się przyjacielska rozmowa i leśniczy mówi:
- Pokażę panu miejsce gdzie był wyręb lasu. Po wyrębie był nasadzony nowy las. Pług leśny zrywa około 30 cm ziemi. Panie, co tam nie było!
Pojechaliśmy. Piękna leśna droga po jednej stronie młody las, po drugiej bardzo stary. Pokazuje:
- To tu się ukryli, a ruskie samoloty ich zbombardowały…Waga i puzderkoWłączyłem wykrywacz i wszedłem do starego lasu. Od razu sygnał i jest – puzderko, kieszonkowa waga, a obok złote obrączki, ale… Na kościach dłoni! KONIEC poszukiwań!!! Dalej nie szukam! Uświadamiam leśniczego, co należy zrobić w takich okolicznościach (zgłoszenie do prokuratury, powiadomienie Fundacji Polsko – Niemieckiej „Pamięć” – pisałem o fundacji w moich komentarzach). Leśniczy prosi mnie bym to zachował dla siebie, bo wie ile z tego będzie problemów. Zgodziłem się. Całe szczęście, ze dziś nie potrafię odszukać tego miejsca, bo to było bardzo dawno temu.ObrączkiNa obu obrączkach widnieją te same inicjały i data „1921″.

Hrabina
Kiedyś poznałem autentyczną hrabinę (nazwisko i miejsce zamieszkania znane autorowi). Mieszka – mieszkała w pięknej starej karczmie z 1892 roku. Miała 9 lat gdy rozpoczęła się wojna i opowiada:
- Byliśmy w naszej leśniczówce. Moi bracia (trzech) zapakowali do pięciu skrzynek: wszystkie srebra z leśniczówki (1), cenne książki (2), porcelanę (3), obrazy (4) i wszystkie bibeloty (5). Wynosiliśmy po kolei i zakopaliśmy w lesie obok, każdą w innym miejscu. Dopiero w 1976 roku z jednym z braci pojechałam to odszukać. Znaleźliśmy tylko skrzynkę z obrazami.
Widziałem obrazy w jej karczmie – moje wnuki nie musiałyby pracować. Oczywiście pojechałem z Panią Hrabiną do jej byłej leśniczówki. Samochód na jej prośbę zostawiliśmy dosyć daleko. Dlaczego? Mówi:
- Bardzo długo sądziliśmy się z lasami o odzyskanie mojej leśniczówki, oni mnie tu dobrze znają, ale tu się zmieniło…
Pokazała na las w około. Włączyłem wykrywacz metali i idę. Niestety zostałem zauważony. Ale się działo! Niesamowita agresja i chamskie zachowanie – ich. Wzywanie policji, całe szczęście, że nie było obok Pani Hrabiny. Nie czekałem na policję – uciekłem. Czy te cztery pozostałe skrzynki tam są? Nie wiadomo. Być może teraz dałoby się to jakoś załatwić – minęło 15 lat.

Młyn
Pod koniec lat 70-tych pracowałem w jednej z telewizji kablowych, jako przedstawiciel. Chodziłem „ po ludziach” i proponowałem, by się podłączyli do „kablówki”. Podczas takiej pracy spotyka się dużo ciekawych osób. Trafiłem do bardzo starej kobiety powyżej 90-ciu lat – całkiem „kumata”. Mieszkanie bardzo skromne, biedne. Tacy starzy ludzie są bardzo ciekawi, mają piękne wspomnienia. I wojna, II wojna i wiele innych bardzo ciekawych zdarzeń. Rozmawiamy. Podpytuję ją jak pamięta wojnę itd. Ona w trakcie rozmowy mówi:
- Przed wojną i podczas wojny przez 17 lat byłam gosposią u Niemca młynarza, miał dwóch synów SS-manów, którzy pracowali w obozie koncentracyjnym dla Żydów. Pomagałam mu pakować w beczki srebra, obrazy, piękną porcelanę i inne cenne rzeczy. On te beczki smołował i okręcał papą. Wszystkich beczek było 12. W trzech nie wiem co było, bo to chowali jego synowie. Beczki zakopali w gnojowicy. Młynarz powiedział – mogą leżeć nawet 100 lat, nic się nie stanie.
A gdzie ten młyn? – spytałem i wymieniła miejscowość (…). Około 15 km od tego miejsca. Mój samochód stoi przed domem. Jedziemy razem. Miejsce wygląda tak, szkic poniżej (mógłbym podać współrzędne GPS, z satelity też pięknie widać).Szkic zabudowań młynarzaByłem w tym miejscu obecnie (w kwietniu 2015 roku), nic nieruszone. Beczki chyba jeszcze są?!

Bród przez Wisłę
W 1999 roku zmieniłem miejsce zamieszkania z Pomorza do centralnej Polski. Bardzo szybko poznałem podobnych mi pasjonatów. Tylko, że tu nie ma depozytów. Koledzy wyspecjalizowali się w poszukiwaniu monet. Bardzo dobrze poznali historię swoich okolic, ale trochę inaczej. Dokładnie określili „Szlak Bursztynowy Rzymian” i inne szlaki handlowe. Miejsca byłych zajazdów, karczm. Pól bitewnych z Krzyżakami. Pojechaliśmy do miejsca dawnego brodu przez Wisłę.Bród, miejsce znalezienia- Na tym polu w sumie znaleźliśmy gdzieś 1000 monet.
Dla mnie to niewiarygodne!
- Teraz tu pewnie nic już nie ma.
Na powierzchni około 20 m2 znalazłem to (zdjęcia poniżej). To był tylko jeden „wypad”, bo w 2002 roku weszła ustawa o Ochronie Dóbr Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Do dziś tam nie byłem. W tym roku w czerwcu zmieniły się przepisy i już można. To też jest miejsce „skarbowe”.Oryginalna rzymska fibula I-IV wiek n.e.Oryginalna rzymska fibula I – IV wiek n.e.Wiele nakładających się przedmiotów na 20 m2Przedmioty, które znalazłem na powierzchni 20 m2: między innymi grot od bełta do kuszy, nożyk, część zapinki – średniowieczne.

Zakończenie
To jest tylko pierwsza część „moich opowieści”. Ilekroć zejdę do moich zasobnych piwnic, by poszukać eksponatów (tych, których nie oddałem do muzeów), odkrywam, że jeszcze mogę napisać o:
- Przedwojennym dilerze mercedesa
- Najbogatszym Niemcu rolniku ze wsi Trzesieka pod Szczecinkiem
- Drugim takim samym Niemcu spod Bydgoszczy (aktualnie się tym zajmuję)
- Odkrycie zamaskowanej piwnicy – prawdziwy skarb, dużo zdjęć
- Odkrycie złotych monet w hotelu „Pod Orłem”

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Tajemnicza puszka

przez , 15.maj.2015, w Historia

Zdjęcie (1)Prolog

(…) Mam w przygotowaniu nowy artykuł. Teraz „zajawka”. Tytuł to „Tajemnicza puszka” (będzie na zdjęciach), w której to znalazłem mnóstwo klisz filmowych, na których jest 630 zdjęć naszych polskich żołnierzy internowanych (1939 – 40 – chyba)„…

Wstęp do tej publikacji rozpocząłem od powyższego fragmentu komentarza Gawanta pod artykułem jego autorstwa „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi”, który ukazał się na stronie 3 października 2014 roku.
Ten artykuł jest nietypowy. Podczas eksploracji odkrywamy różne miejsca – nowe i stare, na nowo i po staremu… I czasami zdarza się, że jeszcze „coś” w nich ku naszemu zaskoczeniu.
Opuszczone, stare, samotnie stojace domy, niszczejące kamienice, dworki, pałace, a także „dzikie wysypiska” poza miejscowościami, w lasach… To tylko nieliczne przykłady miejsc, które zdarzają się być istnymi „kopalniami” historii, w których możemy znaleźć pamiątki z przeszłości. Przez innych niedoceniane, zakwalifikowane do niepotrzebnych im śmieci, a jakże wartościowe pod względem historycznym i dokumentalnym. Tak stało się i w tym przypadku.Zdjęcie (2)Artykuł Gawanta jest bardzo krótki ale jak sam zauważył może coś rozwiąże. Zawiera on w sobie niejako prośbę o Waszą pomoc w identyfikację znaleziska. Ze swojej strony mam nadzieję i nie ukrywam, iż liczę Drodzy Czytelnicy, że przyczynicie się do wyjaśnienia tajemnicy kasety ze zdjęciami. Niewątpliwie jest to bardzo cenne znalezisko obrazujące nam historię tamtych lat, wydarzeń, często tragicznych w swoim zakończeniu, ukazujące ludzi minionej epoki, tego jak żyli, miejsc już nieistniejących. Dzięki takim osobom jak Gawant mogą żyć „na nowo”…
Na zdjęciach jest kilka widoków okolicy. Może ktoś będzie wiedział jakiej? (…) Dużo jest zdjęć prywatnych, z dziewczynami, ślub, pogrzeb, procesja, wystawy malarstwa, bardzo dużo portretów i jeszcze jakieś„…
Do szczegółów autor odniesie się w komentarzach.
Odnaleziona puszka. Zamknięta i po otwarciu z zawartościąTajemnicza puszka

W mieście Inowrocław przy ulicy (…) jest stara kamienica przeznaczona do remontu…
Lokatorzy wysiedleni – pusta, nic się nie dzieje. Wszedłem do środka rzucić „okiem doświadczonego eksploratora”.
Na strychu tuż pod dachem, głęboko na belce stoi zardzewiała puszka (zdjęcie powyżej).
Nie mogłem jej otworzyć – lekko uszkodziłem. W środku ciasno zwinięte wywołane klisze.
Na kliszach jest 630 zdjęć.
Wszystkie zdjęcia mam na płytach CD.
Jedynie doszedłem do tego, że zdjęcia są na pewno z internowania naszych polskich żołnierzy w Rumunii.
Nie wiem w jakiej miejscowości oraz nie udało mi się nikogo zidentyfikować…
Może ktoś coś wie? Proszę o informacje.

Zdjęcia z internowania (prawie wszystkie) umieszczam w MyViMu link: 
http://myvimu.com/
Muzeum Gawant. Powoli będę tam umieszczał większość moich zbiorów.

Prosimy wszystkie osoby, które mogą pomóc autorowi w identyfikacji osób, miejsc, itd. o informacje i kontakt w komentarzach lub pod adresem e-mail: geo.explorer@wp.pl (zostaną one przekazane autorowi).
Z góry dziękujemy.

tekst, zdjęcia i prawa autorskie: Gawant (AG)
GeoExplorer jako pierwszy otrzymał zgodę na publikację zdjęć

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto krnąbrnych mnichów

przez , 23.lut.2015, w Skarby

Opactwo w LubiążuW 1810 roku po sekularyzacji zakonu cystersów, zgromadzone przez nich kosztowności, nakazem króla Wilhelma przejmuje państwo pruskie, a nieruchomości m.in. prywatni właściciele. W lubiąskim klasztorze znalazła się jednak grupa krnąbrnych mnichów niegodząca się z zawłaszczeniem ich dóbr, „organizuje się”, a następnie potajemnie ucieka z ich częścią w kierunku Krzeszowa. Docierają do grangi w Winnicy, a dalej kierują się ku górze Górzec. Tam ślad po nich, a zarazem po kosztownościach urywa się. Ten wątek jest już znany. Wspominaliśmy o nim w pierwszej części „Z pamiętnika eksploratora”. W miarę upływu czasu dochodziły do nas różne informacje dotyczące „skarbu cystersów”, dywagacje ale i fakty historyczne. Co jeszcze wiadomo?

Grupa zbuntowanych cystersów dociera do Górzca. Tam najprawdopodobniej rozdzielają się. Czy zrobili to po podziale kosztowności czy też kosztowności ukryli gdzieś na jego stokach? Jeden z nich pozostaje na Górzcu i prowadzi żywot pustelnika. A może strażnika? Kim był? Czy mógł być nim brat Heinrich Ritter będący konwersem zakonnym? Wiadomym jest, że zaginęła lubiąska kolekcja 700 numizmatów stanowiąca własność cystersów. Czy złoty diadem odnaleziony w okolicach Górzca, którego kopia znajduje się w jaworskim muzeum regionalnym, jest niewielkim śladem potwierdzającym wydarzenia sprzed 200 lat?

„Skarb musiał zostać ukryty w 1740 roku lub niewiele później – wskazuje na to jego skład. Monety oddał na przechowanie w klasztorze na wieść o wojnie któryś z zamożnych mieszkańców Lubiąża, np. jeden z zamieszkałych tam artystów i rzemieślników pracujących do 1793 roku w klasztorze czy nawet bogatszy chłop z okolicy – zakopałby je pewnie brat Ritter, konwers zakonny, właściciel zaś nigdy już nie zgłosił się po nie. Wskazywać na to może historia, która mówi o tym, że ten właśnie zakonnik wydobywał pod nieobecność opata z klasztornej piwnicy pieniądze na daninę, której pilnie zażądał jeden z austriackich generałów.
– Monety ukrył w klasztorze stacjonujący tam pruski żołnierz lub robotnik klasztorny, który po bitwie pod Malczycami w 1741 roku takiego żołnierza ograbił.
– Monety stanowiły część podręcznej rezerwy gotówkowej klasztoru, ukrytej przez brata Heinricha Rittera (…).
Ze względu na wnioski wyciągnięte ze struktury skarbu (gotówka zbierana przez dłuższy czas) wykluczyć należy wariant drugi. Pierwszy zaś i trzeci są do pogodzenia, gdyż Ritter mógł pieniądze powierzone mu za przechowanie ukryć tam, gdzie chował gotówkę klasztorną; wykopując zaś skrzynie z pieniędzmi klasztornymi dzban z depozytem oczywiście pozostawił”.
(Borys Paszkiewicz)Złoty diademCzy krnąbrni bracia zabrali z lubiąskiego opactwa tylko kosztowności ze złota i srebra? Z protokołów komisji sekularyzacyjnej wiadomo jest, że wyposażenie wnętrz klasztoru w Lubiążu (w XVII i XVIII wieku) było niezwykle bogate. To nie tylko wyroby ze złota i srebra ale również ogromna kolekcja dzieł sztuki, ogromne zbiory obrazów znanych mistrzów takich jak Michała Willmanna nazywanego śląskim Rembrandtem, Christiana Bentuma czy F.A. Schefflera. Po sekularyzacji zakonu z ramienia rządu pruskiego zabezpieczeniem dzieł sztuki zajmował się doktor J.Busching. W 1811 roku wybiera on prawie 500 płócien tylko najwyższej klasy do będącej w fazie projektu galerii malarstwa we Wrocławiu. I właśnie w tym miejscu pojawia się wątek zbioru 700 starych złotych i srebrnych monet będących w posiadaniu konwentu lubiąskiego, który w trakcie sekularyzacji… zaginął!

W klasztorze znajdowały się również inne cenne przedmioty takie jak spore ilości starej broni, w tym ponad sto starych muszkietów wykończonych kością słoniową i masą perłową, pistolety, działa, wiwatówki, moździerze, a z broni białej szable, miecze i halabardy; instrumenty muzyczne, materiał nutowy zawierający starą muzykę kościelną i świecką – oratoria, msze, arie. Warto też wspomnieć o kolekcji naczyń stołowych.

„Do momentu sekularyzacji zachowało się już niewiele z poprzedniego bogatego zestawu srebrnych naczyń i nakryć stołowych używanych przez opata, gdyż klasztor w drugiej połowie XVIII wieku zmuszony był do ratowania swoich finansów sprzedażą sreber i klejnotów. W skarbcu kościelnym znajdował się jednak jeszcze: 1 złoty kielich z pateną, 25 kielichów srebrnych z patenami, srebrne cyborium, 3 srebrne monstrancje (jedna wysadzana rubinami i kamieniami szlachetnymi), srebrny pastorał opatów, 2 srebrne krucyfiksy i wiele innych przedmiotów ze srebra oraz ogromna ilość starych szat liturgicznych: samych ornatów 171, 61 dalmatyk, 14 infuł, 17 pluwiali itd. Pałac opatów posiadał bogate i kosztowne umeblowanie; bogatą bibliotekę klasztorną i archiwum wywieziono do Wrocławia”.
(Konstanty Kalinowski)Złoty krajcar z GórzcaWiększość powyższych przedmiotów została wywieziona z Lubiąża ale część z nich pozostała do czasów II wojny światowej. W 1944 roku dolnośląski konserwator zabytków profesor Gunther Grundmann, będący odpowiedzialnym z ramienia Adolfa Hitlera, a dalej władz III Rzeszy za zabezpieczenie dzieł sztuki i zorganizowanie dla nich składnic, wydaje polecenie zdemontowania części cennego wyposażenia klasztornego kościoła (w obawie przed zbombardowaniem klasztoru) i przewiezienie go do składnicy zabytków zorganizowanej w kościele w Lubomierzu. Pozostała część została ukryta w kościelnej krypcie oraz innych częściach opactwa, a to co pozostało, zostało zniszczone przez wycofujących się Niemców i następnie przez wojska radzieckie, w związku z czym po wojnie nie pozostało już nic.

Źródła niemieckie z 1936 roku podają, że w okolicach lubiąskiego opactwa odnaleziono część „skarbu cystersów” ukrytego po 1806 roku w postaci 544 talarów oraz 1/2 i 1/3 talarówki. Co ciekawe właśnie w tym roku Lubiąż odwiedził Adolf Hitler.
Od 1981 roku poszukiwaniami skarbu w Lubiążu za sprawą generała Wojciecha Jaruzelskiego i generała Czesława Kiszczaka zajęli się funkcjonariusze MON i MSW. Jakie były prawdziwe efekty poszukiwań prowadzonych w latach 1981-1982? Chyba jeszcze długo się nie dowiemy lub nie dowiemy wcale. Wiadomo, że w metalowym naczyniu znalezionym w opackim ogrodzie znajdowało się 1353 złotych i srebrnych monet (oficjalnie), które ważyły ponad 6 kg! Wówczas wartość skarbu wyceniono (według katalogów numizmatycznych) na ponad 3,8 mln zł co stanowiło równowartość 61.400 $ (w latach 1982-1983).

Przypomnijmy jeszcze tylko, że początki lubiąskiego opactwa zaczynają się w 1163 roku za sprawą księcia Bolesława I Wysokiego, który ich tu sprowadził z saksońskiego Pforte. Dwunastu mnichów, którzy stanęli na wzgórzu nad Odrą zapoczątkowało rozwój, świetność oraz bogactwo nowego założenia, przyjmując w swe szeregi wyłącznie braci ziomków. Odchodząc daleko od surowej reguły „ora et labora”, członkowie wspólnoty założonej pod koniec XI wieku w Burgundii, stworzyli wielkie centrum gospodarcze i kulturalne, śląską perłę baroku bogactwem i przepychem płynącą. Wyróżniali się nie tyle pobożnością, ile zmysłem ekonomicznym – pierwsza na świecie korporacja finansowa, inżynierowie średniowiecza, przeżywający swój największy rozwój już w XIV wieku.

Wsie, folwarki, lasy, stawy hodowlane, browary i gorzelnie, a nawet kopalnie złota. Gospodarka wolnorynkowa z czasem przestawiona na system czynszowy zwiększający dochody (i to znacznie!), po produkcję na ogromną skalę żywności i handel. Prosperita w najlepszym tego słowa znaczeniu. Posiadacze „skarbów” w postaci relikwii świętych, mających większą wartość w owych czasach niż złoto i szlachetne kamienie – dłoni św. Stanisława, Wawrzyńca, Maurycego, a nawet głowy sześciu dziewic uznanych za święte, złożone w srebrnych kielichach, w tym głowę św. Jadwigi. Lubiąscy cystersi wyspecjalizowali się również w podrabianiu dokumentów i pieczęci, które do chwili obecnej zdobią podrobione oryginały. Kres sielance położył rok 1810, a mnichów w efekcie wypędzono.Kapliczka i schody prowadzące na szczyt GórzcaCzy właśnie dlatego grupa mnichów przeczuwając nadchodzącą przyszłość podjęła decyzję o ucieczce przed nieuchronnym losem wraz z kosztownościami, by chociażby w ten sposób zapewnić sobie spokojną egzystencję na lata? Gdzie zatem są ukryte zabrane przez braci z Lubiąża skarby i jaką rolę odegrała postać mnicha pozostałego na Górzcu jako pustelnik („strażnik” Ritter?). Czy czekają nadal na swojego odkrywcę w Mniszym Lesie na stokach Górzca, Dębnicy, a może Diabelskiej Góry? Teren wymienionych szczytów wydaje się być idealnym do ich ukrycia, na dodatek doskonale znany cystersom gdyż należał do nich od połowy XIII wieku. Naturalne zagłębienia, wychodnie skał, stare XVII-wieczne sztolnie.

Na szczycie Górzca górował niegdyś nad okolicą wybudowany z inicjatywy Henryka Brodatego w XIII wieku zamek otoczony suchą fosą, która istnieje do dziś. Można zakładać, że posiadał on podziemia. Na szczyt prowadzi Droga Kalwaryjska wybudowana w 1740 roku przez cystersów. Skarb może zalegać w niedalekim sąsiedztwie jednej z kapliczek, pod schodami wprowadzającymi na szczyt jak i pod kaplicą pielgrzymkową. Również stoki Diabelskiej Góry obfitują w wiele miejsc nadających się na skrytkę. Na koniec warto też pamiętać o grangi w Winnicy (i jej podziemiach), kościele w Słupie i legendarnym podziemnym przejściu do żarskiej kaplicy oraz wielu innych, nieistniejących dziś obiektach w tym rejonie.
1353 monety przypadkowo odnaleziono. Pozostała tajemnica zaginionego zbioru 700 monet konwentu. Skarb cystersów nadal spędza sen z oczu…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby epoki Napoleona

przez , 02.sty.2015, w Skarby

Kampania NapoleonaNa Moskwę!
Każdemu chyba znana jest postać Napoleona Bonapartego cesarza Francuzów, dlatego nie będę przytaczał tutaj jego życiorysu i dokonań, bowiem wszystkie informacje można znaleźć bez trudu w internecie. Ważniejsze dla nas ze „skarbowego” punktu widzenia są jego wyprawy, które jak każdy zakręt historii, sprzyjał powstawaniu skarbów.
Za swego panowania Napoleon prowadził liczne wojny i kampanie, jego wojska przemierzały całą Europę. Tam gdzie wojska Napoleona dotarły dochodziło zwykle (ówczesnym zwyczajem) raz na większą, innym razem na mniejszą skalę do łupienia przeciwnika i podbitych ziem. Niektórzy marszałkowie cesarza znani byli z zapobiegliwości w gromadzeniu dóbr na podbitych ziemiach.

Zwrotnym punktem w karierze Napoleona była słynna wyprawa na Rosję w 1812 roku. Brały w niej udział również polskie wojska Księstwa Warszawskiego. Cała wyprawa pomimo zdobycia Moskwy, zakończyła się klęską i Napoleon musiał wycofać się z Rosji. Trasa odwrotu wiodła przez ziemie Księstwa Warszawskiego, Prusy, Śląsk, a więc przez ziemie obecnej Polski. Jest to ważne o tyle, że teraz padnie kilka słów na temat skarbów związanych z działalnością żołnierzy napoleońskich na ziemiach polskich. Bez wątpienia największym co do objętości (a zarazem wartości) jest „prywatny” skarb Napoleona, pochodzący z łupów z wyprawy na Moskwę. Sam Napoleon interesował się bardzo dziełami sztuki i cennymi przedmiotami zgromadzonymi zwłaszcza w najstarszym i najbogatszym muzeum kremlowskim w Moskwie – otrzymywał na ten temat raporty od szpiegów.

Rosjanie jednak przed wkroczeniem Francuzów do stolicy zdołali je bezpiecznie ewakuować. Mimo to splądrowane miasto dało obfity łup – obrabowano między innymi mennicę z wielką ilością złota i srebra, łupem padły też moskiewskie cerkwie (podobno tylko z Soboru Uspieńskiego Francuzi zabrali 300 kg złota i 5 ton srebra). Rabunki na szeroką skalę czynione w Moskwie zasiliły również prywatny bagaż cesarza, stanowiąc jego osobistą zdobycz. Znajdowały się nim w złote przedmioty, mnóstwo cennych obrazów i dzieł sztuki, wymienia się także trzy złote trumny pochodzące z cerkwi moskiewskich, jak również wielki złoty krzyż z Kremla. W drugiej połowie października 1812 roku Francuzi stopniowo opuszczają Moskwę, wywożąc ogromne łupy.

Złoty łup cesarza
Stolicę Rosji opuściła także cesarska prywatna zdobycz rozmieszczona na wozach i pomimo pospiesznego odwrotu z Rosji, bezpiecznie dociera w okolice miejscowości Supraśl. Jeden z powozów zawierający złota trumnę wypełnioną złotymi monetami, zostaje skierowany do Supraśla, gdzie konwojenci w podziemiach pobazyliańskiego zespołu klasztornego skutecznie ukrywają cenny depozyt tak, że do dzisiaj nie natrafiono na jej ślad. Pozostała część „konwoju”, dla skrócenia drogi podejmuję marszrutę przez zamarznięte Jezioro Augustowskie Długie. Mniej więcej w połowie drogi, pod ciężarem przewożonego ładunku załamuje się lód i dwie karety z cenną zawartością toną w wodach jeziora. Nie muszę chyba dodawać, że również nie odnaleziono ich do dzisiaj.

Konwój skrzyń
W okolicach wsi Bojanowo niedaleko Gdyni, na przełomie XIX i XX wieku, jeden z okolicznych mieszkańców trudniący się wydobywaniem torfu, w trakcie eksploatacji przygotowanego uprzednio terenu, wydobył skrzynię zawierająca bliżej nieokreślone kamienie oraz kawałki metalu. Zniszczoną skrzynię, kamienie oraz żelastwo wyrzucił, zachowując jeden kawałek metalu kształtem przypominający ruszt do pieca, który zaniósł do domu. Metal przeleżał zapomniany w domu znalazcy kilka lat. Dopiero potem okazało się, że bezwartościowy z pozoru kawałek metalu w formie sztabki jest czystym złotem. Sztabka trafiła następnie do Muzeum Gdańskiego.
Zachowała się informacja pochodząca z ustnego przekazu, że w grzęzawiskach istniejących wówczas pomiędzy Bojanowem i Głodowem żołnierze napoleońscy zatopili konwojowane przez siebie skrzynie, lecz co do przyczyny takiego postępowania oraz zawartości i ich ilości brak jest informacji.SkarbyKasa pułkowa
W 1813 roku mała miejscowość Płakowice w powiecie lwóweckim na Dolnym Śląsku stała się areną starcia między Rosjanami i Francuzami. Dowodzący Francuzami generał Puthod zdając sobie sprawę z możliwości okrążenia przez Rosjan i Prusaków, przyjął bitwę, która zakończyła się jego klęską i zagładą całej dywizji. I tutaj na scenę wchodzi „skarbowy” trop. Otóż podobno przed bitwą w pobliżu miejscowego pałacu, w odległości 50 kroków od małego stawu i rosnącego tam krzewu zakopano resztki pułkowej kasy w okutej skrzyni, z której uprzednio wypłacono żołnierzom podwójny żołd. Druga wersja mówi o tym, że eskorta miała wywieźć kasę w kierunku Bielanki, gdzie miało dojść do częściowego rozdzielenia kasy pomiędzy eskortujących żołnierzy, a reszta została zakopana w lesie. Trzecia wersja wspomina, że kasę zakopano na wzgórzu Jaglarz 301 m n.p.m. lub Wietrznik 291 m n.p.m. Te same wzgórza są wymieniane jako miejsca zakopania kosztowności będących własnością jednego z generałów.

Inna informacja podaje, że kasa pułkowa strzeżona stale przez batalion piechoty Westfalskiej, została jeszcze przed bitwą zakopana w beczce na jednym z okolicznych bagnisk. Sprawa może być warta zastanowienia, bo podejmowano kilkakrotnie poszukiwania, ostatnie w 1925 roku. Ponadto dowódca wojsk rosyjskich w pobitewnym raporcie wśród zdobyczy nie wymienia kasy.
Z kolei mieszkańcy nieodległego Mojesza przekazywali sobie legendę z okresu wojen napoleońskich o tym, że w pobliżu wsi oddział Kozaków zdobył podobno transport złota bądź innych kosztowności ochraniany przez konwój francuski. Z uwagi na konieczność ucieczki Kozacy w pośpiechu ukryli w okolicach wsi drogocenny łup – nie odnalezione do dziś kasy wojenne, beczki ze złotem i nie tylko.

Gdzie?
Oto garść szczątkowych informacji dotyczących skarbów pozostawionych przez żołnierzy napoleońskich:
1. Wieś Parszywka (powiat Proszowice, woj. małopolskie) – wycofujący się żołnierze francuscy mieli na terenie wsi ukryć jakieś kosztowności. Brak dalszych informacji.
2. Wieś Solistówka (powiat Augustów, woj. podlaskie) – na łąkach niedaleko wsi miała zostać zakopana beczułka ze złotem przez żołnierzy napoleońskich.
3. Jezioro Sunowo (powiat Ełk) – na jeziorze usytuowane są dwie wyspy zwane Siedliskie Kępy, a przez ludność niemiecką nazywane Francozen Inseln (Francuskie Wyspy) – na ich terenie schronienie znaleźli maruderzy i chorzy żołnierze napoleońscy, którzy mieli tam zakopać swoje łupy.
4. Jezioro Tonka (powiat Lidzbark Warmiński) – w lutym 1807 roku żołnierze gwardii Napoleona rozłożyli się na nocleg na zamarzniętym jeziorze. W nocy pod wpływem ciepła ognisk lód załamał się i wielu żołnierzy utonęło. Najprawdopodobniej do wypadku doszło w północno-wschodniej części jeziora. Zapewne można by odnaleźć sporo z wyposażenia i majątku osobistego żołnierzy, tym bardziej, że jest to akwen zanikający (kurczące się jezioro).
5. Jezioro Kacapka (powiat Hrubieszów) – zgodnie z informacją, powracający żołnierze z kampanii rosyjskiej mieli w nim zatopić jakieś beczki. Niestety nie wiadomo co w nich było ale chodzą słuchy, że… skarby.
6. Kalisz – po przegranej bitwie w lutym 1813 roku wycofujące się wojska francuskie dokonały grabieży dworków i kościołów w Kaliszu. Łupy wieziono na wozach, z których jeden w czasie ucieczki zatonął na mokradłach w okolicach Skarszewa w rozlewiskach Swędrni, a według innej wersji w rzece Prośnie.
7. Jezioro Hańcza – w głębokich wodach tego akwenu napoleońscy żołnierze podczas ucieczki przed Kozakami mieli zatopić taczankę ze złotymi monetami.
8. Lniano (powiat Świecki, woj. kujawsko-pomorskie) – w okolicach starej lipy zwanej „Krzywą Lipą”, przy której miał odpoczywać cesarz Napoleon, z jego polecenia miała zostać zakopana kasa wojenna, która była zbyt ciężka (nieporęczna) do dalszego transportu.
9. Osiek (powiat Starogard Gdański, woj. pomorskie) – przez Jezioro Kałębie miał kiedyś prowadzić most, po którym przejeżdżał Napoleon podczas odwrotu spod Moskwy. Polecił wrzucić do jeziora skrzynię z pieniędzmi, która obciążała go podczas ucieczki.
10. Wiele (powiat Kościerski, woj. pomorskie) – miano w tej okolicy zakopać kasę wojenną, kiedy wojska francuskie pod naporem Rosjan wycofywały się. Wiele lat po wojnach napoleońskich kasy mieli szukać jacyś francuscy oficerowie jednak ich szkice odręczne nie były na tyle dokładne by ją odnaleźć.

Podsumowując
Jak sami widzicie mimo odległych już czasów od tych wydarzeń historycznych (ponad 200 lat), pamiątki po ludziach z tamtej epoki nadal są możliwe do znalezienia. Jeśli jednak szukamy skarbów to odwiedziny starych napoleońskich pobojowisk, jak na przykład te w okolicach Lidzbarka Warmińskiego (bitwa w czerwcu 1807 roku na zachód od miasta) nie jest najlepszym ku temu krokiem, gdzie można znaleźć zwykle destrukty broni, kule armatnie i resztki wyposażenia. Chociaż z drugiej strony, mieszkańcy Płakowic jeszcze przez wiele lat po bitwie znajdowali w rzece i jej pobliżu francuskie monety, złote epolety, zegarki, obrączki i duże ilości broni. I jeszcze jedna uwaga ogólna dotycząca wojen napoleońskich.

Nie tylko skarbów i skarbczyków pozostawionych przez żołnierzy cesarza należy spodziewać się ukrytych w różnych miejscach, zarówno regularnych jednostek, jak też maruderów, z których potrafiły się utworzyć kilkuset osobowego bandy rabujące wszystko dookoła. Ludność cywilna również miała coś do ukrycia – swój dorobek. Jak wynika z zapisów archiwalnych, ludzie nauczeni doświadczeniem, kupcy, urzędnicy, właściciele majątków wraz z informacją o nadchodzących armiach francuskiej i rosyjskiej oraz zbliżającej się wojnie w okolicach Lwówka Śląskiego, w pośpiechu ukrywali swój cenniejszy dobytek w okolicznych lasach, nie bardzo licząc na łagodne traktowanie ze strony zwycięzców, bowiem żołnierze obu armii dopuszczali się rabunków i grabieży. A przecież zdarzało się, że niejedna rodzina opuszczała okolicę i nie wracała bądź ginęła.

Okres wojen napoleońskich można chyba przyrównać do którejś z wojen światowych, z uwagi na ich zasięg. Przez kilkanaście lat jego podbojów i wypraw pożoga wojny zdołała dotrzeć do wszelkich zakątków Europy – od Kanału La Manche do Afryki (Egipt), od Hiszpanii i Portugalii do Rosji i dzisiejszej Chorwacji. Pamiętać też trzeba, że wszystkie te niespokojne czasy, gdy chwieją się podstawy ludzkiej egzystencji i stabilizacji, sprzyjają ukrywaniu dobytku zarówno przez bogatych, jak i biedniejszych ludzi. A głowę daje, że niejedno jeszcze ciekawe znalezisko pamiętające czasy Napoleona leży spokojnie w ziemi czekając na odkrywców – z pewnością także na terenach Polski.

Tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Trójgarb – zaginiony transport i inne tajemnice

przez , 14.lis.2014, w Skarby

Przedwojenny Trójgarb.Schronisko i wieża widokowaTrójgarb

Trójgarb (Sattewald) jest wyniosłym wzniesieniem górującym ponad 300 metrów nad okolicą, otoczony miejscowościami Stare Bogaczowice, Nowe Bogaczowice, Gostków, Jaczków, Witków, Jabłów, Lubomin i Struga, kilka kilometrów na północny-zachód od Wałbrzycha. Rozciągnięty stożek, o dość stromych zboczach porośniętych lasem iglastym, składa się z trzech wierzchołków (stąd nazwa) o wysokości 778, 757 i 738 m n.p.m. Krótko po II wojnie światowej nazywany był Potrójną. Partia szczytowa zbudowana jest z ryolitów – czerwonych porfirów (w karbonie górnym z głębi ziemi intrudowały kwaśne magmy), natomiast zbocza i podnóża ze skał osadowych powstałych w karbonie górnym (naprzemianległe warstwy) – zlepieńców, piaskowców i łupków, w których znajdują się pokłady węgla kamiennego. W okresie międzywojennym na Trójgarbie funkcjonowała gospoda i znajdowała się wieża widokowa.Masyw TrójgarbuNiewielki ślad

W miesięczniku „Odkrywca” Wojciech Stojak w artykule zatytułowanym „Dolnośląskie potpourri” przytacza treść listu, który w 2006 roku pod koniec działalności „Klubu Poszukiwaczy Skarbów” został przysłany do telewizji. Niepodpisany list wysłany został z miejscowości Nowe Bogaczowice. Oto treść listu: „Mając 10 lat w 1947 spotkałem dziewczynkę w wieku 13-14 lat, która była Niemką. Spotkałem ją we wsi Gostków u siostry. Byłem zdziwiony, kiedy owa Niemka odezwała się do mnie po polsku, okazało się że pochodziła z Górnego Śląska. Mieszkała u ciotki w Lubominie od 1943 r. a jej siostra u bauera w Gostkowie. Nosiła żywność z Gostkowa do Lubomina. W 1944 r. w sierpniu, wybrała się z Lubomina na grzyby, idąc w stronę góry >>Trójgarb<< od 4-go zabudowania w Lubominie od strony Jabłowa. W pewnym momencie zobaczyła, jak od Lubomina idzie polną drogą wojsko, więc się skryła. Za wojskiem jechał samochód osobowy i 2 ciężarowe. Ukryta obserwowała, co się będzie dziać, lasem poszła za nimi i zobaczyła, że samochody wjechały w >>Trójgarb<<, w tunel w górę od strony Lubomina. Zamknięto wrota zasypano ziemią i przez jakiś czas sadzono tam las świerkowy. Czekała aż do wieczora, kiedy wojsko odeszło żeby wrócić do domu. Nie wiem czy to jest prawda czy nie.” (zachowano oryginalną pisownię)Gospoda i wieża widokowa na szczycieTunel czy …

Zbocza masywu Trójgarbu nie obfitują w wielkie ilości wyrobisk i innych śladów dawnego górnictwa, jak w przypadku sąsiednich szczytów, na przykład Chełmca 851 m n.p.m. czy Krąglaka 692 m n.p.m., ale podnóża Trójgarbu nie są całkowicie ich pozbawione. Niektóre związane z dawnym górnictwem węgla kamiennego, niektóre z wydobyciem rud metali, inne to pozostałości sztolni odwadniających. Można też odnaleźć stary łom ryolitów (porfirów) wgryzający się w Trójgarb z małą infrastrukturą turystyczną w postaci palenisk i drewnianych ław. Brak jest jednak śladów i informacji o jakimkolwiek tunelu na jego zboczach. Czym miałby być ten „tunel”? Projektowanym, będącym w początkowej fazie prac tunelem kolejowym pod Trójgarbem, na wzór tego pod górą Wołowiec 776 m n.p.m. na południe od Wałbrzycha? Jakie miejscowości miałby on połączyć? Ten pod Wołowcem łączył Jedlinę Zdrój z Wałbrzychem i był „spec-przeznaczenia” dla pociągu Hitlera. Najbliższa linia kolejowa biegnie na południowy-zachód od Trójgarbu, z Marciszowa przez Sędzisław, Witków do Boguszowa-Gorce, a dalej do Wałbrzycha. Czy naziści mieli w planach „przecięcie” linią kolejową wnętrza Trójgarbu, by tym samym połączyć kwaterę Hitlera w zamku Książ – Furstenstein, ze stacją w Witkowie, a dalej z Kamienną Górą? Bo tylko takie założenie i rozwiązanie wydaje się być logicznym i uzasadnionym, wchodzącym w grę. Niestety nigdzie w materiałach źródłowych nie ma informacji o planach takiego tunelu, nie ma też jego śladów w terenie. Tak dobrze został zamaskowany? A może, 10-letnia wówczas dziewczynka, widziała wlot do sztolni, który jej małym oczom zarysował się jako tunel zamykany wrotami.Kamieniołom porfiru… sztolnia?

