Historia

Kapelusz góralski – historia i wszystko o …

przez , 01.sie.2017, w Historia

Kapelusz góralski podhalańskiChłopi stali przy moście na Dunajcu i obserwowali rwącą wodę. Zastanawiali się, czy woda zerwie most, czy nie.
Nagle chłopi zobaczyli unoszący się na wodzie góralski kapelusz. Patrzą, a tu kapelusz stanął na prądzie, a za chwilę porusza się pod prąd.
I tak kilka razy. Jeden z nich zapytał:
- Coz to, cud?!
Na co drugi odpowiedział:
- Nie, to ino Franek Gąsienica. Pedzioł, że powódź, nie powódź, zaorać musi …

Kapelusz góralski nieodzownie kojarzy się z góralami i Podhalem. Podhale jest regionem kulturowym w południowej Polsce u północnego podnóża Tatr, w dorzeczu górnego Dunajca, zajmując środkową część Kotliny Podhala i wkracza w Tatry (Skalne Podhale i Niżne Podhale). Początki osadnictwa historycznego sięgają XIII wieku – przywilej Księcia Brodatego z 1234 roku (transumpt z 1251 roku) zezwala wojewodzie krakowskiemu Teodorowi Gryficie na osiedlenie kolonistów niemieckich, teutońskich Ślązaków:
in silva circa fluvios Ostrowsko, Dunaiecz et Dunaiecz niger, Rogoźnik, Lipietnicza, Słona, Ratainicha, Nedelsc, Stradoma, quantum est de sylva ipsius, dantes eciam sil his pactis et his condicionibus uti, quibus Theutonici Sleser ses in sylvis locati utuntur„.Górale podhalańscyBogata kultura ludowa rozwinęła się wśród wolnej od dawna społeczności góralskiej, która była zwolniona od powinności pańszczyźnianych, co miało związek z jej znaczną swobodą. Warunki klimatyczne oraz dostępność surowców i materiałów „na odzież” skutkowały wygenerowaniem specyficznego i charakterystycznego ubioru. Chyba najbardziej charakterystycznym elementem męskiego stroju góralskiego jest kapelusz, odgrywający w tej kulturze niemałe znaczenie, który swoim wyglądem ewoluował na przełomie dziejów. Kapelusz, który obecnie zdobi głowę górala, nijak nie przypominał tego z dawnych czasów. Nie jesteśmy w stanie odtworzyć nakrycia głowy z czasów początków osadnictwa ale możemy swobodnie cofnąć się w czasie o dwa, trzy wieki.

Noszenie kapelusza dla górala to honor, nie zdejmował go nawet w izbie – zdejmuje go tylko w kościele lub gdy umiera, bo choćby był żywo nagi to w kapeluszu być powinien.
Kapelusz góralski ewoluował na przestrzeni setek lat przede wszystkim pod względem rozmiaru. Zazwyczaj posiadał niską, półkolistą głowicę. Dawne miały szerokie rondo, tak zwane „skrzela”, przypominające meksykańskie sombrera. Zadaniem ich była ochrona przed deszczem, słońcem i wiatrem. Stare ryciny ukazują kapelusze ze skrzelami sięgającymi do ramion.
Zatem skoro miały chronić, to musiały być wykonane z mocnego, trwałego surowca. Najczęściej wykonywano je z sukna, a dopiero dużo później jako zamiennik pojawił się czarny filc, a swoim kształtem przystawały do okryć głowy całego łuku karpackiego.Kapelusze podhalańskieZrodziła się również potrzeba impregnowania kapelusza w najprostszej postaci, poprzez wcieranie zwierzęcego tłuszczu, na przykład smalcu. Tak zaimpregnowany kapelusz z czasem stawał się niezwykle trwały i służył bardzo długo. Napuszczony tłuszczem nie przepuszczał wody i niejednokrotnie służył jako czerpak do przenoszenia jej z potoku.
W literaturze spotyka się rozróżnianie na kapelusz parobski i kapelusz gazdowski. Wynika on z faktu, iż stateczni mężczyźni (gazdowie) nosili niegdyś kapelusze z rondem odgiętym na dół, natomiast kawalerowie (parobcy) zazwyczaj z zawadiacko wykrzywionymi do góry skrzelami i na bakier.
W latach 30-tych XX wieku w Zakopanem pojawiły się tak zwane „kłobuki”, czyli kapelusze o bardzo małych rondach, te które teraz są bardzo popularne wśród turystów.

Nosili je najczęściej bacowie, którzy przebywając na bacówkach nie potrzebowali już kapeluszy o tak szerokich skrzelach ale w związku z tradycją jakieś nakrycie głowy przystoiło. I właśnie dzięki bacom ten rodzaj kapelusza zawdzięcza swoją popularność i skojarzenia z góralami.
Nieodzownym elementem kapelusza góralskiego jest pasek (otok) w kolorze czarnym lub czerwonym z tak zwanymi kostkami (gwarowo), obecnie muszelkami – starodawnym wałaskim zwyczajem.
Pierwotnie na kapeluszach znajdowały się czerwone skórzane paski, amarantowe zielone lub niebieskie wstążki, a w przypadku starszych gazdów czarne, bądź pasek skóry nabijanej blaszkami.Górale podhalańscy 1877 rokZ czasem górale zaczęli ozdabiać je spiłowanymi kościami jeleni lub saren.
Gazdowie będący próżnymi, chcieli chwalić się swoim dobrobytem i stąd też pojawienie się tych specyficznych ozdób.
Oprócz kostek pojawiały się także ozdobne łańcuszki.
U górali spiskich zagościły w formie tak zwanych „koron bacowskich” – kilka złotych łańcuszków splątanych w jeden gruby przymocowany na kapeluszu na kształt korony.
Mógł też być obwiedziony tak zwanym „łańcuszkiem bakunowym” lub mosiężnym, który wykonywali górale specjalizujący się w wyrobie spinek do koszul. Ozdoba ta była o wiele starsza od kostek.

Muszelka, która zdobi kapelusz górala to Cypraea moneta (monetka) występująca w ciepłych morzach wybrzeży Afryki, Azji, Australii i Oceanii.
Skąd zatem pojawiły się na Podhalu?
Otóż muszelki te występowały również w okolicach Rijeki w Chorwacji. Ze względu na swój atrakcyjny wygląd jako ozdoba były tam poławiane i wędrowały w świat. W XIX wieku tereny Podhala znajdowały się pod zaborem austriackim, nic nie było, panowała galicyjska bieda. Górale zaczęli wędrować za chlebem docierając między innymi na Węgry i ówczesnej Dalmacji. Wykształcony u nich przez lata praktyki, kunszt wyrobu dobrego i cenionego płótna lnianego, wpłynął na wywożenie go, handel i wymianę, za granicą. Największe powodzenie miało w portach gdyż świetnie nadawało się do wyrobu żagli, więc gdy góral sprzedał płótno i zarobił sporo dutków, kupował coś na pamiątkę swej bytności w dalekim świecie.Różne typy kapeluszy podhalańskichByły to między innymi muszelki, które dla wygody transportu nawlekał na sznurek, a po powrocie na Podhale mocował ten sznurek do kapelusza, by inni widzieli jakie dziwy w świecie mają. Muszelki najczęściej nawlekano na sznurek lub rzemyk i oplatano kapelusz. Jednymi słowy, muszelki były walutą wymienną. Wałasi przyszywali także kostki do pasów i toreb uwydatniając w ten sposób swoje bogactwo.
W muszelki zaopatrywano się również w słowackim Kieżmarku i od wędrownych handlarzy (nazywanych Bośniakami) z południowych departamentów monarchii austro-węgierskiej.
Nie ma ustalonej liczby kostek – jest ona zależna od wielkości kapelusza, średnio na obwodzie znajduje się ich około 50-ciu.

Górale z dawien dawna lubili chwalić się tym co mają, zatem najlepszym wyeksponowaniem „tego”, było upięcie do kapelusza żeby wszyscy we wsi widzieli. Skoro baca miał upięte kostki, wniosek był jeden – trudni się kupiectwem i wędruje po świecie. Zatem rola kostek nie tylko sprowadzała się do ozdoby ale również pomagała określić status społeczny.
Kapelusz górala podhalańskiego różnił się od innych góralskich, mówił dużo o człowieku w tamtych czasach. Kapelusz podhalański występujący w obecnej formie był najmodniejszy.
Górale spiscy nosili kapelusze z wygiętymi do góry skrzelami, pofalowanymi, powyginanymi z paskiem materiałowym i rzadko kiedy z kostkami, za sprawą naleciałości trendów węgierskich (również inny krój portek, inna parzenica).Dodatki do kapelusza góralskiegoModyfikacje te działy się za sprawą mody podpatrzonej u wyższych sfer – powstał nowy rodzaj kapelusza zwany bikornem (taki jaki nosił Napoleon Bonaparte). Kolejna modyfikacja doprowadziła do postania trikorna (jak u kapitana Jacka Sparrow’a).
Kolejnym ozdobnym elementem, który pojawił się przy kapeluszu góralskim jest pióro. Górale zawsze „coś” nosili za paskiem kapelusza. Pierwotnie były to gałązki (świerku, jodły) z reguły o kształcie krzyża. Z takimi kawalerzy przychodzili po pasterce do domu dziewczyny na tak zwane „podłazy”. Po złożeniu bożonarodzeniowo-noworocznych życzeń i posypaniu domowników owsem „na urodzaj”, kawaler wyciągał zza kostek kapelusza ową gałązkę – „podłaźnicke” i zatykał ją za framugą drzwi tej izby, w której mieszkała ukochana dziewczyna.

Zatykano też pióra (kogucie, bażancie, jastrzębie), kistki (puchu, sierści), zioła które dawały dziewczyny ulubionym chłopakom, a tak zwani „polowace” wyruszający do lasu w poszukiwaniu zwierzyny, przytwierdzali doń trofea. Warto zaznaczyć, że konkretne ozdoby miały swoje osobliwe znaczenie i nie pojawiały się na kapeluszu przypadkowo.
Gdy udało się upolować orła, to z dumą zatykano za pasek orle pióra, najlepiej duże, długie. Tym sposobem pióro zagościło na stałe u boku kapelusza. Z czasem nabrało też ono swojego znaczenia. Ponieważ orzeł zawsze był kojarzony z wolnością, pióro oznaczało, że jego posiadacz jest człowiekiem wolnym, mającym w sercu góralską ślebodę, stan kawalerski lub mimo stanu małżeńskiego człowieka pozostającego na zawsze wolnego duchem.Górale podhalańscy (1)Przyjęło się, że pióro młody pan traci w momencie zaślubin (podobnie jak wianek u dziewczyn), na znak utraconej wolności – czyli „ma już z głowy”.
Zwyczajowo młody pan nie może wystąpić na ślubie bez pióra będącego najważniejszym znakiem wolnego mężczyzny. Pióro, podobnie jak panieński wianek podczas obrzędu oczepin, jest publicznie odpinane z kapelusza w momencie, kiedy młody pan wykupi swój kapelusz z rąk druhen, wcześniej podstępem mu go zabranego. Odpięcie pióra, czyli wyrzeczenie się stanu kawalerskiego, jest konieczne aby świeżo upieczony mąż mógł oficjalnie zatańczyć ze swoją, dopiero co oczepioną małżonką. Przed rozpoczęciem tego tańca solowego młody pan zwyczajowo śpiewa sobie taki czterowiersz:
Juzek się ozynił, juzek się ochłopiył;
Juzek se na wieki piórecko utopiył„.

