Tag: podziemia

Jaskinia Zbójecka Jama w Gorcach

przez , 01.lip.2017, w Pod ziemią

Otwór wejściowyJaskinia Zbójnicka Jama jest największą jaskinią Gorców. Położona jest na zachodnich zboczach Jaworzyny Kamienickiej 1288 m n.p.m. w masywie Gorców. Otwór wejściowy znajduje się w odległości około 800 metrów od Kapliczki Bulandy (1904 rok) ustawionej na polanie Jaworzyna Kamieniecka.
Wejście do jaskini nie jest łatwe, ponieważ za otworem wejściowym rozpoczyna się pionową studzienką o głębokości 3,5 metra. Otwór wejściowy zarówno jak i studzienka porośnięte są glonami i wątrobowcami. Jest jaskinią statyczną, zimą ciepłe powietrze wydobywające się z jej wnętrza topi śnieg w otworze wejściowym.

Od dna studzienki odchodzi szczelina o przebiegu NE-SW rozpoczynająca dalsze partie jaskini: w kierunku południowo – zachodnim i północno – wschodnim. Korytarze kończą się zawaliskami. Jest to jaskinia osuwiskowo – szczelinowo – zawaliskowa, z widoczną wewnątrz infiltracją wody. Powstała najprawdopodobniej w tracie tworzenia się osuwiska, w jego początkowym etapie, w piaskowcach magurskich. Pierwsza udokumentowana wzmianka o Zbójnickiej Jamie pochodzi z 1914 roku – wspominał o niej popularyzator Beskidów i Gorców Kazimierz Sosnowski. Podczas II wojny światowej była schronieniem dla miejscowych partyzantów. Do 2003 roku jej oficjalna długość wynosiła 25 metrów i głębokość 3,5 metra, a jedyny dotąd plan jaskini pochodził z 1951 roku i został opublikowany między innymi w inwentarzu jaskiń K. Kowalskiego.Wnętrze Zbójeckiej JamyW sierpniu 2003 roku grotołazi ze Speleoklubu Beskidzkiego (w składzie: M. Dudzik, A. Kapturkiewicz, T. Mleczek, B. Szatkowski, A. Szebla) dokonali nowej inwentaryzacji (pomiarów) jaskini i kartowania, ponieważ najprawdopodobniej jako ostatnia z beskidzkich jaskiń nie posiadała aktualnego planu. Grotołazom po częściowym odgruzowaniu zawalisk udało się również odnaleźć i skartować 23 metry nowo odkrytych partii, co prawie podwoiło jej długość.
Obecna długość jaskini Zbójnicka Jama wynosi 48 metrów, a deniwelacja 12 metrów (-11,0 m/+1,0 m).

Na temat jaskini krążą różne legendy. Jaskinię i jej okolice mieli upodobać sobie pankowie – ziemne duchy z naroślami na twarzach. Według kolejnej, korytarze jaskini miały rozciągać się pod całymi Gorcami, a sprawdzić to mieli juhasi, którzy wpuścili do wnętrza kozę, a ta umorusana wyszła pod Mogielicą 1171 m n.p.m. w Beskidzie Wyspowym. Następna z nich mówi o ukrytych w niej przez Tomasza Chlipałę – Bulandę, legendarnego gorczańskiego bacę, znachora i czarownika, niezliczonych kosztownościach, zgromadzonych w trakcie długiego życia. W okolicach jaskini i na polanie Jaworzyna Kamieniecka, przez ponad 50 lat wypasał owce i woły. Legenda podaje, że z bacówki zszedł w wieku 100 lat, zawdzięczając znakomite zdrowie recepturze na napój szczęścia i długowieczności.

Ostatnia legenda mówi o wykorzystywaniu jej jako kryjówki przez gorczańskich zbójników (stąd pochodzi nazwa) i skrytych w niej łupach.  W XVIII wieku ukrywać się tutaj miał (jak i na zboczach Mogielicy) znany beskidzki zbójnik Józef Baczyński wraz ze swoim kompanem Świstakiem. Podobno zrabowane przez niego skarby miały znajdować się w jaskini lub w okolicznym lesie, a przez kilka lat strzegła ich kochanka Baczyńskiego. W okolicach podobno straszy odrąbana głowa zastępcy herszta zbójników. Ponieważ przewyższał on zdolnościami herszta, ten podstępnie go zabił, a głowę wyrzucił do jaru. Według podań, gdy ktoś ją znajdzie, to ona i tak powróci na swoje miejsce, tak bowiem jest przywiązana do Jaworzyny.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto Inków w Niedzicy (2)

przez , 15.maj.2017, w Skarby

Machu PicchuTreść testamentu, który w 1946 roku został odnaleziony w archiwum kościoła Św. Krzyża w Krakowie, brzmi następująco:

Ja, Wacław Benesz de Berzeviczy, Baro de Dondangen, przysięgam wobec Męki Pańskiej, Prześwietnej Rady Emisaryuszy Inków i J.O. Strya mego Sebastyana, uczynionych dzisiaj uchwał ostatnich Prześwietnej Rady być kuratorem i rzetelnym wykonawcą. W szczególności obliguję się:

PRIMO: Antonia Inkasa legitime wnuka J.O. Strya mego Sebastyana, sierotę jedną wiosnę liczącą, dla uchronienia go jak i edukacyi przystojnej za swego, wraz z małżonką mą przyjąć, takoż do ksiąg wpisać, jakoż nazwisko nasze, tytuł i splendor rodu mu dać, by tem pewniej pochodzenie rzeczonego Antonia zakryć, a od pościgu i prześladowców uchronić. Takoż obliguję się wydać rzeczonego Antonia na każde wezwanie Prześwietnej Rady Inków, albo Dziada Jego J.O. Sebastyana, uczynione mi koncesye sobie, jako przyrzeczono, zachowując.

SECUNDO: Za obowiązek sobie biorę, gdyby żadne poselstwo rzeczonego Antonia Inkasa nie odebrało, a ten do swych leciech pełen szczęśliwie doszedł, wszystko o krwie i pochodzeniu Jego objaśnić, należny mu testament bez żadnej opieszałości oddać, a wagę testimonium i pieczę nad nim wyłożyć. Szczególnie obliguje się za zamysłem i życzeniem Prześwietnej Rady Antoniowi Inkasowi wiernie wyjawić powierzoną mi w onym jednie celu tajemnicę testamentu Inkasów, jako z trzech wieków i części złączonego. A to jako manu proporia dla pamięci i konfirmacyi pod dyktat zapisuję. Pierwszej od Inkasa Tupaca Amaru w Titicaca, dalej za sprawą Jego Pradziada pod Viga zatopionej i ultimo przez Prześwietną Radę Emisaryuszy Inków złożonych tu nieużytych sum. I tem w razie dojścia do leciech pełnych rzeczonego Antonia tak się obliguję to przedłożyć, by Go częścią tajemnicy, a wielką i słuszną sperandą całości tem łacniej dla testamentu odczytania, a spadku uzyskania do ojczyzny Jego zawieźć. Takoż gdy jechać będzie miał wolę, za obowiązek biorę spod władzy opiekuńczej uwolnić, do drogi dopomóc, jakoż ją i wskazać i expens przystojny dać, a ostrożność o życia i testamentu bezpieczeństwo zalecić.

TERTIO: W razie, co Boże Chroń, śmierci Antonia testamentu nie naruszać, tajemnicy wiernie dochować, a na poselstwo stosowne czekać.

QUARTO: Wolę Prześwietnej Rady szanując, wręczony mi testament jak największą mieć Relikwię, a w pierwszym czasie sposobnym, statim, bez żadnego przetrzymywania, w miejscu Prześwietną Radą upatrzonem, pod ostatnim stopniem pierwszej bramy górnego zamku, a nie kędyś indziej, manu propria ukryć, tajemnicy jak świętości strzec i nawet Samemu Inkasowi Antoniowi tylko wzywyż wymienionej okazyi Jego leciech pełnych zdać, a poszukiwań żadnych na własną rękę nie czynić.

QUINTO: Grób Uminy, Sebastyanowej córki, a Antonia matki, pod basztą kapliczną w czułej mieć opiece, wystawienie Epitaphium do sposobniejszych dni zachowując.

SEXTO: Na czas absencyi Strya mego Sebastyana obliguję się na ostrożnej mieć uwadze, umówiony i przyrzeczony przez Panów Horvathów Paloczayów w zamian za wypożyczone Im sumy, zwrot ongi bezprawnie rodzinie naszej odebranego gniazda naszego, zamku Dunajecz, któren to zamek my Sebastyan i Wacław Berzevicze, jako synów nie posiadający, deklarujemy z krwi naszej pochodzącemu Inkasowi Antoniowi na azyl bezpieczny, a akademiję uciekinierom i wygnańcom z Jego ziemi i rodu zapisać.

SEPTIMO: Takiż dokument drugi, spisany w lingua kiczua podpisać i takoż dotrzymać, a zawierzony mi egzemplarz z największą troską i ostrożnością, a nie w domu, zachowywać.

Zaprzysiężony wobec wzwyż wymienionych Anno Domini 1797
Die 21 Juny w kaplicy na zamku Dunajecz. Wacław Benesz
de Berzeviczy Baro de Dondangen. Manu Propria„.Inkaskie złoto (1)W końcowym akapicie testamentu zawarta jest informacja o sporządzeniu jego kopii w lingua keczua, czyli węzełkowym piśmie kipu. Po sporządzeniu aktu adopcyjnego Wacław zabrał Antoniego do Krumłowa. Niedługo później Sebastian został ranny w trakcie pojedynku o dziewkę w sieni kasztelu frydmańskiego (leśniczówce). Przewieziono go do Krakowa, gdzie po kilku miesiącach zmarł w klasztorze augustianów. Inkas był wychowany na Morawach pod nazwiskiem Antoni Inkas Berzeviczy. Ożenił się z Polką Barbarą Rubinowską, córką oficera napoleońskiego i gospodarzył na Morawach. Został jedynym spadkobiercą skarbu Inków, jednakże nie zajmował się tą tajemnicą, która przyniosła jego rodzinie tyle nieszczęść. Nakazał to też swoim synom i sprawa poszła w zapomnienie (miał dwie córki i dwóch synów).
Antonio zmarł w 1877 roku. Przed śmiercią wezwał do siebie syna Ernesta powierzając tajemnicę pochodzenia i przekazując dokumenty rodzinne z zastrzeżeniem, że są one obłożone swoisty nakazem.

Każdy prawowity potomek Ernesta mógł wiedzieć o istnieniu tych dokumentów, lecz pod żadnym pozorem nie mógł do nich zaglądać z uwagi na zawarte w nich informacje o miejscu ukrycia skarbu Inków, który był obłożony klątwą:
Każdego kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć„.
Dokumenty miały pozostawać nienaruszone i przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Pozostało tak aż do XX wieku. Ernest, mieszkał na terenie Galicji gdzie był budowniczym kolei i poszukiwaczem nafty (współpracownikiem Łukasiewicza). Żywo interesował się przeszłością swojego rodu, co spotkało się ze skutecznym sprzeciwem jego żony. Z kolei jego syn Janusz nie zaprzątał sobie głowy dokumentami. Synem Janusza był Andrzeja Benesza pochodzącego z Bochni. W 1934 roku zgłosili się do niego nieznani mu cudzoziemcy chcący odkupić za pokaźną kwotę wszystkie rodzinne dokumenty. Najbardziej zależało im o wiedzy na temat miejsca ukrycia kipu.Niedzicki zamekPierwszy kustosz na zamku w Niedzicy pojawił się w 1945 roku. Udało mu się odnaleźć archiwa Horvathów, w których znajdowały się informacje z okresu pobytu w Niedzicy uciekinierów z Peru. Dzięki tym zapiskom kustosz wpadł na ślad ukrytego tutaj skarbu.
Kilka lat później archiwa zaginęły bez śladu, a kustosza wyłowiono martwego z Dunajca.
Ciekawostką i faktem jest (!), że dosłownie wszystkie archiwa w Polsce, w których można było odnaleźć informacje dotyczące okresu pobytu uciekinierów z Peru na zamku w Niedzicy, zaginęły bez śladu.
Jeszcze w późniejszym okresie, dwie osoby z rodziny Salomonów pochodzących z Węgier, zaczęły prowadzić dziwne i tajemnicze poszukiwania na niedzickim zamku. Niestety dziwnym trafem zginęły podczas podróży w słynnej i pamiętnej katastrofie kolejowej pod Piotrkowem Trybunalskim.

Andrzej Benesz (1918-1976) wiedząc o powiązaniach swojej rodziny z Inkami, przystąpił do poszukiwania dokumentów. W 1946 roku odnalazł testament sporządzony w łacinie, w archiwach kościoła Św. Krzyża, ukryty w okładce mszału. Po przestudiowaniu go znalazł zapis o miejscu ukryciu testamentu Inków sporządzonym w piśmie węzełkowym – kipu. W dawnym Peru kipu sporządzali specjaliści nazywani quipucamayoc.
Po uzyskaniu od władz stosownych pozwoleń na poszukiwania, pod nadzorem żołnierzy WOP, 31 sierpnia 1946 roku na podstawie zawartych w dokumentach informacji znalazł ukryty przed 150 laty przedmiot, pod ostatnim stopniem schodów pierwszej bramy wiodącej na tak zwany górny zamek niedzicki (będący właściwie progiem tej bramy). Była to ołowiana tuba ukryta na głębokości 30 cm, o wymiarach 18×3,5 cm, w której znajdował się pęk rzemieni pokrytych pismem węzełkowym.Andrzej Benesz i kipuRzemienie posiadały 12 końców zaopatrzonych w blaszki z 13-karatowego złota (o łącznej wadze 8 g) z wydrapanymi łacińskimi literami. Blaszki były podzielone na trzy wyraźne grupy, które dotyczyły trzech części testamentu o których mowa w akcie adopcji Antonia w punkcie 2 – skarb Inków ukryto w trzech miejscach: Titicaca, Vigo, Dunajecz. Nazwy te znalazły się na blaszkach.
Poza Andrzejem Beneszem, który sporządził protokół z wydobycia, nikt nie widział niedzickiego znaleziska w oryginale. Wręczył go w Krakowie upełnomocnionym przedstawicielom Ameryki Południowej w celu zabezpieczenia i odczytania, a potem ślad po testamencie Inków miał zaginąć (?).
Gdyby wówczas ktokolwiek potrafił odczytać odnalezione kipu, dowiedziałby się o dokładnej lokalizacji w trzech częściach świata trzech części skarbu Inków.
Pod koniec 1975 roku z Andrzejem Beneszem umawia się na rozmowę Aleksander Rowiński zbierający materiały do swojej książki „Pod klątwą kapłanów” opisującej wątek inkaskiego skarbu w Niedzicy.

Po trzech wstępnych spotkaniach, na wiosnę 1976 roku miało dojść do tego decydującego, podczas którego autorowi miały zostać przekazane bardzo interesujące materiały z archiwum rodowego. Do spotkania tego jednak nie doszło.
Andrzej Benesz poniósł śmierć w wypadku samochodowym pod Kutnem w dniu 26 lutego 1976 roku, zabierając tym samym wiele cennych informacji do grobu. Wydarzenie to przyczyniło się do niejednej spekulacji na temat jego śmierci, począwszy od klątwy inkaskich kapłanów w związku z targnięciem się na kipu i skarb bez zgody rady emisariuszy Inków, po celowe spowodowanie wypadku.
Poszukiwanie pisma kipu i próba jego odczytania w Peru, zakup ruin zamku Tropsztyn i penetrowanie go – wszystko to wskazuje, że Andrzej Benesz wielkim nakładem środków szukał skarbu i z całą pewnością nie ujawnił wszystkich tajemnic zawartych w archiwach rodzinnych. Dlaczego jednak Benesz szukał złota i kosztowności w ruinach Tropsztyna?Inkaskie złotoTrzeba wiedzieć jedno – Inkowie nigdy nie przechowywali kosztowności w miejscu zamieszkania. Zamek Tropsztyn będący wówczas w ruinie, ale umiejscowiony na wyniosłej skale, posiada wewnątrz puste przestrzenie takie jak groty i jaskinie, oddalony jest o pół dnia drogi Dunajcem od Niedzicy i na dodatek tutaj urodził się dziadek Sebastiana Berzeviczego – Ferdynand. Od strony Dunajca robiący imponujące wrażenie, a lustro wody od tamtego czasu (na skutek spiętrzenia wody przez zaporę w Czchowie), podniosło się aż o 14 metrów.
Można uznać to za hipotezy, ale hipotezami nie są takie same wyniki badań trzech niezależnych od siebie radiestetów, które potwierdzają istnienie na głębokości około 14,5 metra skupiska metali i kamieni szlachetnych o znacznych rozmiarach oraz zwojów sznurów z dodatkiem metali (kipu?). Należy tu nadmienić, że dostęp do podziemi zamku, poza udostępnionymi do zwiedzania, podczas prac restauratorskich został zalany kilkuset tonami cementu.

Rodzina po Andrzeju Beneszu nie chce rozmawiać na ten temat, natomiast kategorycznie twierdzi, że oryginał kipu, który odnaleziono w Niedzicy oraz dokumenty rodowe „przechowywane są w cynowych skrzyniach i tkwią ukryte w górach, a wiele z tych rzeczy do dziś jest nie dotkniętych„.
Czy na poszukiwaczy skarbu Inków działa klątwa:
Każdego, kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć„?
Wszyscy żołnierze WOP towarzyszący Andrzejowi Beneszowi w ciągu zaledwie kilku lat zginęli tragicznie. Kustosz… Salomonowie… Andrzej Benesz… i wiele innych osób mających związek ze skarbem Inków, badających jego tajemnicę, poszukiwaczy.

( część pierwsza: Złoto Inków w Niedzicy (1) )

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto Inków w Niedzicy (1)

przez , 01.maj.2017, w Skarby

Inkaskie skarbyKażdego kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć

16 listopada 1532 roku …
W niedługim czasie po sromotnej porażce Atahualpy, u Francisco Pizarra zjawiają się posłowie Huascara, który zaproponował ogromne ilości złota i srebra w zamian za powrót na tron. Atahualpa dowiedział się o tym i rozkazał tajnym wysłannikom zamordować brata – rozkaz wykonano, Huascar został utopiony. Po zgładzeniu konkurenta Atahualpa za swoją wolność przedstawił propozycję Pizzarowi – największy okup o jakim kiedykolwiek słyszano. Obiecał wypełnienie komnaty o wymiarach 5×6 metrów złotem, do wysokości 2 metrów w ciągu dwóch miesięcy oraz dwa razy tyle srebra. Pizzaro przystał na propozycję, a Indianie zaczęli zwozić najróżniejsze przedmioty ze złota. Niestety Atahualpa przesadził z obietnicą jako inkaski bastard nie uznany przez kapłanów. Jego wątpliwy autorytet po uwięzieniu spadł prawie do zera, co skutkowało skąpym napływem złota i srebra. Obiecał on 400 ton złota, a udało mu się zebrać zaledwie około 5 ton, co zniecierpliwiło Hiszpanów. Pod nieobecność Pizzara oskarżono Atahualpę o podżeganie Indian do buntu i skazano na śmierć przez spalenie.

Ten nie mógł, pogodzić się z taką śmiercią, bowiem wierzył że ponownie powróci na ziemię tylko wtedy, gdy jego ciało zostanie zabalsamowane i posadzone na tronie w świątyni boga Słońca. Oprawcy obiecali mu, że jeżeli przyjmie chrzest to zamiast spalenia zostanie uduszony – Atahualpa wyraził zgodę. Po egzekucji ciało Atahualpy pochowano na cmentarzu w Cejamarce. Następnej nocy Inkowie zabrali ciało z grobu i przenieśli do Quito. Po zgładzeniu Atahualpy do Cejamarki nie zdążały już wozy ze złotem. W ręce Hiszpanów nie dostał się jeden z największych skarbów – ogromny złoty łańcuch (210 metrów długości) wykuty na rozkaz króla Huayna Capac na cześć narodzin pierworodnego syna.
18 czerwca 1533 roku Hiszpanie podzielili się okupem w Cejamarce. Jeden z najwyższych dostojników inkaskich powiedział:
„Zdobyliście jedno ziarno, a straciliście całe pole pszenicy”.
Co stało się ze skarbem Inków? Skarb podzielono na trzy części i ukryto go w trzech różnych miejscach świata. Oto ciąg dalszy jego historii.Skarb InkówW XVIII wieku na Podolu mieszkała szlachecka rodzina Berzeviczych spokrewniona z potężnym węgierskim rodem, która ufundowała zamek w Niedzicy.
Sebastian Berzeviczy (1698-1797) po przeżyciu nieszczęśliwej miłości do córki bogatego sąsiada, by zapomnieć o zawodzie miłosnym, postanowił wyruszyć na wschód i zająć się wojennym rzemiosłem. Znany był jako awanturnik i niespokojny duch imający się różnych zajęć. Po różnych burzliwych perypetiach trafił do Indii walcząc w powstaniu u boku Sipajów przeciwko angielskim kolonizatorom. Z garstką Sipajów opanował jeden z okrętów floty królewskiej i walczył przeciwko królowi angielskiemu. Następnie zaciągnął się pod banderę hiszpańską i zajął korsarstwem, a to pozwoliło mu dotrzeć do Ameryki Południowej – od dwóch wieków zamorskiej prowincji kolonizowanej przez Hiszpanów. Tam otrzymał stanowisko w administracji hiszpańskiej. Jego zainteresowania zaczęły kierować się ku oryginalnej kulturze miejscowych Indian.

W Peru poznał Runtu – córkę rozgromionego inkaskiego rodu książęcego (peruwiańskiego państwa Tawantinsuyu), a następnie ożenił się z nią. Z tego związku narodziło się jedno dziecko, córka o imieniu Umina.
Równocześnie Inkowie przeżywają swój pogrom przez najeźdźców, kolejne ich powstania są brutalnie tłumione. Powstanie, które wybuchło w 1781 roku, skończyło się krwawym pogromem Inków, a wódz powstania Tupac Amaru z rodu Atahualpy został podstępnie zwabiony do Cuzco, pod pretekstem podpisania układu pokojowego i stracony. Po jego śmierci jedynym pretendentem do inkaskiego tronu został jego bratanek Andreas Tupac Amaru II. Andreas ożenił się z córką Sebastiana, Uminą Berzaviczy. Wyczuwając nadchodzącą klęskę powstania Inków, Sebastian wraz z rodziną i kilkoma Indianami postanawia uciec do Włoch. Pozostałości wielowiekowego skarbu Inków zostają rozbite na mniejsze części i ukryte w wodach jeziora Titicaca oraz głębinach zatoki Vigo u wybrzeży Hiszpanii, a część Sebastian zabiera ze sobą.InkaJednakże rodzina Sebastiana nie zaznała spokoju także we Włoszech – w 1797 roku w niewyjaśnionych okolicznościach został zasztyletowany Andreas Tupac Amaru, w związku z czym, w obawie o swoje życie, życie Uminy i jej jednorocznego syna Inkasa, ciągle prześladowanych przez hiszpańską inkwizycję, Sebastian podjął decyzję o ucieczce na Węgry. Mając do dyspozycji kilka powozów i furmanek, stworzyli niewielki orszak załadowany trzecią częścią złotego skarbu Inków.
Wykorzystując protekcję przypadkowo poznanego na audiencji u papieża przeora klasztoru augustianów w Krakowie, przybywa na zamek w Niedzicy, który był we władaniu hrabiego Horvatha de Paloczy. Berzeviczy chciał wykupić pradziadowską warownię ale do całkowitego sfinalizowania sprawy nie doszło – Horvath przyjął tylko sztukę inkaskiego złota pochodzącego z części skarbu jako zadatek.

Podczas pobytu na zamku pewnego dnia Umina zachorowała, a Sebastian został zaproszony przez włodarzy zamku na polowanie. Nie wiadomo czy było to dziełem przypadku czy też zaplanowanego spisu (podtrucie Uminy?) – podczas nieobecności Sebastiana na zamek wtargnęli zamaskowani wysłannicy hiszpańskiej inkwizycji ścigający potomków inkaskiego rodu królewskiego, którzy zasztyletowali Uminę. Szukali również syna Uminy, Inkasa, lecz służba zamkowa w ostatniej chwili zdołała go ukryć.

Umina, zgodnie z wolą zrozpaczonego ojca, została pochowana w srebrnej trumnie w jednym z pomieszczeń w podziemiach zamku, pod basztą kapliczną. Obok jej sarkofagu została złożona część inkaskiego skarbu. Naocznym świadkiem sarkofagu ze srebrną trumną i złożonym skarbem był zamkowy furman Jakub Biały. Trafił do podziemnego pomieszczenia gdy po skończonym dniu pracy odprowadzał kobiety ze służby do ich pokoi. Wracając do własnej izby przez przypadek zaszedł do jednego z pomieszczeń, w którym zobaczył srebrną trumnę z ciałem kobiety z krwawą plamą na piersi. Wszędzie dookoła leżało zaś mnóstwo kosztowności.
Gdy wyszło na jaw, że Umina nie była katoliczką, pochówkowi temu sprzeciwił się hrabia Horvath de Paloczy. Sebastian Berzeviczy ponownie musiał pogrzebać ciało ukochanej córki. Srebrną trumnę z ciałem Uminy oraz złożony inkaski skarb, zabrano z zamkowych podziemi i złożono gdzieś na polach w okolicy Sromowiec.Czorsztyn i NiedzicaDo chwili obecnej spekuluje się o miejscu ukrycia inkaskiego skarbu w okolicach Niedzicy. Zakłada się ukrycie go na terenie zamku – zamurowaniu w podziemiach lub złożeniu w zamku dolnym wybudowanym z fundacji Sebastiana Berzeviczego. Mówi się też o Zielonem – to miejsce na prawym brzegu Dunajca wśród prostopadłych wapiennych skał (nieopodal zamku), gdzie góral z Kłuszkowic znalazł dobrze zamaskowane kosztowności, w tym złote blaszki kształtem przypominające listki. Po śmierci Sebastiana proboszcz z Niedzicy chodził w tamte okolice po złote listki i przyozdabiał nimi kościół.
Należy zwrócić tutaj uwagę, że kipu było wyposażone w złote blaszki-listki, a w państwie Inków powszechnie występowało złoto tak uformowane.
Za kolejne miejsce ukrycia skarbu uważa się podziemne groty połączone starymi sztolniami rud miedzi, które rozciągały się od zamku w Niedzicy do zamku w Landeku.

Georgius Buchnolz, pastor z Łomnicy Wielkiej, tak opisuje je w 1719 roku:
„Chciałbym tutaj złożyć doniesienie z jaskini (…) Są tutaj w górach w ostatnich sztolniach miedzianych, między Landekiem a niedzickim zamkiem jaskinie jeszcze większe (…) niedaleko jedna od drugiej. Nie udało się jeszcze dotrzeć do końca jaskini, idąc ze świecą za pół węgierskiego florena, która wypala się całkowicie, wzdłuż jaskini jak pięknej dawniej, wysokiej i suchej piwnicy. I wciąż nie widać końca. Na drogę powrotną trzeba znowu pół dnia (…) W innych jaskiniach był przed kilku laty pan Berzeviczy, znalazł tam kości niedźwiedzi jaskiniowych (…)
Trzecia grota nazywa się Baranya-djra, ponieważ w tej jaskini w czasie wojny ukrywali owczarze kilka tysięcy owiec i wiele fur siana nazbierali, nie znalazł ich żaden wojownik – bezpiecznie tam przetrwały, bez wątpienia jest tam także woda”.Złoto Inków w jaskiniByć może właśnie w tych grotach spoczywa po dziś dzień nie odkryte ciało Uminy w srebrnej trumnie. Interesującym jest fakt, że obecnie lokalizacja większości z tych podziemnych grot i sztolni rud miedzi jest nieznana.
Pojawia się również wątek żołnierzy radzieckich, którzy w 1945 roku, z zamku w Niedzicy wywozili dwa wozy załadowane wyrobami z porcelany oraz kilka wozów z kuframi o nie znanej zawartości. Ponieważ żołnierze byli pijani, zorganizowali sobie wyścigi wozami, a te runęły wraz z ładunkiem do Dunajca u podnóża Niedzicy i potopiły się.

Po tragicznym wydarzeniu sprawą pierwszej wagi dla Sebastiana staje się ustrzeżenie wnuka przed eksterminacją.
Na zamek w Niedzicy przyjeżdża bratanek Sebastiana – Wacław Benesz Berzeviczy Baron de Doridangen, człowiek żonaty choć bezdzietny, właściciel zamku Krumłów na Morawach.
Również dziwnym zbiegiem okoliczności na zamku pojawiła się także delegacja Prześwietnej Rady Inków.
21 czerwca 1797 roku, w dniu najważniejszego dla Inków święta – Święta Słońca, w ich obecności zostaje spisany akt adopcji jednorocznego syna Uminy (wnuka Sebastiana Berzeviczego) – Inkasa, przez Wacława Benesza Berzewiczy i akt zaprzysiężenia wobec Boga i Wielkiego Viracochy, Sapa Inca.
Treść testamentu, który w 1946 roku został odnaleziony w archiwum kościoła Św. Krzyża w Krakowie, brzmi następująco:

„Ja, Wacław Benesz de Berzeviczy, Baro de Dondangen, przysięgam wobec Męki Pańskiej, Prześwietnej Rady Emisaryuszy Inków i J.O. Strya mego Sebastyana, uczynionych dzisiaj uchwał ostatnich Prześwietnej Rady być kuratorem i rzetelnym wykonawcą. W szczególności obliguję się:

… ciąg dalszy w części drugiej: „Złoto Inków w Niedzicy (2)”

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o skarbie ukrytym w Zamku Czorsztyn …

przez , 12.gru.2016, w Legendy

1Pieniny pełne są skarbów… Złoto, kosztowności i drogie kamienie miały być ukrywane w górach przez zbójników, rycerzy oraz śmiałków, którym udało się odnaleźć złoża cennych kruszców. Jeden ze skarbów ponoć znajduje się w podziemiach zamku w Czorsztynie.
Dla dwóch zuchwałych pasterzy próba jego odnalezienia skończyła się jednak bardzo smutno. Wojtek i Szymon – bo tak mieli się nazywać owi nieszczęśnicy – od najmłodszych lat byli nierozłącznymi przyjaciółmi.
Żadnemu z nich nie wiodło się jednak w życiu zbyt dobrze – ani w fachu juhasa, ani w roli flisaka nie udało im się dorobić majątku, o którym marzyli.
Pewnego razu Wojtek i Szymon spotkali się w karczmie i po sporej dawce gorzałki uradzili, że jedynym lekiem na ich bolączki może być… odnalezienie skarbu.

Takowych ponoć w Pieninach nigdy nie brakowało, więc należało dobrać się tylko do jakiegoś, ukrytego gdzieś przez zbójców złota.
Obaj śmiałkowie udali się po poradę do starego Jana – miejscowego znachora.
Ten zdradził im, że skarb odnaleźć można właśnie na Czorsztyńskim Zamczysku. Ukryte tam bogactwo należeć miało do samego Kostki Napierskiego, który w podziemnej komnacie zgromadził skrzynie ze złotem, dukatami i drogimi kamieniami. Sęk w tym, że skarbu pilnują demony wraz z diabłami, a bezpiecznie można się do niego dobrać tylko w Noc Świętojańską. Odważni pasterze wyczekali więc dogodnego terminu i w najkrótszą noc roku wyruszyli na spotkanie przeznaczenia. Zabrali ze sobą łuczywo oraz przedmioty niezbędne w przypadku spotkania ze złymi duchami: kredę święconą w Trzech Króli i wosk wytopiony z paschalnej  świecy.

Po chwili poszukiwań znaleźli wejście do podziemi i przez niewielką szczelinę wcisnęli się do mrocznych korytarzy. Długo błądzili w podziemnym labiryncie aż w końcu ujrzeli niesamowity blask – przed nimi stała komnata wypełniona złotem i kosztownościami. Wojtek i Szymon zabrali ze sobą tyle, ile mogli udźwignąć i obwieszeni skarbami z trudem usiłowali wydostać się na powierzchnię. Nagle korytarze przeszył przeraźliwy śmiech złych mocy, a drzwi, którymi uprzednio weszli do komnaty zatrzasnęły się z hukiem, zamykając obu śmiałkom drogę ucieczki. Na nic zdały się próby otwarcia zamka – pasterze znaleźli się w podziemnej pułapce, w całkowitych ciemnościach. W końcu jednak udało im się rozpalić łuczywo i odnaleźć w ścianie szczelinę prowadzącą do kolejnego lochu i dalszych korytarzy.

Wędrowali nimi przez wiele godzin aż w końcu odnaleźli wyjście, który wyprowadziło ich na brzeg Dunajca. Uradowani juhasi ruszyli więc w drogę powrotną do Czorsztyna, ale jakoś nie mogli poznać rodzinnej wioski. A to droga za szeroka, a to kapliczka, której wcześniej nie było. Gdy wreszcie doszli do wsi okazało się, że ich domostwa dawno nie istnieją i zostały z nich tylko ruiny i zdziczałe drzewa. Oto okazało się, że to co dla nich było jedną nocą w podziemiach, dla reszty świata było całym wiekiem. Wszyscy bliscy dawno już odeszli i nie ma dokąd wracać. Sam skarb zamienił się natomiast w bezwartościowe kamienie.
Co się działo dalej z nieszczęsnymi juhasami – tego nie wiadomo.
Przez długie lata wśród mieszkańców Czorsztyna krążyła jednak opowieść o dwóch młodzieńcach, którzy w tajemniczy sposób zaginęli w noc św. Jana…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Borowiec wielki

przez , 01.lis.2016, w Flora i Fauna

Borowiec wielkiBorowiec wielki (Nyctalus noctula, Schreber 1774) występuje w całej Europie (nie stwierdzono go tylko na Islandii), choć rzadko na północy, w Azji od Uralu z zasięgiem do Chin i Japonii oraz w północnej Afryce. Spotykany jest również daleko poza swoim zwartym zasięgiem, na przykład na zupełnie bezleśnych wyspach północnego Atlantyku czy w takich krajach tropikalnych jak Indie, a nawet Mozambik. Prawdopodobnie zapędza się w tak odległe rejony podczas swoich sezonowych wędrówek.
W Polsce jest jednym z trzech największych gatunków nietoperzy i występuje powszechnie na terenie całego kraju z wyjątkiem najwyższych partii górskich. Jest jednym z najczęściej spotykanych krajowych nietoperzy. Zamieszkuje szerokie spektrum środowisk, a jego kolonie najczęściej zasiedlają tereny leśne, luźne zadrzewienia, miejskie parki.

W ciągu dnia ukrywa się w wysoko położonych dziuplach drzew (od 4 do 24 metrów), chętnie wybierając dziuple o przekroju okrągłym, głównie wykute przez dzięcioły. Wykorzystuje również jako schronienie (choć rzadko) budki dla ptaków oraz szczeliny skalne. Kryjówki zmienia bardzo często, każda kolonia wykorzystuje w ciągu dnia kilka dziupli.
W ostatnich latach borowce wykorzystują z powodzeniem budynki na terenie miast – prócz strychów, budynki z tak zwanej wielkiej płyty. Wydaje się, że najprawdopodobniej uznały te labirynty szczelin i zakamarki w ścianach bloków za świetne kryjówki, odpowiadające im do tego stopnia, że korzystają z nich przez cały rok – latem wychowują w nich młode, a zimą hibernują.Kolonia borowców wielkichZ początkiem wiosny samice w dziuplach tworzą duże kolonie rozrodcze (które mogą grupować ponad 100 samic), często tworzą kolonie mieszane z borowiaczkiem lub nockiem rudym, natomiast samce, jak u większości gatunków, żyją samotnie, wykazując w okresie godów terytorialność. Samce zajmując kryjówkę godową oraz niewielkie terytorium godowe wokół niej, oznakowują je za pomocą wydzieliny zapachowej produkowanej przez silnie powiększone gruczoły policzkowe, natomiast nocą, za pomocą donośnych sygnałów dźwiękowych (godowych) emitowanych z otworów kryjówek (słyszalnych dla człowieka) wabią samice, równocześnie odstraszając tym samym innych samów. Za kryjówki godowe najczęściej służą dziuple drzew, a wokół terytorialnych samców gromadzą się grupy samic nawet do 20 osobników (z reguły 4 – 5).

Kopulację odbywają się również w koloniach zimowych, miejscach hibernacji bez zachowań terytorialnych czy tworzenia haremów samic. Wówczas zapłodnienie jest opóźnione i ma miejsce pod koniec zimy bądź z początkiem wiosny. Zimą potrafią tworzyć duże kolonie składające się z osobników tej samej płci. Po ciąży trwającej od 70 do 75 dni, w czerwcu lub na początku lipca, samica zwykle rodzi dwoje młodych (rzadko troje), żywiących się mlekiem matki, aż do uzyskania samodzielności po około 8 – 9 tygodniach. Po usamodzielnieniu się młodych borowców, w sierpniu rozpoczyna się okres godowy. Osiągnięcie dojrzałości płciowej następuje po około 1,5 roku. Średnia długość życia wynosi 12 lat.Borowiec wielki (2)Podobnie jak inne nietoperze borowiec prowadzi nocny tryb życia, jednakże na łowy wylatuje dużo wcześniej od pozostałych gatunków, często gdy jest jeszcze zupełnie jasno, na około godzinę przed zachodem słońca. Odnotowano także osobniki żerujące w dzień. Ich lot jest szybki, ale niezręczny, są mało zwrotne, najczęściej latają po liniach prostych i kiepsko radzą sobie wśród przeszkód jakim jest gęsta roślinność. Podczas aktywności nocnej odżywiają się owadami schwytanymi w locie, które lokalizują wykorzystując echolokację – wysyłane o względnie niskiej częstotliwości, bo 18 – 22 kHz (najlepiej słyszalne w detektorze heterodynowym), bardzo głośne i dźwięczne ultradźwięki, przypominające dźwięk „plip-plop”, o zasięgu do 200 metrów. Niektórym chiropterologom podchodzącym do sieci, w którą złapało się kilka borowców, doświadczało dziwnego uczucia podenerwowania i dyskomfortu. Przyczyną było najprawdopodobniej duże natężenie wydawanych przez te nietoperze ultradźwięków na granicy słyszalności.

Z nastaniem jesieni, kiedy to noce stają się już zimne, noc spędzają w ukryciu, polując jedynie o zmroku i świcie. Szczególnym upodobaniem (jako typowych lotników otwartych przestrzeni) darzą sobie za teren łowiecki zbiorniki wodne, nad którymi latają duże roje owadów. Ich lot jest szybki i wysoki, daleki od powierzchni ziemi i przeszkód. Żerują również na terenach leśnych, a także między zabudową miejską. Pokarm borowców jest bardzo zróżnicowany, począwszy od drobnych muchówek z rodziny ochotkowatych, jętek, motyli nocnych po duże chrząszcze.
Hibernacja przypada od października do kwietnia. Tylko mała część borowców zimuje w tym samym lesie, w którym przebywała latem. Większość populacji wybiera migrację – nietoperze te odlatują jesienią w bardziej przyjazne klimatycznie rejony i powracają ponownie dopiero wiosną.Borowiec wielki w dziupliWędrówki borowców to dość spektakularne, do niedawna nieznane i niezauważane przez wielu ludzi zjawisko – lecą one w dużych grupach, często w ciągu dnia. Intensywne przeloty tych nietoperzy obserwuje się między innymi na wybrzeżu Bałtyku. Prawdopodobnie nadlatują one z Rosji i krajów nadbałtyckich. Maksymalny zaobserwowany przelot wynosił ponad 1000 km. Stwierdzono również, że przynajmniej część borowców z terenu Polski zimuje w Czechach, na Słowacji i Węgrzech, a nawet w Szwajcarii. Z kolei niektóre ze znajdowanych u nas zimą, mogą Polskę traktować jako „ciepły kraj” i przybywać z północy lub wschodu. Zimowe spotkania z borowcami w naszym kraju należą zresztą do rzadkości. Nietoperze te nie lubią miejsc najczęściej kontrolowanych przez badaczy – antropogenicznych i naturalnych podziemi. W schronach czy bunkrach dotąd ich u nas nie zaobserwowano, a w jaskiniach tylko kilkakrotnie.

Borowiec wielki jest nie do pomylenia z żadnym innym gatunkiem nietoperza występującym na terenie Polski. Długość jego ciała wynosi 65 – 83 mm, rozpiętość skrzydeł 37 – 48 cm, zaś masa ciała waha się w granicach 15 – 45 g. Posiada gęste, jedwabiście lśniące futro, o krótkich włosach, ubarwione jednakowo na całym ciele – u osobników młodocianych jest ciemnobrązowe, a u dorosłych rudobrązowe.
Uszy ma krótkie i zaokrąglone, z krótkim koziołkiem przy końcu płatowato rozszerzonym, przypominającym grzybek – jego szerokość w górnej części większa przynajmniej dwukrotnie niż w dolnej. Tylna krawędź ucha zakończona jest charakterystycznym fałdem sięgającym kąta pyszczka. Te masywne, krótkie i szerokie uszy odróżniają borowca od innych gatunków.Borowiec wielki w locieSkrzydła ma wąskie, a błona lotna na nich, podobnie jak pyszczek, jest ciemnobrązowa, niekiedy niemal czarna, przyczepiona do pięty. Osobniki dorosłe posiadają błonę skrzydłową pokrytą gęsto włosami wzdłuż tułowia i przedramienia. Ostroga sięga do połowy odległości między ogonem, a piętą, poza nią wystaje płatek skórny z poprzeczną chrząstką, zaś koniec ogona wystaje poza błonę ogonową na 2 – 3 mm. Przedramię ma długość 50 – 59 mm.
Czaszkę ma dużą i masywną, prawie wcale nie wyprofilowaną. Jej długość kondylobazalna wynosi 17,5 -  21,2 mm, długość żuchwy 13,5 – 15 mm, wysokość gałęzi żuchwy 4,3 – 4,8 mm.
W szczęce górnej znajdują się 2 siekacze, 1 kieł, 2 przedtrzonowce i 3 trzonowce. W szczęce dolnej 3 siekacze, 1 kieł, 2 przedtrzonowce, 3 trzonowce.

Borowiec wielki nie ma wielu wrogów w naturze mogących stanowić poważne zagrożenie dla jego populacji. Nieznaczne wyjątki stanowią przypadki schwytania go przez sowy – puszczyka i płomykówkę. Innymi zagrożeniami wynikającymi z działalności człowieka jest usuwanie starych, martwych lub obumierających drzew, a tym samym zmniejszanie ilości wykorzystywanych przez borowca dziupli czy szczelin za odstającą korą, jak również prace budowlane w miastach związane z termomodernizacją budynków dla osobników ukrywających się w ich szczelinach i innych elementach konstrukcyjnych (bywają zamurowywane w swoich kryjówkach).
Borowiec wielki objęty jest w Polsce ścisłą ochroną jako gatunek wymagający czynnej ochrony i zamieszczony jest w załączniku IV Dyrektywy Rady EWG w sprawie ochrony siedlisk naturalnych oraz dzikiej fauny i flory oraz w załączniku II Konwencji Berneńskiej.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Ruiny kościoła ewangelickiego w Unisławiu Śląskim

przez , 01.lip.2016, w Zabytki

Bryła kościoła ewangelickiego w UnisławiuUnisław Śląski (Langwaltersdorf) zlokalizowany jest przy drodze krajowej numer 35, biegnącej z Wałbrzycha do Mieroszowa. Ta malowniczo położona miejscowość na Wyżynie Unisławskiej w dolinie rzeki Ścinawka, pomiędzy górującym nad nią majestatycznie Wielkim Stożkiem 840 m n.p.m. (charakterystyczny punkt krajobrazu), a Dzikowcem Wielkim 836 m n.p.m., powstała na początku XIV wieku (pierwsze wzmianki pochodzą z 1350 roku).
Jest największą wsią w Górach Kamiennych. Przejeżdżając przez Unisław nie można nie zauważyć ponurych ruin kościoła ewangelickiego z wieżą, zniszczonego po II wojnie światowej, nigdy już nieodrestaurowanego i niewyremontowanego.Wnętrze ruinKościół ewangelicki p.w. św. Mateusza w Unisławiu Śląskim powstał w 1742 roku (niektóre źródła za datę powstania w tym miejscu świątyni wymieniają rok 1659) jako murowana budowla w stylu późnobarokowym, na planie wieloboku z trzema przybudówkami. Jego elewacje były utrzymane w stylu klasycystycznym z trójkątnymi tympononami dzielącymi pilastry na niskim cokole. Był przebudowywany w latach 1748 – 1750 oraz w XIX wieku. Świątynia została opuszczona wraz z wysiedleniem miejscowej ludności niemieckiej po 1945 roku. Był dwukrotnie trawiony przez ogień: w latach 60-tych i 70-tych (1972 rok) XX wieku. Pożary spowodowały osłabienie konstrukcji, a tym samym zawalenie się dachu, stropów i budynku (2007 – 2008). Dziś pozostały jedynie dość spore fragmenty murów. Na terenie świątyni istnieje wejście do podziemi. Z wnętrza świątyni zachował się rokokowy ołtarz, który obecnie można oglądać w kościele ewangelickim w Kudowie Zdrój.Pastorówka przy kościeleDo bryły kościoła w XIX wieku dobudowana została strzelista, dwustopniowa wieża z zegarem na planie kwadratu, obecnie mocno nadkruszona czasem i niedostępna z zewnątrz, nie mniej jednak do chwili obecnej robiąca imponujące wrażenie. Wieżę można oglądać jedynie z zewnątrz (brak możliwości wejścia do środka i na jej szczyt) ponieważ wszystkie wejścia ze względów bezpieczeństwa zostały zamurowane – podobnie jak mury kościoła grozi zawaleniem.
Między ruinami kościoła, a drogą znajduje się dobrze zachowany okazały budynek, wybudowany w drugiej połowie XVIII wieku o konstrukcji częściowo szachulcowej (obecnie dom prywatny), w którym niegdyś mieściła się pastorówka i szkoła ewangelicka. Kilka metrów na zachód od kościoła, na zalesionej górce, znajduje się opuszczony, zarośnięty i zdewastowany cmentarz parafialny, z widocznymi jeszcze pozostałościami kostnicy z XVIII wieku.Fragmenty nagrobkówZostał założony na przełomie XIX i XX wieku. Wśród wielu zniszczonych i zarośniętych kamiennych płyt nagrobkowych można znaleźć kilka, na których bez trudu da się odczytać kogo pochowano. Pierwsze pochówki miały tutaj miejsce na początku XX wieku, a ostanie w latach 50-tych XX wieku.
Kościół i przyległa do niego wieża znajdują się w stanie zaawansowanej, trwałej ruiny, nie mniej jednak niewątpliwie warto zatrzymać się choć na chwilę w Unisławiu i odwiedzić to niezwykłe miejsce, które pomimo zniszczeń oraz daleko posuniętej ruiny posiada swój specyficzny i niepowtarzalny klimat. Podczas zwiedzania należy zachować szczególną ostrożność, gdyż pozostałości murów grożą w każdej chwili zawaleniem, a wejście na jego teren jest na własną odpowiedzialność – na ogrodzeniu i ścianach umieszczone są tabliczki informujące o zagrożeniu.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia Rycerska w Dzikowcu Wielkim

przez , 15.lut.2016, w Pod ziemią

Sztolnia Rycerska (1)Sztolnia Rycerska, nazywana również Sztolnią Wodną (Wasserstollen) zlokalizowana jest na północno – wschodnim zboczu góry Dzikowiec Wielki (GrossWildberg) 836 m n.p.m., znajdującej się na południe od miejscowości Boguszów-Gorce. Aby do niej dojść należy kierować się z betonowego parkingu za przejazdem kolejowym z dzielnicy Boguszowa, Kuźnic Świdnickich, leśną drogą kilkaset metrów do skrzyżowania z kolejną drogą (przy platanie), a następnie skręcić w prawo i po około 60 metrach (przed pierwszą przepływką pod drogą) skręcić w lewo, w leśną ścieżkę, która po około 200 metrach doprowadza wprost pod wlot sztolni. Wlot znajduje się na wysokości 652 m n.p.m. Przed wlotem sztolni znajdują się ceglane pozostałości budynku, a po prawej stronie wylot Źródła Rycerskiego – RitterQuelle. Znajduje się tam również studzienka z wybijającą wodą i widoczne fragmenty ceramicznych rur. Wydajność źródła miała wynosić 400 l/min.Wejście do sztolniDrążenie sztolni rozpoczęto w maju 1938 roku (według innych źródeł w styczniu 1941 roku), a ukończono w maju 1942 roku. Do sztolni prowadzi obetonowane wejście w którym znajduje się studzienka łącząca się z właściwym ujęciem wody zlokalizowanym 50 metrów niżej, w dół od hałdy powstałej w wyniku składowania wydobytego materiału skalnego podczas drążenia sztolni. Nie przypadkowo wybrano miejsce jej wydrążenia, bowiem masyw Dzikowca Wielkiego jak i Gór Kamiennych zbudowany jest ze skał mających dużą przepuszczalność wody – melafirów i porfirów, co powoduje szybkie jej przenikanie przez grunt pozostawiając go suchym, a sztolnia pozwalała na szybkie i łatwe ujmowanie czystej wody. Według niektórych opracowań miała być ujęciem wody dla Kuźnic Świdnickich, chociaż spotyka się też wątki o rzekomym wykorzystaniu jej w 1945 roku przez Niemców jako miejsce ukrycia depozytów.Sztolnia Rycerska (2)Za wejściem sztolnia ma łukowaty profil obudowany betonowymi bloczkami. Chodnik ma wymiary 180 x 90 cm i prowadzi wśród najbardziej wodonośnych warstw skał. Na spągu zalega ceramiczna rura. W początkowym odcinku znajdują się dwa niewielkie odgałęzienia po lewej i prawej stronie. Jest to najdłuższy obudowany odcinek sztolni. Po około 100 metrach obudowa kończy się, a dalej chodnik sztolni prowadzi na przemian w litej skale lub w obudowie z bloczków. W całej sztolni obudowanych odcinków jest siedem.
Obudowa stosowana była w miejscach gdzie struktura skał jest nieco słabsza. W kilku miejscach brak jest w ścianach bloczków, a za nimi znajdują się komory. W sztolni znajduje się jeden przebity zawał na końcu jednej z obudów. Po 250 metrach sztolnia zwęża się, a infiltracja górotworu przez wodę jest znaczna, strumienie wody leją się ze stropu, głównie na rozwidleniu i w obszerniejszej komorze, a to za sprawą chodników znajdujących się poziom wyżej.Kamionkowa ruraW tym miejscu różnica poziomów (od wlotu) wynosi +6,3 m, niewyczuwalnego wznoszenia się pod kątem w czasie penetracji.
Od komory w prawo prowadzi chodnik, a z niego w lewo dwa krótkie wyrobiska zakończone przodkami. W pierwszym o ocios oparta jest stalowa płyta, która zapewne zapewniała ochronę pracującym tu ludziom przy odstrzale skały. Środkowy chodnik prowadzi na drugi poziom do tak zwanego „labiryntu”, do którego wejście zostało zamaskowane krótką obudową z bloczków. Wejście prowadzi ciasną szczeliną nad obudową, a za nią znajduje się stroma pochyłe wejście na poziom drugi, położony około 10 metrów wyżej. W tym miejscu często dochodzi do osuwania się luźnych fragmentów skał. Na końcu pochyłego wejścia znajduje się wysoka i wąska szczelina, a na spągu pozostałości drewnianej obudowy, stojaków i drabinek oraz żelazne płyty najprawdopodobniej ułatwiające transport materiału skalnego.Mineralizacja w Sztolni RycerskiejW bocznym korytarzu widoczna jest woda uciekająca przez spąg na niższy poziom. Górny poziom zakończony jest czterema przodkami i ma łączna długość około 80 metrów. Na spągu komory zalega dużo nie wydobytego materiału skalnego. Od komory, główny chodnik prowadzi jeszcze przez około 50 metrów i kończy się przodkiem na wysokości 659 m n.p.m., gdzie prace miano zakończyć w dniu 9 maja 1942 roku. W całości wyrobiska woda na spągu nie przekracza głębokości 30 cm. W sztolni znajduje się jeszcze kilka innych chodników ukrytych za betonowymi bloczkami obudowy oraz nad obecnym głównym chodnikiem. Po zakończeniu drążenia sztolni w maju 1942 roku opiekę nad nią miała przejąć organizacja Todt i prowadzić w niej dalsze prace, w trakcie których między innymi zamurowano wejście do wyższego jej poziomu, tak zwanego „labiryntu”, betonowymi bloczkami oraz prowadzić inne prace w jej okolicach, co mogą potwierdzać ślady w terenie widoczne do dnia dzisiejszego.Obudowa sztolni i infiltracjaOkoło 100 metrów na północ od Sztolni Rycerskiej znajduje się wlot do kolejnej sztolni nazywanej potocznie Sztolnią Rycerską II, a pomiędzy nimi zasypany szybik. Istnieje relacja więźnia z obozu Gross-Rosen, Jana Grodzickiego, który został przewieziony w okolice Kuźnic Świdnickich w 1941 roku i pracować przy drążeniu sztolni. W zeznaniach złożonych po wojnie przed prokuratorem Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich we Wrocławiu podał, że został zapędzony do robót przy drążeniu sztolni na północnym stoku góry Dzikowiec, w miejscu gdzie bezpośrednio ze skał tryskało źródło:

„Najpierw wbijaliśmy się w głąb góry na odległość około dwustu metrów, a następnie wykuwaliśmy coś w rodzaju labiryntu na dwóch poziomach. Przy czym, aby nikt z nas nie zapamiętał rozmieszczenia tych sztolni, przerzucano nas z poziomu na poziom”.Końcowy odcinekMusiał on pracować w końcowej części sztolni, przy „labiryncie” lub na dwóch poziomach wyrobiska – według zachowanych planów wynika, że prace w tym miejscu prowadzono po grudniu 1940 roku. Tym samym większa część chodników sztolni nie została wykonana przez więźniów obozu Gross-Rosen (ten powstał w sierpniu 1940 roku). W chwili obecnej znane są dwa wykonane plany sztolni, jeden wykonany przez mierniczego Friekego (styczeń 1942). Jeden z nich przedstawia sztolnię z bocznymi chodnikami i drugim poziomem nazywanym „labiryntem”, ujęciem wody oraz szczegółowym przebiegiem i długością chodników. Drugi z planów, wykonany w styczniu 1942 roku stanowi kopię pierwszego rozszerzoną o takie szczegóły jak wysokości bezwzględne poszczególnych fragmentów wyrobiska, dokładne dane geologiczne o warstwach skalnych w których wydrążono sztolnię i daty drążenia poszczególnych jej odcinków.8Z dat umieszczonych na mapie wynika, że informacje o warstwach geologicznych wewnątrz sztolni musiano pozyskać już w 1939 roku, a inne dokumenty mówią, że do 1941 roku wyrobisko było już wydrążone prawie w całości. Pierwszą datą, która pojawia się na planie (w odległości 20 m od wlotu sztolni) jest 26 września 1938 roku. Do tego dnia miano wykonać około 60 m chodnika z 38-metrowym bocznym chodnikiem w prawym ociosie. Całkowita długość poznanych wyrobisk Sztolni Rycerskiej na poziomie 1 i 2 wynosi około 410 metrów. W sztolni schronienie znajduje kilkadziesiąt gatunków nietoperzy – jest miejscem ich zimowania, w związku z czym obiekt ten podlega ochronie jako siedlisko zwierząt chronionych.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (2)

przez , 15.lis.2015, w Skarby

Golińsk. Fabryka Fritza HankeZlokalizowanie majątku Hankego w Golińsku (Hof Göhlenau) nie jest sprawą trudną. Osoby tropiące od lat ślady gauleitera już dawno ustaliły dokładną jego lokalizację, jak również udało im się odkryć tajemniczą budowlę położoną w nieodległym Mieroszowie. Okazała się nim rozpoczęta budowa podziemnego obiektu o nieustalonym przeznaczeniu, którego budowę prowadzono w oparciu o system budowy obiektów w Bolkowie i Marciszowie. Oględziny wykazały, że podziemny obiekt w Mieroszowie drążony był w wielkim pośpiechu i nie został on nigdy skończony. Do jego budowy wykorzystywani byli najprawdopodobniej więźniowie z miejscowej filii obozu koncentracyjnego w Rogoźnicy Gross-Rosen, AL Friedland. Pewna relacja może potwierdzać informację o tym, że ta niedokończona budowla została jednak wykorzystana wiosną 1945 roku na miejsce złożenia depozytu. Relację tą kilka lat temu przekazał jeden Niemiec, podający się za byłego pracownika majątku gauleitera, niejaki Fritz Hanke. Nazwisko Fritza Hankego odnaleziono na fakturach fabryki z Golińska. Co ciekawe Fritz Hanke był właścicielem fabryki (zdjęcie starej pocztówki „Fabrik von Fritz Hanke”). Czy to tylko jest zwykła zbieżność nazwisk? Przypadek? Czy też ów Fritz był rodziną dla Karla Hanke?