Wiosną 2011 roku grupa eksploratorów z SGE odnalazła na zachodnich zboczach bezimiennej góry (638 m n.p.m.) położonej na południowy-wschód od drogi łączącej wsie Jabłów i Lubomin a Lubominkiem (peryferyjna dzielnica Boguszowa-Gorce) sztolnię oraz pozostałości szybu. „Miejsce to wyglądało wręcz podręcznikowo, hałda porośnięta grubymi drzewami co wskazywało na sędziwy wiek wyrobiska, wartki wypływ wody ze sztolni i ledwo już odznaczające się na stoku zaklęśnięcie po zawalonym wylocie. Ponadto kilkaset metrów powyżej wylotu sztolni odnaleźliśmy ślady po sporym szybie a to może świadczyć, że jest to większy obiekt. Dodatkowo sprzyjający był również fakt, że sztolnia nie robiła wrażenia zawalonej a jedynie zasypanej podczas likwidacji (…)„. Całości prac eksploracyjnych prowadzonych przez SGE przytaczać tutaj nie będziemy. Po analizie dostępnych map górniczych i materiałów źródłowych okazało się, że jest to sztolnia należąca do kopalni „Emilie Anna”. Grupa przystąpiła do udrożnienia sztolni. Sztolnia okazała się być wypełniona wodą po sam strop. Pierwszej penetracji dokonał nurek jaskiniowy odkrywając kilkumetrowy, stosunkowo wąski chodnik z elementami drewnianej obudowy i podkładami torów, zakończony sporym obwałem. Następnym etapem było odwodnienie sztolni, które ukazało chodnik  szerokości 1 m i wysokości 2 m, o łukowatym stropie i śladach ręcznego urabiania o łącznej długości 43 m. Ciekawostką było odnalezienie na jednym z ociosów wykutej w skale daty – „1857″. Sztolnia, drążona w zlepieńcach i łupkach, w chwili obecnej na powrót jest niedostępna – otwór wejściowy został zawalony. Biorąc pod uwagę opis z listu tę sztolnię należy wykluczyć ze względu na jej lokalizację oraz wymiary – o ile długość byłaby odpowiednią by ukryć w niej samochód osobowy i dwie ciężarówki, o tyle szerokość definitywnie ją wyklucza.Sztolnia w LubominieInny wątek

Wiosna 1945 roku. Drogą z Jaczkowa do Gostkowa (na zachód od Trójgarbu) podąża transport ewakuujący dobra zdeponowane w majątku Hohenfriedberg… Tuż przy tej drodze, po prawej, za potokiem Cieklina nieopodal bezimiennej góry (526 m n.p.m.) znajdują się pozostałości starej kopalni w postaci dwóch szybów o średnicy około 3 metrów, oddalone od siebie o około 10 metrów. W jednym miejscu wygląda to tak, jakby zawalił się strop nad wejściem do sztolni, zawał będący wielkim, osuniętym na nie głazem. Kopalnia ta jest zaznaczona na mapie geologicznej E.Zimmermanna „Geologische Karte von Preussen und benachbarten deutschen Landern” Blatt Ruhbank, hrgs.1929. Nie leży ona na żadnym polu górniczym należącym do kopalni węgla kamiennego a najbliższa wysunięta od wschodu granica pola górniczego oddalona jest o około 1 km i pole to należało do kopalni węgla Kohlengrund.NYXJunkers Ju-52

W między czasie docierały różne inne informacje, jak na przykład ta, o rozbiciu się na stokach samolotu Junkers Ju-52, którego pozostałości odnajdywano. Pewien Niemiec, który był świadkiem tego zdarzenia, opowiedział tą historię wałbrzyszaninowi Krzysztofowi Kobusińskiemu.  Wiosną 1945 roku samolot transportowy Junkers Ju-52 lecący, z Festung Breslau dostał się w okolicach Trójgarbu w fatalne warunki atmosferyczne, we mgle pilot zboczył z kursu i uderzył w stok góry. Na pokładzie samolotu prócz załogi znajdowali się ranni niemieccy żołnierze. Katastrofę przeżyły wszystkie osoby znajdujące się na pokładzie. Wrak rozbitego samolotu pozostał na stoku z uwagi na problemy z jego usunięciem i dopiero po wojnie radzieccy żołnierze „zainteresowali” się nim wymontowując z niego części nadające się do użytku, reszta zaś trafić miała na złom. Pan Krzysztof wielokrotnie penetrował miejsce katastrofy odnajdując w ziemi różne elementy Ju-52. Samoloty te były wykorzystywane m.in. do ewakuacji rannych z Festung Breslau i dostarczania amunicji.Junkers Ju-52Na zakończenie

Lubomin to niewielka, spokojna, łańcuchowa wieś wzmiankowana już w 1305 roku, zlokalizowana w siodle pomiędzy masywami Trójgarbu i Chełmca. Pod koniec XVIII w. funkcjonowała tu niewielka kopalnia węgla „Friedrich Wilhelm”, zaś w okolicy (w różnych okresach) „Emilie Anna”, „David Zubebor”, „Erwunschte Zukunft”, a także kopalnie rud metali (w Jabłowie). Miejscowa ludność od najdawniejszych czasów znajdowała w nich zatrudnienie. Wątki nie pasujące do siebie zarówno datami jak i rejonami rozgrywania się wydarzeń. Relacja 10-letniej dziewczynki (w 1944 roku) i szczątkowa informacja o transporcie dóbr z majątku Hohenfriedberg. Brak „namacalnych” miejsc na stokach Trójgarbu wpasowujących się w temat. Brak informacji źródłowych o miejscach, które można by brać pod uwagę i rozważania. Ale czy na pewno…?Szczątki Ju-52 rozbitego na Trójgarbie (fot.ze zbiorów K.Kobusińskiego)Miejscowa ludność rozpytywana o tunel czy sztolnię na południowo-wschodnich zboczach Trójgarbu niestety nie potrafiła wskazać takiego obiektu. List do adresata nie był podpisany, wiadomo jedynie, że został wysłany z Nowych Bogaczowic zatem nawet dotarcie do osoby informującej wydaje się być niemożliwe. Od faktu uzyskania informacji przez 10-letniego chłopca do momentu jej „upublicznienia” minęło 60 lat. Czy nie zastąpił on sobie samoistnie luk w pamięci uzupełniając faktami jako dorosły już człowiek? Penetracje terenu za śladami tajemniczego tunelu zamykanego wrotami dały wynik negatywny. Pozostaje napisać, tak jak autor listu – nie wiadomo czy to jest prawda czy nie…

(źródła: „Dolnośląskie potpourri” W.Stojak /Odkrywca 12/2010/; „Odkrycie sztolni w Lubominku” Aust,SGE; „Katastrofa samolotu na Trójgarbie” A.Szałkowski)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi

przez , 03.paź.2014, w Skarby

MedalionyCelem tego artykułu jest pokazanie śladów świadczących o kulturze materialnej mieszkańców Pomorza przed 1945 rokiem, na podstawie odnalezionych (przed 2000 rokiem) skrytek tzw. „depozytów” ukrytych przez nich (patrz mapa). Pozostawili po sobie materialny ślad w postaci majątku ruchomego, z którego to możemy dowiedzieć się jak żyli i co było dla nich ważne. Przedmioty, jakie ukryli przedstawiają cały dorobek ich życia.
Można wyodrębnić trzy kategorie pozostawiania depozytów:
1. Dobra porzucane i ukrywane w czasie ucieczki
2. Mienie uznane za wartościowe pozostawione w skrytkach – w okresie od lata 1944 do zimy 1945 roku.
3. Przedmioty pozostawione przez Niemców, którzy zostali, a potem na podstawie ustaleń w Poczdamie zostali wysiedleni (przypis).

Ad 1. Dobra porzucane i ukrywane w czasie wędrówki …
W czasie ucieczki ludność zabierała z sobą prawie cały swój dobytek, który w czasie wędrówki stawał się zbyt uciążliwy i niebezpieczny. Po drodze porzucano rzeczy duże i ciężkie, a gdy była możliwość to próbowano schować przedmioty cenne lub uznane za obciążające (dokumenty, odznaczenia itp.). Po przez odpowiednią lekturę i oczywiście mapy można dokładnie poznać trasę uciekinierów. Przytoczę cytat: „ Nazwy, których nikt już nie wymienia” – Marion Donhoff, wydawca: Borussia 2001 rok, str. 37. „Między Bytowem a Kościerzyną jest miejsce, skąd rozpościera się widok na prostą drogę – trzy kilometry w przód i w tył. Na tych sześciu kilometrach ani kwadratowego metra pustej drogi, same wozy, konie, ludzie i udręka…” (podkreślenie moje). Polecam też artykuł (miesięcznik Odkrywca nr 2 – luty 2010) – „Odnaleziony depozyt biwakujących uciekinierów” – szczegóły w artykule.

Ad 2. Mienie uznane za wartościowe pozostawione w skrytkach – w okresie od lata 1944 do zimy 1945 roku …
Mając czas i możliwość przygotowania miejsca ukrycia cennych dla siebie rzeczy wielu mieszkańców ziem Pomorza (tam prowadziłem poszukiwania) wymyślała różne sposoby sporządzenia tzw. skrytek. Dokumenty, zdjęcia i czasami niewielkiej wartości kosztowności typu zegarki ręczne, pojedyncze obrączki lub pierścionki znajdowałem w domach schowane w piecach, na strychach, w piwnicach, w schowkach w ścianach. Kto i jak chował swój dobytek zależało od okoliczności np. czy i co miał do schowania, czas, jaki był do dyspozycji, położenia domu (na odludziu, w środku wsi), ukształtowania okolicy (znaki, punkty charakterystyczne), dostępne środki transportu. Tuż przed ewakuacją (mój poprzedni post – szczególnie archiwa mówiące o tym jak Niemcy wstrzymywali ewakuacje do ostatniej chwili) mieszkańcy nie mieli czasu na przygotowanie skrytek, była mroźna zima, dlatego też chowano w budynkach gospodarskich pod klepiskiem w chlewikach, drewutniach, szopach, stodołach a nawet w gnojownikach.

W tych miejscach znajdowane są: kanki, skrzynie z ziarnem, ubraniami, silnikami. Trafiają się tam także pługi, brony i inny drobny sprzęt rolniczy. Praktycznie obok każdego gospodarstwa były znajdowane skrytki.
Jak je sporządzano? Na to nie ma reguły. Najczęściej na skraju i w głębi lasu, na wzniesieniach, w wąwozach, obok starych dużych drzew, głazach narzutowych, na miedzach, skarpach i w najbliższej okolicy domu, w kącie ogrodu czy studni. Bywa, że skrytki były rozrzucone po całym sadzie, zakopane w bliskiej odległości od siebie 1-3 metrów. Nie spotkałem się z przypadkiem, żeby mieszkańcy ukrywali swój dobytek w jednym miejscu (dole). Dzielono dobytek na części mając nadzieję, że nie wszystko odkryje ewentualny poszukiwacz. W pobliżu zabudowań często znajdowane są weki, które zachowały się w doskonałym stanie. Zostały odnalezione w 2001 roku. Przeleżały w ziemi 56 – 57 lat. Kompoty, mięso, słonina po tak długim leżakowaniu w ziemi nadal nadawały się do spożycia.

Ad 3. Dobra pozostawione przez tych, którzy uniknęli wojennej ewakuacji, ucieczki …
Pozostało ich niewielu. Mieszkańcy którzy zostali nie mieli już czasu na przygotowanie porządnej skrytki. Nowi „sąsiedzi” („Przesiedlenie ludności polskiej z Kresów Wschodnich do Polski 1944-1947. Wybór dokumentów”, Warszawa: Neriton, 2000) patrzyli im już na ręce. Chowali rzeczy o wartości sentymentalnej. Pozostały po nich przede wszystkim dokumenty i zdjęcia zakopane w słoikach czy w zawiniątkach z płótna lub skóry. Wynoszone były w nocy i zakopywane najczęściej w głębi lasu.
W czasie wojny i krótko po wojnie szabrownicy poszukiwali głównie kosztowności a resztę niszczyli. Niestety również wiele lat po wojnie część tzw. ”poszukiwaczy” nie szanowała znalezisk i wiele przedmiotów świadczących o kulturze materialnej ludności przedwojennej bezpowrotnie i bezmyślnie zniszczyła. Przyczyną nie zawsze był stan prawny niepozwalający na poszukiwania skarbów zakopanych w ziemi. Często była nieświadomość wagi takich znalezisk. Świadom wartości odnajdywanych przedmiotów (ja po dość długim czasie), często walcząc ze swoją zachłannością, oddawałem część lub całość znaleziska do muzeum. Jednak po doświadczeniach, nie tylko opisanych w prasie (ale i osobistych) gdzie oddający do muzeum przypadkowe znalezisko został potraktowany jak przestępca i miał ogromne problemy, robiłem to anonimowo, nie podając miejsca i czasu znaleziska, tym samym bezpowrotnie tracąc możliwość opisania nie tylko tego miejsca, w którym znaleziono depozyt, ale i wyciągnięcia wniosków dotyczących ludzi, którzy tam mieszkali. Także nie dając możliwości opisania depozytów, jako zjawisko w całości.KufleTrzeba też wiedzieć jak poszukiwania wyglądają w naszym kraju pod względem prawnym. Najlepiej oddaje to artykuł, który ukazał się w gazecie „Rzeczpospolita” w dziale kultura, link –
http://www.rp.pl/artykul/212825,828584-Uczciwy-poszukiwacz-skarbu-nie-dostanie-nagrody.html
który mówi o:
- skarb musi trafić do muzeum…
- nie wolno samowolnie wykopywać starych rzeczy…
- chcesz poszukiwać skarbów, postaraj się o zezwolenie…
- przepisy dla uczciwych znalazców…
- na znaleźne poczekasz nawet 2 lata…
- skarby powinny należeć do znalazców…

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)
przypis autora: dalsze szczegóły w moich wpisach-komentarzach

przypis GeoExplorer: artykuł powstał jako kontynuacja i odpowiedź na publikację „Skarby zakopane-nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył ? ” część 1 i 2Mapa depozytów

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby zakopane – nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył? (2)

przez , 12.wrz.2014, w Skarby

imageZamiast konkretnej opowieści skarbowej, garść faktów, domysłów i spekulacji związanych z ukrywaniem i zabezpieczaniem różnego rodzaju majątku, zbiorów czy też prywatnego mienia. Żeby utrzymać się w „osi tematu” postanowiłem skorzystać z formuły kilku pytań, które pozwolą na pewne usystematyzowanie zagadnienia ukrywania skarbów. Na potrzeby tej dywagacji postaram się odpowiedzieć na następujące pytania: co, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego i na samym końcu – kto…?

Kiedy?
Na przestrzeni dziejów ludzie, najczęściej w chwili jakiegoś zagrożenia, ukrywali najcenniejsze dla nich przedmioty i dobra. Czytając jakieś opracowanie o skarbach natrafiłem na stwierdzenie, że niegdyś, aby coś ukryć wystarczyło to usunąć z publicznego widoku, z ludzkich oczu. Czy było coś prostszego? Dzisiaj, kiedy ludzie dysponują nowoczesną techniką i odpowiednimi urządzeniami ukrycie czegokolwiek nie jest już takie proste. A mimo to nadal nie jesteśmy w stanie zlokalizować, odnaleźć i odzyskać depozytów z czasów ostatniej wojny.
Tak więc do ukrywania przedmiotów dochodziło w okresie jakiegoś zagrożenia, które wyzwala w ludziach potrzebę minimalizacji strat, potrzebę podjęcia prób ocalenia jak największej części dorobku. Takie stanowisko odnosi się przede wszystkim do „prywatnym posiadaczy”, którzy starali się ocalić jak najwięcej „swojego”, ochronić choćby w części majątek stanowiący nie raz dorobek życia. Myślę, że to zrozumiała postawa, charakterystyczna dla osobników rodzaju ludzkiego, bez względu na narodowość i przynależność państwową.

W przypadku takich schowków ich powstawanie łączyło się z pośpiechem wobec nadciągającego zagrożenia. To zwykle niewielkie schowki, najczęściej lokalizowane w ziemi, na terenie posesji bądź niewielkiej odległości od niej, z depozytem w jakimś metalowym pojemniku np. kance po mleku, skrzyni, albo też niewielki schowek w murach budynków mieszkalnych bądź gospodarczych.
Powstawały również schowki budowane bądź przystosowywane z odpowiednim wyprzedzeniem. I znowu na pierwszy plan ciśnie się przykład działalności Grundmanna. Ale nie tylko on. Takie działania można przypisać większości instytucji upadającego państwa, które ukrywały swoje zasoby, archiwalia. Także bogatsi właściciele próbowali w sposób zorganizowany, nieprzypadkowy, zabezpieczyć posiadane dobra, tyle, że posiadali ku temu większe środki niż zwykli ludzie, którzy musieli polegać na własnych umiejętnościach.

Jak i czym?
Zasadniczo w rachubę wchodziło to czym kto dysponował. Ludzie, których depozyty były skromne pod względem objętości i wartości, nie potrzebowali większych sił i środków do ich ukrycia. Wystarczała siła własnych rąk oraz proste narzędzia, żeby swój skromny skarb bezpiecznie ukryć w ścianie budynku, zakopać w lesie albo we własnoręcznie wykonanej ziemiance.
Większe depozyty wymagały dużo większych sił i środków. Cenne pod względem materialnym albo innym przedmioty i materiały transportowane były często w uzbrojonej ochronie wojska albo SS. Do załadunku i rozładunku wykorzystywani bywali więźniowie, których życie nie było wiele warte dla władz niemieckich i których niejednokrotnie rozstrzeliwano. Takie bezlitosne pozbywanie się świadków nie stanowiło odosobnionych przypadków, nawet czasem ochrona konwoju padała ofiarą takiej zbrodniczej formy zabezpieczenia tajemnicy transportu. Przykładem jest informacja pochodząca z Leśnej, gdzie po wjechaniu konwoju ciężarówek do sztolni odstrzelono wjazd, zasypując wejście i jednocześnie grzebiąc zarówno ładunek na samochodach jak i konwojujących ją żołnierzy.

Jak wynika z tego ostatniego przykładu do odpowiednich prac zabezpieczających używano także materiałów wybuchowych. Miały na celu zamaskowanie wejść do podziemi, sztolni, kopalń bądź przykrycie schowka warstwą skał (przykład z wypowiedzi Klosego) albo innym materiałem – tu można podać przykład złożenia skrzyń w schowku (lochu), a następnie zawalenia fragmentu muru w zamku w Zagórzu Śląskim koło Wałbrzycha jak to opisuje w swoim liście von Schreck (lub Schreckt). Z tego ostatniego przykładu wysuwa się jeszcze jeden wątek.

Mianowicie niektóre schowki i depozyty zabezpieczone były minersko ładunkami wybuchowymi. Von Schreck podaje, że loch, w którym złożono skrzynie zabezpieczono został „przemyślnie zaminowany”, a w drugim przypadku niewielki depozyt złożony w podziemiach kościoła w trumnie zabezpieczony niewielkim ładunkiem wybuchowym. Jednak zabezpieczenia saperskiego należałoby się spodziewać w większości przypadków depozytów, zwłaszcza tych wartościowych, ukrywanych przy pomocy wojska. Nieumiejętna próba neutralizacji bądź obejścia zabezpieczenia miała spowodować detonację czyli odstraszenie ewentualnych chętnych na zagarnięcie depozytu. W taki sposób zakończyła się próba dostania do schowka zlokalizowanego przez Rosjan w Wałbrzychu – próba wejścia do sztolni zakończyła się detonacją ładunków i stratami w ludziach, co spowodowało, że Rosjanie odstąpili od dalszej penetracji i zasypali wejście do sztolni.monetyKto?
Po prześledzeniu tych wszystkich informacji można bardzo ogólnikowo odpowiedzieć, że ukrycia dokonywał każdy kto miał coś cennego, a chciał uchronić przed utratą.
Byli to zwykli mieszkańcy, pospolici obywatele, którzy nie mogli zabrać ze sobą całego mienia uciekając przed frontem i licząc na powrót do domu po ustaniu działań wojennych. Stąd ich skarbczyki zwykle nie zawierały drogocennych metali, dzieł sztuki, diamentów itd., a raczej przedmioty codziennego użytku.
Byli to również ludzie bogaci, którzy mieli świadomość, że zabranie ze sobą cennych przedmiotów w ryzykowną ucieczkę naraża na ich utratę więc lepszą alternatywą dla nich wydawało się ukrycie na miejscu, w specjalnie przygotowanych schowkach, ewentualne powierzenie opieki nad miejscem zaufanym ludziom.

Byli też przedstawiciele władz rozpadającej się Rzeszy, którzy ukrywali to co resort uważał za cenne i nie chciał by wpadło w ręce zwycięzców – obojętnie którego. Mogły to być maszyny i urządzenia, materiały strategiczne. Mogły to być archiwa, których zawartością były zainteresowane państwa zwycięskie, dokumentacja techniczna, zwłaszcza projektów broni, ale też dane wywiadowcze, listy agentów oraz wiele innych informacji. I oczywiście, to co rozpala wyobraźnię poszukiwaczy – kosztowności, bogactwa, metale szlachetne i dzieła sztuki czyli skarby!
Mam nadzieję, że chociaż w drobnej części zdołałem wzbudzić w czytelnikach zainteresowanie tematyką skarbową. Posiadam również świadomość, że niniejszy tekst nie wyczerpuje choćby w części tematu. O wielu aspektach ukrywania depozytów i organizowania schowków nie wspomniałem, a przykłady różnych form i miejsc można by mnożyć. To raczej zasygnalizowanie tematu, które mam nadzieję, uruchomi komentarze i dyskusję ze strony czytelników.

tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

(opracowano przy wykorzystaniu: „Niezwykłe tajemnice zaginionych skarbów” Reinhold Ostler; „Skarby Śląska” Robert Primek, Maciej Szczerepa, Wojciech Szczerepa; „Tajemnice ukrytych skarbów” Joanna Lamparska; „Skarby, poszukiwania i poszukiwacze”, „Leksykon skarbów polskich”, „Poszukiwania skarbów ukrytych w Polsce” Włodzimierz Antkowiak; „Nie odkryte skarby na terenie Polski” Lech Zatorowski; „Milczące ślady” Leszek Adamczewski; „Tańcząc na wulkanie” Anna Sukmanowska, Stanisław Stolarczyk; „Ukryte skarby – niezwykłe losy dzieł sztuki na Dolnym Śląsku w latach 1942-1950″ Bogusław Wróbel; „Poręba – schowek pod drogą” Marek Chromicz, Nowiny Jeleniogórskie nr 46 z 13-19.11.2001 r.)

Uzupełnienie:

W załączeniu mapa i zestawienie nadesłane przez czytelnika (Gawanta) odkrytych przez niego depozytów . Dziękujemy.Mapa depozytówZestawienie ilościowe i procentowe przedmiotów stanowiących zawartość 256 odkrytych depozytów:

Narzędzia rzemieślnicze:                ilość 56,   udział procentowy 11,00
Sprzęt gospodarstwa domowego:  ilość 121,  udział procentowy  23,77
Maszyny i sprzęt rolniczy:              ilość 40,   udział procentowy 7,86
Odzież, pościel itp. :                      ilość 240,  udział procentowy 47,15
Żywność i napoje:                          ilość 4,     udział procentowy 0,79
Kosztowności:                                ilość 2,     udział procentowy 0,39
Dokumenty i zdjęcia:                     ilość 6,     udział procentowy 1,18
Broń:                                              ilość 8,     udział procentowy 1,57
Paliwa itp.:                                     ilość 32,   udział procentowy 6,29
Razem                                            ilość 509,  udział procentowy 100,00

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , więcej...

Skarby zakopane – nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył? (1)

przez , 05.wrz.2014, w Skarby

imageZamiast konkretnej opowieści skarbowej, garść faktów, domysłów i spekulacji związanych z ukrywaniem i zabezpieczaniem różnego rodzaju majątku, zbiorów czy też prywatnego mienia. Żeby utrzymać się w „osi tematu” postanowiłem skorzystać z formuły kilku pytań, które pozwolą na pewne usystematyzowanie zagadnienia ukrywania skarbów. Na potrzeby tej dywagacji postaram się odpowiedzieć na następujące pytania: co, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego i na samym końcu – kto…?

Ze wszystkich wydarzeń historycznych, w których dochodziło do ukrywania skarbów – w szerokim rozumieniu tego słowa – najbardziej na wyobraźnię osób zajmujących się tą tematyką działa okres II wojny światowej. Przyczynia się do tego zapewne skala dokonywanych rabunków przez służby III Rzeszy, rozmiary konfliktu, a także mnogość relacji dotyczących ukrywania i deponowania różnego rodzaju cennych przedmiotów i wartościowych zbiorów np. archiwaliów, bibliotek, zbiorów sztuki. Ponieważ zainteresowanie czytelników ogranicza się najczęściej do terenów Polski, siłą rzeczy przy podawaniu ewentualnych przykładów postaram się ograniczyć do jej granic, chociaż oczywistym jest, że sposób postępowania mógł być podobny w całej Europie.

Pomijam całkowicie kwestię zagubionych przedmiotów, których utrata była najczęściej wynikiem pechowego zbiegu okoliczności dla posiadaczy, którzy nieświadomie bądź wbrew zamierzeniom tracili dany przedmiot – no cóż, pech. Jako definicję ukrycia (skarbu) przyjmijmy celowe działanie posiadacza zmierzające do przechowania (zabezpieczenia) depozytu w stanie nienaruszonym na nieokreślony okres czasu do momentu ponownego objęcia go w posiadanie i swobodnym dysponowaniem nim.

Co?
Ludzie ukrywali to co stanowiło dla nich jakąkolwiek wartość. Nie tylko złote monety, sztabki, biżuterię. Zdarzało się przecież i jest na to sporo dowodów, że ukrywano również przedmioty codziennego użytku lub wyposażenie gospodarstw domowych. Motocykle, rowery, maszyny do szycia, zastawę stołową i sztućce, obrusy, firanki czy ubrania – przedmioty takie mające wymierną wartość dla właścicieli, a których nie można było zabrać ze sobą albo należało je uchronić przed zrabowaniem, ukrywane były w przygotowanych uprzednio miejscach. Z takiego założenia wychodzili bodaj niemieccy mieszkańcy Dolnego Śląska opuszczający swoje rodzinne strony w ucieczce przed nadciągającym frontem w nadziei, że wrócą tu jeszcze w bardziej sprzyjających okolicznościach i odbiorą co swoje. Bądź też takie zabezpieczenie ich mienia pozwalało spokojniej patrzeć w przyszłość i dawało nadzieję na doczekanie spokojniejszych czasów, kiedy przybyli Polacy i Rosjanie się uspokoją lub wyniosą. Takie schowki zapewne zlokalizowane były w każdej miejscowości.

Chyba jednak najbardziej wymownym przykładem czego dotyczył proces ukrywania dóbr świadczy działalność dolnośląskiego konserwatora zabytków Günthera Grundmanna. Początkowo, jak się wydaje, jego działalność zmierza do zabezpieczenia zgromadzonych dzieł sztuki i rozlokowania w bezpiecznych miejscach, a następnie rzeczywiście następuje ich ukrywanie. Jest tego bez liku – zbiory sztuki, rzemiosła, zasoby lokalnych muzeów, archiwalia i zbiory biblioteczne. Podobna działalność, ale już na własną rękę, prowadziła zapewne większość Niemców posiadających na Dolnym Śląsku posiadłości i majątki. Dla przykładu wspomnę jedynie właściciela zamku Czocha – Ernesta Gütschowa, który w specjalnym pancernym pokoju ukrył sporą ilość dóbr materialnych w postaci przedmiotów o wartości historycznej i materialnej, w tym cenne ikony prawosławne, którego zawartość opróżniono z zamiarem wywiezienia ich do amerykańskiej strefy okupacyjnej.

Dochodziło również do ukrywania prawdziwych skarbów – zasobów złota ze skarbców bankowych, depozyty ludności cywilnej w postaci biżuterii oraz walorów walutowych. O takim wątku opowiada historia niejakiego Herberta Klosego, oficera Policji, jak sam uparcie twierdził, który uczestniczył najpierw w typowaniu odpowiednich miejsc, a następnie w ochronie transportów do miejsc ukrycia. Ale najbardziej znanym miejscem ukrycia tych prawdziwych skarbów i na dodatek odnalezionym przez aliantów, jest bez wątpienia kopalnia Merkers, gdzie naziści złożyli pod ziemią ogromne ilości pieniędzy w różnych walutach, złoto i inne cenne metale w sztabkach, numizmaty oraz dzieła sztuki.prof Gunther GrundmannGdzie?
Chyba największym wzięciem cieszyła się metoda polegająca na ukryciu dóbr w ziemi czyli zakopaniu ich. Można przyjąć, że w ten sposób powstało mnóstwo przydomowych skarbczyków, w których właściciele deponowali swoje dobra.
Nieodmiennie, ludzie ukrywali swoje dobra również w miejscach swojego zamieszkania czyli w budynkach mieszkalnych i gospodarczych. Zwykle dokonywano zamurowań niewielkich skrytek w murach budynków, czasem ukrywano rzeczy pod podłogami. Innym razem w niedalekiej odległości od miejsca zamieszkania, w sobie znanym miejscu. Dla autochtonów wybór charakterystycznych miejsc nadających się na skrytkę, a jednocześnie dla obcych sprawiających wrażenie nieciekawych bądź przeciętnych nie jest był problemem. Ponadto wybór takiego miejsca zwykle wiązał się z możliwością stałego, a zarazem w miarę dyskretnego, nie wzbudzającego podejrzeń dostępu.

Niekiedy właściciele depozytów pozostawiali zaufanym instrukcje pozwalające zlokalizować schowek. W takich przypadkach, aby zapewnić sobie możliwość odnalezienia ukrytych dóbr, nieodzownym jest korzystanie ze znaków terenowych w postaci charakterystycznych skał, głazów, drzew, innych obiektów jak choćby kapliczki, które usytuowane były w danych miejscach od bardzo dawna, czasem „od zawsze” i oczywiście istniała bardzo mała szansa, że w najbliższej przyszłości ten stan rzeczy ulegnie zmianie. Położenie skrytki lokalizowano zwykle na zasadzie: „20 kroków od skały w kształcie grzyba w stronę potoku, wzniesienia, młyna…” itd. W taki sposób między innymi podawano lokalizację schowka na słynnej już Wyspie Kokosowej, do której prowadzi „ścieżka” wiodąca przez kilka charakterystycznych punktów orientacyjnych w terenie. Jednak była ona (i jest) na tyle nieścisła z różnych powodów, że do dzisiaj nie odnaleziono zgromadzonych tam skarbów.

A z „naszego” podwórka, w ten sposób najprawdopodobniej był zlokalizowany schowek w miejscowości Wetyn, poszukiwany przez Rosjan dysponujących planem, na którym punktem orientacyjnym mogła być lipa, wcześniej wycięta przez polskich osadników, o czym zresztą nie śmieli poinformować sowieckich żołnierzy.
Dość ciekawą informacją, można powiedzieć – pomysłową jeśli chodzi o wykonanie, a jednocześnie prostą i skuteczną, jest informacja o sporządzeniu zbiorowego schowka przez mieszkańców przed opuszczeniem miejscowości Lasocice w 1945 roku – mianowicie, chcąc zabezpieczyć swoje mienie, którego zabrać nie mogli, wykopali dół na drodze, odpowiednio go zabezpieczając, a po złożeniu depozytu, schowek zamknięto, na wierzchu zaś układając bruk i przywracając stan poprzedni drogi. Prawda, że pomysłowe?

I jeszcze kolejny przykład – jako ciekawostkę można podać przykład ukrywania mienia w specjalnych ziemiankach zbudowanych (podobno mnóstwo) w lasach wokół miejscowości Poręba koło Bolkowa. Schowki takie miały dać zabezpieczenie na kilka tygodni,  dobrze zamaskowane bez odrobiny szczęścia, były nie do namierzenia. Informacje te wiążą się z celowymi wysiłkami przedstawicieli pewnych urzędów Rzeszy wobec braku możliwości wywiezienia  mienia w bezpieczniejsze rejony w ostatnim okresie II wojny światowej.
Na podobnej zasadzie ale lepiej zabezpieczone przed wpływem czynników zewnętrznych są przykłady wybudowania specjalnych bunkrów. Pierwszy przykład to sporych rozmiarów bunkier wybudowany pod nadzorem SS w miejscowości Przesieka niedaleko Jeleniej Góry, którego lokalizację wskazała pewna Niemka Polakowi w rewanżu za przekazanie dla niej i jej dzieci żywności. Bunkier ten od czasów wojny prawdopodobnie nie naruszony, spoczywa pod niewielką warstwą ziemi do dziś.

Drugi przykład pochodzi z terenów położonych niedaleko miejscowości Stegna przy Mierzei Wiślanej. Tam z kolei, więźniowie najprawdopodobniej z pobliskiego obozu Stutthof, pod nadzorem SS wybudowali w zalesionym terenie kilka niewielkich bunkrów ulokowanych w rozkopanych pagórkach, które po złożeniu zawartości w postaci skrzyń zamykano a następnie zasypywano ziemią i maskowano poprzez obsadzenie roślinnością i krzewami. I jeszcze pozostając przy tematyce bunkrów można wspomnieć o bunkrze o dużej kubaturze zlokalizowanym pod Stadionem Olimpijskim we Wrocławiu, którego poszukiwania nie dały efektu.
Podobną do ukrywania w ziemi jest metoda wykorzystywania kopalnianych wyrobisk, szybów górniczych, niekoniecznie starych i opuszczonych oraz sztolni i jaskiń. Dolny Śląsk posiadający liczne sztolnie i wyrobiska górnicze, zgodnie z licznymi przekazami, był obszarem, gdzie ten sposób ukrycia stosowany był bardzo często.

Chyba najbardziej znana akcja, a jednocześnie największe znalezisko łączy się ze wspomnianą wcześniej kopalnią Merkers. To tam Alianci znaleźli głęboko pod ziemią ogromne zasoby waluty, kruszcu, kosztowności i dzieł sztuki, ukrytych w wielkim pośpiechu przez służby upadającej III Rzeszy. I chyba właśnie pośpiechem należy wytłumaczyć, iż do kopalni trafiły takie dzieła sztuki jak obrazy, którym mikroklimat tam występujący zdecydowanie nie mógł służyć i narażał je na uszkodzenie. Taką nonszalancją w podejściu do zabezpieczenia mienia w kopalniach i sztolniach we wcześniejszym etapie władze niemieckie nie wykazywały się. Zdecydowanie uwzględniały okoliczności mające wpływ na właściwe zabezpieczenie ukrywanego mienia i nie upychały łatwo mogących ulec uszkodzeniu przedmiotów w miejscach, w których mogło by to je spotkać. Wręcz dbano nawet o odpowiednie rozproszenie zbiorów na wypadek częściowego ich zniszczenia. Natomiast to na co warunki fizyczne miały niewielki wpływ bez pardonu mogło być spokojnie zakopane w ziemi. O takim podejściu wspomina również osławiony Klose, który podawał: „Mianowicie saperzy wywiercili dziury w pochyłej skale, zostały tam załadowane skrzynie i następnie kawałek ściany został zerwany”.

Jednak najwięcej przekazów i informacji pochodzi o ukryciach w pałacach i zamkach, zwłaszcza na Dolnym Śląsku. Kultowym zagadnieniem jest tu akcja ukrywania zabytków i zbiorów dokonana przez konserwatora prowincji dolnośląskiej dr Grundmanna. Odszyfrowana lista składnic jest dobrze znana, jak również w większości przypadków los złożonych tam depozytów. Chociaż wykluczyć nie można, że w kilku przypadkach raz złożone tam przedmioty zostały ponownie przeniesione w inne miejsca i ukryte, bo przecież komisja rewindykacyjna stwierdziła opustoszenie części składnic, czego nie da się zrzucić w całości na karb rabunków Armii Czerwonej. Poza tym, przypuszcza się, że lista Grundmanna jest niepełna, a dokładniej lista zawiera jedynie część  miejsc, w których zlokalizowano składnice. Bo są na niej miejsca wytypowane przez konserwatora zabytków do lata 1944 roku, a przecież Grundmann działał nadal niemal do nadejścia wojsk radzieckich.

Wspominałem już o zamku Czocha i jego ukrytym pokoju ze skarbami. To kolejny ujawniony i niestety rozgrabiony skarb, którego losów nie udało się w pełni wyjaśnić. Jeśli chodzi o zamki to nie wypada wspomnieć o zamku Książ z jego rozbudowanymi podziemiami, w których pod koniec wojny coś ukryto, a jak twierdzą kategorycznie świadkowie, układ korytarzy i hal nie zgadza się z tym co zapamiętali – stwierdzali brak pewnych pomieszczeń.
Zresztą można przyjąć, że w większości zamków i pałaców Dolnego Śląska właściciele i zarządcy podejmowali podobne akcje zmierzające do ukrycia określonych dóbr, czasem w piwnicach i podziemiach, czasem w parkach, a czasem, jak w Warmątowicach w przypałacowej fosie, gdzie zatopiono bogatą kolekcję monet i medali, z której resztki odzyskano po wojnie spuszczając z niej wodę.

Przedstawione powyżej przykłady na pewno nie wyczerpują tematu możliwych lokalizacji schowków. Możliwości takie ograniczała zapewne tylko pomysłowość organizatorów. Nie wspomniałem o wielu innych znanych, czy wręcz osławionych miejscach. Wykorzystywano niemal wszystko co dawało rękojmię skutecznego ukrycia. Organizowano schowki w grobowcach i na cmentarzach, wykorzystywano kapliczki albo – jak się wydaje na przykładzie Cieplic koło Jeleniej Góry oraz Łańska, przy oznaczaniu lokalizacji schowka prawdopodobnie skorzystano z obsadzenia charakterystycznymi drzewami, nie występujących naturalnie na danym terenie.

tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

(opracowano przy wykorzystaniu: „Niezwykłe tajemnice zaginionych skarbów” Reinhold Ostler; „Skarby Śląska” Robert Primek, Maciej Szczerepa, Wojciech Szczerepa; „Tajemnice ukrytych skarbów” Joanna Lamparska; „Skarby, poszukiwania i poszukiwacze”, „Leksykon skarbów polskich”, „Poszukiwania skarbów ukrytych w Polsce” Włodzimierz Antkowiak; „Nie odkryte skarby na terenie Polski” Lech Zatorowski; „Milczące ślady” Leszek Adamczewski; „Tańcząc na wulkanie” Anna Sukmanowska, Stanisław Stolarczyk; „Ukryte skarby – niezwykłe losy dzieł sztuki na Dolnym Śląsku w latach 1942-1950″ Bogusław Wróbel; „Poręba – schowek pod drogą” Marek Chromicz, Nowiny Jeleniogórskie nr 46 z 13-19.11.2001 r.)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Tajemnice „Złotego Lasu”

przez , 11.lip.2014, w Skarby

TZL1Jest styczeń 1945 roku. Niemiec Otto Bergman ze wsi Hockenau (Czaple) udaje się przez Pilgramsdorfer Forst (obecnie część Złotoryjskiego Lasu) do swojej siostry w Harpersdorf (Twardocice). Są to ostanie dni, w których zamieszkująca na tych terenach ludność niemiecka szykuje się do ucieczki w głąb Rzeszy przed nadciągającymi wojskami Armii Czerwonej. Znalazłszy się w pobliżu wzgórza LangeBerg (Długotka 291 m n.p.m.) słyszy huk silnika nadjeżdżającego polną drogą samochodu. Zatrzymuje się i kryje za drzewem. Z mijającej niewielkiej ciężarówki dostrzega go żołnierz niemiecki. Ciężarówka zatrzymuje się. Otto wystraszony ucieka w głąb lasu. Żołnierz wyskakuje z ciężarówki i posyła w jego kierunku serię z karabinu maszynowego. Bergman w pewnym momencie czuje potworny ból i gorąco rozchodzące się po jego ciele – jedna z kul dosięgła jego barku.

