Tag: Eksploracje

Koci Zamek w Szaflarach

przez , 01.gru.2017, w Ciekawe miejsca

Koci Zamek na Szaflarskiej SkaleSzaflary to 3-tysięczna wieś położona na Podhalu, 7 km na południe od Nowego Targu (przy drodze krajowej numer 47 „zakopiance”), na pograniczu dwóch regionów geograficznych – Kotliny Nowotarskiej i Pogórza Bukowińskiego. Znana jest głównie z kompleksu basenów termalnych o powierzchni prawie 1000 m2 zasilanych wodą termalną z miejscowego odwiertu.
Pierwsze wzmianki o Szaflarach pochodzą z początku XIII wieku, kiedy to powstaje gród obronny.
Około 1234 roku Teodor Gryfita otrzymał pozwolenie od Henryka Brodatego na sprowadzanie kolonistów niemieckich.
Udokumentowana wzmianka o wsi pochodzi zaś z 1328 roku.

Niestety nie zachował się akt lokacyjny osady, a jedynie tak zwany przywilej Piotra ze Słupi, kasztelana zamku Dunajeckiego (Szaflarskiego) z 1338 roku. Do 1335 roku sołectwo szaflarskie ze wsią należało do zakonu cystersów. Później na przełomie wieków kolejno zmieniali się właściciele Szaflar. Na przykład w latach 90-tych XV wieku sołectwo było w rękach Miklasza (rajcy miasta Kleparza), a potem w użytkowaniu plebejskiej rodziny Szaflarskich.
Nieopodal stacji kolejowej, na samotnej wapiennej skale wznoszącej się wysoko nad doliną Białego Dunajca, nazywanej Szaflarską Skałką 650 m n.p.m., na przełomie XIII/XIV wieku wybudowany zostaje zamek, który z czasem przybrał nazwę „Kociego Zamku”.1907rok Koci Zamek od północyWapienna skała należy do Pienińskiego Pasa Skałkowego, a na jej szczycie znajduje się płaski majdan o powierzchni około 7 arów. To właśnie na nim, pierwotnie w XI wieku (w oparciu o dane archeologiczne) powstał kamienno-drewniany gródek stożkowaty, a następnie około 1245 roku podjęto decyzję o wzniesieniu drewnianego gródka. Budowy najprawdopodobniej dokonali cystersi ludźmierscy, ponieważ w XIII i XIV wieku gródek wraz z wsią Szaflary należał do opactwa cystersów ludźmiersko-szczyrzyckich. Inne źródła za budowniczych wskazują potomkowów wojewody krakowskiego Teodora Gryfity.
W 1380 roku, za panowania Ludwika Węgierskiego, gródek został włączony wraz z wsią do dóbr królewskich.

W pierwszej połowie XIV wieku drewniany gródek zostaje przebudowany na zamek. Wzmianki o zamku pojawiają się w dokumentach z początków panowania Kazimierza Wielkiego – w 1334 roku wspomniany jest „nowy zamek” (castrum novum) w Szaflarach. Na dokumencie z 1338 roku figuruje między innymi podpis Piotra ze Słupi (Petrus de Slupi), kasztelana zamku szaflarskiego.
Zamek wybudowano na szczytowym spłaszczeniu skały o wymiarach około 20×30 metrów. Szaflarska Skałka, na której się znajdował, od północy i wschodu kończy się urwiskiem, natomiast zbocza południowe i zachodnie są łagodne. Był konstrukcją murowano-drewnianą otoczoną murem obwodowym o trzech bokach prostych i jednym boku zaokrąglonym.Plan Kociego ZamkuSwego czasu wysnuto przypuszczenie, że około 1474 roku Piotr Komorowski dodatkowo wzmocnił zamek kamiennym wałem zaporowym. W tym też okresie droga do zamku prowadziła przez drewniany most i barbakan.
Skąd właściwie wzięła się nazwa „Koci Zamek”? Znaczenie tej bardzo starej nazwy nie ma nic wspólnego z kotami, jak większości osób może nasuwać się tego typu skojarzenie. Po części nawiązuje do innowierców, a zwłaszcza do czeskich husytów. Pochodzenie tej nazwy wyjaśnia między innymi podanie ludowe z Piwnicznej:
Na Kotczym Zamku we dnie niemiło, a w nocy straszno. Jesienią i na wiosnę spod Skałki, na której koci zamek, i z paryji kamiennej, w noc ciemną po północku, wyjeżdżają wozy jakieś, bryki ciężkie. Pędzą wprost, ku Popradowi, i po spadzistości zjeżdżają w rzekę prosto w wir (…)„.

Źródłosłowie „koci zamek” pochodzi od słowa „kocz” lub „kotczy”, jak nazywano dawniej wóz – od koczenia czyli toczenia się (wozów husyckich).
„Kocie” lub „Kotcze Zamki” były miejscami po obozowiskach husytów umacnianych wozami, którzy przenikali na ziemie polskie. Takie warowne obozy chronione przez połączone wozy, zakładano nie na szczytach gór, ale na wysoczyznach gdzie można było wozami dojechać. Zatem „Kocimi Zamkami” zostały nazwane niektóre miejsca będące niezbyt wysokimi i rozległymi wzniesieniami, o dość regularnych formach. Owe wzniesienia z reguły znajdują się na niezbyt wysokich i już rozleglejszych wzgórzach – na działach, skąd horyzont jest zawsze rozległy, widoczność dobra. Kocie zamki znajdują się zawsze w pobliżu ważniejszych dróg, obecnie istniejących lub dawnych.Szaflary Koci ZamekW 1380 roku, za panowania Ludwika Węgierskiego, opat klasztoru cystersów w Szczyrzycu wydzierżawił zamek w Szaflarach Żydowi nawróconemu na chrześcijaństwo, który założył w nim mennicę bijącą srebrne monety. Żyd mincerz z czasem zaczął je fałszować, bijąc je z niepełnowartościowego stopu, a „zaoszczędzone” w ten sposób srebro przywłaszczał sobie.
Ludwik Węgierski niechybnie położył kres temu procederowi. Na jego rozkaz wojsko zdobyło i zajęło zamek, Żyd został pojmany i za oszustwo stracony w Nowym Targu. Kolejnym rozkazem zamek został zniszczony przez podpalenie. „Zaoszczędzonego” przez Żyda srebra, ukrytego na zamku lub w jego okolicy, do chwili obecnej nie udało się odnaleźć.

Po włączeniu Szaflar do dóbr królewskich nastąpiła odbudowa zamku w latach 1470-1480. Wówczas to, w 1474 roku, za panowania Kazimierza Jagiellończyka, zamek zostaje przekazany w dzierżawę Piotrowi Komorowskiemu (herbu Korczak), a już trzy lata później, w 1477 roku, odebrany za sprzyjanie królowi węgierskiemu Maciejowi Korwinowi.
Natychmiast zostaje opanowany przez wojska królewskie pod dowództwem starosty krakowskiego Jakuba z Dębna. Po opanowaniu zamku Kazimierz Jagiellończyk przekazuje go Markowi Ratoldowi, który miał na nim zapisaną od króla należność pieniężną. W tym okresie w dokumentach źródłowych pojawia się nazwa „fortalicja Szaflary” (fortalitium Schaflari).1907rok Koci Zamek od południaZamek został opuszczony najprawdopodobniej w pierwszej połowie XVI wieku, popadając w ruinę, poprzez rozbiórkę – pozyskiwanie materiału budowlanego przez okolicznych chłopów i kolejny pożar. Według niektórych źródeł był w zupełnej ruinie już przed 1505 rokiem.
Obecnie sam zamek już nie istnieje, ale zachowały się po nim widoczne w terenie ślady. Między innymi zachowała się (jedynie) część fundamentów muru obwodowego z początku XIV wieku (na plateau) oraz resztki wału usytuowanego od strony południowej. Jeszcze w ubiegłym wieku, w ścianach skały łamano kamień do wypalania wapna w pobliskim wapienniku.

W trakcie II wojny światowej na terenie Kociego Zamku stacjonowały oddziały wojsk niemieckich. W 1942 roku na stanowisku po Kocim Zamku, z ramienia niemieckich władz okupacyjnych Generalnego Gubernatorstwa, a w szczególności dużego zainteresowania gauleitera Hansa Franka, przeprowadzono badania archeologiczne. W wyniku wykonanych wówczas przekopów udało się odsłonić warstwy kulturowe potwierdzające średniowieczny rodowód obiektu. Pozyskano również materiał ceramiczny oraz inne zabytki ruchome.
Prawdopodobnie owe prace archeologiczne miały również na celu odnalezienie dużych ilości srebra ukrytego przez Żyda – mincerza.Koci Zamek w Szaflarach (1)Teren zamku jest częściowo zabudowany. Od lat 90-tych XX wieku na Szaflarskiej Skałce stoi odrestaurowany „zamek” w postaci willi z czterospadowym dachem mansardowym zwieńczonym wieżyczką.
Całość otoczona jest wysokim kamiennym murem i metalowym ogrodzeniem. Partia szczytowa obecnie nie jest dostępna dla zwiedzających – całość z zabudową stanowi teren prywatny.
Odrestaurowany ćwierć wieku temu „Koci Zamek” nawiązuje do istniejącej w tym miejscu przed 100-laty innej budowli. Jest ona uwidoczniona na zdjęciach w Tygodniku Ilustrowanym z 1907 roku (czarno-białe zdjęcia).
W niektórych opracowaniach spotyka się błędną lokalizację zamku – zamiast Szaflarskiej Skałki wskazuje się pobliską górę Ranyzberg (Raniszberg) 736 m n.p.m.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Jaskinia Zbójecka Jama w Gorcach

przez , 01.lip.2017, w Pod ziemią

Otwór wejściowyJaskinia Zbójnicka Jama jest największą jaskinią Gorców. Położona jest na zachodnich zboczach Jaworzyny Kamienickiej 1288 m n.p.m. w masywie Gorców. Otwór wejściowy znajduje się w odległości około 800 metrów od Kapliczki Bulandy (1904 rok) ustawionej na polanie Jaworzyna Kamieniecka.
Wejście do jaskini nie jest łatwe, ponieważ za otworem wejściowym rozpoczyna się pionową studzienką o głębokości 3,5 metra. Otwór wejściowy zarówno jak i studzienka porośnięte są glonami i wątrobowcami. Jest jaskinią statyczną, zimą ciepłe powietrze wydobywające się z jej wnętrza topi śnieg w otworze wejściowym.

Od dna studzienki odchodzi szczelina o przebiegu NE-SW rozpoczynająca dalsze partie jaskini: w kierunku południowo – zachodnim i północno – wschodnim. Korytarze kończą się zawaliskami. Jest to jaskinia osuwiskowo – szczelinowo – zawaliskowa, z widoczną wewnątrz infiltracją wody. Powstała najprawdopodobniej w tracie tworzenia się osuwiska, w jego początkowym etapie, w piaskowcach magurskich. Pierwsza udokumentowana wzmianka o Zbójnickiej Jamie pochodzi z 1914 roku – wspominał o niej popularyzator Beskidów i Gorców Kazimierz Sosnowski. Podczas II wojny światowej była schronieniem dla miejscowych partyzantów. Do 2003 roku jej oficjalna długość wynosiła 25 metrów i głębokość 3,5 metra, a jedyny dotąd plan jaskini pochodził z 1951 roku i został opublikowany między innymi w inwentarzu jaskiń K. Kowalskiego.Wnętrze Zbójeckiej JamyW sierpniu 2003 roku grotołazi ze Speleoklubu Beskidzkiego (w składzie: M. Dudzik, A. Kapturkiewicz, T. Mleczek, B. Szatkowski, A. Szebla) dokonali nowej inwentaryzacji (pomiarów) jaskini i kartowania, ponieważ najprawdopodobniej jako ostatnia z beskidzkich jaskiń nie posiadała aktualnego planu. Grotołazom po częściowym odgruzowaniu zawalisk udało się również odnaleźć i skartować 23 metry nowo odkrytych partii, co prawie podwoiło jej długość.
Obecna długość jaskini Zbójnicka Jama wynosi 48 metrów, a deniwelacja 12 metrów (-11,0 m/+1,0 m).

Na temat jaskini krążą różne legendy. Jaskinię i jej okolice mieli upodobać sobie pankowie – ziemne duchy z naroślami na twarzach. Według kolejnej, korytarze jaskini miały rozciągać się pod całymi Gorcami, a sprawdzić to mieli juhasi, którzy wpuścili do wnętrza kozę, a ta umorusana wyszła pod Mogielicą 1171 m n.p.m. w Beskidzie Wyspowym. Następna z nich mówi o ukrytych w niej przez Tomasza Chlipałę – Bulandę, legendarnego gorczańskiego bacę, znachora i czarownika, niezliczonych kosztownościach, zgromadzonych w trakcie długiego życia. W okolicach jaskini i na polanie Jaworzyna Kamieniecka, przez ponad 50 lat wypasał owce i woły. Legenda podaje, że z bacówki zszedł w wieku 100 lat, zawdzięczając znakomite zdrowie recepturze na napój szczęścia i długowieczności.

Ostatnia legenda mówi o wykorzystywaniu jej jako kryjówki przez gorczańskich zbójników (stąd pochodzi nazwa) i skrytych w niej łupach.  W XVIII wieku ukrywać się tutaj miał (jak i na zboczach Mogielicy) znany beskidzki zbójnik Józef Baczyński wraz ze swoim kompanem Świstakiem. Podobno zrabowane przez niego skarby miały znajdować się w jaskini lub w okolicznym lesie, a przez kilka lat strzegła ich kochanka Baczyńskiego. W okolicach podobno straszy odrąbana głowa zastępcy herszta zbójników. Ponieważ przewyższał on zdolnościami herszta, ten podstępnie go zabił, a głowę wyrzucił do jaru. Według podań, gdy ktoś ją znajdzie, to ona i tak powróci na swoje miejsce, tak bowiem jest przywiązana do Jaworzyny.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Flisz podhalański

przez , 15.cze.2017, w Galimatias

Flisz podhalański w Rabie WyżnejFliszem nazywa się zespół skał terygenicznych cechujący się wielokrotną cyklicznością, w którym klasyczny cykl, tak zwaną sekwencję Boumy, rozpoczyna zlepieniec, nad nim zalega piaskowiec, następnie mułowiec, a najwyżej w profilu iłowiec. Flisz powstaje na skutek schodzenia po stoku kontynentalnym podwodnych prądów zawiesinowych i osuwisk oraz segregowania grawitacyjnego ziaren w czasie tego transportu. Prawie zawsze tworzył się w głębokim basenie morskim, u podnóża stoku kontynentalnego, jednakże znane są również sekwencje fliszowe w głębokich jeziorach.
Dawna definicja fliszu mówiła o serii osadów morskich powstających w wyniku wypełnienia geosynkliny, na krótko przed orogenezą.

To właśnie ze skał fliszowych zbudowane są między innymi zewnętrzne pasma Karpat – Karpaty Zewnętrzne, zwane także Karpatami fliszowymi – tak zwany flisz karpacki.
Ze względu na oddalenie od obszaru źródłowego materiału detrytycznego wyróżnia się: flisz bliski (proksymalny) i flisz daleki (dystalny), a ze względu na skład petrograficzny: flisz normalny, flisz daleki piaszczysty i flisz dziki.
Fliszem karpackim określa się regionalnie występujący flisz, składający się z serii naprzemianlegle ułożonych warstw skał osadowych morskiego pochodzenia, złożonych z ławic i warstw zalegających na sobie na przemian.

Skały te powstały na dnie mórz wskutek działalności tak zwanych prądów zawiesinowych, które doprowadziły do charakterystycznego, frakcjonalnego uwarstwienia. Uwarstwienie frakcjonalne fliszu charakteryzuje się nagromadzeniem grubego materiału skalnego w obrębie spągu warstwy i stopniowe przechodzenie w materiał coraz drobniejszy, aż do osadów ilastych w obrębie stropu danej warstwy.
W skład fliszu karpackiego wchodzi siedem budujących go skał:Flisz Rabska Góra- zlepieńce (grubookruchowa, lita skała osadowa o różnych barwach, składającą się z ziaren żwiru spojonych lepiszczem. W jego skład wchodzą głównie obtoczone okruchy skał, czym różni się od brekcji. Zlepieńce, podobnie jak żwiry, mogą być polimiktyczne, zawierające wiele różnych rodzajów otoczaków lub oligomiktyczne – ubogie lub zubożałe. Bardzo często występują wraz z piaskowcami tworząc pospolite przejścia: zlepieniec – zlepieniec piaszczysty – piaskowiec zlepieńcowaty – piaskowiec);

- piaskowce (zwięzła, zwykle drobnoziarnista skała osadowa, powstająca w wyniku lityfikacji (cementacji) piasku pochodzącego z wietrzenia skał za pomocą spoiwa. W jego skład wchodzą: jako szkielet ziarnowy kwarc, ortoklaz, mikroklin, plagioklazy, muskowit, biotyt, minerały ciężkie, glaukonit, okruchy skał, szczątki organiczne. Spoiwo może być kwarcowe, ilaste, żelaziste lub kalcytowe. Z Małopolski znany jest piaskowiec arkozowy, bogaty w skalenie, zazwyczaj szary, różowy lub czerwonawy);

- mułowce (zwięzła skała okruchowa, będąca zlityfikowanym (scementowanym) mułem. Złożona głównie z ziaren kwarcu, łyszczyków, skaleni, minerałów węglanowych i ilastych. W Polsce na powierzchni występuje między innymi w seriach osadowych karbonu, permu, kredy górnej, jako skała płonna w zagłębiach węglowych oraz często wśród różnowiekowych utworów górotwórczych południowej Polski. Słabo zmetamorfizowane tak zwane metamułowce występują w górskich seriach metamorficznych – metamorfikach);

- iłowce (rodzaj niezłupkowaconej skały osadowej w postaci skonsolidowanego iłu, o szarej barwie, frakcji/strukturze iłowej, bezładnej teksturze, której głównym składnikiem mineralnym jest kwarc, a pozostałymi minerały ilaste i okruchy, zlityfikowane ilastym spoiwem);Uławicowienie fliszu- łupki (szeroka grupa skał wykazujących dobrą łupkowatość. Nazwa stosowana jest zarówno jako określenie dotyczące skał metamorficznych (łupek metamorficzny, łupek krystaliczny), jak i skał osadowych o podobnym wyglądzie (łupek osadowy). Łupek jest skałą o zróżnicowanym składzie z charakterystyczną teksturą łupkową. Tekstura łupków osadowych jest spowodowana pierwotnym uwarstwieniem sedymentacyjnym lub wtórnym złupkowaceniem. Łupki klasyfikuje się ze względu na pochodzenie, skład mineralny, zastosowanie, szczególne właściwości lub miejsce występowania);

- rogowce (osadowe skały krzemionkowe tworzące warstwy, pochodzenia chemicznego, występującymi w postaci warstw o niewielkiej grubości. Zbudowane są z krzemionki o strukturze bezpostaciowej lub skrytokrystalicznej, najczęściej w postaci chalcedonu. Są skałami zwięzłymi i twardymi, barwy szarej lub brunatnej. W Polsce występują głównie na obszarze fliszu karpackiego i w miejscach masywów skał osadowych przedczwartorzędowych);

- margle (skały osadowe, przeważnie szarej barwy, składające się z węglanów wapnia lub magnezu i minerałów ilastych. Powstają w zbiornikach morskich lub jeziornych, w wyniku nagromadzenia się dużych ich ilości (węglanów z domieszką substancji ilastych). Stanowią formację przejściową pomiędzy skałami węglanowymi a ilastymi. Cechą charakterystyczną jest słaby, nieprzyjemny zapach. Ze względu na proporcje zawartości węglanów i minerałów ilastych rozróżnia się iłowiec marglisty, margiel ilasty, margiel i wapień marglisty).
Rogowce i margle występują we fliszu rzadziej niż reszta wymienionych skał.Flisz podhalańskiProces powstawania fliszu karpackiego trwał wiele milionów lat. Teren dzisiejszych Karpat przykrywały wody przybrzeżnego morza Tetydy, na dnie którego osadzał się w formie charakterystycznych warstw, materiał znoszony przez wody z pobliskiego lądu. Następnie nagromadzony, zdiagenezowany materiał skalny uległ sfałdowaniu, nasunięciu ku północnemu zachodowi, północy, północnemu wschodowi i wschodowi w formie płaszczowin i wypiętrzeniu.
Z fliszu karpackiego zbudowane są nie tylko Karpaty Zewnętrzne. Osadami fliszowymi wypełnione są również doliny otaczające Tatry: Orawa, Podhale wraz z Kotliną Zakopiańską i Gubałówką (tak zwany flisz podhalański) oraz Liptów i Spisz.

Flisz podhalański, będący odmianą fliszu karpackiego, powstał w najwyższym eocenie i oligocenie, po sfałdowaniu i częściowym wypiętrzeniu Tatr. Z fliszu podhalańskiego zbudowane są: Rów Podtatrzański (Rów Zakopiański z Kotliną Zakopiańską), Pogórze Spisko – Gubałowskie, Kotlina Orawsko – Nowotarska, Obniżenie Liptowsko – Spiskie (Kotlina Liptowska i Kotlina Popradzka).
Flisz podhalański dzieli się na następujące warstwy, korelowane w otworach wiertniczych przy pomocy charakterystycznych poziomów litologicznych (od najmłodszych do najstarszych):

- warstwy ostryskie – to seria skał osadowych, okruchowych, morskiego pochodzenia, głównie piaskowców, mułowców i iłowców, a także łupków, występujących w środkowej części synklinorium podhalańskiego (opisane zostały z rejonu Ostrysza). Reprezentują one flisz piaskowcowy – flisz normalny, w którym przeważają piaskowce, a łupki występują w niewielkich ilościach. Ich wiek oceniany jest na oligocen. Warstwy ostryskie są reprezentowane przez flisz piaskowcowy;Wapień we fliszu podhalańskim- warstwy chochołowskie – to seria skał osadowych, okruchowych, morskiego pochodzenia, głównie piaskowców, mułowców i iłowców oraz łupków. Warstwy chochołowskie występują w środkowej części (centralnej) synklinorium podhalańskiego. Najokazalej odsłaniają się w okolicach Chochołowa, na północ od Gubałówki oraz w rejonie Kacwina. Piaskowce i łupki występują w podobnych proporcjach. W piaskowcach widoczne są pełne sekwencje turbidytowe z występującymi w nich dość licznymi wkładkami tufitowymi. Ich wiek oceniany jest na oligocen. Warstwy chochołowskie reprezentują flisz piaskowcowo – łupkowy i łupkowo – piaskowcowy, flisz normalny;

- warstwy zakopiańskie – to seria skał osadowych, okruchowych, morskiego pochodzenia, głównie piaskowców, łupków oraz mułowców i iłowców. Warstwy zakopiańskie występują w południowej części synklinorium podhalańskiego, w Kotlinie Zakopiańskiej i ogólniej w Rowie Podtatrzańskim. Zalegają na eoceńskich wapieniach numulitowych, z którymi łączy je stopniowe przejście. Ich wiek oceniany jest na dolny oligocen. Przeważają w nich łupki ilaste, często laminowane. W dolnej części spotyka się nieliczne warstwy zlepieńców i piaskowców z redeponowanymi dużymi otwornicami wieku eoceńskiego. W górnej części rośnie zawartość piaskowców, odnotowano też pojedyncze warstewki tufitowe. Miąższość warstw zakopiańskich jest szacowana na około 1000 metrów. Występujące w północnej części synklinorium podhalańskiego warstwy szaflarsko – maruszyńskie są prawdopodobnie nieco starsze od warstw zakopiańskich, które mogą odpowiadać ich górnej części. Warstwy zakopiańskie reprezentują flisz łupkowy i piaskowcowo – łupkowy;Flisz w Rabie Wyżnej- warstwy szaflarskie / szaflarsko – maruszyńskie, to seria naprzemianlegle ułożonych warstw skał osadowych morskiego pochodzenia, składająca się z zalegających na przemian ławic i warstw zlepieńców, piaskowców, mułowców oraz iłowców. Powstała na dnie morza wskutek działalności tak zwanych prądów zawiesinowych, które doprowadziły do charakterystycznego, frakcjonalnego uwarstwienia. Warstwy szaflarsko – maruszyńskie są najniższą częścią fliszu podhalańskiego. Powstały prawdopodobnie na przełomie górnego eocenu i oligocenu oraz w dolnym oligocenie. Występują w nich liczne ławice piaskowców gruboziarnistych i zlepieńców. W piaskowcach widoczne są pełne sekwencje turbidytowe. Występują w północnej części synklinorium podhalańskiego. Ich granica z Pienińskim Pasem Skałkowym jest tektoniczna. Warstwy szaflarsko – maruszyńskie reprezentują flisz zlepieńcowo – piaskowcowo – łupkowy, inaczej zwanym fliszem proksymalnym.

Flisz generalnie jest ubogi w skamieniałości. Skamieniałości fliszowe należą do rzadkości i są reprezentowane przede wszystkim przez mikrofaunę, na przykład przez otwornice i ichnofosylie, a także bardzo liczne miejscami skamieniałości śladowe. Jedynie w rejonie Jasła – Birczy, w obrębie oligoceńskich łupków menilitowych i warstw jasielskich, występuje bogata fauna kopalna, obejmująca liczne gatunki ryb, rzadkie czworonogi oraz ptaki (na przykład z rodzaju Jamna i Eurotrochilus noniewiczi), w warstwach zakopiańskich duże otwornice.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o waśni Słońca z Chmurami …

przez , 01.cze.2017, w Legendy

Zachód słońcaPrzed wielu laty, kiedy Król Chmur był jeszcze bardzo młodziutki, żył w wielkiej przyjaźni z Królem Słońca. To były dobre czasy. Kiedy Król Słońca odpoczywał zmęczony po długiej wędrówce, Król Chmur wychodził ze swego pałacu i rozkazywał swoim sługom, by napoili spragnioną ziemię. Nigdy się nie zdarzyło, aby prażyło słońce, gdy ludzie prosili o deszcz, nigdy też nie bywało, aby padał deszcz, gdy ludzie prosili o słońce.
Pewnego razu, a było to po południu, Król Słońca spotkał swego przyjaciela, Króla Chmur i rzekł do niego:
- Jestem bardzo zmęczony. Byłem w kraju, w którym nocą była taka ulewa, że musiałem dwoić się i troić, aby wysuszyć ziemie, bo ludzie mieliby kiepskie plony. Bądź tak dobry i nie przeszkadzaj mi, kiedy pójdę spać.
- Przykro mi bardzo, ale właśnie wyruszam w drogę do tego samego kraju aby go zatopić. Niepotrzebnie się wysilałeś albowiem będzie tam padać przez 9 tygodni bez ustanku. Niech ludzie wiedzą, kim jestem !!! – odrzekł Król Chmur.

- Za co chcesz ich tak pokarać? – dopytywał się Król Słońca.
- W tym kraju panuje władca, który ma prześliczną córkę. Chcę, aby została moją żoną. Jej ojciec jednak nie zgodził się na moje oświadczyny. Powiedział, że nie odda córki jakiemuś tam Królowi Chmur. Ja im pokażę, kim jestem! Zabiorę ze sobą wszystkie moje sługi: Deszcz, Grzmot, Błyskawice, Grad i Śnieg!!! Wypuszczę je jak psiarnie i nacieszę się moją zemstą.
- Co ci zrobili biedni ludzie, obraziłeś się tylko na ich króla, to na nim się mścij.
- Nic mnie to nie obchodzi, kto może mi tego zabronić?!
- Ja! – zawołał Król Słońca.
Król Chmur zaśmiał się szyderczo w odpowiedzi, odwrócił się na pięcie i odszedł.
Król Słońca pośpieszył w stronę owej krainy najszybciej jak tylko umiał, aby zdążyć przed królem chmur i jego sługami.

Kiedy wreszcie i on się zjawił, nic nie mógł zrobić, bo Słońce tak grzało i świeciło, że słudzy Chmury musieli uciekać gdzie pieprz rośnie, aby nie spłonąć.
Wściekły Król Chmur powrócił do swego pałacu z poparzonymi i osmalonymi od słonecznego skwaru sługami. Od tego czasu wyruszał ze swej siedziby położonej na najwyższych szczytach gór świata i nadciągał wraz ze służbą na ów kraj, któremu poprzysiągł zemstę. Zawsze jednak uprzedzał go Król Słońce i przepędzał zaraz całą złowrogą gromadę.
Król Chmur zaczął przemyśliwać, jak by tu odebrać słońcu wszelką moc. Swoimi troskami podzielił się ze służbą. Wtedy rzekł mu Wiatr:
- Wszyscy wiecie, że Król Słońca, nasz wspólny wróg wyfruwa w świat wczesnym rankiem i wtedy jest malusieńkim dzieckiem. W południe jest mężem dojrzałym, a wieczorem, gdy wraca do domu zgrzybiałym starcem i zasypia na kolanach swej matki. Gdyby nie usnął na jej kolanach, nie zamieniłby się w dziecko, ale na zawsze pozostał niedołężnym starcem. Musimy pojmać jego matkę.

Wysłuchawszy tej rady wszyscy służalcy Króla Chmur wpadli w dziką radość.
Po chwili odezwał się sam król:
- Dobra to rada, spróbujemy schwytać matkę słońca.
Rzekłszy to udał się do mieszkania Króla Słońca, kiedy ten był akurat daleko w świecie. Po drodze Król Chmur przemienił się w siwego konia, a przycwałowawszy do zamku Słońca rzekł do Matki Słońca siedzącej na progu.
- Jestem Wichrokoniem. Twój syn przysyła mnie tu, abym jak najszybciej cię do niego zaniósł. Znajduje się w zalanej wodą krainie i zabrakło mu sił. Chciałby się przespać godzinkę na twoich kolanach, aby odzyskać siły.
- Nigdy mój syn czegoś takiego ode mnie nie żądał. Ale jeśli naprawdę tak osłabł, spróbuję mu pomóc. Udam się do niego z pomocą, jeśli tylko pozwolisz mi wsiąść na swój grzbiet.
O to właśnie Królowi Chmur chodziło. Gdy tylko Matka Słońca dosiadła konia, pognał jak wicher aż wpadł do ciemnej jaskini. Tam na powrót przemienił się w Króla Chmur i zamknął Matkę Słońca w pieczarze.

Zapadł wieczór. Król Słońca był już zmęczonym starcem. Kiedy wrócił do domu, nie zastał swojej matki, więc nie mógł usnąć na jej kolanach tak jak dotąd to czynił. Biedny osłabł do cna tak, że nie mógł się nawet poruszyć. Nazajutrz słońce nie wzeszło. Ciemność była wszędzie, a Król Chmur ze swoją ciżbą mógł gospodarzyć po swojemu.
Z chmury sfrunęła ostra i jasna błyskawica i uderzyła w pieczarę, odłupując kawał skały. Matka Słońca schwyciła ostry koniec pioruna i odłamała go. Tym odłamkiem wydłubała otwór w ścianie groty i wydostała się na wolność. Natychmiast pośpieszyła do swego syna i wzięła jego zmęczoną, złotą głowę na kolana. Kiedy Król Słońca się obudził był malutkim dzieckiem.
Wyfrunął przez okno i rozjaśnił cały świat. Ludzie się radowali i cieszyli. Król Chmur jak niepyszny musiał uciekać do swego pałacu.
Od tamtego czasu między oboma Królami nie ma zgody ani przyjaźni tylko wieczna wrogość…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto Inków w Niedzicy (2)

przez , 15.maj.2017, w Skarby

Machu PicchuTreść testamentu, który w 1946 roku został odnaleziony w archiwum kościoła Św. Krzyża w Krakowie, brzmi następująco:

Ja, Wacław Benesz de Berzeviczy, Baro de Dondangen, przysięgam wobec Męki Pańskiej, Prześwietnej Rady Emisaryuszy Inków i J.O. Strya mego Sebastyana, uczynionych dzisiaj uchwał ostatnich Prześwietnej Rady być kuratorem i rzetelnym wykonawcą. W szczególności obliguję się:

PRIMO: Antonia Inkasa legitime wnuka J.O. Strya mego Sebastyana, sierotę jedną wiosnę liczącą, dla uchronienia go jak i edukacyi przystojnej za swego, wraz z małżonką mą przyjąć, takoż do ksiąg wpisać, jakoż nazwisko nasze, tytuł i splendor rodu mu dać, by tem pewniej pochodzenie rzeczonego Antonia zakryć, a od pościgu i prześladowców uchronić. Takoż obliguję się wydać rzeczonego Antonia na każde wezwanie Prześwietnej Rady Inków, albo Dziada Jego J.O. Sebastyana, uczynione mi koncesye sobie, jako przyrzeczono, zachowując.

SECUNDO: Za obowiązek sobie biorę, gdyby żadne poselstwo rzeczonego Antonia Inkasa nie odebrało, a ten do swych leciech pełen szczęśliwie doszedł, wszystko o krwie i pochodzeniu Jego objaśnić, należny mu testament bez żadnej opieszałości oddać, a wagę testimonium i pieczę nad nim wyłożyć. Szczególnie obliguje się za zamysłem i życzeniem Prześwietnej Rady Antoniowi Inkasowi wiernie wyjawić powierzoną mi w onym jednie celu tajemnicę testamentu Inkasów, jako z trzech wieków i części złączonego. A to jako manu proporia dla pamięci i konfirmacyi pod dyktat zapisuję. Pierwszej od Inkasa Tupaca Amaru w Titicaca, dalej za sprawą Jego Pradziada pod Viga zatopionej i ultimo przez Prześwietną Radę Emisaryuszy Inków złożonych tu nieużytych sum. I tem w razie dojścia do leciech pełnych rzeczonego Antonia tak się obliguję to przedłożyć, by Go częścią tajemnicy, a wielką i słuszną sperandą całości tem łacniej dla testamentu odczytania, a spadku uzyskania do ojczyzny Jego zawieźć. Takoż gdy jechać będzie miał wolę, za obowiązek biorę spod władzy opiekuńczej uwolnić, do drogi dopomóc, jakoż ją i wskazać i expens przystojny dać, a ostrożność o życia i testamentu bezpieczeństwo zalecić.

TERTIO: W razie, co Boże Chroń, śmierci Antonia testamentu nie naruszać, tajemnicy wiernie dochować, a na poselstwo stosowne czekać.

QUARTO: Wolę Prześwietnej Rady szanując, wręczony mi testament jak największą mieć Relikwię, a w pierwszym czasie sposobnym, statim, bez żadnego przetrzymywania, w miejscu Prześwietną Radą upatrzonem, pod ostatnim stopniem pierwszej bramy górnego zamku, a nie kędyś indziej, manu propria ukryć, tajemnicy jak świętości strzec i nawet Samemu Inkasowi Antoniowi tylko wzywyż wymienionej okazyi Jego leciech pełnych zdać, a poszukiwań żadnych na własną rękę nie czynić.

QUINTO: Grób Uminy, Sebastyanowej córki, a Antonia matki, pod basztą kapliczną w czułej mieć opiece, wystawienie Epitaphium do sposobniejszych dni zachowując.

SEXTO: Na czas absencyi Strya mego Sebastyana obliguję się na ostrożnej mieć uwadze, umówiony i przyrzeczony przez Panów Horvathów Paloczayów w zamian za wypożyczone Im sumy, zwrot ongi bezprawnie rodzinie naszej odebranego gniazda naszego, zamku Dunajecz, któren to zamek my Sebastyan i Wacław Berzevicze, jako synów nie posiadający, deklarujemy z krwi naszej pochodzącemu Inkasowi Antoniowi na azyl bezpieczny, a akademiję uciekinierom i wygnańcom z Jego ziemi i rodu zapisać.

SEPTIMO: Takiż dokument drugi, spisany w lingua kiczua podpisać i takoż dotrzymać, a zawierzony mi egzemplarz z największą troską i ostrożnością, a nie w domu, zachowywać.

Zaprzysiężony wobec wzwyż wymienionych Anno Domini 1797
Die 21 Juny w kaplicy na zamku Dunajecz. Wacław Benesz
de Berzeviczy Baro de Dondangen. Manu Propria„.Inkaskie złoto (1)W końcowym akapicie testamentu zawarta jest informacja o sporządzeniu jego kopii w lingua keczua, czyli węzełkowym piśmie kipu. Po sporządzeniu aktu adopcyjnego Wacław zabrał Antoniego do Krumłowa. Niedługo później Sebastian został ranny w trakcie pojedynku o dziewkę w sieni kasztelu frydmańskiego (leśniczówce). Przewieziono go do Krakowa, gdzie po kilku miesiącach zmarł w klasztorze augustianów. Inkas był wychowany na Morawach pod nazwiskiem Antoni Inkas Berzeviczy. Ożenił się z Polką Barbarą Rubinowską, córką oficera napoleońskiego i gospodarzył na Morawach. Został jedynym spadkobiercą skarbu Inków, jednakże nie zajmował się tą tajemnicą, która przyniosła jego rodzinie tyle nieszczęść. Nakazał to też swoim synom i sprawa poszła w zapomnienie (miał dwie córki i dwóch synów).
Antonio zmarł w 1877 roku. Przed śmiercią wezwał do siebie syna Ernesta powierzając tajemnicę pochodzenia i przekazując dokumenty rodzinne z zastrzeżeniem, że są one obłożone swoisty nakazem.

Każdy prawowity potomek Ernesta mógł wiedzieć o istnieniu tych dokumentów, lecz pod żadnym pozorem nie mógł do nich zaglądać z uwagi na zawarte w nich informacje o miejscu ukrycia skarbu Inków, który był obłożony klątwą:
Każdego kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć„.
Dokumenty miały pozostawać nienaruszone i przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Pozostało tak aż do XX wieku. Ernest, mieszkał na terenie Galicji gdzie był budowniczym kolei i poszukiwaczem nafty (współpracownikiem Łukasiewicza). Żywo interesował się przeszłością swojego rodu, co spotkało się ze skutecznym sprzeciwem jego żony. Z kolei jego syn Janusz nie zaprzątał sobie głowy dokumentami. Synem Janusza był Andrzeja Benesza pochodzącego z Bochni. W 1934 roku zgłosili się do niego nieznani mu cudzoziemcy chcący odkupić za pokaźną kwotę wszystkie rodzinne dokumenty. Najbardziej zależało im o wiedzy na temat miejsca ukrycia kipu.Niedzicki zamekPierwszy kustosz na zamku w Niedzicy pojawił się w 1945 roku. Udało mu się odnaleźć archiwa Horvathów, w których znajdowały się informacje z okresu pobytu w Niedzicy uciekinierów z Peru. Dzięki tym zapiskom kustosz wpadł na ślad ukrytego tutaj skarbu.
Kilka lat później archiwa zaginęły bez śladu, a kustosza wyłowiono martwego z Dunajca.
Ciekawostką i faktem jest (!), że dosłownie wszystkie archiwa w Polsce, w których można było odnaleźć informacje dotyczące okresu pobytu uciekinierów z Peru na zamku w Niedzicy, zaginęły bez śladu.
Jeszcze w późniejszym okresie, dwie osoby z rodziny Salomonów pochodzących z Węgier, zaczęły prowadzić dziwne i tajemnicze poszukiwania na niedzickim zamku. Niestety dziwnym trafem zginęły podczas podróży w słynnej i pamiętnej katastrofie kolejowej pod Piotrkowem Trybunalskim.

Andrzej Benesz (1918-1976) wiedząc o powiązaniach swojej rodziny z Inkami, przystąpił do poszukiwania dokumentów. W 1946 roku odnalazł testament sporządzony w łacinie, w archiwach kościoła Św. Krzyża, ukryty w okładce mszału. Po przestudiowaniu go znalazł zapis o miejscu ukryciu testamentu Inków sporządzonym w piśmie węzełkowym – kipu. W dawnym Peru kipu sporządzali specjaliści nazywani quipucamayoc.
Po uzyskaniu od władz stosownych pozwoleń na poszukiwania, pod nadzorem żołnierzy WOP, 31 sierpnia 1946 roku na podstawie zawartych w dokumentach informacji znalazł ukryty przed 150 laty przedmiot, pod ostatnim stopniem schodów pierwszej bramy wiodącej na tak zwany górny zamek niedzicki (będący właściwie progiem tej bramy). Była to ołowiana tuba ukryta na głębokości 30 cm, o wymiarach 18×3,5 cm, w której znajdował się pęk rzemieni pokrytych pismem węzełkowym.Andrzej Benesz i kipuRzemienie posiadały 12 końców zaopatrzonych w blaszki z 13-karatowego złota (o łącznej wadze 8 g) z wydrapanymi łacińskimi literami. Blaszki były podzielone na trzy wyraźne grupy, które dotyczyły trzech części testamentu o których mowa w akcie adopcji Antonia w punkcie 2 – skarb Inków ukryto w trzech miejscach: Titicaca, Vigo, Dunajecz. Nazwy te znalazły się na blaszkach.
Poza Andrzejem Beneszem, który sporządził protokół z wydobycia, nikt nie widział niedzickiego znaleziska w oryginale. Wręczył go w Krakowie upełnomocnionym przedstawicielom Ameryki Południowej w celu zabezpieczenia i odczytania, a potem ślad po testamencie Inków miał zaginąć (?).
Gdyby wówczas ktokolwiek potrafił odczytać odnalezione kipu, dowiedziałby się o dokładnej lokalizacji w trzech częściach świata trzech części skarbu Inków.
Pod koniec 1975 roku z Andrzejem Beneszem umawia się na rozmowę Aleksander Rowiński zbierający materiały do swojej książki „Pod klątwą kapłanów” opisującej wątek inkaskiego skarbu w Niedzicy.

Po trzech wstępnych spotkaniach, na wiosnę 1976 roku miało dojść do tego decydującego, podczas którego autorowi miały zostać przekazane bardzo interesujące materiały z archiwum rodowego. Do spotkania tego jednak nie doszło.
Andrzej Benesz poniósł śmierć w wypadku samochodowym pod Kutnem w dniu 26 lutego 1976 roku, zabierając tym samym wiele cennych informacji do grobu. Wydarzenie to przyczyniło się do niejednej spekulacji na temat jego śmierci, począwszy od klątwy inkaskich kapłanów w związku z targnięciem się na kipu i skarb bez zgody rady emisariuszy Inków, po celowe spowodowanie wypadku.
Poszukiwanie pisma kipu i próba jego odczytania w Peru, zakup ruin zamku Tropsztyn i penetrowanie go – wszystko to wskazuje, że Andrzej Benesz wielkim nakładem środków szukał skarbu i z całą pewnością nie ujawnił wszystkich tajemnic zawartych w archiwach rodzinnych. Dlaczego jednak Benesz szukał złota i kosztowności w ruinach Tropsztyna?Inkaskie złotoTrzeba wiedzieć jedno – Inkowie nigdy nie przechowywali kosztowności w miejscu zamieszkania. Zamek Tropsztyn będący wówczas w ruinie, ale umiejscowiony na wyniosłej skale, posiada wewnątrz puste przestrzenie takie jak groty i jaskinie, oddalony jest o pół dnia drogi Dunajcem od Niedzicy i na dodatek tutaj urodził się dziadek Sebastiana Berzeviczego – Ferdynand. Od strony Dunajca robiący imponujące wrażenie, a lustro wody od tamtego czasu (na skutek spiętrzenia wody przez zaporę w Czchowie), podniosło się aż o 14 metrów.
Można uznać to za hipotezy, ale hipotezami nie są takie same wyniki badań trzech niezależnych od siebie radiestetów, które potwierdzają istnienie na głębokości około 14,5 metra skupiska metali i kamieni szlachetnych o znacznych rozmiarach oraz zwojów sznurów z dodatkiem metali (kipu?). Należy tu nadmienić, że dostęp do podziemi zamku, poza udostępnionymi do zwiedzania, podczas prac restauratorskich został zalany kilkuset tonami cementu.

Rodzina po Andrzeju Beneszu nie chce rozmawiać na ten temat, natomiast kategorycznie twierdzi, że oryginał kipu, który odnaleziono w Niedzicy oraz dokumenty rodowe „przechowywane są w cynowych skrzyniach i tkwią ukryte w górach, a wiele z tych rzeczy do dziś jest nie dotkniętych„.
Czy na poszukiwaczy skarbu Inków działa klątwa:
Każdego, kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć„?
Wszyscy żołnierze WOP towarzyszący Andrzejowi Beneszowi w ciągu zaledwie kilku lat zginęli tragicznie. Kustosz… Salomonowie… Andrzej Benesz… i wiele innych osób mających związek ze skarbem Inków, badających jego tajemnicę, poszukiwaczy.