Golińsk od początku XVI wieku znajdował się w rękach Hochbergów. W 1657 roku Heinrich von Hochberg, właściciel Mieroszowa, wzniósł, a raczej przebudował z wcześniejszej budowli (z 1610 roku) w Golińsku dwór jako ośrodek tamtejszych dóbr, ustanawiając go siedzibą właściciela, a gdy stolicą ośrodka stał się Książ (od 1780 roku) dwór stracił swoje znaczenie i zamieszkiwał go tylko administrator. Będąc budynkiem drewnianym spłonął w 1838 roku. Dwór wraz z towarzyszącym mu folwarkiem powstał w pewnej odległości od zabudowy historycznej Golińska, na południowy – wschód od drogi prowadzącej do Czech – Göhlenau Hof (Göhlenauer), stanowiąc odrębną jednostkę osadniczą. Później powstała przy nim osada przyfolwarczna zamieszkana przez pracowników. Folwark był centrum dóbr leśnych obejmujących należące do Hochbergów lasy w Mieroszowie, Łącznej i Unisławiu Śląskim. W samym Golińsku do Hochbergów należał jeszcze folwark będący dawnymi dobrami sołeckimi zwany Kolberci. Z końcem XIX wieku został on wydzierżawiony, a w 1917 roku rozparcelowany. Na przełomie XIX i XX wieku nastąpił dalszy rozwój przemysłu – powstaje tkalnia, zakład produkujący żaluzje, zakład dekoratorski wyrobów ceramicznych i zakład uszlachetniania płótna. Jeden z tych zakładów zlokalizowany był na południe od folwarku Hochbergów i został rozebrany po 1945 roku, zapewne ze względu na swe przygraniczne położenie.

Jak podaje w swojej relacji Fritz, Karl Hanke miał pod koniec wojny wielokrotnie odwiedzać swój majątek. Wizyty te miały odbywać się zawsze w kilka godzin lub w najwyżej kilka dni po przybyciu do majątku kolejnych transportów z nieznaną zawartością. Według niego krążyły wówczas pogłoski, że gauleiter „przygotowuje” się do powojennych czasów, gromadząc zrabowane dobra i kosztowności w najlepszym dla niego z możliwych miejsc. Miała temu służyć między innymi dogodna lokalizacja – niespełna dwukilometrowe oddalenie od starej granicy z Czechami, która po wojnie (jak przypuszczano) stała by się ponownie granicą suwerennych Czech, a to z kolei dla Hankego (bliskość granicy) stwarzałoby wiele dogodnych okazji. Fritz twierdził, że osobiście nigdy nie widział zawartości transportów, tego co było w skrzyniach przywożonych na ciężarówkach, ale jest prawie pewien, że znajdowały się w nich dzieła sztuki oraz wyroby ze srebra i złota. Część skrzyń z przybywających transportów do majątku miała zostać zdeponowana w niedokończonej, podziemnej fabryce pod Mieroszowem.Rynek w MieroszowiePodziemna mieroszowska fabryka miała składać się z trzech sztolni, które pod koniec kwietnia 1945 roku zostały wysadzone w powietrze, a wybuch miał być tak silny, że Fritz porównał go do trzęsienia ziemi. Fakt istnienia podziemnych wyrobisk jest niepodważalny, ponieważ do dziś, po omawianych sztolniach zachowały się w terenie widoczne ślady w postaci zapadlisk i wlotów, które mogą być świadectwem całkowitego zawalenia się na dość długim odcinku podziemnego obiektu, na południowych stokach Kościelnej Góry. Poszukiwacze kilkakrotnie próbowali dotrzeć do nieznanych partii podziemi, ale podejmowane przez nich działania kończyły się już w początkowym etapie prac eksploracyjnych, o czym świadczą pozostawione ślady, a w ich wyniku udrożniono sztolnie tylko na niewielkich odcinkach. Relacja przekazana przez Fritza nie jest odosobniona i nie potwierdzają jej tylko odnalezione sztolnie, ale zachowała się także relacja pewnej kobiety, autochtonki, również byłej pracownicy majątku Hankego o podobnej treści. Według niej na teren posiadłości gauleitera przywożono różne transporty, które grupa zaufanych mu ludzi selekcjonowała zawartość, po czym sporządzane były kolejne, nowe transporty, wyjeżdżające szybko w kierunku Mieroszowa.

Jak wynika z relacji pracownicy Hankego, z części nadchodzących transportów „coś” wydzielano i zamykano w niedostępnej bibliotece gauleitera, której okna zawsze pozostawały zasłonięte ciężkimi kotarami. Dostęp do bibliotecznego pomieszczenia miał tylko Hanke i co najwyżej dwóch innych ludzi. Według dalszej relacji, zawartość biblioteki na przełomie lutego i marca 1945 roku załadowano na dwie ciężarówki, które opuściły Golińsk i udały się jako jedyny transport w kierunku Czech. Ten fakt zapamiętała ona szczególnie gdyż w przygotowywaniu transportu oraz pakowaniu zawartości uczestniczył przez kilka godzin sam gauleiter, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Mówiono wówczas, że był to „złoty skarb Hankego”.
Po zakończeniu II wojny światowej na terenie posiadłości gauleitera w ocalałych ogromnych zabudowaniach gospodarczych, zlokalizowano fabrykę przemysłu metalowego. Działała przez wiele lat jako przeciętny, przemysłowy, terenowy zakład, w którym znajdowali zatrudnienie okoliczni mieszkańcy. Produkowano w niej między innymi metalowe siatki, żaluzje, końcówki żarówek i wyroby dla gospodarstwa domowego.

W latach osiemdziesiątych XX wieku, jeden z takich mieszkańców, będący wieloletnim pracownikiem fabryki, został jej zakładowym portierem. Relacjonuje on, że w 1990 roku zgłosił się do niego pewien Niemiec, który poprosił go o możliwość zwiedzenia majątku, który niegdyś należał do jego rodziny, a on sam miał się w nim urodzić. Niemiec opowiedział portierowi czym był ten majątek w czasach wojny. Portier dowiedział się również, że dom rodzinny „gościa” do początku II wojny światowej wchodził w skład dóbr terenowych właścicieli zamku Książ, których jak większości po wybuchu wojny, pozbawiono nie tylko zamku, ale i okolicznych posiadłości ziemskich. Tym sposobem majątek w Golińsku miał trafić w ręce Hankego, który szybko uznał go za swoją rodową siedzibę. Portier, jak twierdzi, nigdy nie wpuścił tego Niemca na teren zakładu, pomimo, że ten przyjeżdżał nawet w niedziele gdy był on nieczynny i na jego terenie nie było innych osób. Nie uległ Niemcowi nawet gdy ten chciał nawiązać z nim bliższy kontakt, proponował mu za przysługę pewna sumę marek, a nawet zapraszał do Hamburga.Mapa okolic Mieroszowa z 1936 rokuJak zakończyła się ta „znajomość” tak na prawdę do końca nie wiadomo, ale skoro prośby owego Niemca miały także poważne poparcie w finansach, portier mógł ulec. Odmowę tłumaczył rzekomą kiepską znajomością języka niemieckiego i zwykłą niechęcią do Niemców.
„Miałem trochę radości, twardo mówiąc „nie” bogatemu gościowi, który sądził, że kupi mnie za kilkanaście marek. Teraz może nie byłbym taki twardy, bo emeryturę mam nędzną, ale on już tutaj nie przyjeżdża (…) Wtedy zresztą nie wiedziałem co znaczy nazwisko Hanke” (takim nazwiskiem przedstawił mu się ten Niemiec).
Znaczenie nazwiska Hanke portier zrozumiał dopiero wtedy, gdy kilka lat temu pochwalił się otrzymaną od Niemca wizytówką pewnemu wałbrzyskiemu nauczycielowi, a ten uświadomił go o jaką rodzinę chodzi.
Tak oto około sześćdziesięcioletni syn Karla Hankego przyjeżdżał do Golińska pięciokrotnie w latach 1990 – 1995, twierdząc, że poszukuje śladów ojca, a z relacji rodzinnych wynika, że majątek jest tym miejscem, w którym na pewno ostatni raz widziano jego ojca.

Portier w relacji dotyczącej swoich kontaktów z odwiedzającym majątek synem Hankego dodał, że ten powiedział mu, iż wie, że ojciec był w Golińsku z jakimś profesorem i stąd mieli odlecieć prawdopodobnie helikopterem do pobliskiego Krzeszowa, a następnie do Jeleniej Góry. Czy tym profesorem był Günther Grundmann? Wszystko wskazuje, że to mógł być on. Warto dodać, że przecież Krzeszów był jedną z oficjalnych skrytek Grundmanna i obaj, zarówno on jak i Hanke mieli wspólny interes w tym, by ryzykować i po wizycie w Golińsku polecieć do Krzeszowa. Składnicę dokumentów i woluminów w Krzeszowie (Grüssau) zlokalizowano w kościele p.w. św. Józefa, a w pobliskiej Kamiennej Górze (Landeshut) zdeponowano obrazy z Dessau, które jesienią 1944 roku na powrót przewieziono do Dessau.
Istnieją też informacje o kilku podziemnych, dobrze zamaskowanych i efektownie wysadzonych, korytarzach w Kochanowie (2 km na północny-zachód od Mieroszowa, w kierunku Dobromyśla i Krzeszowa), w których miano ukryć depozyty, a których nigdy nie spenetrowano.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (1)

przez , 01.lis.2015, w Skarby

Panorama przedwojennego MieroszowaMieroszów (Friedland in Niederschlesien) to 6 tysięczne, kamieniczne miasteczko, leżące na południowy – zachód od Wałbrzycha, oddalone o 4 km od granicy z Czechami, znane dolnośląskim miłośnikom paralotniarstwa z góry Jatki, posiadającej jedyną rampę lotniarską w Polsce. Zostało założone w XIV wieku przez czeskich benedyktynów. Nakręcono w nim również serial przygodowy dla młodzieży „Gruby” (1971 rok) na podstawie powieści Aleksandra Minkowskiego, przedstawiający życie w realiach tak zwanych „ziem odzyskanych”, na których działają grupy Werwolfu i szabrowników. Tuż po II wojnie światowej nosiło ono nazwę Fyrląd Wałbrzyski. W czasie wojny znajdowała się w nim filia obozu koncentracyjnego Gross-Rosen z Rogoźnicy.
Z jego historią w ostatnich latach wojny, a także pobliskiej miejscowości Golińsk (Göhlenau) związana jest postać gauleitera Dolnego Śląska – Karla Hankego.

Karl Hanke urodził się 24 sierpnia 1903 roku w Lubaniu (wówczas Lauban), a zmarł najprawdopodobniej 8 czerwca 1945 roku w Novej Vsi nad Popelkou (Czechosłowacja), choć jego powojenne losy pozostają do dziś tajemnicą, a okoliczności śmierci nie są do końca wyjaśnione. Po ukończeniu szkoły młynarskiej w Saksonii (od 1921 – 1926 roku pracował w młynarstwie i warsztacie kolejowym) w 1928 roku ukończył w Berufspädagogischen Institut w Berlinie studia, a już w listopadzie 1928 roku wstępuje do NSDAP i tym samym, poprzez zaangażowanie polityczne, jego kariera zaczyna się błyskawicznie rozwijać – 1 kwietnia 1932 roku zostaje osobistym sekretarzem Josepha Goebbelsa. W tym samym roku zostaje delegatem NSDAP do Landtau, później do Reichstagu. Stanowisko to piastował do końca wojny. W 1937 roku został wiceprezesem Izby Kultury Rzeszy.

Ministerialna kariera Hankego kończy się w przededniu II wojny światowej ostrą interwencją Adolfa Hitlera, która była odpowiedzią na romans Goebbelsa z czeską aktorką Lidą Baarovą – Hanke staje się wówczas „powiernikiem” żony Josepha, Magdy. Od 1939 do 1941 roku służy w wojsku, między innymi w Polsce i we Francji, otrzymując za zasługi Krzyż Żelazny pierwszego i drugiego stopnia. Po opuszczeniu szeregów armii Karl Hanke z rozkazu Adolfa Hitlera zostaje gauleiterem Dolnego Śląska, a następnie Heinrich Himmler awansuje go na Gruppenführera SS. Jego bezwzględne rządy doprowadzają do nadania mu przydomka „kata z Breslau”.
29 kwietnia 1945 roku po uznaniu przez Hitlera za zdrajcę Heinricha Himmlera, Hanke otrzymuje po nim urząd Reichsführera SS i dowódcy niemieckiej policji. W Festung Breslau przebywa niemal do samego jej zdobycia przez wojska Armii Czerwonej.Karl HankeW nocy z 5 na 6 maja 1945 roku, tuż przed kapitulacją, Hanke miał rzekomo uciec z Wrocławia za pomocą zarekwirowanej awionetki typu Storch. Samolot podczas lotu dostał się w ogień nieprzyjaciela i najprawdopodobniej został trafiony w zbiornik paliwa, co skutkowało przymusowym awaryjnym lądowaniem. Naprawy dokonano koło lotniska w Mirosławicach, po czym Hanke z pilotem skierowali się do Świdnicy na tamtejsze lotnisko Luftwaffe.
O tego momentu dalsze losy Hankego są niejasne. Przyjmuje się, że najprawdopodobniej przesiadł się w Świdnicy na inny samolot, który rozbił się w Kraju Sudeckim (Sudetenland). Hanke miał przeżyć i dołączyć do Dywizji „Horst Wessel”, z którą prawdopodobnie trafił do niewoli. Kolejny jego ślad miał urwać się też na przejeździe kolejowym w Czechach. Tutaj pojawia się jedna z wersji mówiąca o okolicznościach jego śmierci, a mianowicie miał zostać zabity podczas próby ucieczki z miejsca internowania (osadzenia) przez czeskich wartowników pod Chomutovem.

Niektóre źródła podają, że był widziany po 1945 roku w Argentynie, w której schroniło się wielu niemieckich zbrodniarzy wojennych, po tym jak odleciał z jednej z lokalnych, drugorzędowych dróg zamienionych w prowizoryczny pas startowy w okolicach Jeleniej Góry, przez Rzeszę do Hiszpanii (w kierunku Madrytu), a dalej przy pomocy patriotów niemieckich z zachowaniem już poczucia zupełnego bezpieczeństwa za Atlantyk. Kierowany dalszą pomocą „obywateli wiernych III Rzeszy” miał osiąść w niemieckojęzycznej osadzie koło Rosario.
Od zakończenia II wojny światowej minęło już 70 lat, a mimo upływu tak długiego okresu czasu powojenne losy wielu czołowych przywódców III Rzeszy nie zostały wyjaśnione i pozostają nieznane. Podobnie jest w przypadku Karla Hankego. Z jego postacią wiąże się nie tylko sprawa tajemniczego zniknięcia, ale również historia ukrywania na jego polecenie w 1944 i 1945 roku tysięcy zrabowanych dzieł sztuki na terenie Dolnego Śląska.

Pewnym jest fakt współpracy na tym polu gauleitera z dolnośląskim konserwatorem zabytków profesorem Güntherem Grundmannem (urodzonym w 1892 roku w Jeleniej Górze, a zmarłym w 1976 roku w Hamburgu). Zadaniem Grundmanna pod koniec II wojny światowej było „zabezpieczanie” dzieł sztuki z kościołów, muzeów, klasztorów i podobnych obiektów. W obliczu zagrożenia ze strony wojsk armii radzieckiej Grundmann dokonywał selekcji i jeździł po różnych miejscach w celu wybrania najcenniejszych rzeczy. Wywożone były one w głąb Dolnego Śląska i ukrywane między innymi w pałacach i zamkach. Pod koniec wojny Grundmann ewakuował zabytki o wyjątkowym charakterze w głąb Rzeszy.
Grundmann stworzył ponad 80 tajnych schowków mających tworzyć podwaliny finansowe pod „nową Rzeszę”, a jego słynna lista („lista Grundmanna”) kończy się datą 21 czerwca 1944 roku (on sam wyjeżdża w głąb Rzeszy dopiero w 1945 roku).prof Gunther GrundmannSpis zabytków (lista) i skrytek depozytowych został odnaleziony w gruzach urzędu konserwatorskiego. Dokument rozszyfrował Józef Gębczak będący historykiem sztuki. Po wojnie wszystkie miejsca ze spisu odwiedziła polska komisja rewindykacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki pod kierownictwem Witolda Kieszkowskiego, który był dyrektorem Naczelnej Dyrekcji Muzeów. Niestety okazało się, że skrytki nie były już kompletne. Komisja podjęła się zabezpieczenia tego co w nich pozostało. Istnieją przypuszczenia, że po 21 czerwca 1944 roku, Günther Grundmann mógł jeszcze sporządzić około 100 skrytek dzieł sztuki i kosztowności.
Osoby zajmujące się sprawą ukrywania zrabowanych dzieł sztuki i kosztowności są przekonane, że Karl Hanke i Günther Grundmann, jesienią 1944 roku i zimą 1945 roku, poświęcili również czas na sporządzenie wielu już mniej urzędowych, prywatnych depozytów, które miały się im przydać się po wojnie.
Przypuszcza się, że takich absolutnie utajnionych depozytów na Dolnym Śląsku sporządzono wtedy kilkadziesiąt.

Günther Grundmann milczał kilkadziesiąt lat, aż do śmierci i chyba nikt nie skorzystał dotychczas z posiadanej przez niego „prywatnej” wiedzy. Poszukiwanie tych ukryć koncentrować można wokół śladów, jakie pozostawił po sobie Karl Hanke, aż do momentu swojego tajemniczego zniknięcia w kwietniu 1945 roku, gdzieś w okolicach Wałbrzycha, Jeleniej Góry lub czeskiej granicy.
Niekwestionowanym faktem, który potwierdza dość wiele wiarygodnych śladów i relacji jest to, że Hanke odleciał pod koniec kwietnia 1945 roku z oblężonego Festung Breslau samolotem. Inne przekazy mówią też o tym, że widziano go podczas oblężenia Twierdzy w wielu innych miejscach, między innymi na zamku Książ, do którego miał przybyć helikopterem. Helikoptery pod koniec wojny były już montowane we Wrocławiu, a gauleiter o tym doskonale wiedział i mógł wykorzystać jeden z nich. Jeżeli wizyta ta jest prawdą, musiała być ona znaczącą i tym samym potwierdza to fakt, że Fürstenstein był do końca przygotowywany do spełniania zadań specjalnych przez wiele powojennych lat.

Karl Hanke korzystając z możliwości jakie dawało szybkie przemieszczanie się helikopterem, wiosną 1945 roku dokonał odwiedzin kilku miejsc, które dziś pod kątem zorganizowania skrytek depozytowych są niemniej istotne, a z pewnością tych, które były miejscami prowadzenia podziemnych robót pod obiekty o niewyjaśnionym do końca przeznaczeniu. Niektóre źródła informują o tym, że widziano go przylatującego helikopterem między innymi w kilku miejscach Gór Sowich jak również w jego własnym majątku w Golińsku, w Mieroszowie, Krzeszowie i Jeleniej Górze. Po II wojnie światowej upowszechniono informację o rzekomej śmierci Hankego podczas ucieczki przed nadciągającym frontem na terenie Czech – miał się on stać całkiem przypadkową ofiarą czeskiego patrolu, który strzelił do uciekającego człowieka. Niestety wersja ta nigdy nie została zweryfikowana, nawet przez jego rodzinę, która dość szczegółowo badała sprawę jego zaginięcia, a po pewnym czasie z jakichś ważnych, zapewne racjonalnych powodów porzuciła zainteresowanie tym wątkiem.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnie w Mieroszowie

przez , 15.wrz.2015, w Pod ziemią

Początek bocznego chodnikaProlog
Przez okres 70-ciu lat od zakończenia II wojny światowej na temat mieroszowskich sztolni i podziemi powstało wiele teorii, domysłów i spekulacji, dotyczących zarówno historii ich powstania i przeznaczenia, na docelowym wykorzystaniu kończąc.
Spekulowano na przykład o przyszłym wykorzystaniu ich na potrzeby przemysłu zbrojeniowego ściśle związanego z sowiogórskim kompleksem Riese, czy też uwzględniano często wątek ukrycia w ich rozbudowanych wnętrzach depozytu gauleitera Dolnego Śląska, Karla Hanke.
Wszystkie te teorie nieodzownie związane były z brakiem dokumentacji ich budowy i przeznaczenia.
Co tak na prawdę o nich wiadomo?
Istnienie trzech sztolni na zboczach Kościelnej Góry jest niezaprzeczalne. Ich wloty do chwili obecnej widoczne są w terenie.

Obozy pracy
Historia powstania sztolni i podziemi mieroszowskich ściśle powiązana jest z istniejącą tutaj w okresie II wojny światowej filią obozu koncentracyjnego Gross Rosen w Rogoźnicy – AL Friedland, utworzonego dość późno, bo 8 września 1944 roku, w odległości około kilometra od centrum miasta. Niewiele wiadomo na temat samego działania obozu, gdyż nie zachowało się zbyt wiele dokumentów mówiących o jego funkcjonowaniu.
Według danych z 16 lutego 1945 roku przebywało w nim 570 więźniów (mężczyzn, głównie Żydów), przewiezionych z obozu koncentracyjnego KL Auschwitz-Birkenau. Podobóz został zlikwidowany z dniem zakończenia wojny, z 8/9 maja 1945 roku. Wiadomo również, że podczas wojny w Mieroszowie funkcjonował drugi obóz, tak zwany Polenlager, będący obozem dla polskich robotników przymusowych.

W lutym 1945 roku przez Mieroszów przebiegał szlak pieszych transportów więźniów z obozu KL Riese do Czech, a docelowo do obozów KL Flossenbürg i KL Bergen Belsen. Uczestnicy tych „marszów śmierci” zatrzymywani byli na noc w AL Friedland i w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Ci, którzy zmarli zostali pochowani przez więźniów AL Friedland. Niektóre ze źródeł („Przewodnik po upamiętnionych miejscach walk i męczeństwa. Lata wojny 1939 – 1945″, Warszawa 1988, str. 776) podają, że na cmentarzu miejskim w Mieroszowie znajdują się mogiły jeńców wojennych. Można domyślać się, że również więźniów z obozu.
Wracając do AL Friedland… Więźniowie z tego obozu pracowali głównie w miejscowych zakładach koncernu VDM i „Fritz Schubert”. Wykorzystywani byli także do drążenia chodników sztolni, które zaczęły powstawać pod koniec 1944 roku.Pomik ku pamięci więźniów Gross  KL RosenDla upamiętnienia niewolniczo pracujących i tragicznie zmarłych więźniów AL Friedland, w Mieroszowie przy ul. Wałbrzyskiej ustawiono pomnik:
„AL Friedland /Mieroszów/
08.09.1945 – 09.05.1945
Pamięci 515 więźniów filii obozu Gross Rosen”,
projektu i wykonania artysty – plastyka Stanisława Olszamowskiego.

Spekulacje
Na początku lat 40-tych XX wieku produkcję zakładów przemysłowych w Mieroszowie ukierunkowano na potrzeby wojenne, a pod koniec 1944 roku rozpoczęto tu budowę jakiegoś tajemniczego podziemnego obiektu.
Różne przekazy pochodzące z wielu źródeł mówią, o kilku ukrytych wejściach do podziemi na terenie Mieroszowa, ale nikt nie wie, jak bardzo rozbudowany ma być ich kompleks, jaka jest prawdziwa długość sztolni i korytarzy.
Mówi się o drugim „podziemnym mieście Mieroszów”, w którym miano produkować samoloty myśliwskie oraz pociski typu V-1 i V-2.
Krążyły też swego czasu pogłoski jakoby Mieroszów był skażony promieniotwórczo, w związku z tajemniczymi wydarzeniami, które miały mieć w nim miejsce, w okresie dwóch ostatnich miesięcy II wojny światowej, a rejon ten zamierzano przekształcić w centrum naukowo – badawcze na wzór amerykańskiego Los Alamos.Skarpa w której znajdują się wejścia do sztolniW książce „Księstwo SS”, dr Jacek Wilczur (były pracownik Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce) przedstawił Mieroszów jako miejsce, w którym Niemcy przygotowywali się do produkcji broni atomowej i miał on stanowić część wielkiego ośrodka atomowego III Rzeszy.
Kolejny autor pozycji o kompleksie Riese, Jerzy Cera, w „Tajemnicach walimskich podziemi”, pisze o rzekomych próbach wzbogacania tu ciężkiej wody sprowadzanej z Norsk Hydro. Mariusz Aniszewski w „Podziemny świat Gór Sowich” nadmienia o „zakładach wzbogacania ciężkiej wody w Mieroszowie”. Ciężka woda czyli deuter nie wymaga wzbogacania, gdyż jest produktem końcowym. Prawdopodobnie chodziło o zakłady wzbogacania rudy uranowej.
Rozważano też możliwość budowy przez Niemców obiektów pod rozwijający się przemysł nuklearny, różnego przeznaczenia laboratoria, zakłady wzbogacania rudy uranowej czy też naukowo – techniczne schrony przeciwlotnicze.

Kościelna Góra
Zbudowana z latytów, góruje nad miastem od zachodu. W połowie XVIII wieku, w czasie gdy Mieroszów zaczął znacznie się rozwijać, została zauważona jako teren pod rekreację. Mieszkańcy, zgodnie z ówczesnymi trendami, rozpoczynają wyruszać na górskie szlaki. Prawdziwe jej ożywienie przypadło na koniec XIX wieku, gdy właściciel mieroszowskiego hotelu „Elsner” wybudował na niej restaurację. W 1894 roku wybudowano na nią drogę, zapoczątkowując jej zabudowę i wytyczanie ścieżek. Następnie przekształcono ją w piękny park, w którym mieszkańcy spędzali wolny czas.
W XVIII i XIX wieku na południowym krańcu góry funkcjonował młyn papierniczy, a po 1835 roku gdy wprowadzono do produkcji papieru maszyny, młyn traci na wartości. W 1890 roku zostaje strawiony przez pożar, zgliszcza rozebrane (do dziś widoczne są pozostałości fundamentów).Stok Kościelnej Góry w którym wydrążono sztolnieW 1918 roku po zakończeniu I wojny światowej, ku czci ofiar, na plateau ustawiono pomnik symbolizujący matkę opłakującą na swoich kolanach syna poległego w walce. Inna wersja mówi, że ma on podkreślać romantyczny charakter tego miejsca, związanego z legendą o parze nieszczęśliwych kochanków, mezaliansie. Bogaty ojciec dziewczyny miał zlecić zabójstwo jej biednego wybranka w miejscu ich potajemnych schadzek, a chwilę po, chłopak miał skonać na jej kolanach.

Okres przed wybuchem II wojny światowej był dla tego miejsca „złotym”. Górę odwiedzały setki turystów, podziwiający z przyległej do restauracji, drewnianej wieży panoramę okolicy. Widok był o wiele większy niż obecnie, gdyż wschodniego zbocza nie porastały drzewa. Cztery betonowe podstawy wieży można jeszcze odnaleźć w pobliżu fundamentów restauracji.
W czasach powojennych Kościelna Góra zaczęła tracić na swoim wyglądzie, zaczął pokrywać ją dziki drzewostan, zamieniając tym samym park w las. Plany jej rewitalizacji były różne i z różnym powodzeniem.
Obecnie jest to miejsce rekreacyjno – kulturalne Mieroszowian, z nową, drewnianą wieżą widokową, czynną od czerwca 2015 roku.

Sztolnie
Zlokalizowane są u podstawy południowego zbocza Kościelnej Góry (Kirch Berg) 545 m n.p.m.
Ich otwory znajdują się na wysokości 488 m n.p.m. (według niemieckiej Messtischblatt nr. 5363 z 1936 roku), po prawej stronie drogi prowadzącej do miejscowości Różana.
Aby do nich dotrzeć należy na skrzyżowaniu ulic Hożej i Żeromskiego skręcić w prawo (od ulicy Żeromskiego) w szutrową drogę okalającą od południa i zachodu Kościelną Górę. Po kilku metrach w zboczu uwidacznia się niewielkie wcięcie zakończone odsłonięciem skał (latytów), w którym znajduje się zawalone obecnie wejście do sztolni nr. 1. Niewielkim nakładem prac można je odgruzować, by dostać się do wnętrza, a za nim sztolnia pozostaje drożna. Idąc dalej szutrową drogą, po około 20 metrach widoczne jest kolejne wcięcie prowadzące do wlotu sztolni nr. 2, a po kolejnych 50 metrach do sztolni nr. 3. Wloty sztolni nr. 2 i 3 są również niedrożne, zlokalizowanie w zaroślach, stanowią dzikie wysypisko śmieci.Wlot sztolni nr.1Szutrowa droga okalająca Kościelną Górę (z której jest dostęp do sztolni) dawniej stanowiła trasę kolejki wąskotorowej, za pomocą której wywożono urobek ze sztolni.
Sztolnia nr. 1 ma około 25 metrów długości. Po 10 metrach od wlotu skręca pod kątem prostym w prawo.
Sztolnia nr. 2 ma długość około 75 metrów. Chodnik początkowo biegnie 10 metrów prosto, następnie pod kątem prostym skręca w lewo na 10 metrów, przez kolejne 40 metrów biegnie prosto i ponownie skręca pod kątem prostym w lewo na 15 metrów.
Wymiary wyrobisk (docelowe) to 4 metry szerokości i 2,5 metra wysokości. Na spągu zalega miejscami dużo niewydobytego urobku oraz rumosz odpadniętych ze stropu i ociosów fragmentów skał.
Należy zauważyć, że wyrobiska są obiektami nieukończonymi, pozostawionymi we wstępnej fazie ich drążenia i nie będącymi obiektami związanymi z dawnym górnictwem rud metali.
Niektóre przekazy mówią, że wszystkie wyrobiska mają się łączyć w jednym miejscu, w samym centrum góry.Sztolnia w MieroszowieEpilog
Poprzedni samorządowcy z Mieroszowa, za kadencji burmistrza Andrzeja Laszkiewicza chcieli podjąć się rozwiązania „podziemnej tajemnicy”. Przez krótki okres czasu noszono się z zamiarem udostępnienia sztolni jako atrakcji turystycznej. W planach miano podjąć się wykarczowania okolic wejść jak i odgruzowania ich, a następnie ustalenia rozległości kompleksu i opracowania planu przekształcenia go w trasę turystyczną.
Gmina zamierzała na ten cel pozyskać środki finansowe między innymi z Unii Europejskiej.
Za sprawą Bogdana Rosickiego (który realizował podobne projekty między innymi na Włodarzu i w Walimiu) zaczęto uważać, że mieroszowskie podziemia mogą być jedną z największych tego typu „konstrukcji” na świecie, większą nawet od kompleksu Riese.Sztolnia w Mieroszowie (1)Władze gminne zostały zmienione, a plan udostępnienia sztolni nie został do chwili obecnej wcielony w życie. Nie wiadomo też jakie są zapatrywania na ten pomysł obecnego burmistrza Marcina Raczyńskiego.
Aby dostać się do mieroszowskich podziemi wystarczy podnieść właz jednej ze studzienek na terenie miasta i zapuścić się do jej wnętrza. Którą? Analitycznym i spostrzegawczym poszukiwaczom odnalezienie jej nie nastręczy problemu. W okresie ostatnich kilku miesięcy (od czerwca 2015 roku) mieszkańcy mają kłopoty związane z dostawami wody do mieszkań. Borykają się z tym problemem do chwili obecnej (wrzesień 2015). Tłumaczone są one wieloletnimi zaniedbaniami sieci wodociągowej, awariami pomp, suszą, itp.
W podziemiach jest jej jednak sporo…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Odkrycie ludzkich szczątków w Jaskini Gailenreuth

przez , 01.cze.2015, w Pod ziemią

Czaszka ludzkaDo XIX wieku potop był jedyną dopuszczalną przez kościół teorią tłumaczącą przemiany, jakim ulegała Ziemia oraz odkrywane skamieniałości dawnych organizmów. Pomimo, że zaczynały się już wielkie dni geologii i paleontologii, okres w którym te nauki wyszły z wieku dojrzewania i przeszły wręcz burzliwy rozwój, wielu badaczy nie mogło się zdobyć na zrezygnowanie z biblijnego opisu stworzenia jako źródła poznania.
Teza o potopie wywoływała wielki rozkwit kolekcjonerstwa, przyczyniając się tym samym do powstania wielu znakomitych dzieł. Równolegle jednak stawała się stopniowo coraz skuteczniejszym hamulcem dla dalszych badań. Nim jednak inne teorie i metody zastąpiły hipotezę o wielkiej powodzi, udało się pewnemu teologowi odkryć obok innych przedpotopowych istot także pierwszego prawdziwego człowieka z pradawnych czasów.
Wśród kolekcjonerów i badaczy jaskiń tamtych czasów znajdowało się wielu teologów, których musiała w szczególny sposób nęcić możliwość poznania wyglądu świadków potopu oraz przekonania się, w jakim stopniu potwierdzają oni biblijną Księgę Rodzaju.

Nawet później, gdy pogląd dyluwialistów został już dawno obalony, księża pozostali wierni badaniom paleontologicznym – teraz nie chodziło im już o powódź ze Starego Testamentu, lecz o „źródło” pochodzenia człowieka. Wielu badaczy, takich jak między innymi Bourgeois, Teilhard de Chardin, Hugo Obermaier czy Henry Breuil, zapisało się na zawsze w historii paleontologii i prehistorii.
Jeden z wczesnych poprzedników tych „badaczy w sutannach”, którzy entuzjazmowali się paleontologią, podjął się w 1774 roku eksploracji jaskini w pobliżu Gailenreuth (frankońska Szwajcaria) i zbierania w niej kopalnej kości słoniowej. Nie wiadomo do jakiego stopnia proboszcz Johann Friedrich Esper (1732 – 1781) był wiernym zwolennikiem teorii potopu, stwierdzono tylko, że gdy natknął się w jaskini na rozmaite kości, nie uznał ich od razu za szczątki zatopionych w czasie potopu zwierząt, lecz zastanawiał się nad nimi w sposób jak najbardziej racjonalistyczny. Czyżby to zwierzęta drapieżne zagrzebywały tu swoją zdobycz? A może ludzie wykorzystywali jaskinie jako miejsce gromadzenia padliny?Johann Friedrich EsperJak na duchownego były to aż nadto wystarczająco heretyckie rozważania. Ksiądz J.F. Esper od swych współczesnych różnił się ponadto jeszcze tym, że w sposób dramatyczny, ale bardzo dokładny opisywał swoje eskapady do jaskiń. Umiał wczuć się w swoistą i niepowtarzalną atmosferę podziemi jaskiń i oddać bardzo obrazowo uczucia ogarniające go, jako samotnego badacza:
Jeszcze nie dojdzie się do końca tych grobowców, a już powietrze staje się bardzo duszne. Jeśli spędzi się tu kilka godzin, nikt nie jest w stanie, mając nawet najlepszy materiał palny, rozniecić ognia. Nie wiem też, co to za szczególna woń unosi się z odzieży… Jeśli się nagle odłamie i rozbije jakąś kość, to często się zdarza, że nieprzyjemny i odurzający zapach uderza w nozdrza… Mimo to nikt, kto choć trochę jest ciekawy, nie zawraca, zanim nie dojdzie do końca„.
Esper czołgał się na brzuchu przez najwęższe przejścia w jaskiniach, wybierając wszędzie z mulistego gruntu (namuliska) kości i ich małe fragmenty.

W swej żywej fantazji wyobrażał sobie, w jaki sposób zginęły w jaskiniach te stworzenia, których szczątki odnajdywał:
Czy te gromady stworzeń żyły tu w pobliżu? Czy zginęły one w tym miejscu jedynie przez przypadek? A może to jakiś cudowny zbieg okoliczności spowodował nagromadzenie się ich szczątków we wspólnej mogile? Wyobrażałem sobie ich ostatnie chwile, myślałem o tych westchnieniach i wrzaskach, wśród których zmęczone i zbolałe oddały swe ostatnie tchnienie… Ze zgrozą myślałem o szalonym oporze tych potężnych kości przeciw temu zbiegowi okoliczności, który pozbawił je życia… Teraz na nich wszystkich ciąży ogromne milczenie„.
Im dokładniej Esper badał Jaskinię Gailenreuth, tym silniej dręczyły go stawiane samemu sobie pytania. Mówił o przypadku, o katastrofach, roztrząsał jeszcze inne różne przypuszczenia i hipotezy związane z pochodzeniem starych pokładów kości.
Początkowo sądził, że są to kości ludzkie, uważając Jaskinię Gailenreuth za starą jaskinię zbójecką, w której to zbójnicy mordowali i grzebali swoje ofiary.Czaszka pokryta polewą kalcytowąNastępnie badając dokładniej w późniejszym czasie odnajdywane kości, doszedł do wniosku i stwierdził, że ludzi o głowach i zębach tego typu nigdy nie spotykano na ziemi, zatem musiały to być (jak przez jakiś czas sądził) kości drapieżników takich jak wilki i hieny.
Czyżby jednak wilki i hieny wykorzystywały tę jaskinię jako wspólny grób? To wydawało mu się niemożliwe.
W końcu Esper stwierdził, że większość szczątków zwierzęcych w Jaskini Gailenreuth wykazuje uderzające podobieństwo do kości niedźwiedzia. Wprawdzie określił je jako szczątki niedźwiedzia brunatnego (Ursus arctos) żyjącego do dziś, podczas gdy w rzeczywistości należały one do niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus), który zamieszkiwał tereny Europy w okresie plejstocenu około 300 tysięcy lat temu, wymierając pod koniec ostatniej epoki lodowcowej, około 28 tysięcy lat temu. Nie pomniejsza to jednak wcale jego zasługi dla tego odkrycia, gdyż do czasów Espera szczątki niedźwiedzi jaskiniowych powszechnie uważano za resztki smoków lub innych potworów.Kości niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus)Z genialną przenikliwością jednak ten frankoński duchowny, który w dziedzinie anatomii i zoologii był zupełnym laikiem, wydał o tych pozornych „smoczych kościach” opinię, która już była tylko o włos od prawdy.
Człowiek, który miał odwagę stawiać pytania i rozważać możliwość powstania skamieniałości dzięki jeszcze innym zjawiskom oprócz biblijnego potopu, naturalnie nie był zaskoczony, gdy wreszcie natrafił na niewątpliwe, autentyczne szczątki ludzkie (!).
Esper odkrył najpierw w namulisku Jaskini Gailenreuth żuchwę ludzką, a później ludzką łopatkę. Po długich poszukiwaniach wykopał w końcu z mieszanym uczuciem radości i przerażenia nawet dobrze zachowaną ludzką czaszkę.
Zwolennicy szkoły Scheuchzera bez wahania przedstawiliby te znaleziska jako szczątki człowieka z czasów potopu. Esper jednak zastanawiał się. Szczątki człowieka bowiem leżały wspólnie z kośćmi zwierząt, których nie był w stanie zidentyfikować.
Leży tam być może chłop i jego zwierzę, może szlachcic i jego rumak, może jakiś człowiek dyluwialny, może kapłan celtycki lub chrześcijanin… Jak długo już spoczywacie, synowie ziemi ukołysani nicością? Wydaje się, że sam Stwórca użyczył wam pokoju…

Wielką zasługą Espera jest to, że zastanawiał się i nie przyjmował bezkrytycznie panujących wówczas poglądów. W końcu jednak akceptował teorię o potopie. Z jego rąk ujrzała światło dzienne odważna publikacja pt: „Wyczerpująca wiadomość o nowo odkrytych zoolitach”, w której na wielu tablicach zamieścił dokładne ilustracje znalezisk z Jaskini Gailenreuth, pisząc w niej tak o odnalezionych kościach:
Było was zapewne wielu. Nawet legiony, które podbijały obce kraje, nie pozostawiły po sobie nigdy tylu śladów swego pobytu. Ale kimże jesteście? Wydaje się, że fale, które unosiły arkę, nasunęły na was te kamienie grobowe…
Wydaje się… – zawsze jeszcze w formie pytania, przypuszczenia, gdyż Esper był wyznawcą i kierował się prastarą mądrością, według której powątpiewanie jest źródłem poznania.
Nie wiadomo, jakie formy ludzkie udało się Esperowi wykopać, gdyż „kości z Gailenreuth” zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Być może były to szczątki człowieka z neolitu lub kromaniończyka z młodszego paleolitu lub nawet neandertalczyka.Szczątki zwierząt pokryte polewa kalcytowaJohann Friedrich Esper ewidentnie wskazał drogę antropologom i historykom pisząc:
Jeśli w namulisku jaskini pogrzebane są kości przedpotopowych zwierząt wraz z ludzkimi, to człowiek ten musiał żyć w tym samym czasie, co i te zwierzęta„.
Tymczasem „człowieka dyluwialnego” Scheuchzera przestaje się traktować poważnie za sprawą  powiewu nowych wiatrów w dziedzinach naukowych.
We Francji między innymi, w środowisku naukowym, zaczyna toczyć się dyskusja nad genezą różnych rodzajów skał, a Ziemię zaczyna się porównywać do innych ciał niebieskich. Zaczynają również nabierać rozgłosu pierwsze teorie ewolucyjne. Pogląd biskupa Ushera, według którego Ziemia została stworzona około 4.000 lat temu, był od dawna przestarzały. W Paryżu zaś hrabia Buffon próbował na drodze eksperymentalnej wykazać, że wiek Ziemi wynosi około 75.000 lat.
W klimacie tak gwałtownego postępu nie interesowano się specjalnie przedpotopowym człowiekiem.

W związku z powyższym książka proboszcza J.F. Espera pozostała nie zauważona. Wprawdzie w 1804 roku anatom Johann Christian Rosenmüller ponownie przeprowadził badania w Jaskini Gailenreuth zwracając uwagę fachowców na odkrycia Espera, jednak w opinii uczonych proboszcz-badacz jaskiń był jedynie dla nich dyletantem.
Przypuszczano, że odnalezione przez niego kości ludzkie obsunęły się podczas nieprofesjonalnie prowadzonych prac wykopaliskowych do jego „niedźwiedziej jaskini” z jakiegoś starszego cmentarzyska. Tym samym sprawę odkrytych kości w Jaskini Gailenreuth uznano za zakończona dla nauki.
Teoria potopu ustąpiła teraz miejsca walce dwóch szkół naukowych, z których każda na swym sztandarze wypisała imię antycznego boga.
W centrum zainteresowania znalazł się prastary problem: który żywioł – woda czy ogień – były praprzyczyną wszystkiego, co istnieje na Ziemi.

(PZP)
GeoExplorer

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto krnąbrnych mnichów

przez , 23.lut.2015, w Skarby

Opactwo w LubiążuW 1810 roku po sekularyzacji zakonu cystersów, zgromadzone przez nich kosztowności, nakazem króla Wilhelma przejmuje państwo pruskie, a nieruchomości m.in. prywatni właściciele. W lubiąskim klasztorze znalazła się jednak grupa krnąbrnych mnichów niegodząca się z zawłaszczeniem ich dóbr, „organizuje się”, a następnie potajemnie ucieka z ich częścią w kierunku Krzeszowa. Docierają do grangi w Winnicy, a dalej kierują się ku górze Górzec. Tam ślad po nich, a zarazem po kosztownościach urywa się. Ten wątek jest już znany. Wspominaliśmy o nim w pierwszej części „Z pamiętnika eksploratora”. W miarę upływu czasu dochodziły do nas różne informacje dotyczące „skarbu cystersów”, dywagacje ale i fakty historyczne. Co jeszcze wiadomo?