Mimo odniesionej rany biegnie w panice na oślep przed siebie jeszcze przez kilkadziesiąt metrów, brnąc ostatkiem sił przez zalegający śnieg, po czym wpada w jakiś dół i traci przytomność na kilka minut. Gdy odzyskuje świadomość ostrożnie wychyla się z wykrotu, z przerażeniem obserwując teren. Widzi grupę kilku niemieckich żołnierzy przenoszących jakieś niewielkie skrzynie z ciężarówki w kierunku leśnej studni, które opuszczają do wnętrza. Po chwili dają mu się słyszeć strzały, a chwilę potem głuchy huk, po czym żołnierze wsiadają do samochodu, a ten zawraca w kierunku drogi Złotoryja – Lwówek Śląski. Otto ranny i ostatkiem sił wraca do swojego domu. W nim tygodniami dochodzi do siebie. Sam nie wie dlaczego wtedy nie zginał, dlaczego niemiecki żołnierz go nie dobił. Być może był przekonany o celności swoich strzałów, być może uznał, że szkoda tracić czas na tropienie przypadkowego świadka transportu, który przecież samej akcji ukrycia skrzyń już nie widział.TZL2Otto przeżył. Nie wyjechał jak jego siostra z rodziną i większość Niemców w głąb Rzeszy. Postanowił zostać na ojcowiźnie. Po wojnie do Czapli zawitali przesiedleńcy z kresów wschodnich. Jego dom został „przydzielony” rodzinie Władysława Zychlewicza. Nie byli złymi ludźmi pałającymi nienawiścią do ludności niemieckiej, uprzedzonymi do niego. Rozumieli los przymusowo wypędzonych z tych ziem Niemców – oni przecież też zostali przymusowo przesiedleni, rozumieli przywiązanie i miłość Otta do ziemi ojca. Z upływem czasu zaprzyjaźnili się na tyle, że traktowali go jak członka rodziny, jak wujka. Bergman wyjechał do Niemiec, do siostry dopiero pod koniec lat 50-tych i tam po paru latach zmarł.

Opowiedział jednak kiedyś Władysławowi Zychlewiczowi swoją przygodę w Złotoryjskim Lesie, o niemieckiej ciężarówce, która wjechała w las, o żołnierzach ukrywających jakieś skrzynie w studni. Studni, która tkwiła samotnie przez wieki w lesie i nigdy nie była studnią z prawdziwego zdarzenia, bo… nie było w niej wody!Otto nazywał ją „Ahnbrunnen”. Władysław kiedyś powtórzył zasłyszaną od Niemca historię swojemu synowi Zygmuntowi. Władysław zmarł, a Zygmunt wraz z rodziną wyprowadził się na Pomorze. W Czaplach pozostali inni członkowie rodziny Władysława nie znający tej historii. Zygmunt zaś opowiedział o tych wydarzeniach swojemu synowi Grzegorzowi i dlatego teraz, za jego sprawą, ujrzała ona światło dzienne.TZL3Jak zapewnia pan Grzegorz, historia ta nie jest żadną miejscową legendą jakich istnieje wiele, podobnych, krążących w wielu miejscach na Dolnym Śląsku. Ani Otto, ani Władysław i Zygmunt nikomu więcej o niej nie opowiadali. Co wiadomo na temat Złotoryjskiego Lasu nazywanego też błędnie Złotym Lasem? Otóż las stał się własnością Złotoryi w 1393 roku (stąd nazwa – Goldberger Forst). Przez leżący w jego centrum dzisiejszy przysiółek Czapli – Choiniec (Hainwald), w średniowieczu przebiegała uczęszczana przez kupców i pielgrzymów droga ze Złotoryi do Lwówka Śląskiego (obecnie droga krajowa nr.364). Istniało tutaj kilka zajazdów i kościół po którym w chwili obecnej nie ma żadnego śladu. W XIV wieku Złotoryjski Las zmienia nazwę na potoczną – „Złoty Las”, a to za sprawą odkrytych tu pokładów złotonośnych żwirów.

Od tego momentu staje się on średniowiecznym obszarem górnictwa złota. W chwili obecnej zachowało się niewiele śladów na powierzchni po ówczesnej „gorączce złota”, gdyż sztolnie i szyby drążone były w warstwach żwirów złotonośnych posiadając znikomą obudowę drewnianą, a opuszczone szybko ulegały zawaleniu. Pozostałe odkrywki polegały na drążeniu jam, ponieważ złotonośny żwir zalegał niezbyt głęboko, a wewnątrz nich pozostawiano dla bezpieczeństwa górników filary. Właśnie dzięki tym filarom dziś można jeszcze zidentyfikować w terenie kilka miejsc po wydobyciu oraz przebieg chodników, ponieważ teren wokół nich zapadł się. Odnajdywane do dziś jamy nie są typowymi sztolniami, a wybraniami w czwartorzędowych żwirach o głębokości paru metrów.TZL4Pewien zapis mówi o przypadku zapadnięcia się starego szybu na polu złotonośnym koło nieodległej wsi Chmielno w 1825 r. (około 9 km na północny-zachód od Złotoryjskiego Lasu). W tym samym roku, w sierpniu, miało mieć miejsce podobne zdarzenie na dawnym złotonośnym polu górniczym pomiędzy miejscowościami Bielanka a Dworek, około 5 km na zachód od Złotoryjskiego Lasu. Wówczas to niejaki Bergemann, będący inspektorem leśnym, odkrył tam głęboki na około 170 cm szybik prowadzący do sztolni. Ponieważ wzbudził on jego zainteresowanie, po usunięciu przeszkód wszedł do sztolni znajdując w niej tkwiące w zawalisku żwirowym szyny kolejki.

Ponownie miało zainteresować się terenem Złotoryjskiego Lasu OBB, wydając w 1924 roku koncesję na wydobycie złota. W związku z tym powstaje sztolnia „Hedwig”, w której wydobywano złoto do 1928 roku, po czy zamknięto ją z braku rentowności. Na tym kończy się blask „Złotego Lasu”. Złotoryjski Las słynie też z innego powodu, mianowicie jedynie tutaj w Polsce, na stosunkowo niewielkim obszarze znajduje się dużo kamiennych krzyży (7), w tym kamień ze starą inskrypcją, 2 pamiątkowe i 4 pokutne, bardzo interesujące ze względu na ryty narzędzi zbrodni i inskrypcje.TZL54 października 2013 r. leśniczy Wojciech Grzywa i podleśniczy Jarosław Rudnicki rutynowo patrolowali fragment Złotoryjskiego Lasu od strony Nowych Łąk, a zarazem niedaleko tajemniczego kamiennego krzyża z jedynym w Europie rytem poziomicy i kielni. Przy okazji próbowali wyjaśnić pochodzenie kilkudziesięciu zagadkowych niezbyt głębokich dołów w tym rejonie. Tak wspomina ten moment Wojciech Grzywa: Jarek potknął się o wystający z ziemi kikut podstawy krzyża i (…) zwrócił tym moją uwagę: wtedy zobaczyłem na ziemi przed sobą zarys leżącego pod mchem krzyża. Spod darni, gałęzi i mchu, odsłonili wykonany z piaskowca krzyż z inskrypcją, rozpoczynającą się datą 1808. Po ułamaniu leżał tam zapewne od dłuższego czasu, samoistnie znikając pod ściółką. Tkwiący obok w ziemi prostokątny kamień okazał się fragmentem trzonu krzyża. Pełni emocji spędzili przy krzyżu blisko godzinę, wydobywając go z ziemi i oczyszczając inskrypcję na tyle, by na gorąco wykonać kilka zdjęć telefonem komórkowym. Nie spodziewali się takiego odkrycia w tym  miejscu; mieli nadzieję na takie znalezisko ewentualnie bardziej na północy Złotoryjskiego Lasu, ponieważ na starych mapach figuruje taki zaginiony obiekt. Krzyż trafił z powrotem do swojej kryjówki, by nie paść łupem poszukiwaczy skarbów (…).Odnaleziony krzyż fot Marzena SzkutnikKrzyż, razem z wystającym fragmentem trzonu, liczy 86 cm wysokości, rozpiętość ramion wynosi 51 cm; trzon i ramiona mają przekrój kwadratu o boku 21 cm. Udało się odczytać inskrypcję: 1808 Ist ein Geh: Man gef: word: Den 14 Oct. We współczesnym języku niemieckim brzmiałaby: „Am 14. Oktober 1808 ist ein gehängter Mann gefunden worden”, a w tłumaczeniu na język polski: 14 października 1808 r. został znaleziony powieszony mężczyzna. Niewykluczone, że archiwalia przyniosą szczegóły tego tragicznego wydarzenia, którego nie wiążemy w tej chwili z jakąś wojenną zawieruchą. Ten siódmy krzyż ma więc charakter pamiątkowy i jest najmłodszym kamiennym krzyżem Złotoryjskiego Lasu (…). Dzięki Wojciechowi Grzywie i Jarosławowi Rudnickiemu Złotoryjski Las ujawnił kolejną ze swych tajemnic. A kryć może jeszcze niejedną. Jakiś czas temu saperzy usuwali stąd niewybuchy. W leśnych ostępach natrafić można nie tylko na tajemnicze zagłębienia i ślady kamieniołomów, ale także na sporych rozmiarów piaskowcowe głazy czy fragmenty fundamentów. Złotoryjskiego Lasu nie mieli okazji zbadać archeolodzy„.StudniaWracając do tajemniczej studni. By do niej trafić wystarczy zatrzymać się przy pomniku „40-lecia Koła Łowieckiego Cyranka” po prawej stronie drogi do Lwówka Śląskiego za wsią Nowe Łąki i dalej iść polna drogą w prawo. Po około 300 m po lewej stronie w lesie znajduje się opisywana studnia. Czy na pewno jest to studnia skoro w czasach przedwojennych i powojennych nie było w niej wody? Kto i po co miałby budować studnię w środku lasu między dwoma, niewielkimi wsiami? Sporej średnicy obiekt, wykonany z ciosanych bloków piaskowca, bez przybudowy naziemnej, głębokości ponad 12 metrów, z suchym dnem. Czym zatem była skoro nie czerpnią wody? Odpowiedź może być następująca – prawdopodobnie owa studnia mogła być szybem (studnią rewizyjną) przeprowadzającym przez piaski i żwiry do warstwy złotonośnej znajdującej się nad piaskowcami. Znane są podobne rozwiązania i konstrukcje na terenie Dolnego Śląska.Lokalizacja studni w Złotoryjskim LesieZ jej dna mogły rozchodzić się chodniki w nieokreślonych bliżej kierunkach, posiadające obudowę drewnianą, a być może kamienną. Wykucia na górnej krawędzi studni, w blokach piaskowcowych, świadczą o zamontowanej tu dawniej belce, która mogła służyć jako element urządzenia wyciągowego do transportu urobku. Na jej ścianach nie ma widocznych śladów po stopniach sprowadzających w dół. A może jednak była zwykłą studnią, w której ciek wodny zanikł na przestrzeni wieków, ginąc w spękaniach powstałych w piaskowcu na jej dnie. Nie mniej jednak żołnierze niemieccy z pewnością wiedzieli o jej istnieniu. Co było w skrzyniach? Tajne dokumenty, kosztowności, zbędny sprzęt wojskowy, broń? Skąd przyjechał transport? Może z nieodległego zamku Grodziec, w którym zorganizowano jedną ze składnic Gunthera Grundmanna? Czy skrzynie nadal spoczywają na dnie studni, czy zostały już wydobyte? Tajemnica „Ahnbrunnen” ciągle czeka na swoje rozwiązanie. Imiona i nazwiska bohaterów na prośbę pana Grzegorza zostały zmienione.

(źródła: własne i „Siódmy krzyż odnaleziony w złotoryjskim lesie”- R.Gorzkowski, J.Banaszek)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o zatopionym zamku nad Baryczą…

przez , 07.cze.2014, w Legendy

DolinaBaryczyDzikie i nieprzebyte były lasy i bagna w dolinie Baryczy, w powiecie milickim. Wiele też czasu upłynęło, zanim okolice te zaczęły się zaludniać. Jednym z pierwszych panów w tych stronach był ponoć możny książę Sapieha. Wzniósł on tutaj potężne zamczysko, a granice swych włości kazał oznaczyć i zabezpieczyć przed wylewami rzeki szeregiem zasadzonych dębów. Drzewa te, potężne i rosłe, po wielu jeszcze stuleciach pokazywali przybyszom okoliczni chłopi. W Cieszkowie, w krypcie miejscowego kościoła p.w. Wniebowstąpienia NMP, pokazywano też zasuszone zwłoki niewiasty przybrane w szczątki starego, wspaniałego stroju.

Miała to być właśnie księżna Sapieżyna, fundatorka kościoła w 1753 roku, dawna pani tych ziem. Żadne dokumenty nie przechowały wiadomości, gdzie stał ów stary zamek Sapiehów. Tylko starzy ludzie opowiadali, że zamek ten stał niedaleko Kraśnic, na miejscu, gdzie rozciąga się jeden z licznych stawów doliny Baryczy zwany Przystanią. I rzeczywiście na okolicznych polach znajdowało się  wiele kamieni, jakby ze zburzonych murów, a nie opodal rosło kilka potężnych dębów o obwodzie 30 stóp. Kiedy i w jaki sposób zamek uległ zagładzie, nie wiadomo.

Wody stawu kryją jego tajemnicę. Tylko czasami ukazuje się tam widmo dziewczyny w białych szatach, może ukochanej lub żony księcia. Ze smutkiem spogląda ona po okolicy, jakby wspominając czasy, gdy miejsce to tętniło życiem i gwarem, gdy w jasno oświetlonych salach zamku ucztowano wesoło, a na dziedzińcu zamkowym dzielni rycerze stawali w szranki podczas turniejów i zabaw. Niekiedy pojawia się tez postać młodego myśliwego i obie zjawy skąpane w księżycowej poświacie przechadzają się z wolna nad stawem, który kryje ich tajemnicę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Pałac w Żelaznym Moście

przez , 31.maj.2014, w Zabytki

ŻM PałacŻelazny Most (Eisemost) to wieś wzmiankowana już w 1315 roku. Jej nazwa wywodzi się bądź od źle przetłumaczonej nazwy niemieckiej – Eisemost, która to sama w sobie nic nie oznacza, bądź od nieistniejącego, trudnego do zlokalizowania dziś mostu z rudy darniowej. Od XVII wieku przeszła na własność Andrzeja Kłobuczyńskiego i jego potomków do połowy XIX wieku. W 2 połowie XVIII wieku rodzina Kłobuczyńskich wznosi we wsi barokowy pałac u podnóża ciekawych morenowych wzniesień porośniętych lasem. Pod koniec XIX wieku od południa założono malowniczy park krajobrazowy. Pałac remontowany był na początku XX wieku. Był budynkiem prostokątnym, murowanym z cegły, z wkładkami dużych kamieni polnych, dwutraktowym i dwukondygnacyjnym, nakryty czterospadowym dachem łamanym. Całość posiadała rozległe podpiwniczenia. Narożniki elewacji zewnętrznej akcentowane były zdwojonymi pilastrami.ŻM Pałac (1)Od północy i południa na I piętrze, nad wejściami, posiadał wypusty balkonowe dekorowane piaskowcami. Od południowej strony, między pałacem a parkiem, zachowały się pozostałości piaskowcowej fontanny. Podczas II wojny światowej pałac uległ sporym zniszczeniom, nie mniej jednak częściowo nadawał się do użytku i był wykorzystywany przez miejscową spółdzielnię rolną jako magazyn zboża. W kolejnych latach został wyremontowany i umiejscowiono w jego wnętrzach przedszkole. Definitywnie został opuszczony w 1971 roku i od tego czasu popada w coraz większą ruinę, podobnie jak sąsiednie zabudowania gospodarcze. Podobnie stało się z mauzoleum grobowym rodziny Kłobuczyńskich, które zlokalizowane było na pobliskim wzgórzu.ŻM Pałac (2)W przypałacowym parku jak i drodze prowadzącej na wzgórza odnaleźć można okazałe kasztanowce i dęby, a w samym parku studnię – ujęcie wody. Andrzej Kłobuczyński został pochowany na cmentarzu przykościelnym kościoła p.w. św. Barbary w Żelaznym Moście (pierwotny kościół z XIV wieku został rozebrany, a obecny ufundowany właśnie przez Andrzeja Kłobuczyńskiego w 1664 roku), jak i jego potomkowie: syn Karol Andrzej (zm. 1756 rok), wnuk Maksymilian Ferdynand (zm. 1779 rok) i prawnuk Karol Maksymilian (zm. 1822 rok). Niestety brak jest ich pomników nagrobnych. Pałac, a w zasadzie resztki jego murów, ogrodzony jest siatką i grozi w każdej chwili zawaleniem, podobnie jak przypałacowe budynki gospodarcze. Można mu chwili obecnej nadać status stałej ruiny.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarb króla Jana Bez Ziemi

przez , 28.maj.2014, w Skarby

Skarby Jan I (1167-1216) zwany „Janem bez Ziemi” wstępuje na tron Anglii 6 kwietnia 1199 roku, po śmierci brata, króla Ryszarda I Lwie Serce. Jego przydomek pochodzi stąd, że w odróżnieniu od swych starszych braci nie otrzymał od ojca Henryka II Plantageneta żadnych posiadłości ziemskich. W tym czasie Anglicy mają również spore wpływy na należących do nich terenach na obszarze dzisiejszej Francji. Podjęta przez Jana Bez Ziemi wojna z królem Francji kończy się dla niego porażką. Kiedy król wraca na Wyspy Brytyjskie zastaje kraj w stanie niepokoju. Podłożem jest brak uznania praw nadanych baronom przez ojca króla. W wyniku nacisków baronów, którzy zdołali zebrać potężną armię, król Jan Bez Ziemi 16 czerwca 1215 roku podpisuje słynną Magna Carta (Wielka Karta Swobód) stanowiącą, że król nie jest osobą wskazaną przez Boga, ale musi postępować zgodnie z prawem oraz słuchać rad swoich poddanych.

Upokorzenie jakiego doznał król, przymuszony do podpisania tego dokumentu spowodowało, że postanowił się zemścić. Niejako w ramach akcji odwetowej, na czele armii wiernych rycerzy, król planowo przemierza kraj, „odwiedzając” osoby, które mu się naraziły. Z kolei baronowie, przeczuwając nadchodzące niebezpieczeństwo, wystąpili do króla Francji z prośbą o pomoc i obietnicę angielskiej korony, z czego skwapliwie skorzystał. W miarę jak okazywało się, że wezwani na pomoc bardziej traktują wyprawę jako zdobyczną niż niosącą pomoc oraz kolejnymi poczynaniami króla Jana, poparcie dla króla Francji malało. Jesienią 1216 roku król przebywał w Cambridge, a następnie skierował się do Lincoln, skąd podążył do hrabstwa Norfolk. Od 9 do 11 października król gościł w King’s Lynn na południe od Wash. Miał ze sobą zdobyte łupy, których musiało być naprawdę sporo oraz to co królowi było niezbędne. Pomimo tego, że król posiadał kilka rezydencji, prowadził „podróżniczy tryb życia” przemieszczając się po terenie kraju.

Cały pochód składał się z oddziałów rycerzy, taborów i masy służących. Można powiedzieć, że pod ręką miał rzeczy osobiste, ważniejsze dokumenty, pieniądze – wszystko odpowiednio zapakowane w skrzyniach i przewożone wraz z nim. Najważniejszym „towarem” z punktu widzenia niniejszej opowieści, są kosztowności i skarby, które wiózł ze sobą. Były to klejnoty i ozdoby, kosztowności, które kolekcjonował, zakupione lub przejęte w ramach spłaty długów jak również takie, w których posiadanie wszedł w inny sposób. Ze względów bezpieczeństwa król część kosztowności zdeponował na przechowanie w niektórych klasztorach, ale część ciągle miał ze sobą w specjalnych skrzyniach. Wiadomo, że w maju 1215 roku Templariusze zwrócili mu zdeponowane u nich insygnia koronacyjne jego babki Matyldy, wdowy po cesarzu niemieckim Henryku V, wśród których znajdowały się między innymi korona, purpurowa tunika, pas wysadzany klejnotami, para haftowanych butów, narzuta jedwabna używana przez Henryka V podczas koronacji, duży szafir, złote berło, dwa miecze, złote ostrogi, złota filiżanka i złoty krzyż. To wszystko król miał ze sobą.Król Jan Bez ZiemiWracając do faktów… 11 października 1216 roku król Jan wyruszył z Lynn do Wisbech, a kolejnego dnia podążył wzdłuż rzeki Wellstream zmierzając do opactwa cystersów w Swinehead. Z uwagi na wielkość tabory królewskie nie były na tyle mobilne by dorównać kroku orszakowi królewskiemu i ciągle przebywały w Lynn. Otrzymały rozkaz udania się drogą wiodącą przez koryto rzeki Wellstream do Swinehead. Droga taka była znana i funkcjonowała, ale miała poważną „wadę” gdyż była to droga funkcjonująca okresowo. Miała około 7 km długości, była odsłaniana podczas odpływów prowadząc przez ujście rzeki i wiodła z Cross Keys do Long Sutton. Sprawne i bezpieczne wykorzystanie takiej drogi wymagało, zwłaszcza, że prowadziło przez ujście rzeki, pomocy przewodnika, z czego jak się wydaje nie skorzystano. Zemściło się to bardzo krótkim czasie, bowiem podczas przeprawy powozy utknęły w mule, a szybko przybierająca woda przypływu uniemożliwiła odwrót.

Tym samym król utracił wszystkie przewożone ze sobą kosztowności, zastawy i inne cenne przedmioty, które zatonęły w piaskach i mule wraz z wozami oraz eskortą i obsługą. Przez wieki ukształtowanie terenu w tym  miejscu bardzo się zmieniło, rozlewisko rzeki zanikło, teren przemienił się w żyzne żuławy, a morze wycofało się. Nie jest znana dokładna trasa, jaką miał pokonać tabor, nie mniej jednak przypuszcza się, że miał skorzystać z istniejącego brodu, jednak został zaskoczony przez przedwczesny i na ogół wysoki przypływ. Utracony skarb spoczywa pod wielometrową warstwą ziemi. Domniema się, że może zalegać na głębokości od 10 do 30 metrów, a jego wartość szacowana jest co najmniej na kilkanaście milionów funtów! W latach 30-tych oraz 50-tych XX wieku były tu prowadzone poszukiwania, które nie dały żadnych rezultatów. Ustalono jedynie prawdopodobne miejsce jego spoczynku. W 1955 roku, w miejscu, gdzie mnie więcej spoczywa skarb, rozpoczęto budowę stacji przeładunkowej, co niestety praktycznie uniemożliwia prowadzenie prac poszukiwawczych.

Tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , więcej...

Dwór w Rynarciczkach

przez , 24.maj.2014, w Historia

DRRynarcice niegdyś posiadały swój przysiółek zwany Małymi Rynarcicami (Rynarciczki) na wzgórzach w kierunku Żelaznego Mostu. Zlokalizowany był tam majątek-folwark z dworem stanowiącym siedzibę właściciela majątku. Pierwsza wzmianka o Rynarcicach pochodzi z lat 1317 – 1319. Etymologia nazwy wsi wywodzi się od nazwy patronimicznej, od imienia Reinhard. Dawne nazwy to Reynhartsdorf (1359 rok), Rinnersdorf Klein (1789 rok) i Klein Rinnersdorf do 1945 roku, a po II wojnie światowej – Rynarciczki. Na teren majątku wprowadzała brama wjazdowa, a całość w znacznej części była otoczona kamiennym murem. W jego skład wchodził dwór, budynki gospodarcze, ogród, staw oraz założony park naturalistyczny (mający pełnić funkcję małego parku krajobrazowego), w którym na wzgórzu umiejscowiono mauzoleum grobowe rodziny Dittrich i Gebhardt.DR (1)W XVIII wieku dobra te należały do rodziny von Opeer, w 1789 roku do Martin, w 1845 roku są spuścizną po majorze von Zieten, w 1876 roku do Alwina Lanego, w 1886 roku do Elisa Alexandra Katza, w 1891 roku do Wilhelma Zenkera. Ostatnim właścicielem majątku był Paul Gebhardt urodzony w 1888 roku w Stanach Zjednoczonych, jednakże formalną właścicielką była jego żona Else Gebhardt z domu Dittrich. W 1894 roku majątek nabywa Georg Dittrich i pozostaje on w rękach tej rodziny do wybuchu II wojny światowej. W 1930 roku przejęła go wdowa po Georgu – Helena, a po niej zaś ich córka Else Gebhardt. Po wojnie dwór użytkowany był do 1975 roku. Miano w nim założyć szkołę rolniczą jednakże planów tych nie zrealizowano, a dwór i budynki gospodarcze zostały rozebrane, pozostając w ruinie.DR (2)W chwili obecnej odnaleźć można jedynie bramę wjazdową z resztkami okalającego niegdyś majątek muru, betonowe schody wprowadzające do dworu, pozostałości budynku gospodarczego o długości około 50 metrów mieszczącego dawniej stajnie i pomieszczenia magazynowe na poddaszu. Na tyłach majątku zachowały się ślady po ogrodzie i istniejącym tu kiedyś stawie. Park w otoczeniu pozostałości dworu posiada kilka okazałych dębów, nie mniej jednak jest zdewastowany i zaniedbany w wyniku niekontrolowanej dziś wycinki drzew. W jego kulminacyjnym punkcie, na wzgórzu, założono mauzoleum grobowe na planie koła rodzin Dittrich i Gebhardt, obecnie zdewastowane. Zachowała się jedynie uszkodzona granitowa płyta nagrobna Georga Dittricha oraz wykończone cegłą cztery puste komory grobowe. Do pozostałości majątku z drogi Rynarcice – Żelazny Most kieruje znak „Żelazny Most 45″, w szutrową drogę biegnącą pod górę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mityczna „Szczelina Jeleniogórska” (2)

przez , 30.kwi.2014, w Skarby

Szczelina JeleniogórskaMieczysław Bojko o „Szczelinie”…

Aby ukazać pełny i rzetelny obraz tej barwnej i dramatycznej historii, należałoby się cofnąć do pierwszych lat powojennych. W miejscowości Pilchowice był posterunek wojskowo-policyjny, do którego zgłosił się pewien Niemiec – autochton. Był to gajowy działający na tym terenie, który w ten sposób chciał zaakcentować swoją lojalność wobec polskich władz, a co za tym idzie, pozostać na swym stanowisku pracy jak najdłużej. Mimo że był fachowcem, jako Niemiec obawiał się utraty stanowiska wobec napływającej coraz szerzej na te tereny kadry fachowców z centralnej Polski.

Obszar leśny, na którym działał gajowy, to tereny usiane niezliczonymi dolinami, głębokimi wąwozami i wysokimi wzgórzami z wystającymi zrębami skalnymi. Wszystko to po dziś dzień porastają gęste, trudno dostępne górskie lasy. Tak bogaty i zróżnicowany teren tylko on, jako gospodarz, dobrze znał. Praca jego polegała na codziennym kontrolowaniu tego obszaru. W pierwszych latach po wojnie ludność napływowa bardzo ostrożnie zapuszczała się w te dzikie leśne ostępy.

Przybywszy na wspomniany posterunek, Niemiec ów zaczął od tego, iż jego babka była Polką z Pomorza, a on umie po polsku. Podkreślał, że pomagał jeńcom rosyjskim w Maciejowcu i chciałby, aby go uważano za osobę lojalną wobec nowej władzy. Dlatego pragnie przekazać ważną  informację. Gdy obchodził jeden z kwartałów leśnych, zaobserwował na zboczu kręcące się intensywnie lisy, które sprawiały wrażenie, jakby czegoś szukały, grzebiąc pomiędzy kamieniami. Widząc to któryś raz z kolei, postanowił sprawdzić to miejsce. Gdy zszedł w dół po stromym zboczu, znalazł się na świeżo rozrzuconym gołoborzu skalnym. Okazało się, że lisy wygrzebywały spod kamieni ludzkie zwłoki, obgryzając resztki, które jeszcze nie uległy rozkładowi. Opisał dokładnie to miejsce rozmówcy, deklarując przy tym, że zaprowadzi tam milicjantów.

Plutonowy Zenon N. spisał notatkę (raport) i poinformował Niemca, że jest w tej chwili sam, ale jeszcze dziś jedzie do powiatu, do Jeleniej Góry, tam wszystko przekaże. Gajowemu polecił, aby ten rozejrzał się jeszcze raz na zboczu, może uda mu się coś więcej zauważyć. Z Niemcem umówił się na następny dzień w godzinach rannych.

Sumienny Niemiec zjawił się punktualnie i zreferował dokładnie, co tam zastał i co zobaczył. Oznajmił, że dużo jest kości porozwlekanych po terenie gołoborza. Przy szczątkach ludzkich zauważył strzępki czarnych mundurów, buty wojskowe i kilka hełmów SS. Plutonowy Zenon rozeźlił się na Niemca: „Z czym ty do mnie przychodzisz, chcesz, żeby mnie w powiecie palcami wytykali, przecież to esesmani, zasłużyli na taki los. Niech szczątki lisy rozwłóczą, a ty morda w kubeł i nikomu ani mru mru. Więcej do mnie z takimi sprawami nie przychodź!”

Minęły lata. Gajowy pozostał na swoim miejscu z racji praktyki i swej wiedzy, a nawet parę razy pełnił krótko funkcję leśniczego. Były lata pięćdziesiąte, przyszedł nowo mianowany leśniczy po kursach i różnych szkoleniach z terenów Lubelszczyzny. Był to dobry i uczciwy człowiek. Zauważył to gajowy i nabrał zaufania do przełożonego. Któregoś dnia, podczas wspólnych wędrówek po rozległych terenach leśnictwa, znaleźli się w tym wcześniej wspomnianym miejscu. Gajowy zdecydował się przekazać leśniczemu swoją  tajemnicę: „Tu właśnie, w tym miejscu, pod zwałami skał leżą esesmani, zabroniono mi komukolwiek o tym mówić. Jestem już stary i muszę komuś wiarygodnemu to przekazać”. Leśniczy zaniemówił z wrażenia.

Minęły kolejne lata, gajowy odszedł. Któregoś razu leśniczy J., któremu gajowy powierzył swój sekret, polował zimą akurat niedaleko tego tajemniczego miejsca. Strzelał do młodego koziołka, którego ranił dość poważnie; ranne zwierzę zaczęło wspinać się w górę zbocza pomiędzy poszarpanymi skałami. Było to akurat nad tym zwaliskiem skalnym, o którym wspominał autochton. Górna część tego gołoborza wyglądała jak korona obszernego wyrobiska. Ranny zwierzak, chcąc się schować między skałami przed myśliwym i jego psem, nagle gdzieś znikł. Leśniczy pomyślał, iż zwierzak z upływu krwi padł gdzieś, nawet pies zatrzymał się w jednym miejscu i jakoś dziwnie szczekał. Gdy doszedł po śladach w to miejsce, ujrzał psa szczekającego w stronę jakiejś rozpadliny skalnej. Okazało się, iż gdzieś tam głęboko wpadł koziołek. Leśniczy stwierdził, że dziwne to miejsce, okupione ludzką krwią, nawet zwierzyny nie udaje się tu upolować. Postanowił je omijać i nikomu o tym nie wspominać.

Znów minęło wiele lat. Był koniec lat siedemdziesiątych, przypadek zrządził, iż pożar strawił pewne połacie lasu. Po udanej akcji gaśniczej jeden z milicjantów z miasteczka Lubomierz udał się do leśniczego celem spisania protokołu zajścia i strat, jako że część leśnictwa pana J. znajdowała się na terenach administracyjnych Lubomierza.

Kilkakrotnie przyjeżdżając do leśniczówki, Adam O. zaprzyjaźnił się z leśniczym. Podczas tych spotkań zwierzył mu się, iż poza służbą w milicji ma pasję poszukiwawczą, szuka skarbów ukrytych przez Niemców. Na razie chodzi po lesie z metalowym prętem, ale jego marzeniem jest detektor, który zamierza w niedalekiej przyszłości kupić.

Podczas któregoś kolejnego zakrapianego spotkania u leśniczego, po którym to Adaś O. służbową WSK-ą nie mógł trafić do domu, leśniczy obiecał wyjawić mu swój sekret i pokazać owo tajemnicze miejsce w lesie. Nazajutrz po służbie Adam O. spotkał się z bratem Jackiem O. i opowiedział mu wydarzenia z poprzedniego dnia. Postanowili, iż w najbliższą niedzielę wybiorą się z wizytą do leśniczego i tak zrobili. Wczesnym rankiem pojechali motorem do leśniczówki. Leśniczy J. doskonale pamiętał, co obiecał po pijanemu, i dotrzymał słowa. Pokazał im zbocze, a także rozpadlinę, w której gdzieś tam na dnie leżały resztki pechowego koziołka. Adam z Jackiem mieli liny i latarki, postanowili zejść na dół. Pierwszy zszedł Jacek, młodszy, sprawniejszy i odwagi też mu nie brakowało. Był to wąski szybik, prawdopodobnie wentylacyjny, przygotowany w jakimś określonym celu. Szybik ten był podmurowywany cegłą, w niektórych miejscach wewnątrz tworząc rodzaj komina. Od góry przykryto go drewnianymi kołkami, które zdążyły już po części zgnić. Całość zamaskowano drobnym i grubszym rumoszem skalnym. Sam wylot, wciśnięty przy samych skałach, po zamaskowaniu tworzył idealną naturalną całość. Szybik był głęboki na siedem do ośmiu metrów. Z samego dna szybiku prowadził  poziomo wąski otwór, lekko wznosząc się ku górze, ale przejście to było w dalszej części zagruzowane. Była to przeszkoda nie na ich siły, przynajmniej na razie.

Postanowili przygotować się technicznie, a także zasięgnąć opinii wśród znajomych i przyjaciół. Między innymi pomógł im wówczas major WOP z Gryfowa, który przywiózł minikamerę do gastroskopii, wówczas bardzo nowoczesne urządzenie szpitalne. Jednak nie uzyskano pożądanego efektu i nie udało się zajrzeć poza zawał, ponieważ urządzenie było za krótkie. Eksploratorom nie pozostało nic innego jak odgruzowywać przejście kamień po kamieniu. Była to mozolna i wyczerpująca praca, gdyż w tuneliku brakowało miejsca. Pracę wykonywano na leżąco, co chwilę świecąc w szpary między kamieniami w nadziei, że to już upragniony koniec zawału. Prace kontynuowali przez kilka kolejnych dni, bez udziału leśniczego. W końcowej fazie wycofał się też wopista Krzysztof S.

Któregoś dnia w szczelinach pomiędzy kamieniami udało się dojrzeć coś w świetle latarki. Były to jakieś przedmioty, ale trudno było określić, co tam się znajdowało. Fakt ten jeszcze bardziej zmobilizował Adama i Jacka, którzy usunęli resztki przeszkody w wąskim tuneliku. W świetle latarek ujrzeli dość spore pomieszczenie wykute w solidnej skale. Wylot tunelu wchodził do pomieszczenia na wysokości około 1,30 m powyżej dna komnaty w prawej jej części. Z lewej strony widać było jakby wejście albo wyjście założone dużą ilością kamieni. Dalej w komnacie coś leżało bezwładnie, później okazało się, że są to zwłoki. Na wprost zdeponowano ładunek przykryty plandekami, który tworzył wspomniany kształt, który wcześniej widzieli przez szparę w świetle latarek. W głębi po lewej stronie, w oddali, widać było dwa samochody osobowe z poskładanymi dachami. Pomiędzy nimi a przykrytym plandekami ładunkiem była odległość zaledwie kilku metrów. Bali się jednak postawić nogę na dnie komory z obawy przed minami. Było tam mnóstwo kabli strzałowych porozrzucanych w nieładzie, a po prawej stało kilka akumulatorów. Przy tych akumulatorach, oparte o ścianę, wpółsiedząc, znajdowały się dobrze widoczne zwłoki niemieckiego generała. Nie ulegało wątpliwości, że był to generał, gdyż dystynkcje i czerwone lampasy na spodniach zachowały swój kolor. Wydawało się, że generał trzymał w ręku jakiś pakunek lub teczkę. Cały ten widok robił posępne i tragiczne wrażenie. Takie obrazy zazwyczaj ogląda się tylko na filmach. Bracia nie mieli odwagi, aby tam wejść, zobaczyć coś, co kiedyś było dla nich mitem i marzeniem, o czym słyszeli dotychczas tylko od trzecich osób – ukryte w kopalniach tajemnicze transporty i skarby. Teraz paraliżował ich strach. Mimo tego niesamowitego widoku i odkrycia, rozsądek wziął górę. Postanowili się wycofać. Zamaskowali bardzo starannie wejście i codziennie jeździli tam motorem, aby z daleka popatrzeć, czy nikt nie interesuje się ich skrytką.

W tym czasie dowiadywali się wśród byłych wojskowych o stosowanych przez Niemców w czasie II wojny światowej systemach minerskich i o ewentualnych niebezpieczeństwach, które mogły im grozić podczas penetracji sztolni. W końcu zdecydowali, iż wezmą do sztolni wędkę teleskopową jako narzędzie eksploratorskie. Z otworu w ścianie tej bajecznej komnaty wystawili wędkę z dużym haczykiem i zaczęli próbować cokolwiek wyłowić. Z początku nie odnieśli większych sukcesów, rozdarli plandekę, którą były przykryte skrzynie, zaczepili o coś i zerwali żyłkę.

Jednak kilka razy połów był pomyślny. Przy zachowaniu szczególnych środków bezpieczeństwa w terenie, powtarzali swe wędkarskie wyprawy. Wyprawy te odbyli kilka razy, przynajmniej w dwu- lub trzytygodniowych odstępach. Efektem wypraw były dzbany i naczynia srebrne, które znajdowały się w skrzyniach niezabitych deskami. Szable tureckie i kindżały w pochwach bogato inkrustowanych złotem i kamieniami szlachetnymi leżały na skrzyniach. Ze zdobyczy tych później wydłubywali kamienie i kawałeczki złota, aby je osobno sprzedać. Ponadto bracia wyłowili trochę wojskowej broni krótkiej i długiej, kilka hełmów i czapek. Pieniądze, które otrzymali, nie były aż tak duże jak sobie wyobrażali. Fanty, które sprzedawali, szły dla zachowania ostrożności przez kilku pośredników.

Mimo to wszystko szło gładko, przyszła zima, a z nią stan wojenny osiemdziesiątego pierwszego roku. Plany się pokrzyżowały, młodszy brat Jacek został wcielony do jednostek milicyjnych ZOMO i przebywał poza domem, we Wrocławiu. Tam też poznał swojego szefa od spraw szkolenia politycznego Stanisława C., który pochodził z Jeleniej Góry. Dość szybko nawiązali bliższy kontakt. Szef Jacka któregoś dnia wspomniał o znalezisku lubomierskim odkrytym w murze kościelnym – glinianym dzbanie ze złotymi monetami. Sprawa ta była dość głośna w owym czasie, a milicja miała sporo pracy, aby odzyskać chociaż część znaleziska.

Szef Jacka chwalił się, uśmiechając się tajemniczo pod wąsem, jakoby brał czynny udział w tym dochodzeniu. Któregoś razu, podczas miłej i szczerej pogawędki, Jacek zapragnął zaskarbić sobie względy u szefa i opowiedział mu o znalezisku w górach. Stanisław C., stary milicjant, nie do końca uwierzył w to wszystko.

Minął stan wojenny, chłopcy powracali do domów; Adam z Jackiem ponowili wyprawy z wędką, raz więcej, raz mniej skuteczne. Po pewnym czasie postanowili wciągnąć w to kolegę Adama O .z posterunku lubomierskiego, Jana D. Jak postanowili, tak zrobili. W końcu ktoś musiał stać w pewnej odległości od szybiku między skałami i pilnować bezpieczeństwa tych, co byli w środku.

Któregoś dnia na posterunek w Lubomierzu przyszedł telefonogram, iż prawdopodobnie z Lubomierza pochodziła broń, która pojawiła się w Gdańsku, i polecenie, aby zwrócić szczególną uwagę na sygnały w tej sprawie. Po kilku dniach na posterunku pojawiło się dwóch funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa z Wrocławia. Kręcili się, rozpytywali po knajpach i barach piwnych, wszystko ich interesowało. Po kilku dniach wyjechali. Efekty dochodzenia były mizerne, gdyż Adam z kolegą Janem D. Pierwsi dowiedzieli się o zagrożeniu. Mimo wszystko strach ich obleciał i to niemały. Zaniechali wizyt w lesie na kilka lat. Jedynie od czasu do czasu kontrolowali teren wokół szybiku, objeżdżając okolice na motorze.