( część pierwsza: Złoto Inków w Niedzicy (1) )

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto Inków w Niedzicy (1)

przez , 01.maj.2017, w Skarby

Inkaskie skarbyKażdego kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć

16 listopada 1532 roku …
W niedługim czasie po sromotnej porażce Atahualpy, u Francisco Pizarra zjawiają się posłowie Huascara, który zaproponował ogromne ilości złota i srebra w zamian za powrót na tron. Atahualpa dowiedział się o tym i rozkazał tajnym wysłannikom zamordować brata – rozkaz wykonano, Huascar został utopiony. Po zgładzeniu konkurenta Atahualpa za swoją wolność przedstawił propozycję Pizzarowi – największy okup o jakim kiedykolwiek słyszano. Obiecał wypełnienie komnaty o wymiarach 5×6 metrów złotem, do wysokości 2 metrów w ciągu dwóch miesięcy oraz dwa razy tyle srebra. Pizzaro przystał na propozycję, a Indianie zaczęli zwozić najróżniejsze przedmioty ze złota. Niestety Atahualpa przesadził z obietnicą jako inkaski bastard nie uznany przez kapłanów. Jego wątpliwy autorytet po uwięzieniu spadł prawie do zera, co skutkowało skąpym napływem złota i srebra. Obiecał on 400 ton złota, a udało mu się zebrać zaledwie około 5 ton, co zniecierpliwiło Hiszpanów. Pod nieobecność Pizzara oskarżono Atahualpę o podżeganie Indian do buntu i skazano na śmierć przez spalenie.

Ten nie mógł, pogodzić się z taką śmiercią, bowiem wierzył że ponownie powróci na ziemię tylko wtedy, gdy jego ciało zostanie zabalsamowane i posadzone na tronie w świątyni boga Słońca. Oprawcy obiecali mu, że jeżeli przyjmie chrzest to zamiast spalenia zostanie uduszony – Atahualpa wyraził zgodę. Po egzekucji ciało Atahualpy pochowano na cmentarzu w Cejamarce. Następnej nocy Inkowie zabrali ciało z grobu i przenieśli do Quito. Po zgładzeniu Atahualpy do Cejamarki nie zdążały już wozy ze złotem. W ręce Hiszpanów nie dostał się jeden z największych skarbów – ogromny złoty łańcuch (210 metrów długości) wykuty na rozkaz króla Huayna Capac na cześć narodzin pierworodnego syna.
18 czerwca 1533 roku Hiszpanie podzielili się okupem w Cejamarce. Jeden z najwyższych dostojników inkaskich powiedział:
„Zdobyliście jedno ziarno, a straciliście całe pole pszenicy”.
Co stało się ze skarbem Inków? Skarb podzielono na trzy części i ukryto go w trzech różnych miejscach świata. Oto ciąg dalszy jego historii.Skarb InkówW XVIII wieku na Podolu mieszkała szlachecka rodzina Berzeviczych spokrewniona z potężnym węgierskim rodem, która ufundowała zamek w Niedzicy.
Sebastian Berzeviczy (1698-1797) po przeżyciu nieszczęśliwej miłości do córki bogatego sąsiada, by zapomnieć o zawodzie miłosnym, postanowił wyruszyć na wschód i zająć się wojennym rzemiosłem. Znany był jako awanturnik i niespokojny duch imający się różnych zajęć. Po różnych burzliwych perypetiach trafił do Indii walcząc w powstaniu u boku Sipajów przeciwko angielskim kolonizatorom. Z garstką Sipajów opanował jeden z okrętów floty królewskiej i walczył przeciwko królowi angielskiemu. Następnie zaciągnął się pod banderę hiszpańską i zajął korsarstwem, a to pozwoliło mu dotrzeć do Ameryki Południowej – od dwóch wieków zamorskiej prowincji kolonizowanej przez Hiszpanów. Tam otrzymał stanowisko w administracji hiszpańskiej. Jego zainteresowania zaczęły kierować się ku oryginalnej kulturze miejscowych Indian.

W Peru poznał Runtu – córkę rozgromionego inkaskiego rodu książęcego (peruwiańskiego państwa Tawantinsuyu), a następnie ożenił się z nią. Z tego związku narodziło się jedno dziecko, córka o imieniu Umina.
Równocześnie Inkowie przeżywają swój pogrom przez najeźdźców, kolejne ich powstania są brutalnie tłumione. Powstanie, które wybuchło w 1781 roku, skończyło się krwawym pogromem Inków, a wódz powstania Tupac Amaru z rodu Atahualpy został podstępnie zwabiony do Cuzco, pod pretekstem podpisania układu pokojowego i stracony. Po jego śmierci jedynym pretendentem do inkaskiego tronu został jego bratanek Andreas Tupac Amaru II. Andreas ożenił się z córką Sebastiana, Uminą Berzaviczy. Wyczuwając nadchodzącą klęskę powstania Inków, Sebastian wraz z rodziną i kilkoma Indianami postanawia uciec do Włoch. Pozostałości wielowiekowego skarbu Inków zostają rozbite na mniejsze części i ukryte w wodach jeziora Titicaca oraz głębinach zatoki Vigo u wybrzeży Hiszpanii, a część Sebastian zabiera ze sobą.InkaJednakże rodzina Sebastiana nie zaznała spokoju także we Włoszech – w 1797 roku w niewyjaśnionych okolicznościach został zasztyletowany Andreas Tupac Amaru, w związku z czym, w obawie o swoje życie, życie Uminy i jej jednorocznego syna Inkasa, ciągle prześladowanych przez hiszpańską inkwizycję, Sebastian podjął decyzję o ucieczce na Węgry. Mając do dyspozycji kilka powozów i furmanek, stworzyli niewielki orszak załadowany trzecią częścią złotego skarbu Inków.
Wykorzystując protekcję przypadkowo poznanego na audiencji u papieża przeora klasztoru augustianów w Krakowie, przybywa na zamek w Niedzicy, który był we władaniu hrabiego Horvatha de Paloczy. Berzeviczy chciał wykupić pradziadowską warownię ale do całkowitego sfinalizowania sprawy nie doszło – Horvath przyjął tylko sztukę inkaskiego złota pochodzącego z części skarbu jako zadatek.

Podczas pobytu na zamku pewnego dnia Umina zachorowała, a Sebastian został zaproszony przez włodarzy zamku na polowanie. Nie wiadomo czy było to dziełem przypadku czy też zaplanowanego spisu (podtrucie Uminy?) – podczas nieobecności Sebastiana na zamek wtargnęli zamaskowani wysłannicy hiszpańskiej inkwizycji ścigający potomków inkaskiego rodu królewskiego, którzy zasztyletowali Uminę. Szukali również syna Uminy, Inkasa, lecz służba zamkowa w ostatniej chwili zdołała go ukryć.

Umina, zgodnie z wolą zrozpaczonego ojca, została pochowana w srebrnej trumnie w jednym z pomieszczeń w podziemiach zamku, pod basztą kapliczną. Obok jej sarkofagu została złożona część inkaskiego skarbu. Naocznym świadkiem sarkofagu ze srebrną trumną i złożonym skarbem był zamkowy furman Jakub Biały. Trafił do podziemnego pomieszczenia gdy po skończonym dniu pracy odprowadzał kobiety ze służby do ich pokoi. Wracając do własnej izby przez przypadek zaszedł do jednego z pomieszczeń, w którym zobaczył srebrną trumnę z ciałem kobiety z krwawą plamą na piersi. Wszędzie dookoła leżało zaś mnóstwo kosztowności.
Gdy wyszło na jaw, że Umina nie była katoliczką, pochówkowi temu sprzeciwił się hrabia Horvath de Paloczy. Sebastian Berzeviczy ponownie musiał pogrzebać ciało ukochanej córki. Srebrną trumnę z ciałem Uminy oraz złożony inkaski skarb, zabrano z zamkowych podziemi i złożono gdzieś na polach w okolicy Sromowiec.Czorsztyn i NiedzicaDo chwili obecnej spekuluje się o miejscu ukrycia inkaskiego skarbu w okolicach Niedzicy. Zakłada się ukrycie go na terenie zamku – zamurowaniu w podziemiach lub złożeniu w zamku dolnym wybudowanym z fundacji Sebastiana Berzeviczego. Mówi się też o Zielonem – to miejsce na prawym brzegu Dunajca wśród prostopadłych wapiennych skał (nieopodal zamku), gdzie góral z Kłuszkowic znalazł dobrze zamaskowane kosztowności, w tym złote blaszki kształtem przypominające listki. Po śmierci Sebastiana proboszcz z Niedzicy chodził w tamte okolice po złote listki i przyozdabiał nimi kościół.
Należy zwrócić tutaj uwagę, że kipu było wyposażone w złote blaszki-listki, a w państwie Inków powszechnie występowało złoto tak uformowane.
Za kolejne miejsce ukrycia skarbu uważa się podziemne groty połączone starymi sztolniami rud miedzi, które rozciągały się od zamku w Niedzicy do zamku w Landeku.

Georgius Buchnolz, pastor z Łomnicy Wielkiej, tak opisuje je w 1719 roku:
„Chciałbym tutaj złożyć doniesienie z jaskini (…) Są tutaj w górach w ostatnich sztolniach miedzianych, między Landekiem a niedzickim zamkiem jaskinie jeszcze większe (…) niedaleko jedna od drugiej. Nie udało się jeszcze dotrzeć do końca jaskini, idąc ze świecą za pół węgierskiego florena, która wypala się całkowicie, wzdłuż jaskini jak pięknej dawniej, wysokiej i suchej piwnicy. I wciąż nie widać końca. Na drogę powrotną trzeba znowu pół dnia (…) W innych jaskiniach był przed kilku laty pan Berzeviczy, znalazł tam kości niedźwiedzi jaskiniowych (…)
Trzecia grota nazywa się Baranya-djra, ponieważ w tej jaskini w czasie wojny ukrywali owczarze kilka tysięcy owiec i wiele fur siana nazbierali, nie znalazł ich żaden wojownik – bezpiecznie tam przetrwały, bez wątpienia jest tam także woda”.Złoto Inków w jaskiniByć może właśnie w tych grotach spoczywa po dziś dzień nie odkryte ciało Uminy w srebrnej trumnie. Interesującym jest fakt, że obecnie lokalizacja większości z tych podziemnych grot i sztolni rud miedzi jest nieznana.
Pojawia się również wątek żołnierzy radzieckich, którzy w 1945 roku, z zamku w Niedzicy wywozili dwa wozy załadowane wyrobami z porcelany oraz kilka wozów z kuframi o nie znanej zawartości. Ponieważ żołnierze byli pijani, zorganizowali sobie wyścigi wozami, a te runęły wraz z ładunkiem do Dunajca u podnóża Niedzicy i potopiły się.

Po tragicznym wydarzeniu sprawą pierwszej wagi dla Sebastiana staje się ustrzeżenie wnuka przed eksterminacją.
Na zamek w Niedzicy przyjeżdża bratanek Sebastiana – Wacław Benesz Berzeviczy Baron de Doridangen, człowiek żonaty choć bezdzietny, właściciel zamku Krumłów na Morawach.
Również dziwnym zbiegiem okoliczności na zamku pojawiła się także delegacja Prześwietnej Rady Inków.
21 czerwca 1797 roku, w dniu najważniejszego dla Inków święta – Święta Słońca, w ich obecności zostaje spisany akt adopcji jednorocznego syna Uminy (wnuka Sebastiana Berzeviczego) – Inkasa, przez Wacława Benesza Berzewiczy i akt zaprzysiężenia wobec Boga i Wielkiego Viracochy, Sapa Inca.
Treść testamentu, który w 1946 roku został odnaleziony w archiwum kościoła Św. Krzyża w Krakowie, brzmi następująco:

„Ja, Wacław Benesz de Berzeviczy, Baro de Dondangen, przysięgam wobec Męki Pańskiej, Prześwietnej Rady Emisaryuszy Inków i J.O. Strya mego Sebastyana, uczynionych dzisiaj uchwał ostatnich Prześwietnej Rady być kuratorem i rzetelnym wykonawcą. W szczególności obliguję się:

… ciąg dalszy w części drugiej: „Złoto Inków w Niedzicy (2)”

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o skarbie ukrytym w Zamku Czorsztyn …

przez , 12.gru.2016, w Legendy

1Pieniny pełne są skarbów… Złoto, kosztowności i drogie kamienie miały być ukrywane w górach przez zbójników, rycerzy oraz śmiałków, którym udało się odnaleźć złoża cennych kruszców. Jeden ze skarbów ponoć znajduje się w podziemiach zamku w Czorsztynie.
Dla dwóch zuchwałych pasterzy próba jego odnalezienia skończyła się jednak bardzo smutno. Wojtek i Szymon – bo tak mieli się nazywać owi nieszczęśnicy – od najmłodszych lat byli nierozłącznymi przyjaciółmi.
Żadnemu z nich nie wiodło się jednak w życiu zbyt dobrze – ani w fachu juhasa, ani w roli flisaka nie udało im się dorobić majątku, o którym marzyli.
Pewnego razu Wojtek i Szymon spotkali się w karczmie i po sporej dawce gorzałki uradzili, że jedynym lekiem na ich bolączki może być… odnalezienie skarbu.

Takowych ponoć w Pieninach nigdy nie brakowało, więc należało dobrać się tylko do jakiegoś, ukrytego gdzieś przez zbójców złota.
Obaj śmiałkowie udali się po poradę do starego Jana – miejscowego znachora.
Ten zdradził im, że skarb odnaleźć można właśnie na Czorsztyńskim Zamczysku. Ukryte tam bogactwo należeć miało do samego Kostki Napierskiego, który w podziemnej komnacie zgromadził skrzynie ze złotem, dukatami i drogimi kamieniami. Sęk w tym, że skarbu pilnują demony wraz z diabłami, a bezpiecznie można się do niego dobrać tylko w Noc Świętojańską. Odważni pasterze wyczekali więc dogodnego terminu i w najkrótszą noc roku wyruszyli na spotkanie przeznaczenia. Zabrali ze sobą łuczywo oraz przedmioty niezbędne w przypadku spotkania ze złymi duchami: kredę święconą w Trzech Króli i wosk wytopiony z paschalnej  świecy.

Po chwili poszukiwań znaleźli wejście do podziemi i przez niewielką szczelinę wcisnęli się do mrocznych korytarzy. Długo błądzili w podziemnym labiryncie aż w końcu ujrzeli niesamowity blask – przed nimi stała komnata wypełniona złotem i kosztownościami. Wojtek i Szymon zabrali ze sobą tyle, ile mogli udźwignąć i obwieszeni skarbami z trudem usiłowali wydostać się na powierzchnię. Nagle korytarze przeszył przeraźliwy śmiech złych mocy, a drzwi, którymi uprzednio weszli do komnaty zatrzasnęły się z hukiem, zamykając obu śmiałkom drogę ucieczki. Na nic zdały się próby otwarcia zamka – pasterze znaleźli się w podziemnej pułapce, w całkowitych ciemnościach. W końcu jednak udało im się rozpalić łuczywo i odnaleźć w ścianie szczelinę prowadzącą do kolejnego lochu i dalszych korytarzy.

Wędrowali nimi przez wiele godzin aż w końcu odnaleźli wyjście, który wyprowadziło ich na brzeg Dunajca. Uradowani juhasi ruszyli więc w drogę powrotną do Czorsztyna, ale jakoś nie mogli poznać rodzinnej wioski. A to droga za szeroka, a to kapliczka, której wcześniej nie było. Gdy wreszcie doszli do wsi okazało się, że ich domostwa dawno nie istnieją i zostały z nich tylko ruiny i zdziczałe drzewa. Oto okazało się, że to co dla nich było jedną nocą w podziemiach, dla reszty świata było całym wiekiem. Wszyscy bliscy dawno już odeszli i nie ma dokąd wracać. Sam skarb zamienił się natomiast w bezwartościowe kamienie.
Co się działo dalej z nieszczęsnymi juhasami – tego nie wiadomo.
Przez długie lata wśród mieszkańców Czorsztyna krążyła jednak opowieść o dwóch młodzieńcach, którzy w tajemniczy sposób zaginęli w noc św. Jana…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (2)

przez , 15.lis.2015, w Skarby

Golińsk. Fabryka Fritza HankeZlokalizowanie majątku Hankego w Golińsku (Hof Göhlenau) nie jest sprawą trudną. Osoby tropiące od lat ślady gauleitera już dawno ustaliły dokładną jego lokalizację, jak również udało im się odkryć tajemniczą budowlę położoną w nieodległym Mieroszowie. Okazała się nim rozpoczęta budowa podziemnego obiektu o nieustalonym przeznaczeniu, którego budowę prowadzono w oparciu o system budowy obiektów w Bolkowie i Marciszowie. Oględziny wykazały, że podziemny obiekt w Mieroszowie drążony był w wielkim pośpiechu i nie został on nigdy skończony. Do jego budowy wykorzystywani byli najprawdopodobniej więźniowie z miejscowej filii obozu koncentracyjnego w Rogoźnicy Gross-Rosen, AL Friedland. Pewna relacja może potwierdzać informację o tym, że ta niedokończona budowla została jednak wykorzystana wiosną 1945 roku na miejsce złożenia depozytu. Relację tą kilka lat temu przekazał jeden Niemiec, podający się za byłego pracownika majątku gauleitera, niejaki Fritz Hanke. Nazwisko Fritza Hankego odnaleziono na fakturach fabryki z Golińska. Co ciekawe Fritz Hanke był właścicielem fabryki (zdjęcie starej pocztówki „Fabrik von Fritz Hanke”). Czy to tylko jest zwykła zbieżność nazwisk? Przypadek? Czy też ów Fritz był rodziną dla Karla Hanke?

Golińsk od początku XVI wieku znajdował się w rękach Hochbergów. W 1657 roku Heinrich von Hochberg, właściciel Mieroszowa, wzniósł, a raczej przebudował z wcześniejszej budowli (z 1610 roku) w Golińsku dwór jako ośrodek tamtejszych dóbr, ustanawiając go siedzibą właściciela, a gdy stolicą ośrodka stał się Książ (od 1780 roku) dwór stracił swoje znaczenie i zamieszkiwał go tylko administrator. Będąc budynkiem drewnianym spłonął w 1838 roku. Dwór wraz z towarzyszącym mu folwarkiem powstał w pewnej odległości od zabudowy historycznej Golińska, na południowy – wschód od drogi prowadzącej do Czech – Göhlenau Hof (Göhlenauer), stanowiąc odrębną jednostkę osadniczą. Później powstała przy nim osada przyfolwarczna zamieszkana przez pracowników. Folwark był centrum dóbr leśnych obejmujących należące do Hochbergów lasy w Mieroszowie, Łącznej i Unisławiu Śląskim. W samym Golińsku do Hochbergów należał jeszcze folwark będący dawnymi dobrami sołeckimi zwany Kolberci. Z końcem XIX wieku został on wydzierżawiony, a w 1917 roku rozparcelowany. Na przełomie XIX i XX wieku nastąpił dalszy rozwój przemysłu – powstaje tkalnia, zakład produkujący żaluzje, zakład dekoratorski wyrobów ceramicznych i zakład uszlachetniania płótna. Jeden z tych zakładów zlokalizowany był na południe od folwarku Hochbergów i został rozebrany po 1945 roku, zapewne ze względu na swe przygraniczne położenie.

Jak podaje w swojej relacji Fritz, Karl Hanke miał pod koniec wojny wielokrotnie odwiedzać swój majątek. Wizyty te miały odbywać się zawsze w kilka godzin lub w najwyżej kilka dni po przybyciu do majątku kolejnych transportów z nieznaną zawartością. Według niego krążyły wówczas pogłoski, że gauleiter „przygotowuje” się do powojennych czasów, gromadząc zrabowane dobra i kosztowności w najlepszym dla niego z możliwych miejsc. Miała temu służyć między innymi dogodna lokalizacja – niespełna dwukilometrowe oddalenie od starej granicy z Czechami, która po wojnie (jak przypuszczano) stała by się ponownie granicą suwerennych Czech, a to z kolei dla Hankego (bliskość granicy) stwarzałoby wiele dogodnych okazji. Fritz twierdził, że osobiście nigdy nie widział zawartości transportów, tego co było w skrzyniach przywożonych na ciężarówkach, ale jest prawie pewien, że znajdowały się w nich dzieła sztuki oraz wyroby ze srebra i złota. Część skrzyń z przybywających transportów do majątku miała zostać zdeponowana w niedokończonej, podziemnej fabryce pod Mieroszowem.Rynek w MieroszowiePodziemna mieroszowska fabryka miała składać się z trzech sztolni, które pod koniec kwietnia 1945 roku zostały wysadzone w powietrze, a wybuch miał być tak silny, że Fritz porównał go do trzęsienia ziemi. Fakt istnienia podziemnych wyrobisk jest niepodważalny, ponieważ do dziś, po omawianych sztolniach zachowały się w terenie widoczne ślady w postaci zapadlisk i wlotów, które mogą być świadectwem całkowitego zawalenia się na dość długim odcinku podziemnego obiektu, na południowych stokach Kościelnej Góry. Poszukiwacze kilkakrotnie próbowali dotrzeć do nieznanych partii podziemi, ale podejmowane przez nich działania kończyły się już w początkowym etapie prac eksploracyjnych, o czym świadczą pozostawione ślady, a w ich wyniku udrożniono sztolnie tylko na niewielkich odcinkach. Relacja przekazana przez Fritza nie jest odosobniona i nie potwierdzają jej tylko odnalezione sztolnie, ale zachowała się także relacja pewnej kobiety, autochtonki, również byłej pracownicy majątku Hankego o podobnej treści. Według niej na teren posiadłości gauleitera przywożono różne transporty, które grupa zaufanych mu ludzi selekcjonowała zawartość, po czym sporządzane były kolejne, nowe transporty, wyjeżdżające szybko w kierunku Mieroszowa.

Jak wynika z relacji pracownicy Hankego, z części nadchodzących transportów „coś” wydzielano i zamykano w niedostępnej bibliotece gauleitera, której okna zawsze pozostawały zasłonięte ciężkimi kotarami. Dostęp do bibliotecznego pomieszczenia miał tylko Hanke i co najwyżej dwóch innych ludzi. Według dalszej relacji, zawartość biblioteki na przełomie lutego i marca 1945 roku załadowano na dwie ciężarówki, które opuściły Golińsk i udały się jako jedyny transport w kierunku Czech. Ten fakt zapamiętała ona szczególnie gdyż w przygotowywaniu transportu oraz pakowaniu zawartości uczestniczył przez kilka godzin sam gauleiter, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Mówiono wówczas, że był to „złoty skarb Hankego”.
Po zakończeniu II wojny światowej na terenie posiadłości gauleitera w ocalałych ogromnych zabudowaniach gospodarczych, zlokalizowano fabrykę przemysłu metalowego. Działała przez wiele lat jako przeciętny, przemysłowy, terenowy zakład, w którym znajdowali zatrudnienie okoliczni mieszkańcy. Produkowano w niej między innymi metalowe siatki, żaluzje, końcówki żarówek i wyroby dla gospodarstwa domowego.

W latach osiemdziesiątych XX wieku, jeden z takich mieszkańców, będący wieloletnim pracownikiem fabryki, został jej zakładowym portierem. Relacjonuje on, że w 1990 roku zgłosił się do niego pewien Niemiec, który poprosił go o możliwość zwiedzenia majątku, który niegdyś należał do jego rodziny, a on sam miał się w nim urodzić. Niemiec opowiedział portierowi czym był ten majątek w czasach wojny. Portier dowiedział się również, że dom rodzinny „gościa” do początku II wojny światowej wchodził w skład dóbr terenowych właścicieli zamku Książ, których jak większości po wybuchu wojny, pozbawiono nie tylko zamku, ale i okolicznych posiadłości ziemskich. Tym sposobem majątek w Golińsku miał trafić w ręce Hankego, który szybko uznał go za swoją rodową siedzibę. Portier, jak twierdzi, nigdy nie wpuścił tego Niemca na teren zakładu, pomimo, że ten przyjeżdżał nawet w niedziele gdy był on nieczynny i na jego terenie nie było innych osób. Nie uległ Niemcowi nawet gdy ten chciał nawiązać z nim bliższy kontakt, proponował mu za przysługę pewna sumę marek, a nawet zapraszał do Hamburga.Mapa okolic Mieroszowa z 1936 rokuJak zakończyła się ta „znajomość” tak na prawdę do końca nie wiadomo, ale skoro prośby owego Niemca miały także poważne poparcie w finansach, portier mógł ulec. Odmowę tłumaczył rzekomą kiepską znajomością języka niemieckiego i zwykłą niechęcią do Niemców.
„Miałem trochę radości, twardo mówiąc „nie” bogatemu gościowi, który sądził, że kupi mnie za kilkanaście marek. Teraz może nie byłbym taki twardy, bo emeryturę mam nędzną, ale on już tutaj nie przyjeżdża (…) Wtedy zresztą nie wiedziałem co znaczy nazwisko Hanke” (takim nazwiskiem przedstawił mu się ten Niemiec).
Znaczenie nazwiska Hanke portier zrozumiał dopiero wtedy, gdy kilka lat temu pochwalił się otrzymaną od Niemca wizytówką pewnemu wałbrzyskiemu nauczycielowi, a ten uświadomił go o jaką rodzinę chodzi.
Tak oto około sześćdziesięcioletni syn Karla Hankego przyjeżdżał do Golińska pięciokrotnie w latach 1990 – 1995, twierdząc, że poszukuje śladów ojca, a z relacji rodzinnych wynika, że majątek jest tym miejscem, w którym na pewno ostatni raz widziano jego ojca.

Portier w relacji dotyczącej swoich kontaktów z odwiedzającym majątek synem Hankego dodał, że ten powiedział mu, iż wie, że ojciec był w Golińsku z jakimś profesorem i stąd mieli odlecieć prawdopodobnie helikopterem do pobliskiego Krzeszowa, a następnie do Jeleniej Góry. Czy tym profesorem był Günther Grundmann? Wszystko wskazuje, że to mógł być on. Warto dodać, że przecież Krzeszów był jedną z oficjalnych skrytek Grundmanna i obaj, zarówno on jak i Hanke mieli wspólny interes w tym, by ryzykować i po wizycie w Golińsku polecieć do Krzeszowa. Składnicę dokumentów i woluminów w Krzeszowie (Grüssau) zlokalizowano w kościele p.w. św. Józefa, a w pobliskiej Kamiennej Górze (Landeshut) zdeponowano obrazy z Dessau, które jesienią 1944 roku na powrót przewieziono do Dessau.
Istnieją też informacje o kilku podziemnych, dobrze zamaskowanych i efektownie wysadzonych, korytarzach w Kochanowie (2 km na północny-zachód od Mieroszowa, w kierunku Dobromyśla i Krzeszowa), w których miano ukryć depozyty, a których nigdy nie spenetrowano.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (1)

przez , 01.lis.2015, w Skarby

Panorama przedwojennego MieroszowaMieroszów (Friedland in Niederschlesien) to 6 tysięczne, kamieniczne miasteczko, leżące na południowy – zachód od Wałbrzycha, oddalone o 4 km od granicy z Czechami, znane dolnośląskim miłośnikom paralotniarstwa z góry Jatki, posiadającej jedyną rampę lotniarską w Polsce. Zostało założone w XIV wieku przez czeskich benedyktynów. Nakręcono w nim również serial przygodowy dla młodzieży „Gruby” (1971 rok) na podstawie powieści Aleksandra Minkowskiego, przedstawiający życie w realiach tak zwanych „ziem odzyskanych”, na których działają grupy Werwolfu i szabrowników. Tuż po II wojnie światowej nosiło ono nazwę Fyrląd Wałbrzyski. W czasie wojny znajdowała się w nim filia obozu koncentracyjnego Gross-Rosen z Rogoźnicy.
Z jego historią w ostatnich latach wojny, a także pobliskiej miejscowości Golińsk (Göhlenau) związana jest postać gauleitera Dolnego Śląska – Karla Hankego.

Karl Hanke urodził się 24 sierpnia 1903 roku w Lubaniu (wówczas Lauban), a zmarł najprawdopodobniej 8 czerwca 1945 roku w Novej Vsi nad Popelkou (Czechosłowacja), choć jego powojenne losy pozostają do dziś tajemnicą, a okoliczności śmierci nie są do końca wyjaśnione. Po ukończeniu szkoły młynarskiej w Saksonii (od 1921 – 1926 roku pracował w młynarstwie i warsztacie kolejowym) w 1928 roku ukończył w Berufspädagogischen Institut w Berlinie studia, a już w listopadzie 1928 roku wstępuje do NSDAP i tym samym, poprzez zaangażowanie polityczne, jego kariera zaczyna się błyskawicznie rozwijać – 1 kwietnia 1932 roku zostaje osobistym sekretarzem Josepha Goebbelsa. W tym samym roku zostaje delegatem NSDAP do Landtau, później do Reichstagu. Stanowisko to piastował do końca wojny. W 1937 roku został wiceprezesem Izby Kultury Rzeszy.

Ministerialna kariera Hankego kończy się w przededniu II wojny światowej ostrą interwencją Adolfa Hitlera, która była odpowiedzią na romans Goebbelsa z czeską aktorką Lidą Baarovą – Hanke staje się wówczas „powiernikiem” żony Josepha, Magdy. Od 1939 do 1941 roku służy w wojsku, między innymi w Polsce i we Francji, otrzymując za zasługi Krzyż Żelazny pierwszego i drugiego stopnia. Po opuszczeniu szeregów armii Karl Hanke z rozkazu Adolfa Hitlera zostaje gauleiterem Dolnego Śląska, a następnie Heinrich Himmler awansuje go na Gruppenführera SS. Jego bezwzględne rządy doprowadzają do nadania mu przydomka „kata z Breslau”.
29 kwietnia 1945 roku po uznaniu przez Hitlera za zdrajcę Heinricha Himmlera, Hanke otrzymuje po nim urząd Reichsführera SS i dowódcy niemieckiej policji. W Festung Breslau przebywa niemal do samego jej zdobycia przez wojska Armii Czerwonej.Karl HankeW nocy z 5 na 6 maja 1945 roku, tuż przed kapitulacją, Hanke miał rzekomo uciec z Wrocławia za pomocą zarekwirowanej awionetki typu Storch. Samolot podczas lotu dostał się w ogień nieprzyjaciela i najprawdopodobniej został trafiony w zbiornik paliwa, co skutkowało przymusowym awaryjnym lądowaniem. Naprawy dokonano koło lotniska w Mirosławicach, po czym Hanke z pilotem skierowali się do Świdnicy na tamtejsze lotnisko Luftwaffe.
O tego momentu dalsze losy Hankego są niejasne. Przyjmuje się, że najprawdopodobniej przesiadł się w Świdnicy na inny samolot, który rozbił się w Kraju Sudeckim (Sudetenland). Hanke miał przeżyć i dołączyć do Dywizji „Horst Wessel”, z którą prawdopodobnie trafił do niewoli. Kolejny jego ślad miał urwać się też na przejeździe kolejowym w Czechach. Tutaj pojawia się jedna z wersji mówiąca o okolicznościach jego śmierci, a mianowicie miał zostać zabity podczas próby ucieczki z miejsca internowania (osadzenia) przez czeskich wartowników pod Chomutovem.

Niektóre źródła podają, że był widziany po 1945 roku w Argentynie, w której schroniło się wielu niemieckich zbrodniarzy wojennych, po tym jak odleciał z jednej z lokalnych, drugorzędowych dróg zamienionych w prowizoryczny pas startowy w okolicach Jeleniej Góry, przez Rzeszę do Hiszpanii (w kierunku Madrytu), a dalej przy pomocy patriotów niemieckich z zachowaniem już poczucia zupełnego bezpieczeństwa za Atlantyk. Kierowany dalszą pomocą „obywateli wiernych III Rzeszy” miał osiąść w niemieckojęzycznej osadzie koło Rosario.
Od zakończenia II wojny światowej minęło już 70 lat, a mimo upływu tak długiego okresu czasu powojenne losy wielu czołowych przywódców III Rzeszy nie zostały wyjaśnione i pozostają nieznane. Podobnie jest w przypadku Karla Hankego. Z jego postacią wiąże się nie tylko sprawa tajemniczego zniknięcia, ale również historia ukrywania na jego polecenie w 1944 i 1945 roku tysięcy zrabowanych dzieł sztuki na terenie Dolnego Śląska.

Pewnym jest fakt współpracy na tym polu gauleitera z dolnośląskim konserwatorem zabytków profesorem Güntherem Grundmannem (urodzonym w 1892 roku w Jeleniej Górze, a zmarłym w 1976 roku w Hamburgu). Zadaniem Grundmanna pod koniec II wojny światowej było „zabezpieczanie” dzieł sztuki z kościołów, muzeów, klasztorów i podobnych obiektów. W obliczu zagrożenia ze strony wojsk armii radzieckiej Grundmann dokonywał selekcji i jeździł po różnych miejscach w celu wybrania najcenniejszych rzeczy. Wywożone były one w głąb Dolnego Śląska i ukrywane między innymi w pałacach i zamkach. Pod koniec wojny Grundmann ewakuował zabytki o wyjątkowym charakterze w głąb Rzeszy.
Grundmann stworzył ponad 80 tajnych schowków mających tworzyć podwaliny finansowe pod „nową Rzeszę”, a jego słynna lista („lista Grundmanna”) kończy się datą 21 czerwca 1944 roku (on sam wyjeżdża w głąb Rzeszy dopiero w 1945 roku).prof Gunther GrundmannSpis zabytków (lista) i skrytek depozytowych został odnaleziony w gruzach urzędu konserwatorskiego. Dokument rozszyfrował Józef Gębczak będący historykiem sztuki. Po wojnie wszystkie miejsca ze spisu odwiedziła polska komisja rewindykacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki pod kierownictwem Witolda Kieszkowskiego, który był dyrektorem Naczelnej Dyrekcji Muzeów. Niestety okazało się, że skrytki nie były już kompletne. Komisja podjęła się zabezpieczenia tego co w nich pozostało. Istnieją przypuszczenia, że po 21 czerwca 1944 roku, Günther Grundmann mógł jeszcze sporządzić około 100 skrytek dzieł sztuki i kosztowności.
Osoby zajmujące się sprawą ukrywania zrabowanych dzieł sztuki i kosztowności są przekonane, że Karl Hanke i Günther Grundmann, jesienią 1944 roku i zimą 1945 roku, poświęcili również czas na sporządzenie wielu już mniej urzędowych, prywatnych depozytów, które miały się im przydać się po wojnie.
Przypuszcza się, że takich absolutnie utajnionych depozytów na Dolnym Śląsku sporządzono wtedy kilkadziesiąt.

Günther Grundmann milczał kilkadziesiąt lat, aż do śmierci i chyba nikt nie skorzystał dotychczas z posiadanej przez niego „prywatnej” wiedzy. Poszukiwanie tych ukryć koncentrować można wokół śladów, jakie pozostawił po sobie Karl Hanke, aż do momentu swojego tajemniczego zniknięcia w kwietniu 1945 roku, gdzieś w okolicach Wałbrzycha, Jeleniej Góry lub czeskiej granicy.
Niekwestionowanym faktem, który potwierdza dość wiele wiarygodnych śladów i relacji jest to, że Hanke odleciał pod koniec kwietnia 1945 roku z oblężonego Festung Breslau samolotem. Inne przekazy mówią też o tym, że widziano go podczas oblężenia Twierdzy w wielu innych miejscach, między innymi na zamku Książ, do którego miał przybyć helikopterem. Helikoptery pod koniec wojny były już montowane we Wrocławiu, a gauleiter o tym doskonale wiedział i mógł wykorzystać jeden z nich. Jeżeli wizyta ta jest prawdą, musiała być ona znaczącą i tym samym potwierdza to fakt, że Fürstenstein był do końca przygotowywany do spełniania zadań specjalnych przez wiele powojennych lat.

Karl Hanke korzystając z możliwości jakie dawało szybkie przemieszczanie się helikopterem, wiosną 1945 roku dokonał odwiedzin kilku miejsc, które dziś pod kątem zorganizowania skrytek depozytowych są niemniej istotne, a z pewnością tych, które były miejscami prowadzenia podziemnych robót pod obiekty o niewyjaśnionym do końca przeznaczeniu. Niektóre źródła informują o tym, że widziano go przylatującego helikopterem między innymi w kilku miejscach Gór Sowich jak również w jego własnym majątku w Golińsku, w Mieroszowie, Krzeszowie i Jeleniej Górze. Po II wojnie światowej upowszechniono informację o rzekomej śmierci Hankego podczas ucieczki przed nadciągającym frontem na terenie Czech – miał się on stać całkiem przypadkową ofiarą czeskiego patrolu, który strzelił do uciekającego człowieka. Niestety wersja ta nigdy nie została zweryfikowana, nawet przez jego rodzinę, która dość szczegółowo badała sprawę jego zaginięcia, a po pewnym czasie z jakichś ważnych, zapewne racjonalnych powodów porzuciła zainteresowanie tym wątkiem.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Opowieści skarbowe (1)

przez , 15.lip.2015, w Skarby

TalaryZanim zacznę opowieść napiszę o niezmierzonej głupocie ludzkiej i proszę tu Czytelników o sugestie – jak temu przeciwdziałać …?
To się dzieje teraz, w 2015 roku…
Zgłasza się do mnie mężczyzna pokazuje mi monetę (zdjęcie powyżej).
- Czy ona jest coś warta? Na mojej posesji (w Nakle) kopałem fundament pod garaż i znalazłem garnek, w którym było takich 200, były inne, miały różne obrazki. Zeszlifowałem wszystkie te obrazki, a krążki sprzedałem na złom, dostałem „kupę” kasy, aż prawie 7 tysięcy złotych.
Takie talary ważą od 25 g do 30 g z małym haczykiem, czyli zgadza się.

Kolejny przypadek:
- Czy to stanowi jakąś wartość? (gość pokazuje mi „to” na zdjęciu, wielkość 1 cm2).
Było w takim małym starym damskim pierścionku, złoto oddałem na złom (640 zł), a to mogę wyrzucić.
Szkoda, że nie wyrzucił.Zdjęcie Herbu ChludzińskiPowyżej: herb Chludziński – polski herb szlachecki, odmiana herbu Cholewa. Opis herbu: w polu czerwonym między dwiema klamrami srebrnymi, odwróconymi barkami do siebie – miecz ostrzem do góry.

Klejnot trzy pióra strusie
Chludziński / Chludziński – notowane od 1532 roku, od nazwy miejscowej Chludnie (niegdyś okolica szlachecka Chludnie; więcej dwuczłonowych wsi tej nazwy) w dawnej Ziemi Łomżyńskiej (obecnie gmina Mały Płock, powiat kolneński). Nazwisko rzadko spotykane, niemal wyłącznie na Mazowszu – w dawnej Ziemi Łomżyńskiej i dawnej Ziemi Płockiej.
Początek rodowi dało siedmiu braci, którym książę Janusz I Starszy nadał w 1413 roku wymienione Chludnie, skąd wzięli oni później swoje nazwisko. Chludzińscy, licznie rozrodzeni już w swoim gnieździe, początkowo pieczętowali się herbem Cholewa „z tą odmianą, że miecz do góry ostrzem kładą”. Wśród znaczniejszych Chludzińskich w dawnych wiekach spotykamy ponad 40 biorących w kolejnych elekcjach królów polskich w XVII i XVIII wieku. W źródłach historycznych znaleźć można kilkaset notatek na temat różnych Chludzińskich biorących udział w procesach majątkowych, dziedziczących bądź dokonujących transakcji majątkowych w XV – XVIII wieku. Chludzińscy z Chludni pieczętowali się początkowo herbem Cholewa, choć później znajdujemy też przy tym nazwisku i inne herby. Nazwisko nosi obecnie około 1550 Polaków, w powiecie wołomińskim około 15 – 20 osób.

Opowieści
W każdym rejonie Polski krążą legendy o ukrytych skarbach. Odniosę się do opowieści skarbowych dotyczących II wojny światowej. Jest ich bardzo dużo. Napiszę o skarbach, które „dotknąłem” osobiście. Trzeba też wiedzieć, że w opowieściach jest zawsze maleńkie ziarno prawdy (mój poprzedni artykuł „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi”).
Znalazłem siedem dużych beczek o różnej zawartości, którą to zawartość zabraliśmy samochodem ciężarowym. Pewnie do dziś chodzi opowieść po wsi, że:
Niemcy przyjechali nocą i odkopali beczki pełne biżuterii, a ten, co był tam rano zebrał jeszcze dwa wiaderka biżuterii…
Mamy piękną opowieść. Ziarno prawdy? – Beczki były.

Trofiejny pociąg
Na początku lat 80-tych ubiegłego wieku doszła do mnie informacja, że „Trofiejny pociąg” jadący z Niemiec do Rosji zatrzymał się w miejscowości Tychowo, a następnie ruszył do Bobolic.
Odcinek Tychowo – Bobolice pokonał w ciągu 48 godzin. Dlaczego?
Może obsługa chciała coś uszczknąć dla siebie? Informacja przeszła mimo uszu. Po jakimś czasie pojechałem w okolice Bobolic, by przeszukać miejsce po rozbitym niemieckim pancernym pociągu. Znalazłem tam mnóstwo niezidentyfikowanego żelastwa i skrzynkę po amunicji.Skrzynka po amunicjiOddałem ją do Izby Pamięci. Z opiekunem izby mocno się rozgadaliśmy. Mówi:
- A wiecie o pociągu Trofiejnym? Z Tychowa do nas jechał ponad dwie doby. Rosjanie podstawili samochody, bo dalej tory były rozbite. Zawartość składu pociągu nie była pełna. Cała załoga została rozstrzelana. Mieszkańcy postawili im pomnik.
Odcinek Tychowo – Bobolice to tylko 25 km szosą, a koleją krócej. Do dziś ta trasa czeka na sprawdzenie.Pomnik ku pamięciLasy
Po przeczytaniu kilku książek o wspomnieniach uciekinierów (patrz „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi” wątek: Dobra porzucane i ukrywane w czasie wędrówki), pojechałem odszukać miejsca biwakowania uciekinierów.  W lasach koło (…) spotkałem leśniczego. Wywiązała się przyjacielska rozmowa i leśniczy mówi:
- Pokażę panu miejsce gdzie był wyręb lasu. Po wyrębie był nasadzony nowy las. Pług leśny zrywa około 30 cm ziemi. Panie, co tam nie było!
Pojechaliśmy. Piękna leśna droga po jednej stronie młody las, po drugiej bardzo stary. Pokazuje:
- To tu się ukryli, a ruskie samoloty ich zbombardowały…Waga i puzderkoWłączyłem wykrywacz i wszedłem do starego lasu. Od razu sygnał i jest – puzderko, kieszonkowa waga, a obok złote obrączki, ale… Na kościach dłoni! KONIEC poszukiwań!!! Dalej nie szukam! Uświadamiam leśniczego, co należy zrobić w takich okolicznościach (zgłoszenie do prokuratury, powiadomienie Fundacji Polsko – Niemieckiej „Pamięć” – pisałem o fundacji w moich komentarzach). Leśniczy prosi mnie bym to zachował dla siebie, bo wie ile z tego będzie problemów. Zgodziłem się. Całe szczęście, ze dziś nie potrafię odszukać tego miejsca, bo to było bardzo dawno temu.ObrączkiNa obu obrączkach widnieją te same inicjały i data „1921″.

Hrabina
Kiedyś poznałem autentyczną hrabinę (nazwisko i miejsce zamieszkania znane autorowi). Mieszka – mieszkała w pięknej starej karczmie z 1892 roku. Miała 9 lat gdy rozpoczęła się wojna i opowiada:
- Byliśmy w naszej leśniczówce. Moi bracia (trzech) zapakowali do pięciu skrzynek: wszystkie srebra z leśniczówki (1), cenne książki (2), porcelanę (3), obrazy (4) i wszystkie bibeloty (5). Wynosiliśmy po kolei i zakopaliśmy w lesie obok, każdą w innym miejscu. Dopiero w 1976 roku z jednym z braci pojechałam to odszukać. Znaleźliśmy tylko skrzynkę z obrazami.
Widziałem obrazy w jej karczmie – moje wnuki nie musiałyby pracować. Oczywiście pojechałem z Panią Hrabiną do jej byłej leśniczówki. Samochód na jej prośbę zostawiliśmy dosyć daleko. Dlaczego? Mówi:
- Bardzo długo sądziliśmy się z lasami o odzyskanie mojej leśniczówki, oni mnie tu dobrze znają, ale tu się zmieniło…
Pokazała na las w około. Włączyłem wykrywacz metali i idę. Niestety zostałem zauważony. Ale się działo! Niesamowita agresja i chamskie zachowanie – ich. Wzywanie policji, całe szczęście, że nie było obok Pani Hrabiny. Nie czekałem na policję – uciekłem. Czy te cztery pozostałe skrzynki tam są? Nie wiadomo. Być może teraz dałoby się to jakoś załatwić – minęło 15 lat.