Dodatek do piór stanowi kistka – biały puch z pulki (indyczki), który wraz z piórem (lotką) umieszczany może być w ozdobnej metalowej pochwie (tutce), upiętej przy główce kapelusza. Taki zestaw piór stosuje się najczęściej podczas najważniejszych uroczystości rodzinnych i kościelnych. Jest jeden wyjątek wykluczający przyozdabiania kapelusza – stanowił go tylko okres adwentu i Wielkiego Postu.
Różnił się również kapelusz noszony na co dzień od tego odświętnego. Tylko biedni górale mieli jeden – do pola i do kościoła. Kapelusz codzienny z reguły nie posiadał kostek ani piór, w nim wykonywano wszystkie prace i z reguły był sfatygowany. Z kolei kapelusz odświętny, paradny (do kościoła, na chrzciny, wesela itp.) miał równą linię skrzel, piękne kostki i okazałe pióro. Analogicznie postępowano z innymi częściami ubrania – stare i połatane były do roboty przy chałupie, a na specjalne okazje wyciągano z kufra czyste i z pięknymi parzenicami.Górale i góralki podhalańscyGórale od zawsze przywiązywali wagę do stroju, bo ten był ich identyfikatorem.
ORYGINALNE KAPELUSZE DLA GÓRALI PODHALAŃSKICH SĄ WYRABIANE PRZEZ FACHOWCÓW – RZEMIEŚLNIKÓW TYLKO (!) W NOWYM TARGU.
Zakup kapelusza jest celebrą. Jedzie się do Nowego Targu, wybiera, przymierza, targuje …

Kapelusza góralskiego używa się też powszechnie do zbierania ofiary podczas polowych mszy świętych, na przykład w trakcie odpustu w Sanktuarium Matki Boskiej Ludźmierskiej Królowej Podhala w Ludźmierzu.
Górale coraz częściej zapominają o kapeluszu…
Ale za to przyjezdni chętnie paradują w tych kupionych na straganach, nieoryginalnych, ceperskich kapeluszach, myśląc że kupili oryginalny (podobnie jak wyciąga się z ceprów dutki na inne wyroby i rzemiosło „góralskie”).
I jeszcze na koniec rozwianie często powielanego mitu z czasów Sabały – w kapeluszu nigdy nie gotowano w górach strawy, wspominanej często, tak zwanej „bryjki”.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Krakatau. Erupcja 1883 rok

przez , 02.wrz.2016, w Historia

Krakatau (1)Krakatau – „Milcząca Góra”, ten stratowulkan znajduje się na jednej z małych wysepek w Cieśninie Sundajskiej, pomiędzy południowo-wschodnią częścią Sumatry, a Jawą. Ta mało znana i niemal nie zamieszkała wysepka wulkaniczna, o powierzchni 30 km2, leży w indonezyjskim pasie wulkanicznym.
Według Verbeeka i innych wulkanologów, pierwotnie wznosił się tutaj stożek zbudowany z wulkanicznych skał andezytowych, wysoki co najmniej na 2000 metrów. Na skutek jakiejś starej potężnej eksplozji połączonej z zapadnięciem, utworzyła się wielka kaldera. Nad powierzchnią morza sterczały pozostałości pierwotnego wału kraterowego w postaci trzech małych wysepek.
Wskutek późniejszej działalności erupcyjnej utworzył się bazaltowy stożek Rakata, który osiągnął wysokość 800 metrów. Podobne mniejsze stożki zbudowane ze skał andezytowych – Daman i Perboewatan, powstały w sąsiedztwie Rakata, łącząc się z nim następnie w jedną całość.

Pierwsza erupcja tego wulkanu miała mieć miejsce w 416 roku, kiedy to nastąpiło zapadnięcie się pierwotnego wulkanu, w wyniku którego powstała 7-kilometrowa kaldera. Od czasu wybuchu w latach 1680 i 1684 Krakatau pokryty bujną roślinnością podzwrotnikową, uważano za wulkan wygasły. Od 1878 roku zaczęto odczuwać coraz częstsze i silniejsze trzęsienia ziemi w jego rejonie. 1 września 1880 roku silne trzęsienie ziemi uszkodziło latarnię morską „First Point” na zachodnim brzegu Jawy, 70 km na południowy-wschód od Krakatau.
W 1883 roku nastąpił wybuch, w trakcie którego część wyspy wyleciała dosłownie w powietrze.
Na wiosnę tego roku dały się zauważyć pierwsze sygnały ostrzegawcze w postaci trzęsień ziemi i podziemnych odgłosów. Kolejne wstrząsy odczuwane były w maju 1883 roku, w Katimbang. Z końcem tego miesiąca mieszkańcy Batawii, stolicy sąsiedniej Jawy, wynajęli nawet statek, by z bliska przypatrzyć się spodziewanemu wybuchowi wulkanu. Stwierdzono, że stożek Perbuatan wznowił swoją działalność.Krakatau 1883 rokZe szczytu wulkanu wznosiły się wysokie słupy pary, a silne, pochodzące z głębi detonacje wstrząsały całą wyspą. Z każdym dniem wzmagała się działalność wulkanu. Silne odgłosy słychać było na odległość kilkunastu, a później 30 km. Wulkan wyrzucał w powietrze olbrzymie ilości pyłów wulkanicznych, które utworzyły szeroko rozpościerające się gęste czarne chmury.
Na przestrzeni setek kilometrów zapanowała zupełna ciemność. Rozgrzana w głębi woda wypędziła ku brzegom wielkie ilości ryb, na połów których wyruszyli miejscowi. Zachowało się nawet u Malajów powiedzenie: „Gdy ryba wychodzi na brzeg, Milcząca Góra ma przemówić”.
Pierwsze spostrzeżenia zawdzięczane są statkom, przepływającym w tym czasie przez Cieśninę Sundajską. 20 maja widoczna była wielka chmura w postaci pinii, wznosząca się w górę z krateru Krakatau. Przeprowadzone pomiary wykazały iż chmura osiągała wysokość 11.000 metrów. Pomimo znacznego oddalenia od wyspy, na statki zaczął opadać pył wulkaniczny. Aż do końca sierpnia wybuchy nie były zbyt intensywne, aczkolwiek pewne wzmożenie aktywności nastąpiło z końcem czerwca.

Z początkiem sierpnia zaczęto obserwować, że na wyspie są czynne trzy kratery wyrzucające parę i popioły. Działalność wulkaniczna wyraźnie wzmagała się. W połowie sierpnia mieszkańców okolicznych wysp opanowała panika.
26 sierpnia ciągłe błyskawice przelatywały nad wulkanem, silne odgłosy słychać było w Batawii, odległej o 150 km, którą jednocześnie nawiedziło trzęsienie ziemi. Następnego dnia o godzinie 7:00 niebo tak zachmurzyło się, że nawet w Batawii konieczne było zaświecenie lamp. Ciemności zapanowały również nad cieśniną i okolicznymi miastami. Zaczął padać silny deszcz popiołów i nastąpiły powtarzające się wstrząsy podziemne. Bez przerwy słychać było grzmoty, podobne do wystrzałów armatnich oraz szczególne trzaski, prawdopodobnie wywołane ocieraniem się o siebie w powietrzu kamieni, wyrzucanych w górę i spadających w dół. Słup pary, wysokości około 30 km, wzniósł się w górę i w wyższych warstwach atmosfery rozpostarł na kształt olbrzymiego baldachimu. Tą ogromną chmurę oświetlały od czasu do czasu zygzakowate błyskawice, a o zachodzie słońca wyglądała ona jak krwistoczerwona zasłona.Krakatau (2)27 sierpnia o godzinie 10:00 ustały oznaki zbliżającej się katastrofy.
Nagle, po dwóch czy trzech wybuchach, nastąpiła straszliwa eksplozja, która oderwała 2/3 wyspy, wyrzucając kilka kilometrów sześciennych materiału skalnego w powietrze. Olbrzymie ilości popiołu i pumeksu pokryły znaczną przestrzeń, a w wielu miejscach tak grubą warstwą, że statki nie mogły przepływać. Popioły i cząstki lawy spadły na pokłady okrętów na Oceanie Indyjskim aż na odległość 2000 km, a 29 sierpnia popioły spadły na statek „British Empire”, znajdujący się w odległości 2500 km od Krakatau.
Odgłos tej największej wówczas eksplozji na świecie słychać było prawie na 1/8 powierzchni Ziemi. Już poprzednie grzmoty słychać było na Sumatrze, na Jawie i brzegach Borneo. W Achean, porcie leżącym na północnym krańcu Sumatry i odległym o 1700 km od Krakatau sądzono, że nieprzyjaciel zaatakował port i zarządzono pogotowie wojskowe dla jego obrony. W Singapurze odległym o 850 km przypuszczano, że to jakiś statek, będący w niebezpieczeństwie, strzela z dział wzywając pomocy i wysłano dwa parowce na ratunek.

W północnym kierunku od Krakatau, huk było słychać w Bangkoku w odległości 2740 km, z kolei w kierunku południowym odgłosy podobne do wystrzałów armatnich słyszano w Perth, w zachodniej Australii, w odległości 1747 km oraz w południowej Australii w odległości 3200 km. Po stronie zachodniej grzmoty słyszano na Cejlonie, w Dutch Bay w odległości 3230 km i na wyspach Chagos oddalonych o 3600 km. Na wyspie Rodriques odległej o 4800 km, usłyszano huk w cztery godziny po wybuchu, tyle bowiem czasu potrzebne było, aby fala dźwiękowa przebyła tą odległość.
Pył wulkaniczny wzniósł się wysoko w powietrze – na wysokości 30 km porwał go potężny prąd powietrza i poniósł naokoło Ziemi, którą obiegł w ciągu 13 dni. Pył został zaniesiony z Krakatau do wschodnich i zachodnich brzegów Afryki, do Cejlonu i Indii, do Trynidadu, Panamy i na Hawaje.
Był ona przyczyną osobliwych zjawisk na niebie – w niektórych miejscowościach słońce było niebieskie, w innych zaś księżyc przybrał barwę zieloną.Krakatau przed erupcjąNiezwykle piękne zachody słońca, które można było podziwiać przez kilka miesięcy, począwszy od końca września, spowodowane były obecnością drobnego pyłu wulkanicznego w górnych warstwach atmosfery. Dopiero po dwóch latach opadły wszystkie cząstki pyłu pochodzące z wybuchu wulkanu.
Wybuch wywołał wielkie fale na morzu. Największa z nich powstała przy Krakatau 27 sierpnia o godzinie 10:00 i wzniosła się o 17 metrów ponad poziom morza przy brzegach Cieśniny Sundajskiej obiegając połowę kuli ziemskiej. Na północy dotarła ona do brzegów Anglii i Francji, na południu do brzegów Australii i Nowej Zelandii. Zauważono ją na Hawajach i na zachodnich wybrzeżach Ameryki Północnej oraz Alaski. Olbrzymie fale morskie wywołały duże zniszczenia. Z powodu wybuchu i powstałych fal morskich 163 wsie uległy całkowitemu zniszczeniu, a 112 częściowemu.
Życie straciło ponad 36.000 ludzi.