Grupa zbuntowanych cystersów dociera do Górzca. Tam najprawdopodobniej rozdzielają się. Czy zrobili to po podziale kosztowności czy też kosztowności ukryli gdzieś na jego stokach? Jeden z nich pozostaje na Górzcu i prowadzi żywot pustelnika. A może strażnika? Kim był? Czy mógł być nim brat Heinrich Ritter będący konwersem zakonnym? Wiadomym jest, że zaginęła lubiąska kolekcja 700 numizmatów stanowiąca własność cystersów. Czy złoty diadem odnaleziony w okolicach Górzca, którego kopia znajduje się w jaworskim muzeum regionalnym, jest niewielkim śladem potwierdzającym wydarzenia sprzed 200 lat?

„Skarb musiał zostać ukryty w 1740 roku lub niewiele później – wskazuje na to jego skład. Monety oddał na przechowanie w klasztorze na wieść o wojnie któryś z zamożnych mieszkańców Lubiąża, np. jeden z zamieszkałych tam artystów i rzemieślników pracujących do 1793 roku w klasztorze czy nawet bogatszy chłop z okolicy – zakopałby je pewnie brat Ritter, konwers zakonny, właściciel zaś nigdy już nie zgłosił się po nie. Wskazywać na to może historia, która mówi o tym, że ten właśnie zakonnik wydobywał pod nieobecność opata z klasztornej piwnicy pieniądze na daninę, której pilnie zażądał jeden z austriackich generałów.
– Monety ukrył w klasztorze stacjonujący tam pruski żołnierz lub robotnik klasztorny, który po bitwie pod Malczycami w 1741 roku takiego żołnierza ograbił.
– Monety stanowiły część podręcznej rezerwy gotówkowej klasztoru, ukrytej przez brata Heinricha Rittera (…).
Ze względu na wnioski wyciągnięte ze struktury skarbu (gotówka zbierana przez dłuższy czas) wykluczyć należy wariant drugi. Pierwszy zaś i trzeci są do pogodzenia, gdyż Ritter mógł pieniądze powierzone mu za przechowanie ukryć tam, gdzie chował gotówkę klasztorną; wykopując zaś skrzynie z pieniędzmi klasztornymi dzban z depozytem oczywiście pozostawił”.
(Borys Paszkiewicz)Złoty diademCzy krnąbrni bracia zabrali z lubiąskiego opactwa tylko kosztowności ze złota i srebra? Z protokołów komisji sekularyzacyjnej wiadomo jest, że wyposażenie wnętrz klasztoru w Lubiążu (w XVII i XVIII wieku) było niezwykle bogate. To nie tylko wyroby ze złota i srebra ale również ogromna kolekcja dzieł sztuki, ogromne zbiory obrazów znanych mistrzów takich jak Michała Willmanna nazywanego śląskim Rembrandtem, Christiana Bentuma czy F.A. Schefflera. Po sekularyzacji zakonu z ramienia rządu pruskiego zabezpieczeniem dzieł sztuki zajmował się doktor J.Busching. W 1811 roku wybiera on prawie 500 płócien tylko najwyższej klasy do będącej w fazie projektu galerii malarstwa we Wrocławiu. I właśnie w tym miejscu pojawia się wątek zbioru 700 starych złotych i srebrnych monet będących w posiadaniu konwentu lubiąskiego, który w trakcie sekularyzacji… zaginął!

W klasztorze znajdowały się również inne cenne przedmioty takie jak spore ilości starej broni, w tym ponad sto starych muszkietów wykończonych kością słoniową i masą perłową, pistolety, działa, wiwatówki, moździerze, a z broni białej szable, miecze i halabardy; instrumenty muzyczne, materiał nutowy zawierający starą muzykę kościelną i świecką – oratoria, msze, arie. Warto też wspomnieć o kolekcji naczyń stołowych.

„Do momentu sekularyzacji zachowało się już niewiele z poprzedniego bogatego zestawu srebrnych naczyń i nakryć stołowych używanych przez opata, gdyż klasztor w drugiej połowie XVIII wieku zmuszony był do ratowania swoich finansów sprzedażą sreber i klejnotów. W skarbcu kościelnym znajdował się jednak jeszcze: 1 złoty kielich z pateną, 25 kielichów srebrnych z patenami, srebrne cyborium, 3 srebrne monstrancje (jedna wysadzana rubinami i kamieniami szlachetnymi), srebrny pastorał opatów, 2 srebrne krucyfiksy i wiele innych przedmiotów ze srebra oraz ogromna ilość starych szat liturgicznych: samych ornatów 171, 61 dalmatyk, 14 infuł, 17 pluwiali itd. Pałac opatów posiadał bogate i kosztowne umeblowanie; bogatą bibliotekę klasztorną i archiwum wywieziono do Wrocławia”.
(Konstanty Kalinowski)Złoty krajcar z GórzcaWiększość powyższych przedmiotów została wywieziona z Lubiąża ale część z nich pozostała do czasów II wojny światowej. W 1944 roku dolnośląski konserwator zabytków profesor Gunther Grundmann, będący odpowiedzialnym z ramienia Adolfa Hitlera, a dalej władz III Rzeszy za zabezpieczenie dzieł sztuki i zorganizowanie dla nich składnic, wydaje polecenie zdemontowania części cennego wyposażenia klasztornego kościoła (w obawie przed zbombardowaniem klasztoru) i przewiezienie go do składnicy zabytków zorganizowanej w kościele w Lubomierzu. Pozostała część została ukryta w kościelnej krypcie oraz innych częściach opactwa, a to co pozostało, zostało zniszczone przez wycofujących się Niemców i następnie przez wojska radzieckie, w związku z czym po wojnie nie pozostało już nic.

Źródła niemieckie z 1936 roku podają, że w okolicach lubiąskiego opactwa odnaleziono część „skarbu cystersów” ukrytego po 1806 roku w postaci 544 talarów oraz 1/2 i 1/3 talarówki. Co ciekawe właśnie w tym roku Lubiąż odwiedził Adolf Hitler.
Od 1981 roku poszukiwaniami skarbu w Lubiążu za sprawą generała Wojciecha Jaruzelskiego i generała Czesława Kiszczaka zajęli się funkcjonariusze MON i MSW. Jakie były prawdziwe efekty poszukiwań prowadzonych w latach 1981-1982? Chyba jeszcze długo się nie dowiemy lub nie dowiemy wcale. Wiadomo, że w metalowym naczyniu znalezionym w opackim ogrodzie znajdowało się 1353 złotych i srebrnych monet (oficjalnie), które ważyły ponad 6 kg! Wówczas wartość skarbu wyceniono (według katalogów numizmatycznych) na ponad 3,8 mln zł co stanowiło równowartość 61.400 $ (w latach 1982-1983).

Przypomnijmy jeszcze tylko, że początki lubiąskiego opactwa zaczynają się w 1163 roku za sprawą księcia Bolesława I Wysokiego, który ich tu sprowadził z saksońskiego Pforte. Dwunastu mnichów, którzy stanęli na wzgórzu nad Odrą zapoczątkowało rozwój, świetność oraz bogactwo nowego założenia, przyjmując w swe szeregi wyłącznie braci ziomków. Odchodząc daleko od surowej reguły „ora et labora”, członkowie wspólnoty założonej pod koniec XI wieku w Burgundii, stworzyli wielkie centrum gospodarcze i kulturalne, śląską perłę baroku bogactwem i przepychem płynącą. Wyróżniali się nie tyle pobożnością, ile zmysłem ekonomicznym – pierwsza na świecie korporacja finansowa, inżynierowie średniowiecza, przeżywający swój największy rozwój już w XIV wieku.

Wsie, folwarki, lasy, stawy hodowlane, browary i gorzelnie, a nawet kopalnie złota. Gospodarka wolnorynkowa z czasem przestawiona na system czynszowy zwiększający dochody (i to znacznie!), po produkcję na ogromną skalę żywności i handel. Prosperita w najlepszym tego słowa znaczeniu. Posiadacze „skarbów” w postaci relikwii świętych, mających większą wartość w owych czasach niż złoto i szlachetne kamienie – dłoni św. Stanisława, Wawrzyńca, Maurycego, a nawet głowy sześciu dziewic uznanych za święte, złożone w srebrnych kielichach, w tym głowę św. Jadwigi. Lubiąscy cystersi wyspecjalizowali się również w podrabianiu dokumentów i pieczęci, które do chwili obecnej zdobią podrobione oryginały. Kres sielance położył rok 1810, a mnichów w efekcie wypędzono.Kapliczka i schody prowadzące na szczyt GórzcaCzy właśnie dlatego grupa mnichów przeczuwając nadchodzącą przyszłość podjęła decyzję o ucieczce przed nieuchronnym losem wraz z kosztownościami, by chociażby w ten sposób zapewnić sobie spokojną egzystencję na lata? Gdzie zatem są ukryte zabrane przez braci z Lubiąża skarby i jaką rolę odegrała postać mnicha pozostałego na Górzcu jako pustelnik („strażnik” Ritter?). Czy czekają nadal na swojego odkrywcę w Mniszym Lesie na stokach Górzca, Dębnicy, a może Diabelskiej Góry? Teren wymienionych szczytów wydaje się być idealnym do ich ukrycia, na dodatek doskonale znany cystersom gdyż należał do nich od połowy XIII wieku. Naturalne zagłębienia, wychodnie skał, stare XVII-wieczne sztolnie.

Na szczycie Górzca górował niegdyś nad okolicą wybudowany z inicjatywy Henryka Brodatego w XIII wieku zamek otoczony suchą fosą, która istnieje do dziś. Można zakładać, że posiadał on podziemia. Na szczyt prowadzi Droga Kalwaryjska wybudowana w 1740 roku przez cystersów. Skarb może zalegać w niedalekim sąsiedztwie jednej z kapliczek, pod schodami wprowadzającymi na szczyt jak i pod kaplicą pielgrzymkową. Również stoki Diabelskiej Góry obfitują w wiele miejsc nadających się na skrytkę. Na koniec warto też pamiętać o grangi w Winnicy (i jej podziemiach), kościele w Słupie i legendarnym podziemnym przejściu do żarskiej kaplicy oraz wielu innych, nieistniejących dziś obiektach w tym rejonie.
1353 monety przypadkowo odnaleziono. Pozostała tajemnica zaginionego zbioru 700 monet konwentu. Skarb cystersów nadal spędza sen z oczu…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia Daisy

przez , 09.lut.2015, w Pod ziemią

Autor we wnętrzu sztolniHistoria górnictwa węglowego w Wałbrzychu (Waldenburg) zaczyna się w XIV wieku. Pierwszy zachowany dokument dotyczący powstania pierwszej wałbrzyskiej kopalni węgla kamiennego pochodzi z 1366 roku. Wspaniała historia górnictwa Wałbrzycha kończy się w 1998 roku, kiedy to na powierzchnię wyjeżdża ostatni wagonik z węglem. W mrocznych czeluściach sztolni zapada cisza, której niestety zapewne nic już nie zakłóci. Natomiast historia górnictwa kruszcowego na terenie Wałbrzycha i okolic jest trochę młodsza i datowana na XVI wiek. Z tego właśnie okresu pochodzą zachowane dokumenty księstwa świdnicko-jaworskiego odnoszące się do eksploatacji żył kruszconośnych wokół masywu Chełmca. Do XVIII wieku eksploatowano tu między innymi ołów, srebro, arsen, nikiel, miedź i cynk.
Dzisiaj wybierzemy się do jednej z takich kopalń, XVIII-wiecznej kopalni srebra, zwanej Sztolnią Daisy zlokalizowanej w Lubiechowie (Liebichau), który jest dzielnicą Wałbrzycha.Wlot sztolni DaisySztolnia znajduje się na terenie Książańskiego Parku Krajobrazowego. Samochód zostawiamy w pobliżu Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej – od tego miejsca do sztolni jest około 800 m. Ale bardzo mylą się ci, którzy myślą, że sztolnie jest łatwo zlokalizować. Wchodzimy do lasu, po kilkudziesięciu metrach natrafiamy na sporą ilość niewielkich dziur wykopanych przez „biedaszybowców” – widać że chłopaki robili próbne wykopy sondując głębokość zalegania węgla. Idziemy dalej, poruszając się zygzakiem, aby skutecznie przeczesywać teren. Po godzinie trafiamy na wyróżniający się w terenie kamieniołom. No cóż,  kamieniołom to kamieniołom, nie to jest celem naszej wędrówki. Podchodzimy jednak bliżej, teraz dopiero zauważamy, że obok kamieniołomu pnie się w górę ledwo widoczna dróżka – zobaczymy gdzie nas zaprowadzi. Po kilkudziesięciu metrach dochodzimy do drugiego jak nam się wydawało kamieniołomu i nagle naszym oczom ukazuje się wytęskniony widok – dwie czarne dziury zionące chłodem. A więc jednak udało się!Sztolnia DaisyW pośpiechu zakładamy kaski, sprawdzamy latarki i wchodzimy. Wejście do dolnej sztolni ma około metra średnicy, przez które z łatwością prześlizgujemy się, a za nim wyrobisko opada ostro w dół. Powoli krok za krokiem idziemy do serca tajemniczej Daisy. Świecąc latarką na wprost sztolnia wydaje się nie mieć końca, strop majaczy gdzieś wysoko niczym sklepienie katedry. Po chwili wszystko staje się jasne – jesteśmy w środku ogromnej komory wydobywczej. Kierując strumień światła na ociosy dosłownie odejmuje nam mowę z zachwytu, gdyż naszym oczom ukazują się fantastyczne formacje naciekowe, w postaci kaskad i polew, które ciągną się na znacznym odcinku. Cała sztolnia w świetle latarki mieni się jakby była wysadzana diamentami. Ostrożnie idziemy dalej i dochodzimy do szybu transportowego, który łączy sztolnie z powierzchnią. Czujemy miły, świeży powiew powietrza, w uszach dzwoni niczym niezmącona cisza, przerywana tylko chwilami przez krople wody spadające ze stropu. Z każdym oddechem i z każdym krokiem coraz bardziej zanurzamy się w świat, w którym czas zatrzymał się w XVIII wieku.

Czuć ducha tego miejsca – tylko bicie naszego serca przypomina nam, że jesteśmy tu tylko gośćmi, a może raczej intruzami przerywającymi panujący od wieków spokój i ciszę. Po przejściu następnych kilkunastu metrów natrafiamy na niszę w ociosie – wygląda na to, że próbowano drążyć nowy chodnik, jednak z jakichś powodów prace przerwano. Dochodzimy do przodka. Pora wracać do wyjścia. Nasz drugi cel to mała sztolenka nad komorą wydobywczą. Ciężko to nawet nazwać sztolnią, gdyż jest to bardzo krótki chodniczek, dosłownie kilkumetrowej długości, który łączy się z szybem w połowie jego długości. Postanawiamy wejść na szczyt wzniesienia i zobaczyć szyb od góry. Okazuje się, że wlot szybu jest bardzo niebezpieczny, gdyby ktoś nieświadomy zagrożenia tędy przechodził, to o tragedię nie trudno. Szyb posiada co prawda ogrodzenie ale jest ono tak zniszczone, że nie stanowi już żadnego zabezpieczenia.Wlot szybu transportowegoReasumując, sztolnia jest jedyna w swoim rodzaju – bogata szata naciekowa i rozmiar obiektu sprawia, że odnosi się wrażenie przebywania w prawdziwej jaskini, a nawiasem mówiąc, sztolnia posiada też swoją drugą nazwę – Jaskinia Daisy, co w stu procentach oddaje jej wygląd. Długość wielkiej komory wydobywczej wynosi 57 metrów, przy głębokości 24 metrów, a szyb transportowy ma 12 metrów wysokości.
Muszę w tym miejscu dodać, że jest jeszcze jedno wyrobisko kilkunastometrowej  długości, którego niestety nie udało nam się zobaczyć – robiło się już późno i czas było wracać do samochodu. Ale nic straconego, na pewno tu jeszcze wrócimy.

tekst i zdjęcia: Andrzej Pastuszak

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Szczerbówka – złoty motyl podziemi

przez , 26.sty.2015, w Flora i Fauna

Szczerbówka ksieniEksplorując podziemia często w świetle swych czołówek dostrzegamy na ścianach sztolni i jaskiń mieniącego się od kropel wody na swych skrzydłach, pobłyskującego złotem motyla.
Ten motyl to szczerbówka ksieni (Scoliopteryx libatrix) nazywana też szczerbówką wierzbówką. Jej dwuczłonowa nazwa pochodzi od wyszczerbionych zewnętrznie skrzydeł i przełożonej klasztoru żeńskiego (ksieni).
Szczerbówka jest średniej wielkości ćmą z rodziny Erebidae, podrodzina Scoliopteryginae. Niegdyś klasyfikowana była do rodziny sówkowatych (Noctuidae), podrodziny Calpinae, podrodziny ciem odżywiających się krwią ssaków. Choć głównie są to ćmy występujące w strefie tropikalnej, również w Polsce można spotkać tego motyla-wampira. Na południu Polski (województwo Małopolskie i Podkarpackie) występuje Calyptra thalictri, którego samce od czasu do czasu uzupełniają swoją dietę krwią ssaków. Na szczęście rzadko atakują ludzi.

Szczerbówka jest gatunkiem licznie rozpowszechnionym na terenie całego kraju, bardzo pospolita i występująca głównie na terenach wilgotnych takich jak lasy łęgowe czy wilgotne zarośla, brzegi rzek i strumieni, lasy liściaste i mieszane ale nieobce są jej parki, ogrody i cmentarze. Ten piękny motyl osiąga rozpiętość skrzydeł od 40 do 45 mm. Zewnętrzne brzegi pierwszej pary skrzydeł są charakterystycznie ząbkowane, wyszczerbione. Barwa w zależności od osobnika jest brązowa lub szaro – brązowa o zmienności odcieni barw. Charakterystyczne są natomiast rdzawe plamy przypominające trochę wyglądem literę „L” w części nasadowej przedniej pary skrzydeł. Na skrzydłach znajdują się białe plamki oraz biegną dwa poziome, zygzakowate białe paski. Ubarwienie często nazywane jest „rysunkiem ognistym”.
Ciekawostka: czasowym pasożytem szczerbówek (parazytoidem) jest Pimpla rufipes składająca swoje jaja w jej ciele. Larwy żywią się jej ciałem nie pozbawiając życia przed przepoczwarzeniem.Szczerbówka ksieni (1)Ksieni prowadząca nocny tryb życia najbardziej staje się aktywna podczas pełni księżyca. Wychodząc na blask księżyca poszukuje pokarmu w postaci nektaru kwiatowego, wysysa sok z owoców i jagód, szczególnie tych opadłych, przejrzałych. Nocą odbywa się też składanie jajeczek przez samice. Do tego celu wyszukują liści wierzb, topoli bądź jarzębów. Na liściach tych drzew rozwijają się (żerują) ich, pięciocentymetrowe gąsienice. Są podłużne, gładkie, barwy zielonej, często z dwoma białymi paskami ciągnącymi się wzdłuż boków ciała. Gąsienice występują od maja do września, budując pod koniec swojego rozwoju umieszczony w oprzędzie, cienki białawy kokon. W nim przeobrażają się w dość sporą brązową lub czarną poczwarkę. W ciągu roku szczerbówka ma dwa pokolenia. Charakterystycznym elementem życia tego motyla jest sposób zimowania. Właśnie wtedy najczęściej spotykamy go licznie podczas eksploracji podziemi. Już w trakcie jesieni dorosłe osobniki (imago) tłumnie zlatują się do jaskiń i sztolni (korzystają również ze środowisk antropogenicznych takich jak bunkry, piwnice czy strychy) i stopniowo zapadają w stan owadziej hibernacji czyli tak zwanej diapauzy. Podczas tego procesu nierzadko tworzą większe skupienia na ścianach lub stropie, a ich ciała pokrywają się kropelkami wody zwracając tym samym naszą uwagę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia Aurelia w Złotoryi

przez , 15.gru.2014, w Pod ziemią

Sztolnia złota AureliaHistoria wydobycia złota w okolicach Złotoryi ma swoje początki już na przełomie XI i XII wieku. Wtedy to rozwija się głównie eksploatacja złóż skał osadowych (aluwialnych), polskiego „el dorado” – złotonośnych piasków i żwirów doliny rzeki Kaczawy, jednych z najbogatszych w Europie, zawierających od 15 – 20 gramów złota na tonę. Rzeka przepływająca przez Góry i Pogórze Kaczawskie przez tysiące lat wymywała ze skał drogocenny kruszec, osadzający się pod wpływem swojego ciężaru w piaskach. Zakłada się również, że pierwszymi, którzy tu dotarli już 2000 lat p.n.e. i rozpoczęli poszukiwania złota, mogli być Kreteńczycy, a po nich w VI wieku Celtowie. Najpotężniejszymi ośrodkami górnictwa złota w średniowieczu były okolice Złotoryi i Lwówka Śląskiego, Złotego Stoku i Głuchołaz oraz Karkonosze i Pogórze Izerskie. Rocznie w okolicach Złotoryi wypłukiwano około 50 kg czystego złota.

Prymitywna i bardzo żmudna technologia pozyskiwania go, opierająca się głównie na przesiewaniu piasków i kopaniu rowów kilkumetrowej szerokości zakończonych komorami upadowymi za złotonośną warstwą, doprowadziła jednak do wyczerpywania się płytkich złóż i przybyli niemieccy górnicy zaczęli sięgać głębiej, do złóż położonych na głębokości nawet 50 metrów. Kryzys w rozwoju złotoryjskiego górnictwa przyniósł rok 1241. Po bitwie pod Legnicą, w której to uczestniczyło kilkuset kopaczy, Tatarzy wzięli ich do niewoli, a następnie trafili oni do kopalń nad Morzem Kaspijskim. Kolejnym etapem wydobycia złota było pozyskiwanie go z okruszcowanych żył w okolicznych skałach, takich jak diabazy, ryolity i łupki, poprzez ręczne drążenie w nich sztolni. W Złotoryi stało się tak w XVII wieku gdy na powrót pojawili się górnicy.AureliaSztolnia Aurelia wydrążona została ręcznie za okruszcowanymi żyłami kwarcowymi w diabazach i staropaleozoicznych łupkach, w zboczu Góry Świętego Mikołaja około 1660 roku, a jej obecna długość to ponad 100 metrów. Prawdopodobnie pierwotnie miała być sztolnią poszukiwawczą za rudami miedzi, a być może też żelaza (widoczne są wewnątrz nacieki minerałów żelaza), jednakże otrzymany w pobliskiej hucie wytop z wydobytego urobku dał nieznaczne ilości miedzi i srebra, a tym samym dalsze wydobycie uznano za nierentowne. Nie są znane też dokładne dane mówiące o ilości wydobytego w niej złota. Historia działalności Aurelii kończy się wraz z wojnami napoleońskimi. Po tym okresie kilkakrotnie podejmowano jeszcze próby wznowienia wydobycia (drążąc między innymi boczne chodniki i szybiki poszukiwawcze) ale okazało się ono nieopłacalne z uwagi na wyczerpanie złotego złoża.

Sztolnia nie była zaznaczana na starych niemieckich mapach. Z nieokreślonych powodów cześć chodników i szybów została zasypana i wysadzona przez wycofujące się w 1945 roku oddziały wojsk niemieckich, które miały coś tutaj ukrywać. Mówi się też o wykorzystywaniu jej przez pobliski zakład, w którym w czasie II wojny światowej firma Opta produkowała sprzęt radiowy na potrzeby niemieckiego lotnictwa, w tym również dla Luftwaffe. W trakcie prac eksploracyjnych w „szybie Karola” odnaleziono elementy broni, co świadczy o dostępności tego miejsca w czasie wojny. Krążą spekulacje na temat ukrycia w niej kosztowności lub elementów uzbrojenia.
Podczas „gorączki złota” w okolicach Złotoryi wydobyto około 5 ton złota. Nad sztolnią znajduje się kościół p.w. św. Mikołaja otoczony cmentarzem i dlatego niegdyś mówiono, że zmarłych chowa się tu w złocie. Między innymi też, w związku z lokalizacją cmentarza, wydobycie złota rozpoczęto tu później niż w innych miejscach w okolicy Złotoryi. Niektóre z opowieści mówią o połączeniu podziemi kościoła ze sztolnią, jednakże nigdy to nie zostało potwierdzone.Sztolnia AureliaZe sztolnią związanych jest wiele tajemnic i miejscowych legend. Jedna z nich mówi o górniku, który odkrył w sztolni złotą żyłę, jednakże nie chciał się podzielić tą wiedzą ze swoimi wspólnikami, a za zabrane złoto chciał wyprawić komunię swojej córce – Aurelii. Nie mówiąc nikomu wybrał się do sztolni, napełnił kieszenie złotem i w chwili gdy chciał ją opuścić płomień jego lampki zgasł, a on zabłądził w podziemnym labiryncie chodników pozostając w niej na zawsze. Od tej pory, w dniu pierwszych komunii w Złotoryi słychać z ciemnych czeluści sztolni szlochy i płacze błądzącego oraz stukanie kilofa. Inna z legend opowiada o chciwym mnichu pobierającym dziesięcinę od kopaczy z całego Śląska na potrzeby kościoła. Pewnego dnia górnicy mieli już dość płacenia, zbuntowali się, zwabili mnicha do sztolni, a następnie zabili. Mnich w chwili śmierci miał przekląć wszystkie kopalnie złota. Klątwa sprawiła, że całe złoto zniknęło, a czar można cofnąć gdy znajdzie się złoto w ruinach zamku na Wilczej Górze strzeżonym przez dwa wilkołaki. Teraz duch mnicha błąka się ciemnymi korytarzami sztolni i okropnie zawodzi.

Na początku lat 70-tych XX wieku górnicy z nieodległej kopalni miedzi „Lena” w Nowym Kościele podjęli prace adaptacyjne w sztolni „Aurelia” zmierzające do udostępnienia jej turystom. Sztolnię dla ruchu turystycznego otwarto w 1973 roku. Na przełomie kolejnych lat udostępniało ją też społecznie wielu eksploratorów, udrożniając część chodników, w związku z czym obecnie od głównego chodnika odchodzi kilka bocznych, odkrytych między innymi w listopadzie 2000 roku. Chodniki są niskie i wąskie, panuje w nich wysoka wilgotność, na spągu znajduje się woda infiltrująca górotwór, a temperatura wynosi około +8′C. W 1997 roku odkryty został za zawałem, pionowy 28-metrowy szyb, posiadający boczne chodniki, nazwany od jego odkrywcy Karola Pawlaczka – „Szybem Karola”. Szyb jest wykorzystywany przez kilka gatunków nietoperzy jako schronienie. Dwa lata później odkryto drugi szyb położony kilkanaście metrów od głównego wejścia do sztolni, który na głębokości 12 metrów zalany jest wodą. Niepotwierdzone informacje mówią, że chodników w sztolni jest znacznie więcej. Mają być one zawalone lub zalane wodą.Otoczenie sztolniObecną nazwę – „Kopalnia Złota Aurelia” nadano w latach 90-tych XX wieku jako promocyjną dla regionu aby tym samym przyciągnąć turystów, a ma ona nawiązywać do jednej z pierwszych XIII-wiecznych łacińskich nazw miasta – Mons Aurum z 1217 roku.
Sztolnia posiada stałe, sztuczne oświetlenie. W 2006 roku udostępniono infrastrukturę turystyczną w otoczeniu sztolni w postaci wiaty ze stołem, ławkami, murowanym grillem, placem zabaw dla dzieci, parkingiem oraz wymurowano nieckę dla rekreacyjnego płukania złota.
W przyszłości planowane jest udostępnienie odkrytego szybu dla turystów. Sztolnia czynna jest sezonowo, a wstęp płatny.
Administratorem obiektu jest Złotoryjski Ośrodku Kultury i Rekreacji, przy ul. Plac Reymonta 5.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Wiadrów von Reibnitzów

przez , 22.lis.2014, w Ciekawe miejsca

Pałac w WiadrowieWiadrów to niewielka wieś z bardzo stara metryką, zlokalizowana kilka kilometrów na południe od Jawora. Dokument księcia Przemka Ścinawskiego z 6 stycznia 1285 roku wymienia jako świadka Nikosza z Wedrow. Nikosz wymieniony jest jeszcze w dziesięciu innych dokumentach z tego okresu. Na dwóch kolejnych zmienia się pisownia wsi – w 1286 roku Wedderow, a w 1287 roku Wederau. Dokumenty te świadczą również o tym, że w XIII wieku Wiadrów był siedzibą rycerską ściśle związaną z rodziną von Reibnitz. Teren pierwotnie był niezalesiony, żyzny i bardzo dogodny dla osadnictwa. O przebiegu rozwoju wsi mogą świadczyć spisy ludności sięgające 1781 roku, które podają liczby mieszkańców – 1781 rok 482 osoby, 1871 rok 580 osób, 1905 rok 552 osoby. Po 1905 roku pomimo panującej tendencji do przesiedlania się ludności wiejskiej do miast oraz skutków I wojny światowej – dużej ilości ofiar, liczba mieszkańców Wiadrowa wzrastała, aż do ostatniego spisu z 1933 roku podającego 614 mieszkańców. Po II wojnie światowej wieś nosiła nazwę Wojciechów (wkrótce zmienioną na Wedrow), a ostatecznie na Wiadrów. Obecnie zamieszkuje ją około 500 osób.Kościół Podwyższenia KrzyżaWedług informacji zawartej w Grunhagen w Wiadrowie istniał pierwotnie zamek rycerski otoczony fosą. W nocy z 11 na 12 czerwca 1430 roku do wsi wkroczyli Husyci, którzy zdobyli zamek, a następnie spalili. Bracia von Reibnitz wraz ze swoją załogą stawiali desperacki opór najeźdźcom. Część załogi, około 30 osób, początkowo została zepchnięta do piwnic, tam zablokowana przez Husytów, którzy następnie podpalili zamek. Ostatni z obrońców schronili się na strychu budynku mieszkalnego i złożyli broń dopiero wtedy, gdy czeski szlachcic dowodzący oddziałami husyckimi poręczył słowem honoru, że daruje im życie. Było to kilkanaście osób, w większości rannych, które następnie zostały wzięte do czeskiej niewoli. Jak wynika ze źródeł najazd przeżył Piotr von Reibnitz, który w 1437 roku poślubił Annę von Liebenthal.
Drugim punktem oporu był miejscowy kościół, w którym pod dowództwem proboszcza bronili się miejscowi włościanie. Husyci zajęci szturmowaniem zamku nie atakowali kościoła zbyt zaciekle, ale po złamaniu oporu Reibnitzów, chcąc zapewne uniknąć równie krwawej potyczki, zgodzili się na honorową kapitulację obrońców świątyni.
Na miejscu zamkowych zgliszczy w XVI wieku wzniesiono renesansowy dwór otoczony fosą, który w XVIII wieku został poddany gruntownej przebudowie i kolejnej około 1860 roku, a następnej w XX wieku. Dwukondygnacyjny, podpiwniczony budynek został wzniesiony z kamienia i cegły (obecnie otynkowany) na planie prostokąta. Nad fosą przerzucono kamienny most prowadzący do wejścia. W fosie znajdują się obecnie zamurowane przejścia podziemne, w których znajdowała się także studnia służąca właścicielom pałacu jako czerpnia wody (w latach 60-tych podczas remontu pałacu studnia została zasypana). Obok pałacu znajduje się niewielki park założony w XVIII wieku, przekształcony z ogrodu. Obecnie pałac i okoliczne zabudowania gospodarcze należą do prywatnego przedsiębiorcy rolniczego.

Na początku XVII wieku Wiadrów przechodzi ponownie w ręce rodziny von Reibnitz. Rodzina von Reibnitz była starą szlachtą o słowiańskich korzeniach związaną z Ziemią Jaworską od połowy XIV wieku. Na początku XV wieku stali się oni właścicielami Wiadrowa i Kłaczyny dziedzicząc te wsie przez prawie 200 lat. Świadectwo temu daje, zachowana w Wiadrowie najstarsza nagrobna płyta epitafijna Gintzela von Reibnitza Starszego, zmarłego w 1572 roku, będącego panem na Wiadrowie od połowy XVI wieku. Z epitafium Gintzela Młodszego sąsiaduje epitafium jego zięcia Friedricha von Borschnitza z Piotrowic. Na przełomie XVI i XVII wieku włościami włada Jan von Reibnitz poślubiający w 1597 roku Katarzynę von Nimptsch (1548-1612).
W 1654 roku dobra przejmuje Georg Sigismund von Tschirnhaus, a następnie od jego rodziny majętność nabywa rodzina von Schweidnitz. Od 1800 roku posiadłość przechodzi w ręce Hansa Heinricha VI Reichsgrafa von Hochberg (1768-1833), w 1876 roku w ręce Emila Neumanna, a od 1905 roku (dwór i majątek o powierzchni ponad 400 ha) w ręce dr filozofii Phila Waltera Josepha. Ostatnimi właścicielami (przed II wojną światową) wiadrowskich dóbr było małżeństwo Franza i Adeli von Donat. Po wojnie folwark przekazano Państwowemu Gospodarstwu Rolnemu.Krzyż pokutnyW Wiadrowie znajduje się kamienny kościół p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego pochodzący z pierwszej połowy XIII wieku. Jego istnienie po raz pierwszy wzmiankowane było w 1399 roku. Z jego średniowiecznego wyposażenia zachowało się gotyckie sanktuarium z połowy XIV wieku znajdujące się w ścianie prezbiterium oraz piaskowcowa chrzcielnica z połowy XVI wieku. W XVI wieku świątynię przejęli protestanci, którzy następnie w 1582 roku przebudowali ją, a w 1625 roku wybudowali nową wieżę zastępując tym samym pierwotną bardzo już zniszczoną. W wieży znajduje się dzwon z 1609 roku. Von Reibnitzowie w 1614 roku ufundowali piękny manierystyczny, wielokondygnacyjny drewniany ołtarz z polichromowanymi płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z paschalnego misterium Chrystusa. Z tego samego okresu co ołtarz główny pochodzi renesansowa balustrada chóru.
W połowie XVII wieku kościół powraca do katolików, którzy w XVIII wieku dokonują jego przebudowy, wyposażając go m.in. w nową rokokową drewnianą ambonę, rzeźbę Madonny z Dzieciątkiem, ławki, konfesjonał, krzyże procesyjne i cynowe lichtarze. W XIX wieku na wieży zamontowano zegar. Na elewacji zewnętrznej znajduje się kilka wmurowanych płyt epitafijnych, do kościoła przylega również kaplica i cmentarz, a całość otoczona jest kamiennym murem.
Po zewnętrznej stronie muru znajduje się krzyż pokutny głęboko wkopany w ziemię. Część naziemna ma 60 cm wysokości i jest to górna część krzyża z wyraźnymi ramionami i aureolą. W jego centralnej części znajduje się okrągłe wgłębienie być może przedstawiające narzędzie zbrodni – kamień.Pozostałości kościoła protestanckiegoW 1788 roku protestanci z Wiadrowa kilkanaście metrów od kościoła katolickiego wybudowali własną świątynię. Protestanci mieli swojego pastora oraz założyli szkołę dla dzieci. W chwili obecnej kościół pozostaje w trwałej ruinie – zachowały się jedynie mury zewnętrzne, a obiekt w każdej chwili grozi zawaleniem.
W 1793 roku we wsi miały miejsce rokowania zbuntowanych tkaczy bolkowskich z przedstawicielami rządu pruskiego.
Wiadrów niegdyś jako bardzo dobrze rozwijająca się wieś, posiadał na utrzymaniu dwa kościoły, kwitło w nim życie kulturalne i towarzyskie, obok obecnej świetlicy znajdowała się karczma, w budynku nieopodal kościoła znajdował się dom kultury, istniała szkoła podstawowa, posterunek policji, dwie piekarnie, trzy młyny (po dwóch zostały zabudowania) i kuźnia. Znaczną część zabudowań stanowiły budynki mieszkalne robotników z miejscowego pałacu. Najstarszy budynek mieszkalny zachowany do dziś pochodzi z 1786 roku.
W Wiadrowie mieści się również poniemiecki cmentarz na którym pochowano ofiary z wielkiej powodzi z lat 20-tych XX wieku.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Trójgarb – zaginiony transport i inne tajemnice

przez , 14.lis.2014, w Skarby

Przedwojenny Trójgarb.Schronisko i wieża widokowaTrójgarb

Trójgarb (Sattewald) jest wyniosłym wzniesieniem górującym ponad 300 metrów nad okolicą, otoczony miejscowościami Stare Bogaczowice, Nowe Bogaczowice, Gostków, Jaczków, Witków, Jabłów, Lubomin i Struga, kilka kilometrów na północny-zachód od Wałbrzycha. Rozciągnięty stożek, o dość stromych zboczach porośniętych lasem iglastym, składa się z trzech wierzchołków (stąd nazwa) o wysokości 778, 757 i 738 m n.p.m. Krótko po II wojnie światowej nazywany był Potrójną. Partia szczytowa zbudowana jest z ryolitów – czerwonych porfirów (w karbonie górnym z głębi ziemi intrudowały kwaśne magmy), natomiast zbocza i podnóża ze skał osadowych powstałych w karbonie górnym (naprzemianległe warstwy) – zlepieńców, piaskowców i łupków, w których znajdują się pokłady węgla kamiennego. W okresie międzywojennym na Trójgarbie funkcjonowała gospoda i znajdowała się wieża widokowa.Masyw TrójgarbuNiewielki ślad

W miesięczniku „Odkrywca” Wojciech Stojak w artykule zatytułowanym „Dolnośląskie potpourri” przytacza treść listu, który w 2006 roku pod koniec działalności „Klubu Poszukiwaczy Skarbów” został przysłany do telewizji. Niepodpisany list wysłany został z miejscowości Nowe Bogaczowice. Oto treść listu: „Mając 10 lat w 1947 spotkałem dziewczynkę w wieku 13-14 lat, która była Niemką. Spotkałem ją we wsi Gostków u siostry. Byłem zdziwiony, kiedy owa Niemka odezwała się do mnie po polsku, okazało się że pochodziła z Górnego Śląska. Mieszkała u ciotki w Lubominie od 1943 r. a jej siostra u bauera w Gostkowie. Nosiła żywność z Gostkowa do Lubomina. W 1944 r. w sierpniu, wybrała się z Lubomina na grzyby, idąc w stronę góry >>Trójgarb<< od 4-go zabudowania w Lubominie od strony Jabłowa. W pewnym momencie zobaczyła, jak od Lubomina idzie polną drogą wojsko, więc się skryła. Za wojskiem jechał samochód osobowy i 2 ciężarowe. Ukryta obserwowała, co się będzie dziać, lasem poszła za nimi i zobaczyła, że samochody wjechały w >>Trójgarb<<, w tunel w górę od strony Lubomina. Zamknięto wrota zasypano ziemią i przez jakiś czas sadzono tam las świerkowy. Czekała aż do wieczora, kiedy wojsko odeszło żeby wrócić do domu. Nie wiem czy to jest prawda czy nie.” (zachowano oryginalną pisownię)Gospoda i wieża widokowa na szczycieTunel czy …

Zbocza masywu Trójgarbu nie obfitują w wielkie ilości wyrobisk i innych śladów dawnego górnictwa, jak w przypadku sąsiednich szczytów, na przykład Chełmca 851 m n.p.m. czy Krąglaka 692 m n.p.m., ale podnóża Trójgarbu nie są całkowicie ich pozbawione. Niektóre związane z dawnym górnictwem węgla kamiennego, niektóre z wydobyciem rud metali, inne to pozostałości sztolni odwadniających. Można też odnaleźć stary łom ryolitów (porfirów) wgryzający się w Trójgarb z małą infrastrukturą turystyczną w postaci palenisk i drewnianych ław. Brak jest jednak śladów i informacji o jakimkolwiek tunelu na jego zboczach. Czym miałby być ten „tunel”? Projektowanym, będącym w początkowej fazie prac tunelem kolejowym pod Trójgarbem, na wzór tego pod górą Wołowiec 776 m n.p.m. na południe od Wałbrzycha? Jakie miejscowości miałby on połączyć? Ten pod Wołowcem łączył Jedlinę Zdrój z Wałbrzychem i był „spec-przeznaczenia” dla pociągu Hitlera. Najbliższa linia kolejowa biegnie na południowy-zachód od Trójgarbu, z Marciszowa przez Sędzisław, Witków do Boguszowa-Gorce, a dalej do Wałbrzycha. Czy naziści mieli w planach „przecięcie” linią kolejową wnętrza Trójgarbu, by tym samym połączyć kwaterę Hitlera w zamku Książ – Furstenstein, ze stacją w Witkowie, a dalej z Kamienną Górą? Bo tylko takie założenie i rozwiązanie wydaje się być logicznym i uzasadnionym, wchodzącym w grę. Niestety nigdzie w materiałach źródłowych nie ma informacji o planach takiego tunelu, nie ma też jego śladów w terenie. Tak dobrze został zamaskowany? A może, 10-letnia wówczas dziewczynka, widziała wlot do sztolni, który jej małym oczom zarysował się jako tunel zamykany wrotami.Kamieniołom porfiru… sztolnia?

Wiosną 2011 roku grupa eksploratorów z SGE odnalazła na zachodnich zboczach bezimiennej góry (638 m n.p.m.) położonej na południowy-wschód od drogi łączącej wsie Jabłów i Lubomin a Lubominkiem (peryferyjna dzielnica Boguszowa-Gorce) sztolnię oraz pozostałości szybu. „Miejsce to wyglądało wręcz podręcznikowo, hałda porośnięta grubymi drzewami co wskazywało na sędziwy wiek wyrobiska, wartki wypływ wody ze sztolni i ledwo już odznaczające się na stoku zaklęśnięcie po zawalonym wylocie. Ponadto kilkaset metrów powyżej wylotu sztolni odnaleźliśmy ślady po sporym szybie a to może świadczyć, że jest to większy obiekt. Dodatkowo sprzyjający był również fakt, że sztolnia nie robiła wrażenia zawalonej a jedynie zasypanej podczas likwidacji (…)„. Całości prac eksploracyjnych prowadzonych przez SGE przytaczać tutaj nie będziemy. Po analizie dostępnych map górniczych i materiałów źródłowych okazało się, że jest to sztolnia należąca do kopalni „Emilie Anna”. Grupa przystąpiła do udrożnienia sztolni. Sztolnia okazała się być wypełniona wodą po sam strop. Pierwszej penetracji dokonał nurek jaskiniowy odkrywając kilkumetrowy, stosunkowo wąski chodnik z elementami drewnianej obudowy i podkładami torów, zakończony sporym obwałem. Następnym etapem było odwodnienie sztolni, które ukazało chodnik  szerokości 1 m i wysokości 2 m, o łukowatym stropie i śladach ręcznego urabiania o łącznej długości 43 m. Ciekawostką było odnalezienie na jednym z ociosów wykutej w skale daty – „1857″. Sztolnia, drążona w zlepieńcach i łupkach, w chwili obecnej na powrót jest niedostępna – otwór wejściowy został zawalony. Biorąc pod uwagę opis z listu tę sztolnię należy wykluczyć ze względu na jej lokalizację oraz wymiary – o ile długość byłaby odpowiednią by ukryć w niej samochód osobowy i dwie ciężarówki, o tyle szerokość definitywnie ją wyklucza.Sztolnia w LubominieInny wątek

Wiosna 1945 roku. Drogą z Jaczkowa do Gostkowa (na zachód od Trójgarbu) podąża transport ewakuujący dobra zdeponowane w majątku Hohenfriedberg… Tuż przy tej drodze, po prawej, za potokiem Cieklina nieopodal bezimiennej góry (526 m n.p.m.) znajdują się pozostałości starej kopalni w postaci dwóch szybów o średnicy około 3 metrów, oddalone od siebie o około 10 metrów. W jednym miejscu wygląda to tak, jakby zawalił się strop nad wejściem do sztolni, zawał będący wielkim, osuniętym na nie głazem. Kopalnia ta jest zaznaczona na mapie geologicznej E.Zimmermanna „Geologische Karte von Preussen und benachbarten deutschen Landern” Blatt Ruhbank, hrgs.1929. Nie leży ona na żadnym polu górniczym należącym do kopalni węgla kamiennego a najbliższa wysunięta od wschodu granica pola górniczego oddalona jest o około 1 km i pole to należało do kopalni węgla Kohlengrund.NYXJunkers Ju-52

W między czasie docierały różne inne informacje, jak na przykład ta, o rozbiciu się na stokach samolotu Junkers Ju-52, którego pozostałości odnajdywano. Pewien Niemiec, który był świadkiem tego zdarzenia, opowiedział tą historię wałbrzyszaninowi Krzysztofowi Kobusińskiemu.  Wiosną 1945 roku samolot transportowy Junkers Ju-52 lecący, z Festung Breslau dostał się w okolicach Trójgarbu w fatalne warunki atmosferyczne, we mgle pilot zboczył z kursu i uderzył w stok góry. Na pokładzie samolotu prócz załogi znajdowali się ranni niemieccy żołnierze. Katastrofę przeżyły wszystkie osoby znajdujące się na pokładzie. Wrak rozbitego samolotu pozostał na stoku z uwagi na problemy z jego usunięciem i dopiero po wojnie radzieccy żołnierze „zainteresowali” się nim wymontowując z niego części nadające się do użytku, reszta zaś trafić miała na złom. Pan Krzysztof wielokrotnie penetrował miejsce katastrofy odnajdując w ziemi różne elementy Ju-52. Samoloty te były wykorzystywane m.in. do ewakuacji rannych z Festung Breslau i dostarczania amunicji.Junkers Ju-52Na zakończenie

Lubomin to niewielka, spokojna, łańcuchowa wieś wzmiankowana już w 1305 roku, zlokalizowana w siodle pomiędzy masywami Trójgarbu i Chełmca. Pod koniec XVIII w. funkcjonowała tu niewielka kopalnia węgla „Friedrich Wilhelm”, zaś w okolicy (w różnych okresach) „Emilie Anna”, „David Zubebor”, „Erwunschte Zukunft”, a także kopalnie rud metali (w Jabłowie). Miejscowa ludność od najdawniejszych czasów znajdowała w nich zatrudnienie. Wątki nie pasujące do siebie zarówno datami jak i rejonami rozgrywania się wydarzeń. Relacja 10-letniej dziewczynki (w 1944 roku) i szczątkowa informacja o transporcie dóbr z majątku Hohenfriedberg. Brak „namacalnych” miejsc na stokach Trójgarbu wpasowujących się w temat. Brak informacji źródłowych o miejscach, które można by brać pod uwagę i rozważania. Ale czy na pewno…?Szczątki Ju-52 rozbitego na Trójgarbie (fot.ze zbiorów K.Kobusińskiego)Miejscowa ludność rozpytywana o tunel czy sztolnię na południowo-wschodnich zboczach Trójgarbu niestety nie potrafiła wskazać takiego obiektu. List do adresata nie był podpisany, wiadomo jedynie, że został wysłany z Nowych Bogaczowic zatem nawet dotarcie do osoby informującej wydaje się być niemożliwe. Od faktu uzyskania informacji przez 10-letniego chłopca do momentu jej „upublicznienia” minęło 60 lat. Czy nie zastąpił on sobie samoistnie luk w pamięci uzupełniając faktami jako dorosły już człowiek? Penetracje terenu za śladami tajemniczego tunelu zamykanego wrotami dały wynik negatywny. Pozostaje napisać, tak jak autor listu – nie wiadomo czy to jest prawda czy nie…

(źródła: „Dolnośląskie potpourri” W.Stojak /Odkrywca 12/2010/; „Odkrycie sztolni w Lubominku” Aust,SGE; „Katastrofa samolotu na Trójgarbie” A.Szałkowski)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o Halinie z Sandomierza…

przez , 14.lis.2014, w Legendy

W XIII w. Tatarzy trzykrotnie najeżdżali Sandomierz. W czasie drugiego najazdu w 1260 r. zdobyli i spalili  miasto, ludność wymordowali, a część trafiła w jasyr. Jednym z zabitych był dowodzący obrona miasta Piotr z Krępy. Miał on córkę Halinę, którą uratował wierny sługa Boguchwał. W 1287 r. Tatarzy po raz trzeci stanęli u bram miasta. W czasie obrony zginął kasztelan Janko z Pilawy, mąż Haliny Krępianki. Obrońcy ponieśli duże straty, zginęło wielu dzielnych rycerzy i odważnych mieszczan. Sytuacja stała się krytyczna, na mieszkańców padł blady strach. Wówczas piękna Halina przygotowała fortel. Udała się do obozu wroga i opowiedziała chanowi, że wójt Witkon okrył ją hańbą, postanowiła więc się zemścić i oddać miasto w ręce Tatarów. Ci skuszeni wizją łatwych łupów i krwawej rzezi uwierzyli Halinie, która przekonywała, że otoczone murem miasto jest dobrze zabezpieczone, zdobyć je trudno, ale jest loch ukryty pod ziemią i można nim skrycie przejść do zamku. Wojownicy tatarscy ruszyli za Haliną w głąb lochów. Wówczas to ukryci sandomierzanie głazami zasypali wejście, grzebiąc napastników. Dzielna Halina poświęciła własne życie, by uratować Sandomierz, a lochy zapisały się na zawsze w dziejach miasta.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , więcej...