Młyn
Pod koniec lat 70-tych pracowałem w jednej z telewizji kablowych, jako przedstawiciel. Chodziłem „ po ludziach” i proponowałem, by się podłączyli do „kablówki”. Podczas takiej pracy spotyka się dużo ciekawych osób. Trafiłem do bardzo starej kobiety powyżej 90-ciu lat – całkiem „kumata”. Mieszkanie bardzo skromne, biedne. Tacy starzy ludzie są bardzo ciekawi, mają piękne wspomnienia. I wojna, II wojna i wiele innych bardzo ciekawych zdarzeń. Rozmawiamy. Podpytuję ją jak pamięta wojnę itd. Ona w trakcie rozmowy mówi:
- Przed wojną i podczas wojny przez 17 lat byłam gosposią u Niemca młynarza, miał dwóch synów SS-manów, którzy pracowali w obozie koncentracyjnym dla Żydów. Pomagałam mu pakować w beczki srebra, obrazy, piękną porcelanę i inne cenne rzeczy. On te beczki smołował i okręcał papą. Wszystkich beczek było 12. W trzech nie wiem co było, bo to chowali jego synowie. Beczki zakopali w gnojowicy. Młynarz powiedział – mogą leżeć nawet 100 lat, nic się nie stanie.
A gdzie ten młyn? – spytałem i wymieniła miejscowość (…). Około 15 km od tego miejsca. Mój samochód stoi przed domem. Jedziemy razem. Miejsce wygląda tak, szkic poniżej (mógłbym podać współrzędne GPS, z satelity też pięknie widać).Szkic zabudowań młynarzaByłem w tym miejscu obecnie (w kwietniu 2015 roku), nic nieruszone. Beczki chyba jeszcze są?!

Bród przez Wisłę
W 1999 roku zmieniłem miejsce zamieszkania z Pomorza do centralnej Polski. Bardzo szybko poznałem podobnych mi pasjonatów. Tylko, że tu nie ma depozytów. Koledzy wyspecjalizowali się w poszukiwaniu monet. Bardzo dobrze poznali historię swoich okolic, ale trochę inaczej. Dokładnie określili „Szlak Bursztynowy Rzymian” i inne szlaki handlowe. Miejsca byłych zajazdów, karczm. Pól bitewnych z Krzyżakami. Pojechaliśmy do miejsca dawnego brodu przez Wisłę.Bród, miejsce znalezienia- Na tym polu w sumie znaleźliśmy gdzieś 1000 monet.
Dla mnie to niewiarygodne!
- Teraz tu pewnie nic już nie ma.
Na powierzchni około 20 m2 znalazłem to (zdjęcia poniżej). To był tylko jeden „wypad”, bo w 2002 roku weszła ustawa o Ochronie Dóbr Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Do dziś tam nie byłem. W tym roku w czerwcu zmieniły się przepisy i już można. To też jest miejsce „skarbowe”.Oryginalna rzymska fibula I-IV wiek n.e.Oryginalna rzymska fibula I – IV wiek n.e.Wiele nakładających się przedmiotów na 20 m2Przedmioty, które znalazłem na powierzchni 20 m2: między innymi grot od bełta do kuszy, nożyk, część zapinki – średniowieczne.

Zakończenie
To jest tylko pierwsza część „moich opowieści”. Ilekroć zejdę do moich zasobnych piwnic, by poszukać eksponatów (tych, których nie oddałem do muzeów), odkrywam, że jeszcze mogę napisać o:
- Przedwojennym dilerze mercedesa
- Najbogatszym Niemcu rolniku ze wsi Trzesieka pod Szczecinkiem
- Drugim takim samym Niemcu spod Bydgoszczy (aktualnie się tym zajmuję)
- Odkrycie zamaskowanej piwnicy – prawdziwy skarb, dużo zdjęć
- Odkrycie złotych monet w hotelu „Pod Orłem”

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

21. Mistrzostwa Polski w Technikach Jaskiniowych

przez , 15.cze.2015, w Galimatias

21TJW dniach 29 – 31 maja 2015 roku na terenie nieczynnego kamieniołomu „Gruszka” w Wojcieszowie odbyły się 21. Mistrzostwa Polski w Technikach Jaskiniowych, których corocznym organizatorem jest Speleoklub „Bobry” z Żagania, mający na miejscu swoją bazę „Dziuśkową Chatę”.
Podobnie jak w poprzednich latach na speleomistrzostwa przyjechało wielu zawodników z kilku speleoklubów. W tym roku pogoda nie była sprzyjająca, ilość przybyłych osób była mniejsza, a oprawa imprezy wydawała się być skromniejsza. Przygotowania do zawodów głównych jak i imprezy towarzyszące rozpoczęły się w piątek 29 maja, między innymi zakwaterowaniem zawodników. O godz. 19.00 tradycyjnie rozegrano mecz piłki nożnej pomiędzy drużyną grotołazów, a drużyną z Wojcieszowa.21TJ1Po raz pierwszy w historii został on wygrany przez grotołazów (wynik 7:6). W trakcie zaciętej walki kontuzjowany i zniesiony z boiska był prezes „Bobrów” Marcin Furtak, zaś bohaterem meczu okrzyknięto Marcina Wesołowicza z WKGiJ, który dzielnie obronił karnego w końcówce spotkania.
O godz. 20.30 otwarto wystawę z prelekcją pt: „Przyrodnicze Skarby Gór Kaczawskich” autorstwa Mariana Bochynka, a także wystawę Speleoklubu Bobry Żagań „Chiny: Korona Podziemi – Chińskie Giganty” (w miejscowej Sali Widowiskowej przy ul. Bolesława Chrobrego 105). W sobotę 30 maja o godz. 10.00 (po rejestracji, zamknięciu listy i odprawie zawodników), nastąpiło oficjalne otwarcie 21. Mistrzostw Polski w Technikach Jaskiniowych i rozpoczęcie zmagań. Opłata startowa przy zgłoszeniu internetowym wynosiła 20 zł, w dniu startu 30 zł + ubezpieczenie NNW.21TJ2Całość poprowadził szef Przeglądu Filmów Górskich im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju – Maciej Sokołowski. Kierownikiem tegorocznej trasy składającej się z 3 etapów (poręczowanie – na ścianie kamieniołomu, meander – rozbudowany w tym roku, autoratownictwo z udziałem partnera – w ubiegłym roku wykorzystywano 76 kg manekina „Janusza”) był instruktor PZA z WKGiJ Bartek Sierota, zaś sędzią głównym Rajmund Kondratowicz.
Mistrzostwa były techniczne i do czwartego etapu przeszli zawodnicy z najlepszym czasem oraz poprawnie wykonanymi zadaniami. Za błędy naliczane były punkty karne, możliwa też była dyskwalifikacja zawodnika. W speleomistrzostwach udział wzięło 30 zawodników, w tym 9 kobiet.21TJ3Mistrzostwom towarzyszyły Otwarte Zawody Wspinaczkowe (dla dużych i małych) na sztucznej ściance wspinaczkowej, zawody w pchnięciu kulą, miasteczko zabaw i tyrolka dla dzieci.
Na miejscu można było nabyć pamiątkowe t-shirty, literaturę górską (w tym archiwalne numery czasopisma „Grotołajzy” Speleoklubu Bobry), a na stoiskach sprzęt wspinaczkowy. Nie zabrakło również stoiska gastronomicznego.
Podczas tegorocznych mistrzostw możliwa była również klasyfikacja zespołowa. W zmaganiach wzięli udział członkowie takich klubów jak: Speleoklub „Bobry” Żagań, Speleoklub Dąbrowa Górnicza, SWL Politechniki Wrocławskiej, SKTJ Sopot, Wrocławski Klub Wysokogórski, Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego.
Zawody zakończyły się około godz. 17.00 klasyfikacją generalną i wręczeniem nagród za zajęcie poszczególnych miejsc oraz prenumerat czasopism „Jaskinie”, „Taternik”, NPM Magazyn Turystyki Górskiej” oraz karnetów na odbywający się we wrześniu Przegląd Filmów Górskich w Lądku-Zdroju im. Andrzeja Zawady.21TJ4Klasyfikacja:
Kobiety:
1 miejsce – Paulina Piechowiak (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego)
2 miejsce – Iza Włosek (Speleoklub Dąbrowa Górnicza)
3 miejsce – Małgorzata Borowiecka (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego)
W klasyfikacji zespołowej kobiet zwyciężył zespół w składzie Paulina Piechowiak i Małgorzata Borowiecka (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego). Pozostałe zespoły zostały zdyskwalifikowane.21TJ5Mężczyźni:
1 miejsce – Michał Macioszczyk (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego)
2 miejsce – Andrzej Żak (SWL Politechniki Wrocławskiej WKW)
3 miejsce – Krzysztof Zabłotny (Wrocławski Klub Wysokogórski)
W klasyfikacji zespołowej mężczyzn zwyciężyli:
1 miejsce – Michał Macioszczyk i Amadeusz Lisiecki (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego)
2 miejsce – Adam Stucki i Paweł Tomaszewski (SKTJ Sopot)
Pozostałe zespoły zostały zdyskwalifikowane.
W mistrzostwach zdyskwalifikowanych zostało 17 zawodników (5 kobiet i 12 mężczyzn).21TJ6Na sobotni wieczór po godz. 20.00 przygotowano ognisko integracyjne i imprezę za „Dziuśkową Chatą” (za którą również udostępniono pole namiotowe) oraz gorącą niespodziankę dla uczestników w postaci specjalnego „nocnego pokazu” w wykonaniu grotołażek z Wałbrzyskiego Klubu Górskiego i Jaskiniowego.
Partnerami speleomistrzostw byli: Polski Związek Alpinizmu, Komisja Taternictwa Jaskiniowego PZA, Wałbrzyski Klub Górski i Jaskiniowy, Speleoklub „Gawra”, Urząd Miasta Żagań, Gmina Wojcieszów, Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe oraz Stowarzyszenie „Sobieradzik”.
Partnerami medialnymi zaś: Gazeta Wyborcza, Taternik, Góry, Jaskinie, NPM Magazyn Turystyki Górskiej oraz portale: wspinanie.pl, climb.pl, portalgorski.pl, taternik.org, off.sport.pl, drytooling.pl, brytan.pl
Opieka medialna: Teleexpress

relacja z 20. Mistrzostw Polski w Technikach Jaskiniowych

 

 

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Odkrycie ludzkich szczątków w Jaskini Gailenreuth

przez , 01.cze.2015, w Pod ziemią

Czaszka ludzkaDo XIX wieku potop był jedyną dopuszczalną przez kościół teorią tłumaczącą przemiany, jakim ulegała Ziemia oraz odkrywane skamieniałości dawnych organizmów. Pomimo, że zaczynały się już wielkie dni geologii i paleontologii, okres w którym te nauki wyszły z wieku dojrzewania i przeszły wręcz burzliwy rozwój, wielu badaczy nie mogło się zdobyć na zrezygnowanie z biblijnego opisu stworzenia jako źródła poznania.
Teza o potopie wywoływała wielki rozkwit kolekcjonerstwa, przyczyniając się tym samym do powstania wielu znakomitych dzieł. Równolegle jednak stawała się stopniowo coraz skuteczniejszym hamulcem dla dalszych badań. Nim jednak inne teorie i metody zastąpiły hipotezę o wielkiej powodzi, udało się pewnemu teologowi odkryć obok innych przedpotopowych istot także pierwszego prawdziwego człowieka z pradawnych czasów.
Wśród kolekcjonerów i badaczy jaskiń tamtych czasów znajdowało się wielu teologów, których musiała w szczególny sposób nęcić możliwość poznania wyglądu świadków potopu oraz przekonania się, w jakim stopniu potwierdzają oni biblijną Księgę Rodzaju.

Nawet później, gdy pogląd dyluwialistów został już dawno obalony, księża pozostali wierni badaniom paleontologicznym – teraz nie chodziło im już o powódź ze Starego Testamentu, lecz o „źródło” pochodzenia człowieka. Wielu badaczy, takich jak między innymi Bourgeois, Teilhard de Chardin, Hugo Obermaier czy Henry Breuil, zapisało się na zawsze w historii paleontologii i prehistorii.
Jeden z wczesnych poprzedników tych „badaczy w sutannach”, którzy entuzjazmowali się paleontologią, podjął się w 1774 roku eksploracji jaskini w pobliżu Gailenreuth (frankońska Szwajcaria) i zbierania w niej kopalnej kości słoniowej. Nie wiadomo do jakiego stopnia proboszcz Johann Friedrich Esper (1732 – 1781) był wiernym zwolennikiem teorii potopu, stwierdzono tylko, że gdy natknął się w jaskini na rozmaite kości, nie uznał ich od razu za szczątki zatopionych w czasie potopu zwierząt, lecz zastanawiał się nad nimi w sposób jak najbardziej racjonalistyczny. Czyżby to zwierzęta drapieżne zagrzebywały tu swoją zdobycz? A może ludzie wykorzystywali jaskinie jako miejsce gromadzenia padliny?Johann Friedrich EsperJak na duchownego były to aż nadto wystarczająco heretyckie rozważania. Ksiądz J.F. Esper od swych współczesnych różnił się ponadto jeszcze tym, że w sposób dramatyczny, ale bardzo dokładny opisywał swoje eskapady do jaskiń. Umiał wczuć się w swoistą i niepowtarzalną atmosferę podziemi jaskiń i oddać bardzo obrazowo uczucia ogarniające go, jako samotnego badacza:
Jeszcze nie dojdzie się do końca tych grobowców, a już powietrze staje się bardzo duszne. Jeśli spędzi się tu kilka godzin, nikt nie jest w stanie, mając nawet najlepszy materiał palny, rozniecić ognia. Nie wiem też, co to za szczególna woń unosi się z odzieży… Jeśli się nagle odłamie i rozbije jakąś kość, to często się zdarza, że nieprzyjemny i odurzający zapach uderza w nozdrza… Mimo to nikt, kto choć trochę jest ciekawy, nie zawraca, zanim nie dojdzie do końca„.
Esper czołgał się na brzuchu przez najwęższe przejścia w jaskiniach, wybierając wszędzie z mulistego gruntu (namuliska) kości i ich małe fragmenty.

W swej żywej fantazji wyobrażał sobie, w jaki sposób zginęły w jaskiniach te stworzenia, których szczątki odnajdywał:
Czy te gromady stworzeń żyły tu w pobliżu? Czy zginęły one w tym miejscu jedynie przez przypadek? A może to jakiś cudowny zbieg okoliczności spowodował nagromadzenie się ich szczątków we wspólnej mogile? Wyobrażałem sobie ich ostatnie chwile, myślałem o tych westchnieniach i wrzaskach, wśród których zmęczone i zbolałe oddały swe ostatnie tchnienie… Ze zgrozą myślałem o szalonym oporze tych potężnych kości przeciw temu zbiegowi okoliczności, który pozbawił je życia… Teraz na nich wszystkich ciąży ogromne milczenie„.
Im dokładniej Esper badał Jaskinię Gailenreuth, tym silniej dręczyły go stawiane samemu sobie pytania. Mówił o przypadku, o katastrofach, roztrząsał jeszcze inne różne przypuszczenia i hipotezy związane z pochodzeniem starych pokładów kości.
Początkowo sądził, że są to kości ludzkie, uważając Jaskinię Gailenreuth za starą jaskinię zbójecką, w której to zbójnicy mordowali i grzebali swoje ofiary.Czaszka pokryta polewą kalcytowąNastępnie badając dokładniej w późniejszym czasie odnajdywane kości, doszedł do wniosku i stwierdził, że ludzi o głowach i zębach tego typu nigdy nie spotykano na ziemi, zatem musiały to być (jak przez jakiś czas sądził) kości drapieżników takich jak wilki i hieny.
Czyżby jednak wilki i hieny wykorzystywały tę jaskinię jako wspólny grób? To wydawało mu się niemożliwe.
W końcu Esper stwierdził, że większość szczątków zwierzęcych w Jaskini Gailenreuth wykazuje uderzające podobieństwo do kości niedźwiedzia. Wprawdzie określił je jako szczątki niedźwiedzia brunatnego (Ursus arctos) żyjącego do dziś, podczas gdy w rzeczywistości należały one do niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus), który zamieszkiwał tereny Europy w okresie plejstocenu około 300 tysięcy lat temu, wymierając pod koniec ostatniej epoki lodowcowej, około 28 tysięcy lat temu. Nie pomniejsza to jednak wcale jego zasługi dla tego odkrycia, gdyż do czasów Espera szczątki niedźwiedzi jaskiniowych powszechnie uważano za resztki smoków lub innych potworów.Kości niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus)Z genialną przenikliwością jednak ten frankoński duchowny, który w dziedzinie anatomii i zoologii był zupełnym laikiem, wydał o tych pozornych „smoczych kościach” opinię, która już była tylko o włos od prawdy.
Człowiek, który miał odwagę stawiać pytania i rozważać możliwość powstania skamieniałości dzięki jeszcze innym zjawiskom oprócz biblijnego potopu, naturalnie nie był zaskoczony, gdy wreszcie natrafił na niewątpliwe, autentyczne szczątki ludzkie (!).
Esper odkrył najpierw w namulisku Jaskini Gailenreuth żuchwę ludzką, a później ludzką łopatkę. Po długich poszukiwaniach wykopał w końcu z mieszanym uczuciem radości i przerażenia nawet dobrze zachowaną ludzką czaszkę.
Zwolennicy szkoły Scheuchzera bez wahania przedstawiliby te znaleziska jako szczątki człowieka z czasów potopu. Esper jednak zastanawiał się. Szczątki człowieka bowiem leżały wspólnie z kośćmi zwierząt, których nie był w stanie zidentyfikować.
Leży tam być może chłop i jego zwierzę, może szlachcic i jego rumak, może jakiś człowiek dyluwialny, może kapłan celtycki lub chrześcijanin… Jak długo już spoczywacie, synowie ziemi ukołysani nicością? Wydaje się, że sam Stwórca użyczył wam pokoju…

Wielką zasługą Espera jest to, że zastanawiał się i nie przyjmował bezkrytycznie panujących wówczas poglądów. W końcu jednak akceptował teorię o potopie. Z jego rąk ujrzała światło dzienne odważna publikacja pt: „Wyczerpująca wiadomość o nowo odkrytych zoolitach”, w której na wielu tablicach zamieścił dokładne ilustracje znalezisk z Jaskini Gailenreuth, pisząc w niej tak o odnalezionych kościach:
Było was zapewne wielu. Nawet legiony, które podbijały obce kraje, nie pozostawiły po sobie nigdy tylu śladów swego pobytu. Ale kimże jesteście? Wydaje się, że fale, które unosiły arkę, nasunęły na was te kamienie grobowe…
Wydaje się… – zawsze jeszcze w formie pytania, przypuszczenia, gdyż Esper był wyznawcą i kierował się prastarą mądrością, według której powątpiewanie jest źródłem poznania.
Nie wiadomo, jakie formy ludzkie udało się Esperowi wykopać, gdyż „kości z Gailenreuth” zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Być może były to szczątki człowieka z neolitu lub kromaniończyka z młodszego paleolitu lub nawet neandertalczyka.Szczątki zwierząt pokryte polewa kalcytowaJohann Friedrich Esper ewidentnie wskazał drogę antropologom i historykom pisząc:
Jeśli w namulisku jaskini pogrzebane są kości przedpotopowych zwierząt wraz z ludzkimi, to człowiek ten musiał żyć w tym samym czasie, co i te zwierzęta„.
Tymczasem „człowieka dyluwialnego” Scheuchzera przestaje się traktować poważnie za sprawą  powiewu nowych wiatrów w dziedzinach naukowych.
We Francji między innymi, w środowisku naukowym, zaczyna toczyć się dyskusja nad genezą różnych rodzajów skał, a Ziemię zaczyna się porównywać do innych ciał niebieskich. Zaczynają również nabierać rozgłosu pierwsze teorie ewolucyjne. Pogląd biskupa Ushera, według którego Ziemia została stworzona około 4.000 lat temu, był od dawna przestarzały. W Paryżu zaś hrabia Buffon próbował na drodze eksperymentalnej wykazać, że wiek Ziemi wynosi około 75.000 lat.
W klimacie tak gwałtownego postępu nie interesowano się specjalnie przedpotopowym człowiekiem.

W związku z powyższym książka proboszcza J.F. Espera pozostała nie zauważona. Wprawdzie w 1804 roku anatom Johann Christian Rosenmüller ponownie przeprowadził badania w Jaskini Gailenreuth zwracając uwagę fachowców na odkrycia Espera, jednak w opinii uczonych proboszcz-badacz jaskiń był jedynie dla nich dyletantem.
Przypuszczano, że odnalezione przez niego kości ludzkie obsunęły się podczas nieprofesjonalnie prowadzonych prac wykopaliskowych do jego „niedźwiedziej jaskini” z jakiegoś starszego cmentarzyska. Tym samym sprawę odkrytych kości w Jaskini Gailenreuth uznano za zakończona dla nauki.
Teoria potopu ustąpiła teraz miejsca walce dwóch szkół naukowych, z których każda na swym sztandarze wypisała imię antycznego boga.
W centrum zainteresowania znalazł się prastary problem: który żywioł – woda czy ogień – były praprzyczyną wszystkiego, co istnieje na Ziemi.

(PZP)
GeoExplorer

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia w Okrzeszynie

przez , 02.mar.2015, w Pod ziemią

Początek sztolniOkrzeszyn (Albendorf) to wieś położona w województwie dolnośląskim, w powiecie  kamiennogórskim,w gminie Lubawka, w tak zwanym „Worku Okrzeszyńskim”, nad rzeką Szkło,tuż przy granicy polsko-czeskiej. Udajemy się dzisiaj do tej małej uroczej miejscowości, aby stawić czoła kolejnemu wyzwaniu – XIX-wiecznej kopalni węgla. Uważa się że była ona częścią znajdującej się w bliskim sąsiedztwie dużej  kopalni węgla ,,Neue Gabe Gottes”. Wydobycie szło tu pełną parą jeszcze w latach 20-tych ubiegłego wieku. Później na wiele lat mroczne chodniki kopalni zostały opuszczone. Wszystko zmieniło się w latach 50-tych kiedy to do wyrobisk kopalni zawitali przedstawiciele Zakładów Przemysłowych R-1 poszukujący rud uranu. Uran był potrzebny Związkowi Radzieckiemu do budowy bomby atomowej. Jednak mała ilość tego pierwiastka w złożu sprawiła, że zaniechano wydobycia. Po tym krótkim uranowym incydencie kopalnia ponownie została opuszczona i stan ten trwa do dnia dzisiejszego.Poziom 0. Chodnik głównySłowo się rzekło – jedziemy. Pakujemy do samochodu niezbędny sprzęt, trochę tak zwanego „szturmżarcia” na wypadek gdyby coś poszło nie tak…
Droga zajęła nam około 30 minut. Zostawiamy samochód na poboczu i kierujemy się do wlotu sztolni, który znajduje się blisko drogi. Tuż obok płynie rzeka Szkło przez którą się przeprawiamy i po kilkudziesięciu metrach stajemy przed dużym wejściem zapraszającym do wnętrza obiektu. Czas na zmianę garderoby, założenie kasków, sprawdzenie latarek i krótką naradę „wojenną”. Jeszcze ostatnie spojrzenie na słońce i wchodzimy. Pierwsze metry wyglądają dość stabilnie, jednakże wszystko się zmienia gdy dochodzimy do pierwszego skrzyżowania wyrobisk. Obudowa górnicza wygląda katastrofalnie, stropnice i stojaki rozleciały się zalegając na spągu krzyżując się pod różnymi kątami. Setki ton skał napierają na nas nie mając już żadnej podpory w postaci obudowy górniczej. W głowie zaczynają włączać się sygnały alarmowe jak w kokpicie uszkodzonego samolotu. To dobry znak że, instynkt samozachowawczy każe wycofać się jak najszybciej z tej mrocznej dziury. Sztuką (albo głupotą) jest wyłączyć te ostrzeżenia i brnąć naprzód, zachowując wielką ostrożność.Poziom 0Na skrzyżowaniu wybieramy chodnik idący w prawo, to on zaprowadzi nas do centralnej części kopalni. Po przedarciu się przez zniszczoną obudowę dochodzimy do miejsca w którym wyrobisko staje się szersze i wyższe. Jest nieobudowane, ale sprawia wrażenie dość stabilnego. W dali wyraźnie słychać płynącą wodę. Po chwili wszystko się wyjaśnia – woda zalewa niższy poziom kopalni. To tak zwany poziom -1. My jesteśmy na poziomie 0, niższy poziom znajduje się po prawej stronie, zalany jest po same uszy i niedostępny. Kierujemy się dalej na wprost. Przed nami duży zawał, możliwy jednak do sforsowania. Za nim znajduje się wyrobisko zalane wodą na około 40 cm. W świetle latarek widać, że sztolnia się rozwidla. Mozolnie brodząc w wodzie i mule eksplorujemy oba rozwidlenia, które kończą się przodkami z wyraźną żyłą węgla. Z jednego z nich bije małe źródełko z krystalicznie czystą wodą. Oddech staje się przyspieszony, powietrze wydaje się być jakieś gęste i ciepłe, co jest znakiem ,że atmosfera w tym miejscu nie nadaje się do oddychania. Wracamy do miejsca w którym woda zalewa poziom -1. Tam po prawej stronie biegną w górę trzy pochylnie (upadowe) wydrążone pod dużym nachyleniem i prowadzą do poziomów 1 i 2.

Ostrożnie na czworaka wspinamy się na poziom pierwszy. Nie jest to łatwe gdyż spąg pochylni jest bardzo gładki i na dodatek pokryty warstwą mokrego mułu. Wreszcie po tej karkołomnej wspinaczce docieramy na poziom 1 wydrążony równolegle do poziomu 0, jednakże z tą różnicą, że przekrój wyrobiska jest znacznie mniejszy, a długość o połowę mniejsza. Widać też wyraźnie, że stabilność chodnika pozostawia wiele do życzenia. Obudowa górnicza leży pokrzyżowana na spągu, duża ilość oderwanych odłamków skalnych ostrzega nas przed pracującym górotworem. Postanawiamy jednak eksplorować go do końca, a koniec ten to wyraźny przodek i pochylnia biegnąca w prawo do poziomu 2, która jest jednak zasypana – musiało tu ostro walnąć. Wracamy do pochylni, którą weszliśmy i nią właśnie wdrapujemy się na poziom 2. Wygląda on podobnie jak 1-ka, tyle tylko że praktycznie nie posiada obudowy, spąg sztolni usiany jest oderwanymi blokami skalnymi. Tu wszystko się sypie.

Dochodzimy do jak nam się wydawało przodka, jednak okazuje się, że to potężny zawał. Blok skalny o wadze wielu ton i o przekroju identycznym jak wyrobisko oberwał się ze stropu idealnie zagradzając nam dalszą drogę. Wygląda to niesamowicie, przypominając kamienne wrota, które zostały zamknięte z ogromną siłą przez matkę naturę. Wracamy do pochylni i na tyłkach zjeżdżamy na poziom 0. Kierujemy się w stronę wyjścia. Eksploracja zajęła nam około trzech godzin. Brudni i szczęśliwi z racji powrotu do świata żywych opuszczamy Okrzeszyn. Podsumowując naszą wyprawę mogę powiedzieć, że kopalnia jest niezwykła, wielopoziomowa – znajdziemy tu odcinki sztolni w obudowie górniczej, odcinki zalane wodą, przyprawiające o dreszczyk emocji pochylnie, relikty dawnego górnictwa w postaci chociażby świdrów górniczych. Jak długa jest kopalnia? Nie wiem, nie dotarłem do szczegółowych opisów, nie jest to też dla mnie aż tak ważne – ważne, że dostarczyła ogromnej ilości adrenaliny, a o to w tym wszystkim chodzi.

tekst i zdjęcia: Andrzej Pastuszak

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto krnąbrnych mnichów

przez , 23.lut.2015, w Skarby

Opactwo w LubiążuW 1810 roku po sekularyzacji zakonu cystersów, zgromadzone przez nich kosztowności, nakazem króla Wilhelma przejmuje państwo pruskie, a nieruchomości m.in. prywatni właściciele. W lubiąskim klasztorze znalazła się jednak grupa krnąbrnych mnichów niegodząca się z zawłaszczeniem ich dóbr, „organizuje się”, a następnie potajemnie ucieka z ich częścią w kierunku Krzeszowa. Docierają do grangi w Winnicy, a dalej kierują się ku górze Górzec. Tam ślad po nich, a zarazem po kosztownościach urywa się. Ten wątek jest już znany. Wspominaliśmy o nim w pierwszej części „Z pamiętnika eksploratora”. W miarę upływu czasu dochodziły do nas różne informacje dotyczące „skarbu cystersów”, dywagacje ale i fakty historyczne. Co jeszcze wiadomo?

Grupa zbuntowanych cystersów dociera do Górzca. Tam najprawdopodobniej rozdzielają się. Czy zrobili to po podziale kosztowności czy też kosztowności ukryli gdzieś na jego stokach? Jeden z nich pozostaje na Górzcu i prowadzi żywot pustelnika. A może strażnika? Kim był? Czy mógł być nim brat Heinrich Ritter będący konwersem zakonnym? Wiadomym jest, że zaginęła lubiąska kolekcja 700 numizmatów stanowiąca własność cystersów. Czy złoty diadem odnaleziony w okolicach Górzca, którego kopia znajduje się w jaworskim muzeum regionalnym, jest niewielkim śladem potwierdzającym wydarzenia sprzed 200 lat?

„Skarb musiał zostać ukryty w 1740 roku lub niewiele później – wskazuje na to jego skład. Monety oddał na przechowanie w klasztorze na wieść o wojnie któryś z zamożnych mieszkańców Lubiąża, np. jeden z zamieszkałych tam artystów i rzemieślników pracujących do 1793 roku w klasztorze czy nawet bogatszy chłop z okolicy – zakopałby je pewnie brat Ritter, konwers zakonny, właściciel zaś nigdy już nie zgłosił się po nie. Wskazywać na to może historia, która mówi o tym, że ten właśnie zakonnik wydobywał pod nieobecność opata z klasztornej piwnicy pieniądze na daninę, której pilnie zażądał jeden z austriackich generałów.
– Monety ukrył w klasztorze stacjonujący tam pruski żołnierz lub robotnik klasztorny, który po bitwie pod Malczycami w 1741 roku takiego żołnierza ograbił.
– Monety stanowiły część podręcznej rezerwy gotówkowej klasztoru, ukrytej przez brata Heinricha Rittera (…).
Ze względu na wnioski wyciągnięte ze struktury skarbu (gotówka zbierana przez dłuższy czas) wykluczyć należy wariant drugi. Pierwszy zaś i trzeci są do pogodzenia, gdyż Ritter mógł pieniądze powierzone mu za przechowanie ukryć tam, gdzie chował gotówkę klasztorną; wykopując zaś skrzynie z pieniędzmi klasztornymi dzban z depozytem oczywiście pozostawił”.
(Borys Paszkiewicz)Złoty diademCzy krnąbrni bracia zabrali z lubiąskiego opactwa tylko kosztowności ze złota i srebra? Z protokołów komisji sekularyzacyjnej wiadomo jest, że wyposażenie wnętrz klasztoru w Lubiążu (w XVII i XVIII wieku) było niezwykle bogate. To nie tylko wyroby ze złota i srebra ale również ogromna kolekcja dzieł sztuki, ogromne zbiory obrazów znanych mistrzów takich jak Michała Willmanna nazywanego śląskim Rembrandtem, Christiana Bentuma czy F.A. Schefflera. Po sekularyzacji zakonu z ramienia rządu pruskiego zabezpieczeniem dzieł sztuki zajmował się doktor J.Busching. W 1811 roku wybiera on prawie 500 płócien tylko najwyższej klasy do będącej w fazie projektu galerii malarstwa we Wrocławiu. I właśnie w tym miejscu pojawia się wątek zbioru 700 starych złotych i srebrnych monet będących w posiadaniu konwentu lubiąskiego, który w trakcie sekularyzacji… zaginął!

W klasztorze znajdowały się również inne cenne przedmioty takie jak spore ilości starej broni, w tym ponad sto starych muszkietów wykończonych kością słoniową i masą perłową, pistolety, działa, wiwatówki, moździerze, a z broni białej szable, miecze i halabardy; instrumenty muzyczne, materiał nutowy zawierający starą muzykę kościelną i świecką – oratoria, msze, arie. Warto też wspomnieć o kolekcji naczyń stołowych.

„Do momentu sekularyzacji zachowało się już niewiele z poprzedniego bogatego zestawu srebrnych naczyń i nakryć stołowych używanych przez opata, gdyż klasztor w drugiej połowie XVIII wieku zmuszony był do ratowania swoich finansów sprzedażą sreber i klejnotów. W skarbcu kościelnym znajdował się jednak jeszcze: 1 złoty kielich z pateną, 25 kielichów srebrnych z patenami, srebrne cyborium, 3 srebrne monstrancje (jedna wysadzana rubinami i kamieniami szlachetnymi), srebrny pastorał opatów, 2 srebrne krucyfiksy i wiele innych przedmiotów ze srebra oraz ogromna ilość starych szat liturgicznych: samych ornatów 171, 61 dalmatyk, 14 infuł, 17 pluwiali itd. Pałac opatów posiadał bogate i kosztowne umeblowanie; bogatą bibliotekę klasztorną i archiwum wywieziono do Wrocławia”.
(Konstanty Kalinowski)Złoty krajcar z GórzcaWiększość powyższych przedmiotów została wywieziona z Lubiąża ale część z nich pozostała do czasów II wojny światowej. W 1944 roku dolnośląski konserwator zabytków profesor Gunther Grundmann, będący odpowiedzialnym z ramienia Adolfa Hitlera, a dalej władz III Rzeszy za zabezpieczenie dzieł sztuki i zorganizowanie dla nich składnic, wydaje polecenie zdemontowania części cennego wyposażenia klasztornego kościoła (w obawie przed zbombardowaniem klasztoru) i przewiezienie go do składnicy zabytków zorganizowanej w kościele w Lubomierzu. Pozostała część została ukryta w kościelnej krypcie oraz innych częściach opactwa, a to co pozostało, zostało zniszczone przez wycofujących się Niemców i następnie przez wojska radzieckie, w związku z czym po wojnie nie pozostało już nic.

Źródła niemieckie z 1936 roku podają, że w okolicach lubiąskiego opactwa odnaleziono część „skarbu cystersów” ukrytego po 1806 roku w postaci 544 talarów oraz 1/2 i 1/3 talarówki. Co ciekawe właśnie w tym roku Lubiąż odwiedził Adolf Hitler.
Od 1981 roku poszukiwaniami skarbu w Lubiążu za sprawą generała Wojciecha Jaruzelskiego i generała Czesława Kiszczaka zajęli się funkcjonariusze MON i MSW. Jakie były prawdziwe efekty poszukiwań prowadzonych w latach 1981-1982? Chyba jeszcze długo się nie dowiemy lub nie dowiemy wcale. Wiadomo, że w metalowym naczyniu znalezionym w opackim ogrodzie znajdowało się 1353 złotych i srebrnych monet (oficjalnie), które ważyły ponad 6 kg! Wówczas wartość skarbu wyceniono (według katalogów numizmatycznych) na ponad 3,8 mln zł co stanowiło równowartość 61.400 $ (w latach 1982-1983).

Przypomnijmy jeszcze tylko, że początki lubiąskiego opactwa zaczynają się w 1163 roku za sprawą księcia Bolesława I Wysokiego, który ich tu sprowadził z saksońskiego Pforte. Dwunastu mnichów, którzy stanęli na wzgórzu nad Odrą zapoczątkowało rozwój, świetność oraz bogactwo nowego założenia, przyjmując w swe szeregi wyłącznie braci ziomków. Odchodząc daleko od surowej reguły „ora et labora”, członkowie wspólnoty założonej pod koniec XI wieku w Burgundii, stworzyli wielkie centrum gospodarcze i kulturalne, śląską perłę baroku bogactwem i przepychem płynącą. Wyróżniali się nie tyle pobożnością, ile zmysłem ekonomicznym – pierwsza na świecie korporacja finansowa, inżynierowie średniowiecza, przeżywający swój największy rozwój już w XIV wieku.

Wsie, folwarki, lasy, stawy hodowlane, browary i gorzelnie, a nawet kopalnie złota. Gospodarka wolnorynkowa z czasem przestawiona na system czynszowy zwiększający dochody (i to znacznie!), po produkcję na ogromną skalę żywności i handel. Prosperita w najlepszym tego słowa znaczeniu. Posiadacze „skarbów” w postaci relikwii świętych, mających większą wartość w owych czasach niż złoto i szlachetne kamienie – dłoni św. Stanisława, Wawrzyńca, Maurycego, a nawet głowy sześciu dziewic uznanych za święte, złożone w srebrnych kielichach, w tym głowę św. Jadwigi. Lubiąscy cystersi wyspecjalizowali się również w podrabianiu dokumentów i pieczęci, które do chwili obecnej zdobią podrobione oryginały. Kres sielance położył rok 1810, a mnichów w efekcie wypędzono.Kapliczka i schody prowadzące na szczyt GórzcaCzy właśnie dlatego grupa mnichów przeczuwając nadchodzącą przyszłość podjęła decyzję o ucieczce przed nieuchronnym losem wraz z kosztownościami, by chociażby w ten sposób zapewnić sobie spokojną egzystencję na lata? Gdzie zatem są ukryte zabrane przez braci z Lubiąża skarby i jaką rolę odegrała postać mnicha pozostałego na Górzcu jako pustelnik („strażnik” Ritter?). Czy czekają nadal na swojego odkrywcę w Mniszym Lesie na stokach Górzca, Dębnicy, a może Diabelskiej Góry? Teren wymienionych szczytów wydaje się być idealnym do ich ukrycia, na dodatek doskonale znany cystersom gdyż należał do nich od połowy XIII wieku. Naturalne zagłębienia, wychodnie skał, stare XVII-wieczne sztolnie.

Na szczycie Górzca górował niegdyś nad okolicą wybudowany z inicjatywy Henryka Brodatego w XIII wieku zamek otoczony suchą fosą, która istnieje do dziś. Można zakładać, że posiadał on podziemia. Na szczyt prowadzi Droga Kalwaryjska wybudowana w 1740 roku przez cystersów. Skarb może zalegać w niedalekim sąsiedztwie jednej z kapliczek, pod schodami wprowadzającymi na szczyt jak i pod kaplicą pielgrzymkową. Również stoki Diabelskiej Góry obfitują w wiele miejsc nadających się na skrytkę. Na koniec warto też pamiętać o grangi w Winnicy (i jej podziemiach), kościele w Słupie i legendarnym podziemnym przejściu do żarskiej kaplicy oraz wielu innych, nieistniejących dziś obiektach w tym rejonie.
1353 monety przypadkowo odnaleziono. Pozostała tajemnica zaginionego zbioru 700 monet konwentu. Skarb cystersów nadal spędza sen z oczu…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Szczerbówka – złoty motyl podziemi

przez , 26.sty.2015, w Flora i Fauna

Szczerbówka ksieniEksplorując podziemia często w świetle swych czołówek dostrzegamy na ścianach sztolni i jaskiń mieniącego się od kropel wody na swych skrzydłach, pobłyskującego złotem motyla.
Ten motyl to szczerbówka ksieni (Scoliopteryx libatrix) nazywana też szczerbówką wierzbówką. Jej dwuczłonowa nazwa pochodzi od wyszczerbionych zewnętrznie skrzydeł i przełożonej klasztoru żeńskiego (ksieni).
Szczerbówka jest średniej wielkości ćmą z rodziny Erebidae, podrodzina Scoliopteryginae. Niegdyś klasyfikowana była do rodziny sówkowatych (Noctuidae), podrodziny Calpinae, podrodziny ciem odżywiających się krwią ssaków. Choć głównie są to ćmy występujące w strefie tropikalnej, również w Polsce można spotkać tego motyla-wampira. Na południu Polski (województwo Małopolskie i Podkarpackie) występuje Calyptra thalictri, którego samce od czasu do czasu uzupełniają swoją dietę krwią ssaków. Na szczęście rzadko atakują ludzi.

Szczerbówka jest gatunkiem licznie rozpowszechnionym na terenie całego kraju, bardzo pospolita i występująca głównie na terenach wilgotnych takich jak lasy łęgowe czy wilgotne zarośla, brzegi rzek i strumieni, lasy liściaste i mieszane ale nieobce są jej parki, ogrody i cmentarze. Ten piękny motyl osiąga rozpiętość skrzydeł od 40 do 45 mm. Zewnętrzne brzegi pierwszej pary skrzydeł są charakterystycznie ząbkowane, wyszczerbione. Barwa w zależności od osobnika jest brązowa lub szaro – brązowa o zmienności odcieni barw. Charakterystyczne są natomiast rdzawe plamy przypominające trochę wyglądem literę „L” w części nasadowej przedniej pary skrzydeł. Na skrzydłach znajdują się białe plamki oraz biegną dwa poziome, zygzakowate białe paski. Ubarwienie często nazywane jest „rysunkiem ognistym”.
Ciekawostka: czasowym pasożytem szczerbówek (parazytoidem) jest Pimpla rufipes składająca swoje jaja w jej ciele. Larwy żywią się jej ciałem nie pozbawiając życia przed przepoczwarzeniem.Szczerbówka ksieni (1)Ksieni prowadząca nocny tryb życia najbardziej staje się aktywna podczas pełni księżyca. Wychodząc na blask księżyca poszukuje pokarmu w postaci nektaru kwiatowego, wysysa sok z owoców i jagód, szczególnie tych opadłych, przejrzałych. Nocą odbywa się też składanie jajeczek przez samice. Do tego celu wyszukują liści wierzb, topoli bądź jarzębów. Na liściach tych drzew rozwijają się (żerują) ich, pięciocentymetrowe gąsienice. Są podłużne, gładkie, barwy zielonej, często z dwoma białymi paskami ciągnącymi się wzdłuż boków ciała. Gąsienice występują od maja do września, budując pod koniec swojego rozwoju umieszczony w oprzędzie, cienki białawy kokon. W nim przeobrażają się w dość sporą brązową lub czarną poczwarkę. W ciągu roku szczerbówka ma dwa pokolenia. Charakterystycznym elementem życia tego motyla jest sposób zimowania. Właśnie wtedy najczęściej spotykamy go licznie podczas eksploracji podziemi. Już w trakcie jesieni dorosłe osobniki (imago) tłumnie zlatują się do jaskiń i sztolni (korzystają również ze środowisk antropogenicznych takich jak bunkry, piwnice czy strychy) i stopniowo zapadają w stan owadziej hibernacji czyli tak zwanej diapauzy. Podczas tego procesu nierzadko tworzą większe skupienia na ścianach lub stropie, a ich ciała pokrywają się kropelkami wody zwracając tym samym naszą uwagę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia Aurelia w Złotoryi

przez , 15.gru.2014, w Pod ziemią

Sztolnia złota AureliaHistoria wydobycia złota w okolicach Złotoryi ma swoje początki już na przełomie XI i XII wieku. Wtedy to rozwija się głównie eksploatacja złóż skał osadowych (aluwialnych), polskiego „el dorado” – złotonośnych piasków i żwirów doliny rzeki Kaczawy, jednych z najbogatszych w Europie, zawierających od 15 – 20 gramów złota na tonę. Rzeka przepływająca przez Góry i Pogórze Kaczawskie przez tysiące lat wymywała ze skał drogocenny kruszec, osadzający się pod wpływem swojego ciężaru w piaskach. Zakłada się również, że pierwszymi, którzy tu dotarli już 2000 lat p.n.e. i rozpoczęli poszukiwania złota, mogli być Kreteńczycy, a po nich w VI wieku Celtowie. Najpotężniejszymi ośrodkami górnictwa złota w średniowieczu były okolice Złotoryi i Lwówka Śląskiego, Złotego Stoku i Głuchołaz oraz Karkonosze i Pogórze Izerskie. Rocznie w okolicach Złotoryi wypłukiwano około 50 kg czystego złota.