Na skutek erupcji Krakatau z morza wynurzyły się dwie nowe wyspy – Steers Island i Calmeyer Island, które później zostały zmyte przez morskie fale.
Na drugi dzień po strasznym wybuchu nastąpiło uspokojenie zjawisk towarzyszących mu. Gdy chmury popiołu rozrzedziły się stwierdzono, że część wyspy przestała istnieć, a góra została przecięta na dwie części odsłaniając przekrój od powierzchni morza. Na miejscu wysokiej góry powstała głębia morska przekraczająca 300 metrów. Zachowała się jedynie część południowa, która zwiększyła się na skutek podniesienia w tym miejscu dna morskiego. Eksplozja o niesłychanej sile rozpyliła połowę wyspy wyrzucając jej pyły aż do wysokości 30 km.
Ilość wyrzucanego materiału wulkanicznego oceniono na 18 km3, który pokrył powierzchnię ponad 800 km2, z jego grubością malejącą w miarę oddalania się od centrum wybuchu.
Nagie, sterczące znad powierzchni morza skały wulkaniczne przez długi czas pozbawione były śladów jakiegokolwiek życia. Trzy lata po wybuchu, w 1886 roku, wyspę odwiedził dyrektor ogrodu botanicznego w Buitenzorgu na Jawie, M.Treub, stwierdzając już obecność pewnych roślin, głównie nielicznych traw i glonów. Gdy po 11 latach powtórnie odwiedzono wyspę rosły już na niej małe drzewa, których nasiona najprawdopodobniej zawlekły na nią ptaki.KrakatauWyspa Krakatau stała się przedmiotem badań przyrodniczych. W 1919 roku stwierdzono już obecność ponad 270 gatunków roślin, a ze świata zwierzęcego zwłaszcza bogactwo gatunków pająków i mrówek, pojawiły się również kraby. Podczas jednej z naukowych ekspedycji udało się schwytać dużego pytona siatkowego, warana paskowanego i 3-metrowego krokodyla. Najbardziej interesujące było stwierdzenie obecności na wyspie lądowych ślimaków, nie przypuszczano bowiem, aby mogły one przebyć drogę morską.  W 1928 roku było już prawie 300 gatunków traw i krzewów. Wiele gatunków zwierząt, zwłaszcza kręgowców, wyginęło wkrótce po przybyciu na Rakata. Przeprowadzone w latach 80-tych XX wieku badania wykazały, że Rakata i Anak są systematycznie zasiedlane przez rozmaite gatunki stawonogów z aeroplanktonu (72 gatunki). W następnych latach wyspy były kolonizowane przez przypadkowe pojawianie się różnych grup roślin i zwierząt – zauważono między innymi około 30 gatunków ptaków lądowych, 9 gatunków nietoperzy, 10 gadów i ponad 600 gatunków bezkręgowców. Pomimo iż bioróżnorodność osiągnęła pod względem ilościowym poziom porównywalny z poziomem na innych wyspach tego typu (po około 100 latach od erupcji), skład gatunkowy cechuje mniejsza stabilność.

Obecnie obszar dawnego wybuchu jest pokryty bujną roślinnością podzwrotnikową, a rząd holenderski w pierwszej połowie XX wieku uznał wyspę Krakatau za park narodowy i w dalszym ciągu prowadzone są na jej terenie badania nad migracją gatunków flory i fauny. Krakatau do chwili obecnej przejawia aktywność wulkaniczną. W 1928 roku stwierdzono na przykład pewne oznaki aktywności. W czerwcu 1929 roku z morskich fal wynurzyła się nowa, dymiąca wyspa wulkaniczna, która nazwano „Anak Krakatau” (dziecko Krakatau), osiągając z początkiem sierpnia wysokość 50 metrów, aby 9 sierpnia zniknąć pod falami morza i w wyniku wznowionej aktywności wulkanicznej 13 sierpnia wynurzyć się ponownie, wykazując ożywiona działalność przejawiająca się wyrzucaniem popiołów, bomb wulkanicznych i dużych bloków skalnych. Obecnie ma ona ponad 300 metrów wysokości, a stożek wciąż rośnie około 9 metrów rocznie – wysokość porównuje się z dawnym Krakatau. W związku z kilkoma wypadkami ustanowiono zakaz zbliżania się do wulkanu w promieniu 3 km.
W 1939 roku na jednym z posiedzeń Polskiego Towarzystwa Przyrodników im. Kopernika wyświetlono film przedstawiający ten wybuch, którego autorem był prof dr. Józef Zwierzycki, ówczesny szef służby geologicznej w Indiach Holenderskich. Niestety film został zniszczony podczas II wojny światowej w Warszawie.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Dawne teorie ewolucji (2)

przez , 01.cze.2016, w Historia

Ewolucja człowieka (1)W średniowieczu do najpotężniejszych i najbardziej szanowanych rodów w Pikardii zaliczali się baronowie Saint-Martin. Z czasem jednak rodzina ta podupadła, a kawaler Monet de Lamarck, należący do zubożałej linii bocznej rodu Saint-Martin, nie wiedział w jaki sposób wyżywić swoje liczne potomstwo. Synowie kawalera de Lamarck właściwie według tradycji rodzinnej powinni byli zostać oficerami, jednakże za edukację oficerską trzeba było słono płacić, a w wielodzietnej rodzinie kawalera w Bazentin nie było zbędnego grosza. Dlatego ojciec zmusił swoje jedenaste i najmłodsze dziecko, Jana Baptystę, do przywdziania szat duchownych.
Jan Baptysta uczęszczał do kolegium jezuitów, ale nie wykazywał skłonności do stanu duchownego. Po śmierci ojca zrzucił zatem pośpiesznie sutannę i już jako żołnierz wziął udział w wojnie siedmioletniej, uzyskując stopień podporucznika. Niestety zawód żołnierski również nie był właściwym rzemiosłem dla niego. W wieku 24 lat z przyczyn zdrowotnych musiał zmienić barwny oficerski mundur na ubranie cywilne.

Udaje się zatem do Paryża. Dla młodego człowieka, bez środków do utrzymania, który ponadto nie otrzymał żadnego odpowiedniego wykształcenia, był to bardzo odważny krok w życiu. Zamieszkał w Dzielnicy Łacińskiej zarabiając na życie jako pracownik biurowy w jednym z kantorów bankowych, ponadto uczęszczał dorywczo na wykłady literatury, muzyki, medycyny i historii naturalnej. Następnie został nauczycielem domowym. W wieku 34 lat napisał książkę „Flora Francji” i w tymże czasie zawarł znajomość z Rousseau, który zachęcił go do kontynuowania prac naukowych. Mimo to może pozostałby na zawsze nieznany, gdyby Buffon nie szukał dla swojego syna wychowawcy i towarzysza podróży. Lamarck zgłosił swoją kandydaturę i ze względu, że był autorem książki botanicznej, został przyjęty. W ten sposób zetknął się w domu hrabiego Buffona z fascynującym światem przyrodoznawstwa. Buffon zorientował się szybko, że ten biedaczyna z Pikardii był dobrym obserwatorem przyrody, obdarzonym niekiepskim talentem pisarskim.

Ponieważ hrabia-przyrodnik, jako zarządca zbiorów królewskich, ogrodów i menażerii, potrzebował stale solidnych współpracowników, poduczył stopniowo byłego duchownego, żołnierza i urzędnika bankowego na pomocnika. Lamarck najpierw musiał zająć się zielnikami w paryskim ogrodzie botanicznym, następnie skamieniałościami w gabinecie przyrodniczym, a wreszcie niższymi zwierzętami w zbiorach zoologicznych. Mógł też nareszcie się ożenić. Było to pierwsze z jego czterech małżeństw, którego owocem było pierwsze z jego siedmiorga dzieci.
Rok przed wybuchem wielkiej rewolucji francuskiej zmarł Buffon. Jego następcą w zarządzaniu ogrodami i zbiorami zostaje niezwykle sentymentalny pisarz-przyrodnik Bernardin de Saint-Pierre, którego powieść „Paweł i Wirginia” stała się bestsellerem ówczesnych czasów. Na swoim nowym stanowisku czuł się zupełnie bezradny wobec zadań administracyjnych i naukowych, które spadły na jego barki. Prawdopodobnie gdyby nie Lamarck, to w wirze wydarzeń rewolucyjnych wzburzony lud spustoszyłby dawne ogrody królewskie i splądrował lub zniszczył skarby w zbiorach.Jan Baptysta LamarckPodczas gdy Saint-Pierre trząsł się ze strachu, Lamarck pośpieszył odważnie do konwentu i przeforsował przejęcie oraz ochronę przez republikę domeny Buffona pod nową nazwą Jardin des Plantes. Wkrótce też został profesorem zoologii przy Narodowym Muzeum Historii Naturalnej – tak oficjalnie nazywano teraz Ogród. W biuletynie tegoż muzeum z 1794 roku zamieszczono następującą wzmiankę:
„Lamarck – lat pięćdziesiąt, ożeniony po raz drugi, żona brzemienna, profesor zoologii w dziale owadów, robaków i mikroorganizmów”.
W wieku, w którym większość mężczyzn osiąga szczyt swojej kariery zawodowej, Lamarck znajdował się praktycznie dopiero u jej progu. Ożenił się po raz trzeci. Wydawało się, że jego kilkakrotne związki małżeńskie oraz kilkoro dzieci jakby przeszkadzały mu w dokonaniu czegoś nowego i nadzwyczajnego na polu naukowym.

Kiedy Akademia Nauk ze względów oszczędnościowych zabrała mu miesięczny, specjalny zasiłek, w petycji do rządu republiki pisał pełen rozgoryczenia, że:
„Wskutek utraty tego wynagrodzenia i niezmiernego wzrostu cen artykułów żywnościowych wpadłem wraz z liczną rodziną w taką nędzę, że nie mogę znaleźć ani potrzebnego czasu, ani nieodzownej niezależności wewnętrznej do wypełniania z pożytkiem moich zadań naukowych”.
Takich petycji wystosował więcej. Nie wystarczała mu jego profesorska pensja, co za sprawą spadku wartości pieniądza nie było niczym niezwykłym. Nie mniej jednak kilkakrotnie udało mu się otrzymać zapomogę z funduszu specjalnego republiki, który docelowo był przeznaczony dla wybitnych artystów i poetów. Dzięki tej pomocy finansowej mógł przez pewien czas utrzymywać się na powierzchni. Niestety w okresie dyrektoriatu i bonapartyzmu dokuczały mu kłopoty finansowe mimo, że otrzymywał normalne wynagrodzenie jako pracownik szkoły wyższej – nie umiał gospodarować finansami, a dzieci miał stanowczo za dużo.