Po kilku latach, gdy sprawa przycichła, ponownie zainteresowano się skarbczykiem. Postanowiono rozszerzyć grupę dodatkowo o Władka S., właściciela warsztatu samochodowego, który miał sprawować pieczę techniczną, i kolejnego milicjanta, młodego Waldka K., który był przyjacielem z ławy szkolnej Jacka O. Ustalono też, że byłoby dobrze, aby w ich grupie znalazł się obecny burmistrz jako osoba wpływowa, mogąca pomóc w razie czego. Burmistrz Zenon J. dodatkowo deklarował, że jak będzie trzeba, to uruchomi kontakty nawet w Niemczech oraz gdzie indziej, korzystając ze swoich szerokich koneksji. Ustalono termin pierwszej wyprawy w nowym składzie.

W jedną z ciepłych letnich nocy, wyposażeni w noktowizory, wzięli do worka cztery koty, aby je wypuścić tam w środku. Władek S. zabrał ze sobą psa, był to zwykły kundel, ale nie cierpiał kotów, żadnemu nie przepuścił i Azora także tam wpuszczono. Jakiż tam powstał harmider i jazgot! Był to test na to, czy jakiś z kabli nie jest do czegoś podłączony i czy nie stanowi zagrożenia. Przez kilka godzin pies harcował z kotami, ale na szczęście niespodzianki nie było.

Pierwszy do środka zszedł Waldek, kolega Jacka, a za nim Adam O. Władek wsunął się tylko na chwilę, by zabrać psa, a potem wrócił, aby im dodatkowo przyświecać. Posuwali się krok po kroku, pomału, ostrożnie, uważali, aby czegoś nie przegapić i nie nadepnąć na coś niepotrzebnego. Szczęście im sprzyjało, obeszli całe to pomieszczenie, zajrzeli ostrożnie niemal w każdy kąt, przynajmniej na razie nic nie ruszając. Pomieszczenie było szerokie na około cztery do pięciu metrów, około piętnastu metrów długie, zaraz na lewo od komina (najprawdopodobniej wentylacyjnego), którym weszli, znajdowała się sztolnia, którą wprowadzono ładunek i samochody. Wejście to było założone lub zawalone pod sufit kamieniami, między którymi widać było niewybuchy pocisków artyleryjskich i moździerzowych. Na wprost wejścia, na końcu składnicy widać było dwa korytarze zabezpieczone kamieniami.

Zaglądając ostrożnie pomiędzy kamieniami w głąb kamiennej przeszkody można było zobaczyć tam porozpinane na pewnej wysokości druty, do których poprzyczepiano ładunki wybuchowe. Po prawej, w dwóch rzędach niemal po sufit, stało mnóstwo skrzyń – mniejszych, większych, płaskich i wysokich, jakieś tuby skórzane–jak się później okazało, zawierające obrazy. Były tam też walizki oraz metalowe pojemniki malowane na zielono. Po lewej, tyłem do wyjazdu, stały dwa, jeden za drugim, mercedesy cabrio. W pierwszym na kierownicy było oparte ciało żołnierza Wehrmachtu, z tyłu wyglądało jakby żołnierz ten spał, był jednak zastrzelony. W drugim, na tylnym siedzeniu, leżały dwa kompletne mundury generalskie rzucone w nieładzie, jakby w pośpiechu. Przed tymi samochodami stał jakiś dziwny pojazd z kierownicą i kołem z przodu, a z tyłu mający gąsienice. Następnie, zaraz na lewo od wejścia, dość nieprzyjemny widok–kilkanaście ciał żołnierzy Wehrmachtu (około 10–12), należących najprawdopodobniej do oddziałów Schörnera, wynikało to z naszywek i odznak za udział w kampanii krymskiej. Na końcu komory stało luźno kilka konfesjonałów wyłożonych bogato bursztynem, posągów z marmuru i brązu, które owinięto kocami. Trzeba przyznać, że miejsce wybrano celująco, było bardzo sucho, niemalże się tam kurzyło.

I od tego momentu zaczęło się systematyczne wybieranie z tego bajecznego schowka. Co 3-4 miesiące, a nawet rzadziej, aby nie wzbudzić podejrzeń. Pomiędzy wypadami do sztolni pozbywano się towaru, rozprowadzając go przez pośredników. Już nie brano broni wojskowej, mimo że było tam sporo pistoletów i karabinów w dobrym stanie. Broń pozyskana ze skrytki mogła stanowić zagrożenie dla całej grupy.

Jedna z pierwszych wyciągniętych rzeczy to teczka skórzana, którą tak kurczowo trzymał generał leżący pod ścianą. Miał ją przykutą do ręki kajdankami, a ona sama była zamknięta. Jeśli chodzi o generała, został tam z premedytacją zastrzelony, nie miał dokumentów ani nieśmiertelnika, jedynie mapę sztabową na płótnie. Mapę tę otrzymałem w prezencie od jednego z uczestników tej grupy. Nosi ona do dziś ślady krwi generała… Po wyciągnięciu teczki na zewnątrz rozpruto ją. Jej wnętrze skrywało pozawijane w aksamitne szmatki trzy bajecznie piękne jaja Faberge i kilka mniejszych wyrobów ze złota, bursztynu i porcelany z dodatkami kamieni szlachetnych. Dwa mniejsze jaja zostały sprzedane na miejscu w Jeleniej Górze przez pośrednika Ciućka. Jedno, z czarnymi krzyżami, prawdopodobnie kupił lekarz z Cieplic koło Jeleniej Góry za 10 tys. marek. Drugie, z aniołkiem, i trochę innych precjozów za 17 tys. marek biznesmen z Niemiec, trzecie zaś, większe, sprzedano za jakiś czas, gdyż czekano na odpowiedniego kupca. Po pewnym czasie znalazł się odpowiedni człowiek z Krakowa o pseudonimie „Jura”, który kupił je za 70 tys. marek niemieckich. Wsiadł do pociągu z dwoma ochroniarzami, aby je zawieźć do Warszawy, tam czekał kolejny kupiec, który miał dać 100 tys. dolarów. Po drodze „Jura” został ograbiony i wyrzucony z pociągu przez swych ochroniarzy, którzy wrócili do Krakowa z towarem i szukali kupca. Napotkali Cygana-handlarza złotem, który im zaproponował, iż ma wujka w Nowej Soli i on na pewno to kupi.

Oczywiście tak zrobili, wujek Ćwiek (tak się nazywał lub miał taki pseudonim) obejrzał, zadzwonił w parę miejsc i zgodził się na sumę 100 tys. dolarów. Transakcję przełożono na następny dzień, gdyż Cygan nie miał w domu takiej kwoty. Zaznaczył, że cała transakcja będzie przeprowadzona w pełnej tajemnicy, zwłaszcza że była nagrana przez jego siostrzeńca. Nazajutrz przyszli z towarem do wujka Ćwieka i zamordowali go, zabierając gotówkę i sporo wartościowych wyrobów ze złota. Po tych wydarzeniach sprawcy zasztyletowali również Cygana-handlarza z Krakowa, który zorganizował kontakt z Ćwiekiem, a obecnie był tylko niewygodnym świadkiem. Jego zwłoki zakopano w lesie niedaleko granicy.

Następnie w przyspieszonym tempie mordercy zaplanowali wyjazd za granicę zachodnią i przerzut jaja Faberge do Monachiun. Jajo sprzedano w Monachium handlarzowi w dzielnicy Schwabing, który odsprzedał je bodajże za dwa miliony DM. Jajo to wypłynęło na giełdzie w Londynie za 3,5 miliona funtów szterlingów. Jajo Faberge sprzedane w Londynie było największe z trzech znajdujących się w teczce generała. Prawdopodobnie zabójcy Cygana zostali zamordowani.

W rok po zabójstwie Cygana z  Nowej Soli, 10 czerwca 1992 na nowojorskiej giełdzie pojawiło się inne jajo Faberge o nazwie „Trophy of Love”, które sprzedano za sumę prawie 3,2 mln dolarów. Jajo to polska prasa utożsamiała z drugim, mniejszym jajem, z tzw. aniołkiem. Mogę z satysfakcją powiedzieć, iż będąc któregoś wieczora u Ciućka, widziałem to jajo i wiele innych przedmiotów. Muszę przyznać-było piękne, wręcz urzekające, ale też przynosiło nieszczęście.

Wracając do rzeczy, z wnętrza schowka wynoszono coraz to nowe fanty. Obawiano się jednak opróżniania skrzyń, jako że Niemcy mogli tam założyć naciskowy ładunek wybuchowy. Gdy opróżniano skrzynie, obciążano je na zewnątrz podwieszanymi krążkami ołowianymi lub wkładano je do już opróżnionych. Wiele walizek i kufrów znajdujących się w skrytce zawierało depozyty ludności cywilnej. Ze skrytki wydobyto liczne cenne zabytki sztuki rosyjskiej i orientalnej, w tym wiele związanych z religią, np. księgi prawosławne, które miały kartki wykonane z cienkiej blachy srebrnej z dodatkami złota, łączone rzemykami ze skóry, a także sporo ikon, złotych krzyży z kamieniami, monstrancje, kielichy i wiele innych przedmiotów pochodzących z Rosji.

W owym czasie próbowano wydobyć zagadkowe ciężkie popiersia. Eksploratorom wydawało się, że są z litego złota. Zaczęto topić je palnikami. Jednak efekt był mizerny, okazało się, że popiersia są wykonane z brązu lub podobnego metalu i tylko z zewnątrz pozłacane dość grubą warstwą złota.

Któregoś dnia handlarz Ciuciek podczas jakiejś rodzinnej uroczystości pochwalił się znaleziskiem szwagrowi, który był wspomnianym milicjantem, szefem szkoleniowym ZOMO we Wrocławiu. Mówił, że ma fart, iż coraz więcej towaru z tej skrytki przepływa przez jego ręce. Powiedział, że miejsce to znajduje się gdzieś około dwudziestu kilometrów od Jeleniej Góry w stronę Lubomierza lub Wlenia, a w całym przedsięwzięciu uczestniczą ludzie z Lubomierza. Stanisław C. szybko skojarzył fakty i to, co usłyszał od Jacka O. we Wrocławiu podczas stanu wojennego. Na drugi dzień z samego rana Stanisław C. wraz ze swym dawnym szefem z pracy płk. Wojtkiem K. pojechali do Lubomierza złożyć wizytę Jackowi O. Argumentowali, że dzięki posiadanym koneksjom i układom ich pomoc jest niezbędna, aby grupa mogła dalej funkcjonować. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, grupa z żalem przyjęła nowe realia.

Następna wyprawa odbyła się już w nowym składzie. Dalej wydobywano dobra, lecz w większej ilości, i magazynowano je w terenie w kilku pewnych miejscach. W tym czasie wiele eksponatów zostało zniszczonych. Przystąpiono wtedy do eksploracji większych gabarytowo zabytków; niestety, nie wszystkie mieściły się w szybiku (w załamaniu syfonu). Uszkodzeniu uległy wielkie wieloramienne żydowskie świeczniki, średniowieczne zbroje lub długie rzymskie proporce i niemieckie sztandary wojskowe.

W miarę powiększania się grupy malała liczba zabytków, które udawało się wynieść wąskim kominem. Postanowiono przystąpić do wynoszenia zdeponowanych tam obrazów. Potrzebny był fachowiec, który byłby w stanie powycinać obrazy z ram i zrolować bez uszkodzenia.

Grupa dotarła do mojego przyjaciela Jacka, jednego z jeleniogórskich antykwariuszy. Zgłosiło się do niego trzech osobników z propozycją, aby się podjął wyjęcia płócien z ram.

Obiecano mu dobra zapłatę, ale warunek był taki, że jedzie na miejsce w opasce na oczach i wykonuje swoją robotę wewnątrz sztolni, a oni dobrze zapłacą. Te warunki zniechęciły ostrożnego antykwariusza. Wykręcił się od propozycji trudnościami operacji i skomplikowanymi zabiegami przy użyciu bibuły chińskiej, do których nie był przygotowany.

Zespół podjął kolejne działania mające za zadanie odblokowanie zaminowanych i założonych kamieniami korytarzy. Liczono na dalsze znaleziska w chodnikach i ewentualne znalezienie innego wyjścia z kopalni, które ułatwiłoby wyniesienie większych zabytków. Po dokładnej penetracji i oględzinach wyciągnięto wniosek, że dwa korytarze prowadziły gdzieś na przeciwległe zbocze góry. Niestety, aby je odkopać z zewnątrz, należało je precyzyjnie zlokalizować.

Nie umiano określić tego miejsca, a więc poszukiwano fachowca. Znaleziono jednego, który przechwalał się swymi umiejętnościami technicznymi i ogromną wiedzą w tym zakresie. Ponoć był konstruktorem sprzętu elektronicznego i bywał z archeologami na wykopaliskach w Egipcie. Fachowiec jednak się nie sprawdził, rzekomo brakowało mu niwelatora z dalmierzem laserowym. Mimo nieudanej próby pomiarów, sowicie go wynagrodzono za milczenie. Niestety, niedoszły geodeta rozpowiadał swym przyjaciołom, iż znajomi mają takie miejsce, gdzie się kamień podniesie, wchodzi się do dziury, a tam bogactw bez liku. Faktycznie, obwiesił się złotem na pokaz, w rezultacie został dość dotkliwie pobity przed swoim garażem. Po tym ekscesie spokorniał i wyciszył się.

Zaczęto szukać rozwiązania pozwalającego do końca opróżnić skrytkę i zalegalizować ich dochody. Zrozumiano, że jedyną gwarancją takiego rozwiązania jest układ z rządem.

Stanisław C. z Wojtkiem K. podjęli się tego zadania i przyobiecali, że znajdą człowieka, który ma siłę przebicia do rozmów z rządem. Znaleźli dojście przez kolegę z dawnego jeleniogórskiego Urzędu Bezpieczeństwa, Antoniego M. Dotarli do pana B., który niegdyś był czołową postacią w środowisku UB.

Człowiek ten działał po wojnie na terenie Łodzi. Za działania przeciw powojennym polskim organizacjom reakcyjnym został na niego wydany przez WIN wyrok śmierci. Obecnie ma inne nazwisko i tożsamość, ale układy i znajomości pozostały. Był bliskim przyjacielem Piotra Jaroszewicza.

Był rok 1992, emisariusze grupy udali się z prezentami do Jaroszewicza. Miano zabrać w prezencie monety, gdyż te kolekcjonował były premier, ale zabrano też prawdopodobnie pudełeczko z brylantami. Dar ten stał się później kością niezgody w grupie, uważano, że cena była zbyt wysoka, gdyż ze spotkania z premierem nie wynikły większe korzyści. Jednak dzięki niemu nawiązano nowe, odpowiednie kontakty w stolicy. Po rozmowach i wyjaśnieniach w obrębie grupy ustalono, że dwie osoby – Antoni M. i pan B. będą dalej reprezentowały interesy całego zespołu. Na kolejne spotkanie „wyższego szczebla” wzięto ze sobą, dla podkreślenia wiarygodności, parę rzeczy ze schowka. Było to kilka drobiazgów, a także ocalałe przed stopieniem jedno ze „złotych” popiersi. Podczas oczekiwania na pełnomocnika rządu w jednym z pokoi odpowiedniego departamentu w Warszawie prawdopodobnie celowo ich przetrzymywano, aby móc jak najdłużej podsłuchiwać ich rozmowy. Panowie Antoni M. i B. postawili twarde warunki: pięćdziesiąt procent znaleźnego bez podatku i gwarancje, że nikt nie będzie dociekał, co zostało stamtąd już wyjęte i zabrane. W rezultacie nie otrzymali żadnej obietnicy, nie podpisano jakiejkolwiek umowy. Za to, gdy wracali, w ślad za nimi pojechali agenci UOP, a sprawa od tego momentu otrzymała kryptonim „Szczelina”.

Podjęto kolejną próbę wywarcia medialnej presji na urzędnikach, którzy mogliby podpisać umowę. Spróbowano skorzystać z osoby znanej w kręgach poszukiwaczy – mjr. Stanisława Siorka. z Wrocławia, który miał wpływy na ukazujące się w owym czasie pismo „Eksplorator”. Tam ukazano z grubsza kulisy sprawy, sygnalizując, iż rząd twardo stoi na stanowisku, by mimo realnych korzyści nie podpisywać umowy ze znalazcami skarbu. Efekt tych zabiegów był taki, że eksploratorzy zwrócili na siebie uwagę i wzbudzili zainteresowanie Urzędu Ochrony Państwa. Od tego momentu rozpoczęto delikatną inwigilację grupy i podjęto pewne działania, które trwają do dziś.

Niekorzystny rozwój wypadków zmusił znalazców do chwilowego zaprzestania eksploracji „Szczeliny”. Aby móc ponownie spokojnie penetrować sztolnię, grupa zaczęła rozpaczliwie szukać kontaktów wśród kolegów i znajomych w szeregach policyjnych i służb specjalnych. Szukano, aby-jak to się mówi–mieć oko i ucho we właściwym miejscu. Oczywiście, za dobre pieniądze znaleziono takich ludzi.

Efekty współpracy szybko dało się zauważyć. Gdy we Wrocławiu wstawiono anonimowo do sprzedania obrazy Willmana, na tych, którzy mieli się zgłosić po pieniądze, UOP zastawił pułapkę. Grupa została w porę o tym poinformowana i obrazów ani gotówki nikt nie odebrał do dzisiaj. Po pewnym czasie znali wszystkie ruchy służb dotyczące „Szczeliny”. W rzeczy samej obrazy wstawili Adam O. z bratem Jackiem O. i nie tylko tam, ale w wielu innych miastach Polski. Po tym incydencie grupa się przyczaiła. Po dłuższym bezruchu Adaś z Jackiem po pijanemu poszli odbezpieczyć „Szczelinę”. Sami w tajemnicy przed kompanami zaczęli eksplorować, wyciągając w tym dniu ostatnie obrazy i inne fanty. Niestety, alkohol zrobił swoje, Adam wpadł do dziury i połamał żebra. Brat ruszył mu na ratunek, ale wskakując do szybu niefortunnie złamał nogę. Dużo czasu upłynęło, zanim wygramolili się na zewnątrz. Sprawa się wydała. Rezultat był taki, że kompani w załamaniu szybu założyli kratę, do której mieli klucze wyżsi stopniem. Adam i Jacek zostali odsunięci na jakiś czas od „Szczeliny”, a za nadmierne pijaństwo Adam musiał odejść ze służby milicyjnej i przejść na emeryturę.

Niestety, Adam O. został tylko chwilowo doprowadzony do porządku. Czując się oszukany i odizolowany od grupy, coraz częściej zaglądał do kieliszka. Jeździł na ryby i zalewał się mocno i tam nad stawem któregoś razu został pobity celem doprowadzenia do porządku.

W tym miejscu pora wyjaśnić, skąd to wszystko wiem. Śledztwo w związku ze „Szczeliną” zataczało coraz szersze kręgi, w terenie pojawili się agenci UOP i Wojskowych Służb Informacyjnych, usiłując dotrzeć do środowiska jeleniogórskich poszukiwaczy. W 1994, czyli stosunkowo późno, dotarło do mnie dwóch agentów WSI. Zwracając uwagę na moją przeszłość, dano mi do zrozumienia, że nie mam większego wyboru i liczą na mą pomoc. Przedstawiono mi temat w niezbędnym na tym etapie zakresie. Później zgłosił się do mnie człowiek, którego nawet znałem, miał być kontaktem z moimi mocodawcami. Celem było zdobycie zaufania ludzi związanych ze „Szczeliną” i zlokalizowanie jej w zamian za ustawowe dziesięć procent znaleźnego (…).

Joanna Lamparska o „Szczelinie”…
Skarb III Rzeszy mógł zostać wymyślony przez handlujących kradzionymi antykami byłych funkcjonariuszy bezpieki.

To miał być hit wśród znalezisk skarbów ukrytych przez III Rzeszę pod koniec II wojny światowej. O odnalezieniu rozległej sztolni na Dolnym Śląsku, w której ukryte były dzieła sztuki oraz wyroby ze złota i z bursztynu, informowali 10 marca 1993 r. w piśmie do premiera RP członkowie Polskiego Towarzystwa Eksploracyjnego z Wrocławia. „Część złota została przetopiona - pisali poszukiwacze - wartościowsze pierścienie i sygnety wywiezione do RFN, zaś bursztyn pocięty na koraliki”. W podziemiach miały się znajdować ciała zamordowanych niemieckich żołnierzy, a przy ubranym w generalski mundur mężczyźnie - trzy bezcenne jajka Faberge z kolekcji rosyjskich carów. Jedno z takich jaj zostało później znalezione u Waldemara Huczki, romskiego wójta z Nowej Soli zamordowanego w bestialski sposób w swoim domu. Zdaniem niektórych poszukiwaczy skarbów, do dzisiaj nie opróżniono skrytki z Dolnego Śląska; inni zaś twierdzą, że hitlerowski sezam, jak nazywane jest domniemane znalezisko w sztolni, w ogóle nie istniał, lecz został wymyślony w celu kamuflażu cennych przedmiotów pochodzących z innych źródeł.
Rembrandt w sztolni
W środowisku poszukiwaczy tajemnicza sztolnia jest znana też jako Szczelina Jeleniogórska, ponieważ eksploratorzy zlokalizowali ją około 20 km od Jeleniej Góry, gdzieś pomiędzy Lubomierzem a Radomierzycami. Pierwsze informacje o szczelinie pochodzą z 1991 r. gdy jej odkrywcy napisali list do wojewody jeleniogórskiego. Proponowali ujawnienie informacji o skarbach w zamian za połowę ich wartości i obietnicę niewszczynania dochodzenia na temat tego, co stało się z dotychczas wydobywanymi przedmiotami. Nie uzyskali odpowiedzi, więc skontaktowali się ze Stanisławem Siorkiem, byłym funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa. Komunistyczne specsłużby już w trakcie II wojny światowej zajmowały się przejmowaniem skarbów ukrytych przez wycofujących się Niemców. Siorek uchodził za eksperta w tej dziedzinie - był członkiem Polskiego Towarzystwa Eksploracyjnego, badaczem wojennych tajemnic Dolnego Śląska. Propozycja trafiła też do Ministerstwa Gospodarki Leśnej i Ministerstwa Kultury.
Oficjalnie żadna z instytucji nie zainteresowała się sprawą. Pojawiła się natomiast seria artykułów o szczelinie, które zawierały kolejne szczegóły odkrycia. Żaden z piszących nie dotarł jednak bezpośrednio do odkrywców. Sensację wywołały więc wspomnienia Mieczysława Bojki, poszukiwacza z Mysłakowic koło Jeleniej Góry, który w 2004 r. opowiedział w magazynie „Oblicza Historii” o swoich kontaktach z osobami, które były w szczelinie. Znalezisko miało zostać odkryte przez przypadek. Po wejściu przez komin wentylacyjny odkrywcy zobaczyli „pomieszczenie szerokie na cztery do pięciu metrów, prawie piętnaście metrów długie, zaraz na lewo od komina, którym weszli, znajdowała się sztolnia, którą wprowadzono ładunek i samochody. Wejście to było założone lub zawalone pod sufit kamieniami, między którymi widać było niewybuchy pocisków artyleryjskich i moździerzowych. (…) Po prawej, w dwóch rzędach, niemal pod sufit, stało mnóstwo skrzyń - mniejszych, większych, płaskich i wysokich, tuby skórzane zawierające obrazy. Były tam też walizki oraz metalowe pojemniki pomalowane na zielono. Po lewej, tyłem do wyjazdu, stały dwa, jeden za drugim, mercedesy cabrio. W pierwszym na kierownicy było oparte ciało żołnierza Wehrmachtu. (…) Zaraz na lewo od wejścia - kilkanaście ciał żołnierzy Wehrmachtu (10-12) należących najprawdopodobniej do oddziałów Schörnera (feldmarszałek, który dowodził zgrupowaniem broniącym tzw. wału sudeckiego; zagradzało ono wojskom sowieckim drogę do Berlina) - wynikało to z naszywek i odznak za udział w kampanii krymskiej. Na końcu komory stało kilka konfesjonałów wyłożonych bogato bursztynem, posągów z marmuru i brązu, które owinięto kocami”.

Skarb carów
Najcenniejszym znaleziskiem miały być trzy jaja Faberge znalezione przy niezidentyfikowanym mężczyźnie w mundurze generała. Zrobione ze złota, inkrustowane kamieniami, kością słoniową i macicą perłową jaja z pracowni Petera Carla Fabergé to niezwykłe dzieła sztuki. Zamawiane przez rosyjskich carów, precyzyjnie wykonane, kryły w sobie różne kunsztowne niespodzianki, na przykład złotą karetę koronacyjną albo kopię pałacu carskiego. Uważa się, że Fabergé i jego jubilerzy wykonali 54 takie jaja, z czego do dziś przetrwało 47.

10 czerwca 1992 r. jedno z jaj Faberge pojawiło się na aukcji Sotheby’s w Nowym Jorku. Klejnot o nazwie Trofeum Miłości kupił anonimowy kolekcjoner za rekordową sumę 3,19 mln USD. Zakup wzbudził w Polsce ogromne zainteresowanie. Od roku Komenda Wojewódzka w Zielonej Górze prowadziła bowiem dochodzenie w sprawie śmierci Waldemara Huczki (ps.Lalek), jednego z najbogatszych Romów w kraju. Morderstwa dokonano 19 czerwca 1991 r., ciało ofiary z poderżniętym gardłem znaleziono dopiero po czterech dniach. W domu zabitego panował niewyobrażalny chaos. Splądrowany sejf, powyciągane w pośpiechu szuflady. Krewni Huczki zeznali, że z willi skradziono m.in biżuterię, obrazy oraz kilkaset tysięcy dolarów. Twierdzili też, że wśród zgromadzonych przez wójta przedmiotów było „złote jajko”. Widział je także kolekcjoner z Zielonej Góry, któremu Lalek pokazywał jajo Faberge w grudniu 1990 r. Już jesienią tego roku Huczko kazał założyć kraty we wszystkich oknach swojej wilii. Znajomi twierdzili, że stał się podejrzliwy i bardzo nerwowy.
W trakcie późniejszego śledztwa okazało się, że jeden z morderców Huczki pokazywał znajomym w 1991 r. „złote jajko wysadzane kamieniami na żółtej stopce”. Czy było to jajo skradzione w Nowej Soli? A jeżeli tak, to jaką drogą trafiło do Lalka? Wśród eksploratorów zaczęła krążyć informacja, że wójt kupił klejnot od odkrywców jeleniogórskiej szczeliny. Miało to być to samo jajo, które potem zostało sprzedane na aukcji w Nowym Jorku.
Skarb mniemany?
Koniec II wojny światowej zapisał się w historii Dolnego Śląska jako okres ukrywania przed nadchodzącymi Rosjanami dzieł sztuki i cennych przedmiotów. Günther Grundmann, konserwator prowincji dolnośląskiej, przygotował sieć skrytek, do których wyjeżdżały transporty dóbr kultury z Wrocławia. Podobne akcje ukrywania cennych rzeczy przeprowadzały również oddziały SS i Wehrmachtu.
Opisy „Szczeliny Jeleniogórskiej” wskazywały, że mogła się tam znajdować taka skrytka, zaś jej zabezpieczeniem zajmowali się żołnierze z armii Schornera. Mieczysław Bojko tak opisywał zabezpieczenia skarbów: „Z wnętrza schowka wynoszono coraz to nowe fanty. Obawiano się jednak opróżniania skrzyń, jako że Niemcy mogli tam założyć naciskowy ładunek wybuchowy. Gdy opróżniano skrzynie, obciążano je na zewnątrz podwieszanymi krążkami ołowianymi lub wkładano je do już opróżnionych”. Podobno wydobyto ze skrytki „liczne cenne zabytki sztuki rosyjskiej i orientalnej, w tym wiele związanych z religią, np. księgi prawosławne, które miały kartki wykonane z cienkiej blachy srebrnej z dodatkami złota, łączone rzemykami ze skóry, a także sporo ikon, złotych krzyży z kamieniami (…) i wiele innych przedmiotów pochodzących z Rosji”.
Zastanawiające, że po odkryciu skarbca na rynku antykwarycznym nie wypłynęły ani te przedmioty, ani nawet ich zdjęcia, oprócz dwóch fotografii jaj Faberge zrobionych przez anonimowego odkrywcę. - Widziałem zdjęcia kilku przedmiotów, które „pochodziły” ze szczeliny, ale skłaniam się ku temu, że jej istnienie to mistyfikacja - mówi Robert Kudelski, badacz tajemnic II wojny światowej. Jego zdaniem, legenda szczeliny została wymyślona przez przemytników dzieł sztuki. Istnienie tajnego schowka, w którym miały być ukryte skarby, ułatwiło upłynnienie cennych dzieł sztuki, pochodzących z kradzieży lub odnalezionych w kilku innych skrytkach na Dolnym Śląsku. - Na tym terenie działają profesjonalne grupy, które nie dzielą się swoją wiedzą i odkryciami ze środowiskiem polskich eksploratorów. Dysponują za to informacjami i profesjonalnym sprzętem, co świadczy o tym, że za ich działalnością stoją bogaci mocodawcy, których wiedza i doświadczenie wskazują na to, że mogli być członkami komunistycznych służb specjalnych krajów bloku wschodniego - twierdzi Kudelski.

Polemika i obalanie mitów…

„Szczelina”: zagmatwane tropy złotonośnej kury…

Tekst M.Bojki Tajemnica „Szczeliny jeleniogórskiej” („Oblicza Historii” 03/2004) daje wiele do myślenia. Autor opublikował wyjątkowo dokładny opis wyrobiska ze schowkiem, powstały na podstawie relacji jednego lub kilku odkrywców skrytki.

Ma się ona mieścić w skalnym pomieszczeniu na planie prostokąta mierzącego od czterech do pięciu metrów szerokości i prawie piętnaście metrów długości. We wnętrzu znajdują się trzy samochody: „Po lewej, tyłem do wyjazdu, stały dwa, jeden za drugim, mercedesy cabrio (…). Przed tymi samochodami stał jakiś dziwny pojazd z kierownicą i kołem z przodu, a z tyłu mający gąsienice. Ponadto złożono w nim kilka konfesjonałów oraz posągów, a także mnóstwo skrzyń w dwóch rzędach (…) jakieś tuby skórzane i walizki oraz metalowe pojemniki malowane na zielono”. Gdzieś po prawej stoi kilka akumulatorów, a na dnie komory porozrzucane są kable elektryczne.

Marka dwóch samochodów zdaje się nie budzić wątpliwości: Mercedesy to produkowane w latach 1936–1943 kabriolety 170V. Trzeci pojazd byłby włoską konstrukcją firmy Moto Guzzi (tzw.Guzzikrada). Redakcja identyfikuje go jako „Kettenrad” – niemiecki półgąsienicowy ciągnik SD KFZ 2 NSU, ale rozmówca M. Bojki wyraźnie okazał zdziwienie specyficzną konstrukcją, nadmieniając o „kierownicy”, zapewne samochodowej. Ciągnik NSU miał kierownicę motocyklową, poza tym w innym miejscu opisu występują słowa „o samochodach” w odniesieniu do wszystkich trzech pojazdów umieszczonych w wyrobisku.

W zakładaniu schowka musiało więc brać udział co najmniej kilkunastu niemieckich żołnierzy, z których wielu zostało w nim na zawsze. Po prawej stronie wnętrza „oparte o ścianę, wpółsiedząc, znajdowały się dobrze widoczne zwłoki niemieckiego generała (…). Następnie, zaraz na lewo od wejścia, dość nieprzyjemny widok – kilkanaście ciał żołnierzy Wehrmachtu (około 10-12), (…). W pierwszym (samochodzie) na kierownicy było oparte ciało żołnierza Wehrmachtu, z tyłu wyglądało, jakby żołnierz ten spał, był jednak zastrzelony”. Inne zwłoki były widoczne po wojnie na zewnątrz skrytki.

Opis wnętrza skalnej komory nie jest precyzyjny. Autor podzielił go na dwie części. W pierwszej odtwarza wnętrze komory widziane przez braci O. z perspektywy wylotu szybu wentylacyjnego. Początkowo, z obawy przed pułapkami minerskimi, O. nie wchodzili do pomieszczenia. Jego penetracji dokonali dopiero po latach i ówczesne obserwacje składają się na drugi fragment opisu. Wydawałoby się, że obie części opisu powinny się wzajemnie uzupełniać, a tymczasem istnieją między nimi istotne sprzeczności. Co spostrzegli Adam i Jacek O. z wnętrza otworu wentylacyjnego? „Z lewej strony widać było jakby wejście albo wyjście” czyli, co wynika z innego fragmentu tekstu: „sztolnia, którą wprowadzono ładunek i samochody. Następnie, zaraz na lewo od wejścia, dość nieprzyjemny widok – kilkanaście ciał (…)”. Natomiast „na wprost (otworu wentylacyjnego) zdeponowano ładunek (2 rzędy skrzyń) przykryty plandekami”. Ale w innym miejscu jest mowa o samochodach stojących „w głębi po lewej stronie, w oddali…” Jakiej oddali po lewej stronie? Przecież, a to jest jednoznacznie zawarte w opisach, szyb wentylacyjny ma znajdować się w jednej z dłuższych ścian prostokąta i w pobliżu narożnika, przy którym, w ścianie krótszej, mieści się otwór sztolni wjazdowej. Widok z szybu wentylacyjnego, częściowo zasłonięty skrzyniami, obejmowałby wyłącznie parometrowy odcinek komory w pobliżu wjazdu po lewej stronie, samochody zaś musiały znajdować się na prawo od szybu. Pojazdy zajmowałyby co najmniej 12 metrów (Mercedes 170V miał ok.4,30 m dł.,Guzzirada lub SD KFZ 2 NSU–ok. 3 m), a więc w 15-metrowym wnętrzu wyrobiska pozostawało zaledwie około 3 m wolnego miejsca w sąsiedztwie wjazdu. Jest to zdecydowanie za mało na kilkanaście zwłok, chyba że były one złożone w stertę. Lecz, według opisu, zwłoki leżały „bezwładnie”. W żadnym przypadku ponadto samochodów nie mogła dzielić od skrzyń odległość wynosząca „kilka metrów”. Biorąc pod uwagę 4-metrową szerokość wnętrza komory oraz szerokość mercedesów wynoszącą 1,60 m, ów dystans nie mógł być większy niż 1-2 m. Można owe sprzeczności skwitować lapidarnym stwierdzeniem: tak czy owak niepodważalny pozostaje fakt, że wzmiankowane w opisie pojazdy mogły zmieścić się we wnętrzu Szczeliny. Owszem, tylko wydawałoby się, że pierwszym oględzinom skalnej komory wypełnionej zwłokami, samochodami i skrzyniami towarzyszyły wyjątkowe emocje („Cały ten widok robił posępne i tragiczne wrażenie.” Braci „paraliżował strach”- podkreśla M.Bojko) i wobec tego trudno zapomnieć lub pomylić główne elementy niezwykłej, ale i nieskomplikowanej sceny. Tym bardziej że znalazcy mieli z nią do czynienia przez długie lata.

Na tym nie koniec wątpliwości. Jak miało wyglądać założenie skrytki? W pierwszej kolejności, co oczywiste, wniesiono by dzieła sztuki, akumulatory i być może materiały minerskie oraz wprowadzono samochody, a następnie przystąpiono do zamknięcia schowka. Autorzy wszystkich publikacji na temat Szczeliny byli przekonani, że użyto w tym celu ładunków wybuchowych. Nie jest to oczywiste. Być może w powietrze wysadzono by zewnętrzny otwór sztolni, choć wtedy należało liczyć się z zagrożeniem dla zmagazynowanych dzieł sztuki w wyniku działania fali uderzeniowej oraz znacznego zapylenia wnętrza komory, o czym w opisie nie ma jednak mowy. Przeciwnie, na mundurze martwego generała jeszcze dzisiaj mają być dobrze widoczne dystynkcje i czerwone lampasy. Być może wylot sztolni znajduje się w na tyle dużej odległości od komory, że eksplozja nie wyrządziła żadnych szkód. Natomiast z pewnością nie zastosowano by materiałów minerskich przy zamknięciu sztolni od strony wnętrza wyrobiska: „Wejście było założone lub zawalone pod sufit kamieniami”. W przypadku eksplozji w otworze sztolni powstałoby gruzowisko, przez które nie byłoby możliwe ujrzenie w głębi „porozpinanych na pewnej wysokości drutów, do których poprzyczepiano ładunki wybuchowe”. Sztolnię zaślepiono by więc specjalnie wymurowaną ścianą. Jeśli zdecydowano się na jej zaminowanie, to prawdopodobnie przynajmniej częściowo użyto by zaprawy murarskiej. Mur musiał być ustabilizowany, ponieważ przypadkowe obsunięcie się któregoś z kamieni, użytych jako budulec, mogło spowodować wybuch i zagrożenie dla zawartości schowka. Charakterystyczna jest wzmianka o rozpięciu przewodów minerskich jedynie do „pewnej wysokości”. Fragment muru ponad nią mógłby zostać zakończony później, po wyjściu – górą – żołnierzy pracujących przy zaminowaniu końcowego odcinka sztolni. To może świadczyć, że ściana zostałaby postawiona już po zaślepieniu wjazdu od zewnątrz i saperzy po wykonaniu swoich prac mieli tylko jedną drogę odwrotu – do wnętrza komory. Dopiero po wejściu do niej wypełniliby lukę w górnej części ściany i umieścili między kamieniami „niewybuchy pocisków artyleryjskich i moździerzowych”.

Prace te mogły być więc czasochłonne. Ilu ludzi było potrzebnych do ich przeprowadzenia w końcowym etapie? Zapewne nie więcej niż 3-4, we wnętrzu sztolni większa ich liczba wzajemnie by sobie przeszkadzała. To dlaczego w komorze podobno znajduje się tak wiele ciał: 10-12 żołnierzy, kierowcy i generała? Poza tym mieli być tam obecni jeszcze dwaj kolejni generałowie, którzy najwyraźniej zdezerterowali (swoje mundury pozostawili w jednym z pojazdów), czyli w momencie zamknięcia ściany sztolni w wyrobisku miało przebywać co najmniej 12-16 osób. W jakim celu? Z opisu można wnioskować, że powierzchnia Szczeliny ma około 60-75 m2. Trzy samochody zajmowałyby co najmniej około 17 m2, konfesjonały, rzeźby i skrzynie – przyjmijmy – drugie tyle. Dla ludzi zostało więc około 30-45 m2 i na każdego z obecnych przypadałoby zaledwie ok. 3 m2. Czyli w skalnym pomieszczeniu panowałby prawdziwy tłok, niewiele mniejszy niż w wypełnionym podczas mszy kościele, gdzie jedna osoba zajmuje około 1,5 m2.