Prymitywna i bardzo żmudna technologia pozyskiwania go, opierająca się głównie na przesiewaniu piasków i kopaniu rowów kilkumetrowej szerokości zakończonych komorami upadowymi za złotonośną warstwą, doprowadziła jednak do wyczerpywania się płytkich złóż i przybyli niemieccy górnicy zaczęli sięgać głębiej, do złóż położonych na głębokości nawet 50 metrów. Kryzys w rozwoju złotoryjskiego górnictwa przyniósł rok 1241. Po bitwie pod Legnicą, w której to uczestniczyło kilkuset kopaczy, Tatarzy wzięli ich do niewoli, a następnie trafili oni do kopalń nad Morzem Kaspijskim. Kolejnym etapem wydobycia złota było pozyskiwanie go z okruszcowanych żył w okolicznych skałach, takich jak diabazy, ryolity i łupki, poprzez ręczne drążenie w nich sztolni. W Złotoryi stało się tak w XVII wieku gdy na powrót pojawili się górnicy.AureliaSztolnia Aurelia wydrążona została ręcznie za okruszcowanymi żyłami kwarcowymi w diabazach i staropaleozoicznych łupkach, w zboczu Góry Świętego Mikołaja około 1660 roku, a jej obecna długość to ponad 100 metrów. Prawdopodobnie pierwotnie miała być sztolnią poszukiwawczą za rudami miedzi, a być może też żelaza (widoczne są wewnątrz nacieki minerałów żelaza), jednakże otrzymany w pobliskiej hucie wytop z wydobytego urobku dał nieznaczne ilości miedzi i srebra, a tym samym dalsze wydobycie uznano za nierentowne. Nie są znane też dokładne dane mówiące o ilości wydobytego w niej złota. Historia działalności Aurelii kończy się wraz z wojnami napoleońskimi. Po tym okresie kilkakrotnie podejmowano jeszcze próby wznowienia wydobycia (drążąc między innymi boczne chodniki i szybiki poszukiwawcze) ale okazało się ono nieopłacalne z uwagi na wyczerpanie złotego złoża.

Sztolnia nie była zaznaczana na starych niemieckich mapach. Z nieokreślonych powodów cześć chodników i szybów została zasypana i wysadzona przez wycofujące się w 1945 roku oddziały wojsk niemieckich, które miały coś tutaj ukrywać. Mówi się też o wykorzystywaniu jej przez pobliski zakład, w którym w czasie II wojny światowej firma Opta produkowała sprzęt radiowy na potrzeby niemieckiego lotnictwa, w tym również dla Luftwaffe. W trakcie prac eksploracyjnych w „szybie Karola” odnaleziono elementy broni, co świadczy o dostępności tego miejsca w czasie wojny. Krążą spekulacje na temat ukrycia w niej kosztowności lub elementów uzbrojenia.
Podczas „gorączki złota” w okolicach Złotoryi wydobyto około 5 ton złota. Nad sztolnią znajduje się kościół p.w. św. Mikołaja otoczony cmentarzem i dlatego niegdyś mówiono, że zmarłych chowa się tu w złocie. Między innymi też, w związku z lokalizacją cmentarza, wydobycie złota rozpoczęto tu później niż w innych miejscach w okolicy Złotoryi. Niektóre z opowieści mówią o połączeniu podziemi kościoła ze sztolnią, jednakże nigdy to nie zostało potwierdzone.Sztolnia AureliaZe sztolnią związanych jest wiele tajemnic i miejscowych legend. Jedna z nich mówi o górniku, który odkrył w sztolni złotą żyłę, jednakże nie chciał się podzielić tą wiedzą ze swoimi wspólnikami, a za zabrane złoto chciał wyprawić komunię swojej córce – Aurelii. Nie mówiąc nikomu wybrał się do sztolni, napełnił kieszenie złotem i w chwili gdy chciał ją opuścić płomień jego lampki zgasł, a on zabłądził w podziemnym labiryncie chodników pozostając w niej na zawsze. Od tej pory, w dniu pierwszych komunii w Złotoryi słychać z ciemnych czeluści sztolni szlochy i płacze błądzącego oraz stukanie kilofa. Inna z legend opowiada o chciwym mnichu pobierającym dziesięcinę od kopaczy z całego Śląska na potrzeby kościoła. Pewnego dnia górnicy mieli już dość płacenia, zbuntowali się, zwabili mnicha do sztolni, a następnie zabili. Mnich w chwili śmierci miał przekląć wszystkie kopalnie złota. Klątwa sprawiła, że całe złoto zniknęło, a czar można cofnąć gdy znajdzie się złoto w ruinach zamku na Wilczej Górze strzeżonym przez dwa wilkołaki. Teraz duch mnicha błąka się ciemnymi korytarzami sztolni i okropnie zawodzi.

Na początku lat 70-tych XX wieku górnicy z nieodległej kopalni miedzi „Lena” w Nowym Kościele podjęli prace adaptacyjne w sztolni „Aurelia” zmierzające do udostępnienia jej turystom. Sztolnię dla ruchu turystycznego otwarto w 1973 roku. Na przełomie kolejnych lat udostępniało ją też społecznie wielu eksploratorów, udrożniając część chodników, w związku z czym obecnie od głównego chodnika odchodzi kilka bocznych, odkrytych między innymi w listopadzie 2000 roku. Chodniki są niskie i wąskie, panuje w nich wysoka wilgotność, na spągu znajduje się woda infiltrująca górotwór, a temperatura wynosi około +8′C. W 1997 roku odkryty został za zawałem, pionowy 28-metrowy szyb, posiadający boczne chodniki, nazwany od jego odkrywcy Karola Pawlaczka – „Szybem Karola”. Szyb jest wykorzystywany przez kilka gatunków nietoperzy jako schronienie. Dwa lata później odkryto drugi szyb położony kilkanaście metrów od głównego wejścia do sztolni, który na głębokości 12 metrów zalany jest wodą. Niepotwierdzone informacje mówią, że chodników w sztolni jest znacznie więcej. Mają być one zawalone lub zalane wodą.Otoczenie sztolniObecną nazwę – „Kopalnia Złota Aurelia” nadano w latach 90-tych XX wieku jako promocyjną dla regionu aby tym samym przyciągnąć turystów, a ma ona nawiązywać do jednej z pierwszych XIII-wiecznych łacińskich nazw miasta – Mons Aurum z 1217 roku.
Sztolnia posiada stałe, sztuczne oświetlenie. W 2006 roku udostępniono infrastrukturę turystyczną w otoczeniu sztolni w postaci wiaty ze stołem, ławkami, murowanym grillem, placem zabaw dla dzieci, parkingiem oraz wymurowano nieckę dla rekreacyjnego płukania złota.
W przyszłości planowane jest udostępnienie odkrytego szybu dla turystów. Sztolnia czynna jest sezonowo, a wstęp płatny.
Administratorem obiektu jest Złotoryjski Ośrodku Kultury i Rekreacji, przy ul. Plac Reymonta 5.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Trójgarb – zaginiony transport i inne tajemnice

przez , 14.lis.2014, w Skarby

Przedwojenny Trójgarb.Schronisko i wieża widokowaTrójgarb

Trójgarb (Sattewald) jest wyniosłym wzniesieniem górującym ponad 300 metrów nad okolicą, otoczony miejscowościami Stare Bogaczowice, Nowe Bogaczowice, Gostków, Jaczków, Witków, Jabłów, Lubomin i Struga, kilka kilometrów na północny-zachód od Wałbrzycha. Rozciągnięty stożek, o dość stromych zboczach porośniętych lasem iglastym, składa się z trzech wierzchołków (stąd nazwa) o wysokości 778, 757 i 738 m n.p.m. Krótko po II wojnie światowej nazywany był Potrójną. Partia szczytowa zbudowana jest z ryolitów – czerwonych porfirów (w karbonie górnym z głębi ziemi intrudowały kwaśne magmy), natomiast zbocza i podnóża ze skał osadowych powstałych w karbonie górnym (naprzemianległe warstwy) – zlepieńców, piaskowców i łupków, w których znajdują się pokłady węgla kamiennego. W okresie międzywojennym na Trójgarbie funkcjonowała gospoda i znajdowała się wieża widokowa.Masyw TrójgarbuNiewielki ślad

W miesięczniku „Odkrywca” Wojciech Stojak w artykule zatytułowanym „Dolnośląskie potpourri” przytacza treść listu, który w 2006 roku pod koniec działalności „Klubu Poszukiwaczy Skarbów” został przysłany do telewizji. Niepodpisany list wysłany został z miejscowości Nowe Bogaczowice. Oto treść listu: „Mając 10 lat w 1947 spotkałem dziewczynkę w wieku 13-14 lat, która była Niemką. Spotkałem ją we wsi Gostków u siostry. Byłem zdziwiony, kiedy owa Niemka odezwała się do mnie po polsku, okazało się że pochodziła z Górnego Śląska. Mieszkała u ciotki w Lubominie od 1943 r. a jej siostra u bauera w Gostkowie. Nosiła żywność z Gostkowa do Lubomina. W 1944 r. w sierpniu, wybrała się z Lubomina na grzyby, idąc w stronę góry >>Trójgarb<< od 4-go zabudowania w Lubominie od strony Jabłowa. W pewnym momencie zobaczyła, jak od Lubomina idzie polną drogą wojsko, więc się skryła. Za wojskiem jechał samochód osobowy i 2 ciężarowe. Ukryta obserwowała, co się będzie dziać, lasem poszła za nimi i zobaczyła, że samochody wjechały w >>Trójgarb<<, w tunel w górę od strony Lubomina. Zamknięto wrota zasypano ziemią i przez jakiś czas sadzono tam las świerkowy. Czekała aż do wieczora, kiedy wojsko odeszło żeby wrócić do domu. Nie wiem czy to jest prawda czy nie.” (zachowano oryginalną pisownię)Gospoda i wieża widokowa na szczycieTunel czy …

Zbocza masywu Trójgarbu nie obfitują w wielkie ilości wyrobisk i innych śladów dawnego górnictwa, jak w przypadku sąsiednich szczytów, na przykład Chełmca 851 m n.p.m. czy Krąglaka 692 m n.p.m., ale podnóża Trójgarbu nie są całkowicie ich pozbawione. Niektóre związane z dawnym górnictwem węgla kamiennego, niektóre z wydobyciem rud metali, inne to pozostałości sztolni odwadniających. Można też odnaleźć stary łom ryolitów (porfirów) wgryzający się w Trójgarb z małą infrastrukturą turystyczną w postaci palenisk i drewnianych ław. Brak jest jednak śladów i informacji o jakimkolwiek tunelu na jego zboczach. Czym miałby być ten „tunel”? Projektowanym, będącym w początkowej fazie prac tunelem kolejowym pod Trójgarbem, na wzór tego pod górą Wołowiec 776 m n.p.m. na południe od Wałbrzycha? Jakie miejscowości miałby on połączyć? Ten pod Wołowcem łączył Jedlinę Zdrój z Wałbrzychem i był „spec-przeznaczenia” dla pociągu Hitlera. Najbliższa linia kolejowa biegnie na południowy-zachód od Trójgarbu, z Marciszowa przez Sędzisław, Witków do Boguszowa-Gorce, a dalej do Wałbrzycha. Czy naziści mieli w planach „przecięcie” linią kolejową wnętrza Trójgarbu, by tym samym połączyć kwaterę Hitlera w zamku Książ – Furstenstein, ze stacją w Witkowie, a dalej z Kamienną Górą? Bo tylko takie założenie i rozwiązanie wydaje się być logicznym i uzasadnionym, wchodzącym w grę. Niestety nigdzie w materiałach źródłowych nie ma informacji o planach takiego tunelu, nie ma też jego śladów w terenie. Tak dobrze został zamaskowany? A może, 10-letnia wówczas dziewczynka, widziała wlot do sztolni, który jej małym oczom zarysował się jako tunel zamykany wrotami.Kamieniołom porfiru… sztolnia?

Wiosną 2011 roku grupa eksploratorów z SGE odnalazła na zachodnich zboczach bezimiennej góry (638 m n.p.m.) położonej na południowy-wschód od drogi łączącej wsie Jabłów i Lubomin a Lubominkiem (peryferyjna dzielnica Boguszowa-Gorce) sztolnię oraz pozostałości szybu. „Miejsce to wyglądało wręcz podręcznikowo, hałda porośnięta grubymi drzewami co wskazywało na sędziwy wiek wyrobiska, wartki wypływ wody ze sztolni i ledwo już odznaczające się na stoku zaklęśnięcie po zawalonym wylocie. Ponadto kilkaset metrów powyżej wylotu sztolni odnaleźliśmy ślady po sporym szybie a to może świadczyć, że jest to większy obiekt. Dodatkowo sprzyjający był również fakt, że sztolnia nie robiła wrażenia zawalonej a jedynie zasypanej podczas likwidacji (…)„. Całości prac eksploracyjnych prowadzonych przez SGE przytaczać tutaj nie będziemy. Po analizie dostępnych map górniczych i materiałów źródłowych okazało się, że jest to sztolnia należąca do kopalni „Emilie Anna”. Grupa przystąpiła do udrożnienia sztolni. Sztolnia okazała się być wypełniona wodą po sam strop. Pierwszej penetracji dokonał nurek jaskiniowy odkrywając kilkumetrowy, stosunkowo wąski chodnik z elementami drewnianej obudowy i podkładami torów, zakończony sporym obwałem. Następnym etapem było odwodnienie sztolni, które ukazało chodnik  szerokości 1 m i wysokości 2 m, o łukowatym stropie i śladach ręcznego urabiania o łącznej długości 43 m. Ciekawostką było odnalezienie na jednym z ociosów wykutej w skale daty – „1857″. Sztolnia, drążona w zlepieńcach i łupkach, w chwili obecnej na powrót jest niedostępna – otwór wejściowy został zawalony. Biorąc pod uwagę opis z listu tę sztolnię należy wykluczyć ze względu na jej lokalizację oraz wymiary – o ile długość byłaby odpowiednią by ukryć w niej samochód osobowy i dwie ciężarówki, o tyle szerokość definitywnie ją wyklucza.Sztolnia w LubominieInny wątek

Wiosna 1945 roku. Drogą z Jaczkowa do Gostkowa (na zachód od Trójgarbu) podąża transport ewakuujący dobra zdeponowane w majątku Hohenfriedberg… Tuż przy tej drodze, po prawej, za potokiem Cieklina nieopodal bezimiennej góry (526 m n.p.m.) znajdują się pozostałości starej kopalni w postaci dwóch szybów o średnicy około 3 metrów, oddalone od siebie o około 10 metrów. W jednym miejscu wygląda to tak, jakby zawalił się strop nad wejściem do sztolni, zawał będący wielkim, osuniętym na nie głazem. Kopalnia ta jest zaznaczona na mapie geologicznej E.Zimmermanna „Geologische Karte von Preussen und benachbarten deutschen Landern” Blatt Ruhbank, hrgs.1929. Nie leży ona na żadnym polu górniczym należącym do kopalni węgla kamiennego a najbliższa wysunięta od wschodu granica pola górniczego oddalona jest o około 1 km i pole to należało do kopalni węgla Kohlengrund.NYXJunkers Ju-52

W między czasie docierały różne inne informacje, jak na przykład ta, o rozbiciu się na stokach samolotu Junkers Ju-52, którego pozostałości odnajdywano. Pewien Niemiec, który był świadkiem tego zdarzenia, opowiedział tą historię wałbrzyszaninowi Krzysztofowi Kobusińskiemu.  Wiosną 1945 roku samolot transportowy Junkers Ju-52 lecący, z Festung Breslau dostał się w okolicach Trójgarbu w fatalne warunki atmosferyczne, we mgle pilot zboczył z kursu i uderzył w stok góry. Na pokładzie samolotu prócz załogi znajdowali się ranni niemieccy żołnierze. Katastrofę przeżyły wszystkie osoby znajdujące się na pokładzie. Wrak rozbitego samolotu pozostał na stoku z uwagi na problemy z jego usunięciem i dopiero po wojnie radzieccy żołnierze „zainteresowali” się nim wymontowując z niego części nadające się do użytku, reszta zaś trafić miała na złom. Pan Krzysztof wielokrotnie penetrował miejsce katastrofy odnajdując w ziemi różne elementy Ju-52. Samoloty te były wykorzystywane m.in. do ewakuacji rannych z Festung Breslau i dostarczania amunicji.Junkers Ju-52Na zakończenie

Lubomin to niewielka, spokojna, łańcuchowa wieś wzmiankowana już w 1305 roku, zlokalizowana w siodle pomiędzy masywami Trójgarbu i Chełmca. Pod koniec XVIII w. funkcjonowała tu niewielka kopalnia węgla „Friedrich Wilhelm”, zaś w okolicy (w różnych okresach) „Emilie Anna”, „David Zubebor”, „Erwunschte Zukunft”, a także kopalnie rud metali (w Jabłowie). Miejscowa ludność od najdawniejszych czasów znajdowała w nich zatrudnienie. Wątki nie pasujące do siebie zarówno datami jak i rejonami rozgrywania się wydarzeń. Relacja 10-letniej dziewczynki (w 1944 roku) i szczątkowa informacja o transporcie dóbr z majątku Hohenfriedberg. Brak „namacalnych” miejsc na stokach Trójgarbu wpasowujących się w temat. Brak informacji źródłowych o miejscach, które można by brać pod uwagę i rozważania. Ale czy na pewno…?Szczątki Ju-52 rozbitego na Trójgarbie (fot.ze zbiorów K.Kobusińskiego)Miejscowa ludność rozpytywana o tunel czy sztolnię na południowo-wschodnich zboczach Trójgarbu niestety nie potrafiła wskazać takiego obiektu. List do adresata nie był podpisany, wiadomo jedynie, że został wysłany z Nowych Bogaczowic zatem nawet dotarcie do osoby informującej wydaje się być niemożliwe. Od faktu uzyskania informacji przez 10-letniego chłopca do momentu jej „upublicznienia” minęło 60 lat. Czy nie zastąpił on sobie samoistnie luk w pamięci uzupełniając faktami jako dorosły już człowiek? Penetracje terenu za śladami tajemniczego tunelu zamykanego wrotami dały wynik negatywny. Pozostaje napisać, tak jak autor listu – nie wiadomo czy to jest prawda czy nie…

(źródła: „Dolnośląskie potpourri” W.Stojak /Odkrywca 12/2010/; „Odkrycie sztolni w Lubominku” Aust,SGE; „Katastrofa samolotu na Trójgarbie” A.Szałkowski)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

48. Sympozjum Speleologiczne /info/

przez , 02.paź.2014, w Galimatias

48.Sympozjum SpeleologiczneW dniach 16 – 19 października 2014 roku w Kletnie na Dolnym Śląsku (Kotlina Kłodzka) odbędzie się 48. Sympozjum Speleologiczne organizowane pod patronatem Sekcji Speleologicznej Polskiego Towarzystwa Przyrodników im. Mikołaja Kopernika.
W ramach sympozjum przewidziana jest sesja referatowa i posterowa, w trakcie których zostaną zaprezentowane najnowsze wyniki z zakresu badań krasu (geologiczne, paleontologiczne, archeologiczne) i eksploracji jaskiń. Odbędą się również trzy sesje terenowe omawiające zjawiska krasowe rejonu Jaskini Niedźwiedziej, Doliny Kleśnicy i Doliny Morawy. Zostanie również omówiona kopalnia uranu w Kletnie oraz jaskinie Na Spicaku, Kontaktowa, Na Rogóżce, Radochowska i Niedźwiedzia. Podczas sesji terenowej do Jaskini Niedźwiedziej część z uczestników sympozjum  będzie miała okazję odwiedzić tzw. „Stare nowe dolne” partie jaskini oraz „Salę Mastodonta”, którą w maju 2012 odkryła grupa naukowców (speleologów i grotołazów) Politechniki Wrocławskiej i Uniwersytetu Wrocławskiego.
Więcej informacji dotyczących sympozjum:

http://www.ing.uj.edu.pl/speleo

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , więcej...

Piekielny Przełyk

przez , 22.sie.2014, w Ciekawe miejsca

Piekielny PrzeykNa wschód od miejscowości Noviny pod Ralskem (Czechy) płynie niewielka rzeka Ploucnice, początkowo spokojnie między łąkami, by w pewnym momencie wpaść do wąwozu pomiędzy stromymi piaskowcowymi ścianami. Po około 50 metrach skręca w prawo pod kątem prostym kierując swoje wody do pierwszego z tuneli…

Piekielny Przełyk (Pekelny jicen – Prurva Ploucnice) to sztuczne tunele wydrążone ręcznie za pomocą kilofów i łopat w skałach piaskowcowych górnego turonu na przełomie XV i XVI wieku, przez które przepływa skierowana tu rzeka Ploucnice. Skalne ściany osiągają do 15 metrów wysokości. Pierwszy z tuneli ma 14 metrów długości. Następnie rzeka przez około 10 metrów płynie wąwozem na powierzchni, by kolejny raz wpłynąć do drugiego z tuneli o długości 41 metrów. Na końcu woda wypływa z niego progiem metrowej wysokości do niewielkiego jeziorka pod skalną ścianą by dalej kontynuować swój spokojny bieg kończąc go jako dopływ Łaby. Całkowita długość rzeki to 106 km. Wymiary tuneli wahają się w granicach 3,5-4,5 metrów szerokości i wysokości. Na ich ścianach i stropie nadal widoczne są ślady po ręcznym ich drążeniu (ślady kilofa) oraz po otworach wykorzystywanych do osadzania drewnianych jazów (śluz).Piekielny Przełyk (1)To nietypowe spiętrzenie rzeki wykorzystywane było dla potrzeb młynów mechanicznych w Novinach pod Ralskem (niestety nie zachowały się do czasów obecnych), które zastąpiły wcześniejszy tzw. „żelazny młot”. Jest to bardzo ciekawy zabytek techniki stanowiący niegdyś podziemny „napęd” wspomnianej hamerni. „Żelazny młot” znajdował się w miejscu obecnego jeziorka. Był to warsztat kowalski. Miejsce to było idealne dla kuźni ze względu na bliskość sztolni w których wydobywano rudę żelaza – limonit i huty. Ploucnice nie tylko zapewniała wystarczającą ilość wody do napędzania młota ale jej brzegi i okolice dostarczały dużo drewna do produkcji węgla drzewnego. W XIX wieku turystów chcących zachwycać się tym „cudem” techniki przywoził tu i oprowadzał z pochodnią miejscowy młynarz. Specjalnie też dla nich organizowano efektowne, odpłatne widowisko, gromadząc w tunelach wysoki poziom wody, a następnie uwalniając go, co skutkowało gwałtownym jej wypływem przez wylot tunelu.Tunele Piekielnego PrzełykuTen urokliwy i jedyny w swoim rodzaju przełom rzeki Ploucnice stanowi wspaniałe miejsce wypoczynku i rekreacji, głównie dla kajakarzy i wędkarzy, z niewielką aczkolwiek wygodną plażą na brzegu jeziorka. Tunele można przejść pieszo – głębokość wody do kolan. W grudniu 1997 roku ustanowiono go zabytkiem kultury i pomnikiem przyrody. Można podziwiać uławicowienie piaskowców i ich formy wietrzenia a w spokojne dni można zaobserwować zimorodki. Scenerię Piekielnego Przełyku wykorzystano w kilku filmach. Prurva Ploucnice leży na czerwonym szlaku prowadzącym z miejscowości Straż pod Ralskem przez górę Ralsko (696 m n.p.m.) z ruinami zamku do miasta Mimoń. Wiodą też tędy trasy rowerowe.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Nie tylko w Riesending

przez , 08.sie.2014, w Pod ziemią

Sala stalaktytowaW ostatnim okresie czasu (mowa o 2013 i 2014 roku) nasiliły się przypadki spadania odłamków skalnych i pojedynczych głazów w jaskiniach europejskich. Związane są one niewątpliwie z ruchami górotworów na terenie których są one zlokalizowane, ruchami płyt tektonicznych oraz sejsmicznymi – lokalnymi niewielkimi trzęsieniami ziemi. Do chwili obecnej zawsze najpoważniejsze zagrożenia niosły za sobą próżnie o rozwinięciu pionowym, tak wane studnie, gdzie na ich kolejnych, niższych poziomach tworzyły się skalne półki i mosty z zaklinowanych bloków lub rumoszu skalnego. Formacje takie stwarzają realne zagrożenie oberwania się, bądź strącenia fragmentu takiej struktury, przez osobę lub linę. Z podobnymi niebezpieczeństwami można spotkać się w jaskiniach o charakterze zawaliskowym.

Samoistne i nagłe odpadnięcie fragmentów skał od stropu i ścian jaskiń w kilku przypadkach doprowadziło do wypadków zakończonych bądź urazami grotołazów (na przykład w czerwcu 2014 roku w systemie jaskiń Riesending w niemieckich Alpach), bądź śmiercią (na przykład w kwietniu i czerwcu 2014 roku w jaskiniach Wierna i Studnisko na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej). W każdym z wymienionych śmiertelnych wypadków uwolnienie głazu ze szczeliny nastąpiło na skutek drgań ścian jaskiń wywołanych ruchem górotworu. Do niedawna w większości przypadków podczas eksploracji jaskiń do wypadków dochodziło w wyniku błędów popełnianych przez grotołazów (czynnik ludzki), rzadziej przez zawodność sprzętu.Akcja ratunkowaJednym z ciekawych przypadków odpadnięcia skał ze stropu jaskini w wyniku wstrząsów podziemnych było zdarzenie z 2013 roku. Otóż dość nietypową i mrożącą krew w żyłach sytuację przeżyli członkowie ekipy z Espeleo Club Pasos Largos z Rondy eksplorujący jaskinię Abisso Saragato znajdującą się w Alpach Apuańskich (Włochy). Zadaniem uczestników wyprawy było skartowanie i sfotografowanie jaskini. Po dotarciu 130-metrową studnią na głębokość 300 metrów (jaskinia ma głębokość -1125 metrów) część członków podejmuje zjazd kolejną ze studni, a dwójka pozostaje w meandrze pomiędzy studniami. W pewnym momencie ściany jaskini zaczynają dość intensywnie drżeć, a temu krótkiemu wstrząsowi towarzyszy huk spadających ową 130-metrową studnią oderwanych bloków skalnych wraz z ogromnym podmuchem powietrza.

Gdyby wstrząs nastąpił kilka minut wcześniej, gdy wszyscy grotołazi znajdowali się jeszcze w studni, doszłoby do tragedii. Po tym zdarzeniu speleolodzy znajdują bezpieczne miejsce, wolne od zasięgu spadających odłamków, między dnem studni a meandrem. Odpoczywając w nim odczuwają kolejne, słabsze wstrząsy. Po przeczekaniu ponad 2,5 godziny, podejmują decyzję o niezwłocznym rozpoczęciu wychodzenia z jaskini na powierzchnię. Niestety w trakcie odwrotu pojawiają się kolejne wstrząsy i lawina spadających kamieni. W związku z zaistniałą sytuacją podejmują decyzję o pozostaniu w jaskini i założeniu biwaku.Zjazd studniąPosiadają ze sobą zapas żywności na 3 dni. Wstrząsy ustają dopiero w nocy, zatem pozostają w jaskini do rana. Rano podejmują decyzję o wyjściu, jednakże istnieje ryzyko uszkodzenia lin i punktów przepinkowych przez spadające kamienie. Pierwszy z grotołazów wychodząc po linie przebiegającej środkiem studni ocenia drogę powrotu z pozytywnym rezultatem – okazuje się, że wszystko jest w dobrym stanie. O godzinie 10.00 cała ekipa speleologów wychodzi na powierzchnię spotykając grupę idącą im na pomoc. Eksploracja jaskini, pomimo chwil grozy, zakończyła się szczęśliwie dla uczestników 6-osobowej hiszpańsko-włoskiej wyprawy. Po kilku dniach w tym rejonie doszło do kolejnych wstrząsów, a co za tym idzie kłopotów innej grupy grotołazów w sąsiedniej jaskini. Na szczęście, jak w pierwszym przypadku, obeszło się bez ofiar i wyprawa zakończyła się pozytywnie. Jak się okazało, było to najsilniejsze trzęsienie ziemi w Alpach Apuańskich od 80 lat.

Powyższe zdarzenia i fakty świadczą o tym, że podziemne wstrząsy, w tym te niewyczuwalne dla człowieka, są coraz częstsze, a to z kolei zwiększa niebezpieczeństwa podczas eksploracji jaskiń, sugerując jednocześnie większą rozwagę, rozsądek, przywiązywanie większej uwagi do zasad bezpieczeństwa i wcześniejszego rozpoznawania zagrożeń „z góry” związanych z możliwością odpadnięcia fragmentów skalnych lub obluzowania się pojedynczych kamieni i ich spadku. Nasz kontynent wciąż „wewnętrznie żyje” i przypomina nam o tym coraz częściej, a to zaś wymaga od eksploratorów jaskiń nowego spojrzenia na ten fakt pod kątem bezpieczeństwa. Na przełomie ostatnich lat uwidocznił się nowy problem mogący zapoczątkować nową dziedzinę speleologii (może „speleosejsmologię”?).Wydobycie Johanna WesthauseraSpeleologia od XIX wieku ciągle się rozwija i ewoluuje. Warto przypomnieć, że pierwsze na świecie stowarzyszenie speleologiczne założono w 1879 roku w Austrii, natomiast za „ojca speleologii” powszechnie uważa się E.A. Martela (Francja), który między innymi w 1888 roku dokonał przejścia jaskini Bramabiau od ponoru do wywierzyska, co było na owe czasy szczytowym osiągnięciem, a później pobił rekord głębokości w jaskini Rabanel schodząc na -202 metry (obecny rekord to -2197 metrów w jaskini Woronia-Krubera). A jak kształtują się początki speleologii? Mianowicie wraz z rozwojem przemysłu od połowy XIX wieku wzrastało zapotrzebowanie na wapień. Coraz częściej natrafiano w kamieniołomach na jaskiniowe korytarze i komory, a w nich na kości zwierząt i ludzi.

Ówczesna nauka nie była przygotowana do rzetelnego zbadania i zinterpretowania znalezisk. Rozprawiano o potopie, smokach i jednorożcu. Z czasem jednak zaczęto doceniać wartości jakie niosą ze sobą jaskiniowe znaleziska i wielu naukowców skierowało swoją uwagę na podziemny świat i jego tajemnice. I właśnie w ten sposób zaczęła rodzić się nowa gałąź wiedzy – speleologia. W związku z koniecznością docierania do coraz trudniej dostępnych miejsc w jaskiniach, speleolog-naukowiec zmuszony był korzystać z pomocy ludzi umiejących zastosować pod ziemią sprzęt i techniki używane w alpinizmie. Z biegiem czasu narodziła się dyscyplina zwana alpinizmem podziemnym, a obecnie taternictwem jaskiniowym.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Snotyty

przez , 18.lip.2014, w Flora i Fauna

Snotyty (3)Snotyty swoją postacią przypominają galaretowate sople zwisające ze stropu i ścian jaskiń, wydłużone krople gęstego, półprzezroczystego szlamu lepko sączącego się, długości od 1 cm do ponad pół metra. Przypominają wyglądem śluz. Zostały odkryte (i tak nazwane) w 2003 roku przez zespół badaczy (Penelope Boston, Mike Spilde, Northup) w meksykańskiej jaskini Cueva de Villa Luz położonej niedaleko Tapijulapy. Jaskinia ta wypełniona jest trującymi wyziewami siarkowodoru, którego stężenie jest bardzo duże – 210 ppm. Przy poziomie siarkowodoru przekraczającym 10 ppm ludzie muszą oddychać przez maski z filtrem pochłaniającym go. Snotyty są tak zwanym biofilmem mikrobiologicznym, czyli warstwową kolonią bakteryjną sklejona w galaretowatą masę.Snotyty (2)Bakterie tworzące je należą do grupy chemotrofów. Utleniają siarkowodór będący ich jedynym źródłem energii i wydalają produkt uboczny w postaci kwasu siarkowego, a tym samym galaretowate struktury przypominające stalaktyty ociekają nim. Ich analiza wykazała, że były one wypełnione bakteriami blisko spokrewnionymi z siarkolubnymi Aciditheobacillus theooxidans, egzystującymi w ekstremalnych warunkach atmosfery siarkowodoru. Snotyty to tylko jeden z przykładów zbiorowisk bakteryjnych występujących w jaskini a tych jest kilkanaście. Każde z nich wygląda inaczej i każde korzysta z innych mechanizmów i źródeł odżywiania.Snotyty (1)Niektóre z takich zbiorowisk nie tworzą galaretowatych kropli ale pokrywają ściany jaskini różnymi deseniami w postaci kropek, linii czy sieci przypominających dendryty lub hieroglify. Te struktury nazywane są biowermikulacjami, a wzory biowermikulacyjne stanowią ważną biosygnature. Biowernikulacje spotykane są również poza środowiskiem jaskiń, zazwyczaj w miejscach gdzie występują niedobory jakichś zasobów, powstając w różnej skali, na przykład na obszarach pustynnych powłoki mchów i porostów. Snotyty stanowią pokarm dla niektórych, wyspecjalizowanych gatunków owadów troglofilnych i trogloksenicznych, na przykład muchówek. Naukowcy z Geological Society of America uważają snotyty za pomocne podczas poszukiwania form życia pozaziemskiego.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Wieża Książęca w Siedlęcinie

przez , 21.cze.2014, w Zabytki

Wieża książęcaWieża położona jest w centralnej części wsi Siedlęcin nad rzeką Bóbr. Jest jednym z najważniejszych zabytków średniowiecznych w Polsce, największym i najlepiej zachowanym obiektem tego typu w kraju oraz Europie Środkowej. Wzniesiona została z inicjatywy księcia Henryka I Jaworskiego w latach 1313-1314, z kamienia, na planie zbliżonym do prostokąta, o wymiarach 22 x 14 metra. Podpiwniczona wieża miała pierwotnie trzy kondygnacje i otoczona była fosą (częściowo zachowała się do chwili obecnej). Zwieńczona była krenelażem, którego ślady do dziś widoczne są na najwyższej kondygnacji. Najprawdopodobniej w 2 połowie XVI wieku wieżę podwyższono o jedną kondygnację i nakryto czterospadowym dachem. W tym samym czasie wybito nowe okna oraz założono wykusze latrynowe.WK1Po śmierci Henryka I, Siedlęcin wraz z całym księstwem jaworskim dziedziczy jego bratanek, książę świdnicki Bolko II. W 1368 roku księżna Agnieszka, wdowa po Bolku II, sprzedaje wieżę dworzaninowi Jenschinowi von Redern. W rękach tej rodziny wieża pozostaje do połowy XV wieku. Następnie staje się własnością rodu Zedlitzów. W XVIII wieku właścicielami wieży stali się von Schaffgotschowie. Wówczas po południowej stronie dobudowano budynek dworski oraz zasypano część fosy. Najprawdopodobniej również wtedy wieżę przekształcono w spichlerz. W 1840 roku rozebrano pozostałości murów obronnych. W rękach Schaffgotschów obiekt pozostawał do 1945 roku. Najciekawszym elementem wyposażenia są XIV-wieczne malowidła ścienne w „wielkiej sali”, odkryte w 1880 roku, przedstawiające legendę o rycerzu króla Artura – sir Lancelocie z Jeziora.WK2Są jedynymi takimi zachowanymi na świecie. Wykonane zostały w technice al secco – pokrywanie barwnikami suchego tynku skrapianego wodą wapienną. Pomysłodawcą i fundatorem tych oryginalnych malowideł był Henryk I Jaworski, który zlecił ich wykonanie około 1345 roku. Autor tej dekoracji malarskiej wywodził się najprawdopodobniej z północno-wschodnich terenów Szwajcarii. Dużym walorem malowideł jest rzadki jak na owe czasy, świecki charakter przedstawianych treści. Opowieść o sir Lancelocie wzbogaca kilka przedstawień o charakterze religijno-moralizatorskim. Św. Krzysztof, patron rycerzy, symbolizuje niewzruszoną wierność Jezusowi, którą cechować powinien się każdy prawdziwy rycerz – chrześcijanin. Wierności tej niestety zabrakło Lancelotowi, który przez grzeszna miłość do Ginewry zdradził króla Artura.WK3Malowidła można oglądać na II piętrze wieży. Ich kompleksową renowację przeprowadzono w 2006 roku. W wieży znajdują się również najstarsze zachowane w Polsce drewniane stropy, datowane metodą dendrochronologiczną na lata 1313-1314. Muzeum Wieży Książęcej w Siedlęcinie to głównie muzeum wyjątkowych średniowiecznych wnętrz i malowideł arturiańskich. W 2011 roku przy pomocy studentów Instytutu Archeologii Uniwersytetu Wrocławskiego i Jagiellońskiego oraz ich opiekunów uruchomiono stałą wystawę muzealną prezentującą zabytki pozyskane podczas badań archeologicznych wieży w latach 2008-2012, a następnie wystawę rozbudowano i przearanżowano. Warto również wspomnieć o krzyżu pokutnym znajdującym się po prawej stronie drogi z Siedlęcina do Strzyżowca.

Piaskowcowy krzyż łaciński z wykutą datą „1511″, o wymiarach 88x80x36 cm, ustawiony jest na polanie z tablicą informacyjną. Pierwsze sezony badań w latach 2008-2009 skupiły się na badaniach we wnętrzu wieży oraz w jej najbliższym otoczeniu. Celem badawczym było rozpoznanie podziału wnętrz, głównie parteru i piwnic, przed XVIII-wieczną przebudową oraz określenie pierwotnego przebiegu średniowiecznej fosy od strony południowej i zachodniej, odcinki zasypane w XIX i XX wieku. W trakcie badań wnętrza parteru udało się udokumentować kilka poziomów użytkowych, późnośredniowiecznych i nowożytnych, w tym relikty drewnianej podłogi XV-wiecznej oraz ceglanej posadzki z XVII-XVIII wieku.WK4Najważniejszym odkryciem było odsłonięcie podwaliny średniowiecznej ściany działowej ukazującej pierwotny podział wnętrza parteru oraz dobrze zachowanej ściany, z fragmentem sklepienia kolebkowego, murowanej rampy służącej najprawdopodobniej do transportu beczek z poziomu parteru do piwnic wieży zniszczonej w XVIII wieku. W zasypisku odkryto również fragment późnośredniowiecznej płytki wylotowej kanału grzewczego, co może wskazywać na istnienie w budynku w średniowieczu ogrzewania w typie hypokaustum. Samego pieca dotąd nie zlokalizowano. Podczas badań na zewnątrz wieży udało się uchwycić wewnętrzną krawędź fosy od strony południowej oraz zewnętrzną od strony zachodniej – materiał zabytkowy przemieszany, datowany od XV wieku.WK5Dodatkowo odsłonięto wczesnonowożytny mur oporowy fosy z dwiema masywnymi przyporami o wysokości ponad 3 metry oraz zlokalizowano, zapewne nowożytny, most rozpoznany i odsłonięty w latach 2012-2013. W latach 2010-2011 skoncentrowano się na badaniach we wnętrzu przylegającej do wieży XVIII-wiecznej oficyny. Wykopy założone w jej południowo-wschodniej części, jedynej niepodpiwniczonej, przyniosły odkrycie średniowiecznego muru obwodowego pierwotnie otaczającego wieżę i średniowiecznej fosy (w zasypisku następujące po sobie warstwy datowane są na XV-XVIII wiek) oraz narożnika prawdopodobnie XVI-wiecznego budynku, wznoszącego się tuż przy fosie. Na jego wschodniej ścianie zachowały się kamienne kroksztyny po wykuszu, raczej nie o charakterze latrynowym, zawieszonym nad dawną fosą.WK6Rozpoznano również dwie fazy rozbudowy oficyny w kierunku wschodnim, które datowane są na XVIII i XIX wiek, oraz związane z tymi fazami poziomy użytkowe. Prace w latach 2012-2013 skupione były na odsłonięciu i ocenie zachowania XVII-wiecznego kamiennego mostu, który prowadził nad fosą przez sień dworu na wewnętrzny dziedziniec, z którego wchodziło się do wieży mieszkalnej. Podczas prac odkryto również kamienne opłaszczowanie stoków fosy z XV w. oraz odsłonięto nowożytny taras przed budynkiem dworu. W 2013 roku zinwentaryzowano oskarpowany nasyp, którym prowadziła droga z wieży mieszkalnej do kościoła parafialnego. W 2014 roku zaplanowano badania na terenie dawnego podzamcza oraz wnętrza domniemanej nowożytnej kuchni.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Kościół św.Marii Dominiki Mazzarello w Lubinie

przez , 18.cze.2014, w Zabytki

KDMTen XIV-wieczny gotycki kościół znajduje się przy ul. Przemysłowej w Lubinie i jest filialnym kościołem rzymskokatolickim parafii w Chróstniku. Najstarsza wzmianka pochodzi z 1399 roku i związana jest z nadaniem mu uprawnień parafialnych. Świątynia została przebudowana i powiększona w XVII wieku, a następnie restaurowana w XIX wieku. Częściowo zniszczona podczas II wojny światowej, kiedy to między innymi w 1945 roku zniszczono ostrosłupowy hełm wieży, poddana była odbudowie podjętej w latach 1959-1960, a zarazem obniżona o czym świadczy widoczny ślad po wschodniej stronie wieży. Kościół jest wzniesiony na planie prostokąta, orientowany, z kamienia i z cegły. Jednonawowy z węższym, prostokątnym prezbiterium i zakrystią. Od zachodu przylega do niego kwadratowa, kamienna wieża przykryta płaskim dachem.KDM (1)Korpus nawowy, prezbiterium i przybudówki zwieńczone są dachami dwuspadowymi. Od południa do wieży przylega XVII-wieczne, dwukondygnacyjne mauzoleum grobowe rodziny von Hoberck, pełniące funkcję kaplicy, ze sklepieniem krzyżowym wspartym na filarze centralnym. W podziemiach znajduje się krypta grobowa ze sklepieniami kolebkowymi, w której umiejscowione są trumny oraz kamienne sarkofagi. Wewnątrz kościoła zachowały się renesansowe, bogato zdobione rzeźbiarsko i polichromowane, ołtarz i ambona oraz barokowa, dekorowana ornamentem roślinnym loża kolatorska z przełomu XVII i XVIII wieku, która po wojnie została zamurowana. Loża kolatorska to określenie (kolator) pochodzące z łaciny i oznaczające darczyńcę, patrona kościoła, opiekuna lub fundatora.KDM (2)Kolatorami byli dawniej właściciele ziemscy z terenu parafii. Mieli między innymi prawo przedstawiania biskupowi kandydatów na beneficjentów przy kościele, mogli wewnątrz świątyni umieszczać tablice nagrobkowe i posiadać własne, wydzielone miejsce w trakcie nabożeństw – loże. Wewnątrz kościoła zachowały się również piaskowcowe płyty nagrobne Krzysztofa von Brauchitscha (rodzina Brzuchaczy) i jego żony Ewy von Brauchitsch z domu Bock, z około 1600 roku. Kościół otoczony jest murem ceglano – kamiennym. Na jego terenie znajduje się kilka kamiennych płyt nagrobnych, wiekowa studnia (czynna), a na elewacji kościoła kilka piaskowcowych okazałych płyt epitafijnych. W 1969 roku ksiądz Szafarski sprowadził relikwie i wizerunek św. Marii Dominiki Mazzarello, założycielki sióstr Salezjanek. Mówi się o niej jako o świętej Marii.KDM (3)Urodziła się 9 maja 1837 roku w Mornese, a zmarła 14 maja 1881 roku w Nizza Monferrato. Wychowywana była w głębokiej pobożności i niestrudzonej pracowitości, a to ściśle złączone było ze zmysłem praktycznym i zdrowym rozsądkiem. Cechy te uzewnętrzniły się także później, gdy była Przełożoną. Mając 15 lat zapisała się do Stowarzyszenia Córek Maryi Niepokalanej i rozpoczęła apostolat wśród dziewcząt. W wieku 27 lat zapada na tyfus. Choroba miała mocny oddźwięk duchowy – doświadczenie słabości fizycznej z jednej strony czyni głębszym zanurzenie w Bogu, a z drugiej strony popycha do otwarcia pracowni krawieckiej w celu nauczania dziewcząt zawodu, modlitwy i miłości do Boga. Dzięki intensywnemu uczestnictwu w sakramentach i pod mądrym i światłym przewodnictwem księdza Pestarino, czyni wielkie postępy w życiu duchowym.KDM (4)Podczas pierwszej wizyty księdza Jana Bosko w Mornese (1864 rok) miała powiedzieć: „Ksiądz Bosko to święty, a ja to czuję”. W 1872 roku ksiądz Bosko wybrał ją do zainicjowania Zgromadzenia Córek Maryi Wspomożycielki. Jako przełożona okazała się zdolną formatorką i mistrzynią życia duchowego, miała charyzmat radości pogodnej i zaraźliwej, promieniując radością i włączając kolejne dziewczęta w misję poświecenia się wychowaniu kobiet. Zgromadzenie rozwijało się szybko. W chwili śmierci zostawiła swoim Córkom tradycję wychowawczą całkowicie przenikniętą wartościami ewangelicznymi: poszukiwanie Boga poznawanego podczas katechezy i gorącą miłość, odpowiedzialność w pracy, szczerość i pokorę, surowość życia i radość z dawania siebie.KDM (5)Beatyfikowana została 20.11.1938 roku przez Piusa XI, kanonizowana 24.06.1951 roku przez Piusa XII. Jej szczątki spoczywają w Bazylice Maryi Wspomożycielki w Turynie. Wspomnienie liturgiczne w kościele katolickim obchodzone jest 14 maja, a zgromadzenie salezjańskie wspomina świętą 13 maja. Corocznie obchodzony jest tu odpust parafialny, na który zjeżdżają się siostry Salezjanki, Salezjanie i młodzież salezjańska. Po remoncie organów odbywają się koncerty organowe. Na koniec warto też wspomnieć o znajdującym się około 200 metrów na zachód od kościoła, między rozwidleniem szutrowych dróg a dawnym stawem, kamiennym obelisku poświęconym pamięci ofiar I wojny światowej. W sąsiedztwie kościoła znajdował się do niedawna drewniany budynek mieszkalny przypominający swym wyglądem średniowieczny szynk.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Kolumna Łez

przez , 14.cze.2014, w Historia

KŁ” … Tu zwolnij kroku wędrowcze i zatrzymaj się. Rozważ w sercu i myśli łzy, którymi zwilżyła córka dostojnego ojca Dorota Elżbieta Księżniczka Legnicy i Brzegu zaślubiona szczęśliwie dostojnemu Księciu z Nassau – Henrykowi. Podziwiaj pomnik ojcowskiej miłości, zapamiętaj to miejsce, które jest święte dla dostojnego Domu Piastów, święte dla Ciebie przechodniu, święte dla następnych pokoleń. Miejsce, gdzie Jerzy III, książę Legnicy i Brzegu na Śląsku, Jego Cesarsko-Królewskiej Mości tajny radca, podskarbi i najwyższy gubernator na obydwa Śląski – żyj szczęśliwie powiedział Jedynej, pobłogosławił Najukochańszą i pod opiekę dobrych aniołów, patronów podróżnych, pozwolił jej dnia 17 marca 1664 roku wyruszyć z ojczyzny do Dillenburga, żegnając się wzajemnie tysiącami uścisków, westchnień i życzeń. Uczcij i uszanuj ten stół będący świadkiem tej wielkiej szlachetności. Jedź dalej w zdrowiu i żyj szczęśliwie.KŁ (1)Taką oto inskrypcję widzimy na symbolicznej, granitowej księdze u stóp obelisku Kolumny Łez w Ulesiu koło Legnicy. Zabytkowy obelisk znajduje się w centrum wsi, przy drodze wylotowej do Lipiec i jest najstarszym na Śląsku wystawionym w miejscu publicznym nowożytnym pomnikiem o wyłącznie świeckim charakterze. Wzniesiony został w 1664 roku na polecenie księcia legnicko – brzeskiego Jerzego III (najstarszego syna księcia Brzeskiego, czołowego przywódcy protestantów śląskich) na pamiątkę rozstania z córką, wyjeżdżającą do Dillenburga w niemieckiej Hesji do nowo poślubionego małżonka, Henryka von Nassau-Dillenburg. Na obelisku zamieszczono inskrypcję po łacinie wzywającą przechodniów do chwili zadumy w miejscu, które Dorota Elżbieta zrosiła swymi łzami. Obiekt ten uznawano za na tyle istotny, że został zaznaczony na mapie księstwa legnickiego z 1736 roku wydanej przez oficynę Spadkobierców Homanna i do końca XIX wieku oznaczano jego położenie na kolejnych mapach okolic Legnicy.KŁ (2)Pod koniec XVIII wieku zaczął jednakże ulegać zniszczeniu, a miejscowa ludność i władze nie interesowały się jego losem. Odnowienia obelisku dokonano w 1858 roku oraz na początku XX wieku z inicjatywy Towarzystwa Historii i Starożytności z Legnicy, któremu wsparcia finansowego udzieliły władze Rejencji i powiatu ziemskiego w Legnicy, a także prywatny właściciel gruntu na którym znajdował się obelisk. Pierwotnie obelisk znajdował się na skraju wsi u wylotu gościńca, do centrum wsi został przeniesiony przy okazji renowacji. Wizerunek obelisku znajduje się w herbie gminy Miłkowice, stanowiąc nawiązanie do piastowskiej historii gminy. Ponowne prace konserwacyjne przy zabytku miały miejsce w 1995 roku na zlecenie Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Legnicy przywracając kolumnie dawny blask, niestety nie na długo. Obelisk będący cenną pamiątką piastowskiego Śląska w chwili obecnej ponownie niszczeje (obdrapana i trawiona przez kwaśne deszcze). Kolumna Łez wkrótce może zamienić się w Szlochającą Kolumnę.