Odkrycia w Jaskini Niedźwiedziej

przez , 31.paź.2014, w Pod ziemią

Jaskinia NiedźwiedziaRezerwat Przyrody „Jaskinia Niedźwiedzia” w Kletnie jest niezwykle cennym obiektem z uwagi na występowanie w niej unikalnej w skali naszego kraju szaty naciekowej, a także kości zwierząt plejstoceńskich. Jaskinia Niedźwiedzia została odkryta w październiku 1966 roku w wyniku działalności świeżo założonego kamieniołomu Kletno III w jego czołowej ścianie. W 1967 roku ustanowiono ją pomnikiem przyrody, a od 1977 roku Jaskinia Niedźwiedzia i przyległy do niej teren o powierzchni 89 ha został ustanowiony rezerwatem przyrody. Celem ochrony jest zachowanie unikalnej jaskini z bogatą szatą naciekową występującą we wszystkich możliwych formach takich jak stalaktyty, makarony, stalagmity, stalagnaty, draperie, zasłony, polewy, żebra i nacieki kaskadowe, pola ryżowe, nacieki wełniste, misy martwicowe, grzybki, pizolity – perły jaskiniowe (wyjątkowych rozmiarów), heliktyty, znaleziska kostne zwierząt plejstoceńskich oraz drzewostanów z rzadkimi roślinami runa. W 1983 roku udostępniono ją do zwiedzania turystom trasą o długości 360 metrów. Prace prowadzone w niej przez dziesiątki lat pozwoliły na zinwentaryzowanie ponad 3000 metrów korytarzy i sal. W jaskini i jej sąsiedztwie prowadzone są prace eksploracyjno-poszukiwawcze oraz badania naukowe.Sala PałacowaW grudniu 2011 roku członkowie Sekcji Grotołazów z Wrocławia wspólnie z Sekcją Speleologiczną „Niedźwiedzie” z Kletna (działając za zezwoleniem Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska we Wrocławiu) dokonali odkrycia nowych partii korytarzy w Jaskini Niedźwiedziej. Prace eksploracyjne rozpoczęły się już w 2009 roku po wcześniejszym przeanalizowaniu dotychczasowych publikacji naukowych i przeprowadzeniu badań, które wskazywały na fakt, iż znana część jaskini stanowi tylko fragment niepoznanego jeszcze systemu.
Pierwsze prace rozpoczęto w Jaskini Dudnisko odkrytej w 1998 roku, wstępnie spenetrowanej – jej otwór wejściowy zawalił się i przez kilkanaście lat pozostawał niedrożny. W 2009 roku grupa grotołazów podjęła próbę odkopania otworu wejściowego z nadzieją, że system jej korytarzy będzie prowadził w kierunku góry Stromej 1166 m n.p.m. Okazało się jednak, że jaskinię tworzy tektoniczna szczelina – podobna sytuacja wystąpiła w sąsiedniej Jaskini Sądejowa Szczelina.
Równolegle prowadzone były prace eksploracyjne w Jaskini Niedźwiedziej, m.in. w Korytarzu Wodnym pod Rondem, Meandrze, Chomisiowym, Korytarzu Rafy Koralowej, Korytarzu Kalcytowego Potoku i południowej odnodze Korytarza Kryształowego.DraperiaW kwietniu 2012 roku w trakcie sprawdzania stropu Korytarza Kryształowego grupa grotołazów, po około 20 metrach niebezpiecznej wspinaczki, rozebrała zawalisko w stropie szczeliny Krasowe Urwisko udrożniając tym samym wejście do korytarza Gang Zdzicha i odkrywając nowe ciągi jaskini 120-metrowej długości z 7-metrową Studnią Strachu. Z jej dna, po kilkudziesięciu metrach odkryto kolejne partie jaskini wypełnione charakterystycznymi grzybkami kalcytowymi – Kalafiornik. Po wspięciu się na górne piętro meandra, pośród nacieków, odnaleziono wąską szczelinę z wyczuwalnym silnym przewiewem powietrza, za którą widoczny był kilkudziesięciometrowy korytarz. Szczelinę częściowo sztucznie powiększono by podjąć dalszą eksplorację.
Odkryte partie, posiadające dużo nacieków, różnobarwnych polew kalcytowych i krystalicznie czyste jeziorko, nazwano kolejno: „ciąg 27,27″ i „Dzikie Plaże”. Na końcu jeziorka znajdował się zacisk, który minięto po odkuciu kilku fragmentów skalnych, trafiając do małej salki ze zwężającym się korytarzykiem, zakończonym kolejną wąską szczeliną z silnym prądem powietrza – „Gilotyną”.Jaskinia Niedźwiedzia (1)2 maja 2012 roku za Gilotyną natrafiono na kilkumetrowej średnicy salę, której ściany niemal w całości były oblane kalcytowymi naciekami. Następnie grupa grotołazów podjęła eksplorację szczeliny usytuowaną poprzecznie do ciągu jaskini, którym dotarto do tego miejsca. Podążając w górę szczeliną, doprowadziła ona do olbrzymiej sali jaskiniowej. Wejście doń stanowiła potężna wanta oderwana ze stropu tworząca swego rodzaju plateau. Odkryta ogromna komora okazała się być pełną nacieków, kaskad i draperii.
Sala wygląda trochę jak amfiteatr, gdzie w miejscu sceny wyrasta ze spągu, spływająca po ścianie, wysoka na około 15-20 metrów kaskada. Z okien w stropie wypływają kalcytowe żyrandole i ośmiornice, a większa część jej powierzchni oblana jest różnokolorowymi polewami„.
Grotołazi następnie dotarli do miejsca, w którym wspinali się na formację w rodzaju balkonu, gdzie lewa ze ścian pokryta jest kalcytowymi organami kilkunastometrowej wysokości, a 20 metrów nad nimi widoczne jest kolejne okno. Wspinaczkę kontynuowano prawą stroną, zawaliskiem z ogromnych bloków skalnych, docierając po 15 metrach na drugi balkon kończący salę.
Odkrytą komorę nazwano Salą Mastodonta. Jej długość to 140 metrów, szerokość 40 metrów, a wysokość (łącznie z kominami) sięga 30 metrów. Odkryte korytarze i sale (łącznie 400 m) znajdują się na wysokości środkowego piętra jaskini częściowo udostępnionego turystycznie. Charakteryzują się bogactwem szaty naciekowej jakiej nie można spotkać nigdzie indziej w Polsce. Dotarcie do Sali Mastodonta od pawilonu wejściowego Jaskini Niedźwiedziej trwa około 2 godzin i wymaga użycia sprzętu speleologicznego. Wielkim utrudnieniem są również zaciski w korytarzu dojściowym, w tym zacisk końcowy – Gilotyna.Kości niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus)Grotołazi jednakże nie poprzestali na tym odkryciu. Po wykonaniu dokumentacji, skartowaniu i sfotografowaniu, przystąpili do dalszych eksploracji – kominów znajdujących się w stropie Sali Mastodonta. Pierwszy z nich zakończony jest małą salką z pięknymi polewami kalcytowymi. W drugim i trzecim kominie znajduje się kilkadziesiąt metrów korytarzy przedstawiających możliwości eksploracyjne. Prowadzono również prace na końcu Sali Mastodonta, w najbardziej wysuniętej na południe części jaskini. Tam, na szczycie potężnego zawaliska powstałego w wyniku oderwania się od stropu wanty wielkości autobusu (20 metrów powyżej dna sali) natrafiono na szczelinę. W tym miejscu stwierdzono silny ciąg powietrza wydobywający się ze szczelin zawaliska. Zaobserwowano wylatujące z wnętrza nietoperze co było oznaką kontynuacji korytarzy. Po „przebiciu” się przez zawalisko natrafiono na kilkunastometrową studnię.
We wrześniu 2012 roku grotołazi zjeżdżają ową 12-metrową studnią na jej dno i odnajdują wśród nacieków i polew zejście do następnej, płytszej studzienki. Z niej wiedzie duży korytarz z kalcytowymi polewami, od śnieżnobiałych do czarnych oraz z gęsto wyrastającymi stalaktytami i stalagmitami. Po pokonaniu kolejnego zawaliska i zacisku uwidacznia się następny spory korytarz z dwiema studniami. Koniec korytarza to potężne zawalisko ze sterczącymi różnego rozmiaru, kształtu i koloru stalagmitami, nazwane skojarzeniowo – „Kutaśnikiem” (za nim odkryto ciąg korytarzy o długości około 100 metrów).KaskadyKolejnym etapem była eksploracja dwóch studni. Studnia „Pięknie Myta” rozpoczyna się pochylnią oblaną kalcytowa kaskadą przechodząc w pionową, kilkumetrową rurę. Na jej dnie po jednej stronie znajduje się korytarz zakończony sporych rozmiarów jeziorkiem ozdobionym naciekami i kalcytowymi grzybkami, zaś po drugiej długi korytarz doprowadzający do sporej sali zakończonej zawaliskiem i suchym piaskowym syfonem – Piaskowy Dziadek. Grotołazi po poznaniu głównego ciągu nowo odkrytego piętra jaskini przeszli do przeszukiwania poszczególnych zakamarków i szczelin, bocznych ciągów.

W Jaskini Niedźwiedziej nadal trwają prace eksploracyjne mające na celu odkrycie kolejnych korytarzy oraz prace kartograficzne i dokumentacyjne mające na celu ustalenie dokładnej długości, głębokości i deniwelacji Jaskini Niedźwiedziej. Reasumując, grotołazi odkryli ponad 1400 metrów nowych korytarzy, co w chwili obecnej daje łączną długość jaskini – ponad 4000 metrów. Perspektywy dalszych odkryć są bardzo duże. Kilka miesięcy trwać będzie eksploracja oraz dokumentowanie nowych partii i być może doczekamy się dalszych odkryć. Odkryte fragmenty wymagać będą przeprowadzenia w nich badań naukowych. Dopiero po nich możliwe będzie rozpatrzenie ewentualnego udostępnienia nowych korytarzy i sal dla turystów.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

48. Sympozjum Speleologiczne /info/

przez , 02.paź.2014, w Galimatias

48.Sympozjum SpeleologiczneW dniach 16 – 19 października 2014 roku w Kletnie na Dolnym Śląsku (Kotlina Kłodzka) odbędzie się 48. Sympozjum Speleologiczne organizowane pod patronatem Sekcji Speleologicznej Polskiego Towarzystwa Przyrodników im. Mikołaja Kopernika.
W ramach sympozjum przewidziana jest sesja referatowa i posterowa, w trakcie których zostaną zaprezentowane najnowsze wyniki z zakresu badań krasu (geologiczne, paleontologiczne, archeologiczne) i eksploracji jaskiń. Odbędą się również trzy sesje terenowe omawiające zjawiska krasowe rejonu Jaskini Niedźwiedziej, Doliny Kleśnicy i Doliny Morawy. Zostanie również omówiona kopalnia uranu w Kletnie oraz jaskinie Na Spicaku, Kontaktowa, Na Rogóżce, Radochowska i Niedźwiedzia. Podczas sesji terenowej do Jaskini Niedźwiedziej część z uczestników sympozjum  będzie miała okazję odwiedzić tzw. „Stare nowe dolne” partie jaskini oraz „Salę Mastodonta”, którą w maju 2012 odkryła grupa naukowców (speleologów i grotołazów) Politechniki Wrocławskiej i Uniwersytetu Wrocławskiego.
Więcej informacji dotyczących sympozjum:

http://www.ing.uj.edu.pl/speleo

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , więcej...

Sztolnia w Jagniątkowie

przez , 26.wrz.2014, w Pod ziemią

Obwały stropu i infiltracja wodyPołożenie i historia
Sztolnia znajduje się w Jagniątkowie przy ul. Saneczkowej (wlot tuż przy asfaltowej drodze po jej prawej stronie), w dolinie potoku Brocz, na wschodnim zboczu góry Sośnik 650 m n.p.m.
Powstała ona w trakcie prowadzonych prac poszukiwawczych za złożami uranu po II wojnie światowej. W 1954 roku, w rejonie poszukiwawczym OP-7 „Jagniątków” stwierdzono silną anomalię radiometryczną, w związku z czym rozpoczęto drążenie sztolni badawczej. Po roku prac nie dających oczekiwanych rezultatów prace górnicze przerwano a wlot sztolni zawalono poprzez odstrzelenie.

Opis sztolni
W połowie lat 90-tych XX wieku grupa eksploratorów odkopała wlot sztolni i obecnie do jej wnętrz prowadzi niewielki otwór o średnicy około 50 cm.
Pierwszy, około 40-metrowy odcinek sztolni zalany jej wodą do głębokości około 50 cm w wyniku braku grawitacyjnego odpływu wody. Podobna sytuacja występuje pomiędzy drugim bocznym chodnikiem a skrzyżowaniem chodników. Związane jest to ze znacznych rozmiarów obwałem tamującym odpływ wody – w tym miejscu, w strefie dyslokacji, ze stropu okresowo występuje intensywna infiltracja górotworu przez wodę, przybierająca czasami formę „podziemnego deszczu”.
Łączna długość chodników wynosi około 310 m (główne wyrobisko sztolni o długości 260 m i dwa 25 metrowe chodniki). Początkowy 200 metrowy odcinek biegnie prosto w kierunku północno-zachodnim, kolejne 60 m chodnika odbija pod niewielkim kątem w prawo. Na około 220 metrze wyrobiska odbijają prostopadle dwa, 25 metrowe chodniki boczne. Wcześniej, na około 165 i 205 metrze głównego wyrobiska, odbijają w lewo dwa niewielkie, zakończone przodkiem chodniki.
Wyrobisko posiada wymiary: szerokość 2,0 – 2,2 m, wysokość 1,8 – 2,2 m, a w strefach dyslokacji przekrój jest nieregularny, smukły i wysokość miejscami osiąga 6 m. Na spągu widoczne są ślady po torowisku kolejki i pozostałe gdzieniegdzie resztki drewnianych podkładów pod nią.

Promieniowanie
Poziom promieniowania:
- około 1 uSv/h w części przyotworowej,
- około 2,5 uSv/h w rejonie skrzyżowania chodników
- promieniowanie jonizujące, radon w powietrzu

Geologia
Sztolnia była drążona w granicie karkonoskim (średnio- i gruboziarnistym) poprzecinanym żyłami porfiru i aplitem. Ociosy w większości zbudowane są z porfirowatego granitu z widoczną mineralizacją w postaci skaleni (różowe i białe), kwarcu i biotytu (głównie na końcu zachodniego chodnika gdzie tworzą szeroki fałd). Około 120 m od wejścia występuje aplit i pegmatyt z kryształami kwarcu dymnego i morionu.
W sztolni można zaobserwować wiele interesujących zjawisk geologicznych, w tym m.in. kontakt dwóch podstawowych odmian granitu karkonoskiego, wewnętrzną budowę stref dyslokacyjnych oraz mineralizację (kwarcową i rudną).
Stan wyrobisk pod względem górniczym jest zmienny – dobry w miejscach drążenia sztolni w granicie, zły w strefach dyslokacji tektonicznych, o czym świadczą bloki skalne odspojone od stropu zalegające na spągu.

Sztolnia jest miejscem zimowania nietoperzy, w związku z czym obiekt ten podlega ochronie jako siedlisko zwierząt chronionych.Mieszkańcy sztolni - Nocki duże

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby zakopane – nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył? (1)

przez , 05.wrz.2014, w Skarby

imageZamiast konkretnej opowieści skarbowej, garść faktów, domysłów i spekulacji związanych z ukrywaniem i zabezpieczaniem różnego rodzaju majątku, zbiorów czy też prywatnego mienia. Żeby utrzymać się w „osi tematu” postanowiłem skorzystać z formuły kilku pytań, które pozwolą na pewne usystematyzowanie zagadnienia ukrywania skarbów. Na potrzeby tej dywagacji postaram się odpowiedzieć na następujące pytania: co, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego i na samym końcu – kto…?

Ze wszystkich wydarzeń historycznych, w których dochodziło do ukrywania skarbów – w szerokim rozumieniu tego słowa – najbardziej na wyobraźnię osób zajmujących się tą tematyką działa okres II wojny światowej. Przyczynia się do tego zapewne skala dokonywanych rabunków przez służby III Rzeszy, rozmiary konfliktu, a także mnogość relacji dotyczących ukrywania i deponowania różnego rodzaju cennych przedmiotów i wartościowych zbiorów np. archiwaliów, bibliotek, zbiorów sztuki. Ponieważ zainteresowanie czytelników ogranicza się najczęściej do terenów Polski, siłą rzeczy przy podawaniu ewentualnych przykładów postaram się ograniczyć do jej granic, chociaż oczywistym jest, że sposób postępowania mógł być podobny w całej Europie.

Pomijam całkowicie kwestię zagubionych przedmiotów, których utrata była najczęściej wynikiem pechowego zbiegu okoliczności dla posiadaczy, którzy nieświadomie bądź wbrew zamierzeniom tracili dany przedmiot – no cóż, pech. Jako definicję ukrycia (skarbu) przyjmijmy celowe działanie posiadacza zmierzające do przechowania (zabezpieczenia) depozytu w stanie nienaruszonym na nieokreślony okres czasu do momentu ponownego objęcia go w posiadanie i swobodnym dysponowaniem nim.

Co?
Ludzie ukrywali to co stanowiło dla nich jakąkolwiek wartość. Nie tylko złote monety, sztabki, biżuterię. Zdarzało się przecież i jest na to sporo dowodów, że ukrywano również przedmioty codziennego użytku lub wyposażenie gospodarstw domowych. Motocykle, rowery, maszyny do szycia, zastawę stołową i sztućce, obrusy, firanki czy ubrania – przedmioty takie mające wymierną wartość dla właścicieli, a których nie można było zabrać ze sobą albo należało je uchronić przed zrabowaniem, ukrywane były w przygotowanych uprzednio miejscach. Z takiego założenia wychodzili bodaj niemieccy mieszkańcy Dolnego Śląska opuszczający swoje rodzinne strony w ucieczce przed nadciągającym frontem w nadziei, że wrócą tu jeszcze w bardziej sprzyjających okolicznościach i odbiorą co swoje. Bądź też takie zabezpieczenie ich mienia pozwalało spokojniej patrzeć w przyszłość i dawało nadzieję na doczekanie spokojniejszych czasów, kiedy przybyli Polacy i Rosjanie się uspokoją lub wyniosą. Takie schowki zapewne zlokalizowane były w każdej miejscowości.

Chyba jednak najbardziej wymownym przykładem czego dotyczył proces ukrywania dóbr świadczy działalność dolnośląskiego konserwatora zabytków Günthera Grundmanna. Początkowo, jak się wydaje, jego działalność zmierza do zabezpieczenia zgromadzonych dzieł sztuki i rozlokowania w bezpiecznych miejscach, a następnie rzeczywiście następuje ich ukrywanie. Jest tego bez liku – zbiory sztuki, rzemiosła, zasoby lokalnych muzeów, archiwalia i zbiory biblioteczne. Podobna działalność, ale już na własną rękę, prowadziła zapewne większość Niemców posiadających na Dolnym Śląsku posiadłości i majątki. Dla przykładu wspomnę jedynie właściciela zamku Czocha – Ernesta Gütschowa, który w specjalnym pancernym pokoju ukrył sporą ilość dóbr materialnych w postaci przedmiotów o wartości historycznej i materialnej, w tym cenne ikony prawosławne, którego zawartość opróżniono z zamiarem wywiezienia ich do amerykańskiej strefy okupacyjnej.

Dochodziło również do ukrywania prawdziwych skarbów – zasobów złota ze skarbców bankowych, depozyty ludności cywilnej w postaci biżuterii oraz walorów walutowych. O takim wątku opowiada historia niejakiego Herberta Klosego, oficera Policji, jak sam uparcie twierdził, który uczestniczył najpierw w typowaniu odpowiednich miejsc, a następnie w ochronie transportów do miejsc ukrycia. Ale najbardziej znanym miejscem ukrycia tych prawdziwych skarbów i na dodatek odnalezionym przez aliantów, jest bez wątpienia kopalnia Merkers, gdzie naziści złożyli pod ziemią ogromne ilości pieniędzy w różnych walutach, złoto i inne cenne metale w sztabkach, numizmaty oraz dzieła sztuki.prof Gunther GrundmannGdzie?
Chyba największym wzięciem cieszyła się metoda polegająca na ukryciu dóbr w ziemi czyli zakopaniu ich. Można przyjąć, że w ten sposób powstało mnóstwo przydomowych skarbczyków, w których właściciele deponowali swoje dobra.
Nieodmiennie, ludzie ukrywali swoje dobra również w miejscach swojego zamieszkania czyli w budynkach mieszkalnych i gospodarczych. Zwykle dokonywano zamurowań niewielkich skrytek w murach budynków, czasem ukrywano rzeczy pod podłogami. Innym razem w niedalekiej odległości od miejsca zamieszkania, w sobie znanym miejscu. Dla autochtonów wybór charakterystycznych miejsc nadających się na skrytkę, a jednocześnie dla obcych sprawiających wrażenie nieciekawych bądź przeciętnych nie jest był problemem. Ponadto wybór takiego miejsca zwykle wiązał się z możliwością stałego, a zarazem w miarę dyskretnego, nie wzbudzającego podejrzeń dostępu.

Niekiedy właściciele depozytów pozostawiali zaufanym instrukcje pozwalające zlokalizować schowek. W takich przypadkach, aby zapewnić sobie możliwość odnalezienia ukrytych dóbr, nieodzownym jest korzystanie ze znaków terenowych w postaci charakterystycznych skał, głazów, drzew, innych obiektów jak choćby kapliczki, które usytuowane były w danych miejscach od bardzo dawna, czasem „od zawsze” i oczywiście istniała bardzo mała szansa, że w najbliższej przyszłości ten stan rzeczy ulegnie zmianie. Położenie skrytki lokalizowano zwykle na zasadzie: „20 kroków od skały w kształcie grzyba w stronę potoku, wzniesienia, młyna…” itd. W taki sposób między innymi podawano lokalizację schowka na słynnej już Wyspie Kokosowej, do której prowadzi „ścieżka” wiodąca przez kilka charakterystycznych punktów orientacyjnych w terenie. Jednak była ona (i jest) na tyle nieścisła z różnych powodów, że do dzisiaj nie odnaleziono zgromadzonych tam skarbów.

A z „naszego” podwórka, w ten sposób najprawdopodobniej był zlokalizowany schowek w miejscowości Wetyn, poszukiwany przez Rosjan dysponujących planem, na którym punktem orientacyjnym mogła być lipa, wcześniej wycięta przez polskich osadników, o czym zresztą nie śmieli poinformować sowieckich żołnierzy.
Dość ciekawą informacją, można powiedzieć – pomysłową jeśli chodzi o wykonanie, a jednocześnie prostą i skuteczną, jest informacja o sporządzeniu zbiorowego schowka przez mieszkańców przed opuszczeniem miejscowości Lasocice w 1945 roku – mianowicie, chcąc zabezpieczyć swoje mienie, którego zabrać nie mogli, wykopali dół na drodze, odpowiednio go zabezpieczając, a po złożeniu depozytu, schowek zamknięto, na wierzchu zaś układając bruk i przywracając stan poprzedni drogi. Prawda, że pomysłowe?

I jeszcze kolejny przykład – jako ciekawostkę można podać przykład ukrywania mienia w specjalnych ziemiankach zbudowanych (podobno mnóstwo) w lasach wokół miejscowości Poręba koło Bolkowa. Schowki takie miały dać zabezpieczenie na kilka tygodni,  dobrze zamaskowane bez odrobiny szczęścia, były nie do namierzenia. Informacje te wiążą się z celowymi wysiłkami przedstawicieli pewnych urzędów Rzeszy wobec braku możliwości wywiezienia  mienia w bezpieczniejsze rejony w ostatnim okresie II wojny światowej.
Na podobnej zasadzie ale lepiej zabezpieczone przed wpływem czynników zewnętrznych są przykłady wybudowania specjalnych bunkrów. Pierwszy przykład to sporych rozmiarów bunkier wybudowany pod nadzorem SS w miejscowości Przesieka niedaleko Jeleniej Góry, którego lokalizację wskazała pewna Niemka Polakowi w rewanżu za przekazanie dla niej i jej dzieci żywności. Bunkier ten od czasów wojny prawdopodobnie nie naruszony, spoczywa pod niewielką warstwą ziemi do dziś.

Drugi przykład pochodzi z terenów położonych niedaleko miejscowości Stegna przy Mierzei Wiślanej. Tam z kolei, więźniowie najprawdopodobniej z pobliskiego obozu Stutthof, pod nadzorem SS wybudowali w zalesionym terenie kilka niewielkich bunkrów ulokowanych w rozkopanych pagórkach, które po złożeniu zawartości w postaci skrzyń zamykano a następnie zasypywano ziemią i maskowano poprzez obsadzenie roślinnością i krzewami. I jeszcze pozostając przy tematyce bunkrów można wspomnieć o bunkrze o dużej kubaturze zlokalizowanym pod Stadionem Olimpijskim we Wrocławiu, którego poszukiwania nie dały efektu.
Podobną do ukrywania w ziemi jest metoda wykorzystywania kopalnianych wyrobisk, szybów górniczych, niekoniecznie starych i opuszczonych oraz sztolni i jaskiń. Dolny Śląsk posiadający liczne sztolnie i wyrobiska górnicze, zgodnie z licznymi przekazami, był obszarem, gdzie ten sposób ukrycia stosowany był bardzo często.

Chyba najbardziej znana akcja, a jednocześnie największe znalezisko łączy się ze wspomnianą wcześniej kopalnią Merkers. To tam Alianci znaleźli głęboko pod ziemią ogromne zasoby waluty, kruszcu, kosztowności i dzieł sztuki, ukrytych w wielkim pośpiechu przez służby upadającej III Rzeszy. I chyba właśnie pośpiechem należy wytłumaczyć, iż do kopalni trafiły takie dzieła sztuki jak obrazy, którym mikroklimat tam występujący zdecydowanie nie mógł służyć i narażał je na uszkodzenie. Taką nonszalancją w podejściu do zabezpieczenia mienia w kopalniach i sztolniach we wcześniejszym etapie władze niemieckie nie wykazywały się. Zdecydowanie uwzględniały okoliczności mające wpływ na właściwe zabezpieczenie ukrywanego mienia i nie upychały łatwo mogących ulec uszkodzeniu przedmiotów w miejscach, w których mogło by to je spotkać. Wręcz dbano nawet o odpowiednie rozproszenie zbiorów na wypadek częściowego ich zniszczenia. Natomiast to na co warunki fizyczne miały niewielki wpływ bez pardonu mogło być spokojnie zakopane w ziemi. O takim podejściu wspomina również osławiony Klose, który podawał: „Mianowicie saperzy wywiercili dziury w pochyłej skale, zostały tam załadowane skrzynie i następnie kawałek ściany został zerwany”.

Jednak najwięcej przekazów i informacji pochodzi o ukryciach w pałacach i zamkach, zwłaszcza na Dolnym Śląsku. Kultowym zagadnieniem jest tu akcja ukrywania zabytków i zbiorów dokonana przez konserwatora prowincji dolnośląskiej dr Grundmanna. Odszyfrowana lista składnic jest dobrze znana, jak również w większości przypadków los złożonych tam depozytów. Chociaż wykluczyć nie można, że w kilku przypadkach raz złożone tam przedmioty zostały ponownie przeniesione w inne miejsca i ukryte, bo przecież komisja rewindykacyjna stwierdziła opustoszenie części składnic, czego nie da się zrzucić w całości na karb rabunków Armii Czerwonej. Poza tym, przypuszcza się, że lista Grundmanna jest niepełna, a dokładniej lista zawiera jedynie część  miejsc, w których zlokalizowano składnice. Bo są na niej miejsca wytypowane przez konserwatora zabytków do lata 1944 roku, a przecież Grundmann działał nadal niemal do nadejścia wojsk radzieckich.

Wspominałem już o zamku Czocha i jego ukrytym pokoju ze skarbami. To kolejny ujawniony i niestety rozgrabiony skarb, którego losów nie udało się w pełni wyjaśnić. Jeśli chodzi o zamki to nie wypada wspomnieć o zamku Książ z jego rozbudowanymi podziemiami, w których pod koniec wojny coś ukryto, a jak twierdzą kategorycznie świadkowie, układ korytarzy i hal nie zgadza się z tym co zapamiętali – stwierdzali brak pewnych pomieszczeń.
Zresztą można przyjąć, że w większości zamków i pałaców Dolnego Śląska właściciele i zarządcy podejmowali podobne akcje zmierzające do ukrycia określonych dóbr, czasem w piwnicach i podziemiach, czasem w parkach, a czasem, jak w Warmątowicach w przypałacowej fosie, gdzie zatopiono bogatą kolekcję monet i medali, z której resztki odzyskano po wojnie spuszczając z niej wodę.

Przedstawione powyżej przykłady na pewno nie wyczerpują tematu możliwych lokalizacji schowków. Możliwości takie ograniczała zapewne tylko pomysłowość organizatorów. Nie wspomniałem o wielu innych znanych, czy wręcz osławionych miejscach. Wykorzystywano niemal wszystko co dawało rękojmię skutecznego ukrycia. Organizowano schowki w grobowcach i na cmentarzach, wykorzystywano kapliczki albo – jak się wydaje na przykładzie Cieplic koło Jeleniej Góry oraz Łańska, przy oznaczaniu lokalizacji schowka prawdopodobnie skorzystano z obsadzenia charakterystycznymi drzewami, nie występujących naturalnie na danym terenie.

tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

(opracowano przy wykorzystaniu: „Niezwykłe tajemnice zaginionych skarbów” Reinhold Ostler; „Skarby Śląska” Robert Primek, Maciej Szczerepa, Wojciech Szczerepa; „Tajemnice ukrytych skarbów” Joanna Lamparska; „Skarby, poszukiwania i poszukiwacze”, „Leksykon skarbów polskich”, „Poszukiwania skarbów ukrytych w Polsce” Włodzimierz Antkowiak; „Nie odkryte skarby na terenie Polski” Lech Zatorowski; „Milczące ślady” Leszek Adamczewski; „Tańcząc na wulkanie” Anna Sukmanowska, Stanisław Stolarczyk; „Ukryte skarby – niezwykłe losy dzieł sztuki na Dolnym Śląsku w latach 1942-1950″ Bogusław Wróbel; „Poręba – schowek pod drogą” Marek Chromicz, Nowiny Jeleniogórskie nr 46 z 13-19.11.2001 r.)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Piekielny Przełyk

przez , 22.sie.2014, w Ciekawe miejsca

Piekielny PrzeykNa wschód od miejscowości Noviny pod Ralskem (Czechy) płynie niewielka rzeka Ploucnice, początkowo spokojnie między łąkami, by w pewnym momencie wpaść do wąwozu pomiędzy stromymi piaskowcowymi ścianami. Po około 50 metrach skręca w prawo pod kątem prostym kierując swoje wody do pierwszego z tuneli…

Piekielny Przełyk (Pekelny jicen – Prurva Ploucnice) to sztuczne tunele wydrążone ręcznie za pomocą kilofów i łopat w skałach piaskowcowych górnego turonu na przełomie XV i XVI wieku, przez które przepływa skierowana tu rzeka Ploucnice. Skalne ściany osiągają do 15 metrów wysokości. Pierwszy z tuneli ma 14 metrów długości. Następnie rzeka przez około 10 metrów płynie wąwozem na powierzchni, by kolejny raz wpłynąć do drugiego z tuneli o długości 41 metrów. Na końcu woda wypływa z niego progiem metrowej wysokości do niewielkiego jeziorka pod skalną ścianą by dalej kontynuować swój spokojny bieg kończąc go jako dopływ Łaby. Całkowita długość rzeki to 106 km. Wymiary tuneli wahają się w granicach 3,5-4,5 metrów szerokości i wysokości. Na ich ścianach i stropie nadal widoczne są ślady po ręcznym ich drążeniu (ślady kilofa) oraz po otworach wykorzystywanych do osadzania drewnianych jazów (śluz).Piekielny Przełyk (1)To nietypowe spiętrzenie rzeki wykorzystywane było dla potrzeb młynów mechanicznych w Novinach pod Ralskem (niestety nie zachowały się do czasów obecnych), które zastąpiły wcześniejszy tzw. „żelazny młot”. Jest to bardzo ciekawy zabytek techniki stanowiący niegdyś podziemny „napęd” wspomnianej hamerni. „Żelazny młot” znajdował się w miejscu obecnego jeziorka. Był to warsztat kowalski. Miejsce to było idealne dla kuźni ze względu na bliskość sztolni w których wydobywano rudę żelaza – limonit i huty. Ploucnice nie tylko zapewniała wystarczającą ilość wody do napędzania młota ale jej brzegi i okolice dostarczały dużo drewna do produkcji węgla drzewnego. W XIX wieku turystów chcących zachwycać się tym „cudem” techniki przywoził tu i oprowadzał z pochodnią miejscowy młynarz. Specjalnie też dla nich organizowano efektowne, odpłatne widowisko, gromadząc w tunelach wysoki poziom wody, a następnie uwalniając go, co skutkowało gwałtownym jej wypływem przez wylot tunelu.Tunele Piekielnego PrzełykuTen urokliwy i jedyny w swoim rodzaju przełom rzeki Ploucnice stanowi wspaniałe miejsce wypoczynku i rekreacji, głównie dla kajakarzy i wędkarzy, z niewielką aczkolwiek wygodną plażą na brzegu jeziorka. Tunele można przejść pieszo – głębokość wody do kolan. W grudniu 1997 roku ustanowiono go zabytkiem kultury i pomnikiem przyrody. Można podziwiać uławicowienie piaskowców i ich formy wietrzenia a w spokojne dni można zaobserwować zimorodki. Scenerię Piekielnego Przełyku wykorzystano w kilku filmach. Prurva Ploucnice leży na czerwonym szlaku prowadzącym z miejscowości Straż pod Ralskem przez górę Ralsko (696 m n.p.m.) z ruinami zamku do miasta Mimoń. Wiodą też tędy trasy rowerowe.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Nie tylko w Riesending

przez , 08.sie.2014, w Pod ziemią

Sala stalaktytowaW ostatnim okresie czasu (mowa o 2013 i 2014 roku) nasiliły się przypadki spadania odłamków skalnych i pojedynczych głazów w jaskiniach europejskich. Związane są one niewątpliwie z ruchami górotworów na terenie których są one zlokalizowane, ruchami płyt tektonicznych oraz sejsmicznymi – lokalnymi niewielkimi trzęsieniami ziemi. Do chwili obecnej zawsze najpoważniejsze zagrożenia niosły za sobą próżnie o rozwinięciu pionowym, tak wane studnie, gdzie na ich kolejnych, niższych poziomach tworzyły się skalne półki i mosty z zaklinowanych bloków lub rumoszu skalnego. Formacje takie stwarzają realne zagrożenie oberwania się, bądź strącenia fragmentu takiej struktury, przez osobę lub linę. Z podobnymi niebezpieczeństwami można spotkać się w jaskiniach o charakterze zawaliskowym.

Samoistne i nagłe odpadnięcie fragmentów skał od stropu i ścian jaskiń w kilku przypadkach doprowadziło do wypadków zakończonych bądź urazami grotołazów (na przykład w czerwcu 2014 roku w systemie jaskiń Riesending w niemieckich Alpach), bądź śmiercią (na przykład w kwietniu i czerwcu 2014 roku w jaskiniach Wierna i Studnisko na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej). W każdym z wymienionych śmiertelnych wypadków uwolnienie głazu ze szczeliny nastąpiło na skutek drgań ścian jaskiń wywołanych ruchem górotworu. Do niedawna w większości przypadków podczas eksploracji jaskiń do wypadków dochodziło w wyniku błędów popełnianych przez grotołazów (czynnik ludzki), rzadziej przez zawodność sprzętu.Akcja ratunkowaJednym z ciekawych przypadków odpadnięcia skał ze stropu jaskini w wyniku wstrząsów podziemnych było zdarzenie z 2013 roku. Otóż dość nietypową i mrożącą krew w żyłach sytuację przeżyli członkowie ekipy z Espeleo Club Pasos Largos z Rondy eksplorujący jaskinię Abisso Saragato znajdującą się w Alpach Apuańskich (Włochy). Zadaniem uczestników wyprawy było skartowanie i sfotografowanie jaskini. Po dotarciu 130-metrową studnią na głębokość 300 metrów (jaskinia ma głębokość -1125 metrów) część członków podejmuje zjazd kolejną ze studni, a dwójka pozostaje w meandrze pomiędzy studniami. W pewnym momencie ściany jaskini zaczynają dość intensywnie drżeć, a temu krótkiemu wstrząsowi towarzyszy huk spadających ową 130-metrową studnią oderwanych bloków skalnych wraz z ogromnym podmuchem powietrza.

Gdyby wstrząs nastąpił kilka minut wcześniej, gdy wszyscy grotołazi znajdowali się jeszcze w studni, doszłoby do tragedii. Po tym zdarzeniu speleolodzy znajdują bezpieczne miejsce, wolne od zasięgu spadających odłamków, między dnem studni a meandrem. Odpoczywając w nim odczuwają kolejne, słabsze wstrząsy. Po przeczekaniu ponad 2,5 godziny, podejmują decyzję o niezwłocznym rozpoczęciu wychodzenia z jaskini na powierzchnię. Niestety w trakcie odwrotu pojawiają się kolejne wstrząsy i lawina spadających kamieni. W związku z zaistniałą sytuacją podejmują decyzję o pozostaniu w jaskini i założeniu biwaku.Zjazd studniąPosiadają ze sobą zapas żywności na 3 dni. Wstrząsy ustają dopiero w nocy, zatem pozostają w jaskini do rana. Rano podejmują decyzję o wyjściu, jednakże istnieje ryzyko uszkodzenia lin i punktów przepinkowych przez spadające kamienie. Pierwszy z grotołazów wychodząc po linie przebiegającej środkiem studni ocenia drogę powrotu z pozytywnym rezultatem – okazuje się, że wszystko jest w dobrym stanie. O godzinie 10.00 cała ekipa speleologów wychodzi na powierzchnię spotykając grupę idącą im na pomoc. Eksploracja jaskini, pomimo chwil grozy, zakończyła się szczęśliwie dla uczestników 6-osobowej hiszpańsko-włoskiej wyprawy. Po kilku dniach w tym rejonie doszło do kolejnych wstrząsów, a co za tym idzie kłopotów innej grupy grotołazów w sąsiedniej jaskini. Na szczęście, jak w pierwszym przypadku, obeszło się bez ofiar i wyprawa zakończyła się pozytywnie. Jak się okazało, było to najsilniejsze trzęsienie ziemi w Alpach Apuańskich od 80 lat.

Powyższe zdarzenia i fakty świadczą o tym, że podziemne wstrząsy, w tym te niewyczuwalne dla człowieka, są coraz częstsze, a to z kolei zwiększa niebezpieczeństwa podczas eksploracji jaskiń, sugerując jednocześnie większą rozwagę, rozsądek, przywiązywanie większej uwagi do zasad bezpieczeństwa i wcześniejszego rozpoznawania zagrożeń „z góry” związanych z możliwością odpadnięcia fragmentów skalnych lub obluzowania się pojedynczych kamieni i ich spadku. Nasz kontynent wciąż „wewnętrznie żyje” i przypomina nam o tym coraz częściej, a to zaś wymaga od eksploratorów jaskiń nowego spojrzenia na ten fakt pod kątem bezpieczeństwa. Na przełomie ostatnich lat uwidocznił się nowy problem mogący zapoczątkować nową dziedzinę speleologii (może „speleosejsmologię”?).Wydobycie Johanna WesthauseraSpeleologia od XIX wieku ciągle się rozwija i ewoluuje. Warto przypomnieć, że pierwsze na świecie stowarzyszenie speleologiczne założono w 1879 roku w Austrii, natomiast za „ojca speleologii” powszechnie uważa się E.A. Martela (Francja), który między innymi w 1888 roku dokonał przejścia jaskini Bramabiau od ponoru do wywierzyska, co było na owe czasy szczytowym osiągnięciem, a później pobił rekord głębokości w jaskini Rabanel schodząc na -202 metry (obecny rekord to -2197 metrów w jaskini Woronia-Krubera). A jak kształtują się początki speleologii? Mianowicie wraz z rozwojem przemysłu od połowy XIX wieku wzrastało zapotrzebowanie na wapień. Coraz częściej natrafiano w kamieniołomach na jaskiniowe korytarze i komory, a w nich na kości zwierząt i ludzi.

Ówczesna nauka nie była przygotowana do rzetelnego zbadania i zinterpretowania znalezisk. Rozprawiano o potopie, smokach i jednorożcu. Z czasem jednak zaczęto doceniać wartości jakie niosą ze sobą jaskiniowe znaleziska i wielu naukowców skierowało swoją uwagę na podziemny świat i jego tajemnice. I właśnie w ten sposób zaczęła rodzić się nowa gałąź wiedzy – speleologia. W związku z koniecznością docierania do coraz trudniej dostępnych miejsc w jaskiniach, speleolog-naukowiec zmuszony był korzystać z pomocy ludzi umiejących zastosować pod ziemią sprzęt i techniki używane w alpinizmie. Z biegiem czasu narodziła się dyscyplina zwana alpinizmem podziemnym, a obecnie taternictwem jaskiniowym.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Snotyty

przez , 18.lip.2014, w Flora i Fauna

Snotyty (3)Snotyty swoją postacią przypominają galaretowate sople zwisające ze stropu i ścian jaskiń, wydłużone krople gęstego, półprzezroczystego szlamu lepko sączącego się, długości od 1 cm do ponad pół metra. Przypominają wyglądem śluz. Zostały odkryte (i tak nazwane) w 2003 roku przez zespół badaczy (Penelope Boston, Mike Spilde, Northup) w meksykańskiej jaskini Cueva de Villa Luz położonej niedaleko Tapijulapy. Jaskinia ta wypełniona jest trującymi wyziewami siarkowodoru, którego stężenie jest bardzo duże – 210 ppm. Przy poziomie siarkowodoru przekraczającym 10 ppm ludzie muszą oddychać przez maski z filtrem pochłaniającym go. Snotyty są tak zwanym biofilmem mikrobiologicznym, czyli warstwową kolonią bakteryjną sklejona w galaretowatą masę.Snotyty (2)Bakterie tworzące je należą do grupy chemotrofów. Utleniają siarkowodór będący ich jedynym źródłem energii i wydalają produkt uboczny w postaci kwasu siarkowego, a tym samym galaretowate struktury przypominające stalaktyty ociekają nim. Ich analiza wykazała, że były one wypełnione bakteriami blisko spokrewnionymi z siarkolubnymi Aciditheobacillus theooxidans, egzystującymi w ekstremalnych warunkach atmosfery siarkowodoru. Snotyty to tylko jeden z przykładów zbiorowisk bakteryjnych występujących w jaskini a tych jest kilkanaście. Każde z nich wygląda inaczej i każde korzysta z innych mechanizmów i źródeł odżywiania.Snotyty (1)Niektóre z takich zbiorowisk nie tworzą galaretowatych kropli ale pokrywają ściany jaskini różnymi deseniami w postaci kropek, linii czy sieci przypominających dendryty lub hieroglify. Te struktury nazywane są biowermikulacjami, a wzory biowermikulacyjne stanowią ważną biosygnature. Biowernikulacje spotykane są również poza środowiskiem jaskiń, zazwyczaj w miejscach gdzie występują niedobory jakichś zasobów, powstając w różnej skali, na przykład na obszarach pustynnych powłoki mchów i porostów. Snotyty stanowią pokarm dla niektórych, wyspecjalizowanych gatunków owadów troglofilnych i trogloksenicznych, na przykład muchówek. Naukowcy z Geological Society of America uważają snotyty za pomocne podczas poszukiwania form życia pozaziemskiego.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Tajemnice „Złotego Lasu”

przez , 11.lip.2014, w Skarby

TZL1Jest styczeń 1945 roku. Niemiec Otto Bergman ze wsi Hockenau (Czaple) udaje się przez Pilgramsdorfer Forst (obecnie część Złotoryjskiego Lasu) do swojej siostry w Harpersdorf (Twardocice). Są to ostanie dni, w których zamieszkująca na tych terenach ludność niemiecka szykuje się do ucieczki w głąb Rzeszy przed nadciągającymi wojskami Armii Czerwonej. Znalazłszy się w pobliżu wzgórza LangeBerg (Długotka 291 m n.p.m.) słyszy huk silnika nadjeżdżającego polną drogą samochodu. Zatrzymuje się i kryje za drzewem. Z mijającej niewielkiej ciężarówki dostrzega go żołnierz niemiecki. Ciężarówka zatrzymuje się. Otto wystraszony ucieka w głąb lasu. Żołnierz wyskakuje z ciężarówki i posyła w jego kierunku serię z karabinu maszynowego. Bergman w pewnym momencie czuje potworny ból i gorąco rozchodzące się po jego ciele – jedna z kul dosięgła jego barku.

Mimo odniesionej rany biegnie w panice na oślep przed siebie jeszcze przez kilkadziesiąt metrów, brnąc ostatkiem sił przez zalegający śnieg, po czym wpada w jakiś dół i traci przytomność na kilka minut. Gdy odzyskuje świadomość ostrożnie wychyla się z wykrotu, z przerażeniem obserwując teren. Widzi grupę kilku niemieckich żołnierzy przenoszących jakieś niewielkie skrzynie z ciężarówki w kierunku leśnej studni, które opuszczają do wnętrza. Po chwili dają mu się słyszeć strzały, a chwilę potem głuchy huk, po czym żołnierze wsiadają do samochodu, a ten zawraca w kierunku drogi Złotoryja – Lwówek Śląski. Otto ranny i ostatkiem sił wraca do swojego domu. W nim tygodniami dochodzi do siebie. Sam nie wie dlaczego wtedy nie zginał, dlaczego niemiecki żołnierz go nie dobił. Być może był przekonany o celności swoich strzałów, być może uznał, że szkoda tracić czas na tropienie przypadkowego świadka transportu, który przecież samej akcji ukrycia skrzyń już nie widział.TZL2Otto przeżył. Nie wyjechał jak jego siostra z rodziną i większość Niemców w głąb Rzeszy. Postanowił zostać na ojcowiźnie. Po wojnie do Czapli zawitali przesiedleńcy z kresów wschodnich. Jego dom został „przydzielony” rodzinie Władysława Zychlewicza. Nie byli złymi ludźmi pałającymi nienawiścią do ludności niemieckiej, uprzedzonymi do niego. Rozumieli los przymusowo wypędzonych z tych ziem Niemców – oni przecież też zostali przymusowo przesiedleni, rozumieli przywiązanie i miłość Otta do ziemi ojca. Z upływem czasu zaprzyjaźnili się na tyle, że traktowali go jak członka rodziny, jak wujka. Bergman wyjechał do Niemiec, do siostry dopiero pod koniec lat 50-tych i tam po paru latach zmarł.

Opowiedział jednak kiedyś Władysławowi Zychlewiczowi swoją przygodę w Złotoryjskim Lesie, o niemieckiej ciężarówce, która wjechała w las, o żołnierzach ukrywających jakieś skrzynie w studni. Studni, która tkwiła samotnie przez wieki w lesie i nigdy nie była studnią z prawdziwego zdarzenia, bo… nie było w niej wody!Otto nazywał ją „Ahnbrunnen”. Władysław kiedyś powtórzył zasłyszaną od Niemca historię swojemu synowi Zygmuntowi. Władysław zmarł, a Zygmunt wraz z rodziną wyprowadził się na Pomorze. W Czaplach pozostali inni członkowie rodziny Władysława nie znający tej historii. Zygmunt zaś opowiedział o tych wydarzeniach swojemu synowi Grzegorzowi i dlatego teraz, za jego sprawą, ujrzała ona światło dzienne.TZL3Jak zapewnia pan Grzegorz, historia ta nie jest żadną miejscową legendą jakich istnieje wiele, podobnych, krążących w wielu miejscach na Dolnym Śląsku. Ani Otto, ani Władysław i Zygmunt nikomu więcej o niej nie opowiadali. Co wiadomo na temat Złotoryjskiego Lasu nazywanego też błędnie Złotym Lasem? Otóż las stał się własnością Złotoryi w 1393 roku (stąd nazwa – Goldberger Forst). Przez leżący w jego centrum dzisiejszy przysiółek Czapli – Choiniec (Hainwald), w średniowieczu przebiegała uczęszczana przez kupców i pielgrzymów droga ze Złotoryi do Lwówka Śląskiego (obecnie droga krajowa nr.364). Istniało tutaj kilka zajazdów i kościół po którym w chwili obecnej nie ma żadnego śladu. W XIV wieku Złotoryjski Las zmienia nazwę na potoczną – „Złoty Las”, a to za sprawą odkrytych tu pokładów złotonośnych żwirów.

Od tego momentu staje się on średniowiecznym obszarem górnictwa złota. W chwili obecnej zachowało się niewiele śladów na powierzchni po ówczesnej „gorączce złota”, gdyż sztolnie i szyby drążone były w warstwach żwirów złotonośnych posiadając znikomą obudowę drewnianą, a opuszczone szybko ulegały zawaleniu. Pozostałe odkrywki polegały na drążeniu jam, ponieważ złotonośny żwir zalegał niezbyt głęboko, a wewnątrz nich pozostawiano dla bezpieczeństwa górników filary. Właśnie dzięki tym filarom dziś można jeszcze zidentyfikować w terenie kilka miejsc po wydobyciu oraz przebieg chodników, ponieważ teren wokół nich zapadł się. Odnajdywane do dziś jamy nie są typowymi sztolniami, a wybraniami w czwartorzędowych żwirach o głębokości paru metrów.TZL4Pewien zapis mówi o przypadku zapadnięcia się starego szybu na polu złotonośnym koło nieodległej wsi Chmielno w 1825 r. (około 9 km na północny-zachód od Złotoryjskiego Lasu). W tym samym roku, w sierpniu, miało mieć miejsce podobne zdarzenie na dawnym złotonośnym polu górniczym pomiędzy miejscowościami Bielanka a Dworek, około 5 km na zachód od Złotoryjskiego Lasu. Wówczas to niejaki Bergemann, będący inspektorem leśnym, odkrył tam głęboki na około 170 cm szybik prowadzący do sztolni. Ponieważ wzbudził on jego zainteresowanie, po usunięciu przeszkód wszedł do sztolni znajdując w niej tkwiące w zawalisku żwirowym szyny kolejki.