Szczelina i jej otoczenie (z relacji niemieckiego leśniczego wiadomo o ludzkich szczątkach na skalnym zboczu) stałaby się grobem paru drużyn, a może nawet plutonu Wehrmachtu. Jakie wydarzenia miały rozegrać się po zamknięciu schowka? Sceneria przedstawiona w opisie M.Bojki jest sugestywna, ale wiele jej szczegółów wywołuje ogromne zdziwienie. Pozornie wszystko jest jasne: nieznani sprawcy (dwaj generałowie, których mundury pozostały w samochodzie?) zlikwidowali niewygodnych świadków. Tylko w jaki sposób? Sterroryzowali grupę żołnierzy, spędzili ich w jedno miejsce i zastrzelili? Musieliby użyć broni maszynowej, co w ogromnym stopniu zagrażałoby nie tylko starannie ukrytym dziełom sztuki, ale również samym strzelającym (rykoszety w niewielkim, zamkniętym pomieszczeniu). A więc podali żołnierzom truciznę? Potem zastrzelili żołnierza (z trudno wytłumaczalnych przyczyn absurdalnie siedzącego w samochodzie) i generała, spokojnie oczekujących na swoją kolej? A może żołnierz z samochodu i generał należeli do spisku i w ostatnim momencie zostali zdradzeni przez swoich wspólników? W sprawę założenia schowka miało być zamieszanych trzech generałów, z których jeden zginął, a po dwóch przepadł wszelki ślad. Jednak sztab żadnej z niemieckich armii nie zgłosił podczas ostatniej wojny bezprecedensowego w historii wojskowości w XX w. zaginięcia w tym samym dniu aż trzech generałów na tyłach frontu.

Czy zatem należy uznać „Szczelinę” za legendę? O ile z jak największą nieufnością trzeba odnieść się do opisanych wyżej szczegółów, to opis sposobu zamurowania i zaminowania końcowego odcinka sztolni wydaje się wiarygodny, pozwala nawet na snucie domysłów na temat sposobu przeprowadzenia prac. Nie można jednak zapominać, że jedna blaga powoduje powstanie drugiej. Potwierdzenie tej prawdy znaleźć można w mnogości wersji związanych z zawartością schowka, a zwłaszcza mających z niego pochodzić dzieł sztuki.

Mieczysław Bojko nie jest jedynym autorem publikującym informacje pochodzące od osób, które znały z autopsji Szczelinę. Jej istnienie ujawnił publicznie S.Siorek, choć uczynił to w sposób bardzo lakoniczny. W liście do premiera (opublikowanym w „Eksploratorze” 1/1994) pisał o „rozległej sztolni”, dobrze ukrytej, zawierającej dzieła sztuki i wyroby ze złota i bursztynu. Część złota została przetopiona, wartościowsze pierścienie i sygnety wywiezione do RFN, zaś bursztyn pocięty na koraliki”. Podkreślił, że grupa znalazców „zwracała się do wojewody jeleniogórskiego z ofertą wskazania sztolni za 45% wartości znaleziska” i ostrzegł: „Brak decyzji władz sprzyja dalszej grabieży”. Wiele wskazuje na to, że S.Siorek otrzymał informacje bezpośrednio od osób podających się za odkrywców skrytki. Podczas dochodzenia jesienią 1993 r. policja dysponowała ogólnikowymi danymi o ukrytych w podziemiu samochodach (w jednym z nich miało znajdować się ciało oficera Wehrmachtu) załadowanych dziełami sztuki, pośród których znajdowały się jakieś wyroby bursztynowe, natomiast nie były jej znane inne szczegóły z listu S.Siorka.

W artykule z jesieni 1995 r. („Rembrandt w lochu?”, Nowy Detektyw 47/1995) R.Wójcik pisał o „ogromnym depozycie” ukrytym w podziemnym bunkrze w końcowych tygodniach wojny. Znajdują się w nim głównie dzieła sztuki, obrazy, rzeźby, a także i kosztowności z muzeów Ukrainy i Rosji. Podziemie jest tak obszerne, że stoją tu samochody ciężarowe i wojskowe gaziki z ładunkami wciąż nie rozpoznanymi. Jeden z odkrywców bunkra wszedł sam do jego wnętrza, po linie, przez wąski komin wywietrznika… Za drugim razem, gdy przyszedł ze wspólnikiem, ujrzeli trupy kilkunastu oficerów niemieckich. Jeden, zapewne samobójca, siedział za kierownicą auta z pistoletem w dłoni (…). Autor nadmienił także o innych szczegółach znanych znalazcom: podobno wydobytym ze schowka „złotym jajku” i szybie wentylacyjnym odkrytym przez jakiegoś gajowego.

List S.Siorka był utrzymany w tonie jeszcze wstrzemięźliwym, w artykule Rembrandt w lochu? pojawił się już wątek „ogromnego depozytu”, a temperatura osiągnęła stan wrzenia w kolejnej publikacji R. Wójcika (Łowcy skarbów, Warszawa 1997, s. 21-26). Autor na prośbę J.Śniecińskiego (wydawcy „Nowego Detektywa”, co, biorąc pod uwagę opublikowanie w tym piśmie „Rembrandta w lochu?” zapewne nie jest przypadkowym zbiegiem okoliczności) przygotował „Porozumienie wstępne”, które znalazcy zamierzali zawiązać z władzami. Oczekiwali wynagrodzenia (20% ceny aukcyjnej) za wskazanie „szczegółowej lokalizacji znaleziska kultury o wielkiej wartości materialnej (co najmniej 1 mld dolarów USA, co z grubsza odpowiada co najmniej dwukrotnej, szacunkowej wartości Bursztynowej Komnaty – JL])”. Podobnie jak S.Siorek (a jest to analogia uderzająca), również R.Wójcik, choć dobitniej, przestrzegał w „Porozumieniu”: „O miejscu ukrycia wie zapewne strona niemiecka, bowiem ujawnione ostatnio symptomy na to wskazują. Ponagla to w sposób oczywisty bieg sprawy w obawie przed niekontrolowaną eksploracją ze strony czynników zagranicznych”. Trzeba podkreślić: materiały do obu swoich publikacji autor zebrał w jednym czasie, dając do zrozumienia w Łowcach skarbów, że pochodzą one od osoby, którą teraz M.Bojko określa jako B. „Porozumienie”, ujawnione dopiero w 1997 r., R.Wójcik załączył do artykułu w „Nowym Detektywie” już w 1995 r. Można więc wnioskować, że powstało ono nie później niż w 1995 r., a szczegóły, ówcześnie podane w „Nowym Detektywie”, pochodzą od domniemanych znalazców. Dziwi zatem ich skrajna niezgodność z opisem u M.Bojki (m.in. we wnętrzu schowka samochody ciężarowe, a nie osobowe, znajdujące się w jednym z samochodów zwłoki oficera – samobójcy z pistoletem w dłoni, co – na marginesie – jest szczegółem bardzo wątpliwym itd.). Własnym wkładem R.Wójcika są niejasne i jak z rękawa wysuwane sugestie, że „Szczelina” może znajdować się w okolicach Książa, Szklarskiej Poręby lub Piechowic.

Tekstem porównywalnym do materiału M.Bojki jest obszerny artykuł M.Chromicza „Schowek nie całkiem opróżniony” („Nowiny Jeleniogórskie” 23.06.1998). Autor powołał się na informatora – osobę, która była właścicielem „pieczęci myśliwskiej”, wydobytej ze Szczeliny. Od M.Bojki wiadomo, że pieczęć należała wówczas do Waldemara K., mającego towarzyszyć braciom O. podczas oględzin schowka w trakcie pierwszego wejścia do wnętrza schowka. I znów uderzające jest, w jak dużym stopniu opisy skrytki M.Chromicza i M. Bojki, bądź co bądź określone jako pochodzące od jej odkrywców, różnią się od siebie. Między innymi w wersji przekazanej przez Chromicza obok dwóch samochodów (ich marka nie została określona) w komorze stoją dwa motocykle BMW (u Bojki pojazd gąsienicowy). W jednym z samochodów znajdują się zwłoki generała (u Bojki szczątki generała spoczywają pod ścianą). Pośród ukrytych dzieł byłyby „stare książki” (zapewne chodzi o rękopisy: w artykule widnieje zdjęcie jednego z inkunabułów), srebrna zastawa na 200 osób, „kompletna myśliwska komnata”(?) i teczki z rysunkami (są to przedmioty nie występujące u Bojki), a także „ogromne bursztyny” (u Bojki „konfesjonały wyłożone bogato bursztynem”).

I rzecz bardzo istotna: informator M.Chromicza mówił o 3 jajach Fabergé znalezionych przy zwłokach generała. Wcześniej S.Siorek nie wspomniał o żadnym, R.Wójcik pisał o jednym – „złotym”. Natomiast w tekście M.Bojki jest mowa o chyba co najmniej czterech, a na jednej z załączonych fotografii widać piąte (według podpisu „Nie zostało ono znalezione w teczce generała, ale wśród innych wyrobów ze złota”). Co więcej, ani jedno z trzech jaj opisanych przez M.Chromicza nie odpowiada egzemplarzom z tekstu M.Bojki, m.in. różnią się one umieszczonymi wewnątrz drobnymi przedmiotami (u M.Chromicza: złota kareta, mała cerkiew i scena „jakiegoś hołdu”, u M.Bojki tylko jeden przykład – „mniejsze jajko (…) bursztynowe, inkrustowane srebrem w orły cesarskie”). A więc w schowku miano ukryć nie trzy jajka, lecz co najmniej siedem bądź osiem dzieł z warsztatu Fabergé lub jego kręgu? Czy można mieć przekonanie, że w przyszłości ich liczba już się nie zwiększy? Nie sposób wyjaśnić skrajnych rozbieżności w tekstach autorów, którzy korzystali z informacji pochodzących od osób podobno z autopsji znających skrytkę. Czyżby „Szczelina” od początku była legendą?

Co raz ukazujące się artykuły powodują stopniowe podgrzewanie atmosfery wokół sprawy schowka i dziennikarskie werble brzmią tym głośniej, im bardziej oddala się perspektywa przyznania rządowej nagrody dla jego domniemanych odkrywców. W tekstach S.Siorka i R.Wójcika wprost zawarte było skierowane do rządu przesłanie o zawarcie umowy ze znalazcami. Wystąpili o nią sami zainteresowani w lecie 1995 r., a wobec fiaska rozmów, w kolejnych publikacjach (niezależnie od intencji ich autorów) władze coraz bardziej są kuszone opisami bogactw jakoby ukrytych w „Szczelinie”. Materiał M.Bojki ma dodatkowe znaczenie. Informacje o wcześniej nieznanych jajkach Faberge ze „Szczeliny”, jeśli są prawdziwe, przestały mieć wymiar dyskretnej oferty dla władz. Dzieła już dawno wyniesiono by ze schowka, a rozkwitająca legenda „Szczeliny” nadawałaby im walor autentyczności. Ta jednak wcale nie musi być oczywista, na co słusznie zwrócił uwagę L.Zwirełło („Jajko w Szczelinie albo jak zrodziła się legenda. Afera z jajkiem Faberge”, Odkrywca 5/2003).

Nie da się pominąć zagadnienia lokalizacji głośnego schowka. Wydawałoby się, że w jej określeniu ogromne znaczenie może mieć mapa, wedle M.Bojki znaleziona przy zwłokach generała. Widać na niej ślad krwi. Nie jest to plama, jaka powstałaby, gdyby w momencie śmierci generał pochylał się nad mapą. Krew przesączyła się przez podklejone płótno w formie świadczącej o tym, że mapa, prowizorycznie złożona, mogła być umieszczona w kieszeni bluzy mundurowej. Bardzo zastanawia jednak brak symetrii zacieku: przede wszystkim w środkowym odcinku krew wsiąkła tylko w jeden z arkuszy, podczas gdy drugi pozostał niemal suchy. Mapa była złożona w charakterystyczny sposób, tak aby po wyjęciu jej z kieszeni od razu można było mieć na widoku wybrany fragment. Zdaje się więc istnieć bardzo ścisły związek generalskiej mapy z miejscem, w którym znajduje się „Szczelina”. Jaki obszar jest na niej przedstawiony? Z nieznanych przyczyn M.Bojko przemilcza tę kwestię.

Na prawym, dolnym (S-E) arkuszu widać dwie przecinające się linie kolejowe. Charakterystyczne, że ich przebieg nie został zakłócony rzeźbą terenu, obie poprowadzone są po linii prostej (południowa z fragmentem o nieznacznym odchyleniu). Nie ma zatem wątpliwości (potwierdza to również kolorystyka użyta w oznaczeniu konfiguracji), że teren na tym arkuszu ma ukształtowanie nizinne i, jeśli mapa miałaby przedstawiać okolice Jeleniej Góry, to w rachubę wchodziłby jedynie odległy obszar na północ od Bolesławca, Złotoryi i Jawora. Byłby to region zupełnie inny od rejonu sugerowanego przez M.Bojkę jako lokalizacja „Szczeliny”.

Podobne wątpliwości można mnożyć niemal w nieskończoność. Nie ma potrzeby. Trafniej jest postawić pytanie zasadnicze: dlaczego od ćwierćwiecza znana skrytka z legendarną zawartością nie została udokumentowana choćby jedną fotografią jej wnętrza?

Mieczysław Bojko już raz wypowiadał się na temat „Szczeliny”. Joannie Lamparskiej oświadczył („Słowo Polskie” z 17 września 1999 r.): „Kilka lat temu do lokalnych władz zwróciła się grupa ze Strzelina z informacją o ukrytych dobrach kultury, m.in.o sławnym jajku Faberge. Pismo, które wysłali ,czytało kilkadziesiąt osób, one przekazały informacje kilkudziesięciu następnym. To nie mogło dać eksploratorom poczucia bezpieczeństwa. Potem pismo znalazło się jeszcze w kancelarii premiera, potem u ministra gospodarki leśnej i zasobów naturalnych itd. A informatorzy chcieli po prostu 50% wartości znaleziska. W końcu zrobiło się zamieszanie, zaczęły się przesłuchania, nic nikomu nie udowodniono, a sławne jajo Faberge zostało wywiezione na Zachód, gdzie zostało sprzedane za 70 tys. marek. Wkrótce osiągnęło cenę 5 mln funtów szterlingów”. Wywiad z M.Bojką otrzymał dający do myślenia tytuł: „Szukaj złota w polu”. Chyba tak…

(źródło: J.Lamparska,M.Bojko,J.Lewicki)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Z pamiętnika eksploratora…

przez , 05.kwi.2014, w Galimatias

Płyta z otworemO odnalezionych podziemiach cysterskich…

Historia z podziemiami cysterskimi w okolicach miejscowości Słup rozpoczyna się w 1810 roku, kiedy to w wyniku sekularyzacji zakonu grupka mnichów nie godząc się na zarekwirowanie dóbr i kosztowności zgromadzonych w lubiąskim klasztorze, buntuje się i ucieka z ich częścią w kierunku Krzeszowa, gdzie mieści się kolejne opactwo. Docierają do Winnicy, gdzie umiejscowiona była ich grangia, a dalej w kierunku Słupa i góry Górzec.

Jedna z legend dotycząca terenu gminy Męcinka mówi o podziemnym przejściu z kościoła w Słupie do kaplicy we wsi Żarek, która obecnie nie istnieje – pozostaje zalana pod wodami zbiornika Słup. Owa kaplica była niegdyś częścią klasztoru należącego do zakonnic, o surowej regule zakazującej pokazywania się wśród ludzi, zatem do słupskiego kościoła chodziły tym podziemnym korytarzem.

Krnąbrni mnisi wraz z przywłaszczonymi dobrami kierują się na Górzec. Masyw jest im dobrze znany z racji tego, iż od połowy XIII w. góra ta jak i obszar Mniszego Lasu należał do cystersów z Lubiąża, a w 1740 r. wytyczyli oni na niej tzw. Drogę Kalwaryjską, wzdłuż której ustawiono 14 piaskowcowych kapliczek. Ponadto znajduje się on mniej więcej w połowie drogi z Lubiąża do Krzeszowa. W 1810 roku u podnóża Górzca powstaje pustelnia, w której to zamieszkał jeden z mnichów, jak domniemywano „strażnik” cysterskich dóbr, ukrytych gdzieś w okolicy. O losach pozostałych jego kompanów nic nie wiadomo. Sam teren masywu Górzca obfituje w różnego rodzaju pozostałości po średniowiecznych pracach górniczych, takich jak sztolnie, szyby, pingi, itp., co niewątpliwie sprzyja możliwości ukrycia dóbr. Na szczycie zaś znajdował się XIII-wieczny zamek wzniesiony przez Henryka Brodatego, który mógł posiadać podziemia.

Gdzie mnisi ukryli przywłaszczone dobra? Czy na terenie grangi, kościoła w Słupie, w masywie Górzca, czy może w podziemiach? Do dziś pozostaje to tajemnicą. Podziemi nigdy nie zlokalizowano…Widok przez otwórI w tym momencie pojawia się nowy wątek, ślad. Otóż dowiadujemy się od znajomego, że kiedyś członek jego rodziny, w latach 70-tych XX w. pracował jako robotnik fizyczny przy prowadzonych pracach ziemnych między Winnicą a Słupem i opowiadał mu pewną historię. W trakcie prowadzonych prac ziemnych w znajdującym się tam lasku natrafili przypadkiem na jakiegoś typu „kamienny właz i komorę”. Prosimy znajomego by w miarę możliwości dopytał o szczegóły i lokalizację tego „znaleziska”. Po kilku dniach otrzymujemy odpowiedź ze szczątkowymi informacjami o tym odkryciu. Miała to być, porośnięta już runem, kamienna płyta z metalowymi uchwytami, po środku której znajdował się okrągły otwór „jakby do cyrkulacji powietrza wewnątrz-wywietrznik…”. Robotnicy uznali, że jest to pewnie jakiś stary grobowiec. Jednak gdy zajrzeli do wnętrza przez otwór, nie było w komorze trumien, a w jedną i druga stronę widoczne były łukowate, zamurowane cegłą wejścia.

Po tej informacji, mając jako takie namiary na ten „lasek” i umiejscowienie w nim płyty, nie pozostało nic innego jak zweryfikować ją w terenie. Jest grudzień 2013 roku. Zaopatrzeni w metalowe pręty do sondowania podłoża udajemy się do Winnicy i wskazanego lasku. Na miejscu bez problemu odnajdujemy go, po czym „przeczesujemy” dokładnie wzrokiem jego runo. Niestety nic charakterystycznego nie zauważamy. Postanawiamy zatem wykorzystać metalowe pręty i mniej więcej co 1 m sondujemy podłoże w nadziei natrafienia na „coś” twardego. Ponieważ jest przełom jesieni i zimy, a co za tym idzie dzień krótki, jesteśmy zmuszeni nasze poszukiwania rozbić na kilka dni po około 2 godziny dziennie. Teren nie jest mały, a dodatkową trudność nastręcza gęste poszycie runa leśnego, plątanina różnego rodzaju roślin. Często natrafiamy na duże kamienie zalegające tuż pod powierzchnią, dające nam fałszywą nadzieję, że to już to.Podziemia (1)W końcu po kilku dniach sondowania podłoża natrafiamy na coś twardego i o większych gabarytach, ukryte pod warstwą ściółki i porastającego ją bluszczu. Zaczynamy nerwowo rozgrzebywać bluszcz, a naszym oczom ukazuje się… kamienna płyta! Nareszcie! Pozbawiamy ja maskującej okrywy roślinnej, pojawiają się metalowe uchwyty i na jej środku otwór wielkości piłki do koszykówki. Płyta ma grubość 12 cm, wymiary 1,5×1,5 m. Oświetlamy przez otwór wnętrze. Komora jest pusta, w całości wykonana z cegły, głębokości około 2-2,5 m, wymiarach około 2×2 m, do której sprowadza kilka stopni również wykonanych z cegły. Podłoże jest wilgotne. Ściana naprzeciw stopni jest jednolita, natomiast w jedną jak i w drugą stronę widoczne są łukowate chodniki zamurowane cegłą. Na tą chwilę nie jesteśmy w stanie „ruszyć” płyty i odsłonić na tyle, aby dostać się do wnętrza. Na koniec robimy zdjęcia wnętrza opuszczając aparat przez otwór na tyle, na ile pozwala nam długość ramion oraz samej płyty. Informacja przekazana przez znajomego okazuje się w 100% prawdziwa. Zadowoleni z wyników poszukiwań odpuszczamy sobie na razie dalszą eksplorację odkrytej komory. Na powrót maskujemy ją roślinnością nie pozostawiając po sobie żadnych śladów naszej bytności i prac. Miejsce jest jak nie naruszone. Co kryje się w zamurowanych cegłą chodnikach? Dokąd prowadzą? Czy są drożne? Tą tajemnicę zostawiamy sobie na cieplejsze dni, gdy będą dłuższe, a roślinność bujna, by nie przykuwać uwagi osób postronnych… Jedno wiemy na pewno – nie jest to grobowiec, ani jakakolwiek konstrukcja drenująca. Nie w tym miejscu…Podziemia (3)W marcu 2014 roku powracamy do tematu odnalezionej komory. Zaopatrzeni w sprzęt niezbędny do odsłonięcia kamiennej płyty na tyle, aby móc wejść do wnętrza, ponownie udajemy się w kierunku Winnicy. Dochodzimy do „naszego” miejsca – jest w stanie takim, w jakim je pozostawiliśmy. Oczyszczamy płytę. Po kilku próbach nareszcie udaje się nam ją odsłonić na szerokość pozwalającą wejść do środka. Wnętrze jest czyste, jakby nieużytkowane. Cegły trochę zmurszałe na powierzchni, ale w dobrym stanie. Ostukujemy ściany. Ściana na wprost schodków wydaje dźwięk „pełnej”, natomiast boczne, o łukowatych sklepieniach „głuchych”. Postanawiamy rozkuć warstwę muru zabezpieczającego przestrzeń za. Po godzinie pracy wykonujemy otwór przez który możemy przecisnąć się dalej. Kierunek Słup… Chodnik jest wąski , nie przekracza metra szerokości i wysoki na 160 cm, w całości obudowany cegłą, podłoże wilgotne. Po około 100 m napotykamy na niewielki zawał z prawej strony, napór ziemi i czasu wypchnął dość spory fragment cegieł. Po niewielkim rozkopaniu go brniemy dalej. Napotykamy na pozostałości jakichś desek, wiklinowego kosza i porozrzucanych fragmentów porcelany, najwyraźniej z potłuczonego naczynia. Trochę dalej na kawałki szkła, fragmenty materiału, drzewiec niedopalonej pochodni.Podziemia (4)Korytarz cały czas biegnie lekkim łukiem w lewo. Po następnych 100 m napotykamy na kolejny, tym razem już sporych rozmiarów zawał ze stropu, odcinający dostęp do dalszych partii. Wracamy i dokładnie przyglądamy się ścianom, stropowi. Nic na nich nie ma. Żadnych napisów, żadnych rytów. Żadnych szczegółów, czysta cegła. Wychodzimy z komory, powtórnie nasuwamy płytę, maskujemy ją, zacieramy ślady naszej obecności w tym miejscu. W tym momencie nie mamy już więcej czasu by podjąć się próby przekopania zawału oraz wykucia otworu w drugiej ścianie. Przeszliśmy około 200 m. Ile jeszcze czeka przed nami? Ile czeka w drugim kierunku? Tę zagadkę zostawiamy sobie na kolejną wizytę… Kolejne co wiemy na pewno – są to podziemia.

Napotkany zawał nie daje spokoju… Wracamy po kilku dniach, nastawieni na przekopanie go. Początek eksploracji podobny do poprzedniego. Docieramy do zawału. Kopiemy… 1 godzina… 2 godzina… Udaje się! Zawał został przekopany,a za nim (!) widnieje ściana z cegieł! Kujemy. Cegły są wilgotne i zmurszałe, szybko ustępują naszym przecinakom, łomom i młotkom. Zaglądamy przez otwór oświetlając wnętrze. Pierwsze co rzuca nam się w oczy to następna ściana z cegieł oddalona o około 5 metrów. Ha! Specjalnie utworzona komora, oddzielona ścianami z cegieł, grodziami! Widzimy w niej ceglane schody biegnące ku stropowi, a przecież nad nimi nie ma żadnej budowli? (…) Chodnik biegnący od „komory wejściowej” w kierunku Słupa okazał się być zakończony opisaną komorą. Komorą, grobowcem, ossarium, schowkiem, depozytem. Dalej, za ścianą komory nie było już nic (obudowanego cegłą korytarza/tunelu), jedynie zwykła ziemia. Pozostaje eksploracja zamurowanego chodnika od „komory wejściowej” w kierunku Winnicy…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Wielisławka. Ukryte skarby III Rzeszy (2)

przez , 20.mar.2014, w Skarby

Złoty konwój. Ostatni raport

Pułkownik kontr­wy­wia­du Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa, Wła­dy­sław Ja­ro­min, wy­py­ty­wa­ny, za­wsze za­sła­niał się ta­jem­ni­cą służ­bo­wą. A mu­siał mieć wiele cen­nych informa­cji – prze­słu­chi­wał prze­cież m.in. do­mnie­ma­ne­go uczest­ni­ka akcji ukry­wa­nia tzw. złota Wro­cła­wia – Her­ber­ta Klo­se­go.

Za­brał ta­jem­ni­cę do grobu – mó­wio­no, gdy Ja­ro­min tra­gicz­nie od­szedł. Tym­cza­sem dawny przy­ja­ciel zmar­łe­go puł­kow­ni­ka po­sta­no­wił prze­rwać mil­cze­nie. Jest nim, znany już z łamów „Od­kryw­cy”, Edward Dzi­kow­ski.

W roku 1944 Pre­zy­dium Po­li­cji w Bre­slau wy­da­je ode­zwę skie­ro­wa­ną do lud­no­ści cy­wil­nej. Nakaz dru­ko­wa­ny w pra­sie zo­bo­wią­zu­je do de­po­no­wa­nia kosz­tow­no­ści oraz za­so­bów pie­nięż­nych we wro­cław­skich ban­kach. Niem­cy, przy­wy­kli do po­słu­szeń­stwa, ma­so­wo od­da­ją naj­cen­niej­sze rze­czy na prze­cho­wa­nie in­sty­tu­cjom finan­so­wym. Wie­rzą za­pew­ne, że ich wła­sność bę­dzie pod­czas walk bez­piecz­niej­sza w ban­ko­wym sej­fie, niż w pro­wi­zo­rycz­nej skryt­ce do­mo­wej bądź za­ko­pa­na w ogród­ku. Po­dob­no każda z tych osób, która zde­cy­do­wa­ła się na po­wie­rze­nie swego ma­jąt­ku ban­kom, otrzy­mu­je po­kwi­to­wa­nie, na mocy któ­re­go bę­dzie mogła odebrać swą wła­sność w bez­piecz­niej­szych cza­sach. Do zwro­tu dóbr nigdy jed­nak nie do­cho­dzi. De­po­zy­ty miesz­kań­ców wraz z wa­lo­ra­mi ban­ków wro­cław­skich w po­sta­ci sztab złota, za­so­ba­mi za­kła­dów ju­bi­ler­skich, nie ukry­ty­mi dotąd dzie­ła­mi sztu­ki oraz czę­ścią zbio­rów ar­chi­wal­nych… giną, a ra­czej zo­sta­ją per­fek­cyj­nie ukry­te. Bez­cen­ny trans­port wy­ru­sza po­dob­no z Wro­cła­wia, nie­dłu­go przed ob­lę­że­niem Fe­stung Bre­slau (Twier­dza Wro­cław) przez Armię Czer­wo­ną, a zatem pod ko­niec 1944 r. lub na po­cząt­ku stycz­nia 1945 r. Ślad do­mnie­ma­ne­go kon­wo­ju urywa się na tra­sie, pro­wa­dzą­cej w kie­run­ku Je­le­niej Góry.

Po­szu­ki­wa­cze od kil­ku­dzie­się­ciu lat łamią sobie głowy spe­ku­la­cja­mi, gdzie ukry­to jeden z naj­więk­szych skar­bów III Rze­szy. Co jakiś czas wy­bu­cha w Su­de­tach i oko­li­cach, „go­rącz­ka złota” za­kro­jo­na na wiel­ką lub mniej­szą skalę…

Kim je­steś ka­pi­ta­nie?

Je­dy­nym, zi­den­ty­fi­ko­wa­nym po woj­nie, uczest­ni­kiem akcji ukry­wa­nia skar­bów miał być Her­bert Klose, ka­pi­tan wro­cław­skiej po­li­cji. Gdyby nie on, ter­min „złoto Wro­cła­wia” nie za­ist­niał­by w po­wszech­nej świa­do­mo­ści. Wia­ry­god­ność ze­znań tego świad­ka wie­lo­krot­nie już jed­nak pod­wa­ża­no. Nie zwe­ry­fi­ko­wa­ne in­for­ma­cje, po­cho­dzą­ce od męż­czy­zny o za­gad­ko­wym ży­cio­ry­sie, nie prze­szko­dzi­ły jed­nak na­ro­dzi­nom le­gen­dy, bu­dzą­cej naj­wyż­sze emo­cje.

W ostat­nim cza­sie po­ja­wił się nowy głos w dys­ku­sji, to­czą­cej się wokół wro­cław­skie­go złota. Wspo­mnie­nia Edwar­da Dzi­kow­skie­go, eme­ry­to­wa­ne­go ofi­ce­ra kontrwy­wia­du, uwia­ry­gad­nia­ją ze­zna­nia Her­ber­ta Klo­se­go. W opo­wie­ści na­sze­go in­for­ma­to­ra zna­leźć można po­twier­dze­nie kie­run­ku, który miał, we­dług Klo­se­go, obrać kon­wój ze zło­tem, wy­my­ka­ją­cy się z za­gro­żo­ne­go mia­sta. Dzi­kow­ski ujaw­nia, że skarb mógł być ukry­ty znacz­nie bli­żej Wro­cła­wia, niż su­ge­ru­ją ofi­cjal­ne zezna­nia by­łe­go ka­pi­ta­na po­li­cji… Od­daj­my zatem głos na­sze­mu in­for­ma­to­ro­wi.

Agent cen­niej­szy niż złoto

- To, co po­wiem za chwi­lę, do­wie­dzia­łem się od płk. Wład­ka Ja­ro­mi­na, z któ­rym się przy­jaź­ni­łem – za­czy­na opo­wia­dać Edward Dzi­kow­ski, wy­wa­żo­nym, jak zwy­kle, gło­sem, sie­dząc przy sto­li­ku jed­nej z wro­cław­skich ka­wiar­ni. – Ja­ro­min prze­słu­chi­wał Klo­se­go, zanim jesz­cze ten tra­fił do aresz­tu w 1953 r. In­for­ma­cja­mi po­dzie­lił się tylko ze mną. Przy­zna­ję, że nie za­pa­mię­ta­łem wszyst­kie­go, co mi po­wie­dział, bo nie in­te­re­so­wa­łem się wów­czas tymi spra­wa­mi. Mia­łem inne, bar­dzo po­waż­ne za­da­nia – tłu­ma­czy roz­mów­ca. – Jak się po­lu­je na grube ryby, to i pło­cie wpa­da­ją – uśmie­cha się. – Jedną z ta­kich „pło­tek” była wła­śnie opo­wieść o zło­cie Wro­cła­wia. Gdyby Ja­ro­min żył, opo­wie­dział­by dużo wię­cej, choć Klose nie prze­ka­zał mu naj­praw­do­po­dob­niej wszyst­kie­go. Myślę – Dzi­kow­ski odro­bi­nę ści­sza głos – że we wska­za­nym miej­scu muszą wciąż leżeć de­po­zy­ty. Ja­ro­min na pewno nie pró­bo­wał ich wy­do­by­wać. Nie zaj­mo­wał się po­szu­ki­wa­nia­mi. In­te­re­so­wa­ło go wy­łącz­nie tro­pie­nie agen­tów hi­tle­row­skie­go i RFN-owskie­go wy­wia­du. W la­tach 50. pro­pa­gan­da była tak silna, że lu­dzie wie­rzy­li, że każdy bę­dzie miał po­dług po­trzeb. I to dzię­ki pracy, nie eks­plo­ra­cji – pod­kre­śla Dzi­kow­ski.

Gdy przy­sze­dłem do kontr­wy­wia­du – cią­gnie swą dalej opo­wieść – Ja­ro­min już tam był. Pra­co­wał w tym wy­dzia­le od pierw­sze­go mie­sią­ca po za­koń­cze­niu wojny. Wspo­mi­nał, że w cza­sie walk wy­wie­zio­ny był na ro­bo­ty przy­mu­so­we koło Dre­zna. Tam na­uczył się nie­miec­kie­go. W pierw­szych la­tach po wojnie UB wer­bo­wa­ło do pracy wła­śnie ta­kich ludzi jak on, z „czy­stą prze­szło­ścią”. Sto­su­nek Ja­ro­mi­na do Niem­ców nie był po­zy­tyw­ny. Dla­te­go też skie­ro­wa­no go do roz­pra­co­wy­wa­nia niemiec­kiej i hi­tle­row­skiej agen­tu­ry w Pol­sce. Wszyst­ko, co zwią­za­ne z jego pracą było ści­śle tajne. Do­ku­men­ty prze­cho­wy­wał w sza­fie pan­cer­nej, a współ­pra­cow­nik z po­ko­ju, nie wie­dział, co znaj­du­je się w tym sej­fie.

Ja­ro­min – kon­ty­nu­uje nasz roz­mów­ca – był świad­kiem wy­do­by­wa­nia skrzyń We­hr­wol­fu w Gó­rach Bial­skich w la­tach 50. Uczest­ni­czył w tej akcji wraz z kpt. Sas­sem, od­na­le­zio­nym przez ra­dziec­ki wy­wiad oraz sze­fem ów­cze­sne­go Wo­je­wódz­kie­go Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa Pu­blicz­ne­go (WUBP) we Wro­cła­wiu. Wy­py­ty­wa­łem go później, czy od­na­le­zio­no resz­tę skrzyń. Po­wie­dział, że nigdy wię­cej nie był w tym te­re­nie. (Na temat akcji, opi­sy­wa­nej w gru­dnio­wym „Od­kryw­cy”, Ja­ro­min wypowia­da się, choć bar­dzo oględ­nie, na pla­nie filmu pt. „Kim je­steś ka­pi­ta­nie” Adama Wie­lo­wiej­skie­go i Dio­ni­ze­go Si­dor­skie­go. Emi­sję do­ku­men­tu zre­ali­zo­wa­ne­go przez wro­cław­ski ośro­dek TVP na po­cząt­ku lat 70., wstrzy­ma­no.).

Zanim przej­dę do ze­znań nie­ży­ją­ce­go puł­kow­ni­ka, opo­wiem pewne wy­da­rze­nie, znane mi z au­top­sji. Łączy się ono ze spra­woz­da­niem Ja­ro­mi­na – na chwi­lę za­pa­da, pełne na­pię­cia, mil­cze­nie.

Skar­by an­ty­kwa­riu­sza

Szcze­pan Za­wi­sza, pod­czas wojny był sier­żan­tem w woj­sko­wej żan­dar­me­rii. Po skoń­czo­nych wal­kach prze­szedł do re­zer­wy – Dzi­kow­ski roz­po­czy­na nowy wątek w in­te­re­su­ją­cej nas spra­wie. – Zde­cy­do­wał się po­zo­stać na Zie­miach Za­chod­nich i prze­niósł się do Wro­cła­wia. Za­miesz­kał w blo­kach woj­sko­wych, do dzi­siaj sto­ją­cych przy ul. Ślęż­nej. Po­cząt­ko­wo pod­jął pracę kel­ne­ra w re­stau­ra­cji „Pod ko­niem” przy ul. Trau­gut­ta. W la­tach 50. prze­niósł się do „Mo­no­po­lu” przy pl. Wol­no­ści. W tym cza­sie na Zie­mie Od­zy­ska­ne przy­jeż­dżał znany an­ty­kwa­riusz war­szaw­ski, Ta­de­usz Wie­rzej­ski (w cza­sie wojny pro­wa­dził an­ty­kwa­riat w Kra­ko­wie). Zatrzymywał się w ho­te­lu „Mo­no­pol”, gdzie pra­co­wał Za­wi­sza. Wie­rzej­ski upa­trzył sobie kel­ne­ra, uzna­jąc go za by­stre­go i spryt­ne­go czło­wie­ka. Wła­śnie kogoś takie­go po­trze­bo­wał.

Za­pro­sił więc męż­czy­znę do roz­mo­wy, pod­czas któ­rej za­pro­po­no­wał wy­szu­ki­wa­nie dzieł sztu­ki, które prze­trwa­ły wojnę, na Dol­nym Ślą­sku. Za­wi­sza zgo­dził się. Prze­szedł szko­le­nie pod bacz­nym okiem mi­strza, jak od­róż­nić dzie­ło od kiczu. Za­czął jeź­dzić po wsiach, szyb­ko na­wią­zy­wał kon­tak­ty, pu­ka­jąc od cha­łu­py do cha­łu­py. Od­wie­dzał po­nie­miec­kie pa­ła­ce, za­glą­dał na stry­chy i do piw­nic. Oka­zał się do­sko­na­ły w swoim fachu, na Ślą­sku nie było lep­sze­go. Był je­dy­ny, bo do­pie­ro w po­ło­wie lat 60. inni za­czę­li krę­cić się wokół tego te­ma­tu.

Za­wi­sza zna­lazł w pa­ła­cu w Szcze­pa­no­wie, koło Środy Ślą­skiej orien­tal­ny go­be­lin o bar­dzo dużej war­to­ści hi­sto­rycz­nej i ma­te­rial­nej. W Stol­cu, koło Zię­bic, od­ku­pił od chło­pa szcze­ro­zło­ty ta­lerz, z któ­re­go ja­da­ły kury. Na stry­chu jed­ne­go z miesz­kań w Lu­bo­ra­dzu koło Ja­wo­ra, od­na­lazł pęk­nię­ty na pół obraz ma­lo­wa­ny na desce, fran­cu­skie­go im­pre­sjo­ni­sty – Co­ro­ta.

Wie­rzej­ski kazał szu­kać Za­wi­szy mi­śnień­skiej por­ce­la­ny. Po­moc­nik an­ty­kwa­riu­sza jeź­dził więc do Bro­dów, któ­rych przed­wo­jen­ni wła­ści­cie­le szczy­ci­li się posiadaniem naj­słyn­niej­sze­go ser­wi­su świa­ta – ła­bę­dzie­go. Za­wi­sza zna­lazł u ludzi na wsi ok. 40 cm. wy­so­ko­ści fi­gur­ki ze zna­kiem ma­nu­fak­tu­ry mi­śnień­skiej, przed­sta­wia­ją­ce szlach­tę pol­ską. Nie omiesz­kał też prze­pro­wa­dzić re­ko­ne­san­su pięk­ne­go pa­ła­cu, znisz­czo­ne­go przez Ro­sjan. Przed wojną, w ścia­nach re­zy­den­cji wy­ko­na­no wnęki, gdzie na pół­kach eks­po­no­wa­no naj­star­szą por­ce­la­nę, po­cząw­szy od XVIII-wiecz­nej. Gdy ru­nę­ły stro­py pa­ła­cu, ta część por­ce­la­ny za­cho­wa­ła się. Lu­dzie wła­śnie stam­tąd ją wy­cią­ga­li.

Za­wi­sza wszyst­kie od­na­le­zio­ne dzie­ła i przed­mio­ty prze­ka­zy­wał Wie­rzej­skie­mu za opła­tą. Nie wia­do­mo, jaki był dal­szy los za­byt­ków. An­ty­kwa­riusz han­dlo­wał na pewno z pra­cow­ni­ka­mi am­ba­sad. Zmarł w la­tach 80., prze­żyw­szy o kilka lat swego współ­pra­cow­ni­ka.

Z Za­wi­szą roz­ma­wia­łem wie­lo­krot­nie – przy­zna­je Edward Dzi­kow­ski. – Wy­szu­ki­wał broń do mojej ko­lek­cji. Ku­pi­łem od niego m.in. ha­kow­ni­cę wa­row­ną z zamku Czo­cha, którą sprze­da­łem póź­niej jed­ne­mu ko­lek­cjo­ne­ro­wi, ama­to­ro­wi z Kra­ko­wa.

W la­tach 80., daw­niej pełen werwy męż­czy­zna zmie­nił się w scho­ro­wa­ne­go, przy­gnę­bio­ne­go czło­wie­ka. Stra­cił cały ma­ją­tek, któ­re­go do­ro­bił się na an­ty­kach. W zielo­no­gór­skim pro­wa­dził re­stau­ra­cję, która zban­kru­to­wa­ła. Wró­cił do Wro­cła­wia, na Ślęż­ną, gdzie zmarł.