Ciekawostki z Ulesia

Tajemnicze szczątki ludzkie zostały odkopane na obrzeżach Ulesia we wrześniu 2004 roku w trakcie remontowania linii kolejowej. Z małej żwirowni brano piasek i właśnie tam koparka wykopała kości. Szczątki pozbierano, sprawdzono, czy nie ma ich więcej i wysłano do badania. Okazały się nimi szkielety dwóch kobiet i czterech mężczyzn. Zakład Medycyny Sądowej we Wrocławiu określił ich wiek w przedziale od co najmniej 20 do nawet kilkuset lat. Wśród nich mogły się znajdować kości Azjatów, najprawdopodobniej Tatarów. Mogą to być szczątki pochodzące z 1241 roku, gdy doszło do bitwy pod Legnicą. Szkoda, że koparka zniszczyła to bardzo tajemnicze znalezisko, gdzie leżały te kości.

Wojownicy mongolscy byli soleni i zabierani na swoje ziemie albo chowano ich w kurhanach. Nic nie można powiedzieć o tym wykopalisku, bo nie zachowały się żadne przedmioty materialne. Mogą to być także szczątki jeńców czy robotników, którzy zostali zabici lub zmarli podczas działań wojennych. Prokuratura Rejonowa w Legnicy poinformowała Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Miłkowicach, że można zabrać te kości i je pochować, co nie okazało się takie proste. Jerzy Szachuniewicz, prezes Narodowego Centrum Kultury Tatarów w Polsce podjął się dalszej realizacji tego tematu, między innymi dokładnego sprawdzenia czy są to szczątki muzułmanów, a w przypadku potwierdzenia tego faktu, zajęcia się pochówkiem.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o tym jak król Bolesław u biedaka był kumem…

przez , 14.cze.2014, w Legendy

BolesławChrobryWieś Opolnica niedaleko Barda Śląskiego w powiecie ząbkowickim nosiła dawniej, już po 1945 roku, miano Chrobrówki. I szkoda, że nazwa została zmieniona, bo o niej to właśnie ludność okoliczna opowiada do dziś ciekawe podanie. W bardzo dawnych czasach do wsi tej przybył jakiś dziad wędrowny. A że wieczór zapadł, zaczął chodzić od chałupy do chałupy, prosząc o nocleg. Ale jak to zwykle bywa, przed biedakiem zawarły się drzwi bogatych i nikt nie chciał go ugościć. Przyjęto go dopiero w małej, biednej chałupce pod lasem. Było tu kilkoro drobnych dzieci, a matka ich leżała właśnie po połogu, tuląc niedawno urodzone niemowlę. Ojca rodziny, ubogiego drwala, nie było w domu, bo wyruszył na wieś szukać kuma dla swojego najmłodszego. Niebawem i on wrócił do domu, zniechęcony bezowocnymi poszukiwaniami, bo biedakowi nikt nie chciał wyświadczyć zaszczytu trzymania jego dziecka do chrztu.

- Cóż, musicie gdzieś spać – rzekł do dziada – zostańcie, znajdzie się i dla was miejsce w naszym ubóstwie. A może wy zgodzicie się za kuma mnie biedakowi, któremu już wszyscy odmówili?Ochotnie wam oddam tę przysługę – odparł wędrowiec. Jakoż nazajutrz odprawiono skromne chrzciny i nieznany dziad został kumem biednego drwala, po czym ugoszczony czym chata bogata, udał się w dalszą drogę. Nie minęło parę dni, gdy do wsi zawitał wspaniały orszak zbrojnych, na których czele, na dzielnym koniu jechał okazały mąż o pięknym, poważnym obliczu. Był to sam król Bolesław Chrobry. Najznaczniejsi we wsi kmiecie tłocząc się biegali go powitać, ale on minął ich obojętnie i pojechał wprost na skraj wsi do chałupy biednego drwala i tam z konia zeskoczył. Z niskim pokłonem wyszedł na powitanie władcy biedak.

Ale jakież było jego zdziwienie, gdy we wspaniale ubranym królu rozpoznał owego dziada wędrownego, swojego kuma. W istocie był to dobry monarcha, który w dziadowskim przebraniu chodził czasami po wsiach, aby dowiedzieć się, jak żyją jego poddani, jakie są ich troski i radości, a zwłaszcza jak żyją biedacy, których głosy tak rzadko docierały do stóp jego tronu przez usta bogatych i możnych. Radość i wesele zapanowały odtąd w chacie drwala. Skończyła się jego bieda. Królewski kum, poznawszy jego dobroć i uczynność, nadał mu sporo ziemi i rozkazał wybudować dla niego dostatnią zagrodę. Miejsce, gdzie stały te zabudowania, do dziś jeszcze pokazują ludzie we wsi. Całą wieś na pamiątkę tego zdarzenia nazwano na cześć dobrego króla Chrobrówką.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , więcej...

Stopień wodny w Pilchowicach

przez , 11.cze.2014, w Ciekawe miejsca

SWPDecyzję o budowie Zapory Pilchowice (Bobertalsperre Mauer, Talsperre Mauer, Mauertalsperre) podjęto po wielkiej powodzi, która to nawiedziła te tereny w lipcu 1897 roku. Kulminacja fali powodziowej na rzece Bóbr wynosiła 1200 m3/s. Decyzja o budowie Zapory Pilchowickiej zapadła 3 lipca 1900 roku i poprzedził ją zaledwie 2-letni okres przygotowawczy. Wybudowana została przez firmę B. Liebold & Co. AG Holzminden-Berlin pod kierownictwem Alberto Cucchiero, według projektu profesora Otto Intze oraz dr Curta Bachmanna. Pierwsze prace rozpoczęto w 1902 roku. Dwa lata później rozpoczęto drążenie kanału, który miał odprowadzać wodę z placu budowy. Kanał ma szerokość 9 m, wysokość 7 m, a jego długość wynosi 383 m. W odległości 152 m od wlotu znajduje się 45 metrowy szyb, w którym znajduje się betonowa śluza służąca do kontrolowania przepływu wody działająca do dziś.SWP (1)W latach 1904-1906 wykonano sztolnię obiegową, a w latach 1906-1908 przygotowano wyłomy pod fundament budowli. Kamień węgielny pod budowę zapory został położony 20 czerwca 1908 roku. Po wybudowaniu kanału stworzono przegrody znajdujące się za wlotem kanału i przed jego wylotem, dzięki czemu osuszono i przygotowano teren pod budowę. Przegroda przed wlotem kanału istnieje do tej pory, jednak znajduje się ona pod lustrem wody, stanowiąc barierę ochronną przed przenoszeniem cięższych kawałków skał po dnie oraz innych elementów mogących zagrozić zaporze. Korpus zapory posadowiony na rodzimych skałach, gnejsach i granitognejsach, stanowi mur z kamienia łamanego na zaprawie cementowo-tarasowo-wapiennej. Użyty do budowy kamień pochodził z miejscowych kamieniołomów zlokalizowanych na terenie lub w pobliżu terenu zajmowanego pod zbiornik.SWP (2)W 1909 roku wezbrane wody podtapiały dół fundamentów i część korpusu zapory. 16 listopada 1912 roku nastąpiło oficjalne otwarcie zapory przez cesarza Wilhelma II. Jest obecnie drugą co do wysokości, po Solinie, i druga co do czasu powstania zaporą w Polsce, a ponadto jest to najwyższa w Polsce zapora kamienna oraz łukowa. Wysokość zapory to 62 m, a długość jej korony to 280 m. W wyniku budowy zapory powstał zalew o powierzchni 240 ha i pojemności 50 mln m3. Poniżej zapory zbudowano elektrownię o mocy 7,5 MW złożoną z 6 turbozespołów. Jezioro Pilchowickie (zbiornik/jezioro zaporowe) ma długość 6 km. Podstawowym celem Jeziora Pilchowickiego jest działanie przeciwpowodziowe (retencyjne) i produkcja energii elektrycznej. Głębokość zbiornika waha się między 40 a 47 metrów. Nad jeziorem w 1909 r. firma B. Liebold & Co AG Holzminden wybudowała kosztem 260.000 marek most kolejowy o długości 131,7 metrów. Most ten, wysadzony w powietrze w maju 1945 roku, został odbudowany i oddany ponownie do użytku w listopadzie 1946 roku.SWP (3)Dane techniczne obiektu (pochodzące od administratora)
Zapora ciężka kamienno-betonowa: wysokość całkowita 62 m, wysokość od powierzchni terenu 45 m, długość w koronie 280 m, szerokość korony 7,5 m, szerokość u podstawy 50 m, kubatura muru 260.000 m3.
Urządzenia zrzutowe: przelew powierzchniowy o długości 87 m, sztolnia obiegowa o długości 383 m z trzema zasuwami o średnicy 1,5 m, dwa upusty denne o średnicy 1,5 m.
Elektrownia: w elektrowni zainstalowanych jest 6 turbozespołów z turbinami Francisa, z czego 4 o mocy zainstalowanej 1240 kW z turbinami na spad 23 m; jeden o mocy zainstalowanej 2480 kW z turbiną na spad 35 m; jeden o mocy zainstalowanej 145 kW z turbiną na spad 23 m.

Łączna moc zainstalowanej elektrowni to 7585 kW.
Turbiny i generatory są firmy J.M. Voith-Heidenheim.
Generatory firmy Siemens Schuckert Werke, Allgemaine Elektricitats Geselschaft oraz Zakładów M-1 (turbozespół numer 6).
Zbiornik powodziowo – energetyczny: całkowita pojemność 50 mln m3, rezerwa powodziowa 26 mln m3, pojemność energetyczna 16 mln m3, pojemność martwa 8 mln m3, powierzchnia 240 ha, długość 6 km.

 

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia Gozdnica

przez , 09.cze.2014, w Pod ziemią

SGMiędzy wsiami Gozdno (Herrmannswaldau) i Kondratów (Konradswaldau) znajduje się mały masyw górski składający się z czterech charakterystycznych wzniesień – Gozdnicy 455 m n.p.m., Międzydroża 460 m n.p.m., Jastrzębnika 468 m n.p.m. i Pustelnika 440 m n.p.m. Przez teren tych wzgórz (na północ od góry Pustelnik, a na południe od Międzydroża i Jastrzębnika) przebiega szlak „Wygasłych Wulkanów”. Mało kto wie co skrywa w sobie góra Gozdnica (Tannhubel). Otóż jesienią 2013 roku udało się na jej zboczach zlokalizować zawalone wejście do sztolni. Podjęte prace powierzchniowe doprowadziły do odgruzowania jej wlotu, a następnie eksploracji jej wnętrza.SG (1)We wstępnej fazie prac wykonano „rowek”, mający na celu udrożnienie grawitacyjnego odpływu wody z wnętrza sztolni, w której poziom wody sięgał miejscami do 1,5 m głębokości. Następnie przystąpiono do jej eksploracji. Sztolnia, prawdopodobnie drążona za rudami takich metali jak miedź, srebro, złoto, a być może i uranem, okazała się prostym wyrobiskiem o łącznej długości dostępnych chodników – 245 metrów, w tym prosty, główny chodnik – 230 m (gdzie na jego 210 metrze wydrążono szyb w spągu) i boczny chodnik, 15-metrowy, zakończony zawałem, najwyraźniej szybu wyprowadzającego na powierzchnię. Wewnątrz sztolni, na spągu, odnaleziono pozostałości torowiska kolejki, z drewnianymi podkładami i szynami.SG (2)Sztolnia posiada miejscami obudowę drewnianą. W jej końcowym odcinku uwidacznia się spora infiltracja górotworu przez wodę (spękania), czego świadectwem mogą być chociażby liczne nacieki mineralne. Najprawdopodobniej jej powstanie wiąże się z dawnym, XVIII-XIX-wiecznym poszukiwaniem rud metali kolorowych. Wokół sztolni nie ma żadnych śladów pozostałości dawnego górnictwa, na przykład hałd skały płonnej, co może sugerować, że eksploatowane złoże rud metali było na tyle bogate, iż wydobytą rudę na bieżąco transportowano do miejsca jej wytopu. Na chwilę obecną „Sztolnia Gozdnica” w dalszym ciągu jest badana.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o zatopionym zamku nad Baryczą…

przez , 07.cze.2014, w Legendy

DolinaBaryczyDzikie i nieprzebyte były lasy i bagna w dolinie Baryczy, w powiecie milickim. Wiele też czasu upłynęło, zanim okolice te zaczęły się zaludniać. Jednym z pierwszych panów w tych stronach był ponoć możny książę Sapieha. Wzniósł on tutaj potężne zamczysko, a granice swych włości kazał oznaczyć i zabezpieczyć przed wylewami rzeki szeregiem zasadzonych dębów. Drzewa te, potężne i rosłe, po wielu jeszcze stuleciach pokazywali przybyszom okoliczni chłopi. W Cieszkowie, w krypcie miejscowego kościoła p.w. Wniebowstąpienia NMP, pokazywano też zasuszone zwłoki niewiasty przybrane w szczątki starego, wspaniałego stroju.

Miała to być właśnie księżna Sapieżyna, fundatorka kościoła w 1753 roku, dawna pani tych ziem. Żadne dokumenty nie przechowały wiadomości, gdzie stał ów stary zamek Sapiehów. Tylko starzy ludzie opowiadali, że zamek ten stał niedaleko Kraśnic, na miejscu, gdzie rozciąga się jeden z licznych stawów doliny Baryczy zwany Przystanią. I rzeczywiście na okolicznych polach znajdowało się  wiele kamieni, jakby ze zburzonych murów, a nie opodal rosło kilka potężnych dębów o obwodzie 30 stóp. Kiedy i w jaki sposób zamek uległ zagładzie, nie wiadomo.

Wody stawu kryją jego tajemnicę. Tylko czasami ukazuje się tam widmo dziewczyny w białych szatach, może ukochanej lub żony księcia. Ze smutkiem spogląda ona po okolicy, jakby wspominając czasy, gdy miejsce to tętniło życiem i gwarem, gdy w jasno oświetlonych salach zamku ucztowano wesoło, a na dziedzińcu zamkowym dzielni rycerze stawali w szranki podczas turniejów i zabaw. Niekiedy pojawia się tez postać młodego myśliwego i obie zjawy skąpane w księżycowej poświacie przechadzają się z wolna nad stawem, który kryje ich tajemnicę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

20. Mistrzostwa Polski w Technikach Jaskiniowych

przez , 04.cze.2014, w Galimatias

20TJ31 maja 2014 roku w nieczynnym kamieniołomie „Gruszka” w Wojcieszowie odbyły się 20. Mistrzostwa Polski w Technikach Jaskiniowych „Złoty Karabinek”. Równocześnie zostały rozegrane towarzyskie otwarte zawody wspinaczkowe na sztucznej ściance. Organizatorem był Speleoklub „Bobry” z Żagania, który posiada tam swoją bazę „Dziuśkowa Chata”. Wielu uczestników corocznie zjeżdża się z całej Polski. Przygotowania do imprezy rozpoczęły się już dzień wcześniej, kiedy to uczestnicy zostali zakwaterowani, został rozegrany mecz piłki nożnej pomiędzy drużyną grotołazów, a drużyną z Wojcieszowa (wynik 6:6) oraz prezentacja filmów z ubiegłorocznych mistrzostw zakończona prelekcją.20TJ1W dniu następnym, po potwierdzeniu i rejestracji zawodników oraz osób niestartujących w zawodach, nastąpiła odprawa przed startem – omówienie trasy, zadań, zapoznanie z regulaminem oraz losowanie list startowych. Oficjalne otwarcie zawodów nastąpiło o godzinie 10.00. W mistrzostwach wzięło udział 35 zawodników, w tym 11 pań. Tegoroczne zawody miały nową, zmodernizowaną formułę. Zawodnicy rywalizując o tytuł Mistrza Polski w Technikach Jaskiniowych konkurowali w autoratownictwie, w którym to musieli poradzić sobie z 76-kilogramowym manekinem „Januszem”, wspinali się pokonując odcinki linowe po skosie tak zwaną tyrolką, zjeżdżali na linie przez oponę i na koniec przechodzili przez zaciski, meander, który na potrzeby tegorocznych zawodów został wybudowany na nowo przez organizatorów.20TJ2Nie obyło się bez dyskwalifikacji kilku zawodników, między innymi z powodu błędów technicznych i nie zmieszczenia się w regulaminowym limicie czasowym. Do finału zakwalifikowało się 9 osób, które na koniec musiały zmierzyć się ze sprintem na linie. Zawody zakończyły się klasyfikacją generalną, ogłoszeniem wyników i wręczeniem nagród. W tym roku triumfowali: Kobiety – 1 miejsce Izabela Włosek (Speleoklub Dąbrowa Górnicza), 2 miejsce Agnieszka Włosek (Speleoklub Dąbrowa Górnicza), 3 miejsce Magdalena Rembecka (Speleoklub Dąbrowa Górnicza).20TJ3Mężczyźni – 1 miejsce Michał Macioszczyk (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego), 2 miejsce Paweł Tomaszewski (Sopocki Klub Taternictwa Jaskiniowego), 3 miejsce Krzysztof Zabłotny (Wrocławski Klub Wysokogórski). Michał Macioszczyk po raz trzeci zajął 1 miejsce. Mistrzostwa rejestrowało 5 kamer HD, rozmieszczonych w różnych punktach. Dla dzieci zorganizowano warsztaty artystyczne oraz zjazd na linie – popularną tyrolkę, dla dorosłych między innymi rzut kulą i małą strzelnicę. Na miejscu była dostępna gastronomia, można również było zakupić sprzęt wspinaczkowy oraz literaturę – książki i czasopisma o tematyce wspinaczkowej, górskiej oraz pamiątkowe t-shirty w cenie 20 zł.20TJ5Po zawodach odbyła się impreza integracyjna z atrakcją w postaci „tańca na rurze”. Pogoda dopisała, a sama impreza była dobrze zorganizowana i udana. Odwiedziło ją kilkaset osób. Partnerami mistrzostw byli między innymi: Polski Związek Alpinizmu, Komisja Taternictwa Jaskiniowego PZA, Wałbrzyski Klub Górski i Jaskiniowy oraz Gmina Wojcieszów. W ubiegłym roku na podium znaleźli się: kobiety – 1 miejsce Paulina Piechowiak (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego), 2 miejsce Agnieszka Włosek, 3 miejsce Magdalena Rembecka – obie panie ze Speleoklubu Dąbrowa Górnicza; mężczyźni – 1 miejsce Michał Macioszczyk (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego), 2 miejsce Bartłomiej Juroszek (Klub Alpinistyczny przy Grupie Beskidzkiej GOPR), 3 miejsce Paweł Tomaszewski (Sopocki Klub Taternictwa Jaskiniowego).

 

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Pałac w Żelaznym Moście

przez , 31.maj.2014, w Zabytki

ŻM PałacŻelazny Most (Eisemost) to wieś wzmiankowana już w 1315 roku. Jej nazwa wywodzi się bądź od źle przetłumaczonej nazwy niemieckiej – Eisemost, która to sama w sobie nic nie oznacza, bądź od nieistniejącego, trudnego do zlokalizowania dziś mostu z rudy darniowej. Od XVII wieku przeszła na własność Andrzeja Kłobuczyńskiego i jego potomków do połowy XIX wieku. W 2 połowie XVIII wieku rodzina Kłobuczyńskich wznosi we wsi barokowy pałac u podnóża ciekawych morenowych wzniesień porośniętych lasem. Pod koniec XIX wieku od południa założono malowniczy park krajobrazowy. Pałac remontowany był na początku XX wieku. Był budynkiem prostokątnym, murowanym z cegły, z wkładkami dużych kamieni polnych, dwutraktowym i dwukondygnacyjnym, nakryty czterospadowym dachem łamanym. Całość posiadała rozległe podpiwniczenia. Narożniki elewacji zewnętrznej akcentowane były zdwojonymi pilastrami.ŻM Pałac (1)Od północy i południa na I piętrze, nad wejściami, posiadał wypusty balkonowe dekorowane piaskowcami. Od południowej strony, między pałacem a parkiem, zachowały się pozostałości piaskowcowej fontanny. Podczas II wojny światowej pałac uległ sporym zniszczeniom, nie mniej jednak częściowo nadawał się do użytku i był wykorzystywany przez miejscową spółdzielnię rolną jako magazyn zboża. W kolejnych latach został wyremontowany i umiejscowiono w jego wnętrzach przedszkole. Definitywnie został opuszczony w 1971 roku i od tego czasu popada w coraz większą ruinę, podobnie jak sąsiednie zabudowania gospodarcze. Podobnie stało się z mauzoleum grobowym rodziny Kłobuczyńskich, które zlokalizowane było na pobliskim wzgórzu.ŻM Pałac (2)W przypałacowym parku jak i drodze prowadzącej na wzgórza odnaleźć można okazałe kasztanowce i dęby, a w samym parku studnię – ujęcie wody. Andrzej Kłobuczyński został pochowany na cmentarzu przykościelnym kościoła p.w. św. Barbary w Żelaznym Moście (pierwotny kościół z XIV wieku został rozebrany, a obecny ufundowany właśnie przez Andrzeja Kłobuczyńskiego w 1664 roku), jak i jego potomkowie: syn Karol Andrzej (zm. 1756 rok), wnuk Maksymilian Ferdynand (zm. 1779 rok) i prawnuk Karol Maksymilian (zm. 1822 rok). Niestety brak jest ich pomników nagrobnych. Pałac, a w zasadzie resztki jego murów, ogrodzony jest siatką i grozi w każdej chwili zawaleniem, podobnie jak przypałacowe budynki gospodarcze. Można mu chwili obecnej nadać status stałej ruiny.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Dwór w Rynarciczkach

przez , 24.maj.2014, w Historia

DRRynarcice niegdyś posiadały swój przysiółek zwany Małymi Rynarcicami (Rynarciczki) na wzgórzach w kierunku Żelaznego Mostu. Zlokalizowany był tam majątek-folwark z dworem stanowiącym siedzibę właściciela majątku. Pierwsza wzmianka o Rynarcicach pochodzi z lat 1317 – 1319. Etymologia nazwy wsi wywodzi się od nazwy patronimicznej, od imienia Reinhard. Dawne nazwy to Reynhartsdorf (1359 rok), Rinnersdorf Klein (1789 rok) i Klein Rinnersdorf do 1945 roku, a po II wojnie światowej – Rynarciczki. Na teren majątku wprowadzała brama wjazdowa, a całość w znacznej części była otoczona kamiennym murem. W jego skład wchodził dwór, budynki gospodarcze, ogród, staw oraz założony park naturalistyczny (mający pełnić funkcję małego parku krajobrazowego), w którym na wzgórzu umiejscowiono mauzoleum grobowe rodziny Dittrich i Gebhardt.DR (1)W XVIII wieku dobra te należały do rodziny von Opeer, w 1789 roku do Martin, w 1845 roku są spuścizną po majorze von Zieten, w 1876 roku do Alwina Lanego, w 1886 roku do Elisa Alexandra Katza, w 1891 roku do Wilhelma Zenkera. Ostatnim właścicielem majątku był Paul Gebhardt urodzony w 1888 roku w Stanach Zjednoczonych, jednakże formalną właścicielką była jego żona Else Gebhardt z domu Dittrich. W 1894 roku majątek nabywa Georg Dittrich i pozostaje on w rękach tej rodziny do wybuchu II wojny światowej. W 1930 roku przejęła go wdowa po Georgu – Helena, a po niej zaś ich córka Else Gebhardt. Po wojnie dwór użytkowany był do 1975 roku. Miano w nim założyć szkołę rolniczą jednakże planów tych nie zrealizowano, a dwór i budynki gospodarcze zostały rozebrane, pozostając w ruinie.DR (2)W chwili obecnej odnaleźć można jedynie bramę wjazdową z resztkami okalającego niegdyś majątek muru, betonowe schody wprowadzające do dworu, pozostałości budynku gospodarczego o długości około 50 metrów mieszczącego dawniej stajnie i pomieszczenia magazynowe na poddaszu. Na tyłach majątku zachowały się ślady po ogrodzie i istniejącym tu kiedyś stawie. Park w otoczeniu pozostałości dworu posiada kilka okazałych dębów, nie mniej jednak jest zdewastowany i zaniedbany w wyniku niekontrolowanej dziś wycinki drzew. W jego kulminacyjnym punkcie, na wzgórzu, założono mauzoleum grobowe na planie koła rodzin Dittrich i Gebhardt, obecnie zdewastowane. Zachowała się jedynie uszkodzona granitowa płyta nagrobna Georga Dittricha oraz wykończone cegłą cztery puste komory grobowe. Do pozostałości majątku z drogi Rynarcice – Żelazny Most kieruje znak „Żelazny Most 45″, w szutrową drogę biegnącą pod górę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Krucze Skały w Jerzmanicach

przez , 10.maj.2014, w Ciekawe miejsca

Krucze SkałyNa południowy-zachód od Złotoryi znajdują się Jerzmanice Zdrój. Tuż przed torami kolejowymi warto skręcić w prawo by zobaczyć okazałą formację skalną zwaną Kruczymi Skałami. Znajduje się ona na przeciwko niszczejącego budynku stacji kolejowej, która została otwarta w 1895 r. Pod skały doprowadza wygodna droga szutrowa. Krucze Skały są skalnymi ścianami osiągającymi wysokość 30 m, zbudowanymi z górnokredowych (91-88 mln lat) piaskowców średnio- i gruboziarnistych osadzonych na dnie płytkiego, przybrzeżnego morza w turonie. Okruchy skalne zostały przyniesione przez wody rzeczne z niszczonego lądu wyspy wschodnio-sudeckiej i usypane w formie języka piaskowcowego. Piaskowce w górnej partii skał przechodzą we wkładki zlepieńców, barwy jasnoszarej i żółtej. Składają się one głównie z okruchów kwarcu, łupków krzemionkowych i porfirów.Krucze Skały (2)Są zlepione słabym spoiwem krzemionkowo – ilastym. Skały te są gruboławicowe, a ze względu na to, że występuje w nich oddzielność blokowa nazwano je piaskowcami ciosowymi. Posiadają one ubogą faunę, rzadko można w nich znaleźć ośrodki małżów, m.in. Exogyra columba, Inoceramus hercynicus, Inoceramus labiatus, Pecten cretacea oraz jeżowców z gatunku Catopygus amygdalus. Dolna, gładka część ścian jest efektem działalności kamieniołomu, który istniał już w XVI w. W XVII w. bloków piaskowca stąd pochodzącego użyto przy przebudowach ratusza i kościoła św. Elżbiety we Wrocławiu. Kamieniołom działał do początków XX w. W górnej części skał, fantastycznie ukształtowanych przez naturę występują efektowne półki, szczeliny, grzyby, kazalnice i baszty skalne. Dwie z nich przyrównuje się do postaci ludzkich. U podnóża skał znajduje się Skalne Źródełko ( Felsen Quelle) z XIII wieku, zwane też źródełkiem św. Jadwigi, obudowane pod koniec XIX w. klasycystycznym marmurowym portalem z dwiema kolumnami.Krucze Skały (1)Na kulminację Kruczych Skał wprowadzają metalowe, a dalej wykute w skale schodki. Z góry roztacza się panorama na Jerzmanice oraz Wilczą Górę. Podczas funkcjonowania uzdrowiska w Jerzmanicach w obrębie Kruczych Skał utworzono szereg alejek spacerowych i punktów widokowych stanowiących świetne miejsce do wypoczynku. Same Krucze Skały są natomiast doskonałym miejscem do uprawiania wspinaczki. Znajdujące się na ścianie rysy skalne (szczeliny ciosowe) uważane są za najdłuższe i najpiękniejsze rysy w Polsce. Wzdłuż kilku z nich wytyczono trasy wspinaczkowe zaopatrzone w stałe punkty asekuracyjne. Krucze Skały chronione są jako pomnik przyrody nieożywionej. Wiąże się z nimi także kilka legend. Jedna z nich głosi, że podczas wojny 30-letniej, w 1633 r. pewna kobieta ze swym niemowlęciem rzuciła się ze skał w przepaść, nie mogąc uciec przed prześladującymi ją żołnierzami Wallensteina.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Czerwony Kościół

przez , 30.kwi.2014, w Zabytki

Pałac 1881 rokCzerwony Kościół (Rothkirch) to niewielka wieś oddalona o 12 km od Legnicy. Wzmiankowana była po raz pierwszy w 1302 roku. Kolejna wzmianka o miejscowości pochodzi z 1315 roku kiedy to Bolesław III nadał rycerzowi Woysicusowi patronat nad tamtejszym kościołem, a następna została zanotowana w 1316 roku i ma ona ścisły związek z rodziną von Rothkirch, będących właścicielami wsi, co zostało udokumentowane już w 1370 roku. Rodzina ta pochodziła z tyrolskiego, zwała się kiedyś Tauer i przybyła na Śląsk w 1186 roku z Jadwigą z Meranu, gdy została ona żoną księcia Henryka I. Osiedliwszy się w Czerwonym Kościele przybrali nazwisko Rothkirchów. W 1374 roku Gunzel von Rothkirch sprzedaje wieś von Schllendorfowi. Kolejnymi właścicielami Czerwonego Kościoła są rody von Lessota und Stelbau, von Falkenhayn, von Festenberg-Packisch.CK1We wsi znajduje się wczesnogotycki kościół filialny p.w. Narodzenia NMP wzniesiony około 1300 roku. Świątynia jest budowlą orientowaną, jednonawową, wybudowaną z kamienia łamanego i cegły. Do nawy od wschodu przylega kwadratowe prezbiterium zamknięte poligonalna absydą. Całość nakryta jest sklepieniem krzyżowym, absyda sklepieniem klasztornym. Na ścianie prezbiterium znajduje się przyścienne sakramentarium, w narożniku kamienna służka z kielichową głowicą. W nawie zobaczyć można sześć całopostaciowych renesansowych piaskowcowych płyt nagrobnych z XVII wieku. Przed ołtarzem w podłodze znajdują się krypty grobowe. Ołtarz, ambona i chrzcielnica barokowe. Nad wejściem dwupoziomowe drewniane empory.CK2Kościół nie posiada organów (prospektu organowego). Świątynia przebudowywana była w latach 1697 i 1718 i wówczas przebudowano ją na barokową (dobudowano drewnianą wieżyczkę), następnie restaurowana w XIX wieku. Była w posiadaniu ewangelików. W murze otaczającym kościół jak i na jego elewacji znajduje się duża ilość wmurowanych kamiennych płyt i epitafiów nagrobnych z XVI-XVII wieku. Niegdyś wokół kościoła znajdował się przykościelny cmentarz. Przy kościelnym murze znajduje się mauzoleum poświęcone pamięci żołnierzy poległych w I wojnie światowej pochodzących z Czerwonego Kościoła, Goślinowa, Pawłowic i Smokowic z wmurowaną płytą, na której są wymienieni.CK3Mauzoleum w chwili obecnej jest remontowane. Kolejnym interesującym zabytkiem Czerwonego Kościoła jest późnoklasycystyczny zespół pałacowy wraz z przyległym parkiem i stawem. Pałac został wniesiony dla Carla Hansa Ernsta von Rothkirsch und Panthen w 1794 roku na miejscu starszego założenia. Jest budowlą neoklasycystyczną wzniesioną według projektu Carla Gottharda Langhansa, założoną na planie prostokąta, trzytraktową i dwukondygnacyjną, nakrytą dachem mansardowym (dachówka). Elewacje są akcentowane ryzalitami, w środkowej części kolumnowy portyk. Wewnątrz znajduje się owalna sala balowa zdobiona niegdyś dekoracją klasycystyczną.CK4Pod całym pałacem znajdują się rozległe podziemia obudowane cegła, ze sklepieniami kolebkowo – krzyżowymi, obecnie w większości odrestaurowane. Zarówno frontowa, jak i tylna elewacja północno-zachodnia są niesymetryczne. Od wschodu zdobią je dwa masywne ryzality. Zachodnia część budynku posiada po środku dodatkowe wejście w poligonalnej dobudówce. Całość budynku kryje z podwójnymi lukarnami. Częściowo był przebudowywany na przełomie XIX i XX wieku oraz po wojnie od 1982 do 1987 roku. Pałac wraz z przylegającym rodzinnym majątkiem odkupuje Hans Sigismund von Rothkirch und Panthen 16 lipca 1776 roku i pozostaje on w rękach tej rodziny do 1945 roku.CK5Jego wnuk, który został baronem w 1839 roku za zgodą cesarza utworzył Ordynację Rothkirchów w myśl, której majątek przechodził bez podziału na najstarszego potomka rodu. Ostatnim właścicielem majątku był Hans Joachim von Rothkirch und Trach. Na przypałacowym terenie znajduje się kilka budynków gospodarczych, między innymi dawna stajnia (obecnie adaptowana na budynek mieszkalny), oficyna mieszkalna. Od zachodu do pałacu przylega park otoczony częściowo murem, a od wschodu staw z drewnianym pomostem. Budynek pałacu usytuowany jest prawie w centrum parku. Kształt parku w rzucie jest nieregularny ograniczony drogami dojazdowymi i gruntami uprawnymi. Zajmuje powierzchnię 2,8 ha. Obecnie trudno dostrzec jego pierwotny układ przestrzenny.CK6Za pałacem dawna polana została przekształcona w ogród warzywny, a z parku pozostało kilka egzemplarzy bardzo pięknych i starych drzew. Pomiędzy pałacem a stawem rośnie okazały platan – pomnik przyrody. Od 1945 roku zarówno pałac i park należały do PGR-u. Pomieszczenia pałacu były częściowo wykorzystywane jako mieszkania dla pracowników. Obecnie pałac stanowi własność prywatną, jest remontowany a zwiedzanie wymaga zgody właściciela. Na koniec pragniemy serdecznie podziękować uprzejmemu panu kościelnemu, który otworzył nam kościół i zdradził kilka interesujących faktów z jego historii oraz panu, żartobliwie określającego się „kustoszem” za oprowadzenie po pałacowych wnętrzach.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , więcej...

Mityczna „Szczelina Jeleniogórska” (2)

przez , 30.kwi.2014, w Skarby

Szczelina JeleniogórskaMieczysław Bojko o „Szczelinie”…

Aby ukazać pełny i rzetelny obraz tej barwnej i dramatycznej historii, należałoby się cofnąć do pierwszych lat powojennych. W miejscowości Pilchowice był posterunek wojskowo-policyjny, do którego zgłosił się pewien Niemiec – autochton. Był to gajowy działający na tym terenie, który w ten sposób chciał zaakcentować swoją lojalność wobec polskich władz, a co za tym idzie, pozostać na swym stanowisku pracy jak najdłużej. Mimo że był fachowcem, jako Niemiec obawiał się utraty stanowiska wobec napływającej coraz szerzej na te tereny kadry fachowców z centralnej Polski.

Obszar leśny, na którym działał gajowy, to tereny usiane niezliczonymi dolinami, głębokimi wąwozami i wysokimi wzgórzami z wystającymi zrębami skalnymi. Wszystko to po dziś dzień porastają gęste, trudno dostępne górskie lasy. Tak bogaty i zróżnicowany teren tylko on, jako gospodarz, dobrze znał. Praca jego polegała na codziennym kontrolowaniu tego obszaru. W pierwszych latach po wojnie ludność napływowa bardzo ostrożnie zapuszczała się w te dzikie leśne ostępy.

Przybywszy na wspomniany posterunek, Niemiec ów zaczął od tego, iż jego babka była Polką z Pomorza, a on umie po polsku. Podkreślał, że pomagał jeńcom rosyjskim w Maciejowcu i chciałby, aby go uważano za osobę lojalną wobec nowej władzy. Dlatego pragnie przekazać ważną  informację. Gdy obchodził jeden z kwartałów leśnych, zaobserwował na zboczu kręcące się intensywnie lisy, które sprawiały wrażenie, jakby czegoś szukały, grzebiąc pomiędzy kamieniami. Widząc to któryś raz z kolei, postanowił sprawdzić to miejsce. Gdy zszedł w dół po stromym zboczu, znalazł się na świeżo rozrzuconym gołoborzu skalnym. Okazało się, że lisy wygrzebywały spod kamieni ludzkie zwłoki, obgryzając resztki, które jeszcze nie uległy rozkładowi. Opisał dokładnie to miejsce rozmówcy, deklarując przy tym, że zaprowadzi tam milicjantów.

Plutonowy Zenon N. spisał notatkę (raport) i poinformował Niemca, że jest w tej chwili sam, ale jeszcze dziś jedzie do powiatu, do Jeleniej Góry, tam wszystko przekaże. Gajowemu polecił, aby ten rozejrzał się jeszcze raz na zboczu, może uda mu się coś więcej zauważyć. Z Niemcem umówił się na następny dzień w godzinach rannych.

Sumienny Niemiec zjawił się punktualnie i zreferował dokładnie, co tam zastał i co zobaczył. Oznajmił, że dużo jest kości porozwlekanych po terenie gołoborza. Przy szczątkach ludzkich zauważył strzępki czarnych mundurów, buty wojskowe i kilka hełmów SS. Plutonowy Zenon rozeźlił się na Niemca: „Z czym ty do mnie przychodzisz, chcesz, żeby mnie w powiecie palcami wytykali, przecież to esesmani, zasłużyli na taki los. Niech szczątki lisy rozwłóczą, a ty morda w kubeł i nikomu ani mru mru. Więcej do mnie z takimi sprawami nie przychodź!”

Minęły lata. Gajowy pozostał na swoim miejscu z racji praktyki i swej wiedzy, a nawet parę razy pełnił krótko funkcję leśniczego. Były lata pięćdziesiąte, przyszedł nowo mianowany leśniczy po kursach i różnych szkoleniach z terenów Lubelszczyzny. Był to dobry i uczciwy człowiek. Zauważył to gajowy i nabrał zaufania do przełożonego. Któregoś dnia, podczas wspólnych wędrówek po rozległych terenach leśnictwa, znaleźli się w tym wcześniej wspomnianym miejscu. Gajowy zdecydował się przekazać leśniczemu swoją  tajemnicę: „Tu właśnie, w tym miejscu, pod zwałami skał leżą esesmani, zabroniono mi komukolwiek o tym mówić. Jestem już stary i muszę komuś wiarygodnemu to przekazać”. Leśniczy zaniemówił z wrażenia.

Minęły kolejne lata, gajowy odszedł. Któregoś razu leśniczy J., któremu gajowy powierzył swój sekret, polował zimą akurat niedaleko tego tajemniczego miejsca. Strzelał do młodego koziołka, którego ranił dość poważnie; ranne zwierzę zaczęło wspinać się w górę zbocza pomiędzy poszarpanymi skałami. Było to akurat nad tym zwaliskiem skalnym, o którym wspominał autochton. Górna część tego gołoborza wyglądała jak korona obszernego wyrobiska. Ranny zwierzak, chcąc się schować między skałami przed myśliwym i jego psem, nagle gdzieś znikł. Leśniczy pomyślał, iż zwierzak z upływu krwi padł gdzieś, nawet pies zatrzymał się w jednym miejscu i jakoś dziwnie szczekał. Gdy doszedł po śladach w to miejsce, ujrzał psa szczekającego w stronę jakiejś rozpadliny skalnej. Okazało się, iż gdzieś tam głęboko wpadł koziołek. Leśniczy stwierdził, że dziwne to miejsce, okupione ludzką krwią, nawet zwierzyny nie udaje się tu upolować. Postanowił je omijać i nikomu o tym nie wspominać.

Znów minęło wiele lat. Był koniec lat siedemdziesiątych, przypadek zrządził, iż pożar strawił pewne połacie lasu. Po udanej akcji gaśniczej jeden z milicjantów z miasteczka Lubomierz udał się do leśniczego celem spisania protokołu zajścia i strat, jako że część leśnictwa pana J. znajdowała się na terenach administracyjnych Lubomierza.

Kilkakrotnie przyjeżdżając do leśniczówki, Adam O. zaprzyjaźnił się z leśniczym. Podczas tych spotkań zwierzył mu się, iż poza służbą w milicji ma pasję poszukiwawczą, szuka skarbów ukrytych przez Niemców. Na razie chodzi po lesie z metalowym prętem, ale jego marzeniem jest detektor, który zamierza w niedalekiej przyszłości kupić.