Pomimo tych chudych lat, wśród ogólnie panującego rozgardiaszu, udało mu się napisać obszerną historię naturalna zwierząt bezkręgowych. Dzięki temu dziełu stał się jednym z przodujących zoologów Francji. W trakcie badań budowy zwierząt bezkręgowych, siłą rzeczy zrodziła się u niego myśl o ewolucji.
„Wydaje się, że bezkręgowce wznoszą się coraz wyżej, jakby na szczeblach drabiny, od polipów poprzez robaki aż do mięczaków. Na ostatnich szczeblach tej drabiny stoją najdoskonalsze istoty – kręgowce”.
Lamarck mając 57 lat odrzucił po raz pierwszy wiarę w niezmienność gatunku. Pisząc małą rozprawę „Badania nad ciałami żywymi”, próbował w niej podobnie jak Buffon, wyprowadzić wszystkie formy zwierzęce z jednej praformy:
„Przypuszczalnie, niemal ogólnie przyjęte, że organizmy tworzą gatunki stale odznaczające się niezmiennymi cechami, ustaliło się w czasach, gdy nie rozporządzano wystarczającymi obserwacjami i gdy nauki przyrodnicze niemal nie istniały. Im dalej rozwija się nasza wiedza, tym większy sprawia kłopot określenie tego, co należy uznać za gatunek. W miarę jak gromadzimy dzieła przyrody, staje się oczywiste, że niemal wszystkie luki zapełniają się, a zacierają się nasze linie podziałów”.Ewolucja człowieka (2)Jeśli jednak gatunki nie były niezmienne, wówczas współczesna fauna (jak to już podkreślał Buffon) musiała się rozwinąć z tych form, które obecnie znajdują się w ziemi jako skamieniałości. Lamarck stał się w Jardin des Plantes świetnym znawcą skamieniałości. W swoich wykładach przedstawiał obraz stale zmieniającej się Ziemi, której organizmy z epoki na epokę podlegały nieustannym zmianom:
„Każdy wykształcony człowiek wie, że nic na powierzchni kuli ziemskiej nie pozostaje stale w tym samym stanie. Z upływem czasu wszystko podlega rozmaitym przemianom, dzięki kolejnemu działaniu słońca, wody, a także z innych przyczyn. Te zmieniające się warunki zmieniają potrzeby, przyzwyczajenia i tryb życia zwierząt i dlatego i organizmy muszą się nieznacznie zmieniać, jakkolwiek zmiany te dadzą się dostrzec dopiero po dłuższym okresie czasu. Wśród szczątków kopalnych znajduje się wiele zwierząt, które nie mają swych odpowiedników wśród form żyjących obecnie. Dlaczego zresztą miałby one wyginąć, skoro człowiek nie mógł dokonać ich zniszczenia? Czy, przeciwnie, nie jest możliwe, że osobniki kopalne są przodkami gatunków żyjących do dzisiaj, które się jednak zmieniły od tego czasu?”.

Później w swojej „Filozofii zoologi” Jan Baptysta Lamarck wyraził się jeszcze jaśniej i bardziej zdecydowanie, że gatunki przechodzą jedne w drugie, od prostych wymoczków aż do człowieka. Kopalne formy życia organicznego są rzeczywistymi, prawdziwymi poprzednikami naszych dzisiejszych organizmów. Lamarck nie zadowolił się tym przypuszczeniem. Szukał on również przekonującego wyjaśnienia mechanizmu powodującego coraz wyższy rozwój. Sądził, że nowe warunki wzbudzają u zwierząt i roślin nowe potrzeby i przyzwyczajenia, które to wymagają znowu nowych narządów i nowych czynności. Na podstawie takich rozważań sformułował pierwszą z dwóch podstawowych zasad swojej teorii ewolucji:
„U każdego zwierzęcia, które nie przekroczyło granicy swego rozwoju, częste i stałe używanie jakiegoś narządu wzmacnia stopniowo, rozwija, powiększa ten narząd i daje mu siłę proporcjonalną do długości czasu używania go, podczas gdy stałe nie używanie takiego narządu nieznacznie go osłabia, uwstecznia, zmniejsza stopniowo jego zdolności i w końcu powoduje jego zanik”.

Istoty żywe są więc wytworem warunków, w jakich się znajdują. Pomimo tego zdawał sobie sprawę, że teoria ta, oparta na wpływach warunków zewnętrznych, może zostać przyjęta tylko wtedy, jeżeli równocześnie przyjmie się dziedziczenie cech nabytych. Niezbędne były bowiem niezliczone i następujące po sobie pokolenia, aby z mnogości drobnych sumujących się zmian poprzez coraz lepsze przystosowanie do potrzeb, wywołanych warunkami zewnętrznymi, mógł powstać z jednego gatunku inny. Te myśl wyraził w drugiej zasadzie:
„To wszystko, co przyroda kazała osobnikom nabyć lub utracić pod wpływem okoliczności, które działają na ich rasę od długiego czasu, a w związku z tym pod wpływem dominującego używania jakiegoś narządu lub stałego nieużywania jakiejś części ciała, wszystko to przyroda zachowuje dzięki rozrodowi dla nowych, pochodzących od innych osobników, byleby tylko nabyte zmiany były wspólne obu płciom, czyli osobnikom, które wydały owe nowe osobniki”.Ewolucja homo-Lamarck próbował wyjaśnić swoim studentom istotę tych myśli w sposób poglądowy na typowych przykładach. Opowiadał im, że przodkowie żyraf mieli krótkie szyje, które wskutek stałego wyciągania przy skubaniu liści drzew stawały się coraz dłuższe z pokolenia na pokolenie. Ptaki brodzące, które polowały na ryby na brzegach rzek lub na plażach morskich, były zmuszone wydłużać swoje nogi, aby się nie zamoczyć. W ten sposób ich kończyny stawały się coraz bardziej podobne do szczudeł. Gęsi musiały szukać pokarmu w mule stawów i przy tym wyciągały swoje szyje. W ten oto sposób w ciągu wielu pokoleń wytworzyły się u nich długie i giętkie szyje. Kret, odmieniec jaskiniowy i inne zwierzęta żyjące w ciemnościach nie mają żadnej sposobności używania oczu, dlatego też ich oczy stawały się małe, a nawet zwierzęta te zupełnie ślepły. Lamarck wyciągnął z tego wniosek, że zwierzęta można zmieniać sztucznie przez określone wpływy środowiska lub stałe powtarzanie pewnych zabiegów.

Jeżeli ślepe odmieńce jaskiniowe podda się przez kilka pokoleń działaniu światła, wówczas ich potomkowie na powrót kiedyś zaczną widzieć. Jeżeli będzie się obcinać ogony kilku generacjom myszy, to w końcu z potomków tych amputowanych zwierząt powstaną myszy bez ogonów.
Ku przerażeniu swoich słuchaczy twierdził również, że całkiem jest możliwe, by stworzyć ludzi o jednym oku – należałoby tylko wykłuwać dzieciom lewe oko, następnie kojarzyć wśród nich małżeństwa, a u ich potomków powtarzać ciągle ten okrutny eksperyment – wówczas wreszcie urodziłoby się dziecko posiadające tylko prawe oko. Na szczęście Lamarck nie myślał poważnie o dokonywaniu eksperymentów na ludziach, był bowiem bardzo humanitarnym i subtelnym człowiekiem. Być może wybrał ten przykład tylko dlatego ponieważ cierpiał na chorobę oczu i nie bez podstaw ciągle obawiał się, aby nie oślepnąć. Wierząc mocno w swoją teorię bał się, że jego dzieci mogły odziedziczyć jego dolegliwość, dlatego by temu zapobiec zmuszał siebie i swoją rodzinę do stałego ćwiczenia oczu.

Bez jakiegokolwiek wahania włączył również człowieka do swojej teorii ewolucji:
„Gdyby jakakolwiek rasa czterorękich (zaliczał do nich wszystkie małpiatki i małpy, a dla człowieka stworzył w obrębie ssaków rodzinę „dwurękich”) zmuszona okolicznościami utraciła zwyczaj wspinania się na drzewa i gdyby osobniki tej rasy przez szereg pokoleń musiały posługiwać się nogami tylko do chodzenia i przestały używać rąk jako nóg, nie ma wątpliwości, że wówczas te czterorękie przekształciłyby się w końcu w dwurękie”.
Należy tutaj zaznaczyć, że chociaż Lamarck zaliczył w swojej systematyce człowieka do ssaków i podkreślał jego związki ze światem zwierzęcym, to wywody swoje zakończył stwierdzeniem „innego pochodzenia” człowieka niż pochodzenie zwierząt. To ostatnie stwierdzenie traktuje się jednak w literaturze naukowej jako jego ustępstwo na rzecz panujących wówczas poglądów.Georges Buffon i Georges CuvierNowa postawa doprowadziłaby do wyższego rozwoju zmysłów, do udoskonalenia mózgu i wykształcenia mowy.
„Ta rasa o bardziej udoskonalonych właściwościach, uzyskawszy dzięki temu możność zapanowania nad innymi, zawładnęłaby wszystkimi okolicami na powierzchni naszego globu, które jej odpowiadają. Udałoby się jej wytworzyć między sobą, a najdoskonalszymi zwierzętami różnicę i utrzymać pewnego rodzaju znaczny dystans”.
W czasach Lamarcka nie znano, poza zaprzepaszczonymi okazami proboszcza Espera, żadnych kopalnych szczątków ludzkich lub form przedludzkich. Jak dzisiaj wiemy teoria Lamarcka opierała się i bez tego na bardzo kruchych podstawach. Jego idea ewolucji w większym stopniu była filozofią niż biologią i nie mogła udowodnić ani wpływu środowiska na postać istot żywych, ani dziedziczenia cech nabytych.

Dopiero prawie w 100 lat później rozgorzał spór właśnie na temat tych zagadnień między lamarkistami i darwinistami, między zwolennikami działania warunków środowiska na organizmy i reprezentantami teorii doboru naturalnego.
Koncepcja Lamarcka podjęta w drugiej połowie XIX wieku dała początek nowym kierunkom, jako neolamarkizm i psycholamarkizm. Później zapanowała teoria dominująca w biologii, tak zwany „syntetyczny ewolucjonizm” oparty na teorii Darwina i na nowych zdobyczach poszczególnych dyscyplin biologicznych.
Jan Baptysta Lamarck poniósł porażkę nie tylko z powodu słabych punktów swojej teorii. Do klęski przyczyniła się ta część teorii, która jak się później okazało, była zupełnie słuszna – mianowicie, iż wśród organizmów kopalnych znajdują się przodkowie dzisiejszych istot żywych.
Kariera naukowa Lamarcka skończyła się w chwili, gdy wypowiedział mu walkę największy zoolog i paleontolog tego niespokojnego czasu, młodszy od niego o 25 lat, Georg Cuvier.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Dawne teorie ewolucji (1)

przez , 01.maj.2016, w Historia

Ewolucja człowiekaPierwsze próby przedstawienia teorii ewolucji brzmiały jak cudowne opowieści, legendy lub bajki, tak bowiem rozbrajająco naiwna jest ich treść. Autorami tych teorii zgoła nie byli przyrodnicy, a przewijali się wśród nich filozofowie, poeci, a nawet politycy czy bohaterzy wojenni. W związku z tym nie dziwi fakt, że uczeni specjaliści nie traktowali ich poważnie.
W starożytnej Grecji filozofowie przyrody z okresu przed Sokratesem prawie wszyscy wierzyli w rozwój życia. Jak jednak wyobrażali wyobrażali oni sobie ten rozwój, dowiadujemy się o tym niestety tylko z fragmentarycznych i najczęściej bardzo niejasnych relacji pochodzących z drugiej lub trzeciej ręki.
Anaksymander i inni filozofowie (z okresu przed Sokratesem) sądzili, że całe życie pochodzi z wody. Empedokles zbudował nawet coś w rodzaju pierwszego zarysu teorii doboru, jednak autorytet Arystotelesa zagłuszył skutecznie myśl o rozwoju bowiem uznanie zdobył dogmat o niezmienności gatunków.