Pod ko­niec życia lubił wra­cać do bo­ga­tej prze­szło­ści. Opo­wia­dał, że w la­tach 40. prze­jeż­dża­jąc szosą bie­gną­cą w kie­run­ku Le­gni­cy, za­trzy­mał się w po­bli­żu Kątów Wro­cław­skich – wspo­mi­na Dzi­kow­ski. Cho­dząc po pasie trawy, roz­dzie­la­ją­cym dwie nitki au­to­stra­dy, zna­lazł złotą ob­rącz­kę. Wró­cił w to miej­sce po paru dniach. Od­krył jesz­cze kilka przed­mio­tów ze złota, roz­sia­nych na prze­strze­ni około 50 m, m.in. ze­gar­ki i pier­ścion­ki. Wra­cał w to miej­sce jesz­cze kil­ka­krot­nie, skru­pu­lat­nie je prze­szu­ku­jąc. Po­dej­rze­wam, że w tym miej­scu mu­siał zo­stać ostrze­la­ny pod ko­niec wojny sa­mo­chód wio­zą­cy ja­kieś kosz­tow­no­ści. Nie­wy­klu­czo­ne, że był to jeden z trans­por­tów tzw. złota Bre­slau. Przy­zna­ję, że nie pa­mię­tam jed­nak, czy Klose wspo­mi­nał Ja­ro­mi­no­wi o ostrza­le któ­re­goś z trans­por­tów. Za­wi­sza o zło­tym konwoju nic wów­czas jesz­cze nie wie­dział. Od­na­le­zio­ne pre­cjo­za sprze­dał.

Co na to źró­dła?

Warto zwe­ry­fi­ko­wać opo­wia­da­nie na­sze­go roz­mów­cy pod kątem zna­nych fak­tów. Jeśli przy­jąć za Dzi­kow­skim, że kosz­tow­no­ści wcho­dzi­ły w skład tzw. wrocławskie­go złota, na­su­wa się wnio­sek, iż na­le­ża­ły one do trans­por­tu wio­zą­ce­go de­po­zy­ty lud­no­ści cy­wil­nej Bre­slau. We­dług zna­nych pro­to­ko­łów prze­słu­chań Klo­se­go, kosz­tow­no­ści pry­wat­ne miały być ukry­te w innym miej­scu, niż wa­lo­ry ban­ko­we­go złota. We frag­men­tach prze­słu­chań po­cho­dzą­cych z dnia 7.02.1953 r. cy­to­wa­nych przez au­to­rów książ­ki „Tań­cząc na Wul­ka­nie”, Klose ze­zna­je: „Na na­stęp­ny dzień po­je­cha­li­śmy znowu oglą­dać miej­sca koło Wro­cła­wia. Mówił (pułkow­nik bądź major SS Egon Ol­len­hau­er, ps. Wolf, kie­ru­ją­cy we­dług Klo­se­go akcją pod kryp­to­ni­mem „złoto”), że trze­ba rów­nież szu­kać miejsc koło Wro­cła­wia, po­nie­waż bę­dzie ścią­ga­ne złoto od lud­no­ści cy­wil­nej oraz ze skle­pów ju­bi­ler­skich, które trze­ba rów­nież ukryć. Złoto to było fak­tycz­nie ścią­ga­ne, tak że za­bie­ra­no złoto i da­wa­no po­kwi­to­wa­nie” .

I dalej: (…) mówił mnie rów­nież, że te wszyst­kie drob­ne rze­czy za­bra­ne do prze­cho­wa­nia od lud­no­ści cy­wil­nej zo­sta­ły za­cho­wa­ne w in­nych miej­scach, on już tych rze­czy nie cho­wał, a cho­wał je kto inny. Będą one za­cho­wa­ne w tych miej­scach, które po­przed­nio po­da­wa­łem, jak Wil­len­berg (Wie­li­sław­ka), Spit­zberg (Ostrzy­ca), Gre­dys­berg (zamek w Grodź­cu) i w oko­li­cach Wro­cła­wia. Opo­wia­dał mi rów­nież, w jaki spo­sób było to wszyst­ko scho­wa­ne. Mia­no­wi­cie sa­pe­rzy wy­wier­ci­li dziu­ry w skale po­chy­łej, skrzy­nie tam zo­sta­ły za­ła­do­wa­ne i na­stęp­nie ka­wa­łek skały zo­stał ze­rwa­ny (…).

Ja­ro­min mówi

W re­kon­struk­cji tam­tych wy­da­rzeń po­mo­gą być może in­for­ma­cje, jakie uzy­skał płk. Wła­dy­sław Ja­ro­min, pod­czas prze­słu­cha­nia Klo­se­go (na temat tego przesłuchania brak jest, jak do­tych­czas, ja­kich­kol­wiek zna­nych do­ku­men­tów).

- Jak po­wie­dział mi kie­dyś Ja­ro­min, prze­słu­chi­wał Klo­se­go, zanim ten tra­fił do aresz­tu w WUBP we Wro­cła­wiu – re­la­cjo­nu­je Edward Dzi­kow­ski. – Klose ze­znał, że kon­wój je­chał au­to­stra­dą, w kie­run­ku na Le­gni­cę, a póź­niej skrę­cił na Zło­to­ry­ję. Minął to mia­sto i za­trzy­mał się po­mię­dzy nim a Je­le­nią Górą. Wtedy Klose wraz z in­ny­mi zo­stał ode­sła­ny. Akcja trwa­ła jed­nak dalej. De­po­zy­ty ukry­wa­no po­dob­no w jed­nej ze sztol­ni pod górą w oko­li­cach wsi Nowy Ko­ściół. Na­stęp­nie od­strze­lo­no wej­ście.

Ja w to wie­rzę – pod­su­mo­wu­je nasz in­for­ma­tor – mimo że nikt nie dys­po­nu­je wie­dzą na temat miejsc ukry­cia tego złota. Kon­wo­jen­ci za­pew­ne zo­sta­li roz­strze­la­ni, wyż­szych stop­niem funk­cjo­na­riu­szy wy­sła­no na pierw­szą linię fron­tu, po­zo­stał kie­row­nik kon­wo­ju – je­dy­ny, który wie­dział i dys­po­no­wał pla­nem. Praw­do­po­dob­ne, że już nie żyje. Czy zdą­żył prze­ka­zać in­for­ma­cję o schow­ku przed śmier­cią? – za­sta­na­wia się Edward Dzi­kow­ski.

Po­twier­dze­nie

W roku 1944, Klose wraz z mjr Ol­len­hau­rem mieli ty­po­wać miej­sca do ukry­cia dóbr nie­miec­kich i de­po­zy­tów ban­ko­wych wokół Wro­cła­wia i w re­jo­nie Su­de­tów. Jed­nym z nich był wła­śnie Nowy Ko­ściół, wieś po­ło­żo­na nie­da­le­ko góry Spit­zberg. Mjr Sta­ni­sław Sio­rek, nie­ży­ją­cy już ofi­cer wro­cław­skiej de­le­ga­tu­ry Służ­by Bezpieczeń­stwa, jeden z naj­go­ręt­szych pro­pa­ga­to­rów ta­jem­nic Dol­ne­go Ślą­ska, na­pi­sał w ana­li­zie (ma­te­riał nie­pu­bli­ko­wa­ny, ar­chi­wum sym­pa­ty­ka „Od­kryw­cy”) z dnia 12.10 1988 r.: „Na po­cząt­ku (Klose – przyp.red) wspól­nie z Wol­fem i ka­pi­ta­nem Se­ifer­tem, też po­li­cjan­tem (?) wi­zy­to­wa­li wiele miejsc (Ślęża, Wie­li­sław­ka, Nowy Ko­ściół, Cie­pli­ce, Śnież­ka) szu­ka­jąc sto­sow­ne­go miej­sca na ukry­cie skar­bu (…).

W po­wyż­szą hi­sto­rię można wie­rzyć lub nie. Obec­ny stan wie­dzy nie po­zwa­la na jej po­twier­dze­nie lub wy­klu­cze­nie. Opo­wia­da­nie Edwar­da Dzi­kow­skie­go przywołuje at­mos­fe­rę po­wo­jen­nych cza­sów, kiedy oprócz walki o byt i ko­niecz­no­ści usto­sun­ko­wa­nia się do no­we­go re­żi­mu po­li­tycz­ne­go, zda­rza­ły się rze­czy niezwykle, jak cho­ciaż­by moż­li­wość zna­le­zie­nia „im­pre­sjo­ni­sty” na stry­chu, czy złota na au­to­stra­dzie.

Su­ge­stia na­sze­go in­for­ma­to­ra do­ty­czą­ca schow­ka w Nowym Ko­ście­le, wy­da­je się praw­do­po­dob­na, szcze­gól­nie iż po­kry­wa się z miej­sca­mi ty­po­wa­ny­mi wcze­śniej przez od­po­wie­dzial­nych za akcję (pod wa­run­kiem, że zaufa się Klo­se­mu). Wielu za­in­te­re­so­wa­nych przy­zna­je też, że Śnież­ka, o któ­rej mówi naj­bar­dziej po­pu­lar­na wer­sja do­ty­czą­ca „7 ton za­gi­nio­ne­go złota”, była po pro­stu za da­le­ko od Bre­slau, by trans­port mógł tam bez­piecz­nie do­trzeć w mo­men­cie, gdy wokół mia­sta za­my­kał się pier­ścień ob­lę­że­nia…

Gdzie ukry­to tzw. Złoto Wro­cła­wia?

Wszyst­kie pierw­szych sześć wy­mie­nio­nych po­ni­żej miejsc po­ja­wia się w ze­zna­niach Klo­se­go.

1. Rejon Kar­pa­cza, oko­li­ce Góry Śnież­ki – mówi naj­po­pu­lar­niej­sza wer­sja, opar­ta na bazie ze­znań Klo­se­go. Ka­pi­tan nigdy nie wspo­mniał o daw­nych ko­pal­niach srebra i oło­wiu „Gu­staw” i „He­in­rich”, w re­jo­nie Bia­łe­go Jaru. Po­szu­ki­wa­cze jed­nak wła­śnie te szyby ty­pu­ją na schow­ki, do któ­rych, z róż­nych wzglę­dów, nie potrafią do­trzeć.

2. Cie­pli­ce Ślą­skie (Warm­brunn), obec­nie dziel­ni­ca Je­le­niej Góry. Jedno z miejsc od­wie­dzo­nych przez Klo­se­go i Ol­len­hau­era w 1944 r. Nie­któ­rzy ty­pu­ją na schowek dawny pałac Schaf­fgot­schów. Ant­ko­wiak w książ­ce „Nie od­kry­te skar­by” su­ge­ru­je oko­li­ce domku my­śliw­skie­go w cie­plic­kich po­sia­dło­ściach arystokratyczne­go rodu.

3. Góra Wie­li­sław­ka w Sę­dzi­szo­wej. Klose oraz Ol­len­hau­er mieli w 1944 r. od­wie­dzić re­stau­ra­cję na szczy­cie góry oraz sztol­nię u jej pod­nó­ża.

Z ma­te­ria­łów UOP (za „Tań­cząc na wul­ka­nie”): „We­dług opo­wia­dań lud­no­ści au­to­chto­nicz­nej za­miesz­ka­łej na te­re­nie Sę­dzi­szo­wa, to Niem­cy w okre­sie przed ­kapitu­la­cyj­nym wo­zi­li na górę „Wil­len­berg” znaj­du­ją­cy się w Sę­dzi­szo­wie róż­no­rod­ny sprzęt i za­ko­py­wa­li go we wspo­mnia­nej górze. Nikt z lud­no­ści nie wi­dział jakie przed­mio­ty za­ko­py­wa­no, po­nie­waż teren góry był ob­sta­wio­ny woj­ska­mi i za­bro­nio­no lud­no­ści cy­wil­nej zbli­ża­nia się do tej góry.”

4. Ostrzy­ca na Po­gó­rzu Ka­czaw­skim dawny sto­żek wul­ka­nicz­ny, zwany Ślą­ską Fu­ji­ja­mą. W świa­do­mo­ści po­szu­ki­wa­czy i miesz­kań­ców, bar­dziej zwią­za­ny z mitycznym skar­bem Czar­ne­go Janka, niż ze „zło­tem Wro­cła­wia”.

5. Góra Ślęża (ok. 30 km na po­łu­dnie od Wro­cła­wia).

W okre­sie kiedy ty­po­wa­no po­ten­cjal­ne miej­sca na ukry­cie de­po­zy­tów, wierz­cho­łek góry był już ob­sa­dzo­ny przez nie­miec­kie woj­sko. To unie­moż­li­wi­ło do­kład­ny ogląd miej­sca pod kątem ukry­cia skar­bów – ze­zna­wał Klose.

6. Zamek Gro­dziec, nie­opo­dal wsi Za­grod­no. Gro­dziec (daw­niej Grödit­zberg), zamek zbu­do­wa­ny w XIV w. na ba­zal­to­wej skale. Po­czy­na­jąc od XVIII w. sta­no­wi już wy­łącz­nie ruinę. U jego pod­nó­ża w wieku XVIII zbu­do­wa­no ba­ro­ko­wy pałac.

7. Pod­zie­mia Twier­dzy Kłodz­kiej. Paweł Li­sie­wicz w ar­ty­ku­le pt. „Ta­jem­ni­ce sied­miu ton złota” pisze:

„I nagle przy­cho­dzi re­we­la­cyj­na wia­do­mość. Prze­słu­chi­wa­ny prze­ze mnie b. nie­miec­ki szo­fer We­hr­mach­tu ze­znał, że wraz z ko­lum­ną sa­mo­cho­dów przy­wiózł z Wro­cła­wia do twier­dzy de­po­zyt złota wro­cław­skie­go Re­ichs­Ban­ku. Złoto było w szta­bach.”

Kim był Her­bert Klose?

Jedni uwa­ża­ją, że wy­pro­wa­dził w pole kontr­wy­wiad, inni, że opo­wie­ścia­mi o zło­cie ra­to­wał wła­sną skórę. Fak­tem jest, co się nie­mal­że nie zda­rza­ło, że po kilkumiesięcz­nym po­by­cie w aresz­cie przy WUBP we Wro­cła­wiu, zo­stał wy­pusz­czo­ny na wol­ność.

Nie wia­do­mo do­kład­nie dla­cze­go zo­stał aresz­to­wa­ny. Mówi się, że pod pre­tek­stem dzia­łal­no­ści w or­ga­ni­za­cji dy­wer­syj­nej We­hr­wol­fu, choć rok 1953 był już jed­nym z ostat­nich lat dzia­łal­no­ści nie­miec­kich or­ga­ni­za­cji pod­ziem­nych w Pol­sce. W trak­cie śledz­twa pró­bo­wa­no roz­szy­fro­wać ży­cio­rys Klo­se­go. Au­to­rzy „Tań­cząc na wulka­nie” (niestety beznadziejni i nigdy nie będący w miejscach przez siebie opisywanych) cy­tu­ją ma­te­ria­ły udo­stęp­nio­ne przez Urząd Ochro­ny Pań­stwa:

(…) w okre­sie wojny słu­żył w SS Schützpo­li­zei na te­re­nie Fran­cji, Bel­gii, a póź­niej w re­jo­nie Ka­to­wic. Na­stęp­nie z Ka­to­wic prze­niósł się do Wro­cła­wia, gdzie do końca wojny pra­co­wał w stop­niu ka­pi­ta­na w Pre­zy­dium Po­li­cji.

(…) Mimo pro­wa­dzo­ne­go śledz­twa prze­szłość (Klo­se­go – przyp.red.) nie zo­sta­ła do końca wy­ja­śnio­na. Pewne ma­te­ria­ły su­ge­ru­ją, że zo­stał mia­no­wa­ny przez Abwehrę, pod­le­ga­ją­cą w tym cza­sie SS, sze­fem grupy dy­wer­syj­no – sa­bo­ta­żo­wej na po­wiat Zło­to­ry­ja (…) Być może, że w tym celu pod ko­niec wojny osie­dlił się we wsi, gdzie po­sia­dał zna­jo­mą, obec­ną swoją żonę, z którą za­warł zwią­zek mał­żeń­ski.

(…) w mo­men­cie aresz­to­wa­nia po­sia­dał fo­to­ko­pię do­ku­men­tu upraw­nia­ją­ce­go go do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du we­te­ry­na­rza, i w śledz­twie stwier­dził, że przy pre­zy­dium po­li­cji we Wro­cła­wiu słu­żył w stop­niu ka­pi­ta­na we­te­ry­na­rii. Ocena tego do­ku­men­tu wy­ka­zu­je, że był to fo­to­mon­taż wy­ko­na­ny w celu od­wró­ce­nia po­dej­rzeń od osoby (…). W grud­niu 1944r. zo­stał przy­dzie­lo­ny do grupy spe­cjal­nej SS, któ­rej celem było ukry­cie za­so­bów ar­chi­wal­nych i ban­ko­wych zgro­ma­dzo­nych we Wrocławiu (…)”.

Ste­fan Ku­czyń­ski, czło­nek wro­cław­skiej Po­lo­nii, prze­żył ob­lę­że­nie mia­sta w 1945 r. Apo­ka­lip­tycz­ną at­mos­fe­rę szy­ku­ją­ce­go się do walki Wro­cła­wia oddał w książ­ce pt. „Fe­stung Bre­slau”, wy­da­nej w 1960 r. Oto naj­czę­ściej cy­to­wa­ny frag­ment dzie­ła, trak­to­wa­ny jako po­twier­dze­nie go­rącz­ko­wej akcji ukry­wa­nia de­po­zy­tów, dzieł sztu­ki i ar­chi­wów (cyt. za „Mil­czą­ce Ślady”):

„Wi­dzie­li­śmy – w takim Wro­cła­wiu rzecz nie­by­wa­ła – całe stada bydła pę­dzo­ne do rzeź­ni miej­skiej, spo­ty­ka­li­śmy ko­lum­ny po­jaz­dów cię­ża­ro­wych z ta­jem­ni­czym ła­dun­kiem, szczel­nie przy­kry­tych bre­zen­tem. (…) No­ca­mi wy­wo­żo­no z gma­chów urzę­dów i ban­ków akta, z więk­szych skle­pów cen­niej­sze to­wa­ry, z mu­ze­ów, domów pry­wat­nych, ko­ścio­łów dzie­ła sztu­ki, kosz­tow­no­ści. Usu­wa­no po­mni­ki: Bi­smarc­ka z placu 1 Maja, Blu­eche­ra z placu Sol­ne­go, Fry­de­ry­ka II i III z Rynku. Wy­wo­żo­no je za mia­sto i za­ko­py­wa­no w ziemi…”

Czy hauptman Klose zdradził kamratów ?

Podobnie jak wiele innych osób ja też zastanawiałem się dlaczego Klose nie „wyjechał” (uciekł) tak jak wielu innych jego kamratów z Gestapo? Na co liczył? Na co mógł liczyć w styczniu 1945 roku tak doświadczony oficer śledczy powinien wiedzieć że dla Gestapo nie ma taryfy ulgowej. On jednak pozostał. Pozostał w 1945 i nie skorzystał z szansy wyjazdu w latach późniejszych. Ożenił się z Polką, do końca swoich dni mieszkał w Polsce w PRL-u albo jak on to mówił „na ziemiach czasowo będących pod administracją polską”.
Tutaj, na tych ziemiach został pochowany. Jego granitowy nagrobek nie wyróżnia się od wielu innych na tym cmentarzu (widziałem go).
Z opowiadań, z opisów znamy temat zaciekłości i bezwzględności z jaką UB, NKWD, MO później SB ścigała, tropiła działaczy polskiego podziemia. Po odtajnieniu archiwów dowiedzieliśmy się jakie były metody, co się działo za murami więzień więziennych murów i drutami obozów. Po 1945 roku Łambinowice, Potulice, Toszek, Świętochłowice, Jaworzno Szczakowa, Barczewo i wielu innych miejscach. Rodziny niektórych „zatrzymanych” do dzisiaj poszukują miejsca pochówku swoich bliskich.
UB dość szybko „namierzyła„ Klosego. Był przesłuchiwany, może nawet torturowany ale nie skończył tak jak inni jemu podobni.
Widocznie był, były ku temu jakieś powody. Klose był specjalistą i to bardzo dobrym specjalistą. Ze względu na charakter i miejsce swojej „pracy” nie wiele miał wspólnego ze zwalczaniem polskiej czy sowieckiej partyzantki, ruchu oporu a GG. Nawet osobniki tak prymitywne jak oficerowie UB i ich żydowscy pomocnicy wiedzieli iż tego mu nie udowodnią. Jedynym poważnym zarzutem była służba w gestapo.
Dla wielu to wystarczało żeby trafić do więzienia albo do …grobu np. na dziedzińcu więzienia w Legnicy.
On nie tylko wyszedł „cało”, ale pozwolono mu nawet na ślub z Polką i osiedlenie się na tej ziemi.
Zawarł wiele znajomości i „przyjaźni” ludzie napływowi cenili jego znajomość koni. Leczył je pomagał, oni nie znali jego przeszłości. To dziwne ale był raczej szanowanym obywatelem i gdyby chciał a UB, później SB zezwoliła to zapewne zaszedł by bardzo wysoko.
Dlaczego nie chciał?
Może obawiał się zemsty kamratów? Sfinksa?
Jego żona na początku najprawdopodobniej nie znała przeszłości męża ale później kiedy już się o prawie wszystkim dowiedziała została zwerbowana (zmuszona) do współpracy z UB. Najzwyczajniej na świecie donosiła na niego. On o tym wiedział więc czasem celowo podsuwał jakieś „nowe” tropy to pozwalało przeczekać przetrwać trudne chwile. Niektórzy bystrzejsi, byli i tacy!, oficerowie SB przejrzeli grę hauptmana ale właśnie ze względu na iloraz inteligencji nie reagowali, obawiali się utraty intratnej i ciepłej posady, przeniesienia np. do departamentu IV albo i gorzej. Pisali raporty, sami wymyślali to czego nie wymyślił Klose.
Teczki pęczniały, przybywało papierowej roboty, potrzebne były nowe analizy, nowe dane „zmuszały” śledczych do licznych wyjazdów w teren, dodajmy bardzo piękny. Przy okazji naprawdę można było coś dorobić na boku bo te skarby w odróżnieniu od ich raportów były prawdziwe.
W latach 80 XX wieku rozmawiałem z kilkoma z nich, być może miałem zostać zwerbowany ?
Interesowałem się ta sprawa i dość głośno rozmawiałem na te tematy w pracy. Ciekawi mnie ona do dzisiaj.
Uważam że teraz jest dobry czas na ujawnienie niektórych faktów z działalności Sfinksa .
Za kilka lat może już nie będzie czego ujawniać .
Ostatecznie bez mojej wiedzy, skierowany zostałem na bocznicę. Wówczas nawet tego nie zauważyłem, nie, nie żałuje tego bo „nowe zainteresowania” są bardzo ciekawe, nadmiar podrzuconego, tak podrzuconego mi materiału uniemożliwiał zajmowanie się tamta sprawą. Później sam zrezygnowałem bo nowe było ciekawsze.
Gdyby wówczas oficjalnie zakazano mi, zabroniono zajmowania się ta sprawą to szczerze powiem że nie tylko bym tego nie zrobił ale może nawet zwiększyłbym swoje wysiłki w działaniu. Może na ziemi postawiono by kolejny krzyż (?) mój .
Teraz powrót do tamtych spraw nie jest już możliwy. Cieszę się że znalazłem inne zajęcie.

Kim był Klose dla Niemców? Dlaczego pozwolili mu pozostać? Tak pozwolili bo wielu takich jak on sami likwidowali kiedy ci nie chcieli się „ewakuować”. Robili to także i po wojnie. Na tamtejszych cmentarzach było wiele mogił w których pochowano zmarłych w tajemniczych okolicznościach, miejscach. Nie wszystko da się przypisać UB. Nawet jeżeli ktoś będzie bardzo dociekliwy.
Klose był łącznikiem!?
UB a później SB zrobiła z niego przynętę. Dawni kamraci szybko się zorientowali w sytuacji. Nie zlikwidowali go bo był lojalny wobec nich. Czasem był jedynym świadkiem ukrycia skarbów i składów broni. Musieli o niego dbać. To za ich zgoda co jakiś czas podsuwał tym którzy go inwigilowali „nowe cudowne tropy”. Odkrywano wówczas składy, składnice, skarby wszystko jednak w taki sposób żeby jak najmniej tego trafiło w łapy Ubeckich bossów. Tak naprawdę to było ratowanie dzieł sztuki poprzez ujawnienie miejsca ich przechowywania. Gdyby Klose tego nie zrobił to skarby mogłyby zostać zniszczone przez warunki atmosferyczne czy upływający czas , z braku należytej konserwacji.

Jedni i drudzy osiągali swoje cele, wszyscy byli zadowoleni.
Później zaczął się szantaż. Tak! To był szantaż. Wystarczy prześledzić kilka przypadków przerwania poszukiwań, cudownych ocaleń a czasem… braku jakiegokolwiek działania ze strony Polskiej i Radzieckiej.
Dlaczego zaraz po wojnie nie przystąpiono do dokładnego spenetrowania podziemi Kompleksu Riese? Podziemi zamku Książ? dlaczego zakazano prac poszukiwawczych Lubiążu ? i wielu innych miejscach.
Decyzje zapadały na najwyższych szczeblach władzy i resortów.
Skarb Średzki itp.
Proszę sobie przypomnieć koniec lat 80 we Wrocławiu. W lokalnej prasie pojawiały się ogłoszenia o możliwości zatrucia wody dla miasta. Ktoś domagał się wielkiej kwoty pieniędzy za odstąpienie od swojego zbrodniczego zamiaru. Natychmiast wszczęto poszukiwania w Lubiążu i Brzegu Dolnym. Przypadek?
Później równie szybko je przerwano i ogłoszono ze szaleńca znaleziono. Był nim jak podano jakiś psychicznie chory uciekinier z zakładu dla obłąkanych.
A może to była prowokacja której celem było …no właśnie, rozpoczęcie poszukiwań w Lubiążu.
SB miała sporo materiałów na temat tego obiektu.
Kto i co ich powstrzymywało? Należy przyjąć że to skażenie wody to nie żaden blef, taka sytuacja może zaistnieć naprawdę.
Niemiecka grupa wypadowa której rzekomym celem było zniszczenie zapasów broni chemicznej niczego nie wywiozła. Na miejscu nie było warunków do zniszczenia chemikaliów zwłaszcza jeżeli to by były trujące chemikalia. Natychmiast po „odbiciu” fabryki przez Rosjan obiekt został obsadzony załogą wojskową, nie zanotowano zachorowań czy śmierci spowodowanej środkami trującymi.
Nie zanotowano takich przypadków także i po wojnie. Czy to możliwe że tam coś zostało zniszczone, spalone?
Nie wszystkie środki trujące są łatwopalne, czy w ogóle palne. Nie ma śladu po ofiarach wśród tych którzy je niszczyli. To nie była zwykła przeprowadzana w normalnych warunkach akcja. To była wojna, Niemcy działali na głębokich tyłach wroga.
Może oni mieli zniszczyć tylko dojście do miejsca składowania chemikaliów? Zaminować wejścia, sztolnie, zamaskować szyby wentylacyjne. Takie zadanie było możliwe do wykonania w tamtych warunkach.
Może coś wynieśli, może to ten straszak, może to właśnie był trzeci Joker w talii Klosego?
Sfinks, takim kryptonimem wywiad Galena określił grupę mającą odszukać wszystkich „strażników” śpiochów mających czekać na sygnał. Sfinks jest wielki, tajemniczy, mimo że obito mu nos wciąż stoi na straży pustyni Nikt nie zna jego tożsamości, wieku ani …płci. Wciąż wzbudza zachwyt i podziw nawet teraz kiedy już nie wiadomo dlaczego tam go pozostawiono na pastwę promieni słonecznych i …gapiów.
Jest sam, tylko on jeden przeciwko wieczności. Jego bystre kocie oczy zwrócone są w stronę z której oczekiwano nadejścia wroga.

W tym czasie hauptman przebywał na terenach jeszcze do 1945 roku, do maja, zajętych przez Niemców. Był jednym z ważniejszych filarów przygotowujących ukrywających skarby i nie tylko kosztowności.
Tutaj należałoby przypomnieć kategoryczny rozkaz Hitlera nakazujący stosowanie taktyki spalonej ziemi na terenach należących do Rzeszy. Wycofujące się oddziały miały niszczyć cały przemysł i wszystko to co mogło się przydać zwycięzcom.
Jak wiemy jego głównodowodzący byli nieco innego zdania. Oni wiedzieli ze zniszczenie wszystkiego doprowadzi do zniszczenia pozostawionej tam ludności niemieckiej. zakazali niszczenia zakładów mających produkować żywność i materiały potrzebne dla życia ludności cywilnej, oni wiedzieli iż zwycięzcy tez będą tego potrzebowali bo sami nie maja nawet na własne potrzeby i nie dadzą tego Niemieckim cywilom.
Teren Dolnego Śląska był jednak szczególny. Sprzedawczyki i Szubrawcy z gminnej izby zasiali w umysłach niemieckich zbrodniarzy ziarnko nadziei. Zachodnia granica Polski na Odrze i Nysie. Proszę spojrzeć na mapę.
Oprócz Łużyckiej jest jeszcze inna Nysa. W Jałcie nie ustalono na której!!! Angielskie nieuki już raz wywinęli numer z granicami Polski wytyczając tak zwana Linię Curzona. Zapewne to była krzywa po której poruszał się lord wracający z burdelu. Dobrze ja sobie zapamiętał zwłaszcza jego poobijana o latarnie głowa i taka samą namazał na podsuniętej mu mapie. Teraz Polska i Polacy ponownie zostali zdani na łaskę, a właściwie na prymitywna wiedzę ich lordowskich mości, ich, angielskich. Może oni znają się na nawigacji czy locji w basenach londyńskich agencji dla starszych panów ale o geografii europy raczej nie maja większego pojęcia.
Tak samo teraz gdyby nie Stalin i zdecydowana postawa delegacji radzieckiej Polska ponownie zostałaby okrojona.
Ale w 1945 roku Niemcy jeszcze się łudzili, że to nie o TĄ Nysę chodzi. Na wszelki wypadek postanowili się przygotować do następnego ruchu. Wiedzieli że talia jest znaczona, co prawda oni także znali symbole jakimi ponumerowano karty ale dla pewności postanowili wprowadzić do gry… Sfinksa, trzeciego Jokera który był zaznaczony w ten sposób ze nie miał… żadnych znaków szczególnych mimo wszystko mógł pomóc przelicytować każdego króla i asa.
Ostatnie większe ruchy i zdobycze terytorialne wojsk radzieckich na tym terenie zanotowano 16 lutego 1945 i później na początku marca tegoż roku ale to był raczej wynik „skracania” linii frontu „niż jakiejś akcji ofensywnej”. Przez cały ten czas jaki pozostał Niemcom do dnia kapitulacji na zajętych przez nich terenach trwały masowe prace… górnicze i budowlane. Pamiętajmy, że ostatnie wylewki betonu w sztolniach Książa wykonano na kilka dni przed zajęciem tych terenów przez Rosjan. Jeszcze do dzisiaj możemy „podziwiać” góry worków cementu w na niedokończonych budowach w Górach Sowich.
Czy tak się zachowuje ktoś kto wie ze za kilka tygodni za dwa trzy miesiące będzie musiał opuścić te tereny?
Z Czeskich fabryk wciąż napływały transporty sprzętu i amunicji. Na lotnisku pod Pragą w pełnej gotowości czekał specjalnie przygotowany He 177, to z pokładu tej maszyny miała być zrzucona niemiecka bomba atomowa. Prac adaptacyjnych nie przerwała nawet katastrofalna sytuacja na frontach.
Śmiało można stwierdzić że prace były już na ukończeniu. Można też za amerykanami stwierdzić że jedna z trzech eksplozji jądrowych jakie miały miejsce w 1945 roku to była bomba złożona z materiałów które wyprodukowali Niemcy. Sami Amerykanie potwierdzili że wywieźli z Niemiec sporo potrzebnych materiałów inne zabrali z pokładu zatrzymanego na Atlantyku U 234. Brytyjczycy wysłali nawet pościg za ich okrętami.

Sugeruję że wycofujący się Niemcy pozostawili na ziemiach polskich kukułcze jajo i to sporych rozmiarów.
Zbocza Śnieżki zwłaszcza od strony północnej idealnie nadają się na gniazdo. To właśnie tego gniazda szukali.
Tak zwani turyści w marcu 1968 roku. To na nich zrzucono tą lawinę. Ktoś kolejny raz wykorzystał Jokera z twarzą Sfinksa. Dziwne jest to, że po tak wielkiej tragedii nie wszczęto żadnego śledztwa. Nie zrobiono nic oprócz zmiany trasy szlaku. Widocznie poprzednia zbyła zbyt blisko tego czegoś.
Tego poszukiwanego jaja. Szlak był zamknięty i to dość długo. Służby specjalne i to nie tylko z polski dokładnie penetrowały i przeszukiwały miejsce tragedii. Znalezione tam przedmioty tez dawały i nadal dają sporo do myślenia. Ich lista została utajniona, dlaczego? Przecież wiadomo że to nie byli zwykli turyści lecz agenci. Tylko po co nawet „zwykłem” agentowi w polskich górach Licznik ……
Proszę porównać zbieżność dat trzech ważnych dla Polski i świata wydarzeń 1968 roku.

„Transport dotarł do celu. Niewolnicy i nadzorujący ich kapo zaczęli wnosić ciężkie pojemniki i skrzynie do sztolni. Droga była dość długa i uciążliwa nawet dla eskorty która nie musiała nosić nic więcej oprócz karabinów. Więźniowie zauważyli ze niektórzy ze strażników mieli długie gumowe płaszcze a przecież nic nie padało. Niektóre z pojemników były bardzo ciężkie, nosiły je 4 osoby. Było ciemno ale strażnicy nie zezwalali na używanie jakichkolwiek świateł. To było ważne ponieważ skrzynie musiały być układane w odpowiedniej kolejności. Napisy w dwóch językach !!! były bardzo małe, na dodatek te zrozumiałe dla tragarzy zrobiono wapnem, nawet nie kreda tylko wapnem które łatwo się ścierało. Do groty były dwa wejścia. Rozładunek trwał prawie 4 godziny. Skrzynie po zdjęciu z samochodów były przenoszone dalej w góry w miejsce w którym nie było żadnej drogi . Co kilka metrów stał uzbrojony strażnik a do tego za każdym tragarzem za każdą skrzynka szedł SS-man. Kierowcy kompanii samochodowej pokonywali ta samą trasę jeszcze trzy razy. Później wyjazdy wstrzymano bo podczas powrotu trafili na korki wzdłuż drogi i nie zdążyli wrócić przed świtem. Kolumna została zaatakowana przez lotnictwo. Część tragarzy rozbiegła się po okolicy, część zginęła w samochodach jednak bardzo wielu zginęło od kul eskorty .Uciekinierzy nie mieli zbyt wielu szans na przeżycie.
Po zakończeniu prac ocalałe ciężarówki wraz z ludźmi wróciły do Jeleniej Góry.

Kiedy opowiadającego zapytano jak długo trwała jazda w jedna stronę ten odpowiedział że zawsze jeździli innymi drogami ale nie do samego końca, przed ostatnim postojem na którym rozładowywano samochody zawsze wjeżdżali na ta sama obstawiona wojskiem drogę.

Takich i wiele podobnych relacji w archiwach UB a później SB jest bardzo wiele.

W 1989 roku miałem możliwość rozmawiać z jedną z osób zajmującą się ta sprawą.
To on zaproponował spotkanie. Zaaranżowały je moje znajome z Berlina. Powiedziały mi o tym.
W tym czasie w tamtych kręgach już wiedziano o mich kontaktach z S. Ja nigdy temu nie zaprzeczałem chociaż wiedziałem ze to tylko zwykłe rozmowy, nic nie znaczące dialogi. Ja wypytywałem S głównie o tematy dotyczące mojej sprawy, wszyscy wiedzieli ze Pan Stanisław był prawdziwym fachowcem. Lubiłem słuchać jego opowieści. Wiedziałem ze niektóre z nich sam wymyślił. Fakty i daty jednak były prawdziwe, zmyślał nazwiska. Może nawet nie sam lecz powtarzał błędy innych agentów.
Niektóre z rozmów nagrywałem, on wiedział i wtedy gadki były bardziej kwieciste ale nie zawierały konkretów.

Podczas jednej z takich pogawędek chyba nie przypadkowo zorganizowanej w Świerzawie dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy. To było latem, rozmówca widział i wiedział że nie będzie nagrywania.
Zapytał wprost co jest grane, kto o tym spotkaniu wie. Odpowiedziałem zgodnie z prawda że ja nie chwaliłem się nikomu. Teraz wiem dlaczego były te pytania, dziwie się że S. wcześniej nie wiedział bo wynikało ze nie wiedział. W tamtych czasach znana była jeszcze jedna osoba która ma takie samo nazwisko jak moje.
Tak się składa że ten ktoś zajmował się podobnymi sprawami co S. Ale to tylko przypadkowa zbieżność nazwisk, nie jesteśmy nawet daleka rodziną. O istnieniu tamtej osoby dowiedziałem się w czasie kiedy pokazano mi teczkę z donosami na mnie. Niektóre były na tamtego. Szkoda ze nigdy się nie spotkaliśmy.
Mężczyzna zmarł w 1993 roku, miał 67 lat, podobno wylew.

W latach 60 izraelskie służby specjalne nasiliły działania mające na celu demaskowanie hitlerowskich zbrodniarzy wojennych. Wielu z nich korzystało z ochrony służb specjalnych innych krajów. To żadna tajemnica ze zbrodniarzy i to tych największych chronili Anglicy, Niemcy, Amerykanie, Rosjanie…
Teraz jednak nie mogli być pewni, wiedzieli że izraelskie służby specjalne są wszędzie, korzystają z informacji osób które maja ich chronić. Panem K. zainteresowali się ludzie w Izraelu.
Hauptmann nie brał udziału w eksterminacji Polaków czy Rosjan ale z Żydami walczył od 1938. Oni mogli mu postawić zarzuty, mogli porwać, zamordować albo przewieźć do Izraela.
Najprawdopodobniej został odnaleziony przez ich służby. Doszło do rozmowy, nawet przesłuchania. Klose był obserwowany przez cały czas, dzień i noc, nie tylko przez żonę. Służby kontrwywiadowcze PRL już od dawna obserwowały ruchy izraelskich agentów na terenie PRL. W tym czasie na poligonach Dolnego Śląska szkolono syryjskich, egipskich, jordańskich czołgistów. Tutaj masowo handlowano „kaczkami” (potoczna nazwa czołgu T–34), promowano nowsze „cudeńka” T-55 i T-54. Tutaj przeprowadzano ostatnie szkolenia doskonalące pilotów i artylerzystów. W zamian za te ustrojstwa polskie tankowce dowoziły „słodka ropę”.
Bardzo często dochodziło do współpracy wywiadów izraelskiego i czechosłowackiego. Polskie fabryki zbrojeniowe były konkurencja dla przemysłu Czechosłowacji. To właśnie tutaj odegrano preludium wojny 6-Dniowej. Zapewne jak zwykle sprzedający przechwalił towar i efekty były takie jakie widzieliśmy na pustyniach Egiptu, Syrii i ulicach Jerozolimy.
Rodacy ludzi z izraelskich służb specjalnych byli tragarzami dźwigającymi skrzynie do jaskiń jaskiń grot. Teraz być może i oni chcieli wejść na scenę ale interesowała ich tylko i wyłącznie jedna rola – dyrygenta. Nuty już mieli, tancerzy upatrzyli sobie przez te ostatnie lata. Jest pewne że sporo informacji uzyskali od swoich ziomków pracujących w Polsce. To oni i tylko oni mogli znać materiały obciążające Klosego i to co ukrywał.