Podczas któregoś kolejnego zakrapianego spotkania u leśniczego, po którym to Adaś O. służbową WSK-ą nie mógł trafić do domu, leśniczy obiecał wyjawić mu swój sekret i pokazać owo tajemnicze miejsce w lesie. Nazajutrz po służbie Adam O. spotkał się z bratem Jackiem O. i opowiedział mu wydarzenia z poprzedniego dnia. Postanowili, iż w najbliższą niedzielę wybiorą się z wizytą do leśniczego i tak zrobili. Wczesnym rankiem pojechali motorem do leśniczówki. Leśniczy J. doskonale pamiętał, co obiecał po pijanemu, i dotrzymał słowa. Pokazał im zbocze, a także rozpadlinę, w której gdzieś tam na dnie leżały resztki pechowego koziołka. Adam z Jackiem mieli liny i latarki, postanowili zejść na dół. Pierwszy zszedł Jacek, młodszy, sprawniejszy i odwagi też mu nie brakowało. Był to wąski szybik, prawdopodobnie wentylacyjny, przygotowany w jakimś określonym celu. Szybik ten był podmurowywany cegłą, w niektórych miejscach wewnątrz tworząc rodzaj komina. Od góry przykryto go drewnianymi kołkami, które zdążyły już po części zgnić. Całość zamaskowano drobnym i grubszym rumoszem skalnym. Sam wylot, wciśnięty przy samych skałach, po zamaskowaniu tworzył idealną naturalną całość. Szybik był głęboki na siedem do ośmiu metrów. Z samego dna szybiku prowadził  poziomo wąski otwór, lekko wznosząc się ku górze, ale przejście to było w dalszej części zagruzowane. Była to przeszkoda nie na ich siły, przynajmniej na razie.

Postanowili przygotować się technicznie, a także zasięgnąć opinii wśród znajomych i przyjaciół. Między innymi pomógł im wówczas major WOP z Gryfowa, który przywiózł minikamerę do gastroskopii, wówczas bardzo nowoczesne urządzenie szpitalne. Jednak nie uzyskano pożądanego efektu i nie udało się zajrzeć poza zawał, ponieważ urządzenie było za krótkie. Eksploratorom nie pozostało nic innego jak odgruzowywać przejście kamień po kamieniu. Była to mozolna i wyczerpująca praca, gdyż w tuneliku brakowało miejsca. Pracę wykonywano na leżąco, co chwilę świecąc w szpary między kamieniami w nadziei, że to już upragniony koniec zawału. Prace kontynuowali przez kilka kolejnych dni, bez udziału leśniczego. W końcowej fazie wycofał się też wopista Krzysztof S.

Któregoś dnia w szczelinach pomiędzy kamieniami udało się dojrzeć coś w świetle latarki. Były to jakieś przedmioty, ale trudno było określić, co tam się znajdowało. Fakt ten jeszcze bardziej zmobilizował Adama i Jacka, którzy usunęli resztki przeszkody w wąskim tuneliku. W świetle latarek ujrzeli dość spore pomieszczenie wykute w solidnej skale. Wylot tunelu wchodził do pomieszczenia na wysokości około 1,30 m powyżej dna komnaty w prawej jej części. Z lewej strony widać było jakby wejście albo wyjście założone dużą ilością kamieni. Dalej w komnacie coś leżało bezwładnie, później okazało się, że są to zwłoki. Na wprost zdeponowano ładunek przykryty plandekami, który tworzył wspomniany kształt, który wcześniej widzieli przez szparę w świetle latarek. W głębi po lewej stronie, w oddali, widać było dwa samochody osobowe z poskładanymi dachami. Pomiędzy nimi a przykrytym plandekami ładunkiem była odległość zaledwie kilku metrów. Bali się jednak postawić nogę na dnie komory z obawy przed minami. Było tam mnóstwo kabli strzałowych porozrzucanych w nieładzie, a po prawej stało kilka akumulatorów. Przy tych akumulatorach, oparte o ścianę, wpółsiedząc, znajdowały się dobrze widoczne zwłoki niemieckiego generała. Nie ulegało wątpliwości, że był to generał, gdyż dystynkcje i czerwone lampasy na spodniach zachowały swój kolor. Wydawało się, że generał trzymał w ręku jakiś pakunek lub teczkę. Cały ten widok robił posępne i tragiczne wrażenie. Takie obrazy zazwyczaj ogląda się tylko na filmach. Bracia nie mieli odwagi, aby tam wejść, zobaczyć coś, co kiedyś było dla nich mitem i marzeniem, o czym słyszeli dotychczas tylko od trzecich osób – ukryte w kopalniach tajemnicze transporty i skarby. Teraz paraliżował ich strach. Mimo tego niesamowitego widoku i odkrycia, rozsądek wziął górę. Postanowili się wycofać. Zamaskowali bardzo starannie wejście i codziennie jeździli tam motorem, aby z daleka popatrzeć, czy nikt nie interesuje się ich skrytką.

W tym czasie dowiadywali się wśród byłych wojskowych o stosowanych przez Niemców w czasie II wojny światowej systemach minerskich i o ewentualnych niebezpieczeństwach, które mogły im grozić podczas penetracji sztolni. W końcu zdecydowali, iż wezmą do sztolni wędkę teleskopową jako narzędzie eksploratorskie. Z otworu w ścianie tej bajecznej komnaty wystawili wędkę z dużym haczykiem i zaczęli próbować cokolwiek wyłowić. Z początku nie odnieśli większych sukcesów, rozdarli plandekę, którą były przykryte skrzynie, zaczepili o coś i zerwali żyłkę.

Jednak kilka razy połów był pomyślny. Przy zachowaniu szczególnych środków bezpieczeństwa w terenie, powtarzali swe wędkarskie wyprawy. Wyprawy te odbyli kilka razy, przynajmniej w dwu- lub trzytygodniowych odstępach. Efektem wypraw były dzbany i naczynia srebrne, które znajdowały się w skrzyniach niezabitych deskami. Szable tureckie i kindżały w pochwach bogato inkrustowanych złotem i kamieniami szlachetnymi leżały na skrzyniach. Ze zdobyczy tych później wydłubywali kamienie i kawałeczki złota, aby je osobno sprzedać. Ponadto bracia wyłowili trochę wojskowej broni krótkiej i długiej, kilka hełmów i czapek. Pieniądze, które otrzymali, nie były aż tak duże jak sobie wyobrażali. Fanty, które sprzedawali, szły dla zachowania ostrożności przez kilku pośredników.

Mimo to wszystko szło gładko, przyszła zima, a z nią stan wojenny osiemdziesiątego pierwszego roku. Plany się pokrzyżowały, młodszy brat Jacek został wcielony do jednostek milicyjnych ZOMO i przebywał poza domem, we Wrocławiu. Tam też poznał swojego szefa od spraw szkolenia politycznego Stanisława C., który pochodził z Jeleniej Góry. Dość szybko nawiązali bliższy kontakt. Szef Jacka któregoś dnia wspomniał o znalezisku lubomierskim odkrytym w murze kościelnym – glinianym dzbanie ze złotymi monetami. Sprawa ta była dość głośna w owym czasie, a milicja miała sporo pracy, aby odzyskać chociaż część znaleziska.

Szef Jacka chwalił się, uśmiechając się tajemniczo pod wąsem, jakoby brał czynny udział w tym dochodzeniu. Któregoś razu, podczas miłej i szczerej pogawędki, Jacek zapragnął zaskarbić sobie względy u szefa i opowiedział mu o znalezisku w górach. Stanisław C., stary milicjant, nie do końca uwierzył w to wszystko.

Minął stan wojenny, chłopcy powracali do domów; Adam z Jackiem ponowili wyprawy z wędką, raz więcej, raz mniej skuteczne. Po pewnym czasie postanowili wciągnąć w to kolegę Adama O .z posterunku lubomierskiego, Jana D. Jak postanowili, tak zrobili. W końcu ktoś musiał stać w pewnej odległości od szybiku między skałami i pilnować bezpieczeństwa tych, co byli w środku.

Któregoś dnia na posterunek w Lubomierzu przyszedł telefonogram, iż prawdopodobnie z Lubomierza pochodziła broń, która pojawiła się w Gdańsku, i polecenie, aby zwrócić szczególną uwagę na sygnały w tej sprawie. Po kilku dniach na posterunku pojawiło się dwóch funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa z Wrocławia. Kręcili się, rozpytywali po knajpach i barach piwnych, wszystko ich interesowało. Po kilku dniach wyjechali. Efekty dochodzenia były mizerne, gdyż Adam z kolegą Janem D. Pierwsi dowiedzieli się o zagrożeniu. Mimo wszystko strach ich obleciał i to niemały. Zaniechali wizyt w lesie na kilka lat. Jedynie od czasu do czasu kontrolowali teren wokół szybiku, objeżdżając okolice na motorze.

Po kilku latach, gdy sprawa przycichła, ponownie zainteresowano się skarbczykiem. Postanowiono rozszerzyć grupę dodatkowo o Władka S., właściciela warsztatu samochodowego, który miał sprawować pieczę techniczną, i kolejnego milicjanta, młodego Waldka K., który był przyjacielem z ławy szkolnej Jacka O. Ustalono też, że byłoby dobrze, aby w ich grupie znalazł się obecny burmistrz jako osoba wpływowa, mogąca pomóc w razie czego. Burmistrz Zenon J. dodatkowo deklarował, że jak będzie trzeba, to uruchomi kontakty nawet w Niemczech oraz gdzie indziej, korzystając ze swoich szerokich koneksji. Ustalono termin pierwszej wyprawy w nowym składzie.

W jedną z ciepłych letnich nocy, wyposażeni w noktowizory, wzięli do worka cztery koty, aby je wypuścić tam w środku. Władek S. zabrał ze sobą psa, był to zwykły kundel, ale nie cierpiał kotów, żadnemu nie przepuścił i Azora także tam wpuszczono. Jakiż tam powstał harmider i jazgot! Był to test na to, czy jakiś z kabli nie jest do czegoś podłączony i czy nie stanowi zagrożenia. Przez kilka godzin pies harcował z kotami, ale na szczęście niespodzianki nie było.

Pierwszy do środka zszedł Waldek, kolega Jacka, a za nim Adam O. Władek wsunął się tylko na chwilę, by zabrać psa, a potem wrócił, aby im dodatkowo przyświecać. Posuwali się krok po kroku, pomału, ostrożnie, uważali, aby czegoś nie przegapić i nie nadepnąć na coś niepotrzebnego. Szczęście im sprzyjało, obeszli całe to pomieszczenie, zajrzeli ostrożnie niemal w każdy kąt, przynajmniej na razie nic nie ruszając. Pomieszczenie było szerokie na około cztery do pięciu metrów, około piętnastu metrów długie, zaraz na lewo od komina (najprawdopodobniej wentylacyjnego), którym weszli, znajdowała się sztolnia, którą wprowadzono ładunek i samochody. Wejście to było założone lub zawalone pod sufit kamieniami, między którymi widać było niewybuchy pocisków artyleryjskich i moździerzowych. Na wprost wejścia, na końcu składnicy widać było dwa korytarze zabezpieczone kamieniami.

Zaglądając ostrożnie pomiędzy kamieniami w głąb kamiennej przeszkody można było zobaczyć tam porozpinane na pewnej wysokości druty, do których poprzyczepiano ładunki wybuchowe. Po prawej, w dwóch rzędach niemal po sufit, stało mnóstwo skrzyń – mniejszych, większych, płaskich i wysokich, jakieś tuby skórzane–jak się później okazało, zawierające obrazy. Były tam też walizki oraz metalowe pojemniki malowane na zielono. Po lewej, tyłem do wyjazdu, stały dwa, jeden za drugim, mercedesy cabrio. W pierwszym na kierownicy było oparte ciało żołnierza Wehrmachtu, z tyłu wyglądało jakby żołnierz ten spał, był jednak zastrzelony. W drugim, na tylnym siedzeniu, leżały dwa kompletne mundury generalskie rzucone w nieładzie, jakby w pośpiechu. Przed tymi samochodami stał jakiś dziwny pojazd z kierownicą i kołem z przodu, a z tyłu mający gąsienice. Następnie, zaraz na lewo od wejścia, dość nieprzyjemny widok–kilkanaście ciał żołnierzy Wehrmachtu (około 10–12), należących najprawdopodobniej do oddziałów Schörnera, wynikało to z naszywek i odznak za udział w kampanii krymskiej. Na końcu komory stało luźno kilka konfesjonałów wyłożonych bogato bursztynem, posągów z marmuru i brązu, które owinięto kocami. Trzeba przyznać, że miejsce wybrano celująco, było bardzo sucho, niemalże się tam kurzyło.

I od tego momentu zaczęło się systematyczne wybieranie z tego bajecznego schowka. Co 3-4 miesiące, a nawet rzadziej, aby nie wzbudzić podejrzeń. Pomiędzy wypadami do sztolni pozbywano się towaru, rozprowadzając go przez pośredników. Już nie brano broni wojskowej, mimo że było tam sporo pistoletów i karabinów w dobrym stanie. Broń pozyskana ze skrytki mogła stanowić zagrożenie dla całej grupy.

Jedna z pierwszych wyciągniętych rzeczy to teczka skórzana, którą tak kurczowo trzymał generał leżący pod ścianą. Miał ją przykutą do ręki kajdankami, a ona sama była zamknięta. Jeśli chodzi o generała, został tam z premedytacją zastrzelony, nie miał dokumentów ani nieśmiertelnika, jedynie mapę sztabową na płótnie. Mapę tę otrzymałem w prezencie od jednego z uczestników tej grupy. Nosi ona do dziś ślady krwi generała… Po wyciągnięciu teczki na zewnątrz rozpruto ją. Jej wnętrze skrywało pozawijane w aksamitne szmatki trzy bajecznie piękne jaja Faberge i kilka mniejszych wyrobów ze złota, bursztynu i porcelany z dodatkami kamieni szlachetnych. Dwa mniejsze jaja zostały sprzedane na miejscu w Jeleniej Górze przez pośrednika Ciućka. Jedno, z czarnymi krzyżami, prawdopodobnie kupił lekarz z Cieplic koło Jeleniej Góry za 10 tys. marek. Drugie, z aniołkiem, i trochę innych precjozów za 17 tys. marek biznesmen z Niemiec, trzecie zaś, większe, sprzedano za jakiś czas, gdyż czekano na odpowiedniego kupca. Po pewnym czasie znalazł się odpowiedni człowiek z Krakowa o pseudonimie „Jura”, który kupił je za 70 tys. marek niemieckich. Wsiadł do pociągu z dwoma ochroniarzami, aby je zawieźć do Warszawy, tam czekał kolejny kupiec, który miał dać 100 tys. dolarów. Po drodze „Jura” został ograbiony i wyrzucony z pociągu przez swych ochroniarzy, którzy wrócili do Krakowa z towarem i szukali kupca. Napotkali Cygana-handlarza złotem, który im zaproponował, iż ma wujka w Nowej Soli i on na pewno to kupi.

Oczywiście tak zrobili, wujek Ćwiek (tak się nazywał lub miał taki pseudonim) obejrzał, zadzwonił w parę miejsc i zgodził się na sumę 100 tys. dolarów. Transakcję przełożono na następny dzień, gdyż Cygan nie miał w domu takiej kwoty. Zaznaczył, że cała transakcja będzie przeprowadzona w pełnej tajemnicy, zwłaszcza że była nagrana przez jego siostrzeńca. Nazajutrz przyszli z towarem do wujka Ćwieka i zamordowali go, zabierając gotówkę i sporo wartościowych wyrobów ze złota. Po tych wydarzeniach sprawcy zasztyletowali również Cygana-handlarza z Krakowa, który zorganizował kontakt z Ćwiekiem, a obecnie był tylko niewygodnym świadkiem. Jego zwłoki zakopano w lesie niedaleko granicy.

Następnie w przyspieszonym tempie mordercy zaplanowali wyjazd za granicę zachodnią i przerzut jaja Faberge do Monachiun. Jajo sprzedano w Monachium handlarzowi w dzielnicy Schwabing, który odsprzedał je bodajże za dwa miliony DM. Jajo to wypłynęło na giełdzie w Londynie za 3,5 miliona funtów szterlingów. Jajo Faberge sprzedane w Londynie było największe z trzech znajdujących się w teczce generała. Prawdopodobnie zabójcy Cygana zostali zamordowani.

W rok po zabójstwie Cygana z  Nowej Soli, 10 czerwca 1992 na nowojorskiej giełdzie pojawiło się inne jajo Faberge o nazwie „Trophy of Love”, które sprzedano za sumę prawie 3,2 mln dolarów. Jajo to polska prasa utożsamiała z drugim, mniejszym jajem, z tzw. aniołkiem. Mogę z satysfakcją powiedzieć, iż będąc któregoś wieczora u Ciućka, widziałem to jajo i wiele innych przedmiotów. Muszę przyznać-było piękne, wręcz urzekające, ale też przynosiło nieszczęście.

Wracając do rzeczy, z wnętrza schowka wynoszono coraz to nowe fanty. Obawiano się jednak opróżniania skrzyń, jako że Niemcy mogli tam założyć naciskowy ładunek wybuchowy. Gdy opróżniano skrzynie, obciążano je na zewnątrz podwieszanymi krążkami ołowianymi lub wkładano je do już opróżnionych. Wiele walizek i kufrów znajdujących się w skrytce zawierało depozyty ludności cywilnej. Ze skrytki wydobyto liczne cenne zabytki sztuki rosyjskiej i orientalnej, w tym wiele związanych z religią, np. księgi prawosławne, które miały kartki wykonane z cienkiej blachy srebrnej z dodatkami złota, łączone rzemykami ze skóry, a także sporo ikon, złotych krzyży z kamieniami, monstrancje, kielichy i wiele innych przedmiotów pochodzących z Rosji.

W owym czasie próbowano wydobyć zagadkowe ciężkie popiersia. Eksploratorom wydawało się, że są z litego złota. Zaczęto topić je palnikami. Jednak efekt był mizerny, okazało się, że popiersia są wykonane z brązu lub podobnego metalu i tylko z zewnątrz pozłacane dość grubą warstwą złota.

Któregoś dnia handlarz Ciuciek podczas jakiejś rodzinnej uroczystości pochwalił się znaleziskiem szwagrowi, który był wspomnianym milicjantem, szefem szkoleniowym ZOMO we Wrocławiu. Mówił, że ma fart, iż coraz więcej towaru z tej skrytki przepływa przez jego ręce. Powiedział, że miejsce to znajduje się gdzieś około dwudziestu kilometrów od Jeleniej Góry w stronę Lubomierza lub Wlenia, a w całym przedsięwzięciu uczestniczą ludzie z Lubomierza. Stanisław C. szybko skojarzył fakty i to, co usłyszał od Jacka O. we Wrocławiu podczas stanu wojennego. Na drugi dzień z samego rana Stanisław C. wraz ze swym dawnym szefem z pracy płk. Wojtkiem K. pojechali do Lubomierza złożyć wizytę Jackowi O. Argumentowali, że dzięki posiadanym koneksjom i układom ich pomoc jest niezbędna, aby grupa mogła dalej funkcjonować. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, grupa z żalem przyjęła nowe realia.

Następna wyprawa odbyła się już w nowym składzie. Dalej wydobywano dobra, lecz w większej ilości, i magazynowano je w terenie w kilku pewnych miejscach. W tym czasie wiele eksponatów zostało zniszczonych. Przystąpiono wtedy do eksploracji większych gabarytowo zabytków; niestety, nie wszystkie mieściły się w szybiku (w załamaniu syfonu). Uszkodzeniu uległy wielkie wieloramienne żydowskie świeczniki, średniowieczne zbroje lub długie rzymskie proporce i niemieckie sztandary wojskowe.

W miarę powiększania się grupy malała liczba zabytków, które udawało się wynieść wąskim kominem. Postanowiono przystąpić do wynoszenia zdeponowanych tam obrazów. Potrzebny był fachowiec, który byłby w stanie powycinać obrazy z ram i zrolować bez uszkodzenia.

Grupa dotarła do mojego przyjaciela Jacka, jednego z jeleniogórskich antykwariuszy. Zgłosiło się do niego trzech osobników z propozycją, aby się podjął wyjęcia płócien z ram.

Obiecano mu dobra zapłatę, ale warunek był taki, że jedzie na miejsce w opasce na oczach i wykonuje swoją robotę wewnątrz sztolni, a oni dobrze zapłacą. Te warunki zniechęciły ostrożnego antykwariusza. Wykręcił się od propozycji trudnościami operacji i skomplikowanymi zabiegami przy użyciu bibuły chińskiej, do których nie był przygotowany.

Zespół podjął kolejne działania mające za zadanie odblokowanie zaminowanych i założonych kamieniami korytarzy. Liczono na dalsze znaleziska w chodnikach i ewentualne znalezienie innego wyjścia z kopalni, które ułatwiłoby wyniesienie większych zabytków. Po dokładnej penetracji i oględzinach wyciągnięto wniosek, że dwa korytarze prowadziły gdzieś na przeciwległe zbocze góry. Niestety, aby je odkopać z zewnątrz, należało je precyzyjnie zlokalizować.

Nie umiano określić tego miejsca, a więc poszukiwano fachowca. Znaleziono jednego, który przechwalał się swymi umiejętnościami technicznymi i ogromną wiedzą w tym zakresie. Ponoć był konstruktorem sprzętu elektronicznego i bywał z archeologami na wykopaliskach w Egipcie. Fachowiec jednak się nie sprawdził, rzekomo brakowało mu niwelatora z dalmierzem laserowym. Mimo nieudanej próby pomiarów, sowicie go wynagrodzono za milczenie. Niestety, niedoszły geodeta rozpowiadał swym przyjaciołom, iż znajomi mają takie miejsce, gdzie się kamień podniesie, wchodzi się do dziury, a tam bogactw bez liku. Faktycznie, obwiesił się złotem na pokaz, w rezultacie został dość dotkliwie pobity przed swoim garażem. Po tym ekscesie spokorniał i wyciszył się.

Zaczęto szukać rozwiązania pozwalającego do końca opróżnić skrytkę i zalegalizować ich dochody. Zrozumiano, że jedyną gwarancją takiego rozwiązania jest układ z rządem.

Stanisław C. z Wojtkiem K. podjęli się tego zadania i przyobiecali, że znajdą człowieka, który ma siłę przebicia do rozmów z rządem. Znaleźli dojście przez kolegę z dawnego jeleniogórskiego Urzędu Bezpieczeństwa, Antoniego M. Dotarli do pana B., który niegdyś był czołową postacią w środowisku UB.

Człowiek ten działał po wojnie na terenie Łodzi. Za działania przeciw powojennym polskim organizacjom reakcyjnym został na niego wydany przez WIN wyrok śmierci. Obecnie ma inne nazwisko i tożsamość, ale układy i znajomości pozostały. Był bliskim przyjacielem Piotra Jaroszewicza.

Był rok 1992, emisariusze grupy udali się z prezentami do Jaroszewicza. Miano zabrać w prezencie monety, gdyż te kolekcjonował były premier, ale zabrano też prawdopodobnie pudełeczko z brylantami. Dar ten stał się później kością niezgody w grupie, uważano, że cena była zbyt wysoka, gdyż ze spotkania z premierem nie wynikły większe korzyści. Jednak dzięki niemu nawiązano nowe, odpowiednie kontakty w stolicy. Po rozmowach i wyjaśnieniach w obrębie grupy ustalono, że dwie osoby – Antoni M. i pan B. będą dalej reprezentowały interesy całego zespołu. Na kolejne spotkanie „wyższego szczebla” wzięto ze sobą, dla podkreślenia wiarygodności, parę rzeczy ze schowka. Było to kilka drobiazgów, a także ocalałe przed stopieniem jedno ze „złotych” popiersi. Podczas oczekiwania na pełnomocnika rządu w jednym z pokoi odpowiedniego departamentu w Warszawie prawdopodobnie celowo ich przetrzymywano, aby móc jak najdłużej podsłuchiwać ich rozmowy. Panowie Antoni M. i B. postawili twarde warunki: pięćdziesiąt procent znaleźnego bez podatku i gwarancje, że nikt nie będzie dociekał, co zostało stamtąd już wyjęte i zabrane. W rezultacie nie otrzymali żadnej obietnicy, nie podpisano jakiejkolwiek umowy. Za to, gdy wracali, w ślad za nimi pojechali agenci UOP, a sprawa od tego momentu otrzymała kryptonim „Szczelina”.

Podjęto kolejną próbę wywarcia medialnej presji na urzędnikach, którzy mogliby podpisać umowę. Spróbowano skorzystać z osoby znanej w kręgach poszukiwaczy – mjr. Stanisława Siorka. z Wrocławia, który miał wpływy na ukazujące się w owym czasie pismo „Eksplorator”. Tam ukazano z grubsza kulisy sprawy, sygnalizując, iż rząd twardo stoi na stanowisku, by mimo realnych korzyści nie podpisywać umowy ze znalazcami skarbu. Efekt tych zabiegów był taki, że eksploratorzy zwrócili na siebie uwagę i wzbudzili zainteresowanie Urzędu Ochrony Państwa. Od tego momentu rozpoczęto delikatną inwigilację grupy i podjęto pewne działania, które trwają do dziś.

Niekorzystny rozwój wypadków zmusił znalazców do chwilowego zaprzestania eksploracji „Szczeliny”. Aby móc ponownie spokojnie penetrować sztolnię, grupa zaczęła rozpaczliwie szukać kontaktów wśród kolegów i znajomych w szeregach policyjnych i służb specjalnych. Szukano, aby-jak to się mówi–mieć oko i ucho we właściwym miejscu. Oczywiście, za dobre pieniądze znaleziono takich ludzi.

Efekty współpracy szybko dało się zauważyć. Gdy we Wrocławiu wstawiono anonimowo do sprzedania obrazy Willmana, na tych, którzy mieli się zgłosić po pieniądze, UOP zastawił pułapkę. Grupa została w porę o tym poinformowana i obrazów ani gotówki nikt nie odebrał do dzisiaj. Po pewnym czasie znali wszystkie ruchy służb dotyczące „Szczeliny”. W rzeczy samej obrazy wstawili Adam O. z bratem Jackiem O. i nie tylko tam, ale w wielu innych miastach Polski. Po tym incydencie grupa się przyczaiła. Po dłuższym bezruchu Adaś z Jackiem po pijanemu poszli odbezpieczyć „Szczelinę”. Sami w tajemnicy przed kompanami zaczęli eksplorować, wyciągając w tym dniu ostatnie obrazy i inne fanty. Niestety, alkohol zrobił swoje, Adam wpadł do dziury i połamał żebra. Brat ruszył mu na ratunek, ale wskakując do szybu niefortunnie złamał nogę. Dużo czasu upłynęło, zanim wygramolili się na zewnątrz. Sprawa się wydała. Rezultat był taki, że kompani w załamaniu szybu założyli kratę, do której mieli klucze wyżsi stopniem. Adam i Jacek zostali odsunięci na jakiś czas od „Szczeliny”, a za nadmierne pijaństwo Adam musiał odejść ze służby milicyjnej i przejść na emeryturę.

Niestety, Adam O. został tylko chwilowo doprowadzony do porządku. Czując się oszukany i odizolowany od grupy, coraz częściej zaglądał do kieliszka. Jeździł na ryby i zalewał się mocno i tam nad stawem któregoś razu został pobity celem doprowadzenia do porządku.

W tym miejscu pora wyjaśnić, skąd to wszystko wiem. Śledztwo w związku ze „Szczeliną” zataczało coraz szersze kręgi, w terenie pojawili się agenci UOP i Wojskowych Służb Informacyjnych, usiłując dotrzeć do środowiska jeleniogórskich poszukiwaczy. W 1994, czyli stosunkowo późno, dotarło do mnie dwóch agentów WSI. Zwracając uwagę na moją przeszłość, dano mi do zrozumienia, że nie mam większego wyboru i liczą na mą pomoc. Przedstawiono mi temat w niezbędnym na tym etapie zakresie. Później zgłosił się do mnie człowiek, którego nawet znałem, miał być kontaktem z moimi mocodawcami. Celem było zdobycie zaufania ludzi związanych ze „Szczeliną” i zlokalizowanie jej w zamian za ustawowe dziesięć procent znaleźnego (…).

Joanna Lamparska o „Szczelinie”…
Skarb III Rzeszy mógł zostać wymyślony przez handlujących kradzionymi antykami byłych funkcjonariuszy bezpieki.

To miał być hit wśród znalezisk skarbów ukrytych przez III Rzeszę pod koniec II wojny światowej. O odnalezieniu rozległej sztolni na Dolnym Śląsku, w której ukryte były dzieła sztuki oraz wyroby ze złota i z bursztynu, informowali 10 marca 1993 r. w piśmie do premiera RP członkowie Polskiego Towarzystwa Eksploracyjnego z Wrocławia. „Część złota została przetopiona - pisali poszukiwacze - wartościowsze pierścienie i sygnety wywiezione do RFN, zaś bursztyn pocięty na koraliki”. W podziemiach miały się znajdować ciała zamordowanych niemieckich żołnierzy, a przy ubranym w generalski mundur mężczyźnie - trzy bezcenne jajka Faberge z kolekcji rosyjskich carów. Jedno z takich jaj zostało później znalezione u Waldemara Huczki, romskiego wójta z Nowej Soli zamordowanego w bestialski sposób w swoim domu. Zdaniem niektórych poszukiwaczy skarbów, do dzisiaj nie opróżniono skrytki z Dolnego Śląska; inni zaś twierdzą, że hitlerowski sezam, jak nazywane jest domniemane znalezisko w sztolni, w ogóle nie istniał, lecz został wymyślony w celu kamuflażu cennych przedmiotów pochodzących z innych źródeł.
Rembrandt w sztolni
W środowisku poszukiwaczy tajemnicza sztolnia jest znana też jako Szczelina Jeleniogórska, ponieważ eksploratorzy zlokalizowali ją około 20 km od Jeleniej Góry, gdzieś pomiędzy Lubomierzem a Radomierzycami. Pierwsze informacje o szczelinie pochodzą z 1991 r. gdy jej odkrywcy napisali list do wojewody jeleniogórskiego. Proponowali ujawnienie informacji o skarbach w zamian za połowę ich wartości i obietnicę niewszczynania dochodzenia na temat tego, co stało się z dotychczas wydobywanymi przedmiotami. Nie uzyskali odpowiedzi, więc skontaktowali się ze Stanisławem Siorkiem, byłym funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa. Komunistyczne specsłużby już w trakcie II wojny światowej zajmowały się przejmowaniem skarbów ukrytych przez wycofujących się Niemców. Siorek uchodził za eksperta w tej dziedzinie - był członkiem Polskiego Towarzystwa Eksploracyjnego, badaczem wojennych tajemnic Dolnego Śląska. Propozycja trafiła też do Ministerstwa Gospodarki Leśnej i Ministerstwa Kultury.
Oficjalnie żadna z instytucji nie zainteresowała się sprawą. Pojawiła się natomiast seria artykułów o szczelinie, które zawierały kolejne szczegóły odkrycia. Żaden z piszących nie dotarł jednak bezpośrednio do odkrywców. Sensację wywołały więc wspomnienia Mieczysława Bojki, poszukiwacza z Mysłakowic koło Jeleniej Góry, który w 2004 r. opowiedział w magazynie „Oblicza Historii” o swoich kontaktach z osobami, które były w szczelinie. Znalezisko miało zostać odkryte przez przypadek. Po wejściu przez komin wentylacyjny odkrywcy zobaczyli „pomieszczenie szerokie na cztery do pięciu metrów, prawie piętnaście metrów długie, zaraz na lewo od komina, którym weszli, znajdowała się sztolnia, którą wprowadzono ładunek i samochody. Wejście to było założone lub zawalone pod sufit kamieniami, między którymi widać było niewybuchy pocisków artyleryjskich i moździerzowych. (…) Po prawej, w dwóch rzędach, niemal pod sufit, stało mnóstwo skrzyń - mniejszych, większych, płaskich i wysokich, tuby skórzane zawierające obrazy. Były tam też walizki oraz metalowe pojemniki pomalowane na zielono. Po lewej, tyłem do wyjazdu, stały dwa, jeden za drugim, mercedesy cabrio. W pierwszym na kierownicy było oparte ciało żołnierza Wehrmachtu. (…) Zaraz na lewo od wejścia - kilkanaście ciał żołnierzy Wehrmachtu (10-12) należących najprawdopodobniej do oddziałów Schörnera (feldmarszałek, który dowodził zgrupowaniem broniącym tzw. wału sudeckiego; zagradzało ono wojskom sowieckim drogę do Berlina) - wynikało to z naszywek i odznak za udział w kampanii krymskiej. Na końcu komory stało kilka konfesjonałów wyłożonych bogato bursztynem, posągów z marmuru i brązu, które owinięto kocami”.

Skarb carów
Najcenniejszym znaleziskiem miały być trzy jaja Faberge znalezione przy niezidentyfikowanym mężczyźnie w mundurze generała. Zrobione ze złota, inkrustowane kamieniami, kością słoniową i macicą perłową jaja z pracowni Petera Carla Fabergé to niezwykłe dzieła sztuki. Zamawiane przez rosyjskich carów, precyzyjnie wykonane, kryły w sobie różne kunsztowne niespodzianki, na przykład złotą karetę koronacyjną albo kopię pałacu carskiego. Uważa się, że Fabergé i jego jubilerzy wykonali 54 takie jaja, z czego do dziś przetrwało 47.

10 czerwca 1992 r. jedno z jaj Faberge pojawiło się na aukcji Sotheby’s w Nowym Jorku. Klejnot o nazwie Trofeum Miłości kupił anonimowy kolekcjoner za rekordową sumę 3,19 mln USD. Zakup wzbudził w Polsce ogromne zainteresowanie. Od roku Komenda Wojewódzka w Zielonej Górze prowadziła bowiem dochodzenie w sprawie śmierci Waldemara Huczki (ps.Lalek), jednego z najbogatszych Romów w kraju. Morderstwa dokonano 19 czerwca 1991 r., ciało ofiary z poderżniętym gardłem znaleziono dopiero po czterech dniach. W domu zabitego panował niewyobrażalny chaos. Splądrowany sejf, powyciągane w pośpiechu szuflady. Krewni Huczki zeznali, że z willi skradziono m.in biżuterię, obrazy oraz kilkaset tysięcy dolarów. Twierdzili też, że wśród zgromadzonych przez wójta przedmiotów było „złote jajko”. Widział je także kolekcjoner z Zielonej Góry, któremu Lalek pokazywał jajo Faberge w grudniu 1990 r. Już jesienią tego roku Huczko kazał założyć kraty we wszystkich oknach swojej wilii. Znajomi twierdzili, że stał się podejrzliwy i bardzo nerwowy.
W trakcie późniejszego śledztwa okazało się, że jeden z morderców Huczki pokazywał znajomym w 1991 r. „złote jajko wysadzane kamieniami na żółtej stopce”. Czy było to jajo skradzione w Nowej Soli? A jeżeli tak, to jaką drogą trafiło do Lalka? Wśród eksploratorów zaczęła krążyć informacja, że wójt kupił klejnot od odkrywców jeleniogórskiej szczeliny. Miało to być to samo jajo, które potem zostało sprzedane na aukcji w Nowym Jorku.
Skarb mniemany?
Koniec II wojny światowej zapisał się w historii Dolnego Śląska jako okres ukrywania przed nadchodzącymi Rosjanami dzieł sztuki i cennych przedmiotów. Günther Grundmann, konserwator prowincji dolnośląskiej, przygotował sieć skrytek, do których wyjeżdżały transporty dóbr kultury z Wrocławia. Podobne akcje ukrywania cennych rzeczy przeprowadzały również oddziały SS i Wehrmachtu.
Opisy „Szczeliny Jeleniogórskiej” wskazywały, że mogła się tam znajdować taka skrytka, zaś jej zabezpieczeniem zajmowali się żołnierze z armii Schornera. Mieczysław Bojko tak opisywał zabezpieczenia skarbów: „Z wnętrza schowka wynoszono coraz to nowe fanty. Obawiano się jednak opróżniania skrzyń, jako że Niemcy mogli tam założyć naciskowy ładunek wybuchowy. Gdy opróżniano skrzynie, obciążano je na zewnątrz podwieszanymi krążkami ołowianymi lub wkładano je do już opróżnionych”. Podobno wydobyto ze skrytki „liczne cenne zabytki sztuki rosyjskiej i orientalnej, w tym wiele związanych z religią, np. księgi prawosławne, które miały kartki wykonane z cienkiej blachy srebrnej z dodatkami złota, łączone rzemykami ze skóry, a także sporo ikon, złotych krzyży z kamieniami (…) i wiele innych przedmiotów pochodzących z Rosji”.
Zastanawiające, że po odkryciu skarbca na rynku antykwarycznym nie wypłynęły ani te przedmioty, ani nawet ich zdjęcia, oprócz dwóch fotografii jaj Faberge zrobionych przez anonimowego odkrywcę. - Widziałem zdjęcia kilku przedmiotów, które „pochodziły” ze szczeliny, ale skłaniam się ku temu, że jej istnienie to mistyfikacja - mówi Robert Kudelski, badacz tajemnic II wojny światowej. Jego zdaniem, legenda szczeliny została wymyślona przez przemytników dzieł sztuki. Istnienie tajnego schowka, w którym miały być ukryte skarby, ułatwiło upłynnienie cennych dzieł sztuki, pochodzących z kradzieży lub odnalezionych w kilku innych skrytkach na Dolnym Śląsku. - Na tym terenie działają profesjonalne grupy, które nie dzielą się swoją wiedzą i odkryciami ze środowiskiem polskich eksploratorów. Dysponują za to informacjami i profesjonalnym sprzętem, co świadczy o tym, że za ich działalnością stoją bogaci mocodawcy, których wiedza i doświadczenie wskazują na to, że mogli być członkami komunistycznych służb specjalnych krajów bloku wschodniego - twierdzi Kudelski.

Polemika i obalanie mitów…

„Szczelina”: zagmatwane tropy złotonośnej kury…

Tekst M.Bojki Tajemnica „Szczeliny jeleniogórskiej” („Oblicza Historii” 03/2004) daje wiele do myślenia. Autor opublikował wyjątkowo dokładny opis wyrobiska ze schowkiem, powstały na podstawie relacji jednego lub kilku odkrywców skrytki.

Ma się ona mieścić w skalnym pomieszczeniu na planie prostokąta mierzącego od czterech do pięciu metrów szerokości i prawie piętnaście metrów długości. We wnętrzu znajdują się trzy samochody: „Po lewej, tyłem do wyjazdu, stały dwa, jeden za drugim, mercedesy cabrio (…). Przed tymi samochodami stał jakiś dziwny pojazd z kierownicą i kołem z przodu, a z tyłu mający gąsienice. Ponadto złożono w nim kilka konfesjonałów oraz posągów, a także mnóstwo skrzyń w dwóch rzędach (…) jakieś tuby skórzane i walizki oraz metalowe pojemniki malowane na zielono”. Gdzieś po prawej stoi kilka akumulatorów, a na dnie komory porozrzucane są kable elektryczne.

Marka dwóch samochodów zdaje się nie budzić wątpliwości: Mercedesy to produkowane w latach 1936–1943 kabriolety 170V. Trzeci pojazd byłby włoską konstrukcją firmy Moto Guzzi (tzw.Guzzikrada). Redakcja identyfikuje go jako „Kettenrad” – niemiecki półgąsienicowy ciągnik SD KFZ 2 NSU, ale rozmówca M. Bojki wyraźnie okazał zdziwienie specyficzną konstrukcją, nadmieniając o „kierownicy”, zapewne samochodowej. Ciągnik NSU miał kierownicę motocyklową, poza tym w innym miejscu opisu występują słowa „o samochodach” w odniesieniu do wszystkich trzech pojazdów umieszczonych w wyrobisku.

W zakładaniu schowka musiało więc brać udział co najmniej kilkunastu niemieckich żołnierzy, z których wielu zostało w nim na zawsze. Po prawej stronie wnętrza „oparte o ścianę, wpółsiedząc, znajdowały się dobrze widoczne zwłoki niemieckiego generała (…). Następnie, zaraz na lewo od wejścia, dość nieprzyjemny widok – kilkanaście ciał żołnierzy Wehrmachtu (około 10-12), (…). W pierwszym (samochodzie) na kierownicy było oparte ciało żołnierza Wehrmachtu, z tyłu wyglądało, jakby żołnierz ten spał, był jednak zastrzelony”. Inne zwłoki były widoczne po wojnie na zewnątrz skrytki.

Opis wnętrza skalnej komory nie jest precyzyjny. Autor podzielił go na dwie części. W pierwszej odtwarza wnętrze komory widziane przez braci O. z perspektywy wylotu szybu wentylacyjnego. Początkowo, z obawy przed pułapkami minerskimi, O. nie wchodzili do pomieszczenia. Jego penetracji dokonali dopiero po latach i ówczesne obserwacje składają się na drugi fragment opisu. Wydawałoby się, że obie części opisu powinny się wzajemnie uzupełniać, a tymczasem istnieją między nimi istotne sprzeczności. Co spostrzegli Adam i Jacek O. z wnętrza otworu wentylacyjnego? „Z lewej strony widać było jakby wejście albo wyjście” czyli, co wynika z innego fragmentu tekstu: „sztolnia, którą wprowadzono ładunek i samochody. Następnie, zaraz na lewo od wejścia, dość nieprzyjemny widok – kilkanaście ciał (…)”. Natomiast „na wprost (otworu wentylacyjnego) zdeponowano ładunek (2 rzędy skrzyń) przykryty plandekami”. Ale w innym miejscu jest mowa o samochodach stojących „w głębi po lewej stronie, w oddali…” Jakiej oddali po lewej stronie? Przecież, a to jest jednoznacznie zawarte w opisach, szyb wentylacyjny ma znajdować się w jednej z dłuższych ścian prostokąta i w pobliżu narożnika, przy którym, w ścianie krótszej, mieści się otwór sztolni wjazdowej. Widok z szybu wentylacyjnego, częściowo zasłonięty skrzyniami, obejmowałby wyłącznie parometrowy odcinek komory w pobliżu wjazdu po lewej stronie, samochody zaś musiały znajdować się na prawo od szybu. Pojazdy zajmowałyby co najmniej 12 metrów (Mercedes 170V miał ok.4,30 m dł.,Guzzirada lub SD KFZ 2 NSU–ok. 3 m), a więc w 15-metrowym wnętrzu wyrobiska pozostawało zaledwie około 3 m wolnego miejsca w sąsiedztwie wjazdu. Jest to zdecydowanie za mało na kilkanaście zwłok, chyba że były one złożone w stertę. Lecz, według opisu, zwłoki leżały „bezwładnie”. W żadnym przypadku ponadto samochodów nie mogła dzielić od skrzyń odległość wynosząca „kilka metrów”. Biorąc pod uwagę 4-metrową szerokość wnętrza komory oraz szerokość mercedesów wynoszącą 1,60 m, ów dystans nie mógł być większy niż 1-2 m. Można owe sprzeczności skwitować lapidarnym stwierdzeniem: tak czy owak niepodważalny pozostaje fakt, że wzmiankowane w opisie pojazdy mogły zmieścić się we wnętrzu Szczeliny. Owszem, tylko wydawałoby się, że pierwszym oględzinom skalnej komory wypełnionej zwłokami, samochodami i skrzyniami towarzyszyły wyjątkowe emocje („Cały ten widok robił posępne i tragiczne wrażenie.” Braci „paraliżował strach”- podkreśla M.Bojko) i wobec tego trudno zapomnieć lub pomylić główne elementy niezwykłej, ale i nieskomplikowanej sceny. Tym bardziej że znalazcy mieli z nią do czynienia przez długie lata.

Na tym nie koniec wątpliwości. Jak miało wyglądać założenie skrytki? W pierwszej kolejności, co oczywiste, wniesiono by dzieła sztuki, akumulatory i być może materiały minerskie oraz wprowadzono samochody, a następnie przystąpiono do zamknięcia schowka. Autorzy wszystkich publikacji na temat Szczeliny byli przekonani, że użyto w tym celu ładunków wybuchowych. Nie jest to oczywiste. Być może w powietrze wysadzono by zewnętrzny otwór sztolni, choć wtedy należało liczyć się z zagrożeniem dla zmagazynowanych dzieł sztuki w wyniku działania fali uderzeniowej oraz znacznego zapylenia wnętrza komory, o czym w opisie nie ma jednak mowy. Przeciwnie, na mundurze martwego generała jeszcze dzisiaj mają być dobrze widoczne dystynkcje i czerwone lampasy. Być może wylot sztolni znajduje się w na tyle dużej odległości od komory, że eksplozja nie wyrządziła żadnych szkód. Natomiast z pewnością nie zastosowano by materiałów minerskich przy zamknięciu sztolni od strony wnętrza wyrobiska: „Wejście było założone lub zawalone pod sufit kamieniami”. W przypadku eksplozji w otworze sztolni powstałoby gruzowisko, przez które nie byłoby możliwe ujrzenie w głębi „porozpinanych na pewnej wysokości drutów, do których poprzyczepiano ładunki wybuchowe”. Sztolnię zaślepiono by więc specjalnie wymurowaną ścianą. Jeśli zdecydowano się na jej zaminowanie, to prawdopodobnie przynajmniej częściowo użyto by zaprawy murarskiej. Mur musiał być ustabilizowany, ponieważ przypadkowe obsunięcie się któregoś z kamieni, użytych jako budulec, mogło spowodować wybuch i zagrożenie dla zawartości schowka. Charakterystyczna jest wzmianka o rozpięciu przewodów minerskich jedynie do „pewnej wysokości”. Fragment muru ponad nią mógłby zostać zakończony później, po wyjściu – górą – żołnierzy pracujących przy zaminowaniu końcowego odcinka sztolni. To może świadczyć, że ściana zostałaby postawiona już po zaślepieniu wjazdu od zewnątrz i saperzy po wykonaniu swoich prac mieli tylko jedną drogę odwrotu – do wnętrza komory. Dopiero po wejściu do niej wypełniliby lukę w górnej części ściany i umieścili między kamieniami „niewybuchy pocisków artyleryjskich i moździerzowych”.