Wszystkie istoty żywe jak odtąd głoszono, powstały w swojej dzisiejszej formie w jednym akcie stworzenia. Nie istnieją żadne przejścia między gatunkami lub między niższymi i wyższymi organizmami. Podobnie jak wiara w biblijny potop, tak samo wiara w niezmienność gatunków wiązała się ściśle z ówczesnymi wyobrażeniami przyrodniczymi kościoła. Kto próbował ją podważać, ten łatwo mógł popaść w konflikt z tą instytucją, toteż tylko nieliczni zwolennicy teorii ewolucji, ci, którzy wypowiadali swoje myśli we wczesnym okresie badań przyrodniczych, starali się lękliwie pogodzić swoje hipotezy z biblijnymi opowieściami.
W centrum tych usiłowań musiała znaleźć swój wątek legenda o arce Noego. Za tym jak podawała Biblia, Noe z boskiego polecenia uratował przed potopem jedną parę każdego gatunku zwierząt. Jeśli ktoś wątpił w stałość gatunków, to musiał na wszelki wypadek unikać wątpliwości na temat arki Noego i jego pływającego ogrodu zoologicznego.

Dlatego kilku mądrych ludzi wpadło na myśl, że właśnie legenda o Noem można się posłużyć jako przekonującym dowodem słuszności teorii ewolucji.
Zadano więc sobie pytanie – jak wielka w ogóle musiała być arka Noego? Wynikałoby zatem, że okręt musiał być niezwykłej wielkości, jeśli Noemu udało się ulokować w nim po jednej parze z każdego gatunku fauny. Czy było w ogóle możliwe zbudowanie takiego okrętu?
Pierwszym człowiekiem, który w to zwątpił był doświadczony żeglarz Sir Walter Raleigh – wielki admirał brytyjski i podróżnik-odkrywca. Raleigh gdy popadł w niełaskę królowej Elżbiety I, został osadzony w więzieniu Tower, w którym to lata 1603 – 1616 spędził na pisaniu pięciotomowej historii świata. Wyraził w niej przypuszczenie, że tylko zwierzęta Starego Świata mogły znaleźć miejsce w arce i tylko te Noe mógł uratować. Natomiast zwierzęta Nowego Świata rozwinęły się później z gatunków Starego Świata.Arka NoegoNastępnie w 1685 roku zwierzętami z arki Noego zajął się lord Matthew Hale, będący naczelnym sędzią w Anglii. Mianowicie uważał on, że nawet gatunki Starego Świata były zbyt liczne, by znalazło się dla nich wszystkich miejsce w arce. Jeżeli już, to Noe mógł uratować tylko niewielką ich część – pradawne formy dzisiejszych zwierząt. W dziele Hale’a o stworzeniu człowieka miejsce znalazły zdumiewające myśli, które stawiają go w rzędzie prekursorów Lamarcka i Darwina:
„Nie powinniśmy bynajmniej wyobrażać sobie, że wszystkie gatunki tak zostały stworzone, jak my je dziś widzimy. Dotyczy to tylko tych gatunków, które moglibyśmy nazwać formami wyjściowymi dla wszystkich pozostałych. Liczne gatunki zwierzęce, które teraz oglądamy, nie maja już takiej samej postaci, w jakiej zostały stworzone, lecz zmieniły się różnorodnie pod wpływem rozmaitych okoliczności”.

O krok dalej posunął się Robert Hooke, znakomity znawca skał i skamieniałości. W swoim dziele z 1705 roku, o powstaniu i oddziaływaniu trzęsień ziemi, napisał:
„… niektóre gatunki zostały zupełnie zniszczone i wymarły, podczas gdy inne przekształcały się i zmieniały. Musiało się zdarzać, że z jednego gatunku powstawały różne nowe odmiany wskutek zmiany klimatu, podłoża i pokarmu…”.
Była to zatem już pierwsza jaskółka teorii ewolucji przyjmującej wpływ środowiska. Podobnie brzmiały uwagi Leibniza w 1700 roku:
„Ongiś gdy ocean pokrywał wszystko, zwierzęta zamieszkujące dziś lądy były formami wodnymi. Następnie, wraz z cofaniem się tego żywiołu, stawały się one stopniowo płazami, aż wreszcie ich potomkowie odzwyczaili się od swej pierwotnej ojczyzny”.
Jednak Leibnitz nie był buntownikiem naukowym, wolał nie zadzierać z teologami i natychmiast rejterował, dodając: „Ale stoi to w sprzeczności z Pismem Świętym, a odstępstwo takie jest grzechem”.

Najbardziej interesującą na owe czasy teorię wysnuł francuski urzędnik państwowy i autor książek podróżniczych – Benoit de Maillet. Ten „uniwersalnie wykształcony” człowiek rozwijał swoją działalność jako dyplomata w Egipcie, Abisynii i we Włoszech. W 1715 roku napisał książkę, która usiłowała zerwać pęta biblijnej chronologii i w swojej treści nawiązywała do filozofów przyrody starożytnej Grecji.
Według de Mailleta zarodki pierwszych istot żywych przybyły z kosmosu i rozwinęły się w ziemskim praoceanie pierwotnie w stworzenia morskie. Niektóre z tych morskich zwierząt i roślin wydostały się na ląd i nie mogąc już powrócić do wilgotnego środowiska, przystosowały się stopniowo do życia na stałym lądzie. Jak ryby mogły stopniowo przemieniać się w ptaki, Benoit de Maillet przedstawił w następujący sposób:
„Potem pod wpływem powietrza płetwy się rozszczepiły, promienie podpierające płetwy przekształciły się w dutki, a wysychające łuski w pióra. Skóra pokryła się puchem, płetwy brzuszne zmieniły się w kończyny, całe ciało przyjęło inny kształt. Szyja i dziób wydłużyły się i wreszcie ryba przeistoczyła się w ptaka. W całości jednak zachowała się zgodność z pierwotna formą, która da się zawsze łatwo rozpoznać”.Benoit de MailletNiektórzy uczeni i teologowie, wierzący w najdziwniejsze teorie stworzenia, potopu i katastrof, pokpiwali sobie zdrowo z Benoita de Mailleta, który to czarodziejskim trikiem chciał przemienić ryby w ptaki. Jednakże jego krytycy zataili, że autor tej teorii ewolucyjnej wyobrażał sobie ową przemianę na przestrzeni niezmiernie długiego okresu czasu. De Maillet nie twierdził bynajmniej, że ryba przemieniła się w ptaka w ciągu kilku dni lub tygodni – w tej teorii, dla niego, podobnie jak to utrzymuje Biblia, tysiące lat były jednym dniem.
Aby ustrzec swoje dzieło przed trudnościami i prześladowaniami, de Maillet zastosował pewien środek ostrożności, wybieg, a mianowicie odwrócił pisownię swojego nazwiska, przez co powstał anagram – Telliamed. Ponadto swoją teorię ewolucji włożył w usta hinduskiego filozofa, który miał rzekomo rozmawiać z francuskim misjonarzem.
Przede wszystkim jednak postarał się o to, aby książkę wydrukowano dopiero w 11 lat po jego śmierci. Za jego życia kursował zapewne w paryskich salonach rękopis w wielu kopiach. Jego treść wywarła silny wpływ na Buffona i być może właśnie Telliamed zachęcił go do snucia własnych myśli na temat rozwoju.

W jednym ze swoich listów Buffon (intendent ogrodów królewskich) wspomina, że osoba cenzora stoi mu ciągle przed oczyma „jak zjawa”. Stąd też poglądy na temat ewolucji przedstawia w swoich dziełach dość mgliście. W jego „Teorii Ziemi” miejsce znalazło takie oto twierdzenie:
„Można przyjąć, że wszystkie zwierzęta pochodzą od jednej istoty żywej, która z biegiem czasu na drodze doskonalenia i degeneracji wytworzyła wszystkie inne formy zwierzęce”.
Buffon wpadł na tę myśl, gdyż dopatrywał się wszędzie w przyrodzie „pierwotnego, powszechnego planu budowy”.
Również wielki przeciwnik Buffona, Karol Linneusz, ojciec systematyki, pod koniec swojego życia zbliżył się do hipotez ewolucyjnych. Jego dzieło „Systema naturae” zawierało jeszcze kategoryczne stwierdzenie: „Istnieje tyle gatunków, ile zostało na początku stworzonych”. Natomiast w książce „Metamorfoza roślin”, która ukazała się 15 lat później, pisał tak: „Gatunki zwierząt i roślin, a także rodzaje są dziełem czasu. Jedynie naturalne rzędy są dziełem Stwórcy”.

Wreszcie Linneusz ogłosił podobna teorię jak Buffon:
„W zaraniu życia istniał tylko malutki punkt, z którego wszystko wzięło swój początek i stopniowo się rozszerzało”.
W tym okresie półtora wieku, który dzielił Buffona od Raleigha, myśl ewolucyjna zrobiła więc zdumiewający postęp. Początkowe domysły na temat tonażu arki Noego, przekształciły się w punkt wyjściowy dla teorii ewolucji w sensie Lamarcka lub Darwina. Również i filozofom myśl ta wydawała się co najmniej warta dyskusji. Immanuel Kant w 1790 roku w swojej „Krytyce władzy sądzenia” napisał: „Ta analogia form, …wzmacnia domniemanie ich rzeczywistego pokrewieństwa w pochodzeniu od wspólnej pramacierzy” – i podkreślił, że paleontologom przypadło teraz w udziale wielkie zadanie odkrycia wśród skamieniałości przodków dzisiejszych istot żywych i odcyfrowania z warstw ziemi przebiegu rozwoju życia.