Ponownie miało zainteresować się terenem Złotoryjskiego Lasu OBB, wydając w 1924 roku koncesję na wydobycie złota. W związku z tym powstaje sztolnia „Hedwig”, w której wydobywano złoto do 1928 roku, po czy zamknięto ją z braku rentowności. Na tym kończy się blask „Złotego Lasu”. Złotoryjski Las słynie też z innego powodu, mianowicie jedynie tutaj w Polsce, na stosunkowo niewielkim obszarze znajduje się dużo kamiennych krzyży (7), w tym kamień ze starą inskrypcją, 2 pamiątkowe i 4 pokutne, bardzo interesujące ze względu na ryty narzędzi zbrodni i inskrypcje.TZL54 października 2013 r. leśniczy Wojciech Grzywa i podleśniczy Jarosław Rudnicki rutynowo patrolowali fragment Złotoryjskiego Lasu od strony Nowych Łąk, a zarazem niedaleko tajemniczego kamiennego krzyża z jedynym w Europie rytem poziomicy i kielni. Przy okazji próbowali wyjaśnić pochodzenie kilkudziesięciu zagadkowych niezbyt głębokich dołów w tym rejonie. Tak wspomina ten moment Wojciech Grzywa: Jarek potknął się o wystający z ziemi kikut podstawy krzyża i (…) zwrócił tym moją uwagę: wtedy zobaczyłem na ziemi przed sobą zarys leżącego pod mchem krzyża. Spod darni, gałęzi i mchu, odsłonili wykonany z piaskowca krzyż z inskrypcją, rozpoczynającą się datą 1808. Po ułamaniu leżał tam zapewne od dłuższego czasu, samoistnie znikając pod ściółką. Tkwiący obok w ziemi prostokątny kamień okazał się fragmentem trzonu krzyża. Pełni emocji spędzili przy krzyżu blisko godzinę, wydobywając go z ziemi i oczyszczając inskrypcję na tyle, by na gorąco wykonać kilka zdjęć telefonem komórkowym. Nie spodziewali się takiego odkrycia w tym  miejscu; mieli nadzieję na takie znalezisko ewentualnie bardziej na północy Złotoryjskiego Lasu, ponieważ na starych mapach figuruje taki zaginiony obiekt. Krzyż trafił z powrotem do swojej kryjówki, by nie paść łupem poszukiwaczy skarbów (…).Odnaleziony krzyż fot Marzena SzkutnikKrzyż, razem z wystającym fragmentem trzonu, liczy 86 cm wysokości, rozpiętość ramion wynosi 51 cm; trzon i ramiona mają przekrój kwadratu o boku 21 cm. Udało się odczytać inskrypcję: 1808 Ist ein Geh: Man gef: word: Den 14 Oct. We współczesnym języku niemieckim brzmiałaby: „Am 14. Oktober 1808 ist ein gehängter Mann gefunden worden”, a w tłumaczeniu na język polski: 14 października 1808 r. został znaleziony powieszony mężczyzna. Niewykluczone, że archiwalia przyniosą szczegóły tego tragicznego wydarzenia, którego nie wiążemy w tej chwili z jakąś wojenną zawieruchą. Ten siódmy krzyż ma więc charakter pamiątkowy i jest najmłodszym kamiennym krzyżem Złotoryjskiego Lasu (…). Dzięki Wojciechowi Grzywie i Jarosławowi Rudnickiemu Złotoryjski Las ujawnił kolejną ze swych tajemnic. A kryć może jeszcze niejedną. Jakiś czas temu saperzy usuwali stąd niewybuchy. W leśnych ostępach natrafić można nie tylko na tajemnicze zagłębienia i ślady kamieniołomów, ale także na sporych rozmiarów piaskowcowe głazy czy fragmenty fundamentów. Złotoryjskiego Lasu nie mieli okazji zbadać archeolodzy„.StudniaWracając do tajemniczej studni. By do niej trafić wystarczy zatrzymać się przy pomniku „40-lecia Koła Łowieckiego Cyranka” po prawej stronie drogi do Lwówka Śląskiego za wsią Nowe Łąki i dalej iść polna drogą w prawo. Po około 300 m po lewej stronie w lesie znajduje się opisywana studnia. Czy na pewno jest to studnia skoro w czasach przedwojennych i powojennych nie było w niej wody? Kto i po co miałby budować studnię w środku lasu między dwoma, niewielkimi wsiami? Sporej średnicy obiekt, wykonany z ciosanych bloków piaskowca, bez przybudowy naziemnej, głębokości ponad 12 metrów, z suchym dnem. Czym zatem była skoro nie czerpnią wody? Odpowiedź może być następująca – prawdopodobnie owa studnia mogła być szybem (studnią rewizyjną) przeprowadzającym przez piaski i żwiry do warstwy złotonośnej znajdującej się nad piaskowcami. Znane są podobne rozwiązania i konstrukcje na terenie Dolnego Śląska.Lokalizacja studni w Złotoryjskim LesieZ jej dna mogły rozchodzić się chodniki w nieokreślonych bliżej kierunkach, posiadające obudowę drewnianą, a być może kamienną. Wykucia na górnej krawędzi studni, w blokach piaskowcowych, świadczą o zamontowanej tu dawniej belce, która mogła służyć jako element urządzenia wyciągowego do transportu urobku. Na jej ścianach nie ma widocznych śladów po stopniach sprowadzających w dół. A może jednak była zwykłą studnią, w której ciek wodny zanikł na przestrzeni wieków, ginąc w spękaniach powstałych w piaskowcu na jej dnie. Nie mniej jednak żołnierze niemieccy z pewnością wiedzieli o jej istnieniu. Co było w skrzyniach? Tajne dokumenty, kosztowności, zbędny sprzęt wojskowy, broń? Skąd przyjechał transport? Może z nieodległego zamku Grodziec, w którym zorganizowano jedną ze składnic Gunthera Grundmanna? Czy skrzynie nadal spoczywają na dnie studni, czy zostały już wydobyte? Tajemnica „Ahnbrunnen” ciągle czeka na swoje rozwiązanie. Imiona i nazwiska bohaterów na prośbę pana Grzegorza zostały zmienione.

(źródła: własne i „Siódmy krzyż odnaleziony w złotoryjskim lesie”- R.Gorzkowski, J.Banaszek)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia „Złotych Wołów” w górze Chełmiec

przez , 25.cze.2014, w Pod ziemią

Chodnik w sztolni Złotych WołówNad Wałbrzychem, od zachodu, góruje drugi co do wysokości szczyt Gór Wałbrzyskich – Chełmiec 851 m n.p.m., stanowiący rozległy masyw, z dominującą, zalesioną kopułą. Zbudowany głównie z porfirów powstał w wyniku karbońskich procesów wulkanicznych. Na jego południowych zboczach, w 1856 roku, przedsiębiorca Georg Kramsta zakłada kopalnię Prophet (Prorok), na terenie wcześniejszych, XVI-wiecznych robót górniczych, która z braku rentowności zostaje zamknięta po 10 latach. Do założenia tego należała również sztolnia „Złotych Wołów” (Goldner Ochsen Stollen), drążona za rudami ołowiu i srebra, posiadająca swój wlot na wysokości 556 m n.p.m. i około 450 metrów chodników. W chwili obecnej pierwotne wejście do sztolni zastąpiła ceglana studzienka, która pełniła funkcję czerpni wody.

Jedyną drogą prowadzącą do jej wnętrza jest ta, wiodąca przez prawie 10-metrowej głębokości studzienkę techniczną oddaloną o około 50 m. Aby do niej zejść niezbędna jest lina i przyrządy zjazdowe lub stosownej długości drabinka. Dno studni jest częściowo zagruzowane i zaśmiecone. Stąd biegną dwa, naprzeciwległe chodniki, z których pierwszy, biegnący ku pierwotnemu wejściu sztolni, jest ciasny z powodu zalegającego w nim gruzu i kończy się po około 10 metrach zawałem. Kierując się drugim chodnikiem w głąb sztolni, po około 10 metrach, doprowadza on do niewielkiej komory, w której spągu znajduje się zalany, obudowany częściowo drewnem, 12 metrowy szyb sprowadzający na niższy poziom eksploatacyjny sztolni.

Idąc dalej, po kilku metrach widoczna jest kolejna niewielka komora (3m x 3m), z której następnie wąski (1m x 1,8m), około 70 metrowy chodnik doprowadza do dużej, wysokiej na około 5 metrów komory eksploatacyjnej. W komorze znajduje się spora hałda rumoszu skalnego. Kilka metrów za nią umiejscowiony jest niewielki betonowy próg/tama. Za tamą chodnik robi się coraz to mniejszy doprowadzając do obudowanego stemplami przodka, ze sporych rozmiarów zawałem, powstałym w wyniku zasypania szybu transportowego prowadzącego niegdyś na powierzchnię. Sztolnia jest prostym wyrobiskiem bez bocznych chodników poszukiwawczych i obecnie dostępna jest na około 140 metrach.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , więcej...

Kościół św.Marii Dominiki Mazzarello w Lubinie

przez , 18.cze.2014, w Zabytki

KDMTen XIV-wieczny gotycki kościół znajduje się przy ul. Przemysłowej w Lubinie i jest filialnym kościołem rzymskokatolickim parafii w Chróstniku. Najstarsza wzmianka pochodzi z 1399 roku i związana jest z nadaniem mu uprawnień parafialnych. Świątynia została przebudowana i powiększona w XVII wieku, a następnie restaurowana w XIX wieku. Częściowo zniszczona podczas II wojny światowej, kiedy to między innymi w 1945 roku zniszczono ostrosłupowy hełm wieży, poddana była odbudowie podjętej w latach 1959-1960, a zarazem obniżona o czym świadczy widoczny ślad po wschodniej stronie wieży. Kościół jest wzniesiony na planie prostokąta, orientowany, z kamienia i z cegły. Jednonawowy z węższym, prostokątnym prezbiterium i zakrystią. Od zachodu przylega do niego kwadratowa, kamienna wieża przykryta płaskim dachem.KDM (1)Korpus nawowy, prezbiterium i przybudówki zwieńczone są dachami dwuspadowymi. Od południa do wieży przylega XVII-wieczne, dwukondygnacyjne mauzoleum grobowe rodziny von Hoberck, pełniące funkcję kaplicy, ze sklepieniem krzyżowym wspartym na filarze centralnym. W podziemiach znajduje się krypta grobowa ze sklepieniami kolebkowymi, w której umiejscowione są trumny oraz kamienne sarkofagi. Wewnątrz kościoła zachowały się renesansowe, bogato zdobione rzeźbiarsko i polichromowane, ołtarz i ambona oraz barokowa, dekorowana ornamentem roślinnym loża kolatorska z przełomu XVII i XVIII wieku, która po wojnie została zamurowana. Loża kolatorska to określenie (kolator) pochodzące z łaciny i oznaczające darczyńcę, patrona kościoła, opiekuna lub fundatora.KDM (2)Kolatorami byli dawniej właściciele ziemscy z terenu parafii. Mieli między innymi prawo przedstawiania biskupowi kandydatów na beneficjentów przy kościele, mogli wewnątrz świątyni umieszczać tablice nagrobkowe i posiadać własne, wydzielone miejsce w trakcie nabożeństw – loże. Wewnątrz kościoła zachowały się również piaskowcowe płyty nagrobne Krzysztofa von Brauchitscha (rodzina Brzuchaczy) i jego żony Ewy von Brauchitsch z domu Bock, z około 1600 roku. Kościół otoczony jest murem ceglano – kamiennym. Na jego terenie znajduje się kilka kamiennych płyt nagrobnych, wiekowa studnia (czynna), a na elewacji kościoła kilka piaskowcowych okazałych płyt epitafijnych. W 1969 roku ksiądz Szafarski sprowadził relikwie i wizerunek św. Marii Dominiki Mazzarello, założycielki sióstr Salezjanek. Mówi się o niej jako o świętej Marii.KDM (3)Urodziła się 9 maja 1837 roku w Mornese, a zmarła 14 maja 1881 roku w Nizza Monferrato. Wychowywana była w głębokiej pobożności i niestrudzonej pracowitości, a to ściśle złączone było ze zmysłem praktycznym i zdrowym rozsądkiem. Cechy te uzewnętrzniły się także później, gdy była Przełożoną. Mając 15 lat zapisała się do Stowarzyszenia Córek Maryi Niepokalanej i rozpoczęła apostolat wśród dziewcząt. W wieku 27 lat zapada na tyfus. Choroba miała mocny oddźwięk duchowy – doświadczenie słabości fizycznej z jednej strony czyni głębszym zanurzenie w Bogu, a z drugiej strony popycha do otwarcia pracowni krawieckiej w celu nauczania dziewcząt zawodu, modlitwy i miłości do Boga. Dzięki intensywnemu uczestnictwu w sakramentach i pod mądrym i światłym przewodnictwem księdza Pestarino, czyni wielkie postępy w życiu duchowym.KDM (4)Podczas pierwszej wizyty księdza Jana Bosko w Mornese (1864 rok) miała powiedzieć: „Ksiądz Bosko to święty, a ja to czuję”. W 1872 roku ksiądz Bosko wybrał ją do zainicjowania Zgromadzenia Córek Maryi Wspomożycielki. Jako przełożona okazała się zdolną formatorką i mistrzynią życia duchowego, miała charyzmat radości pogodnej i zaraźliwej, promieniując radością i włączając kolejne dziewczęta w misję poświecenia się wychowaniu kobiet. Zgromadzenie rozwijało się szybko. W chwili śmierci zostawiła swoim Córkom tradycję wychowawczą całkowicie przenikniętą wartościami ewangelicznymi: poszukiwanie Boga poznawanego podczas katechezy i gorącą miłość, odpowiedzialność w pracy, szczerość i pokorę, surowość życia i radość z dawania siebie.KDM (5)Beatyfikowana została 20.11.1938 roku przez Piusa XI, kanonizowana 24.06.1951 roku przez Piusa XII. Jej szczątki spoczywają w Bazylice Maryi Wspomożycielki w Turynie. Wspomnienie liturgiczne w kościele katolickim obchodzone jest 14 maja, a zgromadzenie salezjańskie wspomina świętą 13 maja. Corocznie obchodzony jest tu odpust parafialny, na który zjeżdżają się siostry Salezjanki, Salezjanie i młodzież salezjańska. Po remoncie organów odbywają się koncerty organowe. Na koniec warto też wspomnieć o znajdującym się około 200 metrów na zachód od kościoła, między rozwidleniem szutrowych dróg a dawnym stawem, kamiennym obelisku poświęconym pamięci ofiar I wojny światowej. W sąsiedztwie kościoła znajdował się do niedawna drewniany budynek mieszkalny przypominający swym wyglądem średniowieczny szynk.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Stopień wodny w Pilchowicach

przez , 11.cze.2014, w Ciekawe miejsca

SWPDecyzję o budowie Zapory Pilchowice (Bobertalsperre Mauer, Talsperre Mauer, Mauertalsperre) podjęto po wielkiej powodzi, która to nawiedziła te tereny w lipcu 1897 roku. Kulminacja fali powodziowej na rzece Bóbr wynosiła 1200 m3/s. Decyzja o budowie Zapory Pilchowickiej zapadła 3 lipca 1900 roku i poprzedził ją zaledwie 2-letni okres przygotowawczy. Wybudowana została przez firmę B. Liebold & Co. AG Holzminden-Berlin pod kierownictwem Alberto Cucchiero, według projektu profesora Otto Intze oraz dr Curta Bachmanna. Pierwsze prace rozpoczęto w 1902 roku. Dwa lata później rozpoczęto drążenie kanału, który miał odprowadzać wodę z placu budowy. Kanał ma szerokość 9 m, wysokość 7 m, a jego długość wynosi 383 m. W odległości 152 m od wlotu znajduje się 45 metrowy szyb, w którym znajduje się betonowa śluza służąca do kontrolowania przepływu wody działająca do dziś.SWP (1)W latach 1904-1906 wykonano sztolnię obiegową, a w latach 1906-1908 przygotowano wyłomy pod fundament budowli. Kamień węgielny pod budowę zapory został położony 20 czerwca 1908 roku. Po wybudowaniu kanału stworzono przegrody znajdujące się za wlotem kanału i przed jego wylotem, dzięki czemu osuszono i przygotowano teren pod budowę. Przegroda przed wlotem kanału istnieje do tej pory, jednak znajduje się ona pod lustrem wody, stanowiąc barierę ochronną przed przenoszeniem cięższych kawałków skał po dnie oraz innych elementów mogących zagrozić zaporze. Korpus zapory posadowiony na rodzimych skałach, gnejsach i granitognejsach, stanowi mur z kamienia łamanego na zaprawie cementowo-tarasowo-wapiennej. Użyty do budowy kamień pochodził z miejscowych kamieniołomów zlokalizowanych na terenie lub w pobliżu terenu zajmowanego pod zbiornik.SWP (2)W 1909 roku wezbrane wody podtapiały dół fundamentów i część korpusu zapory. 16 listopada 1912 roku nastąpiło oficjalne otwarcie zapory przez cesarza Wilhelma II. Jest obecnie drugą co do wysokości, po Solinie, i druga co do czasu powstania zaporą w Polsce, a ponadto jest to najwyższa w Polsce zapora kamienna oraz łukowa. Wysokość zapory to 62 m, a długość jej korony to 280 m. W wyniku budowy zapory powstał zalew o powierzchni 240 ha i pojemności 50 mln m3. Poniżej zapory zbudowano elektrownię o mocy 7,5 MW złożoną z 6 turbozespołów. Jezioro Pilchowickie (zbiornik/jezioro zaporowe) ma długość 6 km. Podstawowym celem Jeziora Pilchowickiego jest działanie przeciwpowodziowe (retencyjne) i produkcja energii elektrycznej. Głębokość zbiornika waha się między 40 a 47 metrów. Nad jeziorem w 1909 r. firma B. Liebold & Co AG Holzminden wybudowała kosztem 260.000 marek most kolejowy o długości 131,7 metrów. Most ten, wysadzony w powietrze w maju 1945 roku, został odbudowany i oddany ponownie do użytku w listopadzie 1946 roku.SWP (3)Dane techniczne obiektu (pochodzące od administratora)
Zapora ciężka kamienno-betonowa: wysokość całkowita 62 m, wysokość od powierzchni terenu 45 m, długość w koronie 280 m, szerokość korony 7,5 m, szerokość u podstawy 50 m, kubatura muru 260.000 m3.
Urządzenia zrzutowe: przelew powierzchniowy o długości 87 m, sztolnia obiegowa o długości 383 m z trzema zasuwami o średnicy 1,5 m, dwa upusty denne o średnicy 1,5 m.
Elektrownia: w elektrowni zainstalowanych jest 6 turbozespołów z turbinami Francisa, z czego 4 o mocy zainstalowanej 1240 kW z turbinami na spad 23 m; jeden o mocy zainstalowanej 2480 kW z turbiną na spad 35 m; jeden o mocy zainstalowanej 145 kW z turbiną na spad 23 m.

Łączna moc zainstalowanej elektrowni to 7585 kW.
Turbiny i generatory są firmy J.M. Voith-Heidenheim.
Generatory firmy Siemens Schuckert Werke, Allgemaine Elektricitats Geselschaft oraz Zakładów M-1 (turbozespół numer 6).
Zbiornik powodziowo – energetyczny: całkowita pojemność 50 mln m3, rezerwa powodziowa 26 mln m3, pojemność energetyczna 16 mln m3, pojemność martwa 8 mln m3, powierzchnia 240 ha, długość 6 km.

 

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia Gozdnica

przez , 09.cze.2014, w Pod ziemią

SGMiędzy wsiami Gozdno (Herrmannswaldau) i Kondratów (Konradswaldau) znajduje się mały masyw górski składający się z czterech charakterystycznych wzniesień – Gozdnicy 455 m n.p.m., Międzydroża 460 m n.p.m., Jastrzębnika 468 m n.p.m. i Pustelnika 440 m n.p.m. Przez teren tych wzgórz (na północ od góry Pustelnik, a na południe od Międzydroża i Jastrzębnika) przebiega szlak „Wygasłych Wulkanów”. Mało kto wie co skrywa w sobie góra Gozdnica (Tannhubel). Otóż jesienią 2013 roku udało się na jej zboczach zlokalizować zawalone wejście do sztolni. Podjęte prace powierzchniowe doprowadziły do odgruzowania jej wlotu, a następnie eksploracji jej wnętrza.SG (1)We wstępnej fazie prac wykonano „rowek”, mający na celu udrożnienie grawitacyjnego odpływu wody z wnętrza sztolni, w której poziom wody sięgał miejscami do 1,5 m głębokości. Następnie przystąpiono do jej eksploracji. Sztolnia, prawdopodobnie drążona za rudami takich metali jak miedź, srebro, złoto, a być może i uranem, okazała się prostym wyrobiskiem o łącznej długości dostępnych chodników – 245 metrów, w tym prosty, główny chodnik – 230 m (gdzie na jego 210 metrze wydrążono szyb w spągu) i boczny chodnik, 15-metrowy, zakończony zawałem, najwyraźniej szybu wyprowadzającego na powierzchnię. Wewnątrz sztolni, na spągu, odnaleziono pozostałości torowiska kolejki, z drewnianymi podkładami i szynami.SG (2)Sztolnia posiada miejscami obudowę drewnianą. W jej końcowym odcinku uwidacznia się spora infiltracja górotworu przez wodę (spękania), czego świadectwem mogą być chociażby liczne nacieki mineralne. Najprawdopodobniej jej powstanie wiąże się z dawnym, XVIII-XIX-wiecznym poszukiwaniem rud metali kolorowych. Wokół sztolni nie ma żadnych śladów pozostałości dawnego górnictwa, na przykład hałd skały płonnej, co może sugerować, że eksploatowane złoże rud metali było na tyle bogate, iż wydobytą rudę na bieżąco transportowano do miejsca jej wytopu. Na chwilę obecną „Sztolnia Gozdnica” w dalszym ciągu jest badana.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia w górze Chmielarz

przez , 17.maj.2014, w Pod ziemią

Sztolnia w ChmielarzuWojcieszów to 4-tysięczne miasto położone w Górach Kaczawskich nad rzeką Kaczawą. Około 1,5 km na wschód od niego znajduje się góra Chmielarz (Hopfenberg) 585 m n.p.m., leżąca w północnej części Grzbietu Wysokiego Gór Kaczawskich, w której zboczach wydrążono sztolnię poszukiwawczą za rudami uranu, popularnie nazywaną Sztolnią w Chmielarzu. Aby do niej dotrzeć wędrówkę najlepiej rozpocząć z parkingu rowerowego z małą infrastrukturą turystyczną (wiaty, tablice informacyjne) przy ul. Nadrzecznej. Tu bierze początek ścieżka przyrodniczo-dydaktyczna „Gruszka”. Z parkingu kierujemy się początkowo za znakami czerwonymi pod górę szutrową drogą, trawersując od północy zbocza góry Trzciniec 485 m n.p.m. do stanowiska nr. 4, a dalej już za znakami niebieskimi (przed stan.nr.4 skręcić w lewo) trawersujemy od północy zbocza góry Polanka 551 m n.p.m. docierając po kilkudziesięciu metrach do podnóża Chmielarza. Chmielarz zbudowany jest ze staropaleozoicznych skał metamorficznych pochodzenia wulkanicznego takich jak zieleńce i łupki zieleńcowe oraz skał pochodzenia osadowego, należących do metamorfiku kaczawskiego – fyllitów i łupków (albitowo-serycytowych,chlorytowo-serycytowych,kwarcowo-serycytowych).Wlot sztolniW kulminacji szczytowej znajdują się niewielkie wychodnie skał. Górę porasta las iglasty.Po prawej stronie ścieżki dydaktycznej, na przeciwko stanowiska nr.5, wyraźny wąwozik i wydeptana ścieżka doprowadza do wlotu sztolni. Wlot sztolni widoczny jest z drogi. Na temat genezy jej powstania krążą dwie wersje. Pierwsza z nich mówi, że jej początki wiążą się z poszukiwaniami i pracami za rudami uranu prowadzonymi przez Niemców w latach 1943-1944. Druga wiąże się z utworzonymi na mocy porozumienia polsko-radzieckiego w 1948 r. radzieckimi grupami geologiczno – poszukiwawczymi, których zadaniem było rozpoznanie zasobów minerałów uranonośnych, penetrujących stare sztolnie oraz drążących nowe. W rejonie Sudetów działało 18 takich ekip, w rejonie Wojcieszowa – 5. Na zboczach Chmielarza wydrążone zostały co najmniej dwie sztolnie poszukiwawcze w latach 1947-1952 przez Rosjan z tzw. Zakładów Przemysłowych R1, oraz niemieckich jeńców (co do tych brak jest jednak informacji źródłowych). Nie są znane wyniki prac i badań prowadzonych w sztolni przez Rosjan.Początkowy odcinekW 1951 r. w okolicach Wojcieszowa wydobyto około 1,2 kg czystego uranu, a jego średnia koncentracja miała wynosić 0,23 kg/tonę przetworzonej skały. W 1953 r. sztolnia została zinwentaryzowana przez Wojsko Polskie i zaliczona do obiektów „niewykorzystywanych”. Otwór wejściowy znajduje się na wysokości 560 m n.p.m. Całkowita długość wyrobisk to około 450 metrów, z czego ponad 300 metrów przypada chodnikowi głównemu, a resztę stanowią boczne chodniki poszukiwawcze. Sztolnia posiadała jeden 20 metrowy szyb. Za otworem wejściowym sztolnia zabezpieczona jest metalową kratą zamykaną od października do maja o czym informuje zawieszona tabliczka, z uwagi na zimujące w niej nietoperze, co tym samym czyni ją obiektem chronionym na mocy prawa jako siedlisko zwierząt objętych ścisłą ochroną. Początkowy odcinek zalany jest wodą osiągającą miejscami głębokość do 1 m. Główną jej część stanowi obszerny poziomy chodnik, z sześcioma parometrowymi bocznymi chodnikami poszukiwawczymi. Wraz z pokonywaną odległością wody na spągu ubywa (czynny ciek wodny – grawitacyjny odpływ wody).Pozostałości magazynu MWPo lewej stronie znajduje się obudowana cegłą komora techniczna, prawdopodobnie były magazyn materiałów wybuchowych. W dalszej części widoczne są na ścianach i stropie liczne żyły kwarcu oraz wkładki łupków zieleńcowych, z których to pobierano próby rud uranu, arsenu, arsenopirytu i miedzi. Widoczne są też różnokolorowe nacieki mineralne, od białych poprzez żółte, czerwone, fioletowe do czarnych, tworzące się w wyniku infiltracji przez wodę górotworu i wypłukiwanie z niego związków mineralnych. Na jednym ze skrzyżowań chodników, w miejscu uskoku tektonicznego, występuje niewielki obwał skał ze stropu. Kolejny obwał można spotkać w jednym z bocznych chodników posiadających drewnianą obudowę. W sztolni widoczne są ślady dawnego torowiska, a spod obwału wystają fragmenty szyn. Mniej więcej w połowie długości sztolni zauważyć można porzucony pojemnik na uran. Pod względem górniczym stan wyrobisk sztolni w Chmielarzu jest dobry.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , więcej...

Pogwizdów von Loeschów

przez , 06.maj.2014, w Ciekawe miejsca

Kaplica LoeschówPogwizdów to wieś oddalona o 5 km na północ od Bolkowa, na drodze pomiędzy wsiami Jastrowiec i Kwietniki. Wzmiankowana była po raz pierwszy w dokumencie księcia Henryka I Brodatego z 1203 roku jako Helmerichesdorf, czyli wieś Helmeryka (Elmeryka). W 1318 roku nazywana jako „Halvici Villa”. Henryk I Brodaty miał podarować wieś, założoną na prawie niemieckim, klasztorowi cysterskiemu w Lubiążu wraz z innymi wioskami leżącymi na obszarze góry Chełm, który obejmował 500 łanów frankońskich. Z treści dokumentu książęcego wynika, że wieś istniała znacznie wcześniej niż wskazywałaby na to pierwsza wzmianka o jej istnieniu. Świadczy też o tym wymownie romańska forma starego kościoła parafialnego, błędnie określanego nazwą cmentarnego, gdyż służył za cmentarny dopiero od 2 poł. XVIII wieku.

Co do genezy nazwy miejscowości, nazwa Pogwizdów oznacza „miejsce gdzie wiatr gwiżdże”, czyli w przenośni miejsce niedostępne. Wjeżdżając do wsi od strony Jastrowca po prawej stronie widoczny jest kościół p.w. Podwyższenia Krzyża. Wczesnogotycka świątynia powstała prawdopodobnie w 1 poł. XIII wieku. Jest budowlą kamienną, orientowaną, z prezbiterium zwróconym ku wschodowi, kaplicą ku południu i wieżą wznoszącą się od zachodu nad nawą, otoczona murem z kamienia łamanego. Do kościoła prowadzą dwa gotyckie portale z początku XIV wieku, jeden do nawy, drugi do kaplicy. Wyposażenie stanowią płyty nagrobne z piaskowca i epitafia dawnych właścicieli wewnątrz i na zewnątrz kościoła, m.in. rodziny von Schindel i Zettritz. W połowie XVI wieku kościół został przejęty przez protestantów, oddany katolikom w 1654 roku. Pod koniec lat 90-tych XX wieku w kościele odkryto malowidła ścienne.

Kilkadziesiąt metrów od kościoła, po drugiej stronie rzeki Przyłęcznica, znajdują się ruiny pałacu. Pałac w Pogwizdowie powstał około 1800 roku z inicjatywy Ernesta Wilhelma Nostitza w miejscu, w którym wcześniej stał dworek renesansowy strawiony przez pożar. Pałac miał dwie kondygnacje i nakryty był mansardowym dachem. W XIX wieku dobudowano do niego rodzaj zadaszonego podestu z czterema wysokimi kolumnami. Pałac nieremontowany od połowy lat 70-tych XX wieku popadł w ruinę i w takim stanie znajduje się do chwili obecnej. Nieopodal ruin znajduje się przypałacowy park. Najstarsza część założenia parkowego położona była na północny-zachód od pałacu. Znajdował się tam otoczony groblami rozległy staw gospodarczy, pełniący również funkcję stawu ozdobnego. Około 1874 roku parkowe założenia powiększono w kierunku południowym, gdzie łączyło się z lasem oraz ukształtowano otoczenia dwóch stawów gospodarczych po przeciwnej niż pałac stronie drogi w kierunku Bolkowa.

Wykorzystując istniejące ogrody regularne i ogrody gospodarcze oraz tereny dworskie na wschód od dworu założono rozległy park krajobrazowy o rozbudowanym systemie wodnym, misternym układzie dróg, a z południowej części parku wyprowadzono aleję do pobliskich Świn. Jego projektantem był Eduard Petzold, znany architekt krajobrazu. Na terenie zachowały się pozostałości parku pałacowego o powierzchni 9,5 ha. Przeważa w nim drzewostan rodzimy: lipy drobnolistne, dęby szypułkowe, ale są też rzadkie odmiany dębów. W okolicy rosną okazałe świerki pospolite, pomniki przyrody o obwodzie 2 – 2,5  metra, a pomnikowa topola czarna rośnie na wschodzie wsi. W centrum wsi znajduje się obelisk pamiątkowy (1202-2002) wzniesiony z kamieni, z kulminacją w postaci krzyża pokutnego z piaskowca.

Kolejnym kościołem jest poewangelicki kościół z 1741 roku p.w. Wniebowstąpienia Pańskiego. Jest budowlą jednonawową, prostokątną, z zachowanym barokowym ołtarzem głównym i elementami wyposażenia pochodzącymi z fundacji właścicieli dóbr von Loeschów, m.in. obraz ołtarzowy, ambona. Wewnątrz znajduje się także szafa organowa. W 1796 roku w tym kościele ślub zawarł nieznany wówczas szerzej August Wilhelm von Gneisenau, późniejszy feldmarszałek pruski, który zabłysnął między innymi w bitwie pod Waterloo. Po 1945 roku stał się kościołem katolickim. Na północ od niego, po drugiej stronie drogi widoczna jest kaplica cmentarna ogrodzona kamiennym murkiem. Kaplica rodziny von Loesch pochodzi z 1885 roku, a okalający ją cmentarz, obecnie pozostałości ewangelickiego cmentarza, założony został już w 1850 roku. Została zaprojektowana przez znanego niemieckiego architekta Johannesa Vollmera.

Wybudowana na osi cmentarza, w stylu neogotyckim, założona na rzucie krzyża greckiego. Nad wejściem piaskowcowy portal z herbem rodzinnym. Wewnątrz zachowały się resztki zdobień i napisów. Kaplica w chwili obecnej jest remontowana. Okalający ją cmentarz jest zaniedbany i zarośnięty. Wiele z pozostałych płyt nagrobnych została zdewastowana, część rozkradziona. Przy murze, na lewo od bramy wejściowej, znajduje się zdewastowana kostnica, popadająca w coraz większą ruinę, również z 1885 roku Rodzina von Loesch od 1870 roku posiadała majątek w Pogwizdowie, dawnym Langhelwigsdorf. Ostatnim właścicielem majątku był Mark Friedrich von Loesch.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , więcej...

Czerwony Kościół

przez , 30.kwi.2014, w Zabytki

Pałac 1881 rokCzerwony Kościół (Rothkirch) to niewielka wieś oddalona o 12 km od Legnicy. Wzmiankowana była po raz pierwszy w 1302 roku. Kolejna wzmianka o miejscowości pochodzi z 1315 roku kiedy to Bolesław III nadał rycerzowi Woysicusowi patronat nad tamtejszym kościołem, a następna została zanotowana w 1316 roku i ma ona ścisły związek z rodziną von Rothkirch, będących właścicielami wsi, co zostało udokumentowane już w 1370 roku. Rodzina ta pochodziła z tyrolskiego, zwała się kiedyś Tauer i przybyła na Śląsk w 1186 roku z Jadwigą z Meranu, gdy została ona żoną księcia Henryka I. Osiedliwszy się w Czerwonym Kościele przybrali nazwisko Rothkirchów. W 1374 roku Gunzel von Rothkirch sprzedaje wieś von Schllendorfowi. Kolejnymi właścicielami Czerwonego Kościoła są rody von Lessota und Stelbau, von Falkenhayn, von Festenberg-Packisch.CK1We wsi znajduje się wczesnogotycki kościół filialny p.w. Narodzenia NMP wzniesiony około 1300 roku. Świątynia jest budowlą orientowaną, jednonawową, wybudowaną z kamienia łamanego i cegły. Do nawy od wschodu przylega kwadratowe prezbiterium zamknięte poligonalna absydą. Całość nakryta jest sklepieniem krzyżowym, absyda sklepieniem klasztornym. Na ścianie prezbiterium znajduje się przyścienne sakramentarium, w narożniku kamienna służka z kielichową głowicą. W nawie zobaczyć można sześć całopostaciowych renesansowych piaskowcowych płyt nagrobnych z XVII wieku. Przed ołtarzem w podłodze znajdują się krypty grobowe. Ołtarz, ambona i chrzcielnica barokowe. Nad wejściem dwupoziomowe drewniane empory.CK2Kościół nie posiada organów (prospektu organowego). Świątynia przebudowywana była w latach 1697 i 1718 i wówczas przebudowano ją na barokową (dobudowano drewnianą wieżyczkę), następnie restaurowana w XIX wieku. Była w posiadaniu ewangelików. W murze otaczającym kościół jak i na jego elewacji znajduje się duża ilość wmurowanych kamiennych płyt i epitafiów nagrobnych z XVI-XVII wieku. Niegdyś wokół kościoła znajdował się przykościelny cmentarz. Przy kościelnym murze znajduje się mauzoleum poświęcone pamięci żołnierzy poległych w I wojnie światowej pochodzących z Czerwonego Kościoła, Goślinowa, Pawłowic i Smokowic z wmurowaną płytą, na której są wymienieni.CK3Mauzoleum w chwili obecnej jest remontowane. Kolejnym interesującym zabytkiem Czerwonego Kościoła jest późnoklasycystyczny zespół pałacowy wraz z przyległym parkiem i stawem. Pałac został wniesiony dla Carla Hansa Ernsta von Rothkirsch und Panthen w 1794 roku na miejscu starszego założenia. Jest budowlą neoklasycystyczną wzniesioną według projektu Carla Gottharda Langhansa, założoną na planie prostokąta, trzytraktową i dwukondygnacyjną, nakrytą dachem mansardowym (dachówka). Elewacje są akcentowane ryzalitami, w środkowej części kolumnowy portyk. Wewnątrz znajduje się owalna sala balowa zdobiona niegdyś dekoracją klasycystyczną.CK4Pod całym pałacem znajdują się rozległe podziemia obudowane cegła, ze sklepieniami kolebkowo – krzyżowymi, obecnie w większości odrestaurowane. Zarówno frontowa, jak i tylna elewacja północno-zachodnia są niesymetryczne. Od wschodu zdobią je dwa masywne ryzality. Zachodnia część budynku posiada po środku dodatkowe wejście w poligonalnej dobudówce. Całość budynku kryje z podwójnymi lukarnami. Częściowo był przebudowywany na przełomie XIX i XX wieku oraz po wojnie od 1982 do 1987 roku. Pałac wraz z przylegającym rodzinnym majątkiem odkupuje Hans Sigismund von Rothkirch und Panthen 16 lipca 1776 roku i pozostaje on w rękach tej rodziny do 1945 roku.CK5Jego wnuk, który został baronem w 1839 roku za zgodą cesarza utworzył Ordynację Rothkirchów w myśl, której majątek przechodził bez podziału na najstarszego potomka rodu. Ostatnim właścicielem majątku był Hans Joachim von Rothkirch und Trach. Na przypałacowym terenie znajduje się kilka budynków gospodarczych, między innymi dawna stajnia (obecnie adaptowana na budynek mieszkalny), oficyna mieszkalna. Od zachodu do pałacu przylega park otoczony częściowo murem, a od wschodu staw z drewnianym pomostem. Budynek pałacu usytuowany jest prawie w centrum parku. Kształt parku w rzucie jest nieregularny ograniczony drogami dojazdowymi i gruntami uprawnymi. Zajmuje powierzchnię 2,8 ha. Obecnie trudno dostrzec jego pierwotny układ przestrzenny.CK6Za pałacem dawna polana została przekształcona w ogród warzywny, a z parku pozostało kilka egzemplarzy bardzo pięknych i starych drzew. Pomiędzy pałacem a stawem rośnie okazały platan – pomnik przyrody. Od 1945 roku zarówno pałac i park należały do PGR-u. Pomieszczenia pałacu były częściowo wykorzystywane jako mieszkania dla pracowników. Obecnie pałac stanowi własność prywatną, jest remontowany a zwiedzanie wymaga zgody właściciela. Na koniec pragniemy serdecznie podziękować uprzejmemu panu kościelnemu, który otworzył nam kościół i zdradził kilka interesujących faktów z jego historii oraz panu, żartobliwie określającego się „kustoszem” za oprowadzenie po pałacowych wnętrzach.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , więcej...

Mityczna „Szczelina Jeleniogórska” (2)

przez , 30.kwi.2014, w Skarby

Szczelina JeleniogórskaMieczysław Bojko o „Szczelinie”…

Aby ukazać pełny i rzetelny obraz tej barwnej i dramatycznej historii, należałoby się cofnąć do pierwszych lat powojennych. W miejscowości Pilchowice był posterunek wojskowo-policyjny, do którego zgłosił się pewien Niemiec – autochton. Był to gajowy działający na tym terenie, który w ten sposób chciał zaakcentować swoją lojalność wobec polskich władz, a co za tym idzie, pozostać na swym stanowisku pracy jak najdłużej. Mimo że był fachowcem, jako Niemiec obawiał się utraty stanowiska wobec napływającej coraz szerzej na te tereny kadry fachowców z centralnej Polski.

Obszar leśny, na którym działał gajowy, to tereny usiane niezliczonymi dolinami, głębokimi wąwozami i wysokimi wzgórzami z wystającymi zrębami skalnymi. Wszystko to po dziś dzień porastają gęste, trudno dostępne górskie lasy. Tak bogaty i zróżnicowany teren tylko on, jako gospodarz, dobrze znał. Praca jego polegała na codziennym kontrolowaniu tego obszaru. W pierwszych latach po wojnie ludność napływowa bardzo ostrożnie zapuszczała się w te dzikie leśne ostępy.

Przybywszy na wspomniany posterunek, Niemiec ów zaczął od tego, iż jego babka była Polką z Pomorza, a on umie po polsku. Podkreślał, że pomagał jeńcom rosyjskim w Maciejowcu i chciałby, aby go uważano za osobę lojalną wobec nowej władzy. Dlatego pragnie przekazać ważną  informację. Gdy obchodził jeden z kwartałów leśnych, zaobserwował na zboczu kręcące się intensywnie lisy, które sprawiały wrażenie, jakby czegoś szukały, grzebiąc pomiędzy kamieniami. Widząc to któryś raz z kolei, postanowił sprawdzić to miejsce. Gdy zszedł w dół po stromym zboczu, znalazł się na świeżo rozrzuconym gołoborzu skalnym. Okazało się, że lisy wygrzebywały spod kamieni ludzkie zwłoki, obgryzając resztki, które jeszcze nie uległy rozkładowi. Opisał dokładnie to miejsce rozmówcy, deklarując przy tym, że zaprowadzi tam milicjantów.

Plutonowy Zenon N. spisał notatkę (raport) i poinformował Niemca, że jest w tej chwili sam, ale jeszcze dziś jedzie do powiatu, do Jeleniej Góry, tam wszystko przekaże. Gajowemu polecił, aby ten rozejrzał się jeszcze raz na zboczu, może uda mu się coś więcej zauważyć. Z Niemcem umówił się na następny dzień w godzinach rannych.

Sumienny Niemiec zjawił się punktualnie i zreferował dokładnie, co tam zastał i co zobaczył. Oznajmił, że dużo jest kości porozwlekanych po terenie gołoborza. Przy szczątkach ludzkich zauważył strzępki czarnych mundurów, buty wojskowe i kilka hełmów SS. Plutonowy Zenon rozeźlił się na Niemca: „Z czym ty do mnie przychodzisz, chcesz, żeby mnie w powiecie palcami wytykali, przecież to esesmani, zasłużyli na taki los. Niech szczątki lisy rozwłóczą, a ty morda w kubeł i nikomu ani mru mru. Więcej do mnie z takimi sprawami nie przychodź!”

Minęły lata. Gajowy pozostał na swoim miejscu z racji praktyki i swej wiedzy, a nawet parę razy pełnił krótko funkcję leśniczego. Były lata pięćdziesiąte, przyszedł nowo mianowany leśniczy po kursach i różnych szkoleniach z terenów Lubelszczyzny. Był to dobry i uczciwy człowiek. Zauważył to gajowy i nabrał zaufania do przełożonego. Któregoś dnia, podczas wspólnych wędrówek po rozległych terenach leśnictwa, znaleźli się w tym wcześniej wspomnianym miejscu. Gajowy zdecydował się przekazać leśniczemu swoją  tajemnicę: „Tu właśnie, w tym miejscu, pod zwałami skał leżą esesmani, zabroniono mi komukolwiek o tym mówić. Jestem już stary i muszę komuś wiarygodnemu to przekazać”. Leśniczy zaniemówił z wrażenia.

Minęły kolejne lata, gajowy odszedł. Któregoś razu leśniczy J., któremu gajowy powierzył swój sekret, polował zimą akurat niedaleko tego tajemniczego miejsca. Strzelał do młodego koziołka, którego ranił dość poważnie; ranne zwierzę zaczęło wspinać się w górę zbocza pomiędzy poszarpanymi skałami. Było to akurat nad tym zwaliskiem skalnym, o którym wspominał autochton. Górna część tego gołoborza wyglądała jak korona obszernego wyrobiska. Ranny zwierzak, chcąc się schować między skałami przed myśliwym i jego psem, nagle gdzieś znikł. Leśniczy pomyślał, iż zwierzak z upływu krwi padł gdzieś, nawet pies zatrzymał się w jednym miejscu i jakoś dziwnie szczekał. Gdy doszedł po śladach w to miejsce, ujrzał psa szczekającego w stronę jakiejś rozpadliny skalnej. Okazało się, iż gdzieś tam głęboko wpadł koziołek. Leśniczy stwierdził, że dziwne to miejsce, okupione ludzką krwią, nawet zwierzyny nie udaje się tu upolować. Postanowił je omijać i nikomu o tym nie wspominać.

Znów minęło wiele lat. Był koniec lat siedemdziesiątych, przypadek zrządził, iż pożar strawił pewne połacie lasu. Po udanej akcji gaśniczej jeden z milicjantów z miasteczka Lubomierz udał się do leśniczego celem spisania protokołu zajścia i strat, jako że część leśnictwa pana J. znajdowała się na terenach administracyjnych Lubomierza.

Kilkakrotnie przyjeżdżając do leśniczówki, Adam O. zaprzyjaźnił się z leśniczym. Podczas tych spotkań zwierzył mu się, iż poza służbą w milicji ma pasję poszukiwawczą, szuka skarbów ukrytych przez Niemców. Na razie chodzi po lesie z metalowym prętem, ale jego marzeniem jest detektor, który zamierza w niedalekiej przyszłości kupić.

Podczas któregoś kolejnego zakrapianego spotkania u leśniczego, po którym to Adaś O. służbową WSK-ą nie mógł trafić do domu, leśniczy obiecał wyjawić mu swój sekret i pokazać owo tajemnicze miejsce w lesie. Nazajutrz po służbie Adam O. spotkał się z bratem Jackiem O. i opowiedział mu wydarzenia z poprzedniego dnia. Postanowili, iż w najbliższą niedzielę wybiorą się z wizytą do leśniczego i tak zrobili. Wczesnym rankiem pojechali motorem do leśniczówki. Leśniczy J. doskonale pamiętał, co obiecał po pijanemu, i dotrzymał słowa. Pokazał im zbocze, a także rozpadlinę, w której gdzieś tam na dnie leżały resztki pechowego koziołka. Adam z Jackiem mieli liny i latarki, postanowili zejść na dół. Pierwszy zszedł Jacek, młodszy, sprawniejszy i odwagi też mu nie brakowało. Był to wąski szybik, prawdopodobnie wentylacyjny, przygotowany w jakimś określonym celu. Szybik ten był podmurowywany cegłą, w niektórych miejscach wewnątrz tworząc rodzaj komina. Od góry przykryto go drewnianymi kołkami, które zdążyły już po części zgnić. Całość zamaskowano drobnym i grubszym rumoszem skalnym. Sam wylot, wciśnięty przy samych skałach, po zamaskowaniu tworzył idealną naturalną całość. Szybik był głęboki na siedem do ośmiu metrów. Z samego dna szybiku prowadził  poziomo wąski otwór, lekko wznosząc się ku górze, ale przejście to było w dalszej części zagruzowane. Była to przeszkoda nie na ich siły, przynajmniej na razie.

Postanowili przygotować się technicznie, a także zasięgnąć opinii wśród znajomych i przyjaciół. Między innymi pomógł im wówczas major WOP z Gryfowa, który przywiózł minikamerę do gastroskopii, wówczas bardzo nowoczesne urządzenie szpitalne. Jednak nie uzyskano pożądanego efektu i nie udało się zajrzeć poza zawał, ponieważ urządzenie było za krótkie. Eksploratorom nie pozostało nic innego jak odgruzowywać przejście kamień po kamieniu. Była to mozolna i wyczerpująca praca, gdyż w tuneliku brakowało miejsca. Pracę wykonywano na leżąco, co chwilę świecąc w szpary między kamieniami w nadziei, że to już upragniony koniec zawału. Prace kontynuowali przez kilka kolejnych dni, bez udziału leśniczego. W końcowej fazie wycofał się też wopista Krzysztof S.

Któregoś dnia w szczelinach pomiędzy kamieniami udało się dojrzeć coś w świetle latarki. Były to jakieś przedmioty, ale trudno było określić, co tam się znajdowało. Fakt ten jeszcze bardziej zmobilizował Adama i Jacka, którzy usunęli resztki przeszkody w wąskim tuneliku. W świetle latarek ujrzeli dość spore pomieszczenie wykute w solidnej skale. Wylot tunelu wchodził do pomieszczenia na wysokości około 1,30 m powyżej dna komnaty w prawej jej części. Z lewej strony widać było jakby wejście albo wyjście założone dużą ilością kamieni. Dalej w komnacie coś leżało bezwładnie, później okazało się, że są to zwłoki. Na wprost zdeponowano ładunek przykryty plandekami, który tworzył wspomniany kształt, który wcześniej widzieli przez szparę w świetle latarek. W głębi po lewej stronie, w oddali, widać było dwa samochody osobowe z poskładanymi dachami. Pomiędzy nimi a przykrytym plandekami ładunkiem była odległość zaledwie kilku metrów. Bali się jednak postawić nogę na dnie komory z obawy przed minami. Było tam mnóstwo kabli strzałowych porozrzucanych w nieładzie, a po prawej stało kilka akumulatorów. Przy tych akumulatorach, oparte o ścianę, wpółsiedząc, znajdowały się dobrze widoczne zwłoki niemieckiego generała. Nie ulegało wątpliwości, że był to generał, gdyż dystynkcje i czerwone lampasy na spodniach zachowały swój kolor. Wydawało się, że generał trzymał w ręku jakiś pakunek lub teczkę. Cały ten widok robił posępne i tragiczne wrażenie. Takie obrazy zazwyczaj ogląda się tylko na filmach. Bracia nie mieli odwagi, aby tam wejść, zobaczyć coś, co kiedyś było dla nich mitem i marzeniem, o czym słyszeli dotychczas tylko od trzecich osób – ukryte w kopalniach tajemnicze transporty i skarby. Teraz paraliżował ich strach. Mimo tego niesamowitego widoku i odkrycia, rozsądek wziął górę. Postanowili się wycofać. Zamaskowali bardzo starannie wejście i codziennie jeździli tam motorem, aby z daleka popatrzeć, czy nikt nie interesuje się ich skrytką.