Przypuszcza się, że Niemcy w ostatnich dniach II wojny światowej ukryli oprócz dóbr kultury i depozytów ludności także swoje zapasy broni chemicznej. Nie było tego aż taaaak dużo jak to się wypisuje na okoliczność różnych tajemniczych i „sensacyjnych odkryć”. Największym straszakiem jest jednak to czego nie wiemy, no właśnie ile tego naprawdę jest. Jaką bronią dysponujemy, możemy zabić dzika czy tylko bażanta a może całe stado.
Spójrzmy na ukształtowanie terenu i cieki wodne.
Północne stoki Masywu Śnieżki, Czarny Staw, źródła rzek, potoków zasilających Odrę.
Ale nie wszystkie trucizny roznoszone są przez wodę. Wysokość Śnieżki – 1602 m n.p.m.
Najwyższy szczyt w regionie. Przy sprzyjającym wietrze gazy bojowe, środki trujące rozpylone nad szczytem, pod szczytem są stanie skazić ogromny teren Kotliny Jeleniogórskiej i dalej. Nie SA potrzebne nosiciele, rakiety czy samoloty. Ładunki można odpalić z bezpiecznej odległości lub ustawiając mechanizm czasowy Ukształtowanie terenu Kotliny powoduje że niżej ruchy powietrza SA znacznie słabsze przez co środki trujące mogą się utrzymywać znacznie dłużej zgodnie z zamiarem ludzi szukających niespodziankę miała ona być wykorzystana w okresie letnim podczas upałów. Być może planowali lato 1945 roku? Kiedy wszystko już zostało przygotowane zleceniodawcy zaczęli pozbywać się świadków. Ginęli tragarze i ich eskorta. Klose miał powody żeby obawiać się o swoje życie. On i wielu takich jak on. Jednak hauptman miał pewną przewagę nad innymi. Sporo wiedział i sporo z tej wiedzy spisał. W 1945 roku był jednym z nielicznych którzy znali pełną Listę Grundmann. Większość z nich sam wybierał. Być może część ukrytego majątku postanowili spisać na straty, wiadomo na wojnie straty muszą być. Co ujawniono w pierwszej kolejności? Oczywiście to co wtedy było najbardziej poszukiwane, nie złoto, kosztowności ale składy broni amunicji, a nawet ukrywający się oficerowie co do których nie było wątpliwości iż nie wygadają niczego ważnego. Chodziło o to żeby zdobyć zaufanie oficerów prowadzących. Na strażników wyznaczano doświadczonych ludzi. Powojenni śledczy to zazwyczaj banda głodnych zemsty Żydów lub ich uczniów. Łatwo ich było zwieźć. Klose był fachowcem. S przypuszcza że Mosadowi wydał go jeden z takich obrzezanych młokosów którego kapitan ośmieszył przed podwładnymi.
Otóż po rozmowie wychowawczej, groźbach porwania czy śmierci kapitan zapewne ujawnił część swojej wiedzy. Obiecał dostarczyć dowodów. Być może to go uratowało. O całej sprawie dowiedzieli się jego opiekunowie i to na wschodzie i ci na zachodzie. Tam też o nim nie zapomniano.
Obie strony postanowiły działać. Strona Czechosłowacka także miała się czego obawiać. Pogoda zmienną bywa, w naszych stronach częściej wieje z południa lub zachodu ale wiatry z innych kierunków też bywają…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , więcej...

Sztolnia w Grabowcu

przez , 13.mar.2014, w Pod ziemią

SWGNa północ od Karpacza znajduje się góra Grabowiec 784 m n.p.m. (Kraberberg) odwiedzana najczęściej za sprawą znajdującej się na jej zboczach Kaplicy św. Anny, Dobrego Źródła oraz ciekawych granitowych skałek – Ostra, Mała, Patelnia. Jednakże kierując się dalej niebieskim szlakiem dotrzeć można do znajdującego się przy nim wejścia do sztolni Kraberstollen powstałej w 1927 roku. Sztolnia ta została wydrążona w granicie karkonoskim z widocznymi żyłami porfiru docelowo jako ujęcie wody dla pobliskiego prewentorium i schroniska Bergfriedenbaude.Sztolnia w Grabowcu (1)Stanowi ją prosty chodnik, w początkowej części obetonowany, częściowo nieznacznie zalany wodą, o długości około 40 metrów. W stropie widoczny jest szyb (otwór) wentylacyjny. Chodnik doprowadza do komory składającej się z dwóch części, przegrodzonej wybetonowanym zbiornikiem o wymiarach 2×3 metry i głębokości 2 metry. Zbiornik okresowo jest zalewany przez wodę. Na jego dnie, prócz sterty śmieci w postaci desek, gruzu i elementów metalowych, widoczna jest studnia wypełniona do połowy wodą. Na dno zbiornika jak i do studni prowadzą stopnie wykonane z metalowych prętów. Sama sztolnia kończy się surowym przodkiem.Sztolnia w Grabowcu (2)Związane są z nią opowieści o rzekomym ukryciu w jej wnętrzu depozytu przez niemieckich żołnierzy w postaci różnego rodzaju kosztowności. Skrzynie z ich zawartością miały być przez nich przeniesione do sztolni i ukryte właśnie ze schroniska Bergfriedenbaude. W latach 80-tych XX wieku była ona penetrowana przez wojsko pod tym kątem, jednakże nic nie znaleziono. Powyżej wejścia do sztolni znajdują się dwie zasypane studnie, prawdopodobnie będące niegdyś szybikami wentylacyjnymi.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , więcej...

Mityczna „Szczelina Jeleniogórska” (1)

przez , 10.sty.2014, w Skarby

Pod nazwą „Szczelina” kryje się najbogatszy lub jeden z najbogatszych ujawnionych dotychczas poniemieckiech schowków. To właśnie z tego schowka pochodziły 3 jaja Faberge, w tym jedno, które najpierw sprzedano na jeleniogórskiej Florze. Później „odnalazło” się ono w rękach romskiej rodziny z Nowej Soli, co doprowadziło do morderstwa, którego tajemnicy nie rozwiązano do dziś. O mordzie i poszukiwaniu m.in. zrabowanego z tego domu jaja Faberge mówiono w jednej z najpopularniejszych audycji kryminalnych polskiej telewizji. To samo jajo jakiś czas później wystawiono w jednym z londyńskich domów aukcyjnych i sprzedano za sumę poważnie przekraczającą milion funtów. W tym miejscu, w nieco legendarnej, ale przecież realnie istniejącej „Szczelinie” znaleziono setki innych, niezwykle cennych przedmiotów. Prawdopodobnie do dziś w tym schowku znajduje się duża ilość wielkich obiektów, takich, których nie udało się wynieść w sposób nieujawniający schowka. Nadal więc mogą tam być dwa Mercedesy, motocykle BMW Sahara i Zündapp, skrzynie i wielkie tubusy z dziełami sztuki i wiele innych obiektów. Mogą być, bo tak naprawdę nie bardzo wiadomo, czy i w jaki sposób ten schowek był przez ostatnie lata eksploatowany przez swoich odkrywców. Wydaje się jednak, że w ciągu kilku ostatnich lat na rynku nie pojawiło się już nic tak cennego i interesującego jak jaja Faberge. Być może, bo jest i taka szansa, że schowek został jednak ostatecznie opróżniony, a jego zawartość dawno temu opuściła granice Polski. „Szczelinę” ujawniono w 1991 roku, w górach, na północny zachód od Jeleniej Góry. Jej odkrywcy po pewnym czasie, zgłosili poprzez Polskie Towarzystwo Eksploracyjne gotowość dogadania się z władzami co do wspólnej eksploatacji tego schowka. Proponowano ujawnienie schowka w zamian za przekazanie 45 procent jego zawartości i rezygnację przez władze z dochodzenia tego, co już ze „Szczeliny” zostało wydobyte. Taką informację PTE przekazało w 1994 roku także premierowi, wraz z wnioskiem o zmianę przepisów dotyczących tego rodzaju znalezisk. Niestety, ani w tamtym czasie, ani później, do żadnych istotnych zmian prawa dotyczącego tych problemów nie doszło. Realnym śladem po kontaktach z władzami jest tylko notatka jednego z ówczesnych ministrów, który na projekcie umowy dotyczącej warunków ujawnienia schowka dopisał-„ten projekt umowy może być przedmiotem negocjacji.” O ile wiadomo, do poważnych rozmów nigdy nie doszło. Wiadomo natomiast o działaniach służb specjalnych, które prowadziły w tej sprawie dochodzenie, próbując ustalić, gdzie jest ten schowek. W efekcie prowadzonych przed kilkoma laty działań ujawniono w jednym z wrocławskich antykwariatów kilka cennych płócien, wcześniej uważanych za zaginione, ale nawet podjęcie czynności przez prokuratora nie pozwoliło na rozwikłanie zagadki. Jak się zdaje, nigdy też nie ustalono, kto wystawił na sprzedaż obrazy odnalezione w antykwariacie. Jest jednak niemal pewne, że pochodziły one właśnie ze „Szczeliny”, w której znaleziono tego rodzaju dzieła sztuki. Znaleziono tam także, co potwierdzają ludzie, którzy te rzeczy widzieli, piękne i ogromne klejnoty z bursztynu, a także sporej wielkości brylanty. A było tam wiele innych, niezwykle cennych przedmiotów.
Cisza
W sprawie „Szczeliny” od kilku lat panuje prawie zupełna cisza. Co prawda, pojawiały się w tym czasie informacje o podejmowanych przez różne grupy poszukiwawcze próbach dotarcia do tego miejsca, ale chyba nikomu, jak dotychczas, nie udało się ujawnić, gdzie to naprawdę jest. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że wszelkie próby eksploracji, podejmowane pomiędzy Wleniem a Świerzawą, mają na celu właśnie dotarcie do „Szczeliny”. A jest takich prób sporo. Prowadzone tam poszukiwania mają zarówno charakter jedynie terenowej penetracji w poszukiwaniu miejsca, wejścia do podziemia, jak i charakter skomplikowanych badań technicznych, których celem jest odnalezienie przy pomocy sprzętu elektronicznego podziemnej pustki i wejścia do niej. Po lasach „szaleją” jednak tylko poszukiwacze, którzy przyjeżdżają gdzieś z Polski. Lokalni, jeleniogórscy eksploratorzy pracują w terenie kameralnie, wręcz w tajemnicy, i wypowiadają się na ten temat niezwykle ostrożnie. Pamiętają bowiem niewyjaśnione zabójstwa we Wleniu i Lwówku, ich zdaniem, bezpośrednio związane z poszukiwaniem „Szczeliny”. Do tego miejsca chce dotrzeć naprawdę wiele osób, które temu celowi poświęcają swoje pieniądze i czas. Choć zapewne wszyscy wierzą, że nadal jeszcze można tam sporo znaleźć, niektórzy eksploratorzy twierdzą, że dziś ich wysiłek ma już tylko sportowy charakter. Ich celem jest bowiem nie tyle znalezienie resztek skarbu, ile odkrycie miejsca, w którym go znaleziono. To jest jak sport, przekonuje jeden z eksploratorów, jak zdobywanie szczytu w Alpach czy Himalajach. Bo to miejsce gdzieś przecież jest, ktoś na pewno w nim już był i nie ma powodów, bym nie odnalazł go także ja. Dla kilku moich znajomych jest to niemal obsesyjny cel, coś jak chęć zdobycia za wszelką cenę Everestu. Dla mnie jednak poszukiwanie „Szczeliny” jest jak polowanie, zwierzyna jest przecież w lesie, trzeba ją tylko namierzyć. Najlepiej w ciszy i spokoju.
„Szczelina?”
Kilka lat temu w środowisku poszukiwaczy rozeszła się wieść, że jedna z grup eksploratorów dotarła do miejsca, które może być „Szczeliną” lub jest fragmentem tego podziemia. Ujawnione podziemie leży prawie dokładnie tam, gdzie należy się spodziewać „Szczeliny” i jest ukryte w miejscu, gdzie do dziś zachowały się resztki starych kopalń i kamieniołomów. Właściwie niemożliwych do dokładnego zbadania, ze względu na wielką ilość podziemi i brak jakichkolwiek zabezpieczeń przed runięciem starych chodników i wyrobisk. Można to porównać do sytuacji, jaka panuje w rejonie Świerzawy, Rzeszówka i Gorzdna, gdzie stare wyrobiska i kopalnie mają wiele poziomów, chodników i komór. W podobnym miejscu, na skraju starego kamieniołomu, podjęto próbę dotarcia do niezwykle interesujących podziemi. Tym ciekawszych, że z dokumentów sporządzonych już po wojnie, które dziś stanowią zasób archiwalny jednego ze starostw, wynika, że podziemia te, przynajmniej w części, były znane już po wojnie, ale ze względu na zagrożenie minami i zawałami zaniechano ich dokładnej penetracji. Zachowane są także ślady tego, że niektóre z nich próbowało w 1946 i 1947 r. penetrować wojsko, w poszukiwaniu magazynów amunicji, podziemnych, przyfrontowych warsztatów naprawczych i innych tego rodzaju urządzeń, które Niemcy przygotowali na linii frontu. Świadkowie potwierdzają, że już w listopadzie 1944 r. w okolicy pojawiły się jednostki niemieckich saperów, które w oparciu o przymusowych robotników zgromadzonych w kilku podobozach podjęły przygotowania do budowy frontowego zaplecza. Wtedy właśnie miała powstać „Szczelina”, w której grupa oficerów wycofujących się wojsk miała ukryć swój skarb. W oparciu o zachowaną dokumentację starostwa, a także w oparciu o dokumentację górniczą, pochodzącą sprzed ponad stu lat, grupa jeleniogórskich eksploratorów podjęła kilka miesięcy temu próbę dotarcia do podziemi, które mogłyby być „Szczeliną”. Zlokalizowano kamieniołom, ustalono ewentualną drogę wprowadzania transportów i namierzono miejsce, w którym mogłaby być podziemna hala czy korytarze. Przy dokonywaniu tych ustaleń niezwykle pomocnym okazał się pewien górnik ze Strzegomia, który kategorycznie twierdzi, że niektóre fragmenty starego kamieniołomu nie są naturalną, poeksploatacyjną pozostałością. Człowiek ten pokazał, co budzi jego wątpliwości i jak wysadzano skałę po to, by zasłonić wejście lub wjazd i zawalić jak najwięcej podziemnego wnętrza. Eksploratorzy, korzystając z tych i innych wskazówek, zaczęli penetrować okolicę, by znaleźć wejście, szyb wentylacyjny lub jego ślad lub cokolwiek innego, co ułatwiłoby dotarcie do wnętrza kamieniołomu.To trwało kilka tygodni-opowiada jeden z nich. Jeździliśmy tam wiele razy w przekonaniu, że gdzieś musi być wejście do podziemia, o którym opowiadała jeszcze w 1949 r. Niemka, mieszkająca w tej okolicy, nieco później brutalnie przez kogoś zamordowana. Wejście do podziemia znaleziono pomiędzy zwałami wielkich głazów. Jest to prawdziwa szczelina (?!!) w skałach, którą rozpoczyna się 7-metrowy szyb, zakończony kamiennym zwałowiskiem. Z tego miejsca, dwukrotnie skręcając w lewo, poszukiwacze zeszli bardzo stromym skalnym osuwiskiem kilkanaście metrów niżej do miejsca, które okazało się być olbrzymim zawałem odcinającym dalszą drogę. Jednak po wybraniu kilku głazów pod samym sufitem udało się przejść nieco dalej i wejść do olbrzymiej komory wykutej w skale. Pomieszczenie to ma wysokość ponad 4 metrów, szerokość około 6 metrów i długość ponad 50 metrów. Praktycznie rzecz biorąc, jest puste, poza zachowanymi torami kolejki wąskotorowej i ułożonymi pomiędzy torami dość dziwnymi kablami. Dziwnymi, bo wyglądają jak nowe, jakby pokryte srebrną folią. Kawałek takiego kabla jest teraz badany. Hala jest wykuta w skale i kończy się skalną ścianą, ale dwa chodniki odchodzące w bok wykonano z betonu, co prawdopodobnie świadczy o tym, że stosunkowo blisko wychodziły na powierzchnię ziemi. Chodniki kończą się jednak skalnymi zawałami, które mogą być tym samym kamieniem, który jest widoczny na powierzchni, jako odstrzelona ściana kamieniołomu. Zawałami kończą się także cztery inne, boczne korytarzyki, odchodzące od dwóch głównych chodników. Zdaniem eksploratorów te właśnie miejsca są bardzo intrygujące, bo jest jasne, że ktoś w konkretnym celu dokonał tych zawałów. Co do celowej działalności nie ma żadnych wątpliwości, bo otwory po odwiertach, w których umieszczano materiał wybuchowy, są doskonale do dziś widoczne. Poszukiwacze twierdzą, że zawał, po którym weszli i od którego zaczyna się jeden z końców hali, jest oddalony od ściany kamieniołomu i zwaliska głazów o kilkadziesiąt metrów. Co, ich zdaniem, dowodzi, że tam właśnie, pod tym gigantycznym zawałem dokonano jakiegoś ukrycia. Jest także i taka możliwość, że co najmniej jeden z bocznych korytarzy prowadzi właśnie pod ten zawał. Tego na razie nie udało się ustalić. Jest jednak możliwe, że do podziemi ukrytych pod zawałem prowadzi inne wejście. Albo z już ujawnionej drogi przez zawały do podziemnej komory albo ukryte gdzieś w najbliższej okolicy.
Naprawdę puste?
Badacze twierdzą, że główna komora jest praktycznie pusta i wygląda bardziej na sortownię czy magazyn, obsługiwany kolejką wąskotorową, niż na halę produkcyjną. Być może był to magazyn np. amunicji, którego nigdy nie zapełniono. Do dziś w tym miejscu zachowało się trochę desek, belek i resztek skrzynek, które jednak nie przypominają opakowań po dziełach sztuki. Nie ma tam także śladu po samochodach czy motocyklach. Ale, jak twierdzą, przebywając w tym podziemiu, ma się dziwne uczucie, że choć jest ono wielkie, stanowi tylko fragment czegoś innego, być może znacznie większego. Takie wrażenie rodzi się już w czasie schodzenia po kilkudziesięciometrowym zawale w głąb tego podziemia. Bo przecież musi być jakaś racjonalna odpowiedź na pytanie, po co dokonano aż tak dużych zawałów. Tam jest tylko pozornie pusto, twierdzi jeden z eksploratorów. To zbyt dobra kryjówka, by rzeczywiście była tam tylko niewykorzystana duża hala. Jego zdaniem właśnie tam należy szukać „Szczeliny”, tyle tylko że gdzieś tuż obok. Ale na pewno bardzo blisko. Niezbyt prawdopodobne wydaje się bowiem to, że jest to „Szczelina”, tylko już całkowicie oczyszczona. Trudno uwierzyć, by ktoś zadał sobie trud tak dokładnego posprzątania po znalezisku. W świetle obecnej wiedzy o tym podziemiu niemożliwe byłoby też wywiezienie z tego miejsca samochodów, a nawet tylko motocykli. Co prawda, są tam jakieś resztki ubrań, blach i desek, ale to nie są np. resztki mundurów. O tym, że to miejsce nie może być puste, opowiada pewien człowiek, którego ojciec, Niemiec mieszkający w tej okolicy, ze strachu przed innymi Niemcami w 1955 r. spalił wszystkie posiadane dokumenty. Pamięta on, że ojciec kogoś bardzo się bał od momentu, w którym została zamordowana wspomniana Niemka. Podobno było to związane z tym, że widział, jak Niemcy rozstrzeliwali innych Niemców, którzy wcześniej dozorowali roboty prowadzone w okolicznych lasach. Człowiek ten kategorycznie twierdzi, że to podziemie jest „Szczeliną”. Jego zdaniem kamieniołom ukrywa jednak co najmniej 3 wielkie komory, a nie jedną. To, twierdzą eksploratorzy, jest rzeczywiście możliwe. Problem tylko w tym, jak je odnaleźć…

Inny wątek…

Jaki związek z Sudetami ma popularna swego czasu szafa pułkownika Lesiaka? Otóż w szafie tej obok kwitów natury politycznej sporego kalibru znaleziono dokument stwierdzający, że za pierwszych rządów SLD po 1991 roku i premierostwa J.Oleksego UOP zajmował się poszukiwaniem niemieckiego złota ukrytego w okolicach Piechowic koło Jeleniej Góry pod koniec II wojny światowej. W listopadzie 1944 r. do wydrążonego w skałach pobliskiej góry Sobiesz tunelu miał wjechać „złoty pociąg” złożony z 12 wagonów, wypełniony sztabami złota z banków na terenie Rzeszy, kosztownościami i dziełami sztuki zgromadzonymi przez „kolekcjonerów” III Rzeszy. Następnie wjazd zasypano i zamaskowano. Taką relację przekazał państwowym służbom Władysław Podsibirski (poszukiwacz, czy, jak to się obecnie mówi eksplorator-amator), który zaoferował w zamian za 10 % „znaleźnego” posiadane know-how dotyczące domniemanej lokalizacji skarbu. Ofertę tę wstępnie zaakceptowano, zawarto nawet umowę o powyższe success fee, a UOP miał zabezpieczać operację od strony informacyjnej. Jak zapisał Lesiak „Prowadzono sprawę kryptonim „T” na sprawdzenie wiarygodności oferentów, którzy proponowali wskazanie miejsc ukrycia dóbr materialnych i kulturalnych przez wycofujące się wojska III Rzeszy. Wyjaśnieniami tymi zainteresowany był wicepremier G.Kołodko, minister Żelichowski i minister T.Polak”. Wartość skarbu Podsibirski szacował na 40 mln USD w samym złocie. Według Podsibirskiego służby przejęły również od niego plany lokalizacji pociągu. Weryfikacja miała wypaść negatywnie, choć jeszcze w 1996 r. Podsibirski miał kontaktować się w sprawie pociągu z wicepremierem G.Kołodką. Pod koniec lat 90-tych pod Sobieszem prowadzono prywatne poszukiwania zakrojone na szeroką skalę, które nie przyniosły widocznych efektów. Mieczysław Bojko, inny „poszukiwacz” sudecki kwestionuje wersję Podsibirskiego o skarbach koło Piechowic, wskazując że brak jest w terenie dowodów prac ziemnych pozwalających na ukrycie całego pociągu. Sam Bojko opisuje za to, ponoć z relacji naocznych świadków, inne tajemnicze miejsce z niemieckimi skarbami tzw. „Szczelinę Jeleniogórską”.

„Szczelina Jeleniogórska” – to temat krążący w środowiskach poszukiwaczy od początku lat 90-tych, największy z dotąd odnalezionych schowków niemieckich. Podobno, bo „Szczelina” to swoista „country legend”, w której przeplatają się wątki awanturnicze historyczne i współczesne kryminalne. W dniu 10 czerwca 1992 r. na jednej z aukcji w Nowym Jorku za ponad 3 mln dolarów sprzedano klejnot cara Mikołaja II – jajo Faberge. Prawie rok wcześniej, 19 czerwca 1991 r. doszło w Nowej Soli do zabójstwa cygańskiego barona Waldemara Huczki, zajmującego się handlem walutami, złotem i dziełami sztuki. Według zeznań rodziny ofiary wśród kosztowności zrabowanych z jej domu miało się znajdować złote jajko. Proces „Cygana” i „Dombasa” oskarżonych o zbrodnię, którzy początkowo uciekli do Niemiec, zakończył się dopiero w roku 2005, co stanowi jeden z przyczynków dyskusji nad działaniem wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju. Wróćmy jednak do kwestii jaja, którymi w relacjach świadków miał się bawić po śmierci Huczki jeden z podejrzanych. Otóż według relacji prasowych ukradziony klejnot miał potem zostać sprzedany na wspomnianej wyżej licytacji. Wykonane ze złota, zdobione klejnotami, kością słoniową i macicą perłową jaja z pracowni Petera Carla Fabergé były zamawiane przez rosyjskich carów. Fabergé wraz ze współpracownikami wykonali ponad 50 takich jaj. Skąd jednak jajo Romanowych znalazło się pod Zieloną Górą? Ano ponoć właśnie z owianej legendami „Szczeliny”. Kwestia „Szczeliny” pojawiła się w obiegu publicznym niedługo po opisanych wydarzeniach.

 

 

 

 

 

 

 

 W marcu 1993 roku Towarzystwo Eksploracyjne z Wrocławia skierowało do premier Hanny Suchockiej list, w którym wskazało iż dysponuje informacją o dotarciu przez kilkuosobową grupę poszukiwaczy do rozległej sztolni, dobrze ukrytej, zawierającej dzieła sztuki oraz wyroby ze złota i bursztynu. Część złota została przetopiona, wartościowsze pierścienie i sygnety wywiezione do RFN. Grupa „odkrywców” miała się zwrócić do wojewody jeleniogórskiego z propozycją wskazania miejsca znaleziska w zamian za swoistą abolicję w zakresie skarbów już pozyskanych na cele prywatne oraz honorarium w wysokości 45 % wartości znaleziska. Odkrycia miał dokonać w roku 1991 ok. 20 km na północ od Jeleniej Góry samotny poszukiwacz w lesie na odludziu, wśród sterty głazów. W komorze na dnie wentylacyjnego szybu znaleziono skrzynie, kilka pojazdów, w tym dwa kabriolety marki Mercedes i motocykle, a także kilka szkieletów w niemieckich mundurach. W skrzyniach oczywiście skarby, a w teczce przykutej do ręki szkieletu znajdującego się w jednym z aut trzy złote jaja. W roku 1994 do biznesmena Józefa Świecińskiego miał się zgłosić były funkcjonariusz PRL-owskich służb, proponując mu pośrednictwo w rozmowach z rządem dotyczących znaleźnego za skarb olbrzymiej wartości. Niektórzy wskazują, że owym funkcjonariuszem, do którego zwrócili się o pomoc w rozmowach z rządem odkrywcy był eks-major SB Stanisław Siorek, który w latach 80-tych zajmował się m.in. poszukiwaniem Bursztynowej Komnaty w klasztorze cysterskim w Lubiążu prawdopodobnie z „błogosławieństwem” Czesława Kiszczaka. Do ostatecznych uzgodnień z rządem nie doszło, choć w roku 1994 miał być negocjowany projekt umowy. Jako lokalizację „Szczeliny Jeleniogórskiej” wskazuje się obszar Pogórza Izerskiego między Lubomierzem a Radomierzycami. Ma być ona jedną ze skrytek zorganizowanych pod koniec wojny przez konserwatora zabytków prowincji Breslau – Gunthera Grundmanna, dokąd rozwożone były z Wrocławia transporty z cenną zawartością. Pojawiają się jednak głosy, że tzw. „Szczelina Jeleniogórska” to element dezinformacji ze strony byłych funkcjonariuszy służb nielegalnie handlujących przemycanymi dziełami sztuki.

Innym miejscem, gdzie miały zostać ukryte niemieckie skarby jest Bolków i jego podziemia, według tradycji sięgające aż sąsiedniego zamku Świny, oraz drążone w Górze Ryszarda podziemia, gdzie pod koniec roku 1944 przeniesiono część robotników drążących sztolnie w Górach Sowich i, gdzie miała istnieć podziemna fabryka zbrojeniowa, zawalona w roku 1945. Przejęcie przez zawał miało zostać zaminowane, co już po wojnie spowodowało ofiary wśród próbujących je odgruzować saperów. Są jeszcze oczywiście podziemia Książa i ukryte dotąd hale „Riese”, są zawalone sztolnie Złotego Stoku. No i Ślęża – położona blisko Wrocławia, ale do końca wojny w rękach niemieckich. Pod koniec 1944 roku miały tu dotrzeć ciężarówki z tajemniczym transportem, które od strony Tąpadeł skierowały się drogą w kierunku Ślęży oraz kopalni na zboczy Czernicy (po stronie Raduni). Tajemnicze szyby mają się znajdować na południowo zachodnich zboczach góry na lewo od żółtego szlaku spacerowego na szczyt (np. odchodząca od szlaku żółtego na wysokości tablicy informacyjnej rezerwatu „Góra Ślęża” dość szeroka i wyrównana droga kończy się po kilkuset metrach na… osuwisku skalnym Olbrzymków), a nawet na podszczytowej polanie ze schroniskiem. Ukrycie złota Wrocławia na Ślęży opisywał Herbert Klose – były policjant niemiecki, co jednak z jego zeznań jest prawdą, do dziś nie wiadomo. W latach 70-tych za czasów premierostwa Piotra Jaroszewicza podjęto na Ślęży szeroko zakrojone poszukiwania z zaangażowaniem saperów, aparatury z zakładów „Cuprum”. Do niepowodzenia ekspedycji miał się przyczynić… przekaźnik RTV na szczycie zakłócający działanie urządzeń. Poszukiwania podjęło na początku lat 80-tych WSW przy udziale wspomnianego już Stanisława Siorka.

Sam premier Jaroszewicz i jego śmierć, jak również śmierć na początku lat 90-tych znanego przewodnika sudeckiego i dość kontrowersyjnej postaci – Tadeusza Stecia, również wiązane są z tajemnicami sudeckich skarbów. Jaroszewicz jako pułkownik Wojska Polskiego był w czerwcu 1945 r. na Dolnym śląsku i dotarł wówczas do zbioru dokumentów znalezionych w pałacu w Radomierzycach, gdzie pod koniec wojny Niemcy zgromadzili spore archiwum. Jaroszewiczowi miał towarzyszyć właśnie Tadeusz Steć, który pełnił rolę tłumacza oraz płk Jerzy Fonkowicz. Steć miał opowiadać o dokumentach znalezionych wtedy, część zabrał dla celów prywatnych Jaroszewicz. Piotr Jaroszewicz zginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach, podobnie jak Jerzy Fonkowicz W dniu 12 stycznia 1993 roku Tadeusza Stecia znaleziono martwego w jeleniogórskim mieszkaniu, zabitego tępym narzędziem. Nie znaleziono śladów włamania, wykluczono również motyw rabunkowy – z mieszkania zniknęły jedynie drobne pieniądze, pozostawiono m.in. inkunabuł z roku 1473, pozyskany przez Stecia w okresie powojennym, który zresztą następnie zniknął. Badano także wątek homoseksualny, ale sprawy do dziś nie wyjaśniono. Czy łączono śmierć Stecia z informacjami o skarbach w okolicy Jeleniej Góry, które obrodziły na początku lat 90-tych? Nie wiadomo. Wprawdzie według tygodnika „Newsweek” Steć miał w czerwcu 1945 roku (tj. momencie rzekomej wizyty w Radomierzycach) być w… nowicjacie, w opactwie tynieckim, zaś historię o Radomierzycach stworzył były pułkownik Wojska Polskiego i literat (autor m.in.”Tajnej Historii Polski”) – Henryk Piecuch, ale znaki zapytania w tej sprawie pozostają bez odpowiedzi. Podobnie jak w sprawie niemieckiego złota w Sudetach.

Tadeusz Steć z odznaką przewodnika sudeckiego podczas pracy.

Tadeusz Steć

Władzy Ludowej nie lubił, ale jej nie odmawiał. Przyjaźnił się z Piotrem Jaroszewiczem, premierem rządu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Autorytet niekwestionowany, jeśli chodzi o znajomość historii i geografii Sudetów. Według niektórych – homoseksualista. Zamordowany w tajemniczych okolicznościach w 1993 roku. Tadeusz Steć, postać legenda Jeleniej Góry i okolic. I nie tylko. 1 września obchodziłby swoje 81. urodziny.