Dla Kanta było zupełnie jasne, że paleontologowie będą wykopywać początkowo „stworzenia o mniej celowej formie”, następnie w młodszych warstwach ziemi coraz doskonalsze istoty i coraz bardziej różnorodnej natury, wszystkie wywodzące się z jednego „macierzyńskiego łona ziemi”.
Właściwie więc panowała już atmosfera sprzyjająca pojawieniu się geniusza, znawcy zarówno skamieniałości, jak i organizmów współczesnych, który byłby zdolny z tych wzmianek, hipotez i teorii stworzyć nowy, dynamiczny obraz świata. Człowiek ten rzeczywiście już wkrótce się zjawił. Zdumiewające jest jednak, że pomimo tak sprzyjających okoliczności nie zdobył uznania.
Może właśnie Kant przewidywał przyczynę tego fiaska. Określił on myśli ewolucyjne jako tak „niesłychane, że rozsądek wzdraga się przed nimi”. Można się zajmować takimi teoriami, ale gdy stają się one poważne, nie należy wówczas porywać się na to „awanturnicze ryzyko rozumu”, jak pisał. Etap ewolucyjnych systemów filozoficznych poprzedzał pojawienie się i upadek Jana Baptysty Lamarcka.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sydonia von Borck, XVI-wieczna czarownica?

przez , 15.paź.2015, w Historia

Sydonia v Borck„ Jej oczy i usta nie są przyjemne dla oka, pomimo ich wielkiej urody – w ustach, szczególnie, można odkryć wyraz zimnej jadowitości…
Takimi oto słowy opisuje piękną „czarownicą klasztorną”, pastor Johann Wilhelm Meinhold, który był zafascynowany jej losem.
Sydonia, która wpisała się nieco niefortunnie w losy rodu Gryfitów, z powodu ciekawej historii jej życia spostrzeganego przez nielicznych w „romantyczny” sposób, jeszcze przez wiele lat po swojej śmierci uważana była niesłusznie za złą i tajemniczą kobietę. Jej losy do dzisiaj pozostają niejasne, a relacje wątków z jej życia stanowią bardzo skomplikowaną układankę.
Wywodząca się z rycerskiego rodu o słowiańskich korzeniach Sydonia urodziła się w 1534 lub 1540 roku w Strzmielach. Była córką hrabiego Otto Borcka i Anny von Schwiecheld. W tamtejszym zamku swojego ojca, zwanym „Wilczym Gniazdem” (siedzibie mateczniku rycerskiego rodu Borków) spędziła dzieciństwo. Po osieroceniu przez matkę, wiek młodzieńczy spędza w Wołogoszczy, jako jedna z dworek na zamku księcia pomorskiego Filipa I. Wyróżniała się niespotykaną urodą i intelektem, co przysparzało jej wielu adoratorów.

Legenda głosi, że serce młodej dziewczyny zabiło dla Ernesta Ludwika – syna księcia Filipa I. Ernest Ludwik zdawał się odwzajemniać uczucie i czynił Sydonii nadzieję na rychły ślub i wstąpienie do rodu książęcego. Jednak do ślubu nigdy nie doszło. Za namową rodziny i radców, kierując się interesami dynastii posłał swatów na dwór niemiecki i po pewnym czasie ożenił się z córką księcia brunszwickiego – Zofią Jadwigą. Odrzucona i zraniona Sydonia miała opuścić  zamek i przekląć ród Gryfitów, rozpoczynając tym samym swoją długą tułaczkę.
Uwiedzenie Sydonii przez Ernesta Ludwika jest mało prawdopodobna za sprawą dużej różnicy wieku, ponieważ gdy Sydonia była już 17- lub 23-letnią kobietą, młody książę był zaledwie 12-latkiem. Wysunięto zatem podejrzenie, że to być może sam ojciec Ernesta Ludwika – Filip I, zawrócił w głowie młodej dwórce i dał nadzieję na książęcą opiekę. Książę zmarł w 1560 roku, zaledwie 3 lata po wielkim pożarze, który zniszczył zamek w Wołogoszczy. Sydonia miała zatem 20 lub 26 lat, gdy została odprawiona z dworu książęcego.Sydonia(1)Wraz z siostrą Dorotą (miała jeszcze siostrę Annę) wróciła do rodzinnego zamku w Strzmielach. Po śmierci rodziców majątek rodowy przejmuje brat Sydonii – Urlich. Przez długie lata siostry procesowały się z bratem o majątek. Po ślubie Urlicha opuściły Strzmiele i przeniosły się do byłego klasztoru w Marianowie, który został przekształcony na dom dla panien z zamożnych rodów. Siostry po Marianowie zamieszkiwały w wielu miejscowościach Pomorza takich jak między innymi Stargard, Szczecin, Krępcewo, Resk, Chociwel. W 1604 roku Sydonia jako 57 letnia kobieta wraca na powrót do Marianowa. Pomimo początkowego uznania jakie Sydonia zdobyła wśród współmieszkanek, po pewnym czasie wiele z nich obraca się przeciwko niej, co miało być konsekwencją kłótliwości i zarozumialstwa Sydonii. Wśród swoich współlokatorek i innych osób, miała wielu wrogów posądzających ją o kontakty z czarnymi mocami. Podejrzenia spowodowane były głównie częstymi zgonami w okolicy jak i w rodzie Gryfitów, które po opuszczeniu przez Sydonię Wołogoszczy zdarzały się nadzwyczaj często.

Utrzymywano, że Sydonia rzuciła klątwę na ród. Poza tym kobieta zajmowała się ziołolecznictwem i mimo już późnego wieku uczestniczyła wciąż w wielu rozprawach, to procesując się o majątek, to odpierając zarzuty o czarnoksięstwo. Również zwierzęta, które posiadała – pies Jurgen i kot Chim, zaważyły na późniejszych losach Sydoni. Zostały one użyte przeciwko niej podczas procesu jako dowody jej winy.
Pierwsze oskarżenie nastąpiło w 1612 roku, a kolejne w 1619 roku. 18 października przewieziono ją z Marianowa na przesłuchania do zamku Oderburg, stojącego niegdyś w okolicach dzisiejszego Grabowa (ulice Łyskowskiego i Dubois). 2 grudnia podjęto śledztwo o rzekome czary, stawiając przy tym aż 74 zarzuty (!), między innymi o trucicielstwo, czary, obcowanie ze złymi duchami. Większość zarzutów była absurdalna i całkowicie zmyślona. Nie przeszkodziło to jednak w zeznaniach świadków, którzy je potwierdzali. Sydonia nie przyznawała się do stawianych jej oskarżeń. Pomimo to długie tortury spowodowały, potwierdzenie przez nią, że jakoby z zemsty rzuciła klątwę na ród Gryfitów i uprawiała czarną magię. Po lekkim otrzeźwieniu i nabraniu sił, zaprzeczyła wcześniejszym zeznaniom, co przyczyniło się do kontynuowania tortur.Duch SydoniiSydonia kilka razy przyznawała się, po czym odwoływała zeznania. W 1620 roku zapadł wyrok o jej straceniu. Jako, że wywodziła się z rycerskiego rodu zdecydowano o ścięciu Sydonii (przywilej przysługujący z tytułu urodzenia), a następnie spaleniu na stosie zwłok (według procedury postępowania z czarownicami). Tak też uczyniono.
80 lub 86 letnią Sydonię ścięto toporem 19 sierpnia 1620 roku pod murami ówczesnego Szczecina w okolicach dawnej Bramy Młyńskiej (inne źródła podają datę 28 września), a zwłoki prawdopodobnie spalono i rozrzucono po polach, co często czyniono w przypadku osób oskarżonych o uprawianie czarów. Istnieją też zapiski jakoby Sydonia miała zostać pochowana na starym cmentarzu dla biedoty poza murami miejskimi (obecnie ulica Sowińskiego).
Sydonia zginęła tragicznie, jednak pozostała jej rzekoma klątwa. Książę Franciszek zmarł w dwa miesiące po egzekucji, tak jak przepowiadała mu podobno Sydonia podczas jednego z przesłuchań. W 1622 roku umiera książę Ulryk, a w 1626 roku książę Filip Juliusz.

W 17 lat po śmierci Sydonii żywota dokonuje ostatni z rodu Gryfitów – Bogusław XIV. Pomorze Zachodnie dostaje się w ręce szwedzkie i brandenburskie, kończąc tym samym czasy panowania rodu Gryfitów.
O Sydonii zradza się legenda, mówiąca o niej, jako o kobiecie, która go zniszczyła. Co zaś dzieje się dzisiaj z samą Sydonią?
Istnieje na wielu obrazach, w tym między innymi zainspirowanego nią Edwarda Burne-Jonesa i  Lucasa Cranacha. W połowie XIX wieku Johann Wilhelm Meinhold napisał obszerną powieść pt. „Sidonia von Bork – die Klosterhexe”, opisując w niej całe życie Sydonii – od dzieciństwa, po skazanie na śmierć. Powieść została przetłumaczona na angielski przez matkę Oscara Wilde’a – Lady Jane Wilde w 1849 roku pt. „Sidonia The Sorceress”.
Czy naprawdę bezpowrotnie odeszła? Niektórzy twierdzą, że w księżycowe noce snuje się w białych zwiewnych szatach po tarasie zamku wzdłuż murów. Nazywają ją białą damą szczecińskiego zamku. Brama Młyńska była miejscem wykonywania wyroków śmierci, obecnie w pobliżu tego miejsca znajduje się Muzeum Narodowe. Przyjęto zwyczaj, że w rocznicę śmierci Sydonii von Borck kładzione są tu kwiaty przez Szczecińskie Towarzystwo Historyczne.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Tajemnicza puszka

przez , 15.maj.2015, w Historia

Zdjęcie (1)Prolog

(…) Mam w przygotowaniu nowy artykuł. Teraz „zajawka”. Tytuł to „Tajemnicza puszka” (będzie na zdjęciach), w której to znalazłem mnóstwo klisz filmowych, na których jest 630 zdjęć naszych polskich żołnierzy internowanych (1939 – 40 – chyba)„…

Wstęp do tej publikacji rozpocząłem od powyższego fragmentu komentarza Gawanta pod artykułem jego autorstwa „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi”, który ukazał się na stronie 3 października 2014 roku.
Ten artykuł jest nietypowy. Podczas eksploracji odkrywamy różne miejsca – nowe i stare, na nowo i po staremu… I czasami zdarza się, że jeszcze „coś” w nich ku naszemu zaskoczeniu.
Opuszczone, stare, samotnie stojace domy, niszczejące kamienice, dworki, pałace, a także „dzikie wysypiska” poza miejscowościami, w lasach… To tylko nieliczne przykłady miejsc, które zdarzają się być istnymi „kopalniami” historii, w których możemy znaleźć pamiątki z przeszłości. Przez innych niedoceniane, zakwalifikowane do niepotrzebnych im śmieci, a jakże wartościowe pod względem historycznym i dokumentalnym. Tak stało się i w tym przypadku.Zdjęcie (2)Artykuł Gawanta jest bardzo krótki ale jak sam zauważył może coś rozwiąże. Zawiera on w sobie niejako prośbę o Waszą pomoc w identyfikację znaleziska. Ze swojej strony mam nadzieję i nie ukrywam, iż liczę Drodzy Czytelnicy, że przyczynicie się do wyjaśnienia tajemnicy kasety ze zdjęciami. Niewątpliwie jest to bardzo cenne znalezisko obrazujące nam historię tamtych lat, wydarzeń, często tragicznych w swoim zakończeniu, ukazujące ludzi minionej epoki, tego jak żyli, miejsc już nieistniejących. Dzięki takim osobom jak Gawant mogą żyć „na nowo”…
Na zdjęciach jest kilka widoków okolicy. Może ktoś będzie wiedział jakiej? (…) Dużo jest zdjęć prywatnych, z dziewczynami, ślub, pogrzeb, procesja, wystawy malarstwa, bardzo dużo portretów i jeszcze jakieś„…
Do szczegółów autor odniesie się w komentarzach.
Odnaleziona puszka. Zamknięta i po otwarciu z zawartościąTajemnicza puszka

W mieście Inowrocław przy ulicy (…) jest stara kamienica przeznaczona do remontu…
Lokatorzy wysiedleni – pusta, nic się nie dzieje. Wszedłem do środka rzucić „okiem doświadczonego eksploratora”.
Na strychu tuż pod dachem, głęboko na belce stoi zardzewiała puszka (zdjęcie powyżej).
Nie mogłem jej otworzyć – lekko uszkodziłem. W środku ciasno zwinięte wywołane klisze.
Na kliszach jest 630 zdjęć.
Wszystkie zdjęcia mam na płytach CD.
Jedynie doszedłem do tego, że zdjęcia są na pewno z internowania naszych polskich żołnierzy w Rumunii.
Nie wiem w jakiej miejscowości oraz nie udało mi się nikogo zidentyfikować…
Może ktoś coś wie? Proszę o informacje.