W tym czasie dowiadywali się wśród byłych wojskowych o stosowanych przez Niemców w czasie II wojny światowej systemach minerskich i o ewentualnych niebezpieczeństwach, które mogły im grozić podczas penetracji sztolni. W końcu zdecydowali, iż wezmą do sztolni wędkę teleskopową jako narzędzie eksploratorskie. Z otworu w ścianie tej bajecznej komnaty wystawili wędkę z dużym haczykiem i zaczęli próbować cokolwiek wyłowić. Z początku nie odnieśli większych sukcesów, rozdarli plandekę, którą były przykryte skrzynie, zaczepili o coś i zerwali żyłkę.

Jednak kilka razy połów był pomyślny. Przy zachowaniu szczególnych środków bezpieczeństwa w terenie, powtarzali swe wędkarskie wyprawy. Wyprawy te odbyli kilka razy, przynajmniej w dwu- lub trzytygodniowych odstępach. Efektem wypraw były dzbany i naczynia srebrne, które znajdowały się w skrzyniach niezabitych deskami. Szable tureckie i kindżały w pochwach bogato inkrustowanych złotem i kamieniami szlachetnymi leżały na skrzyniach. Ze zdobyczy tych później wydłubywali kamienie i kawałeczki złota, aby je osobno sprzedać. Ponadto bracia wyłowili trochę wojskowej broni krótkiej i długiej, kilka hełmów i czapek. Pieniądze, które otrzymali, nie były aż tak duże jak sobie wyobrażali. Fanty, które sprzedawali, szły dla zachowania ostrożności przez kilku pośredników.

Mimo to wszystko szło gładko, przyszła zima, a z nią stan wojenny osiemdziesiątego pierwszego roku. Plany się pokrzyżowały, młodszy brat Jacek został wcielony do jednostek milicyjnych ZOMO i przebywał poza domem, we Wrocławiu. Tam też poznał swojego szefa od spraw szkolenia politycznego Stanisława C., który pochodził z Jeleniej Góry. Dość szybko nawiązali bliższy kontakt. Szef Jacka któregoś dnia wspomniał o znalezisku lubomierskim odkrytym w murze kościelnym – glinianym dzbanie ze złotymi monetami. Sprawa ta była dość głośna w owym czasie, a milicja miała sporo pracy, aby odzyskać chociaż część znaleziska.

Szef Jacka chwalił się, uśmiechając się tajemniczo pod wąsem, jakoby brał czynny udział w tym dochodzeniu. Któregoś razu, podczas miłej i szczerej pogawędki, Jacek zapragnął zaskarbić sobie względy u szefa i opowiedział mu o znalezisku w górach. Stanisław C., stary milicjant, nie do końca uwierzył w to wszystko.

Minął stan wojenny, chłopcy powracali do domów; Adam z Jackiem ponowili wyprawy z wędką, raz więcej, raz mniej skuteczne. Po pewnym czasie postanowili wciągnąć w to kolegę Adama O .z posterunku lubomierskiego, Jana D. Jak postanowili, tak zrobili. W końcu ktoś musiał stać w pewnej odległości od szybiku między skałami i pilnować bezpieczeństwa tych, co byli w środku.

Któregoś dnia na posterunek w Lubomierzu przyszedł telefonogram, iż prawdopodobnie z Lubomierza pochodziła broń, która pojawiła się w Gdańsku, i polecenie, aby zwrócić szczególną uwagę na sygnały w tej sprawie. Po kilku dniach na posterunku pojawiło się dwóch funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa z Wrocławia. Kręcili się, rozpytywali po knajpach i barach piwnych, wszystko ich interesowało. Po kilku dniach wyjechali. Efekty dochodzenia były mizerne, gdyż Adam z kolegą Janem D. Pierwsi dowiedzieli się o zagrożeniu. Mimo wszystko strach ich obleciał i to niemały. Zaniechali wizyt w lesie na kilka lat. Jedynie od czasu do czasu kontrolowali teren wokół szybiku, objeżdżając okolice na motorze.

Po kilku latach, gdy sprawa przycichła, ponownie zainteresowano się skarbczykiem. Postanowiono rozszerzyć grupę dodatkowo o Władka S., właściciela warsztatu samochodowego, który miał sprawować pieczę techniczną, i kolejnego milicjanta, młodego Waldka K., który był przyjacielem z ławy szkolnej Jacka O. Ustalono też, że byłoby dobrze, aby w ich grupie znalazł się obecny burmistrz jako osoba wpływowa, mogąca pomóc w razie czego. Burmistrz Zenon J. dodatkowo deklarował, że jak będzie trzeba, to uruchomi kontakty nawet w Niemczech oraz gdzie indziej, korzystając ze swoich szerokich koneksji. Ustalono termin pierwszej wyprawy w nowym składzie.

W jedną z ciepłych letnich nocy, wyposażeni w noktowizory, wzięli do worka cztery koty, aby je wypuścić tam w środku. Władek S. zabrał ze sobą psa, był to zwykły kundel, ale nie cierpiał kotów, żadnemu nie przepuścił i Azora także tam wpuszczono. Jakiż tam powstał harmider i jazgot! Był to test na to, czy jakiś z kabli nie jest do czegoś podłączony i czy nie stanowi zagrożenia. Przez kilka godzin pies harcował z kotami, ale na szczęście niespodzianki nie było.

Pierwszy do środka zszedł Waldek, kolega Jacka, a za nim Adam O. Władek wsunął się tylko na chwilę, by zabrać psa, a potem wrócił, aby im dodatkowo przyświecać. Posuwali się krok po kroku, pomału, ostrożnie, uważali, aby czegoś nie przegapić i nie nadepnąć na coś niepotrzebnego. Szczęście im sprzyjało, obeszli całe to pomieszczenie, zajrzeli ostrożnie niemal w każdy kąt, przynajmniej na razie nic nie ruszając. Pomieszczenie było szerokie na około cztery do pięciu metrów, około piętnastu metrów długie, zaraz na lewo od komina (najprawdopodobniej wentylacyjnego), którym weszli, znajdowała się sztolnia, którą wprowadzono ładunek i samochody. Wejście to było założone lub zawalone pod sufit kamieniami, między którymi widać było niewybuchy pocisków artyleryjskich i moździerzowych. Na wprost wejścia, na końcu składnicy widać było dwa korytarze zabezpieczone kamieniami.

Zaglądając ostrożnie pomiędzy kamieniami w głąb kamiennej przeszkody można było zobaczyć tam porozpinane na pewnej wysokości druty, do których poprzyczepiano ładunki wybuchowe. Po prawej, w dwóch rzędach niemal po sufit, stało mnóstwo skrzyń – mniejszych, większych, płaskich i wysokich, jakieś tuby skórzane–jak się później okazało, zawierające obrazy. Były tam też walizki oraz metalowe pojemniki malowane na zielono. Po lewej, tyłem do wyjazdu, stały dwa, jeden za drugim, mercedesy cabrio. W pierwszym na kierownicy było oparte ciało żołnierza Wehrmachtu, z tyłu wyglądało jakby żołnierz ten spał, był jednak zastrzelony. W drugim, na tylnym siedzeniu, leżały dwa kompletne mundury generalskie rzucone w nieładzie, jakby w pośpiechu. Przed tymi samochodami stał jakiś dziwny pojazd z kierownicą i kołem z przodu, a z tyłu mający gąsienice. Następnie, zaraz na lewo od wejścia, dość nieprzyjemny widok–kilkanaście ciał żołnierzy Wehrmachtu (około 10–12), należących najprawdopodobniej do oddziałów Schörnera, wynikało to z naszywek i odznak za udział w kampanii krymskiej. Na końcu komory stało luźno kilka konfesjonałów wyłożonych bogato bursztynem, posągów z marmuru i brązu, które owinięto kocami. Trzeba przyznać, że miejsce wybrano celująco, było bardzo sucho, niemalże się tam kurzyło.

I od tego momentu zaczęło się systematyczne wybieranie z tego bajecznego schowka. Co 3-4 miesiące, a nawet rzadziej, aby nie wzbudzić podejrzeń. Pomiędzy wypadami do sztolni pozbywano się towaru, rozprowadzając go przez pośredników. Już nie brano broni wojskowej, mimo że było tam sporo pistoletów i karabinów w dobrym stanie. Broń pozyskana ze skrytki mogła stanowić zagrożenie dla całej grupy.

Jedna z pierwszych wyciągniętych rzeczy to teczka skórzana, którą tak kurczowo trzymał generał leżący pod ścianą. Miał ją przykutą do ręki kajdankami, a ona sama była zamknięta. Jeśli chodzi o generała, został tam z premedytacją zastrzelony, nie miał dokumentów ani nieśmiertelnika, jedynie mapę sztabową na płótnie. Mapę tę otrzymałem w prezencie od jednego z uczestników tej grupy. Nosi ona do dziś ślady krwi generała… Po wyciągnięciu teczki na zewnątrz rozpruto ją. Jej wnętrze skrywało pozawijane w aksamitne szmatki trzy bajecznie piękne jaja Faberge i kilka mniejszych wyrobów ze złota, bursztynu i porcelany z dodatkami kamieni szlachetnych. Dwa mniejsze jaja zostały sprzedane na miejscu w Jeleniej Górze przez pośrednika Ciućka. Jedno, z czarnymi krzyżami, prawdopodobnie kupił lekarz z Cieplic koło Jeleniej Góry za 10 tys. marek. Drugie, z aniołkiem, i trochę innych precjozów za 17 tys. marek biznesmen z Niemiec, trzecie zaś, większe, sprzedano za jakiś czas, gdyż czekano na odpowiedniego kupca. Po pewnym czasie znalazł się odpowiedni człowiek z Krakowa o pseudonimie „Jura”, który kupił je za 70 tys. marek niemieckich. Wsiadł do pociągu z dwoma ochroniarzami, aby je zawieźć do Warszawy, tam czekał kolejny kupiec, który miał dać 100 tys. dolarów. Po drodze „Jura” został ograbiony i wyrzucony z pociągu przez swych ochroniarzy, którzy wrócili do Krakowa z towarem i szukali kupca. Napotkali Cygana-handlarza złotem, który im zaproponował, iż ma wujka w Nowej Soli i on na pewno to kupi.

Oczywiście tak zrobili, wujek Ćwiek (tak się nazywał lub miał taki pseudonim) obejrzał, zadzwonił w parę miejsc i zgodził się na sumę 100 tys. dolarów. Transakcję przełożono na następny dzień, gdyż Cygan nie miał w domu takiej kwoty. Zaznaczył, że cała transakcja będzie przeprowadzona w pełnej tajemnicy, zwłaszcza że była nagrana przez jego siostrzeńca. Nazajutrz przyszli z towarem do wujka Ćwieka i zamordowali go, zabierając gotówkę i sporo wartościowych wyrobów ze złota. Po tych wydarzeniach sprawcy zasztyletowali również Cygana-handlarza z Krakowa, który zorganizował kontakt z Ćwiekiem, a obecnie był tylko niewygodnym świadkiem. Jego zwłoki zakopano w lesie niedaleko granicy.

Następnie w przyspieszonym tempie mordercy zaplanowali wyjazd za granicę zachodnią i przerzut jaja Faberge do Monachiun. Jajo sprzedano w Monachium handlarzowi w dzielnicy Schwabing, który odsprzedał je bodajże za dwa miliony DM. Jajo to wypłynęło na giełdzie w Londynie za 3,5 miliona funtów szterlingów. Jajo Faberge sprzedane w Londynie było największe z trzech znajdujących się w teczce generała. Prawdopodobnie zabójcy Cygana zostali zamordowani.

W rok po zabójstwie Cygana z  Nowej Soli, 10 czerwca 1992 na nowojorskiej giełdzie pojawiło się inne jajo Faberge o nazwie „Trophy of Love”, które sprzedano za sumę prawie 3,2 mln dolarów. Jajo to polska prasa utożsamiała z drugim, mniejszym jajem, z tzw. aniołkiem. Mogę z satysfakcją powiedzieć, iż będąc któregoś wieczora u Ciućka, widziałem to jajo i wiele innych przedmiotów. Muszę przyznać-było piękne, wręcz urzekające, ale też przynosiło nieszczęście.

Wracając do rzeczy, z wnętrza schowka wynoszono coraz to nowe fanty. Obawiano się jednak opróżniania skrzyń, jako że Niemcy mogli tam założyć naciskowy ładunek wybuchowy. Gdy opróżniano skrzynie, obciążano je na zewnątrz podwieszanymi krążkami ołowianymi lub wkładano je do już opróżnionych. Wiele walizek i kufrów znajdujących się w skrytce zawierało depozyty ludności cywilnej. Ze skrytki wydobyto liczne cenne zabytki sztuki rosyjskiej i orientalnej, w tym wiele związanych z religią, np. księgi prawosławne, które miały kartki wykonane z cienkiej blachy srebrnej z dodatkami złota, łączone rzemykami ze skóry, a także sporo ikon, złotych krzyży z kamieniami, monstrancje, kielichy i wiele innych przedmiotów pochodzących z Rosji.

W owym czasie próbowano wydobyć zagadkowe ciężkie popiersia. Eksploratorom wydawało się, że są z litego złota. Zaczęto topić je palnikami. Jednak efekt był mizerny, okazało się, że popiersia są wykonane z brązu lub podobnego metalu i tylko z zewnątrz pozłacane dość grubą warstwą złota.

Któregoś dnia handlarz Ciuciek podczas jakiejś rodzinnej uroczystości pochwalił się znaleziskiem szwagrowi, który był wspomnianym milicjantem, szefem szkoleniowym ZOMO we Wrocławiu. Mówił, że ma fart, iż coraz więcej towaru z tej skrytki przepływa przez jego ręce. Powiedział, że miejsce to znajduje się gdzieś około dwudziestu kilometrów od Jeleniej Góry w stronę Lubomierza lub Wlenia, a w całym przedsięwzięciu uczestniczą ludzie z Lubomierza. Stanisław C. szybko skojarzył fakty i to, co usłyszał od Jacka O. we Wrocławiu podczas stanu wojennego. Na drugi dzień z samego rana Stanisław C. wraz ze swym dawnym szefem z pracy płk. Wojtkiem K. pojechali do Lubomierza złożyć wizytę Jackowi O. Argumentowali, że dzięki posiadanym koneksjom i układom ich pomoc jest niezbędna, aby grupa mogła dalej funkcjonować. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, grupa z żalem przyjęła nowe realia.

Następna wyprawa odbyła się już w nowym składzie. Dalej wydobywano dobra, lecz w większej ilości, i magazynowano je w terenie w kilku pewnych miejscach. W tym czasie wiele eksponatów zostało zniszczonych. Przystąpiono wtedy do eksploracji większych gabarytowo zabytków; niestety, nie wszystkie mieściły się w szybiku (w załamaniu syfonu). Uszkodzeniu uległy wielkie wieloramienne żydowskie świeczniki, średniowieczne zbroje lub długie rzymskie proporce i niemieckie sztandary wojskowe.

W miarę powiększania się grupy malała liczba zabytków, które udawało się wynieść wąskim kominem. Postanowiono przystąpić do wynoszenia zdeponowanych tam obrazów. Potrzebny był fachowiec, który byłby w stanie powycinać obrazy z ram i zrolować bez uszkodzenia.

Grupa dotarła do mojego przyjaciela Jacka, jednego z jeleniogórskich antykwariuszy. Zgłosiło się do niego trzech osobników z propozycją, aby się podjął wyjęcia płócien z ram.

Obiecano mu dobra zapłatę, ale warunek był taki, że jedzie na miejsce w opasce na oczach i wykonuje swoją robotę wewnątrz sztolni, a oni dobrze zapłacą. Te warunki zniechęciły ostrożnego antykwariusza. Wykręcił się od propozycji trudnościami operacji i skomplikowanymi zabiegami przy użyciu bibuły chińskiej, do których nie był przygotowany.

Zespół podjął kolejne działania mające za zadanie odblokowanie zaminowanych i założonych kamieniami korytarzy. Liczono na dalsze znaleziska w chodnikach i ewentualne znalezienie innego wyjścia z kopalni, które ułatwiłoby wyniesienie większych zabytków. Po dokładnej penetracji i oględzinach wyciągnięto wniosek, że dwa korytarze prowadziły gdzieś na przeciwległe zbocze góry. Niestety, aby je odkopać z zewnątrz, należało je precyzyjnie zlokalizować.

Nie umiano określić tego miejsca, a więc poszukiwano fachowca. Znaleziono jednego, który przechwalał się swymi umiejętnościami technicznymi i ogromną wiedzą w tym zakresie. Ponoć był konstruktorem sprzętu elektronicznego i bywał z archeologami na wykopaliskach w Egipcie. Fachowiec jednak się nie sprawdził, rzekomo brakowało mu niwelatora z dalmierzem laserowym. Mimo nieudanej próby pomiarów, sowicie go wynagrodzono za milczenie. Niestety, niedoszły geodeta rozpowiadał swym przyjaciołom, iż znajomi mają takie miejsce, gdzie się kamień podniesie, wchodzi się do dziury, a tam bogactw bez liku. Faktycznie, obwiesił się złotem na pokaz, w rezultacie został dość dotkliwie pobity przed swoim garażem. Po tym ekscesie spokorniał i wyciszył się.

Zaczęto szukać rozwiązania pozwalającego do końca opróżnić skrytkę i zalegalizować ich dochody. Zrozumiano, że jedyną gwarancją takiego rozwiązania jest układ z rządem.

Stanisław C. z Wojtkiem K. podjęli się tego zadania i przyobiecali, że znajdą człowieka, który ma siłę przebicia do rozmów z rządem. Znaleźli dojście przez kolegę z dawnego jeleniogórskiego Urzędu Bezpieczeństwa, Antoniego M. Dotarli do pana B., który niegdyś był czołową postacią w środowisku UB.

Człowiek ten działał po wojnie na terenie Łodzi. Za działania przeciw powojennym polskim organizacjom reakcyjnym został na niego wydany przez WIN wyrok śmierci. Obecnie ma inne nazwisko i tożsamość, ale układy i znajomości pozostały. Był bliskim przyjacielem Piotra Jaroszewicza.

Był rok 1992, emisariusze grupy udali się z prezentami do Jaroszewicza. Miano zabrać w prezencie monety, gdyż te kolekcjonował były premier, ale zabrano też prawdopodobnie pudełeczko z brylantami. Dar ten stał się później kością niezgody w grupie, uważano, że cena była zbyt wysoka, gdyż ze spotkania z premierem nie wynikły większe korzyści. Jednak dzięki niemu nawiązano nowe, odpowiednie kontakty w stolicy. Po rozmowach i wyjaśnieniach w obrębie grupy ustalono, że dwie osoby – Antoni M. i pan B. będą dalej reprezentowały interesy całego zespołu. Na kolejne spotkanie „wyższego szczebla” wzięto ze sobą, dla podkreślenia wiarygodności, parę rzeczy ze schowka. Było to kilka drobiazgów, a także ocalałe przed stopieniem jedno ze „złotych” popiersi. Podczas oczekiwania na pełnomocnika rządu w jednym z pokoi odpowiedniego departamentu w Warszawie prawdopodobnie celowo ich przetrzymywano, aby móc jak najdłużej podsłuchiwać ich rozmowy. Panowie Antoni M. i B. postawili twarde warunki: pięćdziesiąt procent znaleźnego bez podatku i gwarancje, że nikt nie będzie dociekał, co zostało stamtąd już wyjęte i zabrane. W rezultacie nie otrzymali żadnej obietnicy, nie podpisano jakiejkolwiek umowy. Za to, gdy wracali, w ślad za nimi pojechali agenci UOP, a sprawa od tego momentu otrzymała kryptonim „Szczelina”.

Podjęto kolejną próbę wywarcia medialnej presji na urzędnikach, którzy mogliby podpisać umowę. Spróbowano skorzystać z osoby znanej w kręgach poszukiwaczy – mjr. Stanisława Siorka. z Wrocławia, który miał wpływy na ukazujące się w owym czasie pismo „Eksplorator”. Tam ukazano z grubsza kulisy sprawy, sygnalizując, iż rząd twardo stoi na stanowisku, by mimo realnych korzyści nie podpisywać umowy ze znalazcami skarbu. Efekt tych zabiegów był taki, że eksploratorzy zwrócili na siebie uwagę i wzbudzili zainteresowanie Urzędu Ochrony Państwa. Od tego momentu rozpoczęto delikatną inwigilację grupy i podjęto pewne działania, które trwają do dziś.

Niekorzystny rozwój wypadków zmusił znalazców do chwilowego zaprzestania eksploracji „Szczeliny”. Aby móc ponownie spokojnie penetrować sztolnię, grupa zaczęła rozpaczliwie szukać kontaktów wśród kolegów i znajomych w szeregach policyjnych i służb specjalnych. Szukano, aby-jak to się mówi–mieć oko i ucho we właściwym miejscu. Oczywiście, za dobre pieniądze znaleziono takich ludzi.

Efekty współpracy szybko dało się zauważyć. Gdy we Wrocławiu wstawiono anonimowo do sprzedania obrazy Willmana, na tych, którzy mieli się zgłosić po pieniądze, UOP zastawił pułapkę. Grupa została w porę o tym poinformowana i obrazów ani gotówki nikt nie odebrał do dzisiaj. Po pewnym czasie znali wszystkie ruchy służb dotyczące „Szczeliny”. W rzeczy samej obrazy wstawili Adam O. z bratem Jackiem O. i nie tylko tam, ale w wielu innych miastach Polski. Po tym incydencie grupa się przyczaiła. Po dłuższym bezruchu Adaś z Jackiem po pijanemu poszli odbezpieczyć „Szczelinę”. Sami w tajemnicy przed kompanami zaczęli eksplorować, wyciągając w tym dniu ostatnie obrazy i inne fanty. Niestety, alkohol zrobił swoje, Adam wpadł do dziury i połamał żebra. Brat ruszył mu na ratunek, ale wskakując do szybu niefortunnie złamał nogę. Dużo czasu upłynęło, zanim wygramolili się na zewnątrz. Sprawa się wydała. Rezultat był taki, że kompani w załamaniu szybu założyli kratę, do której mieli klucze wyżsi stopniem. Adam i Jacek zostali odsunięci na jakiś czas od „Szczeliny”, a za nadmierne pijaństwo Adam musiał odejść ze służby milicyjnej i przejść na emeryturę.

Niestety, Adam O. został tylko chwilowo doprowadzony do porządku. Czując się oszukany i odizolowany od grupy, coraz częściej zaglądał do kieliszka. Jeździł na ryby i zalewał się mocno i tam nad stawem któregoś razu został pobity celem doprowadzenia do porządku.

W tym miejscu pora wyjaśnić, skąd to wszystko wiem. Śledztwo w związku ze „Szczeliną” zataczało coraz szersze kręgi, w terenie pojawili się agenci UOP i Wojskowych Służb Informacyjnych, usiłując dotrzeć do środowiska jeleniogórskich poszukiwaczy. W 1994, czyli stosunkowo późno, dotarło do mnie dwóch agentów WSI. Zwracając uwagę na moją przeszłość, dano mi do zrozumienia, że nie mam większego wyboru i liczą na mą pomoc. Przedstawiono mi temat w niezbędnym na tym etapie zakresie. Później zgłosił się do mnie człowiek, którego nawet znałem, miał być kontaktem z moimi mocodawcami. Celem było zdobycie zaufania ludzi związanych ze „Szczeliną” i zlokalizowanie jej w zamian za ustawowe dziesięć procent znaleźnego (…).

Joanna Lamparska o „Szczelinie”…
Skarb III Rzeszy mógł zostać wymyślony przez handlujących kradzionymi antykami byłych funkcjonariuszy bezpieki.

To miał być hit wśród znalezisk skarbów ukrytych przez III Rzeszę pod koniec II wojny światowej. O odnalezieniu rozległej sztolni na Dolnym Śląsku, w której ukryte były dzieła sztuki oraz wyroby ze złota i z bursztynu, informowali 10 marca 1993 r. w piśmie do premiera RP członkowie Polskiego Towarzystwa Eksploracyjnego z Wrocławia. „Część złota została przetopiona - pisali poszukiwacze - wartościowsze pierścienie i sygnety wywiezione do RFN, zaś bursztyn pocięty na koraliki”. W podziemiach miały się znajdować ciała zamordowanych niemieckich żołnierzy, a przy ubranym w generalski mundur mężczyźnie - trzy bezcenne jajka Faberge z kolekcji rosyjskich carów. Jedno z takich jaj zostało później znalezione u Waldemara Huczki, romskiego wójta z Nowej Soli zamordowanego w bestialski sposób w swoim domu. Zdaniem niektórych poszukiwaczy skarbów, do dzisiaj nie opróżniono skrytki z Dolnego Śląska; inni zaś twierdzą, że hitlerowski sezam, jak nazywane jest domniemane znalezisko w sztolni, w ogóle nie istniał, lecz został wymyślony w celu kamuflażu cennych przedmiotów pochodzących z innych źródeł.
Rembrandt w sztolni
W środowisku poszukiwaczy tajemnicza sztolnia jest znana też jako Szczelina Jeleniogórska, ponieważ eksploratorzy zlokalizowali ją około 20 km od Jeleniej Góry, gdzieś pomiędzy Lubomierzem a Radomierzycami. Pierwsze informacje o szczelinie pochodzą z 1991 r. gdy jej odkrywcy napisali list do wojewody jeleniogórskiego. Proponowali ujawnienie informacji o skarbach w zamian za połowę ich wartości i obietnicę niewszczynania dochodzenia na temat tego, co stało się z dotychczas wydobywanymi przedmiotami. Nie uzyskali odpowiedzi, więc skontaktowali się ze Stanisławem Siorkiem, byłym funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa. Komunistyczne specsłużby już w trakcie II wojny światowej zajmowały się przejmowaniem skarbów ukrytych przez wycofujących się Niemców. Siorek uchodził za eksperta w tej dziedzinie - był członkiem Polskiego Towarzystwa Eksploracyjnego, badaczem wojennych tajemnic Dolnego Śląska. Propozycja trafiła też do Ministerstwa Gospodarki Leśnej i Ministerstwa Kultury.
Oficjalnie żadna z instytucji nie zainteresowała się sprawą. Pojawiła się natomiast seria artykułów o szczelinie, które zawierały kolejne szczegóły odkrycia. Żaden z piszących nie dotarł jednak bezpośrednio do odkrywców. Sensację wywołały więc wspomnienia Mieczysława Bojki, poszukiwacza z Mysłakowic koło Jeleniej Góry, który w 2004 r. opowiedział w magazynie „Oblicza Historii” o swoich kontaktach z osobami, które były w szczelinie. Znalezisko miało zostać odkryte przez przypadek. Po wejściu przez komin wentylacyjny odkrywcy zobaczyli „pomieszczenie szerokie na cztery do pięciu metrów, prawie piętnaście metrów długie, zaraz na lewo od komina, którym weszli, znajdowała się sztolnia, którą wprowadzono ładunek i samochody. Wejście to było założone lub zawalone pod sufit kamieniami, między którymi widać było niewybuchy pocisków artyleryjskich i moździerzowych. (…) Po prawej, w dwóch rzędach, niemal pod sufit, stało mnóstwo skrzyń - mniejszych, większych, płaskich i wysokich, tuby skórzane zawierające obrazy. Były tam też walizki oraz metalowe pojemniki pomalowane na zielono. Po lewej, tyłem do wyjazdu, stały dwa, jeden za drugim, mercedesy cabrio. W pierwszym na kierownicy było oparte ciało żołnierza Wehrmachtu. (…) Zaraz na lewo od wejścia - kilkanaście ciał żołnierzy Wehrmachtu (10-12) należących najprawdopodobniej do oddziałów Schörnera (feldmarszałek, który dowodził zgrupowaniem broniącym tzw. wału sudeckiego; zagradzało ono wojskom sowieckim drogę do Berlina) - wynikało to z naszywek i odznak za udział w kampanii krymskiej. Na końcu komory stało kilka konfesjonałów wyłożonych bogato bursztynem, posągów z marmuru i brązu, które owinięto kocami”.

Skarb carów
Najcenniejszym znaleziskiem miały być trzy jaja Faberge znalezione przy niezidentyfikowanym mężczyźnie w mundurze generała. Zrobione ze złota, inkrustowane kamieniami, kością słoniową i macicą perłową jaja z pracowni Petera Carla Fabergé to niezwykłe dzieła sztuki. Zamawiane przez rosyjskich carów, precyzyjnie wykonane, kryły w sobie różne kunsztowne niespodzianki, na przykład złotą karetę koronacyjną albo kopię pałacu carskiego. Uważa się, że Fabergé i jego jubilerzy wykonali 54 takie jaja, z czego do dziś przetrwało 47.

10 czerwca 1992 r. jedno z jaj Faberge pojawiło się na aukcji Sotheby’s w Nowym Jorku. Klejnot o nazwie Trofeum Miłości kupił anonimowy kolekcjoner za rekordową sumę 3,19 mln USD. Zakup wzbudził w Polsce ogromne zainteresowanie. Od roku Komenda Wojewódzka w Zielonej Górze prowadziła bowiem dochodzenie w sprawie śmierci Waldemara Huczki (ps.Lalek), jednego z najbogatszych Romów w kraju. Morderstwa dokonano 19 czerwca 1991 r., ciało ofiary z poderżniętym gardłem znaleziono dopiero po czterech dniach. W domu zabitego panował niewyobrażalny chaos. Splądrowany sejf, powyciągane w pośpiechu szuflady. Krewni Huczki zeznali, że z willi skradziono m.in biżuterię, obrazy oraz kilkaset tysięcy dolarów. Twierdzili też, że wśród zgromadzonych przez wójta przedmiotów było „złote jajko”. Widział je także kolekcjoner z Zielonej Góry, któremu Lalek pokazywał jajo Faberge w grudniu 1990 r. Już jesienią tego roku Huczko kazał założyć kraty we wszystkich oknach swojej wilii. Znajomi twierdzili, że stał się podejrzliwy i bardzo nerwowy.
W trakcie późniejszego śledztwa okazało się, że jeden z morderców Huczki pokazywał znajomym w 1991 r. „złote jajko wysadzane kamieniami na żółtej stopce”. Czy było to jajo skradzione w Nowej Soli? A jeżeli tak, to jaką drogą trafiło do Lalka? Wśród eksploratorów zaczęła krążyć informacja, że wójt kupił klejnot od odkrywców jeleniogórskiej szczeliny. Miało to być to samo jajo, które potem zostało sprzedane na aukcji w Nowym Jorku.
Skarb mniemany?
Koniec II wojny światowej zapisał się w historii Dolnego Śląska jako okres ukrywania przed nadchodzącymi Rosjanami dzieł sztuki i cennych przedmiotów. Günther Grundmann, konserwator prowincji dolnośląskiej, przygotował sieć skrytek, do których wyjeżdżały transporty dóbr kultury z Wrocławia. Podobne akcje ukrywania cennych rzeczy przeprowadzały również oddziały SS i Wehrmachtu.
Opisy „Szczeliny Jeleniogórskiej” wskazywały, że mogła się tam znajdować taka skrytka, zaś jej zabezpieczeniem zajmowali się żołnierze z armii Schornera. Mieczysław Bojko tak opisywał zabezpieczenia skarbów: „Z wnętrza schowka wynoszono coraz to nowe fanty. Obawiano się jednak opróżniania skrzyń, jako że Niemcy mogli tam założyć naciskowy ładunek wybuchowy. Gdy opróżniano skrzynie, obciążano je na zewnątrz podwieszanymi krążkami ołowianymi lub wkładano je do już opróżnionych”. Podobno wydobyto ze skrytki „liczne cenne zabytki sztuki rosyjskiej i orientalnej, w tym wiele związanych z religią, np. księgi prawosławne, które miały kartki wykonane z cienkiej blachy srebrnej z dodatkami złota, łączone rzemykami ze skóry, a także sporo ikon, złotych krzyży z kamieniami (…) i wiele innych przedmiotów pochodzących z Rosji”.
Zastanawiające, że po odkryciu skarbca na rynku antykwarycznym nie wypłynęły ani te przedmioty, ani nawet ich zdjęcia, oprócz dwóch fotografii jaj Faberge zrobionych przez anonimowego odkrywcę. - Widziałem zdjęcia kilku przedmiotów, które „pochodziły” ze szczeliny, ale skłaniam się ku temu, że jej istnienie to mistyfikacja - mówi Robert Kudelski, badacz tajemnic II wojny światowej. Jego zdaniem, legenda szczeliny została wymyślona przez przemytników dzieł sztuki. Istnienie tajnego schowka, w którym miały być ukryte skarby, ułatwiło upłynnienie cennych dzieł sztuki, pochodzących z kradzieży lub odnalezionych w kilku innych skrytkach na Dolnym Śląsku. - Na tym terenie działają profesjonalne grupy, które nie dzielą się swoją wiedzą i odkryciami ze środowiskiem polskich eksploratorów. Dysponują za to informacjami i profesjonalnym sprzętem, co świadczy o tym, że za ich działalnością stoją bogaci mocodawcy, których wiedza i doświadczenie wskazują na to, że mogli być członkami komunistycznych służb specjalnych krajów bloku wschodniego - twierdzi Kudelski.

Polemika i obalanie mitów…

„Szczelina”: zagmatwane tropy złotonośnej kury…

Tekst M.Bojki Tajemnica „Szczeliny jeleniogórskiej” („Oblicza Historii” 03/2004) daje wiele do myślenia. Autor opublikował wyjątkowo dokładny opis wyrobiska ze schowkiem, powstały na podstawie relacji jednego lub kilku odkrywców skrytki.

Ma się ona mieścić w skalnym pomieszczeniu na planie prostokąta mierzącego od czterech do pięciu metrów szerokości i prawie piętnaście metrów długości. We wnętrzu znajdują się trzy samochody: „Po lewej, tyłem do wyjazdu, stały dwa, jeden za drugim, mercedesy cabrio (…). Przed tymi samochodami stał jakiś dziwny pojazd z kierownicą i kołem z przodu, a z tyłu mający gąsienice. Ponadto złożono w nim kilka konfesjonałów oraz posągów, a także mnóstwo skrzyń w dwóch rzędach (…) jakieś tuby skórzane i walizki oraz metalowe pojemniki malowane na zielono”. Gdzieś po prawej stoi kilka akumulatorów, a na dnie komory porozrzucane są kable elektryczne.

Marka dwóch samochodów zdaje się nie budzić wątpliwości: Mercedesy to produkowane w latach 1936–1943 kabriolety 170V. Trzeci pojazd byłby włoską konstrukcją firmy Moto Guzzi (tzw.Guzzikrada). Redakcja identyfikuje go jako „Kettenrad” – niemiecki półgąsienicowy ciągnik SD KFZ 2 NSU, ale rozmówca M. Bojki wyraźnie okazał zdziwienie specyficzną konstrukcją, nadmieniając o „kierownicy”, zapewne samochodowej. Ciągnik NSU miał kierownicę motocyklową, poza tym w innym miejscu opisu występują słowa „o samochodach” w odniesieniu do wszystkich trzech pojazdów umieszczonych w wyrobisku.

W zakładaniu schowka musiało więc brać udział co najmniej kilkunastu niemieckich żołnierzy, z których wielu zostało w nim na zawsze. Po prawej stronie wnętrza „oparte o ścianę, wpółsiedząc, znajdowały się dobrze widoczne zwłoki niemieckiego generała (…). Następnie, zaraz na lewo od wejścia, dość nieprzyjemny widok – kilkanaście ciał żołnierzy Wehrmachtu (około 10-12), (…). W pierwszym (samochodzie) na kierownicy było oparte ciało żołnierza Wehrmachtu, z tyłu wyglądało, jakby żołnierz ten spał, był jednak zastrzelony”. Inne zwłoki były widoczne po wojnie na zewnątrz skrytki.

Opis wnętrza skalnej komory nie jest precyzyjny. Autor podzielił go na dwie części. W pierwszej odtwarza wnętrze komory widziane przez braci O. z perspektywy wylotu szybu wentylacyjnego. Początkowo, z obawy przed pułapkami minerskimi, O. nie wchodzili do pomieszczenia. Jego penetracji dokonali dopiero po latach i ówczesne obserwacje składają się na drugi fragment opisu. Wydawałoby się, że obie części opisu powinny się wzajemnie uzupełniać, a tymczasem istnieją między nimi istotne sprzeczności. Co spostrzegli Adam i Jacek O. z wnętrza otworu wentylacyjnego? „Z lewej strony widać było jakby wejście albo wyjście” czyli, co wynika z innego fragmentu tekstu: „sztolnia, którą wprowadzono ładunek i samochody. Następnie, zaraz na lewo od wejścia, dość nieprzyjemny widok – kilkanaście ciał (…)”. Natomiast „na wprost (otworu wentylacyjnego) zdeponowano ładunek (2 rzędy skrzyń) przykryty plandekami”. Ale w innym miejscu jest mowa o samochodach stojących „w głębi po lewej stronie, w oddali…” Jakiej oddali po lewej stronie? Przecież, a to jest jednoznacznie zawarte w opisach, szyb wentylacyjny ma znajdować się w jednej z dłuższych ścian prostokąta i w pobliżu narożnika, przy którym, w ścianie krótszej, mieści się otwór sztolni wjazdowej. Widok z szybu wentylacyjnego, częściowo zasłonięty skrzyniami, obejmowałby wyłącznie parometrowy odcinek komory w pobliżu wjazdu po lewej stronie, samochody zaś musiały znajdować się na prawo od szybu. Pojazdy zajmowałyby co najmniej 12 metrów (Mercedes 170V miał ok.4,30 m dł.,Guzzirada lub SD KFZ 2 NSU–ok. 3 m), a więc w 15-metrowym wnętrzu wyrobiska pozostawało zaledwie około 3 m wolnego miejsca w sąsiedztwie wjazdu. Jest to zdecydowanie za mało na kilkanaście zwłok, chyba że były one złożone w stertę. Lecz, według opisu, zwłoki leżały „bezwładnie”. W żadnym przypadku ponadto samochodów nie mogła dzielić od skrzyń odległość wynosząca „kilka metrów”. Biorąc pod uwagę 4-metrową szerokość wnętrza komory oraz szerokość mercedesów wynoszącą 1,60 m, ów dystans nie mógł być większy niż 1-2 m. Można owe sprzeczności skwitować lapidarnym stwierdzeniem: tak czy owak niepodważalny pozostaje fakt, że wzmiankowane w opisie pojazdy mogły zmieścić się we wnętrzu Szczeliny. Owszem, tylko wydawałoby się, że pierwszym oględzinom skalnej komory wypełnionej zwłokami, samochodami i skrzyniami towarzyszyły wyjątkowe emocje („Cały ten widok robił posępne i tragiczne wrażenie.” Braci „paraliżował strach”- podkreśla M.Bojko) i wobec tego trudno zapomnieć lub pomylić główne elementy niezwykłej, ale i nieskomplikowanej sceny. Tym bardziej że znalazcy mieli z nią do czynienia przez długie lata.

Na tym nie koniec wątpliwości. Jak miało wyglądać założenie skrytki? W pierwszej kolejności, co oczywiste, wniesiono by dzieła sztuki, akumulatory i być może materiały minerskie oraz wprowadzono samochody, a następnie przystąpiono do zamknięcia schowka. Autorzy wszystkich publikacji na temat Szczeliny byli przekonani, że użyto w tym celu ładunków wybuchowych. Nie jest to oczywiste. Być może w powietrze wysadzono by zewnętrzny otwór sztolni, choć wtedy należało liczyć się z zagrożeniem dla zmagazynowanych dzieł sztuki w wyniku działania fali uderzeniowej oraz znacznego zapylenia wnętrza komory, o czym w opisie nie ma jednak mowy. Przeciwnie, na mundurze martwego generała jeszcze dzisiaj mają być dobrze widoczne dystynkcje i czerwone lampasy. Być może wylot sztolni znajduje się w na tyle dużej odległości od komory, że eksplozja nie wyrządziła żadnych szkód. Natomiast z pewnością nie zastosowano by materiałów minerskich przy zamknięciu sztolni od strony wnętrza wyrobiska: „Wejście było założone lub zawalone pod sufit kamieniami”. W przypadku eksplozji w otworze sztolni powstałoby gruzowisko, przez które nie byłoby możliwe ujrzenie w głębi „porozpinanych na pewnej wysokości drutów, do których poprzyczepiano ładunki wybuchowe”. Sztolnię zaślepiono by więc specjalnie wymurowaną ścianą. Jeśli zdecydowano się na jej zaminowanie, to prawdopodobnie przynajmniej częściowo użyto by zaprawy murarskiej. Mur musiał być ustabilizowany, ponieważ przypadkowe obsunięcie się któregoś z kamieni, użytych jako budulec, mogło spowodować wybuch i zagrożenie dla zawartości schowka. Charakterystyczna jest wzmianka o rozpięciu przewodów minerskich jedynie do „pewnej wysokości”. Fragment muru ponad nią mógłby zostać zakończony później, po wyjściu – górą – żołnierzy pracujących przy zaminowaniu końcowego odcinka sztolni. To może świadczyć, że ściana zostałaby postawiona już po zaślepieniu wjazdu od zewnątrz i saperzy po wykonaniu swoich prac mieli tylko jedną drogę odwrotu – do wnętrza komory. Dopiero po wejściu do niej wypełniliby lukę w górnej części ściany i umieścili między kamieniami „niewybuchy pocisków artyleryjskich i moździerzowych”.

Prace te mogły być więc czasochłonne. Ilu ludzi było potrzebnych do ich przeprowadzenia w końcowym etapie? Zapewne nie więcej niż 3-4, we wnętrzu sztolni większa ich liczba wzajemnie by sobie przeszkadzała. To dlaczego w komorze podobno znajduje się tak wiele ciał: 10-12 żołnierzy, kierowcy i generała? Poza tym mieli być tam obecni jeszcze dwaj kolejni generałowie, którzy najwyraźniej zdezerterowali (swoje mundury pozostawili w jednym z pojazdów), czyli w momencie zamknięcia ściany sztolni w wyrobisku miało przebywać co najmniej 12-16 osób. W jakim celu? Z opisu można wnioskować, że powierzchnia Szczeliny ma około 60-75 m2. Trzy samochody zajmowałyby co najmniej około 17 m2, konfesjonały, rzeźby i skrzynie – przyjmijmy – drugie tyle. Dla ludzi zostało więc około 30-45 m2 i na każdego z obecnych przypadałoby zaledwie ok. 3 m2. Czyli w skalnym pomieszczeniu panowałby prawdziwy tłok, niewiele mniejszy niż w wypełnionym podczas mszy kościele, gdzie jedna osoba zajmuje około 1,5 m2.

Szczelina i jej otoczenie (z relacji niemieckiego leśniczego wiadomo o ludzkich szczątkach na skalnym zboczu) stałaby się grobem paru drużyn, a może nawet plutonu Wehrmachtu. Jakie wydarzenia miały rozegrać się po zamknięciu schowka? Sceneria przedstawiona w opisie M.Bojki jest sugestywna, ale wiele jej szczegółów wywołuje ogromne zdziwienie. Pozornie wszystko jest jasne: nieznani sprawcy (dwaj generałowie, których mundury pozostały w samochodzie?) zlikwidowali niewygodnych świadków. Tylko w jaki sposób? Sterroryzowali grupę żołnierzy, spędzili ich w jedno miejsce i zastrzelili? Musieliby użyć broni maszynowej, co w ogromnym stopniu zagrażałoby nie tylko starannie ukrytym dziełom sztuki, ale również samym strzelającym (rykoszety w niewielkim, zamkniętym pomieszczeniu). A więc podali żołnierzom truciznę? Potem zastrzelili żołnierza (z trudno wytłumaczalnych przyczyn absurdalnie siedzącego w samochodzie) i generała, spokojnie oczekujących na swoją kolej? A może żołnierz z samochodu i generał należeli do spisku i w ostatnim momencie zostali zdradzeni przez swoich wspólników? W sprawę założenia schowka miało być zamieszanych trzech generałów, z których jeden zginął, a po dwóch przepadł wszelki ślad. Jednak sztab żadnej z niemieckich armii nie zgłosił podczas ostatniej wojny bezprecedensowego w historii wojskowości w XX w. zaginięcia w tym samym dniu aż trzech generałów na tyłach frontu.

Czy zatem należy uznać „Szczelinę” za legendę? O ile z jak największą nieufnością trzeba odnieść się do opisanych wyżej szczegółów, to opis sposobu zamurowania i zaminowania końcowego odcinka sztolni wydaje się wiarygodny, pozwala nawet na snucie domysłów na temat sposobu przeprowadzenia prac. Nie można jednak zapominać, że jedna blaga powoduje powstanie drugiej. Potwierdzenie tej prawdy znaleźć można w mnogości wersji związanych z zawartością schowka, a zwłaszcza mających z niego pochodzić dzieł sztuki.

Mieczysław Bojko nie jest jedynym autorem publikującym informacje pochodzące od osób, które znały z autopsji Szczelinę. Jej istnienie ujawnił publicznie S.Siorek, choć uczynił to w sposób bardzo lakoniczny. W liście do premiera (opublikowanym w „Eksploratorze” 1/1994) pisał o „rozległej sztolni”, dobrze ukrytej, zawierającej dzieła sztuki i wyroby ze złota i bursztynu. Część złota została przetopiona, wartościowsze pierścienie i sygnety wywiezione do RFN, zaś bursztyn pocięty na koraliki”. Podkreślił, że grupa znalazców „zwracała się do wojewody jeleniogórskiego z ofertą wskazania sztolni za 45% wartości znaleziska” i ostrzegł: „Brak decyzji władz sprzyja dalszej grabieży”. Wiele wskazuje na to, że S.Siorek otrzymał informacje bezpośrednio od osób podających się za odkrywców skrytki. Podczas dochodzenia jesienią 1993 r. policja dysponowała ogólnikowymi danymi o ukrytych w podziemiu samochodach (w jednym z nich miało znajdować się ciało oficera Wehrmachtu) załadowanych dziełami sztuki, pośród których znajdowały się jakieś wyroby bursztynowe, natomiast nie były jej znane inne szczegóły z listu S.Siorka.

W artykule z jesieni 1995 r. („Rembrandt w lochu?”, Nowy Detektyw 47/1995) R.Wójcik pisał o „ogromnym depozycie” ukrytym w podziemnym bunkrze w końcowych tygodniach wojny. Znajdują się w nim głównie dzieła sztuki, obrazy, rzeźby, a także i kosztowności z muzeów Ukrainy i Rosji. Podziemie jest tak obszerne, że stoją tu samochody ciężarowe i wojskowe gaziki z ładunkami wciąż nie rozpoznanymi. Jeden z odkrywców bunkra wszedł sam do jego wnętrza, po linie, przez wąski komin wywietrznika… Za drugim razem, gdy przyszedł ze wspólnikiem, ujrzeli trupy kilkunastu oficerów niemieckich. Jeden, zapewne samobójca, siedział za kierownicą auta z pistoletem w dłoni (…). Autor nadmienił także o innych szczegółach znanych znalazcom: podobno wydobytym ze schowka „złotym jajku” i szybie wentylacyjnym odkrytym przez jakiegoś gajowego.

List S.Siorka był utrzymany w tonie jeszcze wstrzemięźliwym, w artykule Rembrandt w lochu? pojawił się już wątek „ogromnego depozytu”, a temperatura osiągnęła stan wrzenia w kolejnej publikacji R. Wójcika (Łowcy skarbów, Warszawa 1997, s. 21-26). Autor na prośbę J.Śniecińskiego (wydawcy „Nowego Detektywa”, co, biorąc pod uwagę opublikowanie w tym piśmie „Rembrandta w lochu?” zapewne nie jest przypadkowym zbiegiem okoliczności) przygotował „Porozumienie wstępne”, które znalazcy zamierzali zawiązać z władzami. Oczekiwali wynagrodzenia (20% ceny aukcyjnej) za wskazanie „szczegółowej lokalizacji znaleziska kultury o wielkiej wartości materialnej (co najmniej 1 mld dolarów USA, co z grubsza odpowiada co najmniej dwukrotnej, szacunkowej wartości Bursztynowej Komnaty – JL])”. Podobnie jak S.Siorek (a jest to analogia uderzająca), również R.Wójcik, choć dobitniej, przestrzegał w „Porozumieniu”: „O miejscu ukrycia wie zapewne strona niemiecka, bowiem ujawnione ostatnio symptomy na to wskazują. Ponagla to w sposób oczywisty bieg sprawy w obawie przed niekontrolowaną eksploracją ze strony czynników zagranicznych”. Trzeba podkreślić: materiały do obu swoich publikacji autor zebrał w jednym czasie, dając do zrozumienia w Łowcach skarbów, że pochodzą one od osoby, którą teraz M.Bojko określa jako B. „Porozumienie”, ujawnione dopiero w 1997 r., R.Wójcik załączył do artykułu w „Nowym Detektywie” już w 1995 r. Można więc wnioskować, że powstało ono nie później niż w 1995 r., a szczegóły, ówcześnie podane w „Nowym Detektywie”, pochodzą od domniemanych znalazców. Dziwi zatem ich skrajna niezgodność z opisem u M.Bojki (m.in. we wnętrzu schowka samochody ciężarowe, a nie osobowe, znajdujące się w jednym z samochodów zwłoki oficera – samobójcy z pistoletem w dłoni, co – na marginesie – jest szczegółem bardzo wątpliwym itd.). Własnym wkładem R.Wójcika są niejasne i jak z rękawa wysuwane sugestie, że „Szczelina” może znajdować się w okolicach Książa, Szklarskiej Poręby lub Piechowic.