Prace te mogły być więc czasochłonne. Ilu ludzi było potrzebnych do ich przeprowadzenia w końcowym etapie? Zapewne nie więcej niż 3-4, we wnętrzu sztolni większa ich liczba wzajemnie by sobie przeszkadzała. To dlaczego w komorze podobno znajduje się tak wiele ciał: 10-12 żołnierzy, kierowcy i generała? Poza tym mieli być tam obecni jeszcze dwaj kolejni generałowie, którzy najwyraźniej zdezerterowali (swoje mundury pozostawili w jednym z pojazdów), czyli w momencie zamknięcia ściany sztolni w wyrobisku miało przebywać co najmniej 12-16 osób. W jakim celu? Z opisu można wnioskować, że powierzchnia Szczeliny ma około 60-75 m2. Trzy samochody zajmowałyby co najmniej około 17 m2, konfesjonały, rzeźby i skrzynie – przyjmijmy – drugie tyle. Dla ludzi zostało więc około 30-45 m2 i na każdego z obecnych przypadałoby zaledwie ok. 3 m2. Czyli w skalnym pomieszczeniu panowałby prawdziwy tłok, niewiele mniejszy niż w wypełnionym podczas mszy kościele, gdzie jedna osoba zajmuje około 1,5 m2.

Szczelina i jej otoczenie (z relacji niemieckiego leśniczego wiadomo o ludzkich szczątkach na skalnym zboczu) stałaby się grobem paru drużyn, a może nawet plutonu Wehrmachtu. Jakie wydarzenia miały rozegrać się po zamknięciu schowka? Sceneria przedstawiona w opisie M.Bojki jest sugestywna, ale wiele jej szczegółów wywołuje ogromne zdziwienie. Pozornie wszystko jest jasne: nieznani sprawcy (dwaj generałowie, których mundury pozostały w samochodzie?) zlikwidowali niewygodnych świadków. Tylko w jaki sposób? Sterroryzowali grupę żołnierzy, spędzili ich w jedno miejsce i zastrzelili? Musieliby użyć broni maszynowej, co w ogromnym stopniu zagrażałoby nie tylko starannie ukrytym dziełom sztuki, ale również samym strzelającym (rykoszety w niewielkim, zamkniętym pomieszczeniu). A więc podali żołnierzom truciznę? Potem zastrzelili żołnierza (z trudno wytłumaczalnych przyczyn absurdalnie siedzącego w samochodzie) i generała, spokojnie oczekujących na swoją kolej? A może żołnierz z samochodu i generał należeli do spisku i w ostatnim momencie zostali zdradzeni przez swoich wspólników? W sprawę założenia schowka miało być zamieszanych trzech generałów, z których jeden zginął, a po dwóch przepadł wszelki ślad. Jednak sztab żadnej z niemieckich armii nie zgłosił podczas ostatniej wojny bezprecedensowego w historii wojskowości w XX w. zaginięcia w tym samym dniu aż trzech generałów na tyłach frontu.

Czy zatem należy uznać „Szczelinę” za legendę? O ile z jak największą nieufnością trzeba odnieść się do opisanych wyżej szczegółów, to opis sposobu zamurowania i zaminowania końcowego odcinka sztolni wydaje się wiarygodny, pozwala nawet na snucie domysłów na temat sposobu przeprowadzenia prac. Nie można jednak zapominać, że jedna blaga powoduje powstanie drugiej. Potwierdzenie tej prawdy znaleźć można w mnogości wersji związanych z zawartością schowka, a zwłaszcza mających z niego pochodzić dzieł sztuki.

Mieczysław Bojko nie jest jedynym autorem publikującym informacje pochodzące od osób, które znały z autopsji Szczelinę. Jej istnienie ujawnił publicznie S.Siorek, choć uczynił to w sposób bardzo lakoniczny. W liście do premiera (opublikowanym w „Eksploratorze” 1/1994) pisał o „rozległej sztolni”, dobrze ukrytej, zawierającej dzieła sztuki i wyroby ze złota i bursztynu. Część złota została przetopiona, wartościowsze pierścienie i sygnety wywiezione do RFN, zaś bursztyn pocięty na koraliki”. Podkreślił, że grupa znalazców „zwracała się do wojewody jeleniogórskiego z ofertą wskazania sztolni za 45% wartości znaleziska” i ostrzegł: „Brak decyzji władz sprzyja dalszej grabieży”. Wiele wskazuje na to, że S.Siorek otrzymał informacje bezpośrednio od osób podających się za odkrywców skrytki. Podczas dochodzenia jesienią 1993 r. policja dysponowała ogólnikowymi danymi o ukrytych w podziemiu samochodach (w jednym z nich miało znajdować się ciało oficera Wehrmachtu) załadowanych dziełami sztuki, pośród których znajdowały się jakieś wyroby bursztynowe, natomiast nie były jej znane inne szczegóły z listu S.Siorka.

W artykule z jesieni 1995 r. („Rembrandt w lochu?”, Nowy Detektyw 47/1995) R.Wójcik pisał o „ogromnym depozycie” ukrytym w podziemnym bunkrze w końcowych tygodniach wojny. Znajdują się w nim głównie dzieła sztuki, obrazy, rzeźby, a także i kosztowności z muzeów Ukrainy i Rosji. Podziemie jest tak obszerne, że stoją tu samochody ciężarowe i wojskowe gaziki z ładunkami wciąż nie rozpoznanymi. Jeden z odkrywców bunkra wszedł sam do jego wnętrza, po linie, przez wąski komin wywietrznika… Za drugim razem, gdy przyszedł ze wspólnikiem, ujrzeli trupy kilkunastu oficerów niemieckich. Jeden, zapewne samobójca, siedział za kierownicą auta z pistoletem w dłoni (…). Autor nadmienił także o innych szczegółach znanych znalazcom: podobno wydobytym ze schowka „złotym jajku” i szybie wentylacyjnym odkrytym przez jakiegoś gajowego.

List S.Siorka był utrzymany w tonie jeszcze wstrzemięźliwym, w artykule Rembrandt w lochu? pojawił się już wątek „ogromnego depozytu”, a temperatura osiągnęła stan wrzenia w kolejnej publikacji R. Wójcika (Łowcy skarbów, Warszawa 1997, s. 21-26). Autor na prośbę J.Śniecińskiego (wydawcy „Nowego Detektywa”, co, biorąc pod uwagę opublikowanie w tym piśmie „Rembrandta w lochu?” zapewne nie jest przypadkowym zbiegiem okoliczności) przygotował „Porozumienie wstępne”, które znalazcy zamierzali zawiązać z władzami. Oczekiwali wynagrodzenia (20% ceny aukcyjnej) za wskazanie „szczegółowej lokalizacji znaleziska kultury o wielkiej wartości materialnej (co najmniej 1 mld dolarów USA, co z grubsza odpowiada co najmniej dwukrotnej, szacunkowej wartości Bursztynowej Komnaty – JL])”. Podobnie jak S.Siorek (a jest to analogia uderzająca), również R.Wójcik, choć dobitniej, przestrzegał w „Porozumieniu”: „O miejscu ukrycia wie zapewne strona niemiecka, bowiem ujawnione ostatnio symptomy na to wskazują. Ponagla to w sposób oczywisty bieg sprawy w obawie przed niekontrolowaną eksploracją ze strony czynników zagranicznych”. Trzeba podkreślić: materiały do obu swoich publikacji autor zebrał w jednym czasie, dając do zrozumienia w Łowcach skarbów, że pochodzą one od osoby, którą teraz M.Bojko określa jako B. „Porozumienie”, ujawnione dopiero w 1997 r., R.Wójcik załączył do artykułu w „Nowym Detektywie” już w 1995 r. Można więc wnioskować, że powstało ono nie później niż w 1995 r., a szczegóły, ówcześnie podane w „Nowym Detektywie”, pochodzą od domniemanych znalazców. Dziwi zatem ich skrajna niezgodność z opisem u M.Bojki (m.in. we wnętrzu schowka samochody ciężarowe, a nie osobowe, znajdujące się w jednym z samochodów zwłoki oficera – samobójcy z pistoletem w dłoni, co – na marginesie – jest szczegółem bardzo wątpliwym itd.). Własnym wkładem R.Wójcika są niejasne i jak z rękawa wysuwane sugestie, że „Szczelina” może znajdować się w okolicach Książa, Szklarskiej Poręby lub Piechowic.

Tekstem porównywalnym do materiału M.Bojki jest obszerny artykuł M.Chromicza „Schowek nie całkiem opróżniony” („Nowiny Jeleniogórskie” 23.06.1998). Autor powołał się na informatora – osobę, która była właścicielem „pieczęci myśliwskiej”, wydobytej ze Szczeliny. Od M.Bojki wiadomo, że pieczęć należała wówczas do Waldemara K., mającego towarzyszyć braciom O. podczas oględzin schowka w trakcie pierwszego wejścia do wnętrza schowka. I znów uderzające jest, w jak dużym stopniu opisy skrytki M.Chromicza i M. Bojki, bądź co bądź określone jako pochodzące od jej odkrywców, różnią się od siebie. Między innymi w wersji przekazanej przez Chromicza obok dwóch samochodów (ich marka nie została określona) w komorze stoją dwa motocykle BMW (u Bojki pojazd gąsienicowy). W jednym z samochodów znajdują się zwłoki generała (u Bojki szczątki generała spoczywają pod ścianą). Pośród ukrytych dzieł byłyby „stare książki” (zapewne chodzi o rękopisy: w artykule widnieje zdjęcie jednego z inkunabułów), srebrna zastawa na 200 osób, „kompletna myśliwska komnata”(?) i teczki z rysunkami (są to przedmioty nie występujące u Bojki), a także „ogromne bursztyny” (u Bojki „konfesjonały wyłożone bogato bursztynem”).

I rzecz bardzo istotna: informator M.Chromicza mówił o 3 jajach Fabergé znalezionych przy zwłokach generała. Wcześniej S.Siorek nie wspomniał o żadnym, R.Wójcik pisał o jednym – „złotym”. Natomiast w tekście M.Bojki jest mowa o chyba co najmniej czterech, a na jednej z załączonych fotografii widać piąte (według podpisu „Nie zostało ono znalezione w teczce generała, ale wśród innych wyrobów ze złota”). Co więcej, ani jedno z trzech jaj opisanych przez M.Chromicza nie odpowiada egzemplarzom z tekstu M.Bojki, m.in. różnią się one umieszczonymi wewnątrz drobnymi przedmiotami (u M.Chromicza: złota kareta, mała cerkiew i scena „jakiegoś hołdu”, u M.Bojki tylko jeden przykład – „mniejsze jajko (…) bursztynowe, inkrustowane srebrem w orły cesarskie”). A więc w schowku miano ukryć nie trzy jajka, lecz co najmniej siedem bądź osiem dzieł z warsztatu Fabergé lub jego kręgu? Czy można mieć przekonanie, że w przyszłości ich liczba już się nie zwiększy? Nie sposób wyjaśnić skrajnych rozbieżności w tekstach autorów, którzy korzystali z informacji pochodzących od osób podobno z autopsji znających skrytkę. Czyżby „Szczelina” od początku była legendą?

Co raz ukazujące się artykuły powodują stopniowe podgrzewanie atmosfery wokół sprawy schowka i dziennikarskie werble brzmią tym głośniej, im bardziej oddala się perspektywa przyznania rządowej nagrody dla jego domniemanych odkrywców. W tekstach S.Siorka i R.Wójcika wprost zawarte było skierowane do rządu przesłanie o zawarcie umowy ze znalazcami. Wystąpili o nią sami zainteresowani w lecie 1995 r., a wobec fiaska rozmów, w kolejnych publikacjach (niezależnie od intencji ich autorów) władze coraz bardziej są kuszone opisami bogactw jakoby ukrytych w „Szczelinie”. Materiał M.Bojki ma dodatkowe znaczenie. Informacje o wcześniej nieznanych jajkach Faberge ze „Szczeliny”, jeśli są prawdziwe, przestały mieć wymiar dyskretnej oferty dla władz. Dzieła już dawno wyniesiono by ze schowka, a rozkwitająca legenda „Szczeliny” nadawałaby im walor autentyczności. Ta jednak wcale nie musi być oczywista, na co słusznie zwrócił uwagę L.Zwirełło („Jajko w Szczelinie albo jak zrodziła się legenda. Afera z jajkiem Faberge”, Odkrywca 5/2003).

Nie da się pominąć zagadnienia lokalizacji głośnego schowka. Wydawałoby się, że w jej określeniu ogromne znaczenie może mieć mapa, wedle M.Bojki znaleziona przy zwłokach generała. Widać na niej ślad krwi. Nie jest to plama, jaka powstałaby, gdyby w momencie śmierci generał pochylał się nad mapą. Krew przesączyła się przez podklejone płótno w formie świadczącej o tym, że mapa, prowizorycznie złożona, mogła być umieszczona w kieszeni bluzy mundurowej. Bardzo zastanawia jednak brak symetrii zacieku: przede wszystkim w środkowym odcinku krew wsiąkła tylko w jeden z arkuszy, podczas gdy drugi pozostał niemal suchy. Mapa była złożona w charakterystyczny sposób, tak aby po wyjęciu jej z kieszeni od razu można było mieć na widoku wybrany fragment. Zdaje się więc istnieć bardzo ścisły związek generalskiej mapy z miejscem, w którym znajduje się „Szczelina”. Jaki obszar jest na niej przedstawiony? Z nieznanych przyczyn M.Bojko przemilcza tę kwestię.

Na prawym, dolnym (S-E) arkuszu widać dwie przecinające się linie kolejowe. Charakterystyczne, że ich przebieg nie został zakłócony rzeźbą terenu, obie poprowadzone są po linii prostej (południowa z fragmentem o nieznacznym odchyleniu). Nie ma zatem wątpliwości (potwierdza to również kolorystyka użyta w oznaczeniu konfiguracji), że teren na tym arkuszu ma ukształtowanie nizinne i, jeśli mapa miałaby przedstawiać okolice Jeleniej Góry, to w rachubę wchodziłby jedynie odległy obszar na północ od Bolesławca, Złotoryi i Jawora. Byłby to region zupełnie inny od rejonu sugerowanego przez M.Bojkę jako lokalizacja „Szczeliny”.

Podobne wątpliwości można mnożyć niemal w nieskończoność. Nie ma potrzeby. Trafniej jest postawić pytanie zasadnicze: dlaczego od ćwierćwiecza znana skrytka z legendarną zawartością nie została udokumentowana choćby jedną fotografią jej wnętrza?

Mieczysław Bojko już raz wypowiadał się na temat „Szczeliny”. Joannie Lamparskiej oświadczył („Słowo Polskie” z 17 września 1999 r.): „Kilka lat temu do lokalnych władz zwróciła się grupa ze Strzelina z informacją o ukrytych dobrach kultury, m.in.o sławnym jajku Faberge. Pismo, które wysłali ,czytało kilkadziesiąt osób, one przekazały informacje kilkudziesięciu następnym. To nie mogło dać eksploratorom poczucia bezpieczeństwa. Potem pismo znalazło się jeszcze w kancelarii premiera, potem u ministra gospodarki leśnej i zasobów naturalnych itd. A informatorzy chcieli po prostu 50% wartości znaleziska. W końcu zrobiło się zamieszanie, zaczęły się przesłuchania, nic nikomu nie udowodniono, a sławne jajo Faberge zostało wywiezione na Zachód, gdzie zostało sprzedane za 70 tys. marek. Wkrótce osiągnęło cenę 5 mln funtów szterlingów”. Wywiad z M.Bojką otrzymał dający do myślenia tytuł: „Szukaj złota w polu”. Chyba tak…

(źródło: J.Lamparska,M.Bojko,J.Lewicki)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Wąwóz Lipa

przez , 31.mar.2014, w Ciekawe miejsca

Wąwóz LipaNowa Wieś Wielka wzmiankowana była w 1360 roku w potwierdzeniu przywileju górniczego nadanego przez księcia legnickiego Wacława I, a prace górnicze prowadzono tu do czasów wojny 30-letniej. Mieszkańcy zajmowali się głównie pracą w lasach, które stanowiły też tereny łowieckie, kamieniołomach oraz hodowlą zwierząt. Do zakończenia II wojny światowej we wsi znajdowały się dwa młyny wodne, wiatrak, gospody, tartak, gorzelnia, szkoły – ewangelicka i katolicka, dwór i dwa folwarki. Po 1945 roku miejscowość znacznie się wyludniła. Z zabudowań dworskich pozostał budynek mieszkalno – gospodarczy, a z pałacu jedynie podpiwniczenie. na samym końcu wsi można odnaleźć pozostałości młyna wodnego.

We wsi znajduje się gotycki kościół p.w. Wniebowzięcia NMP z 1399 roku otoczony kamiennym murem z przykościelnym cmentarzem. Przebudowano go w XVIII wieku z zatarciem cech stylowych. Wewnątrz gotyckie sakramentarium i drewniana rzeźba Madonny z Dzieciątkiem z około 1500 roku, barokowy ołtarz, a na ścianach zachowały się renesansowe nagrobki rycerskie i epitafia. Poniżej kościoła znajduje się pomnik poległych w 1870 roku i w I wojnie światowej. Na południe od wsi znajduje się geologiczno – florystyczny rezerwat przyrody „Wąwóz Lipa”, utworzony 12 listopada 1996 roku na powierzchni 55 ha, powiększony 14 lutego 2002 roku do 101 ha. Prowadzi do niego niebieski szlak oraz ścieżka dydaktyczna. Szlak początkowo prowadzi przez łąki za wsią, obok stadniny koni (po lewej), doprowadzając do skraju lasu.Nowa Wieś WielkaBrak jest tablicy informującej o rezerwacie, a jedynie mało widoczny napis namalowany na jednym z drzew. Następnie po prawej stronie zboczem schodzimy w dół do bezimiennego potoku, osiągając tym samym malowniczy Wąwóz Lipa. Wąwóz stanowi skalista dolina o długości 500 metrów wyrzeźbiona między skalnymi basztami i ambonami. Powstała ona w wyniku działalności erozyjnej, która rozwinęła się w obrębie staropaleozoicznych skał zieleńcowych jednostki geologicznej Rzeszówek – Jakuszowa. Bezimienny potok, wzdłuż którego wytyczono szlak, wpływa do Nysy Małej w sąsiedztwie obniżenia Rowu Świerzawy. Całość rezerwatu stanowią skały zieleńcowe, złożone z diabazów oraz łupków zieleńcowych. Szczególnie interesujące są rzadko spotykane formy tak zwane lawy poduszkowe, powstające w wyniku erupcji podmorskich wulkanów w paleozoiku.

W wąwozie widoczne są liczne wychodnie, tworzące strome ściany o wysokości kilkudziesięciu metrów. Przez rezerwat przepływają liczne cieki wodne, z których najważniejsze to potok Rogozina i Nysa Mała, położne w południowej części rezerwatu, wyznaczająca jednocześnie granicę Wąwozu Lipy. Flora rezerwatu jest bardzo bogata, składająca się z kilku zespołów leśnych, głównie liściastych, łącznie około 274 gatunków, z czego aż 22 chronionych. Można tutaj wyróżnić ciepłolubny wariant kwaśnej dąbrowy z wiekowymi dębami oraz bogatym runem leśnym składającym się z takich cennych gatunków jak buławnik mieczolistny, ukwap dwupienny, podkolan biały naparstnica zwyczajna fiołek przedziwny czy jarząb brekinia. Obok rośnie wilgotniejszy wariant kwaśnej dąbrowy z chronionym kopytnikiem pospolitym, konwalią majową i wyką grochowatą.Zieleńce w Wąwozie LipaGrąd składa się także z licznych starych i dorodnych klonów oraz lip. W runie rosną liczne rzadkie lub chronione rośliny między innymi kruszczyk szerokolistny, lilia złotogłów, wawrzynek wilczełyko, paprotnik kolczysty, wyka leśna, gnieźnik leśny. Przy ciekach wodnych rośnie łęg wiązowo – jesionowy, z licznymi cennymi gatunkami głównie geofitów. Rośnie tu zawilec gajowy, ziarnopłon, śnieżyca wiosenna, śnieżyczka przebiśnieg, kruszczyk szerokolistny, lepiężnik biały, świerząbek orzęsiony, kozłek bzowy. Na skałach wąwozu rosną zespoły paproci szczelinowych składające się z zanokcic, paprotki zwyczajnej i paprotnicy kruchej. Fauna jest również bogata ze względu na wysoką bioróżnorodność nie tyle rezerwatu co całego regionu.

Jednak najcenniejszym gatunkiem, charakterystycznym dla tego chronionego obszaru jest duża populacja salamandry plamistej. Gatunku zagrożonego wyginięciem w skali kraju. Wiosną można ją często spotkać w pobliżu potoku przepływającego wzdłuż rezerwatu. Jest to ich okres rozrodu, kiedy samice składają w strumieniu skrzek. Latem i jesienią ukrywają się one za dnia w powalonych, próchniejących drzewach, pod kamieniami i w szczelinach skalnych. Salamandra plamista, obok muflonów stanowi jedną z najważniejszych zwierzęcych atrakcji turystycznych regionu. Na teren rezerwatu często zawitają duże ssaki takie jak sarny, dziki, lisy, oraz pomniejsze gatunki jak kuny, myszy leśne, jeże, nornice rude, karczowniki. W latach 90-tych XX wieku na teren wąwozu zawitały muflony.Zieleńcowe basztyRezerwat sprawia przyjemne wrażenie, szczególnie wiosną, kiedy to w runie leśnym rozkwitają dziesiątki wczesnowiosennych geofitów. Szczególnie wiele jest przylaszczek, zawilców gajowych oraz kokoryczy pustych. Latem można obserwować lilię złotogłów, buławniki mieczolistne oraz czworolisty pospolite. Na uwagę zasługuje też zróżnicowana rzeźba zboczy wąwozu z różnymi typami wychodni skalnych i rumowiskami skalnymi oraz zachodzące procesy stokowe (obrywy, osuwiska, itp.). Można tutaj odnaleźć różne odmiany skalne głazów narzutowych (eratyki skandynawskie), które dochodzą do 6 metrów obwodu. Wąwóz Lipa (obok Wąwozu Myśliborskiego, Siedmickiego i Rezerwatu „Nad Groblą”) stanowi najbardziej rozreklamowany rezerwat w regionie. Prowadzi przez niego Szlak Trzech Wąwozów. Dotrzeć do niego można zarówno od strony miejscowości Lipa jak i Nowa Wielka Wieś.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia w Grabowcu

przez , 13.mar.2014, w Pod ziemią

SWGNa północ od Karpacza znajduje się góra Grabowiec 784 m n.p.m. (Kraberberg) odwiedzana najczęściej za sprawą znajdującej się na jej zboczach Kaplicy św. Anny, Dobrego Źródła oraz ciekawych granitowych skałek – Ostra, Mała, Patelnia. Jednakże kierując się dalej niebieskim szlakiem dotrzeć można do znajdującego się przy nim wejścia do sztolni Kraberstollen powstałej w 1927 roku. Sztolnia ta została wydrążona w granicie karkonoskim z widocznymi żyłami porfiru docelowo jako ujęcie wody dla pobliskiego prewentorium i schroniska Bergfriedenbaude.Sztolnia w Grabowcu (1)Stanowi ją prosty chodnik, w początkowej części obetonowany, częściowo nieznacznie zalany wodą, o długości około 40 metrów. W stropie widoczny jest szyb (otwór) wentylacyjny. Chodnik doprowadza do komory składającej się z dwóch części, przegrodzonej wybetonowanym zbiornikiem o wymiarach 2×3 metry i głębokości 2 metry. Zbiornik okresowo jest zalewany przez wodę. Na jego dnie, prócz sterty śmieci w postaci desek, gruzu i elementów metalowych, widoczna jest studnia wypełniona do połowy wodą. Na dno zbiornika jak i do studni prowadzą stopnie wykonane z metalowych prętów. Sama sztolnia kończy się surowym przodkiem.Sztolnia w Grabowcu (2)Związane są z nią opowieści o rzekomym ukryciu w jej wnętrzu depozytu przez niemieckich żołnierzy w postaci różnego rodzaju kosztowności. Skrzynie z ich zawartością miały być przez nich przeniesione do sztolni i ukryte właśnie ze schroniska Bergfriedenbaude. W latach 80-tych XX wieku była ona penetrowana przez wojsko pod tym kątem, jednakże nic nie znaleziono. Powyżej wejścia do sztolni znajdują się dwie zasypane studnie, prawdopodobnie będące niegdyś szybikami wentylacyjnymi.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , więcej...

Rataj, Bazaltowa Góra, Grota Pustelnika i Radogost

przez , 22.lut.2014, w Ciekawe miejsca

RatajNa południowy – wschód od miejscowości Myślibórz znajdują się trzy powulkaniczne wzniesienia położone na terenie Parku Krajobrazowego „Chełmy”. Dojść do nich można kierując się z Myśliborza czerwonym szlakiem. Pierwsze z nich to Rataj 350 m n.p.m. (Ratschberg). Wzniesienie w kształcie stożka, o stromych zboczach zbudowanych z bazaltu, będące rdzeniem dawnego wulkanu tarczowego. Nek został odsłonięty w postaci 40-metrowej, pionowej ściany skalnej z wyraźnie od siebie oddzielonymi słupami bazaltowymi, tzw. Małe Organy Myśliborskie, u podnóża których znajduje się rumowisko. Niższe partie zbocza przykrywają utwory soliflukcyjne, a u podnóża występują osady glacjalne i fluwioglacjalne. Rataj porośnięty jest lasem liściastym z niewielką domieszką drzew iglastych. Występują w nim m.in. wawrzynek wilczełyko, przylaszczka, kokorycz, zawilce, konwalia, żankiel, licznie lilia złotogłów.

Na wzniesieniu, w średniowieczu mieściła się warownia datowana na XIII wiek, stanowiąca formę przejściową między zamkiem a grodem obronnym. Składała się z trzech części: zamku głównego na szczycie oraz dwóch podzamczy. Pozostałości zamku zostały zniszczone w trakcie eksploatacji bazaltu, zachowały się jedynie znikome fragmenty murów, wałów i fosy. W okolicy wzniesienia odkryto również ślady trzech średniowiecznych grodzisk. Po zboczach Rataja prowadzi ścieżka dydaktyczna „Śladami Trzebowian”. Czerwony szlak kontynuuje swój bieg w dół zbocza Rataja, leśną drogą do polnej, a następnie w lewo przez łąki wprowadza do lasu na zboczach Bazaltowej Góry 367 m n.p.m. Jest ona czopem komina wulkanicznego w którym zakrzepła lawa w trzeciorzędzie. To relikt wulkanizmu zwanego fałdowaniem alpejskim. Związany jest on ze strefą tektonicznego uskoku brzeżnego sudeckiego, wyraźnie oddzielającego Sudety od Przedgórza Sudeckiego.Rataj - bazaltyDocierając na szczyt widoczna jest kamienna wieża widokowa o wysokości 10 metrów, wybudowana w 1906 roku przez Towarzystwo Karkonoskie – Riesengebirgsverien (RGV), w otoczeniu naturalnego lasu ciepłolubnej dąbrowy brekiniowej. Cokół i ściany wieży wzniesiono z łamanego kamienia bazaltowego na rzucie koła. Do wnętrza wprowadza gotycki portal z cegły, schody zewnętrzne wykonane są z bazaltu, wewnętrzne z granitu. Wieże wieńczy platforma widokowa podtrzymywana krenelażem na kamiennych kroksztynach. Wpisano ją do rejestru zabytków w 1992 roku, a wyremontowano w 1994 roku. Z uwagi na wysokość lasu utraciła swoje walory widokowe. Jak wynika z przekazów historycznych, w czasach pogańskich znajdować się tu miała, otoczona kamiennym kręgiem świątynia oraz święty gaj, spalony prawdopodobnie nakazem biskupa wrocławskiego Cypriana.

Przed wieżą znajduje się miejsce odpoczynku, ławy i palenisko. Kierując się od niej na południe, ścieżka doprowadza do punktu widokowego nad krawędzią odsłonięcia bazaltów, zabezpieczonego drewnianymi barierkami. Schodząc w lewo, w dół, dotrzeć można do odsłonięcia ze słupową, sześcioboczną strukturą bazaltów, u podnóża której znajduje się rumosz skalny. Tu miejsce na odpoczynek, z małą infrastrukturą turystyczną – wiatą i paleniskiem. Towarzystwo Karkonoskie – Riesengebirgsverien (RGV) jako organizacja powstało w lipcu 1880 roku. Głównym założycielem był Teodor Donat, buchalter zakładów tekstylnych w Mysłakowicach. Siedzibą biura organizacji była Jelenia Góra, a jej koła miały siedziby w wielu miastach Rzeszy Niemieckiej, a nawet w Nowym Jorku. Głównym źródłem dochodów towarzystwa były składki roczne, wynoszące 3 marki, gdyż dotacje państwa były niewielkie.Bazaltowa Góra i RatajDziałalność RGV była dość wszechstronna, od budowy,utrzymywania dróg i szlaków po powołanie straży ochrony przyrody, a także powołanie muzeum regionalnego w Jeleniej Górze, prowadzenie biblioteki i współpraca naukowa z Uniwersytetem Wrocławskim. Z jego inicjatywy podjęto budowę obserwatorium meteorologicznego na Śnieżce, a z okazji jubileuszu 25-lecia, w 1905 roku wybudowano drogę dojazdową na jej szczyt. Tworzyło również tanie gospody młodzieżowe i organizowało cotygodniowe wycieczki. Działało nieprzerwanie przez 65 lat do 1945 roku. Kierując się dalej czerwonym szlakiem prowadzącym leśną drogą, dochodzi się do asfaltowej drogi biegnącej z Paszowic do Jakuszowej i Siedmicy. Przekraczając ją, napotykamy na potok Paszówka, lewy dopływ Nysy Szalonej, mający swe źródła (dwa cieki) na wysokości 350 m n.p.m. na wschodnich zboczach góry Dębowej 367 m n.p.m. w okolicach Jakuszowej. Jego długość to około 9 km.

Idąc ścieżką pod górę, dochodzimy po jej lewej stronie do trzech zieleńcowych grup skalnych, gdzie w środkowej z nich znajduje się niewielka sztolnia Grota Pustelnika. Składają się na nią dwa otwory skalne, na wysokości 298 m n.p.m., długości 2 i 5 metrów, szerokości do 1,5 metra. Zieleniec jest skałą metamorficzną powstałą w wyniku przeobrażenia skał zasadowych lub obojętnych, jak na przykład bazalty. Charakterystyczną, zielonkawą barwę nadaje jej minerał, chloryt. Grota nie jest tworem natury, a efektem prowadzonych tu niegdyś poszukiwań za cennymi rudami metali. Jak twierdzą mieszkańcy Paszowic, którzy przybyli na te ziemie po II wojnie światowej, miała być ona miejscem zamieszkania mnicha pustelnika. Biorąc jednak pod uwagę wielkość groty, jest to bardzo mało prawdopodobne. Z ów pustelnikiem wiąże się podanie, które mówi o przybyciu na tereny dzisiejszych Paszowic, gdy były one jeszcze niezaludnione, człowieka o imieniu Pakosz.Grota PustelnikaNiektórzy opowiadali, że uciekł z dalekiego kraju i tu się ukrywa, inni zaś mówili, że go wygnano. Jak było naprawdę nie wiadomo do dziś. Pakosław osiedlił się w lesie z dala od pobliskich osad, w opuszczonej grocie, pędził żywot pustelnika. Pomimo podeszłego wieku, polował na dziką zwierzynę, zbierał różnorodne korzonki i rośliny, podbierał także miód dzikim pszczołom. W wolnych chwilach medytował. Podobno umiał czarować i cudownie uleczać, o czym przekonał się pewien podróżnik, który przejeżdżając w okolicy, spadł z konia i połamał obie nogi i żebra. Pustelnik znalazł go z bardzo wysoką gorączką. Zabrał więc do groty i podawał mu różnorodnego rodzaju mikstury, które sam przyrządził. Kiedy podróżnik wyzdrowiał, podziękował mu i odjechał. Opowiadał potem o cudownych umiejętnościach pustelnika. Innym razem tropiąc dzikiego zwierz zawędrował do odległej osady, gdzie akurat panowała czarna ospa.

W dawnych czasach była to śmiertelna choroba i niewielu ludzi odzyskiwało zdrowie, większość niestety umierała. Pustelnikowi udało się jednak uzdrowić wszystkich mieszkańców tej osady. Na wieść o tym w krótkim czasie w okolicy groty pojawili się ludzie. Zjeżdżali oni do niego, żeby ich wyleczył. Pustelnik chętnie służył swoimi umiejętnościami w zamian za skromne datki w postaci żywności. Coraz więcej schorowanych ludzi przybywało do niego, by ich uzdrowił. Przybywali też wędrowni kupcy, którzy sprzedawali swoje towary leczącym się u pustelnika. Wkrótce ludzie zaczęli się tu osiedlać i budować swoje chaty. Lata mijały, pustelnik był coraz starszy i słabszy. Kiedy nastała kolejna zima, spadł śnieg i chwycił wielki mróz stała się rzecz straszna: pewnej nocy starzec zamarzł. Ludzi, którzy go znaleźli, opowiedzieli wszystkim w okolicy o tragicznej śmierci pustelnika. Pochowano go z wielkim szacunkiem w pobliżu groty, a niewielka osada z czasem rozrosła się i przyjęła nazwę Paszowice. Nazwa ta pochodzi od imienia pustelnika.Bazaltowa Góra - bazaltyPodobno jeszcze czasami w mgliste jesienne wieczory można dostrzec ducha pustelnia, który medytuje obok wejścia do groty. Szlak dalej prowadzi ścieżką przez las liściasto – iglasty, koło dwóch stawów płuczkowych. Następnie przez łąki wprowadza na zbocza i górę Radogost 397 m n.p.m. (Januhsberg). To kolejne powulkaniczne wzniesienie, zbudowane z bazaltu, stanowiące część dawnego komina wulkanicznego. Na szczycie, podobnie jak na Bazaltowej Górze, wznosi się murowana z kamienia i cegły, 22-metrowa wieża widokowa, zbudowana w 1893 roku. W 1977 roku zaadaptowano ją na wieżę sygnalizacyjną przeciwpożarową. Wyremontowano ją w latach 90-tych XX wieku. U jej podnóża znajduje się miejsce odpoczynku, ławy i palenisko. Z wieży rozciągają się widoki na Sudety i Przedgórze Sudeckie. W okolicy, na stokach, znajdują się też ślady wczesnośredniowiecznego grodziska. W bliskim otoczeniu wzniesienia rosną okazy jarzębu brekinii i daglezji.

Góra Radogost to dawna słowiańska góra kultowa, sam Radogost był bogiem plemion Słowian Połabskich – Wieletów, czczonym w Radogoszczy. Wszystkie z wymienionych wzniesień były wyższe niż obecnie. W okresie zlodowacenia, w trakcie transgresji lądolodu, wzniesienia były całkowicie przykryte lodem. Wody topniejącego lądolodu oraz silne procesy erozyjne, trwające przez kilka milionów lat, przyczyniły się do zdarcia grubych pokryw otaczających kominy wulkaniczne, a z dawnych wulkanów zachowały się tylko neki, w postaci twardzieli wypełniających wnętrza kraterów. Podążając dalej szlakiem, na południowy – zachód, dochodzi się do miejscowości Grobla. Z niej kierując się na zachód można dotrzeć do kolejnych osobliwości przyrodniczych jak na przykład rezerwat „Nad Groblą”, „Wąwóz Siedmicy” czy „Wąwóz Lipa”.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Kościół w Kościelcu

przez , 19.lut.2014, w Zabytki

KKW miejscowości Kościelec, położonej na południe od Legnicy znajduje się XV-wieczny gotycki, rzymskokatolicki kościół filialny Parafii w Małuszowie p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa, usytuowany na wzniesieniu i tym samym górujący nad okolicą. Dawniej był on ewangelickim kościołem ucieczkowym, w czasach panującego na tych terenach luteranizmu dla wyznawców spoza księstwa legnicko-brzeskiego, którzy to na swoich terenach nie posiadali swobody wyznaniowej. Fakt nieodległego przebiegu księstwa przełożył się na wygląd zewnętrzny kościoła mającego cechy budowli obronnej. Przebudowano i rozbudowano go w XVII wieku na kościół trzynawowy, z wnętrzem w którym przedzielone jest ono rzędami drewnianych słupów podtrzymujących barokowe empory.KK1Drewniane wnętrze bogato ozdobiono malowidłami religijnymi. Kolejna przebudowa miała miejsce na początku XX wieku. Znajduje się tu także tablica pamiątkowa poświęcona Alfredowi Olszewskiemu, dziedzicowi z nieodległych Warmątowic Sienkiewiczowskich. Na zewnętrznych ścianach kościoła znajdują się wmurowane liczne epitafia. Teren kościoła częściowo ogrodzony jest murem. Na jego terenie znajduje się cmentarz, w murze kilkanaście tablic nagrobnych, a od północnej strony grobowce rodzinne. Po południowej stronie znajduje się krzyż pokutny. Nieopodal kościoła, tuż przy parkingu umiejscowiony jest kamienny obelisk poświęcony ofiarom wojen XIX-wiecznych.

 

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , więcej...

Kościół w Studnicy

przez , 18.lut.2014, w Zabytki

KSStudnica to niewielka wieś położona około 10 km na zachód od Legnicy. Znajduje się w niej klasycystyczny kościół filialny p.w. Matki Bożej Ostrobramskiej i św. Kazimierza. Wzmiankowany był już w 1305 roku. Został spalony przez wojska napoleońskie w 1813 roku, a obecną bryłę otrzymał po odbudowaniu w 1817 roku. Do średniowiecznej oskarpowanej wieży i barokowych kaplic z 1690 roku dobudowano obszerną salę, klasycystyczną nawę z emporami. W dwóch barokowych grobowych kaplicach zachowały się kamienne sarkofagi z początku XVIII wieku i fragmenty polichromii. Teren kościoła ogradza kamienno – ceglany mur, na którym to znajdował się niegdyś cmentarz. Po wewnętrznej stronie muru zachowało się kilka tablic nagrobnych, a na południowej ścianie kościoła trzy epitafia.KS1Kościół jako dziedzictwo kulturowe jest priorytetem numer 1 „Ochrony zabytków”. Remont konstrukcji i więźby dachowej wraz z wymianą pokrycia dachowego dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W Studnicy znajduje się największe w kraju zgrupowanie krzyży pokutnych – 8 krzyży i 2 kapliczki pokutne. Jedna z kapliczek i 6 krzyży znajduje się w murze cmentarnym, druga kapliczka i krzyż przy drodze do Legnicy, ostatni krzyż przy drodze do Miłkowic. Ciekawym wątkiem historycznym, a mało znanym jest również tzw. „Bitwa pod Studnicą” w 1220 roku, której przyczyną był ucisk fiskalny górników pracujących przy wydobyciu złota.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , więcej...

Okole i Łomy koło Lubiechowej

przez , 17.lut.2014, w Ciekawe miejsca

OŁOkole 720 m n.p.m. jest najwyższym szczytem w Grzbiecie Północnym Gór Kaczawskich, położonym na południe od wsi Lubiechowa, zbudowanym ze staropaleozoicznych skał metamorficznych – zieleńców i łupków zieleńcowych. W partiach szczytowych znajduje się kilka ciekawych wychodni grup skalnych w formie małych turni, nazywanych Orlimi Skałkami. Na jednej z nich znajdują się pozostałości po dawnym punkcie widokowym w postaci resztek metalowych barierek. Do lat 40-tych XX wieku na szczycie stała drewniana wieża widokowa.OŁ1Ze szczytu rozciągają się ładne widoki na Góry Kaczawskie, Rudawy Janowickie i Karkonosze. Warto również odwiedzić nieczynny kamieniołom w pobliskiej miejscowości Lubiechowa, umiejscowiony na jej zachodnim krańcu, w górze Łomy 424 m n.p.m. Niegdyś eksploatowano tu melafiry migdałowcowe. Ponieważ są one bogate w geody kwarcu, ametystu, kalcytu i agaty, a znajdująca się na jego terenie mała infrastruktura (wiaty, paleniska) sprzyja wypoczynkowi, jest to miejsce często odwiedzane przez poszukiwaczy minerałów.OŁ2

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Kościół romański w Świerzawie

przez , 13.lut.2014, w Zabytki

KRŚ38 luty 2014 roku. Kolejny raz wybieramy się w Góry Kaczawskie. Dojeżdżamy do niewielkiej miejscowości – Świerzawy. Mijając kolejne zakręty prowadzące do miasta, zauważamy po lewej stronie szarą bryłę kościoła. Skręcamy na parking umiejscowiony przy nim. Przez budynek bramny wchodzimy na jego teren. Pierwsze co rzuca nam się w oczy to wystające w pewnej odległości od murów kościoła wychodnie kilku „wywietrzników”. Czyżby kościół miał tak rozbudowane podziemia? Zagadka rozwiąże się już niedługo. Oglądamy teren wokół, uwagę przykuwa żelazny krucyfiks, a na ścianie kościoła nad nim, zanikające resztki fresku. Robimy zdjęcia. W pewnym momencie pojawia się jegomość z pieskiem, który przysiada na ławeczce, na wprost wejścia do kościoła.

Przygląda się nam, więc podchodzimy do niego, rozpoczynamy rozmowę. Owym jegomościem okazuje się pan Jerzy Mosoń, mieszkaniec Świerzawy, który zaczyna nam opowieść o historii tego obiektu, o dawnym cmentarzu wokół i płytach nagrobnych uratowanych przez kamieniarza ze Złotoryi (obecnie zamontowane są na południowym fragmencie muru okalającego kościół), o poniemieckiej kolekcji minerałów, która znajdowała się wewnątrz jeszcze do 1948 roku (a później zniknęła). Jak ustaliliśmy była to składnica Kuratora Uniwersytetu i Politechniki z Wrocławia zawierająca zbiory Instytutu Mineralogicznego, jedna z kilkudziesięciu składnic zorganizowanych od 1942 roku przez prof. Gunthera Grundmanna konserwatora zabytków Prowincji Dolnośląskiej.KRŚWyjaśnia nam też zagadkę tajemniczych „wywietrzników”, które okazują się kominami studzienek od wykonanego wokół kościoła drenażu podłoża. Jako że nie da się nie powielić faktów historycznych związanych z tym obiektem, na stronie serwisu miasta i gminy Świerzawa, odnajdujemy wpis o najcenniejszym i najstarszym zabytku Gminy Świerzawa, późnoromańskim kościele p.w. św. Jana Chrzciciela i św. Katarzyny Aleksandryjskiej określanym jako przykład prawie niezmienionej w swej bryle świątyni późnoromańskiej, dalej czytamy:

„Zbudowany z kamienia łamanego (z piaskowcowymi narożnikami, portalami i obrzeżami okiennymi) na miejscu swego drewnianego poprzednika (wzmiankowanego już w 1195 roku) w II ćw. XIII wieku, pierwotnie był budowlą bezwieżową, jednonawową z prezbiterium i wyodrębnionym łukiem tęczowym. Prezbiterium zabudowane jest od wschodu (kościół jest orientowany) apsydą. Do północnej ściany przylega dobudowana po połowie XIII wieku zakrystia. Wieża górująca nad świątynią została dobudowana w 1507 roku, po zniszczeniach wywołanych pożarem w XV wieku. Nieco później kościół zyskał przybudówkę na ścianie południowej. Po zniszczeniach przebudowano również w ścianie południowej dwa okna.KRŚ2Prezbiterium przykrywa sklepienie krzyżowo-żebrowe, nawę – drewniany strop podparty dwiema kolumnami z drewna jodłowego. Wymiary wnętrza kościoła: prezbiterium – 8,5 m x 8,5 m, nawa – 17,6 m x 11,5 m. W źródłach pisanych pierwszy raz o kościele informowano w 1268 roku, wspominając o proboszczu z Reinvirdi villa (pierwotna nazwa Sędziszowej). Kościół (mieszczący pierwotnie w swym wnętrzu do 1000 wiernych) służył okolicznym polskim wsiom jeszcze przed lokacją miasta Świerzawy jako kościół parafialny do 1391 roku, kiedy przeniesiono sakramenty do nowego kościoła w Świerzawie. Mający za patrona św. Jana Chrzciciela, zyskał ponadto w XIV wieku patronkę – św. Katarzynę Aleksandryjską, po zniszczonej kaplicy w Sędziszowej (przy drodze do Sokołowca).