Zdjęcia z internowania (prawie wszystkie) umieszczam w MyViMu link: 
http://myvimu.com/
Muzeum Gawant. Powoli będę tam umieszczał większość moich zbiorów.

Prosimy wszystkie osoby, które mogą pomóc autorowi w identyfikacji osób, miejsc, itd. o informacje i kontakt w komentarzach lub pod adresem e-mail: geo.explorer@wp.pl (zostaną one przekazane autorowi).
Z góry dziękujemy.

tekst, zdjęcia i prawa autorskie: Gawant (AG)
GeoExplorer jako pierwszy otrzymał zgodę na publikację zdjęć

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skamieniałości Beringera

przez , 01.maj.2015, w Historia

Opracowanie BeringeraW większości publikacji dotyczących pradziejów Ziemi przytacza się historię cieszącego się dużym poważaniem profesora Johanna Beringera (1667-1740) z Würzburga, który padł ofiarą głupiego dowcipu studenckiego (jak przypuszczano) i wkrótce potem zmarł ze zgryzoty.
Studenci mieli wytwarzać sztucznie najrozmaitsze skamieniałości wypalając je z gliny, a następnie zagrzebywali je w tych miejscach, w których profesor zwykł prowadzić poszukiwania. Beringer odnajdywał te falsyfikaty uznając je za prawdziwe skamieniałości i opisując w okazałym foliale. Gdy jednak profesor wykopał wreszcie skamielinę z wyrytym jego własnym nazwiskiem, intryga miała się wydać. Cała ta komedia przekształciła się w tragedię – Beringer nie mógł przeboleć ruiny dzieła swojego życia.
Według innej wersji fałszerzem miał być kochanek żony Beringera, który chciał w ten niecodzienny sposób skompromitować prawowitego małżonka. Później pojawiło się podejrzenie, że czynu tego nie dokonali studenci, a jezuici chcący usunąć niewygodnego uczonego. Inni kronikarze podają, że wyłącznym winowajcą był niejaki Georg Ludwig Haeber, który fabrykował nie tylko „fałszywe kamienie” zakopując je i na powrót odkopując, ale opracował nawet wątpliwej wartości księgę, chcąc tym samym oszukać swojego poważanego profesora.

Co jednak rzeczywiście rozegrało się w Würzburgu w latach 1724 – 1726 ?
Przypadek profesora Beringera, który zajmował się przede wszystkim badaniem triasowych skamieniałości występujących wokół miasta, był intrygą na wielką skalę, w której główne role odegrały wybitne osobistości, a jeszcze wybitniejsze pozostawały w cieniu. Był to skandal naukowy jaki nie zdarzył się nigdy przedtem, ani nigdy potem w żadnym czcigodnym mieście uniwersyteckim i odbił się szerokim echem w świecie naukowym.
Do najważniejszych aktorów tego spektaklu obok radcy dworu i profesora uniwersytetu Jana Bartłomieja Adama Beringera, należał znany historyk Johann Georg von Eckhart, inicjator badań nad Germanami i ojciec prehistorii niemieckiej, a także jako jedna z postaci drugorzędnych (która została uwikłana w tą sprawę) – wielki budowniczy baroku Baltazar Neumann.Johann BeringerPrzechodząc do faktów. Od 1724 roku Johann Beringer odkrywał w określonych miejscach w okolicy Würzburga niezwykłe, ale często jak najbardziej realistycznie wyglądające skamieliny osadzone w wapieniu muszlowym. Były to między innymi ptaki, żaby, ryby, jaszczurki, raki, ślimaki, robaki i kwiaty. Niektóre żaby były w trakcie kopulacji, jakiś pająk siedział w swej sieci, inny zaś łowił muchę. Z czasem zaczęły pojawiać się też inne „figury kamienne”, jak słońce, księżyc w pełni i półksiężyc, gwiazdy i komety, a nawet słowo „Jehowa” napisane w języku hebrajskim.
To nie jezuici, ani nie studenci, którzy towarzyszyli profesorowi do miejsca znalezisk i asystowali przy wykopywaniu skamieniałości, ale trzej wiejscy chłopcy ze wsi Eibelstadt nad Menem – Nikolaus Hehn, Valentin Hehn i Christian Zanger – dopuścili się tych fałszerstw. Chłopcy ci pochodzili z ubogich wiejskich rodzin, a Beringer dobrze płacił im za ich trud. Najstarszy z tych młodych współpracowników miał w początkowym okresie wykopów 16 lat, a najmłodszy 12 lat.

W tym samy czasie trzej chłopcy z Eibelstadt uprawiali równolegle świetnie prosperujący handel „kamiennymi figurami” wśród mieszkańców Würzburga. Do ich stałych odbiorców należał między innymi budowniczy Baltazar Neumann, a nawet sam arcybiskup von Hutten. Żaden z odbiorców tych osobliwości, łącznie z metropolitą, nie widzieli nic podejrzanego w dziwnych kształtach „kamiennych figur” i nikt nie podejrzewał, że może chodzić tutaj o jedną, wielka mistyfikację i fałszerstwo, a wręcz przeciwnie, do chłopców zgłaszało się coraz więcej chętnych nabywców.
W efekcie swej przebiegłości młodzieńcy stopniowo zgromadzili bardzo wysoką jak na owe czasy kwotę 300 talarów! A Beringer? Beringer bynajmniej nie pozostał osamotniony w swej naiwności i łatwowierności – praktycznie pół miasta zostało oszukane. Podczas rozprawy sądowej, która na jego prośbę miała miejsce po odkryciu fałszerstwa, udowodniono, kto był zamieszany w produkcję i dystrybucję falsyfikatów, oczyszczając Beringera z zarzutu nieuczciwości, jednak jego reputacja naukowca została nadwyrężona. Po odkryciu fałszerstwa próbował wykupić cały nakład książki, jednak bez pełnego sukcesu.Skamieniałości z opracowania BeringeraKim był Johann Beringer? Wykładał na uniwersytecie w Würzburgu nie tylko paleontologię i historię naturalną, lecz był także dziekanem wydziału medycyny i przybocznym lekarzem metropolity, arcybiskupa von Huttena, a tym samym wielce poważaną osobistością, której ze względu na liczne piastowane urzędy i stanowiska przypuszczalnie nie jeden zazdrościł. Jego ogólne wykształcenie nie było wielkie, znajomość zaś łaciny wystarczyła zaledwie do napisania (tak później osławionej) książki „Lithographia Wirceburgensis” z 1726 roku.
Współcześni podkreślali zarówno afirmowaną przez niego przynależność do chrześcijaństwa, jak i upór oraz brak krytycyzmu.
Beringer od dawna kolekcjonował z zapałem rozmaite „igraszki natury”, jeszcze na długo przed pojawieniem się fałszywych skamieniałości. Zdarzało się bardzo często, że te odłamki skalne wykazywały się dużym podobieństwem do form naturalnych – dziwacznie ukształtowane twory z metalu, rudy żelaza, margli i minerałów imitujące mchy lub małe rozgałęzione drzewa.
Cieszył się jak dziecko każdą taką nowo odkrytą osobliwą formą, łatwo zatem przewidzieć, jak ów pobożny, łatwowierny i bardzo solidny w swojej specjalności badacz odnosił się do fałszywych skamieniałości.Würzburger LügensteineW przeciwieństwie do tego, co później mu przypisywano, nie porównywał nigdy tych tworów z właściwymi skamieniałościami. Uważał je w swej skromności i naiwności za cudowne dzieła Stwórcy. Kamienie szlachetne były dla niego również niemym, lecz wymownym świadectwem doskonałości bożej. Uważał, że Bóg miał w swej wszechmocy stworzenie skamieniałości roślin, zwierząt i ciał niebieskich, a nawet podpisał je swoim imieniem, aby przypomnieć się ludziom „gdyby zapominali o swym Stwórcy”. Falsyfikaty opisane przez Beringera nazwano później kłamliwymi kamieniami (Lügensteine) i do dziś są one poszukiwanym eksponatami wielu muzeów i kolekcji. Znajdują się między innymi w zbiorach Instytutu Geologiczno – Paleontologicznego Uniwersytetu w Würzburgu i w zbiorach muzeów historii naturalnej Londynu,  Berlina, a ich reprodukcje zamieszcza wiele podręczników paleontologii, jako specyficzne ostrzeżenie przed pochopnością w badaniach naukowych.

Jeżeli na koniec przytoczyć poglądy światłych i mądrych ludzi dawnych epok takich jak Leonardo da Vinci, Fracastoro, Agricola, Steno, Palissy czy Baier, nawet przy porównaniu ich z poglądami dyluwialistów – Woodwarda i Scheuchzera, ukazuje się cała naiwność wiary Beringera w cuda. Niestety nie wyprzedzał on swojej epoki tak jak wspomniani, a wręcz przeciwnie, tkwił on jeszcze w średniowiecznej przeszłości. Nie należy przy tym brać mu tego za złe, gdyż wielu geologów wyznawało wówczas jeszcze daleko dziwniejsze poglądy – sądzili oni, że minerały i metale powstają z „kamiennego nasienia” – kamienie rodzą młode kamienie.
I tak Beringer, niemiecki lekarz i paleontolog, stał się znany jako ofiara jednego z najgłośniejszych oszustw w naukach przyrodniczych. Duży rozgłos falsyfikatów i liczne legendy wokół całej tej sprawy spowodowały, że w 1767 roku wydano pośmiertny reprint dzieła Beringera.

(PZP)
GeoExplorer

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Red Tails nad Kędzierzynem

przez , 05.lut.2015, w Historia

Red Tails nad KędzierzynemZmagania militarne podczas II wojny światowej stały się w późniejszym czasie inspiracją do powstania wielu filmów, produkcji telewizyjnych, publikacji książkowych. Czytając te publikacje lub oglądając filmy często nie zdajemy sobie sprawy, że znane wojenne historie, heroizm i groza wojny utrwalone na kliszy fotograficznej lub taśmie filmowej dotyczą wydarzeń, które często działy się nieopodal miejsc, w których żyjemy czy pracujemy. Jednym z takich przypadków są działania bojowe „czarnej eskadry”, czyli 332 Grupy Myśliwskiej USAAF.