Tekstem porównywalnym do materiału M.Bojki jest obszerny artykuł M.Chromicza „Schowek nie całkiem opróżniony” („Nowiny Jeleniogórskie” 23.06.1998). Autor powołał się na informatora – osobę, która była właścicielem „pieczęci myśliwskiej”, wydobytej ze Szczeliny. Od M.Bojki wiadomo, że pieczęć należała wówczas do Waldemara K., mającego towarzyszyć braciom O. podczas oględzin schowka w trakcie pierwszego wejścia do wnętrza schowka. I znów uderzające jest, w jak dużym stopniu opisy skrytki M.Chromicza i M. Bojki, bądź co bądź określone jako pochodzące od jej odkrywców, różnią się od siebie. Między innymi w wersji przekazanej przez Chromicza obok dwóch samochodów (ich marka nie została określona) w komorze stoją dwa motocykle BMW (u Bojki pojazd gąsienicowy). W jednym z samochodów znajdują się zwłoki generała (u Bojki szczątki generała spoczywają pod ścianą). Pośród ukrytych dzieł byłyby „stare książki” (zapewne chodzi o rękopisy: w artykule widnieje zdjęcie jednego z inkunabułów), srebrna zastawa na 200 osób, „kompletna myśliwska komnata”(?) i teczki z rysunkami (są to przedmioty nie występujące u Bojki), a także „ogromne bursztyny” (u Bojki „konfesjonały wyłożone bogato bursztynem”).

I rzecz bardzo istotna: informator M.Chromicza mówił o 3 jajach Fabergé znalezionych przy zwłokach generała. Wcześniej S.Siorek nie wspomniał o żadnym, R.Wójcik pisał o jednym – „złotym”. Natomiast w tekście M.Bojki jest mowa o chyba co najmniej czterech, a na jednej z załączonych fotografii widać piąte (według podpisu „Nie zostało ono znalezione w teczce generała, ale wśród innych wyrobów ze złota”). Co więcej, ani jedno z trzech jaj opisanych przez M.Chromicza nie odpowiada egzemplarzom z tekstu M.Bojki, m.in. różnią się one umieszczonymi wewnątrz drobnymi przedmiotami (u M.Chromicza: złota kareta, mała cerkiew i scena „jakiegoś hołdu”, u M.Bojki tylko jeden przykład – „mniejsze jajko (…) bursztynowe, inkrustowane srebrem w orły cesarskie”). A więc w schowku miano ukryć nie trzy jajka, lecz co najmniej siedem bądź osiem dzieł z warsztatu Fabergé lub jego kręgu? Czy można mieć przekonanie, że w przyszłości ich liczba już się nie zwiększy? Nie sposób wyjaśnić skrajnych rozbieżności w tekstach autorów, którzy korzystali z informacji pochodzących od osób podobno z autopsji znających skrytkę. Czyżby „Szczelina” od początku była legendą?

Co raz ukazujące się artykuły powodują stopniowe podgrzewanie atmosfery wokół sprawy schowka i dziennikarskie werble brzmią tym głośniej, im bardziej oddala się perspektywa przyznania rządowej nagrody dla jego domniemanych odkrywców. W tekstach S.Siorka i R.Wójcika wprost zawarte było skierowane do rządu przesłanie o zawarcie umowy ze znalazcami. Wystąpili o nią sami zainteresowani w lecie 1995 r., a wobec fiaska rozmów, w kolejnych publikacjach (niezależnie od intencji ich autorów) władze coraz bardziej są kuszone opisami bogactw jakoby ukrytych w „Szczelinie”. Materiał M.Bojki ma dodatkowe znaczenie. Informacje o wcześniej nieznanych jajkach Faberge ze „Szczeliny”, jeśli są prawdziwe, przestały mieć wymiar dyskretnej oferty dla władz. Dzieła już dawno wyniesiono by ze schowka, a rozkwitająca legenda „Szczeliny” nadawałaby im walor autentyczności. Ta jednak wcale nie musi być oczywista, na co słusznie zwrócił uwagę L.Zwirełło („Jajko w Szczelinie albo jak zrodziła się legenda. Afera z jajkiem Faberge”, Odkrywca 5/2003).

Nie da się pominąć zagadnienia lokalizacji głośnego schowka. Wydawałoby się, że w jej określeniu ogromne znaczenie może mieć mapa, wedle M.Bojki znaleziona przy zwłokach generała. Widać na niej ślad krwi. Nie jest to plama, jaka powstałaby, gdyby w momencie śmierci generał pochylał się nad mapą. Krew przesączyła się przez podklejone płótno w formie świadczącej o tym, że mapa, prowizorycznie złożona, mogła być umieszczona w kieszeni bluzy mundurowej. Bardzo zastanawia jednak brak symetrii zacieku: przede wszystkim w środkowym odcinku krew wsiąkła tylko w jeden z arkuszy, podczas gdy drugi pozostał niemal suchy. Mapa była złożona w charakterystyczny sposób, tak aby po wyjęciu jej z kieszeni od razu można było mieć na widoku wybrany fragment. Zdaje się więc istnieć bardzo ścisły związek generalskiej mapy z miejscem, w którym znajduje się „Szczelina”. Jaki obszar jest na niej przedstawiony? Z nieznanych przyczyn M.Bojko przemilcza tę kwestię.

Na prawym, dolnym (S-E) arkuszu widać dwie przecinające się linie kolejowe. Charakterystyczne, że ich przebieg nie został zakłócony rzeźbą terenu, obie poprowadzone są po linii prostej (południowa z fragmentem o nieznacznym odchyleniu). Nie ma zatem wątpliwości (potwierdza to również kolorystyka użyta w oznaczeniu konfiguracji), że teren na tym arkuszu ma ukształtowanie nizinne i, jeśli mapa miałaby przedstawiać okolice Jeleniej Góry, to w rachubę wchodziłby jedynie odległy obszar na północ od Bolesławca, Złotoryi i Jawora. Byłby to region zupełnie inny od rejonu sugerowanego przez M.Bojkę jako lokalizacja „Szczeliny”.

Podobne wątpliwości można mnożyć niemal w nieskończoność. Nie ma potrzeby. Trafniej jest postawić pytanie zasadnicze: dlaczego od ćwierćwiecza znana skrytka z legendarną zawartością nie została udokumentowana choćby jedną fotografią jej wnętrza?

Mieczysław Bojko już raz wypowiadał się na temat „Szczeliny”. Joannie Lamparskiej oświadczył („Słowo Polskie” z 17 września 1999 r.): „Kilka lat temu do lokalnych władz zwróciła się grupa ze Strzelina z informacją o ukrytych dobrach kultury, m.in.o sławnym jajku Faberge. Pismo, które wysłali ,czytało kilkadziesiąt osób, one przekazały informacje kilkudziesięciu następnym. To nie mogło dać eksploratorom poczucia bezpieczeństwa. Potem pismo znalazło się jeszcze w kancelarii premiera, potem u ministra gospodarki leśnej i zasobów naturalnych itd. A informatorzy chcieli po prostu 50% wartości znaleziska. W końcu zrobiło się zamieszanie, zaczęły się przesłuchania, nic nikomu nie udowodniono, a sławne jajo Faberge zostało wywiezione na Zachód, gdzie zostało sprzedane za 70 tys. marek. Wkrótce osiągnęło cenę 5 mln funtów szterlingów”. Wywiad z M.Bojką otrzymał dający do myślenia tytuł: „Szukaj złota w polu”. Chyba tak…

(źródło: J.Lamparska,M.Bojko,J.Lewicki)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Sztolnia nad Błotnią

przez , 27.kwi.2014, w Pod ziemią

Sztolnia nad Błotnicą (Botnicą)26 kwietnia 2014 roku. Udajemy się na zbocza Dębnicy (Eichberg) 463 m n.p.m., celem ich penetracji za dawnymi pozostałościami górnictwa w tym rejonie. Bierzemy na celownik jej zachodnie zbocza. Przemierzając las mieszany natrafiamy wielokrotnie na zapadliska, szurfy oraz odsłonięcia i wychodnie skał zieleńcowych. Widzimy rowy odwadniające, pozostałości po stawach płuczkowych. Liczny rumosz skalny i coraz liczniejsze pingi świadczą o intensywnej eksploatacji w tym rejonie za złożami rud metali w średniowieczu. Penetrujemy kolejne jary i podejmujemy decyzję aby jednym z nich zejść w dół, w kierunku rzeki Błotni (Błotnicy/Botnicy). Jej lewym orograficznie brzegiem trawersujemy zbocze Dębnicy. Rzeczka meandruje wśród lasu iglastego. W pewnym momencie docieramy do miejsca, gdzie niewielkim jarem z jej zbocza wypływa ciek wodny zasilający wody Błotni.Sztolnia nad BłotnicąPrzyglądamy się jego początkowi. Ewidentnie wskazuje on, że w tym miejscu powinien znajdować się wlot sztolni, a ciek wodny upewnia nas w przekonaniu, iż w tej skarpie jest drożna sztolnia. Podejmujemy decyzję – odgruzowujemy wlot. Albo, albo. Po 2 godzinach pracy uwidacznia nam się otwór prowadzący w głąb góry. Jest sztolnia! Jeszcze chwila odrzucania rumoszu skalnego, by wlot osiągnął wymiary pozwalające na spokojną eksplorację sztolni. Zaraz za wlotem widoczna jest silna infiltracja wody i małe „jeziorko” na spągu, a po lewej stronie pozostałość po drewnianej obudowie – resztki stempla. Wlot znajduje się na wysokości 380 m n.p.m. Szerokość wyrobiska waha się w granicach 2 metrów, wysokość 1,7 m i biegnie pod kątem 60′ NW-SE. Sztolnia wydrążona jest w łupkach poprzecinanych żyłami kwarcu z wyraźną mineralizacją związków żelaza i miedzi. Wyrobisko ma 20 metrów długości, prostego chodnika zakończonego przodkiem.Staw płóczkowy powyżej sztolniWszystko wskazuje na to, że była to sztolnia poszukiwawcza za rudami żelaza lub miedzi, być może srebra i złota, jednakże próby rud nie dały oczekiwanych rezultatów i zaprzestano w niej prac. Stan wyrobiska, pomimo zawalenia wlotu, jest dobry, w sztolni jest grawitacyjny odpływ wody. Technika jej drążenia wskazuje, że prawdopodobnie jest to sztolnia z XVII lub XVIII wieku. Robimy zdjęcia wnętrza, mineralizacji na ścianach i stropie, po czym opuszczamy ją pozostawiając wlot drożnym. Udajemy się w górę meandrującej Błotni, gdzie po około 100 metrach natrafiamy na groblę, a za nią na staw płuczkowy. Do niego spływa kolejny strumień. Podchodzimy wzdłuż niego do góry i wśród buków zauważamy kolejne dwa zapadliska z których bierze on swój początek. Jest to kolejne świadectwo znajdujących się tu drożnych sztolni. Tym razem odpuszczamy sobie wszelkie prace eksploracyjne pozostawiając je sobie na kolejny wypad. Odkopane wyrobisko nazwaliśmy umownie „Sztolnią nad Błotnią”.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o powstaniu Lisiej Sztolni…

przez , 22.kwi.2014, w Legendy

Pewnego razu w góry wyruszył mały pastuszek. Rodzice jego mieszkali w Wałbrzychu, w ubogiej chałupce, a on pomagając im, codziennie wychodził z niewielkim stadkiem owiec, aby je paść na zboczach górskich. Ale chłopcu nudziło się, gdy owce skubały spokojnie trawę. Nic więc dziwnego, że szukał sobie rozrywki myszkując po zaroślach śledząc ptactwo i zwierzęta. Tego dnia, gdy uspokojony, że owce się nie rozbiegną, ruszył znów na wędrówkę, udało mu się znaleźć coś, czego nie znajduje się co dzień – lisią norę. Co więcej w jej wnętrzu i wokół niej leżało pełno dziwnych kamieni czarnych, dość lekkich i błyszczących. Zaciekawiony chłopak postanowił zabrać ich kilka do domu i pokazać rodzicom. Ale oni, utrudzeni robotą nie chcieli się tym zajmować.

- Wyrzuć te kamienie, jeszcze mi nimi izbę będziesz zaśmiecał – burknęła matka.

Pastuszek posłusznie wrzucił kamienie do ognia, ale jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył, że zaczęły one płonąć. Wieść o węglu, bowiem węglem właśnie były owe nieznane kamienie, rozniosła się szybko. Wielu ludzi wyruszyło po nie do lisiej jamy, na której miejscu powstała pierwsza w tych stronach kopalnia węgla, zwana jeszcze długo Lisią Sztolnią.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , więcej...

Grota Puławska

przez , 16.kwi.2014, w Pod ziemią

GPNa przełomie XVIII i XIX wieku Puławy zyskały miano polskich Aten za sprawą rezydencji Czartoryskich, gdyż była drugim po Warszawie ośrodkiem życia politycznego i kulturalnego na ziemiach polskich. Przez blisko półtora wieku miasto było ośrodkiem naukowym, w którym funkcjonowały wyższe uczelnie oraz instytuty naukowe działające do chwili obecnej. Samo miasto położone jest na prawym, wysokim brzegu Wisły, gdzie jej koryto wygina się potężnym łukiem, a Dolina Środkowej Wisły ma tu szerokość kilkunastu kilometrów. Jednym z najciekawszych i najczęściej odwiedzanym zabytkiem w Puławach jest zespół pałacowo-parkowy, którego dzieje sięgają XVII wieku.

Nurt rzeki podmywając wysoki brzeg wyniósł materiał skalny osadzając go poniżej, tworząc wysoką, nadwiślańską skarpę, na której to w latach 1676-1679 marszałek Stanisław Herakliusz Lubomirski wybudował półobronny barokowy pałac, zakładając równocześnie pierwszy ogród. W 1706 roku pałac zostaje spalony przez Szwedów, po czym w 1722 roku córka Lubomirskiego, Elżbieta Sieniawska, rozpoczyna jego odbudowę kontynuowaną przez swoją córkę Zofię Denhoffową, późniejszą żonę księcia Augusta Czartoryskiego (od 1731 roku). Po śmierci Czartoryskiego majątek puławski dziedziczy Adam Kazimierz Czartoryski wraz z żoną Izabelą. W latach 1731-1736 następuje rozbudowa posiadłości, między innymi zostaje wybudowany rokokowy pałac i dokonano rewitalizacji parku.GP1Pod powierzchnią ziemi, w skarpie wiślanej, pomiędzy pałacem a Świątynią Sybilli, wydążono ciąg wyrobisk podziemnych, za sprawą wydobywania materiału skalnego stosowanego przy budowie rezydencji książęcej. Skały znajdujące się w podłożu, trzeciorzędowe opoki i gezy, okazały się bowiem świetnym i tanim budulcem, który ponadto był dostępny na miejscu. Wyrobiska te, pochodzące z XVIII wieku zostały nazwane Grotą Puławską i uznane za obiekt zabytkowy. Podziemne korytarze księżna Izabella Czartoryska wkomponowała w zaprojektowany w stylu romantycznym park pałacowy. Chodnikom nadano odpowiedni, charakterystyczny wystrój, urządzając w największej z powstałych tu komór kaplicę z ołtarzem. Przy wejściu do groty księżna Izabella poleciła ustawić sprowadzoną specjalnie z Włoch rzeźbę śpiącej pantery, w celu wywołania pożądanego nastroju grozy.

Obecnie figura ta znajduje się w Domku Gotyckim (muzeum) na terenie parku. Ciąg korytarzy Groty Puławskiej zlokalizowany jest na niewielkiej głębokości w zboczu skarpy równoległej do koryta Wisły. Na całość kompleksu wyrobisk składają się komory, z których to wybierano potrzebną do budowy skałę oraz łączących je korytarzy o łącznej długości 140 metrów. Korytarze mają zmienne nachylenie od 2-10 stopni, szerokość od 1,2-3,2 metra oraz wysokość 1,8-2,6 metra, zaś stropy w komorach znajdują się na wysokości od 3-4,5 metra. Największa z komór, w której urządzono kaplicę z ołtarzem ma wysokość 6,5 metra. Od 1984 roku na terenie zespołu parkowo-pałacowego prowadzone były prace badawcze i konserwatorskie, które umożliwiły zabezpieczenie i udostępnienie zwiedzającym w 2001 roku Groty Puławskiej.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sieciarz jaskiniowy. Najjadowitszy pająk w Polsce

przez , 09.kwi.2014, w Flora i Fauna

SJ„Najbardziej jadowity pająk w Polsce ma 5 cm długości i czyha nie tylko w jaskiniach, lecz także w tunelach kolejowych oraz w piwnicach…”.
Tym jadowitym stawonogiem jest Sieciarz jaskiniowy (Meta menardi). Gatunek został opisany przez francuskiego arachnologa Pierre André Latreille’a w 1804 roku. Sieciarz występuje powszechnie w Europie – od Skandynawii po basen Morza Śródziemnego, a także w Azji. Lokalizuje się w studzienkach kanalizacyjnych, jaskiniach, sztolniach, piwnicach, a także u wylotów tuneli kolejowych. Gatunek ten osiąga pokaźne rozmiary – odwłok liczy jedynie 1,5 cm długości, ale wraz z odnóżami jego ciało osiąga ponad 5 cm. Pająk ten nie tka zwyczajnej sieci. Buduje zazwyczaj swojego rodzaju pajęczą sieć komunikacyjną, po której przemieszcza się, polując. Gatunek ten opracował spowolnione użytkowanie energii, dzięki temu wydajniej migruje i poluje przez cały rok. Sieciarz charakteryzuje się sezonowymi wędrówkami, w zimie, w celu zdobywania pożywienia. Żywi się innymi stawonogami, głównie wijami oraz ślimakami z rzędu trzonkoocznych.SJ1W Polsce sieciarz uznawany jest za najbardziej jadowitego pająka. Na szczęście, nie stanowi wielkiego zagrożenia dla ludzi. Jego ukąszenie może być wyjątkowo nieprzyjemne – porównuje się je do użądlenia przez szerszenia. Sieciarz jest prawdziwą osobliwością. Dorosłe osobniki charakteryzują się fotofobią. Wybierają ciemne miejsca z racji swoich wrażliwych oczu, które nie zniosłyby jasnego, intensywnego światła. Całkiem inaczej zachowują się jednak młode osobniki. W przeciwieństwie do rodziców, wykazują tzw. fototaksję – poruszanie się w kierunku światła. Ewolucjoniści podejrzewają, że jest to rodzaj adaptacji, która pozwala młodym zasiedlać nowe, korzystniejsze terytoria. Zaliczany jest do rodziny kwadratnikowatych (Tetragnathidae). Rodzina ta obejmuje prawie tysiąc gatunków. Wiele z nich zajmuje tereny rzeczne oraz różnego rodzaju mokradła, a jedynie rodzaj Meta, do którego należy sieciarz, preferuje jaskinie i podobne do nich lokalizacje.SJ7Jest pająkiem o lśniącym, gładkim odwłoku w kolorze od ciemnoczerwonego po czarny. Spotykane są osobniki, których odwłok jest nawet bardziej zróżnicowany kolorystycznie – o wyraźnym, ciemnooliwkowym odcieniu. Często mylony jest z innym gatunkiem, równie dużym i podobnie ubarwionym – Meta bourneti (Simon 1922). Nawet doświadczony arachnolog musi dokonać analizy mikroskopowej, aby odróżnić od siebie te dwa gatunki. Dekadę temu pająk ten miał swoje pięć minut w brytyjskich mediach. Pracownicy firmy telekomunikacyjnej British Telecom, którzy mieli zainstalować kable pod królewskim zamkiem Windsor, nieopodal Londynu, natknęli się na liczną populację pająków. Niezwykle szybko mieszkańców i pracowników British Telecom ogarnęła panika.SJ3O pająkach mówiono, że są ogromne i jadowite oraz, że dzięki swoim aparatom gębowym są w stanie przegryźć ludzką skórę. Na szczęście, afera ucichła, gdy tylko arachnolodzy zainterweniowali, opisując te „ogromne” pająki jako Meta menardi i zapewniając, że nie stanowią zagrożenia. Wciąż jednak, wiele osób panicznie się ich boi. Z kilku powodów sieciarza wybrano pająkiem roku 2012. Po pierwsze, gatunek jest reprezentantem fascynującej rodziny kwadratnikowatych (Tetragnathidae) – dotychczas niewyróżnianej. Po drugie, jako mieszkaniec jaskiń może funkcjonować w roli bohatera dwóch kategorii: wśród pająków jako takich i wśród „jaskiniowców”. Sieciarz jaskiniowy jest jednym z 955 gatunków Tetragnathidae znanych z całego świata. W Europie występuje 29 gatunków, w tym 19 odnotowano w Europie Środkowej.SJ4Ma szerokie rozmieszczenie geograficzne. Znany jest z całej Paleoarktyki, z wyjątkiem Japonii. W centralnej Europie zamieszkuje tereny krasowe, np. w Alpach Frankońskich i Szwabskich. W Polsce spotykany jest w wielu jaskiniach i sztolniach. Żyje w jaskiniach, piwnicach, wyrobiskach górniczych i rumowiskach skalnych o średnim poziomie wilgotności, w temperaturze powyżej 7°C. Ciało samców osiąga 11-13 mm długości, samice mierzą 14-17 mm. Ubarwienie jest raczej ciemne: głowotułów czerwonobrązowy a odwłok w różnych odcieniach brązu z delikatnym jaśniejszym wzorem i dwiema owalnymi plamami. Brązowe nogi mają czarne obwódki. Meta menardi można pomylić z innym mieszkańcem jaskiń, np. z Metellina merianae (Scopoli, 1763), ten drugi jest jednak mniejszy, ubarwiony w szarych odcieniach. Ponadto, buduje rozleglejsze sieci z większą liczbą promieni i nici łownych a jego ulubioną zdobyczą są owady latające.SJ5Fauna jaskiniowa obejmuje wiele innych gatunków pająków, wykazujących przystosowania do podziemnego życia. Są one zwykle znacznie mniejsze (np. Linyphiidae) i trudno je pomylić z przedstawicielami rodzaju Meta, zwłaszcza z sieciarzem. Jako wyraz adaptacji do życia w ciemności, niektóre z nich wykazują tendencję do regresji oczu. Zaloty u wymienionych gatunków z rodzaju Meta zwykle mają miejsce wczesnym latem. Następnie, od połowy lipca do początków sierpnia, samica buduje kokon o średnicy 2-3 cm, zawiesza go na nici i strzeże przez kilka tygodni po czym umiera. W końcu sierpnia młode są widoczne wewnątrz jako czarne kropki. Nie opuszczają jednak kokonu aż do wiosny następnego roku. Wtedy kierują się do wyjścia jaskini i można je obserwować przez kilka tygodni. W tym czasie niektóre kolonizują inne jaskinie, część pozostaje w starej. Meta menardi osiąga wiek 2-3 lat – w odróżnieniu od większości gatunków, które żyją jeden rok. Sieć sieciarza jaskiniowego ma 20-30 cm średnicy, zawiera nieliczne nici łowne i można ją uznać za szczątkową, stąd rzadko jest skutecznym narzędziem do polowania.SJ6Sieciarz jaskiniowy spędza większość czasu na ścianach jaskini, gdzie łowi stonogi, chrząszcze, wije, ćmy i inne motyle, ślimaki i inne małe zwierzęta. Ofiary zawiesza na niciach pajęczyny. Zarówno dieta, jak i sposób polowania są adaptacją do jaskiniowego życia. Sieciarz jaskiniowy bywa nazywany krzyżakiem jaskiniowym, mimo, że nie należy do rodziny krzyżakowatych (Araneidae). Z powodu swych rozmiarów jest jednym z najbardziej charakterystycznych i ważnych mieszkańców jaskiń i wyrobisk górniczych strefy klimatu umiarkowanego, reprezentując całą grupę organizmów, często rzadkich i chronionych. Wybór Meta menardi, jak podkreślają m.in. członkowie German Cave and Karst Researchers, jest próbą skierowania większej uwagi na jaskinie i podobne środowiska – jako miejsca zamieszkiwane przez fascynujące zgrupowania zwierząt. Wybór jest także dowodem owocnej współpracy arachnologów i speleologów. Najliczniejsza jego populacja w Sudetach występuje w Jaskini Pajęczej „Arachnofobii” w górze Połom 667 m n.p.m. koło Wojcieszowa.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , więcej...

Z pamiętnika eksploratora…

przez , 05.kwi.2014, w Galimatias

Płyta z otworemO odnalezionych podziemiach cysterskich…

Historia z podziemiami cysterskimi w okolicach miejscowości Słup rozpoczyna się w 1810 roku, kiedy to w wyniku sekularyzacji zakonu grupka mnichów nie godząc się na zarekwirowanie dóbr i kosztowności zgromadzonych w lubiąskim klasztorze, buntuje się i ucieka z ich częścią w kierunku Krzeszowa, gdzie mieści się kolejne opactwo. Docierają do Winnicy, gdzie umiejscowiona była ich grangia, a dalej w kierunku Słupa i góry Górzec.

Jedna z legend dotycząca terenu gminy Męcinka mówi o podziemnym przejściu z kościoła w Słupie do kaplicy we wsi Żarek, która obecnie nie istnieje – pozostaje zalana pod wodami zbiornika Słup. Owa kaplica była niegdyś częścią klasztoru należącego do zakonnic, o surowej regule zakazującej pokazywania się wśród ludzi, zatem do słupskiego kościoła chodziły tym podziemnym korytarzem.

Krnąbrni mnisi wraz z przywłaszczonymi dobrami kierują się na Górzec. Masyw jest im dobrze znany z racji tego, iż od połowy XIII w. góra ta jak i obszar Mniszego Lasu należał do cystersów z Lubiąża, a w 1740 r. wytyczyli oni na niej tzw. Drogę Kalwaryjską, wzdłuż której ustawiono 14 piaskowcowych kapliczek. Ponadto znajduje się on mniej więcej w połowie drogi z Lubiąża do Krzeszowa. W 1810 roku u podnóża Górzca powstaje pustelnia, w której to zamieszkał jeden z mnichów, jak domniemywano „strażnik” cysterskich dóbr, ukrytych gdzieś w okolicy. O losach pozostałych jego kompanów nic nie wiadomo. Sam teren masywu Górzca obfituje w różnego rodzaju pozostałości po średniowiecznych pracach górniczych, takich jak sztolnie, szyby, pingi, itp., co niewątpliwie sprzyja możliwości ukrycia dóbr. Na szczycie zaś znajdował się XIII-wieczny zamek wzniesiony przez Henryka Brodatego, który mógł posiadać podziemia.

Gdzie mnisi ukryli przywłaszczone dobra? Czy na terenie grangi, kościoła w Słupie, w masywie Górzca, czy może w podziemiach? Do dziś pozostaje to tajemnicą. Podziemi nigdy nie zlokalizowano…Widok przez otwórI w tym momencie pojawia się nowy wątek, ślad. Otóż dowiadujemy się od znajomego, że kiedyś członek jego rodziny, w latach 70-tych XX w. pracował jako robotnik fizyczny przy prowadzonych pracach ziemnych między Winnicą a Słupem i opowiadał mu pewną historię. W trakcie prowadzonych prac ziemnych w znajdującym się tam lasku natrafili przypadkiem na jakiegoś typu „kamienny właz i komorę”. Prosimy znajomego by w miarę możliwości dopytał o szczegóły i lokalizację tego „znaleziska”. Po kilku dniach otrzymujemy odpowiedź ze szczątkowymi informacjami o tym odkryciu. Miała to być, porośnięta już runem, kamienna płyta z metalowymi uchwytami, po środku której znajdował się okrągły otwór „jakby do cyrkulacji powietrza wewnątrz-wywietrznik…”. Robotnicy uznali, że jest to pewnie jakiś stary grobowiec. Jednak gdy zajrzeli do wnętrza przez otwór, nie było w komorze trumien, a w jedną i druga stronę widoczne były łukowate, zamurowane cegłą wejścia.

Po tej informacji, mając jako takie namiary na ten „lasek” i umiejscowienie w nim płyty, nie pozostało nic innego jak zweryfikować ją w terenie. Jest grudzień 2013 roku. Zaopatrzeni w metalowe pręty do sondowania podłoża udajemy się do Winnicy i wskazanego lasku. Na miejscu bez problemu odnajdujemy go, po czym „przeczesujemy” dokładnie wzrokiem jego runo. Niestety nic charakterystycznego nie zauważamy. Postanawiamy zatem wykorzystać metalowe pręty i mniej więcej co 1 m sondujemy podłoże w nadziei natrafienia na „coś” twardego. Ponieważ jest przełom jesieni i zimy, a co za tym idzie dzień krótki, jesteśmy zmuszeni nasze poszukiwania rozbić na kilka dni po około 2 godziny dziennie. Teren nie jest mały, a dodatkową trudność nastręcza gęste poszycie runa leśnego, plątanina różnego rodzaju roślin. Często natrafiamy na duże kamienie zalegające tuż pod powierzchnią, dające nam fałszywą nadzieję, że to już to.Podziemia (1)W końcu po kilku dniach sondowania podłoża natrafiamy na coś twardego i o większych gabarytach, ukryte pod warstwą ściółki i porastającego ją bluszczu. Zaczynamy nerwowo rozgrzebywać bluszcz, a naszym oczom ukazuje się… kamienna płyta! Nareszcie! Pozbawiamy ja maskującej okrywy roślinnej, pojawiają się metalowe uchwyty i na jej środku otwór wielkości piłki do koszykówki. Płyta ma grubość 12 cm, wymiary 1,5×1,5 m. Oświetlamy przez otwór wnętrze. Komora jest pusta, w całości wykonana z cegły, głębokości około 2-2,5 m, wymiarach około 2×2 m, do której sprowadza kilka stopni również wykonanych z cegły. Podłoże jest wilgotne. Ściana naprzeciw stopni jest jednolita, natomiast w jedną jak i w drugą stronę widoczne są łukowate chodniki zamurowane cegłą. Na tą chwilę nie jesteśmy w stanie „ruszyć” płyty i odsłonić na tyle, aby dostać się do wnętrza. Na koniec robimy zdjęcia wnętrza opuszczając aparat przez otwór na tyle, na ile pozwala nam długość ramion oraz samej płyty. Informacja przekazana przez znajomego okazuje się w 100% prawdziwa. Zadowoleni z wyników poszukiwań odpuszczamy sobie na razie dalszą eksplorację odkrytej komory. Na powrót maskujemy ją roślinnością nie pozostawiając po sobie żadnych śladów naszej bytności i prac. Miejsce jest jak nie naruszone. Co kryje się w zamurowanych cegłą chodnikach? Dokąd prowadzą? Czy są drożne? Tą tajemnicę zostawiamy sobie na cieplejsze dni, gdy będą dłuższe, a roślinność bujna, by nie przykuwać uwagi osób postronnych… Jedno wiemy na pewno – nie jest to grobowiec, ani jakakolwiek konstrukcja drenująca. Nie w tym miejscu…Podziemia (3)W marcu 2014 roku powracamy do tematu odnalezionej komory. Zaopatrzeni w sprzęt niezbędny do odsłonięcia kamiennej płyty na tyle, aby móc wejść do wnętrza, ponownie udajemy się w kierunku Winnicy. Dochodzimy do „naszego” miejsca – jest w stanie takim, w jakim je pozostawiliśmy. Oczyszczamy płytę. Po kilku próbach nareszcie udaje się nam ją odsłonić na szerokość pozwalającą wejść do środka. Wnętrze jest czyste, jakby nieużytkowane. Cegły trochę zmurszałe na powierzchni, ale w dobrym stanie. Ostukujemy ściany. Ściana na wprost schodków wydaje dźwięk „pełnej”, natomiast boczne, o łukowatych sklepieniach „głuchych”. Postanawiamy rozkuć warstwę muru zabezpieczającego przestrzeń za. Po godzinie pracy wykonujemy otwór przez który możemy przecisnąć się dalej. Kierunek Słup… Chodnik jest wąski , nie przekracza metra szerokości i wysoki na 160 cm, w całości obudowany cegłą, podłoże wilgotne. Po około 100 m napotykamy na niewielki zawał z prawej strony, napór ziemi i czasu wypchnął dość spory fragment cegieł. Po niewielkim rozkopaniu go brniemy dalej. Napotykamy na pozostałości jakichś desek, wiklinowego kosza i porozrzucanych fragmentów porcelany, najwyraźniej z potłuczonego naczynia. Trochę dalej na kawałki szkła, fragmenty materiału, drzewiec niedopalonej pochodni.Podziemia (4)Korytarz cały czas biegnie lekkim łukiem w lewo. Po następnych 100 m napotykamy na kolejny, tym razem już sporych rozmiarów zawał ze stropu, odcinający dostęp do dalszych partii. Wracamy i dokładnie przyglądamy się ścianom, stropowi. Nic na nich nie ma. Żadnych napisów, żadnych rytów. Żadnych szczegółów, czysta cegła. Wychodzimy z komory, powtórnie nasuwamy płytę, maskujemy ją, zacieramy ślady naszej obecności w tym miejscu. W tym momencie nie mamy już więcej czasu by podjąć się próby przekopania zawału oraz wykucia otworu w drugiej ścianie. Przeszliśmy około 200 m. Ile jeszcze czeka przed nami? Ile czeka w drugim kierunku? Tę zagadkę zostawiamy sobie na kolejną wizytę… Kolejne co wiemy na pewno – są to podziemia.

Napotkany zawał nie daje spokoju… Wracamy po kilku dniach, nastawieni na przekopanie go. Początek eksploracji podobny do poprzedniego. Docieramy do zawału. Kopiemy… 1 godzina… 2 godzina… Udaje się! Zawał został przekopany,a za nim (!) widnieje ściana z cegieł! Kujemy. Cegły są wilgotne i zmurszałe, szybko ustępują naszym przecinakom, łomom i młotkom. Zaglądamy przez otwór oświetlając wnętrze. Pierwsze co rzuca nam się w oczy to następna ściana z cegieł oddalona o około 5 metrów. Ha! Specjalnie utworzona komora, oddzielona ścianami z cegieł, grodziami! Widzimy w niej ceglane schody biegnące ku stropowi, a przecież nad nimi nie ma żadnej budowli? (…) Chodnik biegnący od „komory wejściowej” w kierunku Słupa okazał się być zakończony opisaną komorą. Komorą, grobowcem, ossarium, schowkiem, depozytem. Dalej, za ścianą komory nie było już nic (obudowanego cegłą korytarza/tunelu), jedynie zwykła ziemia. Pozostaje eksploracja zamurowanego chodnika od „komory wejściowej” w kierunku Winnicy…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Podziemia Jarosławskie

przez , 02.kwi.2014, w Pod ziemią

Jarosław jest starym grodem warownym z XI w. położonym na Pogórzu Rzeszowskim, na wysokim, lewym brzegu rzeki San, a jego nazwa wywodzi się od założyciela księcia kijowskiego Jarosława Mądrego. Jego podziemia, a w zasadzie zespół piwnic i składów kupieckich, których powstanie datuje się na XVI-XVII w., znajduje się pod kamienicą numer 14 zwaną kamienicą Rydzikową. Nazwa pochodzi od jej właściciela Wojciecha Rydzika i wzniesiono ją w charakterystycznym dla Jarosławia typie kamienicy z wiatą. W piwnicach utworzono podziemną trasę turystyczną im. Feliksa Zalewskiego (nazwaną imieniem profesora dla upamiętnienia jego wkładu i zasługi przy ratowaniu Jarosławia), o długości 200 m i różnicy poziomów 8,5 m, oddaną do użytku 1 czerwca 1984 r., nad którą od 1991 r. pieczę sprawuje Muzeum Jarosławia. Trasa rozpoczyna się przy wschodniej pierzei jarosławskiego rynku. Pod kamienicą Rydzikową znajdują się wielokomorowe piwnice i chodniki wykute na kilku poziomach. Geneza ich powstania jest podobna jak w przypadkach innych tego typu obiektów np. w Sandomierzu, Rzeszowie i Przemyślu. Miasto będące na szlaku handlowym rozwijało się i kwitło, a najintensywniejszy rozkwit gospodarczy i kulturalny przypadł na koniec XVI i 1 poł. XVII w. W 1375 r. Jarosław otrzymuje przywilej organizowania targów i jarmarków, na które to zjeżdżali kupcy z wielu regionów Europy, a nawet Azji. Handel odbywał się w sklepach lub na miejskim rynku. W związku z tym iż towary musiały jednak być gdzieś składowane, potrzebna była przestrzeń na obiekty magazynowe. Pierwotnie towary kupieckie gromadzono w podcieniach i pod wiatami kamienic, z czasem jednakże miejsca zaczęło brakować i wówczas to rozpoczęto drążenie piwnic i komór składowych pod kamienicami. Z upływem czasu pojedyncze kamienice rozbudowywano i drążono coraz głębiej, tworząc kolejne poziomy. Rozległe chodniki i komory biegły pod wszystkimi zabytkowymi kamienicami w rynku oraz pod ulicami starego miasta. Drążono je w miękkiej skale lessowej, a dla wzmocnienia ścian i stropów obudowywano je następnie cegłami. Niestety po wielkim pożarze w 1625 r. i późniejszym najeździe przez Szwedów w 1656 r. miasto podupadło. Podziemia stały nieużywane, zaniedbano je i przez wiele lat nie poddawano potrzebnej konserwacji. To doprowadziło do sytuacji, w której stały się one zagrożeniem dla zabytkowych kamienic. W związku z tym coraz częściej zdarzały się awarie sieci wodociągowych, pękały fundamenty, zapadały się i zawalały budynki. Podziemia znajdowały się w bardzo złym stanie technicznym, niektóre z nich były pozbawione obudowy ceglanej, inne obudowane tylko częściowo lub nawet w całości były mocno nadwyrężone. Groziło to zarwaniem sklepień i doprowadzeniem do kolejnych katastrof budowlanych. W listopadzie 1962 r. do Jarosławia przybywa zespół specjalistów z Przedsiębiorstwa Robót Górniczych w Bytomiu i niezwłocznie przystępuje do pierwszych prac mających na celu zabezpieczenie starego miasta. Prace prowadzono według planu opracowanego przez grupę naukowców z AGH w Krakowie pod kierunkiem prof Feliksa Zalewskiego. Prace konserwatorskie trwają do chwili obecnej. W trakcie prac zabezpieczających w kamienicy Rydzikowej odkryto komory i chodniki podziemne położone na różnych poziomach. W 1966 r. zaprojektowano przebieg podziemnej trasy turystycznej, która przebiega ceglanymi korytarzami o łukowatych sklepieniach przez kilka podziemnych komór. Pierwsza kondygnacja podziemi znajduje się w strefie fundamentów domu i jest adekwatna do rozmieszczenia pomieszczeń na parterze. Niższą kondygnację tworzą cztery połączone ze sobą chodniki usytuowane pod wschodnia częścią kamienicy. Trzeci, najniższy poziom, opada wzdłuż ściany północnej i wychodzi poza obrys fundamentów kamienicy.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , więcej...

Sandomierskie lochy

przez , 27.mar.2014, w Pod ziemią

Sandomierskie LochySandomierz to malownicze, 25-tysięczne miasteczko położone na lewym, wysokim brzegu Wisły, w Kotlinie Sandomierskiej, które w ostatnich latach zostało rozpromowane głównie za sprawą telewizyjnego serialu „Ojciec Mateusz”. Jedną z jego atrakcji są Sandomierskie Lochy biegnące pod Starym Miastem. Podziemia powstały najprawdopodobniej w XIV w. w celu magazynowania towarów kupieckich. Kwitł wówczas handel, który przynosił miastu duże zyski przyczyniając się do jego rozwoju. Sandomierz otoczony murami obronnymi nie dysponował jednak wystarczająco rozległymi i bezpiecznymi terenami, które można było wykorzystać na składy. Kupcy zamiast budować na powierzchni spichlerze i magazyny, zaczęli drążyć piwnice pod miastem, najpierw pod własnymi kamienicami, później coraz dalej i na różnych poziomach. Tym sposobem na przestrzeni wieków powstał spory labirynt komór i korytarzy, wydrążony w utworach akumulacji rzecznej – piaskach, iłach i żwirach.Sandomierz. Kamienica OleśnickichWejście do lochów znajduje się na tyłach kamienicy Oleśnickich, na staromiejskim rynku. W 1977 r. w lochach sandomierskich utworzono trasę turystyczną o długości 470 metrów, o zróżnicowanej głębokości dochodzącej do 12 metrów. W 1963 r. nasiliły się awarie i zapadliska. Wówczas zespół pracowników naukowych Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie opracował specjalny program „Wytyczne Ratowania Dzielnicy Staromiejskiej w Sandomierzu”. Rok później rozpoczęto prace górnicze w podziemiach. W rezultacie uzyskano obszar prawdziwego labiryntu piwnic, korytarzy, wyrobisk, tworzących długie, kilkukondygnacyjne, podziemne miasto. Część wyrobisk musiała zostać zlikwidowana ze względów konstrukcyjnych. W grudniu 2007 r. Podziemna Trasa Turystyczna została wydłużona o dodatkowe, wyremontowane pomieszczenia, znajdujące się pod Kamienicą Oleśnickich. Trasa rozpoczyna się od kamienicy Oleśnickich łącząc piwnice pod budynkami  przy ulicach Opatowskiej, Oleśnickich, Bartolona, Rynku, prowadząc do Ratusza. W wyniku przeprowadzonych prac udostępniających wzmocniono sklepienia piwnic, obudowano je wtórnie cegłami i zainstalowano oświetlenie elektryczne.Zejście do lochów sandomierskichW skład ciągu podziemi na trzech kondygnacjach, z których najgłębsze położone jest 12 m pod powierzchnią ziemi, wchodzą autentyczne korytarze i komory, które połączono nowymi przejściami. Ich nazwy nawiązują do legend związanych z miastem lub historycznych postaci. Wyeksponowano w nich przedmioty znalezione podczas prac restauratorskich i inne artefakty. Zwiedzając lochy zapoznać się można z dziejami miasta na przesterzni wieków. Sandomierskie lochy owiane są legendami. Drążone przez wieki pod miastem korytarze i komory w opowieściach i legendach ciągną się do podmiejskich wiosek Kobierniki i Krakówka a nawet pod dnem Wisły na jej prawy brzeg i dalej – aż do zamku w Baranowie Sandomierskim. Tu według legendy zginęła bohaterka Halina Krempianka, ratując miasto przed Tatarami. Podziemia, które w burzliwej historii Sandomierza były schronieniem dla mieszkańców, stały się też przyczyną wielu katastrof budowlanych.

Legenda…

W XIII w. Tatarzy trzykrotnie najeżdżali Sandomierz. W czasie drugiego najazdu w 1260 r. zdobyli i spalili  miasto, ludność wymordowali, a część trafiła w jasyr. Jednym z zabitych był dowodzący obrona miasta Piotr z Krępy. Miał on córkę Halinę, którą uratował wierny sługa Boguchwał. W 1287 r. Tatarzy po raz trzeci stanęli u bram miasta. W czasie obrony zginął kasztelan Janko z Pilawy, mąż Haliny Krępianki. Obrońcy ponieśli duże straty, zginęło wielu dzielnych rycerzy i odważnych mieszczan. Sytuacja stała się krytyczna, na mieszkańców padł blady strach. Wówczas piękna Halina przygotowała fortel. Udała się do obozu wroga i opowiedziała chanowi, że wójt Witkon okrył ją hańbą, postanowiła więc się zemścić i oddać miasto w ręce Tatarów. Ci skuszeni wizją łatwych łupów i krwawej rzezi uwierzyli Halinie, która przekonywała, że otoczone murem miasto jest dobrze zabezpieczone, zdobyć je trudno, ale jest loch ukryty pod ziemią i można nim skrycie przejść do zamku. Wojownicy tatarscy ruszyli za Haliną w głąb lochów. Wówczas to ukryci sandomierzanie głazami zasypali wejście, grzebiąc napastników. Dzielna Halina poświęciła własne życie, by uratować Sandomierz, a lochy zapisały się na zawsze w dziejach miasta…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , więcej...

Sztolnia w Grabowcu

przez , 13.mar.2014, w Pod ziemią

SWGNa północ od Karpacza znajduje się góra Grabowiec 784 m n.p.m. (Kraberberg) odwiedzana najczęściej za sprawą znajdującej się na jej zboczach Kaplicy św. Anny, Dobrego Źródła oraz ciekawych granitowych skałek – Ostra, Mała, Patelnia. Jednakże kierując się dalej niebieskim szlakiem dotrzeć można do znajdującego się przy nim wejścia do sztolni Kraberstollen powstałej w 1927 roku. Sztolnia ta została wydrążona w granicie karkonoskim z widocznymi żyłami porfiru docelowo jako ujęcie wody dla pobliskiego prewentorium i schroniska Bergfriedenbaude.Sztolnia w Grabowcu (1)Stanowi ją prosty chodnik, w początkowej części obetonowany, częściowo nieznacznie zalany wodą, o długości około 40 metrów. W stropie widoczny jest szyb (otwór) wentylacyjny. Chodnik doprowadza do komory składającej się z dwóch części, przegrodzonej wybetonowanym zbiornikiem o wymiarach 2×3 metry i głębokości 2 metry. Zbiornik okresowo jest zalewany przez wodę. Na jego dnie, prócz sterty śmieci w postaci desek, gruzu i elementów metalowych, widoczna jest studnia wypełniona do połowy wodą. Na dno zbiornika jak i do studni prowadzą stopnie wykonane z metalowych prętów. Sama sztolnia kończy się surowym przodkiem.Sztolnia w Grabowcu (2)Związane są z nią opowieści o rzekomym ukryciu w jej wnętrzu depozytu przez niemieckich żołnierzy w postaci różnego rodzaju kosztowności. Skrzynie z ich zawartością miały być przez nich przeniesione do sztolni i ukryte właśnie ze schroniska Bergfriedenbaude. W latach 80-tych XX wieku była ona penetrowana przez wojsko pod tym kątem, jednakże nic nie znaleziono. Powyżej wejścia do sztolni znajdują się dwie zasypane studnie, prawdopodobnie będące niegdyś szybikami wentylacyjnymi.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , więcej...

Sokołowiec. Pałac i kościół

przez , 09.mar.2014, w Zabytki

Sokołowiec (Falkenhain) to łańcuchowa wieś położona na zachód od Świerzawy u podnóża Wzgórz Sokołowskich, wzmiankowana w 1267 r. pod łacińską nazwą Valcnai. Na Grodowym Wzgórzu (386 m n.p.m.) – pierwszym wzniesieniu na zachód od wsi (na mapach turystycznych bez nazwy) istniał w średniowieczu gródek, potem zameczek rycerski, o którym dokumenty wspominają w latach 1369 i 1400, zaś legenda cofa jego powstanie do 1206 r., za założyciela uważając księcia Henryka Brodatego. Podczas najazdu husytów, prawdopodobnie w 1427 r. został zniszczony, ale wkrótce odbudowano go i stał się, jak wiele innych zamków sudeckich, siedzibą rycerza-rozbójnika Cunze de Pedril. W 1475 r. Cunza pojmano, a zamek zburzono. Dziś nie ma po nim śladów. Swą polską nazwę wieś otrzymała w listopadzie 1946 r. Potocznie dzielona jest na trzy części: Sokołowiec Dolny, Środkowy i Górny. W Sokołowcu Dolnym znajduje się zrujnowany i rozszabrowany w chwili obecnej pałac wzniesiony na przełomie XVII i XVIII w., w formie barokowego dworu, a następnie przebudowany w 2 poł. XVIII w. oraz odbudowany po pożarze w 1848 r. Składa się na niego dwukondygnacyjna budowla z trzykondygnacyjnym ryzalitem wejściowym i dwukondygnacyjnym tarasem dostawionym jako prostopadłe skrzydło boczne. W przyziemiu zachowały się sklepienia kolebkowe i krzyżowo – kolebkowe, a wyżej stropy belkowe. Pokryty jest dachem mansardowym. W pobliżu znajdują się okazałe zabudowania gospodarcze dawnego folwarku z pocz. XIX w., umiejscowione wokół dużego majdanu oraz po zachodniej stronie pałacu dawny, zapuszczony obecnie staw. Na północ od pałacu znajduje się rozległy park z końca XVIII w. wraz z pozostałościami (ruinami) rezydencji letniej dawnych właścicieli. Na wzgórzu, po drugiej stronie szutrowej drogi biegnącej w kierunku wschodnim, wśród drzew, znajdują się pozostałości po mauzoleum/grobowcu rodzinnym przedwojennych właścicieli, wysadzone po II wojnie światowej przez Rosjan. Należy zachować szczególną ostrożność w trakcie zwiedzania wnętrza pałacu gdyż obiekt grozi zawaleniem.

W centrum wsi znajduje się romański kościół p.w. św. Jadwigi, wzniesiony w 1 poł. XIII w., choć pierwsza wzmianka o nim pochodzi dopiero z 1399 r., a następnie przebudowany w XVI i XVIII w. W trakcie przebudowy podniesiono absydę, dodano przypory, dobudowano wieżę i kaplicę, wymurowano nowe sklepienia oraz przekuto pierwotny kształt okien. Odbudowano go ponownie po pożarze w 1848 r. Był wielokrotnie remontowany. Kościół jest jednonawowy z wyodrębnionym prezbiterium zamkniętym półkolistą absydą. Do prezbiterium przylega zakrystia i kaplica, a po zachodniej stronie wznosi się wieża. Wnętrze kościoła posiada bogate, głównie barokowe wyposażenie, w tym m.in. trzy polichromowane drewniane ołtarze z 1 poł. XVIII w., drewnianą polichromowaną ambonę i kamienną chrzcielnicę z drewnianą pokrywą oraz polichromowane figury i olejne obrazy z XVIII i XIX w. Do niedawna znajdowała się tutaj także gotycka drewniana figura Madonny z Dzieciątkiem z XV w., która została przewieziona i obecnie znajduje się w Muzeum Archidiecezjalnym w Legnicy. W bogatym ołtarzu głównym znajduje się obraz z rzadko przedstawianą sceną Narodzenia patronki kościoła. Jeden z barokowych obrazów w prezbiterium – bardzo zniszczona Apoteoza matki Boskiej – przypisywany jest szkole Michała Willmanna. Teren kościoła ogrodzony jest kamienno – ceglanym murem na planie koła, na którym znajduje się przykościelny cmentarz. Na ścianach kościoła jak i murze go okalającym zachowały się kamienne epitafia i renesansowe nagrobki.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , więcej...