O Steciu znów zrobiło się głośno po ostatniej publikacji J.Lamparskiej w tygodniku Wprost i książce J.Rostkowskiego „Radomierzyce – archiwa pachnące śmiercią”.
Joanna Lamparska sugeruje, że zarówno ex-premier Piotr Jaroszewicz, jak i Tadeusz Steć zostali zamordowani przez nieznanych sprawców, ponieważ mieli wiedzę o zawartości teczek archiwum w pałacu w Radomierzycach pod Zgorzelcem. W 1944 roku Niemcy zwieźli tu ściśle tajne, zebrane w całej Europie dokumenty.
Archiwum pełne haków dla misji płk. Jaroszewicza
Rok 1945. Po klęsce III Rzeszy, do Radomierzyc (Radiemeritz) przybywa inspekcja cywilów i żołnierzy w polskich mundurach. Wśród nich jest pułkownik Piotr Jaroszewicz (od 1971 do 1980 roku premier rządu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej). Według Lamparskiej Jaroszewiczowi towarzyszy Tadeusz Steć. Wszyscy zamierzali przeszukać ogromne niemieckie archiwum.
- Po sforsowaniu drzwi uczestnicy misji Jaroszewicza zobaczyli tysiące teczek zawierających tajne dokumenty Głównego Urzędu Bezpieczeństwa III Rzeszy – podaje Joanna Lamparska.
Dodaje, że były tam akta personalne, listy, plany: głównie archiwa wywiadu francuskiego, a być może także belgijskiego i holenderskiego. Miało się tam także znajdować archiwum paryskiego gestapo, zawierające listy konfidentów. Były to dane o ludziach, ich ciemnych interesach i kolaboracji z Niemcami oraz wydarzeniach prowokowanych przez niemieckie tajne służby, w których uczestniczyły znane osobistości.
Pod muszką i kopniakami sowietów
- Z Jaroszewiczem (nie znał niemieckiego) zostałem w Radomierzycach jeszcze dwa lub trzy dni. Cały czas tłumaczyłem. Jaroszewicz przebierał. Wybrał stosik dokumentów. Zrobił z nich dwie lub trzy niewielkie paczki. (…) Byłem akurat pod pałacem, razem z dwoma cywilami, specjalistami od zabytków. Nagle na dziedziniec pałacu wpadła grupa czerwonoarmiejców z bronią gotową do strzału. Ani się obejrzeliśmy, jak ustawiono nas pod ścianą z rękami do góry. Na szczęście wyszedł Jaroszewicz, pogadał z dowódcą grupy, jakimś lejtnantem chyba. Czerwonoarmiści pognali nas w kierunku wioski, nie szczędzili kopniaków, doprowadzili do drogi Bogatynia – Zgorzelec i kazali iść, doradzając, abyśmy zapomnieli o pałacu i wszystkim, co widzieliśmy i słyszeliśmy – to, według relacji Henryka Piecucha, słowa Tadeusza Stecia opisujące wydarzenia z misji.
W lipcu 1945 roku całą zawartość niemieckiego archiwum wywieziono do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. – 300 tys. teczek, średnio po 250 stron każda, w tym 20 tys. teczek niemieckiego i francuskiego wywiadu wojskowego, 50 tys. teczek sztabu generalnego i liczące 150 teczek akta Leona Bluma i archiwum rodziny Rothschildów. Oprócz tego był tam ogromny zbiór dokumentów dotyczących kolaboracji Francuzów z Niemcami – podaje J. Lamparska.
Klątwa czerwonych?
Autorka dodaje, że do lat 90. ubiegłego wieku dożyły trzy osoby przeglądające w czerwcu 1945 r. radomierzyckie archiwum: Piotr Jaroszewicz, Tadeusz Steć i Jerzy Fonkowicz.
- Przez lata te trzy osoby utrzymywały z sobą kontakt. Wszystkie trzy zostały zamordowane przez nieznanych sprawców; ofiary torturowano przed śmiercią. Piotra Jaroszewicza i jego żonę zabito w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r. W nocy z 11 na 12 stycznia 1993 r. zamordowano Tadeusza Stecia, a Jerzego Fonkowicza – w 1997 r.
W żadnym z tych zabójstw śledztwo nie wykazało motywu rabunkowego – konkluduje autorka. Czy te zbrodnie mogą mieć związek z tajemniczymi aktami? Tego nikt się nie dowie.
Sfałszował życiorys?
Tadeusz Steć (w 1945 roku miał 20 lat) według wspomnianego artykułu już wówczas przebywał na ziemiach odzyskanych. Tymczasem według życiorysu własnoręcznie sporządzonego przez przewodnika, na Ziemie Zachodnie przybył on… 1 czerwca 1946. Życiorys Stecia jest w zbiorach Muzeum Okręgowego w Jeleniej Górze.
Z danych biograficznych wynika, że po wojnie do Polski przyjechał w 1945 roku, ale nie na poniemieckie tereny. Od czerwca 1945 przebywał w nowicjacie w klasztorze benedyktynów w Tyńcu. Wcześniej, przed wojną, chodził do niższego seminarium duchownego w Niepokalanowie.
Ta rozbieżność między relacją „Wprost”, a danymi biograficznymi Stecia budzi sporo wątpliwości… Można pokusić się o hipotezę, że sam zainteresowany nieco sfałszował swój życiorys z obawy o konsekwencje penetrowania tajnego archiwum w Radomierzycach.
Co do tego, jednak, pewności mieć nie można.
Pewne jest natomiast, że w okolicach Jeleniej Góry najpierw zamieszkał w Trzcińsku razem z matką Anną, która wróciła z hitlerowskiego obozu pracy, oraz ciotką. Zachowała się informacja, że Steć przez krótki okres czasu nauczał religii w szkole w Janowicach Wielkich. W końcu osiadł w popularnym dziś Schronisku Szwajcarka, które – razem z matką – prowadził.
Przewodnik z duszą
Z czasem staje się jednym z najbardziej cenionych przewodników górskich.
- Ogromna wiedza i talent gawędziarski zjednują mu uznanie również wśród słuchaczy niemieckich wycieczek sentymentalnych – wspomina Stanisław A. Jawor. – Ślązak ze Lwowa, przewodnik karkonoski, historyk, geolog, znawca regionu, Polak! Rzadko spotyka się człowieka, który opanował doskonale wszystkie dziedziny, który zna się na sztuce ludowej, starych zwyczajach, legendach i pieśniach. Spędziliśmy trzy dni z żyjącym leksykonem Śląska – napisał anonimowy niemiecki turysta.
Dodajmy, że Steć biegle mówił po niemiecku.
Steć dużo pisze. Jego bibliografia to setki książek i przewodników wydawanych od 1949 roku oraz liczne publikacje w prasie. Steć ma żyłkę kolekcjonerską: zbiera znaczki, dawne pocztówki, stare książki. W swojej kolekcji ma bezcenne niemal pozycje: rękopisy w języku niemieckim z 1644 roku, oraz w polskim z 1695 roku. W sumie 1085 zabytkowych, mniej lub bardziej wartościowych książek.
Epizody z Edwardami: mniejszym i większym, czyli herbatka od Tadka
Tadeusz Steć nie lubił władzy ludowej, ale też nie przeciwstawiał się jej i nie odmawiał – pisze Cezary Turski. Wiadomo, że często przyjeżdżał do niego w odwiedziny wspomniany już Piotr Jaroszewicz, podobno nawet wtedy, kiedy już był premierem rządu PRL.
Łączyła ich pasja kolekcjonerska i oczywiście znajomość związana z wydarzeniami z roku 1945 w Radomierzycach. Jednak wizyty te z powodów jasnych w żaden sposób nie były nagłaśniane. Jaroszewicz incognito miał chodzić ze Steciem na wycieczki w góry. O czym panowie rozmawiali, tego się nie dowiemy.
Cezary Turski w swoim artykule „Jak to Obywatel Steć najważniejszych towarzyszy prowadził” wspomina odwiedziny dostojników partyjnych w Karkonoszach. Wojewódzkie władze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, chcąc przypodobać się swoim pryncypałom, na przewodnika wyznaczały wówczas właśnie Stecia. Zdarzyło się, że pan Tadeusz prowadził ze Szrenicy w Śnieżne Kotły następcę Jaroszewicza na premierowskim stołku Edwarda Babiucha (w odróżnieniu od potężnego Edwarda Gierka potocznie zwanego Edwardem mniejszym) z małżonką.
- Tadziu przez całą drogę niósł na ramionach swój słynny plecak z nie mniej słynną herbatą. Ci z obstawy nie mieli odwagi w wiadomym komitecie sprawdzić, co, co w nim jest i na Kotłach nastąpiła niesamowita konsternacja. Ledwie usiedli, a Tadziu wyciągnął z plecaka termos, nalał do kubka i zanim któryś z chłopców zdążył mu go wyrwać, podał pani Babiuchowej. Ta napiła się i kurde… podała mężowi, czyli najważniejszej osobie. Obstawa wpadła w panikę, ale towarzysz Babiuch na zakończenie wycieczki pochwalił herbatkę od Tadka – wspomina Turski.
Głośny protest sekretarza Cioska
Cezary Turski przekazuje równie ciekawe wspomnienie z wizyty I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka w Jeleniej Górze. Na początku aparat partyjny chciał umilić „pierwszemu” pobyt w Karkonoszach i wymyślił spacer od Orlinka do Łomniczki. Gierka miał oprowadzać właśnie Tadeusz Steć. Przewodnika pilnie ściągnięto i kazano mu czekać na szlaku na przyjazd niezwykle ważnej osobistości.
Jednak pomysł podwładnych nie spodobał się ówczesnemu I sekretarzowi KW PZPR w Jeleniej Górze Stanisławowi Cioskowi, którego – kiedy decyzja zapadała – w mieście nie było.
- Jaki Steć?! – wrzeszczał – Kto wymyślił Stecia? Przecież jak Gierek go posłucha, to nie będzie chciał z nami rozmawiać, a przecież wiecie, ile spraw jest do załatwienia. Odwołać Stecia! Odwołać Karpacz! – według relacji C. Turskiego burzył się Ciosek.
A Tadeusz Steć wydeptywał szlak pod Orlinkiem w oczekiwaniu na dostojnego gościa, który w obstawie miał tam przyjechać. Tymczasem raptem podjechał milicyjny gazik i zgarnął przewodnika.
- Na co czekacie? – spytali milicjanci.
- Na Gierka – odparł Steć.
- Co? Na Gierka? A skąd wiecie, że on tu będzie? – dociekali funkcjonariusze…
Steć nic nie odpowiedział z obawy przed konsekwencjami.
Przywieźli go do siedziby KW PZPR przy ulicy Kochanowskiego. Stecia poinformowano, że nastąpiły nieprzewidziane zmiany w programie wizyty tow. pierwszego sekretarza. Przewodnika wprowadzono do bufetu.
- Możecie jeść i pić ile tylko chcecie. Wszystko na nasz rachunek! – powiedzieli.
O barze w KW krążyły wieści, że pełno tam było towarów niedostępnych dla szarych obywateli.
Stecia, który w bufecie przesiedział pół dnia, wieczorem – kiedy Gierek odjechał do Warszawy – odwieziono do domu.
Mieszkanie pełne tajemnic
Ulica Orla 3,Cieplice Śląskie Zdrój. Poniemiecka, skromna willa. To właśnie tam od lat 60-tych ubiegłego wieku w niewielkim lokalu mieszka Tadeusz Steć. Tam gromadzi swoje kolekcjonerskie skarby, tam pisze, tam pracuje.
Tam również przyjmuje gości, wśród nich Piotra Jaroszewicza.
Z upływem lat Steć staje się nieufny. Nawet z sąsiadami rozmawia przez drzwi. Do środka wpuszcza tylko dobrych znajomych. Według relacji są to najczęściej mężczyźni. Przewodnik stroni od kobiet.
Choć podupada na zdrowiu i coraz rzadziej wychodzi z domu, wciąż bodźcem dla Stecia jest praca. Na początku lat 90-tych ubiegłego wieku nagrywa narrację po polsku i niemiecku do filmu o klasztorze w Krzeszowie. Realizatorem obrazu jest Henryk Szoka.
- Tadek, chcąc zaprezentować akustyczne walory kościoła Najświętszej Marii Panny (dziś bazylika), wszedł w barokowe stalle przed ołtarzem głównym i począł śpiewać jakiś psalm. Po chwili wtórował mu proboszcz o. Augustyn Węgrzyn. Wtedy uświadomiłem sobie, że Tadek miał być księdzem i spędził rok w murach klasztornych – wspomina Szoka.
Steć nagrał teksty do filmu bez przygotowania, a vista. Najpierw opowiadał po polsku, później po niemiecku. Premierę filmu, w którym wystąpił jako narrator, przewodnik obejrzał w sierpniu 1992 roku.
Zbrodnia doskonała?
\Ranek 12 stycznia 1993. Bogdan W., który opiekował się zapadającym na zdrowiu Steciem, zastaje otwarte drzwi do jego mieszkania przy ulicy Orlej 3. Przewodnik leży na podłodze i nie daje oznak życia. W. myśli początkowo, że Steć zasłabł, bo miał kłopoty z sercem. Na 12 stycznia wyznaczono mu badania w szpitalu. Okazuje się jednak, że ofiara nie żyje. Została zamordowana kilkoma ciosami młotkiem budowlanym.
Według ekspertyz Stecia pobito wieczorem 11 stycznia. Zmarł około 7 rano następnego dnia.
Śledztwo staje w martwym punkcie. Wiadomo, że Steć otwierał drzwi tylko znajomym. Śladów włamania nie było, więc osoba, która zabiła przewodnika, musiała być mu znana. Stróże prawa nie znaleźli jednak nikogo z kręgu przyjaciół Stecia, na kogo mógł paść choćby cień podejrzeń o dokonanie tej zbrodni.
Do popełnienia zabójstwa przyznał się, co prawda, pewien mieszkaniec Gdańska, ale dochodzenie wykazało, że mężczyzna nie mógł znać Stecia. Biegli uznali gdańszczanina za niezrównoważonego psychicznie. Wersję zdarzeń z jego udziałem wykluczono.
Brano też pod uwagę wątek rabunkowy. Według plotek Steć miał zgromadzić ogromne pieniądze, złoto, dokumenty, bezcenne starodruki i inne zabytki, w tym sporą kolekcję znaczków pocztowych. Później okazało się, że hipoteza, że Stecia zabito dla łupów materialnych, była nietrafiona. Policja, która prowadziła czynności, nie stwierdziła śladów kradzieży czegokolwiek.
Nie wykluczano motywów na tle płciowym. Wielu znajomych podkreślało, że Steć miał skłonności homoseksualne, choć jednoznacznych dowodów na to nie ma. Ukazały się nawet publikacje wprost o tym wspominające. Zdaniem Stanisława A. Jawora, kolegi przewodnika, szkalują jego dobre imię i opluwają go.
Według tych relacji, Steć był współpracownikiem tajnych służb, z przekonania – antykomunistą i zdeklarowanym homoseksualistą. – To sprawiło, że musiał pogodzić wodę i ogień: wierność służbom i niechęć do systemu. Służby specjalne podsuwały Steciowi różne zadania związane z bliskim mu środowiskiem. W 1993 roku Tadeusz Steć został zamordowany we własnym domu. Jak twierdzi jego przyjaciel, za dużo widział i za dużo wiedział – oto cytat z jednej z publikacji.
Żaden z wątków nie znalazł jednak uzasadnienia w śledztwie, które – z powodu niewykrycia sprawców – umorzono.
Kolejna hipoteza pojawiła się ostatnio w związku z odświeżeniem dziejów wspomnianego już archiwum w Radomierzycach, o którym – nawet w Polsce na początku lat 90-tych ubiegłego wieku – mało kto mówił i pisał.
Z pozoru cała „układanka” pasuje jak logiczna całość. Trzej żyjący świadkowie, którzy widzieli tajne dokumenty giną w niewyjaśnionych okolicznościach, zamordowani przez nieznanych sprawców. Są wcześniej bestialsko torturowani. Pobity młotkiem budowlanym Steć żyje jeszcze kilka godzin. Jaroszewiczowi w jego warszawskiej willi oprawcy przybijają gwoździami stopy do podłogi i duszą go.
Czy Danuta W. kradła zabytki?
Po T. Steciu pozostała bogata spuścizna, ale też nie wiadomo, czy udało się przejąć wszystkie rarytasy jego kolekcji. Po śmierci przewodnika jedyną osobą, która prawnie mogła dziedziczyć „wszystko” po swoim synu, była jego matka Anna Steć. W 1993 roku miała 90 lat i była kobietą zniedołężniałą, która – jak pisze Stanisław Firszt – nie mogła samodzielnie funkcjonować. Mieszkała za ścianą lokalu zajmowanego przez Stecia.
Sąd Wojewódzki w Jeleniej Górze przydzielił jej radcę – opiekuna Danutę W. Stanisław Firszt, dziś dyrektor Muzeum Karkonoskiego dziwi się, że w dniu, kiedy opiekunka zaczęła pracę i otrzymała klucze do mieszkania Stecia, matka przewodnika sporządziła testament na rzecz Danuty W. Anna Steć zmarła 3 listopada 1993 roku.
Sądowe utarczki, które z opiekunką toczyły instytucje starające się o przejęcie zbiorów Stecia, trwały niemal dwa lata.
Dopiero 13 września 1995 roku komornik i przedstawiciele muzeum okręgowego wchodzą po raz pierwszy do mieszkania Tadeusza Stecia. Co zastali? – Bałagan, ślady penetracji mebli, porozrzucane luźne papiery, ubrania, zdjecia, dokumenty i do tego nieznośny fetor – pisze Stanisław Firszt.
Prace przy porządkowaniu rzeczy znalezionych w mieszkaniu Stecia i jego matki trwały niemal trzy miesiące, ale sensacyjnych odkryć nie było. – Mit o ogromnych i wspaniałych zbiorach Tadeusza Stecia rozwiał się jak mgła, przynajmniej jeśli chodzi o przedmioty, które zastała wspólna komisja komornika i muzeum – podkreśla Firszt.
Nie można jednak wykluczyć, że najcenniejsze przedmioty zostały wcześniej z lokalu zabrane i sprzedane. Danuta W. miała przecież klucz do mieszkania Stecia. Gazeta Robotnicza, w jednym ze swoich magazynowych wydań, sugerowała, że opiekunka wyniosła wiele zabytkowych książek, choć nie miała do tego prawa…
Pytania bez odpowiedzi
Nie zmienia to faktu, że okoliczności zamordowania Tadeusza Stecia najpewniej nigdy na światło dzienne nie wyjdą.
Pozostają wątpliwości: dlaczego przewodnik w swoim życiorysie napisał, że na ziemie zachodnie przyjechał w czerwcu 1946 roku, a wcześniej niemal rok przebywał w klasztorze w Tyńcu?
Z relacji świadków jak i wypowiedzi samego Stecia wynika, że w czerwcu 1945 roku penetrował tajne archiwa w Radomierzycach pod Zgorzelcem.
Jak poznał pułkownika Piotra Jaroszewicza, który był od Stecia starszy o 16 lat?
Dlaczego akurat dwudziestoletni człowiek, który planował być księdzem, udaje się z misją Ludowego Wojska Polskiego do radomierskiego pałacu, aby obejrzeć tajne akta niemal z całej Europy zgromadzone tam przez uciekających przed aliantami hitlerowców?
Co takiego widział w Radomierzycach Steć? Z jego relacji wynika, że zabrał stamtąd tylko książki o walońskich skarbach, a jego wiedza o służbach specjalnych równała się wówczas zeru.
(źródło: M.Chromicz,J.Lamparska)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

Wielisławka. Ukryte skarby III Rzeszy (1)

przez , 08.sty.2014, w Skarby

EPSON scanner imageCzy weterynarz strzegł skarbu pod Wielisławką? Gdzie się podziało 7 ton złota?

Kapitan policji Herbert Klose nie wyjechał po wojnie jak inni Niemcy. Z fałszywymi papierami ukrywał się we wsi za Złotoryją. Czy jako agent Wehrwolfu strzegł jednej z największych tajemnic Dolnego Śląska?

Pierwszy śnieg lepił się do kół wojskowych ciężarówek, które wyjechały z Festung Breslau i autostradą zmierzały w kierunku Złotoryi. Pod plandekami leżały drewniane i metalowe skrzynie ze złotem. Na tylnym siedzeniu osobowego auta otwierającego kolumnę dopalał papierosa późniejszy weterynarz z Sędziszowej Herbert Klose. Wtedy jeszcze nosił mundur oficera wrocławskiej policji, zamiast beretu i wyświeconej marynarki, w której sfilmowała go telewizja, kręcąc trzydzieści lat po wojnie dokument: Kim jesteś, kapitanie?. Był koniec 1944 roku albo może już początek 1945 roku – relacje są rozbieżne. Na pewno od kilku tygodni Wrocław szykował się do oblężenia. Ulicami pędzono bydło do rzeźni, a na murach rozwieszano apele do ludności, by składała w bankowych depozytach wszystkie rodzinne kosztowności. Pieniądze, biżuteria, złoto, papiery wartościowe miały zostać ukryte i po wojnie zwrócone właścicielom.
Część wrocławian zakopała swe skarby w ogródkach, ale wielu ufnie oddało je w opiekę państwu, otrzymując w zamian stosowne poświadczenie, na podstawie którego w spokojniejszych czasach planowali wszystko odzyskać.

Na krótko przed sowieckim natarciem kosztowności złożone przez wrocławian oraz papiery wartościowe i złoto z banków zapakowano w 23 skrzynie i złożono pod strażą w gmachu prezydium policji. W ścisłej tajemnicy Niemcy spenetrowali niezajętą przez Rosjan część Śląska i sporządzili listę miejsc, w których skarb mógłby bezpiecznie czekać na ostateczny tryumf III Rzeszy. Misję wyszukiwania skrytek i ukrycia wrocławskiego depozytu powierzono czterem zaufanym oficerom, w tym standartenführerowi SS Egonowi Ollenhauerowi oraz hauptmannowi Herbertowi Klosemu.
Niemcy planowali wywieźć skrzynie samolotem, ale tuż po starcie maszyna została ostrzelana i pilot musiał zawrócić na lotnisko. Część ładunku została na pokładzie, resztę przewieziono z powrotem do piwnic prezydium policji we Wrocławiu, skąd wczesnym rankiem załadowano je znów na ciężarówki i konwój ze złotem wyruszył w kierunku Jeleniej Góry. Z autostrady samochody zjechały w rejonie Złotoryi, przejechały przez miasto, ale 10 kilometrów dalej, gdzieś w rejonie Nowego Kościoła, ślad po transporcie się urwał.
Po wojnie Herbert Klose nie wyjechał na Zachód jak inni Niemcy. Ściągnął mundur, ożenił się ze znajomą z Sędziszowej i zamieszkał w dużym gospodarstwie rolnym u podnóży góry Wielisławka, trzy kilometry od Nowego Kościoła. Wśród miejscowych uchodził za weterynarza. Gdy w 1953 roku aresztowała go bezpieka, miał przy sobie fotokopię dokumentu uprawniającego go do wykonywania zawodu weterynarza. Według śledczych, którzy go przesłuchiwali, papier został sfałszowany – był to fotomontaż, mający ułatwić kapitanowi wtopienie się w tłum zwyczajnych autochtonów.

W wydanej 19 lat temu książce Tańcząc na wulkanie Stanisław Stolarczyk i Anna Sukmanowska cytują materiały, które udostępnił im Urząd Ochrony Państwa. Jest tam uwaga o niewyjaśnionej do końca przeszłości Herberta Klosego. Wiadomo o nim tyle, że w czasie wojny służył w SS Schutzpolizei na terenie Francji i Belgii, a do Wrocławia trafił w 1942 roku z Katowic. Kontrwywiad zdobył materiały, z których wynikało, że po kapitulacji Abwehra mianowała go szefem grupy dywersyjno-sabotażowej na teren powiatu złotoryjskiego. Ta grupa to część legendarnego Wehrwolfu, a do jej zadań należała m.in. ochrona ukrytego gdzieś na Dolnym Śląsku depozytu.
To Klose, zaskoczony i przestraszony zatrzymaniem, opowiedział śledczym o wrocławskim złocie. Wymienił też siedem skrytek, które wytypowano do jego ukrycia. Na liście, rozpalającej wyobraźnię poszukiwaczy skarbów, są Śnieżka, Cieplice, Ostrzyca, Ślęża, zamek Grodziec, podziemia Twierdzy Kłodzkiej i góra Wielisławka – ta sama, pod którą hauptmann po wojnie grał rolę wiejskiego weterynarza.Według jego relacji, dowodzony przez Egona Ollenhauera konwój zdołał dotrzeć aż do Karpacza. Tam skrzynie przeładowano na sanie i wyruszono w góry, drogą na Śnieżkę. Oficerowie jechali konno w kierunku schroniska Samotnia nad Małym Stawem. Klose twierdzi, że nim dojechali na miejsce, spadł z konia i na dłuższy czas stracił przytomność. Pamięta tylko kamień przy wodospadzie, na którym siedział z Ollenhauerem i jeszcze jednym oficerem, kapitanem Seifertem.

Historię hauptmanna potraktowano nieufnie, podejrzewając, że stary lis – swego czasu jeden z najbardziej zaufanych ludzi we wrocławskiej policji – próbuje zwodzić i mylić tropy. Skarbu pod Śnieżką nie odnaleziono. Jeszcze przed śmiercią, Herberta Klosego odszukali w Sędziszowej dziennikarze wrocławskiego ośrodka TVP Dionizy Sidorski i Adam Wielowieyski. Powstał z tego dokument Kim jesteś, kapitanie?, w którym stary, siedemdziesięcioletni człowiek raz jeszcze podejmuje próbę wywiedzenia wszystkich w pole.

Po polsku mówi dobrze, choć czasami niewyraźnie. Z rzadka patrzy prosto w kamerę, jakby bał się, że mądre, wciąż przenikliwe mimo wieku oczy mogą go zdradzić. Przed dziennikarzami gra prostego weterynarza, który przypadkiem otarł się o misję Ollenhauera. Zaprzecza, że służył w policji – twierdzi, jakoby był kapitanem Wehrmachtu i doglądał wojskowych koni. Gdy konie poszły do rzeźni, zwerbowano go do specjalnej akcji: dwie noce strzegł tajemniczych skrzyń złożonych w siedzibie prezydium policji.

- Z początku my nie wiedzieli, co tam jest – zapewnia. Egona Ollenhauera, który dowodził akcją, nazywa Wilkiem (Wolf). Twierdzi, że nie znał go bliżej i nic o nim nie wie. Nie wie nawet, w jakiej formacji służył, bo standartenführer nosił na zmianę mundury oficera SS i Wehrmachtu.

- Każdy się jego bał. To straszny człowiek był – Klose podnosi wzrok przed kamerą. Ollenhauer zabronił im nawet zbliżać się do skrzyń. Ale kapitana ciekawiło, czego pilnuje. Którejś nocy spróbował dźwignąć jedną z nich. Nie dał rady, tak była ciężka. Zarówno przy załadunku skrzyń, jak i ich rozładunku w Karpaczu wojskowym mieli pomagać cywile, jeńcy wojenni. Według Herberta Klosego wszyscy zostali rozstrzelani. Ollenhauer dbał, by nie zostawiać zbyt wielu świadków. Jeśli hauptmann przeżył, to znaczy, że standartenführer nie tylko mu ufał, ale też potrzebował takiego człowieka do kolejnej misji. Albo kapitan naprawdę spadł z konia i nic o kryjówce nie widział.

Mieszkańcy Sędziszowej, gdzie Herbert Klose zamieszkał po wojnie, napatrzyli się już na poszukiwaczy skarbów. Od czasu opublikowania książki Tańcząc na wulkanie legenda wrocławskiego złota ściąga pod Wielisławkę zastępy eksploratorów, którzy snują się po okolicy z wykrywaczami metalu, rozkopują zbocza góry i zapuszczają się w czeluści starych kopalń.

Przypuszczają, że jeśli staremu weterynarzowi rzeczywiście powierzono misję pilnowania złota, to nie mogło być ono ukryte daleko od jego domu. Za potwierdzenie mają przytoczone przez Stolarczyka i Sukmanowską relacje rdzennych mieszkańców wsi, że pod koniec wojny Niemcy zwozili tutaj różnorodny sprzęt i coś zakopywali. Wojsko otoczyło Wielisławkę i nie pozwalało cywilom zbliżyć się do góry, póki nie zabezpieczono skrytek.

Przez kilkanaście ostatnich lat wzgórze zostało spenetrowane tak dokładnie, jak rzadko które miejsce w Sudetach. Roi się na nim od dołów, dołków, stert wyrzuconej na wierzch ziemi. Niektóre jamy mają metr lub półtora głębokości, inne wchodzą w ziemię na kilka metrów. Jak ten dwunastometrowy dół, pamiątka po ludziach, którzy przyjechali samochodem na niemieckich blachach. Nocą zabrali się do kopania. Schodząc coraz niżej, zakładali szalunek z desek, by ziemia nie posypała im się na głowy.

Jedni ryją w Wielisławce ukradkiem, inni próbują szczęścia w biały dzień. Mieszkańcy Sędziszowej opowiadają, jak kilka lat temu przyjechała grupa studentów. Wynajęli we wsi ciągnik z koparką i wjechali nim na szczyt. Byli pewni, że zostaną milionerami. Nic nie znaleźli.

Gdzie jeszcze może być złoto z Wrocławia? Najpopularniejsza z hipotez prowadzi w rejon Śnieżki, w dolinę Białego Jaru. W dziewiętnastym wieku była tam kopalnia z dwiema sztolniami, które idealnie nadawały się na skrytkę i były wystarczająco szerokie, by wprowadzić do nich sanie.

Na liście przygotowanej przez Klosego i Ollenhauera były też Ostrzyca i zamek Grodziec – podówczas rezydencja hrabiego von Dirksena, byłego ambasadora III Rzeszy w Londynie, Tokio i Moskwie. Oba miejsca znajdują się w powiecie złotoryjskim, bardzo blisko Sędziszowej.

Mało prawdopodobne, aby konwój skierował się na Ślężę. Wprawdzie Klose brał tę górę pod uwagę przy typowaniu skrytek, ale w zeznaniach złożonych w Urzędzie Bezpieczeństwa zaznaczył, że wierzchołek był już obsadzony przez niemieckie wojsko. W takich warunkach ciężko byłoby cokolwiek ukryć na Ślęży. Ollenhauer i Klose myśleli też o Cieplicach. Mógł się do tego nadawać na przykład dawny pałac Schaffgotschów. Listę potencjalnych kryjówek zamyka Twierdza Kłodzka. Te miejsca rozpalają wyobraźnię poszukiwaczy z wykrywaczami metalu. Gdyby któryś trafił na skrytkę, byłoby o tym głośno. A nie jest.

Gdzieś w Sudetach do dzisiaj leży więc siedem ton złota. A weterynarz z Sędziszowej tryumfuje zza grobu: tyle razy mylił tropy, że odnalezienie skarbu graniczy z cudem…

Ciąg dalszy w części 2 …

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , więcej...

Legenda o krwawych pasach w herbie Schaffgotschów…

przez , 19.gru.2013, w Legendy

Herb SchaffgotschówŚląski rycerz Gotsche Schoff, służący w armii cesarza Karola IV, pewnego razu przebywał z nim w obozie pod Erfurtem w Turyngii. Rozegrała się tam krwawa bitwa, a trup słał się gęsto. Nasz Gotsche wyróżnił się spośród innych rycerzy niezwykła walecznością i wielką odwagą. Jego miecz spadał na przeciwnika niczym grom z jasnego nieba, czyniąc wielkie spustoszenie.
Wreszcie bitwa zakończyła się, a zwycięzcą był cesarz, który rozkazał, aby Gotsche stawił się przed nim, bo chciał rycerzowi podziękować za tak waleczny udział w bitwie. Rycerz stanął przed władcą w pancerzu, który cały pokryty był kurzem z pola walki. Karol IV był niezwykle uradowany widokiem takiego wojownika i zwracając się do niego, podał mu prawicę.

Ponieważ jednak ręka rycerza czerwona była od krwi, zanim podał ją cesarzowi, otarł ją o pancerny napierśnik, a na jasnym metalu pojawiły się cztery szkarłatne pasy.
Zaskoczony władca zwrócił się w te słowa :
- Spójrz, mój Gotsche, na swój pancerz! Czy widzisz na nim te piękne, równe smugi? Do twarzy ci w tych barwach. Radowalibyśmy się, gdybyś zachował je w swoim herbie.
Od tego czasu rodowy herb rodziny von Schaffgotsch to cztery pasy czerwone w polu srebrnym.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , więcej...

Legendy o zamku Grodno…

przez , 16.gru.2013, w Legendy

GrodnoCzarna kwoka z zamku Grodno…

Pewnego razu do zamku Grodno przybył rycerz i poprosił o nocleg. Burgrabia, ciekawy wieści z dalekich stron, zajął się gościem, zaprosił go na sutą wieczerzę, a służbie nakazał przygotować wygodną komnatę. Po wieczerzy rycerz udał się na spoczynek, ale nie dane mu było tej nocy odpocząć. Kiedy tylko na zamkowym zegarze wybiła północ, dały się słyszeć dziwne szmery i odgłosy, dochodzące z głębi komnaty. Zdziwiony tym rycerz uniósł głowę i w księżycowej poświacie ujrzał w kącie, przy kaflowym piecu, czarną kwokę z pisklętami. Nagle zaczęła stąpać po komnacie strosząc pióra, pusząc się i gdacząc tak, jak czynią to kwoki, gdy chcą wystraszyć i przegnać jastrzębia. Trwało to do pierwszego brzasku. W bladym świcie poranka powoli rozmazywały się kontury kwoki i jej piskląt, aż w końcu znikły w oświetlonej słońcem komnacie. Zdumiony i wystraszony rycerz zwlókł się z łoża i zbliżył ostrożnie do pieca, gdzie jeszcze przed chwilą kręciła się kwoka.

Śladu jednak po niej nie było… Przy śniadaniu rycerz opowiedział o swoich nocnych przeżyciach zdumionemu gospodarzowi, który postanowił wyjaśnić tajemnicę. Zwołano służbę, która starannie przeszukała całe pomieszczenie, a szczególnie piec. Rozebrano go nawet, usuwając powoli kafel po kaflu i ku zdumieniu wszystkich, znaleziono w środku niewielką, drewnianą trumienkę, a w niej dziecięce szczątki. Świadczyło to o tym, że musiało tu dojść do jakiejś strasznej tragedii, ale tak dawno, że nikt z żyjących nie umiał wyjaśnić znaleziska. Przypuszczano jedynie, że musiało się to zdarzyć podczas wojen husyckich. Trumienkę ze szczątkami dziecka pochowano na cmentarzu w Bystrzycy Górnej i od tego czasu w zamku nie pojawiła się już kwoka z pisklętami – duch matki zmarłych dzieci.

O złotej oślicy…

Z dawien dawna wieść głosiła, że w lesie należącym do dóbr zamku Grodno znajduje się złoto.Wielce zaintrygowany nią jeden z właścicieli zamku postanowił się przekonać, jak dalece jest ona prawdziwa. Postanowił więc przeszukać całą górę pokrytą borem, mniemając, że tam właśnie powinien znaleźć drogocenny kruszec. I nie pomylił się. Natrafił na złoty piasek. Całe życie niemal poświęcił na wydobywanie drobnych ziarenek z zazdrośnie strzegącej swego skarbu ziemi. Uzbierawszy w końcu dość pokaźny skarb, nie mógł już niestety należycie z niego skorzystać, ponieważ znajdował się u schyłku swojego życia. Taki był jednak z niego dziwak, że zamiast przekazać skarb swoim krewnym – bo własnej rodziny nie miał, ponieważ całe życie tak był pochłonięty poszukiwaniem złota, że nie myślał o jej założeniu – wprost, ukrył go w szczelinie muru zamkowego.

Polecił więc specjalnie w tym celu uszyć worek z oślej skóry, zapakował doń własnoręcznie mozołem całego życia zdobyty skarb i umieścił na nim następujący napis : „szczere złoto w skórze znalezione w górze”. Napis ów miał zorientować znalazcę tego skarbu o kierunku dalszych poszukiwań. Znalazcą złota nie był jednak nikt z rodziny dziwaka. Skarb dostał się po wielu wiekach w ręce Szwedów, którzy zajęli zamek, a zrozumiawszy źle napis mówiący, że złoto zostało znalezione w górze, przekopywali Górę Zamkową, a także podkopali zamek i dziurawili jego mury, żadnego śladu złota jednak nie znaleźli. Las, w którym stary dziwak znalazł swój skarb, nosi po dziś dzień nazwę Złotego Lasu, a góra, na której ów las stoi – Złotej Góry.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Minerały wietrzeniowe okolic Wieściszowic

przez , 16.gru.2013, w Ciekawe miejsca

Kryształy gipsuWieściszowice położone we wschodniej części Rudaw Janowickich, słyną przede wszystkim ze znajdujących się w ich sąsiedztwie Kolorowych Jeziorek. Są one pozostałością po istniejącej tu niegdyś kopalni pirytu. Złoże odkryto pod koniec XVIII wieku, a wydobycie pirytonośnego łupka rozpoczęto w 1785 roku. Z braku opłacalności kopalnię zamknięto w 1925 roku. Kolejne podejmowane próby wznowienia działalności w latach 40-tych i 50-tych XX wieku okazały się bezskuteczne. Miejsce to daje możliwość obserwacji zachodzących tu współcześnie intensywnych procesów minerałotwórczych w strefie wietrzenia łupków pirytonośnych. W łupkach serycytowo-chlorytowych jednostki Leszczyńca udokumentowano pomiędzy wsią Wieściszowice a Wielką Kopą strefę pirytonośną o długości około 4 km i szerokości 100 m. Stwierdzona w tych łupkach mineralizacja ma prawdopodobnie hydrotermalną genezę. W skład tej mineralizacji oprócz pirytu, którego zawartość może sięgać 30%, wchodzą także kwarc, kalcyt, dolomit, śladowe ilości fluorytu, syderytu oraz innych minerałów rudnych jak chalkopiryt, pirotyn, galena, sfaleryt, tetraedryt, kupryt. W wyniku wietrzenia pirytu i innych siarczków dochodzi do silnego zakwaszenia wód krążących w łupkach. Powstają w ten sposób duże ilości jonów siarczanowych.Copiapit magnezowyZ minerałów budujących skałę uwalniane są jony żelaza, magnezu i innych metali. W odpowiednich warunkach środowiska krystalizują nowe, wtórne, minerały głównie siarczany żelaza i magnezu. W procesie utleniania siarczków żelaza duży udział mogą mieć różne mikroorganizmy, takie jak bakterie Thiobacillus ferrooxidans, często spotykane w kwaśnych wodach kopalnianych. Intensywne procesy wietrzenia siarczków żelaza odzwierciedlają się w chemizmie wód powierzchniowych i gruntowych tego obszaru, woda z Purpurowego Jeziorka jest silnie zakwaszona za sprawą kwasu siarkowego i jej odczyn waha się w granicach 2,6-2,8 pH. Mineralizację całkowitą określono na 3-5,5 g/dm sześcienny. Oprócz wysokich zawartości Fe, Ca, Mg i Al, stwierdzono tu także dużą koncentrację metali ciężkich, jak Mn, Cu, Zn, Co, Ni, V, Cr i Pb. Zespół minerałów hipergenicznych (wietrzeniowych) jest bogaty. Spotyka się też minerały rzadkie. Minerały powstające w wyniku wietrzenia pirytu najlepiej obserwować wśród skał otaczających Purpurowe Jeziorko (wyrobisko Hoffnung), zwłaszcza w północnej jego części.FibroferrytWystępujące tu minerały siarczanowe są trwałe przy małej wilgotności środowiska, natomiast łatwo ulegają rozpuszczeniu w wodzie. Najintensywniej krystalizują na ścianach wyrobisk w dłuższych okresach suchej, słonecznej pogody. W oczy rzucają się przede wszystkim charakterystyczne żółte lub żółtozielone groniaste naskorupienia copiapitu magnezowego o charakterystycznym zapachu siarki. Nacieki osiągają nawet kilka centymetrów grubości i pokrywają duże powierzchnie łupków nadając im żółtawy odcień. Copiapitowi towarzyszy pickeringit o drobnych bezbarwnych kryształkach i igiełkowym pokroju tworząc na nim rodzaj mszystego nalotu. Najliczniej występującym minerałem siarczanowym jest gips, którego największe ilości w postaci szarawych lub białych pokryw zajmujących powierzchnię wielu metrów kwadratowych spotkać można na stropach i ścianach sztolni. Występuje tam w formie krzaczastych, sferoidalnych agregatów, spotyka też się niewielkie tabliczkowe kryształki tworzące typowe dla tego minerału zbliźniaczenia nazywane „jaskółczymi ogonami”.Koncentracja różnych minerałów wietrzeniowych na łupkach serycytowo-chlorytowychKolejnym minerałem wietrzeniowym jest epsomit, nietrwały i do zaobserwowania w dłuższych okresach bezdeszczowych, tworzący na ścianach sztolni charakterystyczne włosowate, puszyste wykwity. Można go tez rozpoznać po gorzkim smaku. Powszechny tez jest fibroferryt powstający w warunkach większej wilgotności, dzięki czemu jest dość trwały. Tworzy rozległe monomineralne porowate naloty o szarozielonej lub brunatnozielonej barwie. Stosunkowo rzadkimi są alunogen, melanteryt i slavikit, występujące w małych ilościach, tworzących mikroskopowej wielkości agregaty. Slavikit należy do bardzo rzadkich minerałów, na całym świecie znanych jest tylko około 20 lokalizacji, w Polsce jest to jedyne udokumentowane miejsce. Inne występujące tu siarczany to goethyt i ferrihydryt tworzące brunatne naloty i nacieki na ścianach sztolni.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Górzec – tajemnice wnętrza (2)

przez , 16.gru.2013, w Pod ziemią

Sztolnia GórzecKopalnia Rudolf udostępniała złoża rudy żelaza kilkoma sztolniami. Pierwsza z nich znajduje się na poziomie 276 m n.p.m. (opisywana w części pierwszej), ale do chwili obecnej zachowała się też druga, nie związana z tą kopalnią, na poziomie 373 m n.p.m. Aby do niej trafić należy kierować się „starą” drogą na prawo od szlaku (zielonego) prowadzącego kalwarią. Po około 100 metrach, na lewej stronie zbocza można odnaleźć stary, zawalony szyb, o średnicy i głębokości około 5 metrów. Kierując się dalej dochodzimy do rozwidlenia dróg, a potem w prawo, w dół do początku jaru. Następnie poruszamy się jarem w górę do sztolni nr. 2.Sztolnia Górzec (1)W jej pobliżu (dalej jarem ku górze, po około 50 m, po prawej stronie) znajduje się kolejna sztolnia nr. 3 – niestety zawalona, oraz sporych rozmiarów hałda. Sztolnia zagłębia się nie do wnętrza Górzca, ale w kierunku południowo-zachodnim, w zbocze bezimiennej góry, leżącej na zachód od niego. Jest 85-metrowej długości, wysokości średnio 2 m i szerokości 1,3 m (można się w niej swobodnie poruszać), wydrążona w łupkach. Po 10 metrach od wlotu natrafiamy na mały obryw skał ze stropu, a po kolejnych 50 metrach docieramy do pierwszego zawału (60 m od wlotu), po którego pokonaniu przez ciasny przełaz docieramy do obszernej komory eksploatacyjnej o szerokości około 6 m i wysokości 4 m, z nie usuniętym urobkiem zalegającym na spągu.Sztolnia Górzec (2)Znajduje się w niej interesująca struktura, kolorystyka i różnorodność ławic skalnych, mineralizacja. Często spotyka się żyły kwarcu z wyraźnymi kryształami dochodzącymi do 1 cm.Pokonując przez przełaz kolejny zawał, można dotrzeć do dalszej części chodnika, długości 16 m zakończonego zawałem (obryw kilkutonowego bloku, widoczny po wejściu do szczeliny, po prawej). Na spągu zalegają duże fragmenty skały (urobek, obrywy?). Na ścianach całego wyrobiska widoczne są ślady po otworach wiertniczych, drewniane „kotwy”, spróchniałe fragmenty stempli, otwory po poprzecznych prostokątnych belkach przy stropie (po prawej stronie na około 50 metrze), natomiast nie pozostały żadne ślady po torowisku lub podkładach dla wagoników.Sztolnia Górzec (4)Wielkość hałdy znajdującej się w jarze porównana z wielkością spenetrowanej sztolni nasuwa sugestię, że zawał odcina dostęp do sporej długości chodników. W związku z odmiennym kierunkiem przebiegu chodników, nie łączy się ona z wyrobiskami sztolni dolnej i została ona założona dużo wcześniej niż sztolnie kopalni Rudolf. Północne zbocza Górzca obfitują w ślady dawnej działalności górniczej w postaci różnego rodzaju zapadlisk, które mogą być pingami, szurfami ale też i zawalonymi szybami lub wejściami do innych sztolni. Nie brakuje także warp i hałd.Sztolnia Górzec (3)Pozostałości ciągną się od szczytu do jaru oraz na bezimiennym wzgórzu. Do penetracji sztolni wymagana jest odzież ochronna i źródło światła. Uwaga – niebezpiecznie! Częste i liczne odpadnięcia dużych fragmentów skał ze stropu i ścian. Możliwość zawalenia się komory i chodnika za nią. Miejsce zimowania nietoperzy, w związku z czym obiekt ten podlega ochronie jako siedlisko zwierząt chronionych.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

GeoExplorer

przez , 13.gru.2013, w Galimatias

GE1.jpg GeoExplorer

Eksploracje – Poszukiwania

WYRÓŻNIENIA 2017:

>> 1 czerwiec 2017 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Złoto Inków w Niedzicy”
>> 1 luty 2017 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Drewniany kościół w Sieniawie”

WYRÓŻNIENIA 2016:

>> 2 listopad 2016 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Borowiec wielki”

WYRÓŻNIENIA  2015:

>> wrzesień 2015 roku – GeoExplorer na łamach Gazeta Wyborcza
>> 16 wrzesień 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Odkrycia w Jaskini Niedźwiedziej”
>> 5 sierpień 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Opowieści skarbowe”
>> 27 maj 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Tajemnicza puszka”
>> 5 kwiecień 2015 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Legenda o Krzysztoforach”
>> 1 marzec 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl Blog.pl wyróżniono: „Złoto krnąbrnych mnichów”
>> 25 styczeń 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl, wyróżniono: „Skarby epoki Napoleona”
>> 5 styczeń 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Sztolnia Aurelia w Złotoryi”
>> 4 styczeń 2015 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Skarby epoki Napoleona”
>> od 2015 roku – GeoExplorer dostępny na Twitter

WYRÓŻNIENIA  2014:

>> 22 listopad 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Zaginiony transport”
>> 17 listopad 2014 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Zaginiony transport”
>> listopad 2014 roku – GeoExplorer na łamach miesięcznika Odkrywca
>> 26 październik 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Dworek Marii Konopnickiej w Gusinie”
>> 24 październik 2014 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Zamek w Prochowicach”
>> 19 wrzesień 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Legenda o rozbójnikach z Kruczych Skał”
>> 11 sierpień 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Pochówki wampiryczne w Polsce”
>> 21 lipiec 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Tajemnice Złotego Lasu”
>> 11 luty 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Wielisławka. Ukryte Skarby III Rzeszy”

LICZBA  ODWIEDZIN:2 mln — kopia — kopia>> 11 kwietnia 2017 – 2.500.000 odwiedzin
>> 26 listopada 2015 – 2.000.000 odwiedzin
>> 27 maja 2015 – 1.500.000 odwiedzin
>> 31 grudnia 2014 – 1.086.000 odwiedzin
>> 13 grudnia 2014 (1 rok) – 1.074.000 odwiedzin
>> 22 listopada 2014 – 1.000.000 odwiedzin
>> 13 grudnia 2013 – Start…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...