W roku 1428 zniszczony częściowo przez Husytów, zyskał mur obronny. Po utracie znaczenia i przyjęciu funkcji kościoła filialnego świątynia stała się kościołem cmentarnym w 1713 roku, którym pozostała aż do końca II wojny światowej. W latach 1552-1654 (oraz na trzy lata: 1875-1878) kościół był użytkowany przez ewangelików, którzy pozostawili po sobie drewnianą emporę z 1562 roku oraz ambonę z 1613 roku (zniszczoną po II wojnie światowej). W XVIII wieku odprawiano w nim jedynie odpustowe i żałobne msze święte. W wiekach XIX i XX odprawiano jedynie jedną mszę świętą rocznie. Kościół wielokrotnie remontowano. W 1 połowie XIX woeku wymieniono stropy i przebudowano empory. W latach 1903-1904 dokonano konserwacji ołtarza. W latach 1923-1924 wymieniono więźbę dachową i pokrycie dachów.KRŚ4W 1929 roku odnowiono hełm wieży. Ponownie drewniany gont wymieniono w latach 60- i 70-tych XX wieku. Po wojnie kościół niszczał aż do lat 50-tych, kiedy wywieziono część wyposażenia (między innymi gotycki ołtarz z 1498 roku, obecnie w kościele św. Marcina w Poznaniu). W czasie prac konserwatorskich dokonano transferu niektórych malowideł, które eksponowane są w Muzeum Regionalnym w Jaworze, oraz w Wydziale Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Jeszcze w okresie przedwojennym przewieziono do konserwacji do Berlina obraz na desce Tron Łaski ucznia Mistrza z Koszatek (sprzed 1350 roku), następnie eksponowany na Wawelu, by ostatecznie trafić do Wrocławia (Muzeum Narodowe we Wrocławiu).

Na skutek odkryć naukowców z Akademii Sztuk Pięknych z Krakowa objęto świątynię w 1976 roku planem ochrony zabytków województwa jeleniogórskiego. Rozpoczęto prace konserwatorskie, trwające do 2001 roku. W roku 2003 udostępniono kościół indywidualnym turystom, a w roku 2005 wyremontowano wnętrze wieży (remont schodów i podłóg, zbudowanie dodatkowego drewnianego stropu), co umożliwiło oddanie wieży celom widokowym. Podczas porządkowania wnętrza i konserwacji mensy ołtarzowej w latach 1998-2001 znaleziono w sierpniu 1998 roku skrywane relikwie w kamiennym relikwiarzu, zawierającym fragment kości i zakrytym pieczęcią biskupa Kulumbacha z pogranicza bawarsko-frankońskiego”.KRŚ5Jak informuje tablica zamieszczona przed wejściem do budynku bramnego, kościół jest czynny w sezonie letnim od 10.00-18.00, w innych dniach i godzinach zwiedzanie po uprzednim kontakcie z administratorem obiektu: Centrum Kultury, Sportu i Turystyki w Świerzawie tel. 75-71-35-273, 75-71-35-273, 663-122-441, 663-122-441 e-mail: centrumkultury@swierzawa.pl, lub opiekunem obiektu: Stowarzyszenie SONOVE w Świerzawie tel. 607-431-332, 607-431-332, 697-778-534, 697-778-534 e-mail: stowarzyszenie-sonove@wp.pl.
Jeszcze raz pragniemy serdecznie podziękować panu Jerzemu Mosoniowi, który poprzez miłą rozmowę zdradził nam wiele ciekawych faktów z historii tego obiektu i wykonywanych tam prac. Jest to niewątpliwie jeden z ciekawszych i unikalnych obiektów architektury romańskiej w Polsce.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , więcej...

Sokole Góry w Rudawach Janowickich

przez , 24.sty.2014, w Ciekawe miejsca

SokolikiSokole Góry są najciekawszym fragmentem Rudaw Janowickich, złożone z sześciu granitowych szczytów – Krzyżna Góra 654 m n.p.m., Sokolik 642 m n.p.m., Browarówka 525 m n.p.m., Rudzik 500 m n.p.m., Łysa 480 m n.p.m. i Buczek 456 m n.p.m. Zbudowane są z granitu charakteryzującego się dużą różnorodnością struktur, od granitu porfirowatego poprzez równoziarnisty do aplogranitu. Liczne skałki na ich terenie dochodzące do 60 metrów wysokości są atrakcyjnym terenem wspinaczkowym. Najciekawsze z nich znajdują się na Sokoliku i Krzyżnej Górze. Wędrówkę warto zacząć od Przełęczy Karpnickiej 470 m n.p.m., z której to szlakiem docieramy do schroniska „Szwajcarka”, położonego na wysokości 520 m n.p.m., na południowo-wschodnim stoku Krzyżnej Góry.

Zostało wybudowane w 1823 roku w stylu tyrolskim, gdy właściciel zamku w niedalekich Karpnikach, Wilhelm von Hohenzollern, brat króla Prus Fryderyka Wilhelma III, wydał polecenie zbudowania na Krzyżnej Górze domku myśliwskiego na wzór budynku z Wyżyny Berneńskiej w Szwajcarii. Na parterze znajdowały się pomieszczenia leśniczego, a na piętrze urządzony był gabinet księcia (sala z ogromnym kominkiem zachowała się do dnia dzisiejszego). Obiekt szybko stał się miejscem bardzo popularnym, w kilka lat po jego wybudowaniu na parterze urządzono gospodę. Funkcję schroniska Szwajcarka (Schweizerei) zaczął pełnić dopiero w okresie międzywojennym. Po II wojnie światowej budynek był niezagospodarowany i niszczał, dopiero w 1950 roku obiekt przejęło PTTK uruchamiając w nim schronisko turystyczne.SzwajcarkaNa lewo od schroniska (na zachód) ścieżką można dojść do tak zwanej Jaskini Bukowej, a tak naprawdę, dwóch wejść do sztolni, która jest pozostałością po eksploatowanej tu żyle pegmatytu zasobnej w duże kryształy kwarcu i ortoklazu. Dalej szlakiem docieramy do Husyckich Skał. To okazałe urwisko skalne o wysokości około 20 metrów u północno-wschodniego podnóża  Krzyżnej Góry. Opada ku Przełączce, oddzielającej je od Sokolika. Zbudowane są z waryscyjskich granitów karkonoskich z żyłami aplitów. Husyckie skały tworzą dwie baszty, łatwo dostępne ze ścieżki biegnącej powyżej nich. Stanowią punkt widokowy zabezpieczony żeliwną barierką. Na szczytowym plateau stoi głaz z widocznymi śladami niemieckiego napisu, dawniej zwieńczony figurą orła zrywającego się do lotu. Z krawędzi otwiera się widok na Sokolik. Wokół skałki rośnie las mieszany. Husyckie skały bywają celem wspinaczki.

Nazwa skałki od początku odnosiła się do wydarzeń związanych ze zdobyciem pobliskiego zamku Sokolec i ucieczki husytów z niego w 1434 roku. Według legendy uciekinierzy zmylili drogę i spadli ze skałki, ponosząc śmierć. Stare nazwy niemieckie też nawiązywały do tego wypadku, chociaż nie w tak bezpośredni sposób. Nazwa Kutschstein miała brzmienie gwarowe, natomiast Gotschenstein miała pochodzić od przebiegającej przez nią granicy posiadłości Schaffgotschów. W końcu XIX wieku lub na począku XX wieku, gdy modne stało się dedykowanie obiektów fizjograficznych postaciom historycznym, skałkom nadano imię ks. feldmarszałka Gebharda Leberechta von Blüchera (1742-1819), zwycięzcy Napoleona pod Lipskiem. Umieszczono na specjalnie ustawionym głazie tablicę z jego nazwiskiem i datą „1813″, a na wierzchołku żeliwnego orła pruskiego. Skałka cieszyła się powodzeniem jako miejsce odpoczynku w drodze na oba szczyty Sokolików.Jaskinia Bukowa i Husyckie SkałyObecnie z pierwotnego zagospodarowania zachowała się barierka i ślady napisu na głazie ale nadal jest to jedna z popularniejszych grup skalnych Rudaw Janowickich. Następnie kierujemy się ku szczytowi Krzyżnej Góry. To jeden z dwóch bliźniaczych szczytów Sokolich Gór, noszących łączną nazwę Sokoliki. Jest ona południową, wyższą kulminacją, wznoszącą się w postaci stromego stożka, zwieńczonego okazałymi skałkami. Na wierzchołku wyrasta Krzyżna Skała, a obok Grzęda, Bukowa Skała, Zamkowe Skały, Rogatka, a niżej między innymi Jastrzębia Turnia i Swarożyc. Wierzchołek, udostępniony wykutymi stopniami i zabezpieczony metalową barierką, stanowi wspaniały punkt widokowy na Kotlinę Jeleniogórską i otaczające ją pasma, przede wszystkim pełną panoramę Karkonoszy i Gór Izerskich. Skałkę wieńczy metalowy krzyż. W skałce obok jest naturalne okno skalne. Krzyżna Góra zbudowana jest z waryscyjskich granitów karkonoskich z żyłami aplitów, w których występują okazałe skalenie i z pegmatytów.

Zbocza porasta stary las świerkowo-bukowy, miejscami z domieszką innych gatunków. W 1822 roku Karpniki nabył książę pruski Wilhelm Hohenzollern, brat króla Prus, tworząc tam wspaniałą rezydencję, obejmującą ogromny park krajobrazowy, w obręb której włączono też na północy Sokole Góry, szczególnie Krzyżną Górę, stanowiącą ich dominantę. Do tego momentu szczyt nie posiadał odrębnej nazwy – oba określano łącznym mianem Falken Berge. Zagospodarował cały teren, wznosząc w 1823 roku domek myśliwski („Szwajcarkę”) i urządzając punkty widokowe. Na skałce sąsiadującej z Krzyżną Skałą jest naturalny taras otwarty na południe, któremu nadano nazwę Prinzessinstuhl (Tron Księżniczki), był to bowiem ulubiony punkt widokowy księżnej Marianny. Książę Wilhelm udostępnił szczytowe skały specjalnie wykutymi stopniami. Na najwyższej skałce wywieszano z daleka widoczną flagę (nie było jeszcze krzyża).Krzyżna GóraWreszcie około 1830 roku na szczytowej skałce Krzyżnej Góry ustawiono okazały krzyż żeliwny o wysokości 7,0 metrów (21 stóp) i rozpiętości ramion 5,2 metra z napisem: „Des Kreuzes Segen über Wilhelm, Seine Nachkommen und das ganze Thal” (Błogosławieństwo Krzyża nad Wilhelmem, jego potomstwem i całą doliną). Ważył 40 cetnarów i został wykonany w hucie w Gliwicach. Istnieją kontrowersje zarówno co do daty ustawienia krzyża, jak i osoby fundującej. Część źródeł podaje, że ustawiono go na polecenie księcia Wilhelma, ale prawdopodobniejsze wydaje się, że postawiła go księżna Marianna dla uczczenia pamięci męża. W każdym razie od tego momentu szczyt uzyskał obecną nazwę, został udostępniony stopniami i stał się jedną z głównych atrakcji w okolicy. Z czasem Krzyżna Góra została czołowym terenem wspinaczkowym w Sudetach ze względu na atrakcyjne drogi, których długość dochodzi do 60 metrów. Także skałki niżej położone lub u podnóża, są celem wspinaczek, a Jaskinia Bukowa służyła za miejsce biwaków.

Po 1992 roku krzyż zdjęto ze względu na skorodowanie i po konserwacji ustawiono na nowo. U podnóża Krzyżnej Góry znajdują się niewielkie ruiny zamku Sokolec. Dzieje zamku, szczególnie wczesne, nie są dobrze udokumentowane i budzą spore wątpliwości. Już za czasów niemieckich, w wyniku niezbyt fachowo prowadzonych i słabo udokumentowanych badań archeologicznych z 1904 roku, przyjęto informację, że pierwotnie miał tu istnieć gródek datowany na VIII wiek i łączony z tak zwanym północno-morawskim państewkiem Samona lub plemionami germańskimi (frankońskimi), o czym zaświadczały podobno tu znalezione groty włóczni frankońskich z tego okresu. Po 1945 roku przyjęto hipotezę (też nieudokumentowaną), że był to gródek wczesnosłowiański. Wątpliwości nie rozstrzygnęły pobieżne badania w 1960 roku. Udokumentowane jest natomiast istnienie średniowiecznego zameczku – strażnicy, chociaż nie wiadomo dokładnie kiedy powstał.Krzywa TurniaJego założenie jest przypisywane księciu Henrykowi Brodatemu i datowane na 1207 rok. Z początkami Sokolca wiąże się typowa legenda o odnalezieniu przez księcia w tym miejscu gniazda jastrzębia czy sokoła, co miało dać asumpt nazwie. Była to niewielka warownia przybudowana do skał, która stała się jednak centrum rozległych dóbr ziemskich. Po śmierci księcia świdnickiego Bolka II, wdowa po nim, księżna Agnieszka, w 1372 roku (według innych źródeł w 1368 roku) nadała jako lenno Sokolec i majątek z nim związany Clericusowi Bolcze, uważanemu za założyciela pobliskiego Bolczowa. Do lenna zamkowego należały wówczas między innymi Karpniki, Rędziny, a także odległe Stare Rochowice i Bełczyna. Zamek, podobnie jak leżące u stóp Karpniki, często wówczas zmieniał właścicieli. W 1406 roku władał nim Hans von Tschirn z Płoniny.

W czasie wojen husyckich zamek stał się jedną z ich siedzib, ponieważ Hans von Tschirn czynnie popierał ten ruch, ale w 1434 roku podobno zmienił poglądy i zaprosiwszy na Sokolec dwóch dowódców husyckich pojmał ich i przekazał biskupowi wrocławskiemu. Husyci w odwecie mieli zniszczyć zamek. Jest to jednak tylko jedna z wersji. Inna głosi, że zamek przetrwał wojny husyckie i stał się siedzibą rycerzy-rozbójników. W 1442 roku zamek objął rycerz Conrad von Nimbtsch, po nim jego wuj Hans Wiesse, a w 1448 roku brat Heinrich. Z Sokolcem wiąże się też postać niejakiego Proćki, który po przegonieniu z Sokolca, podobno wzniósł pierwszy zamek w Karpnikach, ale jest to postać legendarna. Ostatecznie zamek miał zburzyć około 1475 roku. Maciej Korwin podczas walk o tron czeski z Jerzym z Podiebradów. W 1508 roku Władysław Jagiellończyk wydzierżawił w postaci zastawu klucz zamkowy Antonowi Schoffowi (Schaffgotschowi) z Chojnika, zaznaczając, że zamek jest już ruiną.Sukiennice i SokolikW 1604 roku hrabia von Schaffgotsch wykupił cały klucz, stając się właścicielem Sokolca. Szczyt Krzyżnej Góry i ruiny Sokolca były potem przedmiotem długotrwałego sporu pomiędzy von Schaffgotschem i von Kanitzem, między innymi o prawo poboru drewna z lasu. Ostatecznie zamek przypisano do dóbr karpnickich. Ponowne zainteresowanie ruinami nastąpiło dopiero w 1 połowie XIX wieku, gdy księżna Marianna, małżonka księcia Prus Wilhelma, zagospodarowywała okoliczne tereny po  nabyciu  przez nich zamku w Karpnikach. Ruiny były wtedy większe, opisywano nawet jakąś piwnicę. Dopiero w 1904 roku Oheimb prowadził tu badania archeologiczne i odgruzował pozostałości ruin. Zamek Sokolec datowany jest na 2 połowę XIV wieku. Zachowały się z niego tylko nikłe resztki w postaci narożnika jakiegoś budynku wzniesionego z kamieni i mały fragment muru. Można też dopatrzyć się śladów wału ziemnego, ewentualnie suchej fosy.

Wracając szlakiem do Husyckich skał, kierujemy się następnie na północny-zachód, ku tak zwanej Przełączce, a dalej już ku szczytowi Sokolika 642 m n.p.m. i grupom skał go okalającym. Sokolik (Forst Berg, 622 i 642 m n.p.m.) jest drugim co do wysokości szczytem w Sokolich Górach, położonym na północ od bliźniaczej Krzyżnej Góry. Na szczycie i zboczach znajduje się duże nagromadzenie granitowych skałek oraz pojedynczych bloków skalnych. Wiele z nich posiada własne nazwy, między innymi Krzywa Turnia, Sukiennice, Zipserowa Czuba, Ptak, Baba. Najbardziej znane skałki to Sokolik Duży i Sokolik Mały, znajdujące się w północno-wschodniej części szczytu, składają się z dwóch filarów skalnych, z których zachodni, wyższy (642 m n.p.m.) zwieńczony jest stalową platformą widokową, na którą prowadzą żelazne schody. Co do daty powstania schodów i platformy w literaturze funkcjonują dwie wersje. Według pierwszej z nich schody w tym miejscu zostały wykute w 1885 roku z inicjatywy Riesengebirgsverein, które w najbardziej stromych miejscach zamontowało dodatkowo drewniane drabiny.Sokolik DużyInne źródła przypisują inicjatywę właścicielowi dóbr w Maciejowej, Carlowi Emilowi Beckerowi, a jako czas realizacji podają rok 1884. Pomiędzy pośrednimi pomostami istniała kiedyś żeliwna tabliczka z napisem „Piękny widok” i rokiem budowy schodów. Na szczycie Becker nakazał ustawić maszt, na który wciągano flagę z jego imieniem i nazwiskiem. Na Sokoliku kultywowany był występujący w Sudetach do 1945 roku zwyczaj umieszczania w specjalnie przygotowanych metalowych puszkach (tak zwanych puszkach szczytowych) książek szczytowych oraz ołówków, umożliwiających wpisywanie turystom informacji o kolejnych wejściach na wierzchołek i ewentualnie o towarzyszących temu wrażeniach. Trudno ustalić, kiedy zwyczaj ten się pojawił, zanikł on natomiast definitywnie po wymianie ludności w Sudetach po II wojnie światowej. Z platformy rozpościera się widok na Karkonosze, dolinę Bobru, północną część Rudaw Janowickich oraz Góry Kaczawskie. Sokolik jest często wykorzystywany jako teren do ćwiczeń wspinaczkowych.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , więcej...

Totenburg w Wałbrzychu

przez , 23.sty.2014, w Historia

TWW Wałbrzychu wysoko ponad miastem wznosi się góra Niedźwiadki. W obrębie jej północnego stoku, na rozległym spłaszczeniu, znajduje się unikatowy zabytek epoki nazistowskiej – kamienne mauzoleum poświęcone miejscowym narodowosocjalistycznym bojówkarzom zabitym w różnych akcjach partyjnych. Podobnie jak inne tego typu obiekty, upamiętniało także niemieckich żołnierzy z danego regionu poległych na frontach I wojny światowej, a jako nietypowy lokalny akcent dodano inskrypcję dedykowana śląskim robotnikom, którzy zginęli na posterunku pracy. Duże znaczenie w wyborze lokalizacji miała rozciągająca się stąd rozległa panorama, co nie tylko wzmacniało doznania odwiedzających, ale przede wszystkim czyniło widocznym w znacznej części Wałbrzycha znicz płonący całodobowo nad mauzoleum.TW1Budowla ta była elementem ogólnoniemieckiego programu wznoszenia spektakularnych pomników chwały (Ehrenmal) czczących poległych w boju germańskich żołnierzy, ewentualnie wybitnych wodzów czy miejsca bitew. W odróżnieniu od wcześniejszych pomników ofiar konfliktu lat 1914-1918 obecnych prawie w każdej wsi i miasteczku Niemiec, które zazwyczaj były skromne w treści i formie, nakierowane na zachowanie pamięci o licznych zmarłych z danej miejscowości i stawiane z inicjatywy ich rodzin, hitlerowskie „sanktuaria” pełniły rolę propagandową jako ośrodki indoktrynacji społeczeństwa, zwłaszcza młodzieży, w duchu kultu śmierci za „Nowe Niemcy” i gotowości oddania życia w dalszej walce o idee nazizmu. W bogatej wizualnie oprawie urządzano tam wiece i uroczystości, były one też celem licznych turystyczno-ideologicznych rajdów młodzieży.TW2Obiekty takie miały wiele wspólnych cech: surową, monumentalną bryłę wzniesioną z naturalnego kamienia, często wzorowaną na architekturze militarnej, bardzo skromne zdobienia zewnętrznych fasad, bogaty wystrój wnętrza (mozaiki,posągi), w miarę możliwości eksponowane położenie na jakimś wyniesieniu oraz rozległy plac lub amfiteatr jako miejsce masowych zlotów. Wałbrzyski Ehrenmal to modelowy przykład takiego założenia. Jest on dziełem jednego z czołowych twórców wojskowej sztuki cmentarnej Roberta Tischlera. Jako naczelny architekt (1926-1959) Volksbundes Deutscher Kriegsgraberfursorge wprowadził nowe standardy projektowania niemieckich cmentarzy wojskowych w kraju i za granicą odchodząc od jednolitego wzoru i preferując indywidualne komponowanie każdego z nich w ścisłym związku z lokalnym krajobrazem, choć z bardzo skromną, niskopienna zielenią ogrodową.TW3Według jego koncepcji cmentarze te powinny być pomnikiem chwały żołnierza germańskiego, toteż wznosił okazałe, symboliczne mauzolea, pomyślane jako centra ideowe nekropolii. Wałbrzyski pomnik powstał w latach 1936-1938 i obejmował mauzoleum, spory plac defiladowy zaprojektowany na planie podkowy (60×50 m) z trzema wejściami i rzędem 14 masztów flagowych ulokowanych na obwodzie placu. Gmach mauzoleum ma formę prostokąta o wymiarach 28×24,5 m i wysokość 6 m od strony placu defiladowego, a 7,5 m od przeciwnej strony.Naroża są zbudowane w postaci kwadratowych baszt i lekko wysunięte przed linie muru, podobnie jak baszta wejściowa wysunięta 1,5 m przed ścianę. Prawie cały budynek składa się tylko z krużganka z ciągiem arkad obiegającego rozległy kwadratowy dziedziniec o boku 16 m.TW4Jedynie we wschodniej części mauzoleum znajduje się 6 sal, w tym dwie w basztach narożnych, gdzie wystawiano księgi pamiątkowe i z których jest przejście do niskich skrzydeł będących przedłużeniem fasady głównego gmachu, a zakończonych pokaźnymi mastabami zwieńczonymi orłem z rozpostartymi skrzydłami na kuli opatrzonej swastyką (kule i orły nie zachowały się). W rezultacie oba skrzydła z mastabami i fasada mauzoleum tworzą ścianę długości 50 m zamykającą plac defiladowy. Budynek ma rozległe piwnice głębokości do 4 m. Obecnie są częściowo zarwane. Na środku brukowanego dziedzińca wznosił się znicz z brązu w postaci zdobionej kolumny, z czterema lwami u podstawy i trzema nagimi młodzieńcami podtrzymującymi misę ogniową z wiecznym ogniem, minimalnie wystającą ponad poziom dachu. Było to dzieło berlińskiego rzeźbiarza i malarza Ernsta Geigera.TW5Gmach mauzoleum swoją formą, surowością kamiennych murów grubych na 60-70 cm, basztami, brakiem okien, zastąpionych sporadycznymi wąskimi strzelnicami, imituje z zewnątrz fortecę. Prawdziwy Totenburg. Atmosferę tajemniczości i surowości pogłębia jedyny zewnętrzny otwór wejściowy, wysoki, ale niezwykle wąski (78 cm szerokości) z niewielka rzeźbą w tympanonie (nie zachowała się). Wnętrza prezentowały się bardziej ozdobnie, dzięki wyłożeniu stropów krużganka złotą i marmurową, białą i niebieską, mozaiką z wiodącym motywem gwiazd, zróżnicowanej architekturze sklepień i portali wewnętrznych, płytom i inskrypcjom epitafijnym, płaskorzeźbie herbu Wałbrzycha, wspomnianemu zniczowi oraz dużej różnorodności użytego kamienia. Również bruk dziedzińca uformowano w ozdobne pasy, radialnie rozchodzące się od kolumny.TW6Płyty, bruki, napisy i mozaiki nie przetrwały do czasów obecnych, podobnie jak znicz. Prawie cały kompleks zbudowano z naturalnego kamienia, jedynie dachy i piwnice są z betonu, a część wewnętrzna ścian działowych w salach pełniących funkcję pomieszczeń technicznych, z cegły. Większość surowca sprowadzono z Opolszczyzny. Ściany mauzoleum, filary krużganka i oba skrzydła odchodzące od głównego korpusu wraz z kończącymi je wielkimi mastabami wykonano z bloków łamanego wapienia z rejonu Góry Świętej Anny. Jedyną lokalna skałą pojawiającą się w wałbrzyskim kompleksie jest czerwony, drobnoziarnisty piaskowiec, z którego wykonano elementy placu defiladowego przed mauzoleum, głównie schody wejściowe od strony drogi dojazdowej wraz z przyległym murem platformy, krawężnik wyznaczający zewnętrzny obwód całego placu i duże, 1×1 m, płyty podstaw masztów.TW7Niestety mauzoleum wałbrzyskie jest mocno zdewastowane i niezabezpieczone. Trudno zaprzeczyć, że obiekt ten powstał bardziej jako pomnik nazizmu niż miejsce upamiętnienia zmarłych i przywrócenie go do stanu pierwotnego nie wchodzi w rachubę. Jednakże z drugiej strony częściowo wyremontowany, zaopatrzony w tablice prezentujące na przykład architekturę w służbie ideologii hitlerowskiej i zbrodnicze skutki tegoż, mógłby być nie tylko atrakcja turystyczną, ale i pełnić swoiste funkcje dydaktyczne, tym razem już w duchu szowinizmu niemieckiego, a raczej wymownego ostrzeżenia przed totalitaryzmem.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o Białej Damie w Kamieńcu…

przez , 19.gru.2013, w Legendy

Duch SydoniiGdy w XIV wieku po Śląsku podróżowała księżniczka Berendyna, trasa jej wojaży wiodła przez Kamieniec Ząbkowicki. Przyjechała tu wieczorem, więc nie chciała budzić braci klasztornych szykujących się już do snu w cysterskim klasztorze. Giermkowie rozbili obozowisko na pobliskim wzgórzu, w pobliżu klasztoru. Gdy wczesnym rankiem księżniczka wstała, ujrzała przepiękną krainę i pomyślała : „Tak tu pięknie, że na tej skale mógłby stanąć zamek. Chyba każę go zbudować”. Kiedy tylko pomyślała, usłyszała za sobą cichy, łagodny głos:

- Nie rób tego. Jeśli powstanie tu zamek, będą tylko waśnie i boje…

Księżniczka obejrzała się i nagle zauważyła we mgle, na zroszonej trawie, piękną kobietę w białych szatach, powoli rozpływającą się w tej mgle. Gdy później opowiedziała o tym zjawisku braciszkom klasztornym, opat wyjaśnił, że był to duch Herty, narzeczonej czeskiego księcia Bożywoja, która przypadkowo zginęła podczas jednej z potyczek. A książę, który bardzo ją miłował, pochował Hertę, na tym właśnie wzgórzu. Podobnie było, gdy książę ziębicki, który także obozował w tym miejscu, również zapragnął zbudować tu zamek. On także usłyszał cichy głos:

- Nie rób tego, bo będą właśnie i poleje się wiele krwi niewinnej…

Książę także odstąpił od pomysłu i zamek nie stanął w tym miejscu.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , więcej...

Legenda o krwawych pasach w herbie Schaffgotschów…

przez , 19.gru.2013, w Legendy

Herb SchaffgotschówŚląski rycerz Gotsche Schoff, służący w armii cesarza Karola IV, pewnego razu przebywał z nim w obozie pod Erfurtem w Turyngii. Rozegrała się tam krwawa bitwa, a trup słał się gęsto. Nasz Gotsche wyróżnił się spośród innych rycerzy niezwykła walecznością i wielką odwagą. Jego miecz spadał na przeciwnika niczym grom z jasnego nieba, czyniąc wielkie spustoszenie.
Wreszcie bitwa zakończyła się, a zwycięzcą był cesarz, który rozkazał, aby Gotsche stawił się przed nim, bo chciał rycerzowi podziękować za tak waleczny udział w bitwie. Rycerz stanął przed władcą w pancerzu, który cały pokryty był kurzem z pola walki. Karol IV był niezwykle uradowany widokiem takiego wojownika i zwracając się do niego, podał mu prawicę.

Ponieważ jednak ręka rycerza czerwona była od krwi, zanim podał ją cesarzowi, otarł ją o pancerny napierśnik, a na jasnym metalu pojawiły się cztery szkarłatne pasy.
Zaskoczony władca zwrócił się w te słowa :
- Spójrz, mój Gotsche, na swój pancerz! Czy widzisz na nim te piękne, równe smugi? Do twarzy ci w tych barwach. Radowalibyśmy się, gdybyś zachował je w swoim herbie.
Od tego czasu rodowy herb rodziny von Schaffgotsch to cztery pasy czerwone w polu srebrnym.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , więcej...

Legendy o zamku Grodno…

przez , 16.gru.2013, w Legendy

GrodnoCzarna kwoka z zamku Grodno…

Pewnego razu do zamku Grodno przybył rycerz i poprosił o nocleg. Burgrabia, ciekawy wieści z dalekich stron, zajął się gościem, zaprosił go na sutą wieczerzę, a służbie nakazał przygotować wygodną komnatę. Po wieczerzy rycerz udał się na spoczynek, ale nie dane mu było tej nocy odpocząć. Kiedy tylko na zamkowym zegarze wybiła północ, dały się słyszeć dziwne szmery i odgłosy, dochodzące z głębi komnaty. Zdziwiony tym rycerz uniósł głowę i w księżycowej poświacie ujrzał w kącie, przy kaflowym piecu, czarną kwokę z pisklętami. Nagle zaczęła stąpać po komnacie strosząc pióra, pusząc się i gdacząc tak, jak czynią to kwoki, gdy chcą wystraszyć i przegnać jastrzębia. Trwało to do pierwszego brzasku. W bladym świcie poranka powoli rozmazywały się kontury kwoki i jej piskląt, aż w końcu znikły w oświetlonej słońcem komnacie. Zdumiony i wystraszony rycerz zwlókł się z łoża i zbliżył ostrożnie do pieca, gdzie jeszcze przed chwilą kręciła się kwoka.

Śladu jednak po niej nie było… Przy śniadaniu rycerz opowiedział o swoich nocnych przeżyciach zdumionemu gospodarzowi, który postanowił wyjaśnić tajemnicę. Zwołano służbę, która starannie przeszukała całe pomieszczenie, a szczególnie piec. Rozebrano go nawet, usuwając powoli kafel po kaflu i ku zdumieniu wszystkich, znaleziono w środku niewielką, drewnianą trumienkę, a w niej dziecięce szczątki. Świadczyło to o tym, że musiało tu dojść do jakiejś strasznej tragedii, ale tak dawno, że nikt z żyjących nie umiał wyjaśnić znaleziska. Przypuszczano jedynie, że musiało się to zdarzyć podczas wojen husyckich. Trumienkę ze szczątkami dziecka pochowano na cmentarzu w Bystrzycy Górnej i od tego czasu w zamku nie pojawiła się już kwoka z pisklętami – duch matki zmarłych dzieci.

O złotej oślicy…

Z dawien dawna wieść głosiła, że w lesie należącym do dóbr zamku Grodno znajduje się złoto.Wielce zaintrygowany nią jeden z właścicieli zamku postanowił się przekonać, jak dalece jest ona prawdziwa. Postanowił więc przeszukać całą górę pokrytą borem, mniemając, że tam właśnie powinien znaleźć drogocenny kruszec. I nie pomylił się. Natrafił na złoty piasek. Całe życie niemal poświęcił na wydobywanie drobnych ziarenek z zazdrośnie strzegącej swego skarbu ziemi. Uzbierawszy w końcu dość pokaźny skarb, nie mógł już niestety należycie z niego skorzystać, ponieważ znajdował się u schyłku swojego życia. Taki był jednak z niego dziwak, że zamiast przekazać skarb swoim krewnym – bo własnej rodziny nie miał, ponieważ całe życie tak był pochłonięty poszukiwaniem złota, że nie myślał o jej założeniu – wprost, ukrył go w szczelinie muru zamkowego.

Polecił więc specjalnie w tym celu uszyć worek z oślej skóry, zapakował doń własnoręcznie mozołem całego życia zdobyty skarb i umieścił na nim następujący napis : „szczere złoto w skórze znalezione w górze”. Napis ów miał zorientować znalazcę tego skarbu o kierunku dalszych poszukiwań. Znalazcą złota nie był jednak nikt z rodziny dziwaka. Skarb dostał się po wielu wiekach w ręce Szwedów, którzy zajęli zamek, a zrozumiawszy źle napis mówiący, że złoto zostało znalezione w górze, przekopywali Górę Zamkową, a także podkopali zamek i dziurawili jego mury, żadnego śladu złota jednak nie znaleźli. Las, w którym stary dziwak znalazł swój skarb, nosi po dziś dzień nazwę Złotego Lasu, a góra, na której ów las stoi – Złotej Góry.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Wielisławka – pozostałości dawnego górnictwa

przez , 16.gru.2013, w Pod ziemią

SWWielisławka była miejscem w którym intensywnie wydobywano złoto. W chwili obecnej zachowały się trzy sztolnie: sztolnia numer 1 (za mostkiem na Kaczawie) o długości 63 metrów, sztolnia numer 2 (na lewo od „górskiego młyna”) o łącznej długości chodników 290 metrów (błędnie określana przez niektórych jako jaskinia) oraz sztolnia numer 3 (podszczytowa) o długości 81 metrów.
Pierwsza wzmianka pochodzi z 1568 roku, ale eksploatację złóż rozpoczęto wcześniej. Przekrój złotych żył bardzo zasobnych występujących na styku czarnych łupków krzemionkowych z porfirem, dochodził nieraz do trzech metrów. Prace trwały tu do XVIII wieku, więc przeszło 250 lat.SW1Przedwojenne niemieckie przewodniki zawierały opis po tym rejonie i plan sztolni polecając ją jak i wychodzący z niej szyb jako atrakcję turystyczną. Pierwsze informacje o wydobywaniu złota pochodzą z 1556 roku. Złoto występowało w złotonośnych pirytach, a jego koncentracja była znaczna: 18 gram złota na tonę i 64 gram srebra na tonę. Można spotkać się również z opisami mówiącymi o sztolniach na zachodnim zboczu Wielisławki (kopalniach złota i miedzi), w których to eksploatacja określana jest na XV-XVII wiek. W drugiej połowie XIX wieku rozpoczęto eksploatację złoża porfirów na południowo-zachodnim zboczu odsłaniając tym samym piękną, słupową strukturę skał, tak zwane Organy Wielisławskie.SW2Najciekawsza sztolnia, to sztolnia numer 2. Otwór wejściowy ma wymiary 50×70 cm. Po wejściu do wnętrza chodnik powiększa się do rozmiarów pozwalających na swobodne poruszanie. Po prawej stronie widoczny jest szurf głębokości około 1 m wykonany prawdopodobnie przez eksploratorów poszukujących ukrytych kosztowności. Dalej nieznaczny, boczny zawał chodnika po którego minięciu, po około 60 metrach dochodzimy do obszernej komory eksploatacyjnej, z której to w różnych kierunkach rozchodzą się dłuższe lub krótsze chodniki, połączone ze sobą lub kończące się zawałami. Główne rozwinięcie chodników w sztolni jest w kierunku wschodnim. Sztolnia numer 1 stanowi jednolity chodnik skręcający w lewo, kończący się po 60 metrach zawałem.SW3Wejście jest obszerne, o kształcie nieregularnym średnicy około 180 cm, dobrze widoczne z drogi. Najprawdopodobniej sztolnie numer 1 i 2 były kiedyś ze sobą połączone – obecnie w tym miejscu istnieją zawały, prawdopodobnie znajdował się tam szyb. Do penetracji sztolni nie jest wymagany sprzęt speleologiczny, a jedynie odzież ochronna i źródło światła. Jest ona miejscem zimowania nietoperzy i prawnie podlega ona ochronie jako siedlisko zwierząt objętych ścisłą ochroną.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Wzgórza Łomnickie – Grodna i Witosza

przez , 16.gru.2013, w Ciekawe miejsca

WŁWzgórza Łomnickie zbudowane są z granitów, a dzięki selektywnemu wietrzeniu skał są morfologicznie bardzo zróżnicowane tworząc kilka grup w tym między innymi Grodną i Witoszę.
Grodna jest najwyższym wzniesieniem Wzgórz Łomnickich o wysokości 506 m n.p.m. Na zalesionym granitowym szczycie wznosi się romantyczna ruina zbudowanego tu w 1806 roku zamku myśliwskiego księcia Henryka von Reuss.
W pobliżu znajdują się grupy granitowych skałek – Urwisko i Skalna Ściana wysokości około 12 metrów z naturalnym skalnym oknem. Ze szczytu jak i skałek rozpościera się panorama Karkonoszy.
Witosza jest wybitną granitową kulminacją Wzgórz Łomnickich o wysokości 484 m n.p.m., w większości zalesioną, usianą licznymi skałkami. Na jej szczyt prowadzą schody. Po drodze znajdują się trzy jaskinie.WŁ1Skalna Komora ma długość 11 metrów i stanowi jedną wielką komorę otoczona i nakrytą ogromnymi blokami granitowymi. Nad jaskinią znajduje się punkt widokowy.
Następna to Ucho Igielne długości 14 metrów i pod szczytem (na lewo od schodów) Pustelnia długości 25 metrów. Według legendy jaskinia ta miała służyć za schronienie mędrcowi – pustelnikowi Rischmannowi w połowie XVII wieku.
Na szczycie znajduje się podstawa pomnika ku czci Bismarcka. Pomnik został wysadzony w 1947 roku przez saperów Wojska Polskiego.
Ze szczytu rozciąga się panorama na Karkonosze jak i leżący u podnóża Staniszów. Na północnym stoku liczne granitowe głazy wśród których można odnaleźć kolejne pozostałości pomnika i bezimienną grotę o długości 8 metrów.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Kościół w Taczalinie

przez , 16.gru.2013, w Zabytki

KTTaczalin to niewielka wieś znajdująca się kilka kilometrów na południowy – wschód od Legnicy. W latach 1295-1305, w kronice łacińskiej spisanej za kadencji biskupa Henryka z Wierzbna – „Liber fundationis episcopatus Vratislaviensis” (Księga uposażeń biskupstwa wrocławskiego), miejscowość wymieniona jest w zlatynizowanej formie Tanzlino.KT1W Taczalinie znajduje się kościół zbudowany w 1800 roku, w stylu klasycystycznym. Dawniej ewangelicki, obecnie rzymskokatolicki p.w. Nawiedzenia NMP, został przebudowany w 1860 roku. We wnętrzu z kondygnacją empor zachował się skromny klasycystyczny wystrój. Teren kościoła ogrodzony jest kamienno-ceglanym murem. Przy kościelnym murze znajduje się kaplica, a na przykościelnym cmentarzu możemy odnaleźć pomnik poświęcony ofiarom I wojny światowej.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Cmentarz żydowski w Legnicy

przez , 16.gru.2013, w Zabytki

CŻCmentarz żydowski w Legnicy przy ul.Wrocławskiej powstał w 1837 roku po przeniesieniu poprzedniego kirkutu (1826 rok) z terenu koło kościoła p.w. św.Jacka (plac Papieża Wojtyły) z uwagi na podmokłość terenu. Oficjalne otwarcie nastąpiło 30 listopada 1838 roku choć pierwsze pochówki odbywały się w tym miejscu już w 1834 roku. Na cmentarzu zostało pochowanych wielu wybitnych legniczan, między innymi twórca szkoły talmudycznej (1854 rok) rabin Moritz Landsberg. W 1877 roku powstaje na jego terenie eklektyczna bożnica z przewagą dekoracji neorenesansowych.CŻ1Okres II wojny światowej przetrwał w dobrym stanie nie ulegając większym zniszczeniom, a paradoksalnie największego zniszczenia zespołu zabytkowych rzeźb nagrobnych dokonał huragan 23 lipca 2009 roku. Najstarsze macewy pochodzą z 1835 roku. Wzdłuż głównej alei usytuowane są groby członków kahału. Cmentarz użytkowany jest do chwili obecnej.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Kaldera Jeziornej

przez , 16.gru.2013, w Ciekawe miejsca

KJJeziorna 293 m n.p.m. to trzeciorzędowy wulkan znajdujący się w miejscowości Krzeniów (obecnie Nowy Kościół) na trasie Złotoryja – Świerzawa. Jest stożkiem wulkanicznym w którego kominie eksploatowano bazalty odsłaniając jego wnętrze. Krater w sposób naturalny został wypełniony wodą tworząc unikalną kalderę i obiekt geologiczno-krajobrazowy. Na dno kaldery sprowadzają schody. Związane są z nią opowieści o rzekomo zatopionym w niej rosyjskim czołgu, który miał spaść z urwistych ścian, jednakże głębokość toni nie jest znana i informacji tej nie zweryfikowano. Nad nią wznoszą się koliście bazaltowe ściany o wyraźniej strukturze słupowej. Występują na nich liczne skupiska roślinności naskalnej między innymi zbiorowisko paprotki zwyczajnej. Góra pokryta jest lasem mieszanym odsłaniając na wschód widoki na Czerwony Kamień i Wilczą Górę.KJJ

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

GeoExplorer

przez , 13.gru.2013, w Galimatias

GE1.jpg GeoExplorer

Eksploracje – Poszukiwania

WYRÓŻNIENIA 2017:

>> 1 czerwiec 2017 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Złoto Inków w Niedzicy”
>> 1 luty 2017 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Drewniany kościół w Sieniawie”

WYRÓŻNIENIA 2016:

>> 2 listopad 2016 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Borowiec wielki”

WYRÓŻNIENIA  2015:

>> wrzesień 2015 roku – GeoExplorer na łamach Gazeta Wyborcza
>> 16 wrzesień 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Odkrycia w Jaskini Niedźwiedziej”
>> 5 sierpień 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Opowieści skarbowe”
>> 27 maj 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Tajemnicza puszka”
>> 5 kwiecień 2015 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Legenda o Krzysztoforach”
>> 1 marzec 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl Blog.pl wyróżniono: „Złoto krnąbrnych mnichów”
>> 25 styczeń 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl, wyróżniono: „Skarby epoki Napoleona”
>> 5 styczeń 2015 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Sztolnia Aurelia w Złotoryi”
>> 4 styczeń 2015 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Skarby epoki Napoleona”
>> od 2015 roku – GeoExplorer dostępny na Twitter

WYRÓŻNIENIA  2014:

>> 22 listopad 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Zaginiony transport”
>> 17 listopad 2014 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Zaginiony transport”
>> listopad 2014 roku – GeoExplorer na łamach miesięcznika Odkrywca
>> 26 październik 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Dworek Marii Konopnickiej w Gusinie”
>> 24 październik 2014 roku – GeoExplorer na Blog.pl wyróżniono: „Zamek w Prochowicach”
>> 19 wrzesień 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Legenda o rozbójnikach z Kruczych Skał”
>> 11 sierpień 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Pochówki wampiryczne w Polsce”
>> 21 lipiec 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Tajemnice Złotego Lasu”
>> 11 luty 2014 roku – GeoExplorer na Onet.pl wyróżniono: „Wielisławka. Ukryte Skarby III Rzeszy”

LICZBA  ODWIEDZIN:2 mln — kopia — kopia>> 11 kwietnia 2017 – 2.500.000 odwiedzin
>> 26 listopada 2015 – 2.000.000 odwiedzin
>> 27 maja 2015 – 1.500.000 odwiedzin
>> 31 grudnia 2014 – 1.086.000 odwiedzin
>> 13 grudnia 2014 (1 rok) – 1.074.000 odwiedzin
>> 22 listopada 2014 – 1.000.000 odwiedzin
>> 13 grudnia 2013 – Start…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...