Jaskinia w Mechowie

przez , 24.sty.2014, w Pod ziemią

Jaskinia w MechowieJaskinia w Mechowie (Grota Mechowska,Groty w Mechowie) jest jaskinią sufozyjną, znajdującą się we wsi Mechowo. Jedyna tego typu w Polsce i w Europie Północnej, osobliwość geologiczna, udostępniona do zwiedzania. Nazwa „groty” nie dotyczy faktu istnienia kilku połączonych ze sobą jaskiń, lecz dwóch wejść do jednej, głównej Sali. Jest jaskinią turystyczną z oświetleniem elektrycznym. Otwory wejściowe znajdują się około 60 m n.p.m., jej deniwelacja jest niewielka, a łączna długość korytarzy wynosi 61 metrów. Samo Mechowo oddalone jest 9 km na zachód od Pucka i położone jest w obszarze Puszczy Darzlubskiej, w dolinie niewielkiego potoku rozcinającego krawędź Kępy Starzyńskiej i odprowadzającego swe wody ku rzece Plutnicy płynącej szeroką pradoliną. Dolina wspomnianego potoku wcięła się dość głęboko w podatny na erozję luźny materiał plejstoceński i tworzy strome stoki wysokości 10 do 30 metrów.Jaskinia w Mechowie (1)Jaskinia powstała w obrębie wzgórza morenowego, wskutek wypłukania piasku z pomiędzy scementowanych węglanem wapnia, a przez to odporniejszych na erozję, skał osadowych, w wyniku czego utworzyły się malownicze słupy podtrzymujące sklepienie przy obu wejściach do jaskini. Na powstanie przyotworowych kolumn duży wpływ miały także procesy eoliczne. Obszar na którym powstała zbudowany jest przez osady najmłodszego zlodowacenia tzw. bałtyckiego fazy gardzieńskiej. Są to na powierzchni gliny zwałowe oraz leżące pod nimi piaski fluwioglacjalne. Morfologia terenu jest dość płaska. Przez wioskę w okolicy jaskiń przepływa niewielki potok o nieustalonej tożsamości, do dna którego schodzimy z powierzchni wysoczyzny, około 7 metrów. Po ustąpieniu lądolodu w późnym glacjale równa powierzchnia wysoczyzny zbudowana z glin zwałowych uległa wewnętrznym spękaniom, tak zwany cios diagenetyczny. Stopienie wiecznej zmarzliny w okresie kolejnych ociepleń pozwoliło na uruchomienie wód gruntowych. Gliny zwałowe jako utwory nieprzepuszczalne stanowiły ekran dla wsiąkania wód opadowych. Mogły więc migrować tylko wzdłuż uprzywilejowanych stref spękań.Jaskinia w mechowie (2)Agresywne bogate w CO2 wody deszczowe ługowały zawarte w glinach zwałowych węglany (CaCO3) i odprowadzały je w postaci rozpuszczonej kwaśnego węglanu wapnia w kierunku bazy erozyjnej. W ten sposób wody dochodziły do zalegających pod glinami piaszczystych utworów fluwioglacjalnych. Na skutek zmiany reżimu wodnego, głównie ciśnienia, przepływu, chemizmu środowiska, dochodziło do strącania CaCO3 z wody w piaskach. Strącanie miało miejsce bezpośrednio pod strefami spękań w glinach. W ten sposób doszło do powstania miejscowego spojenia piasków spoiwem kalcytowym. Spojone piaskowce znalazły się wśród niespojonych piasków tworząc strukturę w planie przypominającą siatkę. Tak kończy się pierwszy etap powstania jaskini nazywany przez geologów epigenezą. Jednocześnie na powierzchni terenu rozwijała się sieć rzeczna. Doliny wcinały się coraz głębiej w podłoże dochodząc w pewnym momencie do powierzchni stropowej piasków.Plan jaskini w MechowieW przestrzeniach porowych tych luźnych utworów zaczęły krążyć wody, które wynosiły najdrobniejsze cząstki ilaste. Spojone kalcytem piaskowce były odporniejsze na wymywanie. Z czasem dochodziło do wypłukiwania coraz większych cząstek. Po pewnym czasie doszło do „ustrumieniania” się cieków i utworzyły się pierwsze pustki skalne. Ten etap powstawania jaskiń nazywany jest sufozją. Cały czas potok wcina się w piaski prowadząc do obniżania bazy erozyjnej i powiększania komór jaskini.

Najstarsza wzmianka o jaskini w Mechowie pochodzi z 1818 roku, kiedy to przypadkowo odkrył ją mierniczy Heue podczas prac geodezyjnych. Wtedy też dokonano jej pierwszych pomiarów. Już w 1908 roku ówczesne władze pruskie uznały jaskinię jako pomnik natury, a pierwsze jej opisy pochodzą z pierwszej połowy XIX wieku, kiedy po odkryciu obiektu próbowano zwrócić uwagę na jego osobliwość i w stosunkowo niejasny jeszcze sposób wytłumaczyć jego genezę. Pierwsze prace zabezpieczające i restauracyjne zostały przeprowadzone w 1910 roku.Jaskinia w Mechowie (3)Kilka lat po zakończeniu II wojny światowej, Jaskinia Mechowska została odkopana, zabezpieczono też otwór wejściowy oraz fragment skał, który groził zawaleniem. Rzadki i cenny obiekt ulega zatem systematycznemu niszczeniu i aby zapewnić mu jak najdłuższe istnienie, wydzielono obszar występowania piaskowca i jaskini jako teren podlegający ochronie. Obecnie ten geologiczny zabytek wraz z najbliższym otoczeniem stanowi rezerwat o łącznej powierzchni 0.2 ha podległy Państwowej Radzie Ochrony Przyrody i odpowiednio oczyszczony i zabezpieczony przed przedwczesnym zniszczeniem, jest jednym z najlepiej otoczonych opieką obiektów chronionych na terenie województwa gdańskiego. U podstawy stoku doliny, na jego skłonie, obserwujemy balustradę słupów skalnych zbudowanych z piaskowca, wysokości przekraczającej nieco wzrost człowieka. Poszczególne słupy nierównomiernej grubości w granicach 20-40 cm związane są u stropu zwartą płytą skalną zbudowaną z tego samego materiału.Jaskinia w Mechowie (4)Zarówno słupy cechujące się licznymi zgrubieniami, jak i płyta skalna wykazują regularne warstwowanie. Przedstawiają one zatem zupełnie obcy element geologiczny wśród utworów budujących otoczenie. Ponadto z łatwością można stwierdzić, iż wśród balustrady słupów skalnych istnieją dość szerokie wejścia prowadzące do wewnętrznego korytarza, rozprzestrzeniającego się wewnątrz stoku, a będącego niczym innym jak grotą typu krasowego. Kolumny te to znak rozpoznawczy jaskini. Dwa kilkumetrowej długości korytarze prowadzą do dość rozległej salki, która jest jej centralnym punktem. W tym miejscu kończy się udostępniona turystycznie część jaskini. Z sali ku północy bierze początek niski, lecz szeroki korytarz. Ściany tego ponad 20 metrowej długości korytarza zbudowane są z gruboziarnistego żwiru. W niektórych miejscach na ścianach i stropie korytarza występują nacieki kalcytowe: stalaktyty i polewy, częściowo zabarwione na kolor czerwony, dzięki obecności związków żelaza rozpuszczonych w wodzie. Najbardziej znanym z nich jest tzw. „Krwawiące Serce”.OLYMPUS DIGITAL CAMERASpoiwo kalcytowe fluwioglacjalnych piaskowców plejstoceńskich jest bardzo nietrwałe. Już po kilkudziesięciu godzinach dochodzi do całkowitego rozlasowania próby. Wysoko zmineralizowane wody podziemne w tym rejonie przeciwdziałają naturalnemu zniszczeniu Pomnika Przyrody. Badania geofizyczne prowadzone w tym rejonie rozpoznały istnienie wielu podobnych form w okolicy doliny potoku.
Walory przyrodnicze jaskini są do tego stopnia interesujące, iż kolejni gospodarze ponawiali próby jej rekonstrukcji. Najnowsze badania jaskini przy pomocy nowoczesnych urządzeń geologicznych napawają smutkiem wszystkich miłośników tej osobliwości. Strop komory głównej zbudowany jest z piaskowca i nadal grozi osypywaniem, stąd najpiękniejsza, końcowa izba z „krwawiącym sercem” ociekającym roztworami minerałów, mieniącym się wszystkimi barwami jest dostępna tylko dla speleologów.OLYMPUS DIGITAL CAMERAJedynym gwarantem uruchomienia całej trasy jest zainstalowanie urządzenia rejestrującego najmniejsze ruchy tektoniczne, pozwalające na szybką interwencję w razie zagrożenia, jego cena jednak w chwili obecnej przekracza możliwości finansowe gospodarzy jaskini.
Dla ruchu turystycznego udostępniona jest tylko niewielka, przyotworowa część jaskini, ponieważ pozostała część jest bardzo trudno dostępna (wymaga czołgania się). Zwiedzanie trwa zaledwie kilka minut i jest jedną z najkrótszych podziemnych tras turystycznych Polski. W tym czasie można jednak zobaczyć niebanalne formy naciekowe. Nie polecana jest osobom wysokim lub większych gabarytów oraz cierpiących na klaustrofobię. Tylko w nielicznych miejscach można się rozprostować, w większości przypadków jaskinię należy zwiedzać w pozycji zgiętej. Mimo, iż jaskinia jest relatywnie niska i niewielka, warto odwiedzić to miejsce, aby obejrzeć tą anomalię geomorfologiczną.OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Legenda mówi, że jaskinia ta jest początkiem nigdy niedokończonego tunelu, który rzekomo łączyć miał dwa klasztory: męski w Mechowie i kilka kilometrów dalej żeński w Żarnowcu. Tunel rozpoczęli kopać zakonnicy, by połączyć klasztory w celu potajemnych schadzek. W czasie prac, w głębi tunelu napotkali oni jednak Lodowego Ducha, który pogasił braciszkom drążącym tunel wszystkie świece. Ci w popłochu uciekli i już nigdy pracy swej nie wznowili. Ale to tylko legenda, bo w Mechowie nigdy nie było żadnego klasztoru. Specyficzny obieg powietrza w grocie sprawia, że przy wejściu do jednego z korytarzyków gasną wszystkie świeczki. Legenda głosi, że gasi je diabeł, który zadomowił się w grocie w średniowieczu, kiedy to sekretny korytarz łączył męski klasztor w Mechowie z żeńskim w Żarnowcu i służył do grzesznych schadzek. Przy jednej z kolumn u wejścia do jaskini znajduje się tajemnicza figurka Jaskiniowego Niedźwiadka. Stara legenda głosi, że każdy kto jej dotknie i pogładzi po głowie zostanie oszczędzony przez złe moce i spotka go wielkie szczęście.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , więcej...

Totenburg w Wałbrzychu

przez , 23.sty.2014, w Historia

TWW Wałbrzychu wysoko ponad miastem wznosi się góra Niedźwiadki. W obrębie jej północnego stoku, na rozległym spłaszczeniu, znajduje się unikatowy zabytek epoki nazistowskiej – kamienne mauzoleum poświęcone miejscowym narodowosocjalistycznym bojówkarzom zabitym w różnych akcjach partyjnych. Podobnie jak inne tego typu obiekty, upamiętniało także niemieckich żołnierzy z danego regionu poległych na frontach I wojny światowej, a jako nietypowy lokalny akcent dodano inskrypcję dedykowana śląskim robotnikom, którzy zginęli na posterunku pracy. Duże znaczenie w wyborze lokalizacji miała rozciągająca się stąd rozległa panorama, co nie tylko wzmacniało doznania odwiedzających, ale przede wszystkim czyniło widocznym w znacznej części Wałbrzycha znicz płonący całodobowo nad mauzoleum.TW1Budowla ta była elementem ogólnoniemieckiego programu wznoszenia spektakularnych pomników chwały (Ehrenmal) czczących poległych w boju germańskich żołnierzy, ewentualnie wybitnych wodzów czy miejsca bitew. W odróżnieniu od wcześniejszych pomników ofiar konfliktu lat 1914-1918 obecnych prawie w każdej wsi i miasteczku Niemiec, które zazwyczaj były skromne w treści i formie, nakierowane na zachowanie pamięci o licznych zmarłych z danej miejscowości i stawiane z inicjatywy ich rodzin, hitlerowskie „sanktuaria” pełniły rolę propagandową jako ośrodki indoktrynacji społeczeństwa, zwłaszcza młodzieży, w duchu kultu śmierci za „Nowe Niemcy” i gotowości oddania życia w dalszej walce o idee nazizmu. W bogatej wizualnie oprawie urządzano tam wiece i uroczystości, były one też celem licznych turystyczno-ideologicznych rajdów młodzieży.TW2Obiekty takie miały wiele wspólnych cech: surową, monumentalną bryłę wzniesioną z naturalnego kamienia, często wzorowaną na architekturze militarnej, bardzo skromne zdobienia zewnętrznych fasad, bogaty wystrój wnętrza (mozaiki,posągi), w miarę możliwości eksponowane położenie na jakimś wyniesieniu oraz rozległy plac lub amfiteatr jako miejsce masowych zlotów. Wałbrzyski Ehrenmal to modelowy przykład takiego założenia. Jest on dziełem jednego z czołowych twórców wojskowej sztuki cmentarnej Roberta Tischlera. Jako naczelny architekt (1926-1959) Volksbundes Deutscher Kriegsgraberfursorge wprowadził nowe standardy projektowania niemieckich cmentarzy wojskowych w kraju i za granicą odchodząc od jednolitego wzoru i preferując indywidualne komponowanie każdego z nich w ścisłym związku z lokalnym krajobrazem, choć z bardzo skromną, niskopienna zielenią ogrodową.TW3Według jego koncepcji cmentarze te powinny być pomnikiem chwały żołnierza germańskiego, toteż wznosił okazałe, symboliczne mauzolea, pomyślane jako centra ideowe nekropolii. Wałbrzyski pomnik powstał w latach 1936-1938 i obejmował mauzoleum, spory plac defiladowy zaprojektowany na planie podkowy (60×50 m) z trzema wejściami i rzędem 14 masztów flagowych ulokowanych na obwodzie placu. Gmach mauzoleum ma formę prostokąta o wymiarach 28×24,5 m i wysokość 6 m od strony placu defiladowego, a 7,5 m od przeciwnej strony.Naroża są zbudowane w postaci kwadratowych baszt i lekko wysunięte przed linie muru, podobnie jak baszta wejściowa wysunięta 1,5 m przed ścianę. Prawie cały budynek składa się tylko z krużganka z ciągiem arkad obiegającego rozległy kwadratowy dziedziniec o boku 16 m.TW4Jedynie we wschodniej części mauzoleum znajduje się 6 sal, w tym dwie w basztach narożnych, gdzie wystawiano księgi pamiątkowe i z których jest przejście do niskich skrzydeł będących przedłużeniem fasady głównego gmachu, a zakończonych pokaźnymi mastabami zwieńczonymi orłem z rozpostartymi skrzydłami na kuli opatrzonej swastyką (kule i orły nie zachowały się). W rezultacie oba skrzydła z mastabami i fasada mauzoleum tworzą ścianę długości 50 m zamykającą plac defiladowy. Budynek ma rozległe piwnice głębokości do 4 m. Obecnie są częściowo zarwane. Na środku brukowanego dziedzińca wznosił się znicz z brązu w postaci zdobionej kolumny, z czterema lwami u podstawy i trzema nagimi młodzieńcami podtrzymującymi misę ogniową z wiecznym ogniem, minimalnie wystającą ponad poziom dachu. Było to dzieło berlińskiego rzeźbiarza i malarza Ernsta Geigera.TW5Gmach mauzoleum swoją formą, surowością kamiennych murów grubych na 60-70 cm, basztami, brakiem okien, zastąpionych sporadycznymi wąskimi strzelnicami, imituje z zewnątrz fortecę. Prawdziwy Totenburg. Atmosferę tajemniczości i surowości pogłębia jedyny zewnętrzny otwór wejściowy, wysoki, ale niezwykle wąski (78 cm szerokości) z niewielka rzeźbą w tympanonie (nie zachowała się). Wnętrza prezentowały się bardziej ozdobnie, dzięki wyłożeniu stropów krużganka złotą i marmurową, białą i niebieską, mozaiką z wiodącym motywem gwiazd, zróżnicowanej architekturze sklepień i portali wewnętrznych, płytom i inskrypcjom epitafijnym, płaskorzeźbie herbu Wałbrzycha, wspomnianemu zniczowi oraz dużej różnorodności użytego kamienia. Również bruk dziedzińca uformowano w ozdobne pasy, radialnie rozchodzące się od kolumny.TW6Płyty, bruki, napisy i mozaiki nie przetrwały do czasów obecnych, podobnie jak znicz. Prawie cały kompleks zbudowano z naturalnego kamienia, jedynie dachy i piwnice są z betonu, a część wewnętrzna ścian działowych w salach pełniących funkcję pomieszczeń technicznych, z cegły. Większość surowca sprowadzono z Opolszczyzny. Ściany mauzoleum, filary krużganka i oba skrzydła odchodzące od głównego korpusu wraz z kończącymi je wielkimi mastabami wykonano z bloków łamanego wapienia z rejonu Góry Świętej Anny. Jedyną lokalna skałą pojawiającą się w wałbrzyskim kompleksie jest czerwony, drobnoziarnisty piaskowiec, z którego wykonano elementy placu defiladowego przed mauzoleum, głównie schody wejściowe od strony drogi dojazdowej wraz z przyległym murem platformy, krawężnik wyznaczający zewnętrzny obwód całego placu i duże, 1×1 m, płyty podstaw masztów.TW7Niestety mauzoleum wałbrzyskie jest mocno zdewastowane i niezabezpieczone. Trudno zaprzeczyć, że obiekt ten powstał bardziej jako pomnik nazizmu niż miejsce upamiętnienia zmarłych i przywrócenie go do stanu pierwotnego nie wchodzi w rachubę. Jednakże z drugiej strony częściowo wyremontowany, zaopatrzony w tablice prezentujące na przykład architekturę w służbie ideologii hitlerowskiej i zbrodnicze skutki tegoż, mógłby być nie tylko atrakcja turystyczną, ale i pełnić swoiste funkcje dydaktyczne, tym razem już w duchu szowinizmu niemieckiego, a raczej wymownego ostrzeżenia przed totalitaryzmem.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnie pirytu w Szklarskiej Porębie

przez , 08.sty.2014, w Pod ziemią

Kopalnia pirytu w Szklarskiej PorębieSzklarska Poręba znana jest od XIII w. jako miejsce poszukiwań i prac górniczych. Wydobywano tu głównie kwarc, który przyczyniał się do rozwoju miasta w zakresie produkcji szkła, znajdowano tu także złoto. Kolejnym surowcem był piryt. Przypomina wyglądem złoto, co przyczyniło się do określania go mianem „złota głupców”. Głównym zastosowaniem pirytu była produkcja kwasu siarkowego. Produkowany z pirytu kwas używany był głównie jako składnik farb do sukna, produkcji atramentu oraz prochu strzelniczego. Miejsce gdzie wydobywano piryt jest znane i łatwo dostępne, są to okolice Zbójnickich Skał, położone na południowych stokach Grzbietu Wysokiego w Górach Izerskich. Dojść do nich można kierując się za oznaczeniami z drogi za Zakrętem Śmierci, leśną drogą sprowadzającą w dół i po około 15 minutach skręcamy w prawo do jaru gdzie są one zlokalizowane. Wejścia robią duże wrażenie. Do pierwszej sztolni sprowadza zejście w postaci obszernego szybu. Dalej wchodzimy do obszernej, niskiej komory, z której na prawo prowadzi chodnik do głębokiej komory wydobywczej na planie koła. Kierując się prosto docieramy do sporych rozmiarów hali. Po jej prawej stronie biegnie niewielki i krótki boczny chodnik poszukiwawczy zakończony przodkiem. Po lewej stronie, na końcu hali widnieją pozostałości drabin wprowadzających niegdyś na drugi poziom. W stropie widoczny jest otwór wejściowy i pozostałości drewnianego podestu. W chwili obecnej wejście na drugi poziom po drabinie jest nie możliwe. Kolejna sztolnia znajduje się na przeciwko. Widoczne są dwa duże, efektownie wyglądające otwory. Początkowy odcinek to obszerna komora zwężająca się ku górze. Prace wydobywcze prowadzono na dwóch poziomach biegnących nad sobą, odstrzeliwując następnie warstwę rozdzielających je skał. Po kilkunastu metrach sztolnia biegnie pod górę. Po lewej widoczny jest ciasny i krótki, boczny chodnik poszukiwawczy. Dalej sztolnia przekształca się w wąski i wysoki chodnik. W ociosach znajdują się wydrążone kwadratowe i prostokątne otwory na różnych wysokościach, będące gniazdami – miejscami w których osadzano drewniane belki, a na nich układano podesty dla górników pracujących na kilku poziomach. Podestach się nie zachowały. Zachował się fragment spągu, który leżał na podeście zanim ten ostatni się zerwał lub go zdjęto. Miejsce to nazywane jest „mostkiem” od charakterystycznego, łukowatego kształtu. Chodnik dalej kieruje się pod górę, co raz bardziej zwężając się by po kilku metrach za nie wielkim progiem zakończyć się przodkiem.

Pierwsze wzmianki o walońskiej działalności górniczej pochodzą z 1530 r. Około 1550 r. powstała nowa kopalnia pirytu. 3 lata później powstaje pierwsza witrolejnia. Pod koniec XVI w. w kopalni zatrudnionych było około 60 osób. W latach wojny 30-letniej zaprzestano prac. Największe zmiany nastąpiły w 1773 r. kiedy to kupiec Christian Melchior Preller z Podgórzyna założył nowy zakład do przeróbki pirytu w kwas siarkowy, jedną z największych w Prusach. Witrolejnia została postawiona na miejscu wcześniejszego zakładu położonego na rzeką Kamienną. Przez wiele lat witrolejnia była atrakcją Szklarskiej Poręby. Istniejące dziś wyrobiska związane są z tymi pochodzącymi z XVI w. Próby wydobycia pirytu wznawiano w 1735 i 1766 r. wydrążając dwie sztolnie – Zur Ehre des Gottes (Ku chwale Bożej) i Zu des Menschen Besten (Dla dobra człowieka). Drugą sztolnię od 1768 r. nazywano Friedrichsgrube (Kopalnia Fryderyka). W latach 1772-1787 wydobywano tu do 400 t pirytu rocznie. W 1786 r. podobnie jak pod koniec XIV w. kopalnia zatrudniała około 60 osób (górników, hutników, drwali, węglarzy, woźniców). Pozyskiwano tu także małe ilości rudy Pb i Ag. Na przełomie XVIII i XIX w. kopalnia została zamknięta, a piryt do witrolejni sprowadzano z innych ośrodków górniczych (Rudaw Janowickich). Zachowane informacje z 1800 r., mówią że piryty pochodziły z Miedzianki dlatego, że miejscowe złoża były już wyczerpane i nie wystarczały na potrzeby zakładu. Przypuszcza się, że w tym okresie złoże pirytów pod Zbójnickimi Skałami wyczerpało się lub nie było wystarczająco zasobne. W Archiwum Państwowym w Katowicach zachowała się mapa górnicza „Vorstellung der Kies Grube Friedrich Wilhelm am Schwarzen Berge zu Schreiberhau”,przedstawiająca tą kopalnię z 21 lipca 1821 r. sporządzona przez A.Bockscha. Przedstawia ona kopalnię pirytu promienistego (markasytu) na zboczach Czarnej Góry. Narysowano ją w ramach inspekcji dawnego wyrobiska z czasów zamknięcia poprzednio funkcjonującej kopalni na przełomie wieków. Uwidacznia ona spore wyrobisko, udostępniającą je sztolnię z charakterystycznym budynkiem przed jej wlotem, wysokie komory wydobywcze, 3 poziomy, krótkie chodniki odchodzące w poprzek wyrobiska. Zaznaczone są dwa szyby, w tym jeden wychodzący na powierzchnię oraz drugi, zniszczony, pozostałość po wcześniejszej eksploatacji. Całe wyrobisko przedstawiono w rzucie z góry oraz dwoma przekrojami, jeden horyzontalnie, po rozciągłości pokładów pirytów, drugi natomiast wzdłuż kierunku ich nachylenia, który zapadał pod łagodnym kątem 20 stopni. Porównując stan obecny z mapą można stwierdzić, że stan tego miejsca przedstawiono nieco inaczej niż w 1821 r. Środkowa część wyrobiska uległa zawaleniu tworząc rodzaj zapadliska przypominającego kamieniołom. Była to dawniej centralna, najstarsza część kopalni mająca wysokość około 20 metrów. Po wykonaniu mapy wskutek pozytywnych przesłanek co do wydobycia pirytu, przystąpiono do poszerzania i drążenia dodatkowych korytarzy pracując na kilku poziomach jednocześnie. Liczne ślady po wiertłach świadczą o podejmowanych tu szeroko zakrojonych pracach w późniejszym okresie. Witrolejnia Prellera prowadziła działalność produkcyjną do 1840 r. zamykając ją w 1856 r. Późniejsze wyrobiska mogły zostać wykonane w latach 1821-1840. Nie wiadomo kiedy uległa zawaleniu środkowa część kopalni, czy przypadkowo, czy w wyniku celowego działania. Niedaleko od sztolni pirytów znajdują się inne sztolnie. Kilkadziesiąt metrów od opisywanych widoczne są pozostałości kolejnej z zawalonym wlotem, zasypanym szybem oraz sporą hałdą. Kierując się dalej na wschód odnaleźć można kolejne ślady jak hałdę, zawalona część środkowego wyrobiska oraz obetonowany wlot do zalanej sztolni.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , więcej...

Minerały wietrzeniowe okolic Wieściszowic

przez , 16.gru.2013, w Ciekawe miejsca

Kryształy gipsuWieściszowice położone we wschodniej części Rudaw Janowickich, słyną przede wszystkim ze znajdujących się w ich sąsiedztwie Kolorowych Jeziorek. Są one pozostałością po istniejącej tu niegdyś kopalni pirytu. Złoże odkryto pod koniec XVIII wieku, a wydobycie pirytonośnego łupka rozpoczęto w 1785 roku. Z braku opłacalności kopalnię zamknięto w 1925 roku. Kolejne podejmowane próby wznowienia działalności w latach 40-tych i 50-tych XX wieku okazały się bezskuteczne. Miejsce to daje możliwość obserwacji zachodzących tu współcześnie intensywnych procesów minerałotwórczych w strefie wietrzenia łupków pirytonośnych. W łupkach serycytowo-chlorytowych jednostki Leszczyńca udokumentowano pomiędzy wsią Wieściszowice a Wielką Kopą strefę pirytonośną o długości około 4 km i szerokości 100 m. Stwierdzona w tych łupkach mineralizacja ma prawdopodobnie hydrotermalną genezę. W skład tej mineralizacji oprócz pirytu, którego zawartość może sięgać 30%, wchodzą także kwarc, kalcyt, dolomit, śladowe ilości fluorytu, syderytu oraz innych minerałów rudnych jak chalkopiryt, pirotyn, galena, sfaleryt, tetraedryt, kupryt. W wyniku wietrzenia pirytu i innych siarczków dochodzi do silnego zakwaszenia wód krążących w łupkach. Powstają w ten sposób duże ilości jonów siarczanowych.Copiapit magnezowyZ minerałów budujących skałę uwalniane są jony żelaza, magnezu i innych metali. W odpowiednich warunkach środowiska krystalizują nowe, wtórne, minerały głównie siarczany żelaza i magnezu. W procesie utleniania siarczków żelaza duży udział mogą mieć różne mikroorganizmy, takie jak bakterie Thiobacillus ferrooxidans, często spotykane w kwaśnych wodach kopalnianych. Intensywne procesy wietrzenia siarczków żelaza odzwierciedlają się w chemizmie wód powierzchniowych i gruntowych tego obszaru, woda z Purpurowego Jeziorka jest silnie zakwaszona za sprawą kwasu siarkowego i jej odczyn waha się w granicach 2,6-2,8 pH. Mineralizację całkowitą określono na 3-5,5 g/dm sześcienny. Oprócz wysokich zawartości Fe, Ca, Mg i Al, stwierdzono tu także dużą koncentrację metali ciężkich, jak Mn, Cu, Zn, Co, Ni, V, Cr i Pb. Zespół minerałów hipergenicznych (wietrzeniowych) jest bogaty. Spotyka się też minerały rzadkie. Minerały powstające w wyniku wietrzenia pirytu najlepiej obserwować wśród skał otaczających Purpurowe Jeziorko (wyrobisko Hoffnung), zwłaszcza w północnej jego części.FibroferrytWystępujące tu minerały siarczanowe są trwałe przy małej wilgotności środowiska, natomiast łatwo ulegają rozpuszczeniu w wodzie. Najintensywniej krystalizują na ścianach wyrobisk w dłuższych okresach suchej, słonecznej pogody. W oczy rzucają się przede wszystkim charakterystyczne żółte lub żółtozielone groniaste naskorupienia copiapitu magnezowego o charakterystycznym zapachu siarki. Nacieki osiągają nawet kilka centymetrów grubości i pokrywają duże powierzchnie łupków nadając im żółtawy odcień. Copiapitowi towarzyszy pickeringit o drobnych bezbarwnych kryształkach i igiełkowym pokroju tworząc na nim rodzaj mszystego nalotu. Najliczniej występującym minerałem siarczanowym jest gips, którego największe ilości w postaci szarawych lub białych pokryw zajmujących powierzchnię wielu metrów kwadratowych spotkać można na stropach i ścianach sztolni. Występuje tam w formie krzaczastych, sferoidalnych agregatów, spotyka też się niewielkie tabliczkowe kryształki tworzące typowe dla tego minerału zbliźniaczenia nazywane „jaskółczymi ogonami”.Koncentracja różnych minerałów wietrzeniowych na łupkach serycytowo-chlorytowychKolejnym minerałem wietrzeniowym jest epsomit, nietrwały i do zaobserwowania w dłuższych okresach bezdeszczowych, tworzący na ścianach sztolni charakterystyczne włosowate, puszyste wykwity. Można go tez rozpoznać po gorzkim smaku. Powszechny tez jest fibroferryt powstający w warunkach większej wilgotności, dzięki czemu jest dość trwały. Tworzy rozległe monomineralne porowate naloty o szarozielonej lub brunatnozielonej barwie. Stosunkowo rzadkimi są alunogen, melanteryt i slavikit, występujące w małych ilościach, tworzących mikroskopowej wielkości agregaty. Slavikit należy do bardzo rzadkich minerałów, na całym świecie znanych jest tylko około 20 lokalizacji, w Polsce jest to jedyne udokumentowane miejsce. Inne występujące tu siarczany to goethyt i ferrihydryt tworzące brunatne naloty i nacieki na ścianach sztolni.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Wielisławka – pozostałości dawnego górnictwa

przez , 16.gru.2013, w Pod ziemią

SWWielisławka była miejscem w którym intensywnie wydobywano złoto. W chwili obecnej zachowały się trzy sztolnie: sztolnia numer 1 (za mostkiem na Kaczawie) o długości 63 metrów, sztolnia numer 2 (na lewo od „górskiego młyna”) o łącznej długości chodników 290 metrów (błędnie określana przez niektórych jako jaskinia) oraz sztolnia numer 3 (podszczytowa) o długości 81 metrów.
Pierwsza wzmianka pochodzi z 1568 roku, ale eksploatację złóż rozpoczęto wcześniej. Przekrój złotych żył bardzo zasobnych występujących na styku czarnych łupków krzemionkowych z porfirem, dochodził nieraz do trzech metrów. Prace trwały tu do XVIII wieku, więc przeszło 250 lat.SW1Przedwojenne niemieckie przewodniki zawierały opis po tym rejonie i plan sztolni polecając ją jak i wychodzący z niej szyb jako atrakcję turystyczną. Pierwsze informacje o wydobywaniu złota pochodzą z 1556 roku. Złoto występowało w złotonośnych pirytach, a jego koncentracja była znaczna: 18 gram złota na tonę i 64 gram srebra na tonę. Można spotkać się również z opisami mówiącymi o sztolniach na zachodnim zboczu Wielisławki (kopalniach złota i miedzi), w których to eksploatacja określana jest na XV-XVII wiek. W drugiej połowie XIX wieku rozpoczęto eksploatację złoża porfirów na południowo-zachodnim zboczu odsłaniając tym samym piękną, słupową strukturę skał, tak zwane Organy Wielisławskie.SW2Najciekawsza sztolnia, to sztolnia numer 2. Otwór wejściowy ma wymiary 50×70 cm. Po wejściu do wnętrza chodnik powiększa się do rozmiarów pozwalających na swobodne poruszanie. Po prawej stronie widoczny jest szurf głębokości około 1 m wykonany prawdopodobnie przez eksploratorów poszukujących ukrytych kosztowności. Dalej nieznaczny, boczny zawał chodnika po którego minięciu, po około 60 metrach dochodzimy do obszernej komory eksploatacyjnej, z której to w różnych kierunkach rozchodzą się dłuższe lub krótsze chodniki, połączone ze sobą lub kończące się zawałami. Główne rozwinięcie chodników w sztolni jest w kierunku wschodnim. Sztolnia numer 1 stanowi jednolity chodnik skręcający w lewo, kończący się po 60 metrach zawałem.SW3Wejście jest obszerne, o kształcie nieregularnym średnicy około 180 cm, dobrze widoczne z drogi. Najprawdopodobniej sztolnie numer 1 i 2 były kiedyś ze sobą połączone – obecnie w tym miejscu istnieją zawały, prawdopodobnie znajdował się tam szyb. Do penetracji sztolni nie jest wymagany sprzęt speleologiczny, a jedynie odzież ochronna i źródło światła. Jest ona miejscem zimowania nietoperzy i prawnie podlega ona ochronie jako siedlisko zwierząt objętych ścisłą ochroną.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Górzec – tajemnice wnętrza (2)

przez , 16.gru.2013, w Pod ziemią

Sztolnia GórzecKopalnia Rudolf udostępniała złoża rudy żelaza kilkoma sztolniami. Pierwsza z nich znajduje się na poziomie 276 m n.p.m. (opisywana w części pierwszej), ale do chwili obecnej zachowała się też druga, nie związana z tą kopalnią, na poziomie 373 m n.p.m. Aby do niej trafić należy kierować się „starą” drogą na prawo od szlaku (zielonego) prowadzącego kalwarią. Po około 100 metrach, na lewej stronie zbocza można odnaleźć stary, zawalony szyb, o średnicy i głębokości około 5 metrów. Kierując się dalej dochodzimy do rozwidlenia dróg, a potem w prawo, w dół do początku jaru. Następnie poruszamy się jarem w górę do sztolni nr. 2.Sztolnia Górzec (1)W jej pobliżu (dalej jarem ku górze, po około 50 m, po prawej stronie) znajduje się kolejna sztolnia nr. 3 – niestety zawalona, oraz sporych rozmiarów hałda. Sztolnia zagłębia się nie do wnętrza Górzca, ale w kierunku południowo-zachodnim, w zbocze bezimiennej góry, leżącej na zachód od niego. Jest 85-metrowej długości, wysokości średnio 2 m i szerokości 1,3 m (można się w niej swobodnie poruszać), wydrążona w łupkach. Po 10 metrach od wlotu natrafiamy na mały obryw skał ze stropu, a po kolejnych 50 metrach docieramy do pierwszego zawału (60 m od wlotu), po którego pokonaniu przez ciasny przełaz docieramy do obszernej komory eksploatacyjnej o szerokości około 6 m i wysokości 4 m, z nie usuniętym urobkiem zalegającym na spągu.Sztolnia Górzec (2)Znajduje się w niej interesująca struktura, kolorystyka i różnorodność ławic skalnych, mineralizacja. Często spotyka się żyły kwarcu z wyraźnymi kryształami dochodzącymi do 1 cm.Pokonując przez przełaz kolejny zawał, można dotrzeć do dalszej części chodnika, długości 16 m zakończonego zawałem (obryw kilkutonowego bloku, widoczny po wejściu do szczeliny, po prawej). Na spągu zalegają duże fragmenty skały (urobek, obrywy?). Na ścianach całego wyrobiska widoczne są ślady po otworach wiertniczych, drewniane „kotwy”, spróchniałe fragmenty stempli, otwory po poprzecznych prostokątnych belkach przy stropie (po prawej stronie na około 50 metrze), natomiast nie pozostały żadne ślady po torowisku lub podkładach dla wagoników.Sztolnia Górzec (4)Wielkość hałdy znajdującej się w jarze porównana z wielkością spenetrowanej sztolni nasuwa sugestię, że zawał odcina dostęp do sporej długości chodników. W związku z odmiennym kierunkiem przebiegu chodników, nie łączy się ona z wyrobiskami sztolni dolnej i została ona założona dużo wcześniej niż sztolnie kopalni Rudolf. Północne zbocza Górzca obfitują w ślady dawnej działalności górniczej w postaci różnego rodzaju zapadlisk, które mogą być pingami, szurfami ale też i zawalonymi szybami lub wejściami do innych sztolni. Nie brakuje także warp i hałd.Sztolnia Górzec (3)Pozostałości ciągną się od szczytu do jaru oraz na bezimiennym wzgórzu. Do penetracji sztolni wymagana jest odzież ochronna i źródło światła. Uwaga – niebezpiecznie! Częste i liczne odpadnięcia dużych fragmentów skał ze stropu i ścian. Możliwość zawalenia się komory i chodnika za nią. Miejsce zimowania nietoperzy, w związku z czym obiekt ten podlega ochronie jako siedlisko zwierząt chronionych.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Górzec – tajemnice wnętrza (1)

przez , 16.gru.2013, w Pod ziemią

Sztolnia RudolfGórzec (Hessberg) to bazaltowe wzgórze o wysokości 445 m n.p.m. koło miejscowości Męcinka. W XIII wieku na szczycie znajdował się niewielki zamek, otoczony suchą fosą. Przypuszcza się, że była to wzniesiona przez Henryka Brodatego w 1238 roku twierdza Heinrichsburg. Od połowy XIII wieku góra jak i obszar Mniszego Lasu należał do Cystersów z Lubiąża. W 1740 roku wytyczono tak zwaną Drogę Kalwaryjską wzdłuż której ustawiono 14 kapliczek wykutych w piaskowcu, a na ruinach zameczku wzniesiono kaplicę pielgrzymkową. Po sekularyzacji zakonu w 1810 roku u podnóża Górzca powstała pustelnia w której zamieszkał mnich z Lubiąża, jak domniemywano „strażnik” cysterskich dóbr ukrytych gdzieś na stokach. Tyle historii z której ta góra jest znana, bo posiada też ona swoje tajemnicze wnętrza.Sztolnia Rudolf (1)W pobliżu drogi prowadzącej na Kalwarię, tuż koło miejsca odpoczynku z ławeczkami nieopodal pasieki, znajduje się wejście do Sztolni Rudolf (276 m n.p.m.) w której eksploatowano rudę żelaza – hematyt. Początki górnictwa na Górzcu są datowane na XVII wiek, a trwały do 1942 roku. Wobec niewielkich dochodów często zostało zarzucane, to znów wznawiane z różnym powodzeniem. W okresie przed II Wojną Światową przy eksploatacji pracowało około 25 ludzi, na 3 zmiany po 8 godzin. Do 1941 roku kierownikiem kopalni był sztygar Prenzel, a następnie Reimann z Wałbrzycha. Kierownikiem zmiany był Martin Bluemel z Pomocnego. Sztolnia zagłębiała się w górę na ponad 900 metrów na trzech poziomach. Szyb wydobywczy można odnaleźć kierując się drogą leśną (na prawo od szlaku kalwaryjskiego przy dwóch dużych drewnianych krzyżach) po około 100 metrach, po lewej stronie, na zboczu. W chwili obecnej ma on średnice i głębokość około 5 metrów. Winda wyciągowa (Foerderkorb) działała do 1942 roku obsługiwana przez Rudolfa Leifera. Kompresor znajdował się na hałdzie, a wszystkie urządzenia, w tym młoty wiertnicze były napędzane sprężonym powietrzem.Sztolnia Rudolf (2)Eksploatację prowadzono zakładając na 4 metrach kwadratowych 12 otworów, głębokich na 1,5 metra i odstrzelano donaritem. Dym i pył był odprowadzany na powierzchnię rurami, jak również rurami doprowadzano do wnętrza świeże powietrze. Urobek rozdrabniano młotami pneumatycznymi, ręcznie ładowano na wózki i wyciągiem wydobywano na powierzchnię. Przy jednej z takich prac strzelniczych zginął Georg Schiefer. Oświetlenie sztolni stanowiły lampy karbidowe. Do dziś zachowały się jeszcze pozostałości transformatora. W jarze na zachodnim stoku Górzca zachowała się jeszcze jedna sztolnia i pingi, nie związana z kopalnią Rudolf, ale o tym w kolejnej części.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Troglobionty, troglofile, troglokseny

przez , 16.gru.2013, w Flora i Fauna

TTTEksplorując podziemia jakimi są między innymi jaskinie i sztolnie, skupiamy się głównie na ich strukturze skalnej – naciekach, minerałach, skałach, przebiegu korytarzy, zabudowie. Pomijamy jednak często ich faunę, niewielkich, a bardzo ciekawych mieszkańców. Gatunki fauny podziemnej dzieli się na trzy zespoły, różniące się stopniem powiązania ich życia ze środowiskiem jaskiń i antropogenicznych.

Troglobionty – gatunki występujące tylko i wyłącznie w jaskiniach (np. roztocza, pajęczaki, chrząszcze, skoczogonki).
Troglofile – gatunki stale żyjące w jaskiniach, lecz występujące również poza, w środowisku o podobnych warunkach na przykład pod kamieniami, w glebie, w szczelinach skalnych (tj. różne gatunki owadów bez skrzydłowych, stonogi, pająki).
Troglokseny – gatunki żyjące na powierzchni, jednak wykorzystujące jaskinie jako miejsce okresowego pobytu, przypadkowo lub regularnie w okresie zimy (np. muchówki, motyle, wije, pająki, ślimaki, nietoperze).

Przyjrzyjmy się im podczas naszych eksploracji, ale niekoniecznie ich dotykajmy, bo na przykład ukąszenie pająka sieciarza jaskiniowego do przyjemnych nie należy.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Jaskinie krasowe Pogórza Izerskiego

przez , 16.gru.2013, w Pod ziemią

Jaskinie krasowe Pogórza IzerskiegoW dolinie rzeki Płóczki koło Lwówka Śląskiego znajdują się cztery jaskinie krasowe powstałe w wyniku wypłukania wapieni cechsztyńskich. Dojść do nich można ścieżką po prawej stronie od drogi Lwówek Śląski – Gryfów, na wysokości tablicy wyznaczającej koniec miejscowości Płóczki Dolne, idąc w górę koło starego wapiennika (po lewej), do czarnego szlaku i dalej za nim, a następnie po około 50 metrach w prawo, przez mały „wąwozik” wchodzimy do zarośniętego, nieczynnego wyrobiska gdzie są one zlokalizowane.

Jaskinia Lisia to 70-metrowa jaskinia położona w wyrobisku starego kamieniołomu wapienia, która została odkryta podczas jego eksploatacji, a wzmiankowana już w 1933 roku przez G.Dittricha. Otwór wejściowy jest zlokalizowany u podnóża ściany i jest dość obszerny. Następnie jaskinia zwęża się i obniża, by po około 6 m dotrzeć do rozwidlenia korytarzy. W prawo trzy niskie, choć rozległe rozszerzenia. W lewo stromo w dół (główny ciąg), dochodzimy do rozległej, niskiej salki (1,5 m). Z niej dalej w dół, niskim korytarzem, przy którego końcu warto zwrócić uwagą na kopułowate wymycie w stropie. Następnie ciasnym przejściem docieramy do wysokiego i wąskiego korytarza o wyraźnie wygładzonych przez wodę ścianach. Na pochyłach ścian zauważyć można żłobki utworzone przez wodę kapiącą ze stropu. Jaskinia kończy się zwężającym korytarzem przechodząc w około 1,5 m studzienkę i małą lecz wysoką salkę.Jaskinie krasowe Pogórza Izerskiego 1Jaskinia Czerwona o długości 50 metrów położona jest w odległości 12 m od Jaskini Lisiej. Została odkryta przez G.Dittricha w 1932 roku. Otwór wejściowy jest sztuczny, mniejszy od poprzedniej, ostatni widoczny pod ścianą. Za otworem korytarz obniża się i przez niski przełaz dochodzimy do wysokiego, wąskiego korytarza biegnącego to w górę, to w dół, do ciasnego przejścia za którym znajduje się 12-metrowa salka z niewielkimi naciekami. Dalej przez ciasny przełaz docieramy do niskiego, szerokiego, kamienistego korytarza. Następnie w górę do zacisku, a za nim niewielka salka z której korytarzykiem dochodzimy nad 1,5-metrową studzienkę. Jaskinia kończy się niewielkim korytarzykiem zakończonym ciasną szczeliną. Na ścianach i stropie ciągu bocznego widoczne są formy wirowe – ślady przepływu wody pod ciśnieniem.Jaskinie krasowe Pogórza Izerskiego 2Jaskinia Krótka (Schronisko Krótkie) o długości 11 metrów położona jest 7 m od Jaskini Lisiej, odkryta w 1970 roku przez Speleoklub Bobry Żagań. Posiada dwa małe otwory. Za otworem małym korytarzykiem dostajemy się do niewielkiej salki na której jaskinia się kończy.
Jaskinia Oaza o długości 40 metrów znajduje się poza wyrobiskiem, nieco powyżej, w kotle z kępą drzew na polach („oaza”), odkryta tak jak poprzednia w 1970 roku przez Speleoklub Bobry z Żagania. Naturalny otwór wejściowy niewielki, nad nim rosną drzewa. Za otworem strop obniża się, potem ciasnym przełazem do niskiej ale dużej sali opadającej w dół – w prawo dotrzemy do jej zakończenia ze szczeliną mającą połączenie z dalszymi partiami jaskini; w lewo między głazami dotrzemy do ciasnego zejścia za którym korytarz z naciekami błotnymi. Dalej nim do niewielkiej, wysokiej salki z 2-metrową studzienką sprowadzającą do ciasnego, kilkumetrowego korytarza kończącego jaskinię.Jaskinie krasowe Pogórza Izerskiego 3Opisane powyżej jaskinie są jaskiniami suchymi (rzadkie przesiąki wody), z bardzo skąpymi formami naciekowymi, o namulisku gliniasto-kamienistym, w partiach wejściowych zaśmieconymi i sukcesywnie niszczonymi przez pseudo-grotołazów/eksploratorów pomimo iż są pomnikami przyrody nieożywionej. Można w nich napotkać owady troglokseniczne, a przy otworach glony. Deniwelacja jaskiń jest niewielka, do zwiedzania nie jest wymagany sprzęt speleologiczny, choć jaskiń nie można zwiedzać na stojąco (miejscami naprawdę ciasne przełazy!), dlatego zalecana jest odzież ochronna, nakrycie głowy i własne źródło światła. Szczególnie ciekawie prezentuje się końcowy odcinek Jaskini Lisiej z ładnie wymytymi przez wodę ścianami i kończącym ją awenem, nacieki błotne w Jaskini Czerwonej, jak i kominy krasowe w tych jaskiniach.
Miejsce ciche, urokliwe, o charakterze wąwozu, z bogatym poszyciem roślinnym, warte uwagi, a co najważniejsze ochrony. Wymienione jaskinie są miejscem zimowania nietoperzy i automatycznie podlegają prawnej ochronie jako siedliska zwierząt chronionych.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

GeoExplorer

przez , 13.gru.2013, w Galimatias

GE1.jpg GeoExplorer

Eksploracje – Poszukiwania

WYRÓŻNIENIA 2017:

>> 1 czerwiec 2017 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Złoto Inków w Niedzicy”
>> 1 luty 2017 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Drewniany kościół w Sieniawie”

WYRÓŻNIENIA 2016:

>> 2 listopad 2016 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Borowiec wielki”

WYRÓŻNIENIA  2015:

>> wrzesień 2015 roku – GeoExplorer na łamach Gazeta Wyborcza
>> 16 wrzesień 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Odkrycia w Jaskini Niedźwiedziej”
>> 5 sierpień 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Opowieści skarbowe”
>> 27 maj 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Tajemnicza puszka”
>> 5 kwiecień 2015 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Legenda o Krzysztoforach”
>> 1 marzec 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl Blog.pl wyróżniono: „Złoto krnąbrnych mnichów”
>> 25 styczeń 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl, wyróżniono: „Skarby epoki Napoleona”
>> 5 styczeń 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Sztolnia Aurelia w Złotoryi”
>> 4 styczeń 2015 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Skarby epoki Napoleona”
>> od 2015 roku – GeoExplorer dostępny na Twitter

WYRÓŻNIENIA  2014:

>> 22 listopad 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Zaginiony transport”
>> 17 listopad 2014 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Zaginiony transport”
>> listopad 2014 roku – GeoExplorer na łamach miesięcznika Odkrywca
>> 26 październik 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Dworek Marii Konopnickiej w Gusinie”
>> 24 październik 2014 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Zamek w Prochowicach”
>> 19 wrzesień 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Legenda o rozbójnikach z Kruczych Skał”
>> 11 sierpień 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Pochówki wampiryczne w Polsce”
>> 21 lipiec 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Tajemnice Złotego Lasu”
>> 11 luty 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Wielisławka. Ukryte Skarby III Rzeszy”

LICZBA  ODWIEDZIN:2 mln — kopia — kopia>> 11 kwietnia 2017 – 2.500.000 odwiedzin
>> 26 listopada 2015 – 2.000.000 odwiedzin
>> 27 maja 2015 – 1.500.000 odwiedzin
>> 31 grudnia 2014 – 1.086.000 odwiedzin
>> 13 grudnia 2014 (1 rok) – 1.074.000 odwiedzin
>> 22 listopada 2014 – 1.000.000 odwiedzin
>> 13 grudnia 2013 – Start…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...