Spośród licznych celów, będących przedmiotem ofensywy bombowej 15th USAAF, zakłady paliwowe zlokalizowane na Górnym Śląsku były grupą obiektów najbardziej oddalonych od baz w południowych Włoszech, skąd operowała 15 Armia Powietrzna Armii Stanów Zjednoczonych. Wyprawy nad rafinerie w Blachowni, Kędzierzynie, Zdzieszowicach czy Oświęcimiu były misjami wyjątkowo niebezpiecznymi i długotrwałymi. Czas dolotu nad cel i powrotu na lotniska macierzyste przekraczał 8 godzin.
Samoloty lecące nad Górny Śląsk były zagrożone zarówno przez dużą koncentrację artylerii przeciwlotniczej nad celem oraz w drodze do celu, jak i przez ataki myśliwców Luftwaffe oraz lotnictwa sprzymierzonych z III Rzeszą Węgier, w tym słynnego 101. Honi Légvédelmi Vadászrepülő Osztály, czyli 101 Skrzydła Obrony Powietrznej, powszechnie znanego jako Grupa Puma.Messerschimitt Bf-109 Grupy PumaDla obrony formacji bombowców przed myśliwcami nieprzyjaciela w obrębie 15 Armii Powietrznej utworzono 2 skrzydła myśliwskie, w skład których wchodziło 7 grup myśliwskich.
Niezbyt powszechnie znany, ale niewątpliwie warty szerszego upowszechnienia jest fakt, że jedną z tych grup była chyba najsłynniejsza jednostka myśliwska Lotnictwa Armii Stanów Zjednoczonych okresu II wojny światowej – składająca się wyłącznie z czarnoskórych lotników 332nd Fighter Group, znana także jako Red Tails (od malowanych na czerwono ogonów samolotów) lub jako Tuskegee Airmen (od nazwy miasteczka Tuskegee w Alabamie, gdzie czarnoskórzy lotnicy mieli swoją bazę treningową przed wyruszeniem na wojnę).
W tym miejscu warto umieścić kilka słów objaśnienia kontekstu historycznego. W tamtym czasie Ameryka była krajem, w którym obowiązywała segregacja i dyskryminacja rasowa, obejmująca także swoim zasięgiem służbę wojskową. Czarnoskórzy mieszkańcy USA nie byli dopuszczani do służby w Siłach Powietrznych USA w charakterze lotników. Jednakże wieloletnie starania na rzecz zniesienia dyskryminacji czynione przez wiele wpływowych osobistości zaczęły przynosić pierwsze efekty.The Tuskeegee AirmenW kwietniu 1939 roku Kongres uchwalił ustawę przyznającą finansowanie dla szkół lotniczych mających szkolić czarnych lotników. Obstrukcje oraz wygórowane wymagania stawiane przez Departament Wojny sprawiły, że program był wdrażany z olbrzymimi trudnościami. Przełomem okazało się wsparcie okazane przez Pierwszą Damę panią Eleonor Roosevelt, która w marcu 1941 roku odwiedziła Tuskegee i odbyła półgodzinny lot z jednym z czarnoskórych weteranów lotnictwa cywilnego – C. A. Andersonem, który był zatrudniony w Tuskegee jako instruktor. Po tej podniebnej przejażdżce i poparciu udzielonym przez Panią Roosevelt sprawy ruszyły szybko do przodu.
Jeszcze w tym samym roku utworzono 99 Dywizjon Myśliwski (99th Fighter Squadron), który rozpoczął cykl szkoleniowy w Tuskegee Army Airfield. Mimo bardzo dobrych rezultatów szkoleniowych Dowództwo Sił Powietrznych z powodów rasowych piętrzyło przeszkody przed skierowaniem dywizjonu do działań bojowych. Otwarcie wyraził to jeden z głównodowodzących USAAF generał Henry „Hap” Arnold mówiąc:
„Piloci Murzyni nie mogą służyć w naszym Korpusie Sił Powietrznych, gdyż rezultatem tego będzie sytuacja w której czarni oficerowie będą przełożonymi białych poborowych, co będzie społecznie nieakceptowalne”.Red TailsJednak ostatecznie w kwietniu 1943 roku 99 Dywizjon został uznany za gotowy do działań bojowych, a następnie przerzucony do Afryki, gdzie wszedł w skład 33rd Fighter Group (33 Grupy Myśliwskiej). Swój chrzest bojowy przeszedł 30 maja, atakując strategiczną wyspę Pantelleria na Morzu Śródziemnym. Ataki ponawiano aż do 11 czerwca, kiedy włoski garnizon skapitulował. Był to pierwszy w historii przypadek, gdy militarny opór przeciwnika został złamany wyłącznie przy u życiu ataków lotniczych. Za swój wyczyn Dywizjon otrzymał Distinguished Unit Citation – wyróżnienie przyznawane za wybitne męstwo na polu walki.
Pomimo bojowych sukcesów i udowodnieniu w praktyce, że nie są gorsi od swych białych kolegów, rasistowskie traktowanie było wciąż na porządku dziennym, a czarni piloci nie byli akceptowani przez białych lotników z innych dywizjonów 33 Grupy. Nie przekazywano im także jako nowicjuszom żadnych informacji i wskazówek pomocnych w wykonywaniu misji bojowych.
Tymczasem w Tuskegee szkolenie czarnych pilotów postępowało i wiosną 1944 roku kolejne grupy lotników zostały wysłane do udziału w działaniach bojowych we Włoszech. Były to myśliwskie dywizjony 100, 301 oraz 302, które w maju 1944 roku dołączyły do 99 dywizjonu. W ten sposób pierwsza składającą się wyłącznie z czarnych pilotów grupa myśliwska w USAAF – 332nd Fighter Group uzyskała gotowość bojową. Jej dowódcą został pułkownik Benjamin O. Davis Jr. Bazą macierzystą całej grupy aż do końca wojny stało się lotnisko Ramitelli niedaleko Termoli w południowych Włoszech.Col. Benjamin O. Davis Jr.Odtąd głównym zadaniem grupy stało się eskortowanie bombowców 15 Armii Powietrznej podczas rajdów na cele w środkowej i południowej Europie.
Mustangi z pomalowanymi na czerwono statecznikami pionowymi wiele razy pojawiały się na niebie wokół Blachowni, Kędzierzyna, Zdzieszowic i Oświęcimia.
Pierwsza misja eskortowa „Czerwonych Ogonów” nad Górny Śląsk miała miejsce podczas nalotu 7 sierpnia 1944 roku, kolejna w niespełna dwa tygodnie później – 20 sierpnia, tym razem atakowanym przez bombowce celem były zakłady Buna Werke w Oświęcimiu. Była to jedyna misja nad to miasto osłaniana przez 332nd Fighter Group.
27 sierpnia samoloty z białymi gwiazdami nadleciały nad Kędzierzyn i Blachownię. W drodze powrotnej do bazy piloci 332 Grupy atakując lotnisko na terenie Czech zniszczyli 22 samoloty nieprzyjaciela na ziemi. Za ten wyczyn 3 pilotów Grupy zostało odznaczonych krzyżem Distinguished Flying Cross. Byli to kapitan Dudley M. Watson, kapitan Wendell O. Pruitt oraz porucznik Roger Romine.P-51C Mustang w barwach Red Tails13 września celem bombowców były zakłady Blechhammer North, czyli obecna Blachownia Śląska (obecnie dzielnica Kędzierzyna-Koźla). „Trzynastka” okazała się pechowa dla podporucznika Wilbura F. Longa z 99 dywizjonu. Jego Mustang zapędził się nad sam cel, gdzie został trafiony ogniem Flaku – niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Lt. Long po latach tak wspominał to wydarzenie:
„…zostałem trafiony przez Flak nad celem, osłona kabiny była uszkodzona, system chłodzenia pokiereszowany, samolot miał też liczne, mniejsze uszkodzenia. Gdy tylko odzyskałem zimną krew niezwłocznie sprawdziłem stan samolotu. Sądząc, że mój Mustang nie został aż tak mocno trafiony postanowiłem, że spróbuję wrócić do bazy (…) lecz po pewnym czasie silnik zaczął zamierać więc zacząłem przygotowania do skoku ze spadochronem. Niestety, gdy próbowałem otworzyć osłonę kabiny okazało się że jest ona uszkodzona. Poinformowałem kpt. Danielsa (prowadzący por. Longa, w rzeczywistości Daniels był wówczas porucznikiem – przypis autora), że nie jestem w stanie otworzyć kabiny i muszę lądować awaryjnie. Poinstruował mnie, żebym znalazł pole na którym będę mógł wylądować „na brzuchu”. Zauważyłem pole, które wyglądało na „czyste” z dużej wysokości, lecz gdy podchodziłem do lądowania okazało się, że są tam liczne przeszkody. Przeskakując nad wierzchołkami drzew i manewrując w przesmykach miedzy nimi ostatecznie uderzyłem w ziemię i zacząłem się ślizgać. Od tego momentu nie pamiętam nic więcej z mojego lądowania.”
Porucznik Long wylądował na terenie Węgier i trafił do obozu jenieckiego Stalag Luft III w Żaganiu, a następnie do Moosburga, gdzie w kwietniu 1945 roku został wyzwolony przez oddziały US Army.The Tuskegee Airmen 332nd Fighter GroupKolejna wyprawa, dokładnie w miesiąc później, 13 października przyniosła ofiarę śmiertelną w szeregach 332 Grupy Myśliwskiej.
Myśliwce w drodze powrotnej do bazy miały za zadanie atakować zauważone cele naziemne (samoloty, pociągi, składy paliw i amunicji, barki na Dunaju itp.) ogniem swych karabinów maszynowych. Tego dnia powracający lotnicy dostrzegli lotnisko polowe w okolicach Balatonu. Grupa kpt. Jacksona przystąpiła do ataku w wyniku którego zniszczono 7 samolotów nieprzyjaciela. Niestety samolot por. Waltera D. Westmorelanda został trafiony przez obronę przeciwlotniczą i rozbił się podczas próby awaryjnego lądowania. Lt. Westmoreland zginął na miejscu. W tym samym czasie druga grupa Mustangów prowadzona przez kpt. Pruitta zaatakowała kolejową stację rozrządową, atakując lokomotywy, wagony oraz budynki. Por. Luther Smith oraz por. William W. Green trafili olbrzymi magazyn, jak się okazało wypełniony materiałami wybuchowymi. Potężna eksplozja poważnie uszkodziła obydwa Mustangi. Piloci zostali zmuszeni do wyskoczenia z uszkodzonych maszyn nad Jugosławią.Pułkownik DavisJeszcze wiele razy czarnoskórzy lotnicy latali nad Kędzierzyn, Blachownię i Zdzieszowice osłaniając Latające Fortece i Liberatory 15 Armii w tych niezwykle trudnych misjach. Z kronikarskiego obowiązku wymieńmy daty: 14 i 17 października, 20 listopada, 2, 18, 19 i 26 grudnia.
Załogi bombowców 15 Armii były niezmiernie zadowolone, gdy przydzielano im jako eskortę Mustangi z 332nd FG. Doceniali ich ofiarność, poświęcenie i to, że nigdy nie „odpuszczali” nieprzyjacielskim myśliwcom. Pomimo że przez długi czas rozpowszechniane twierdzenie, mówiące że 332 Grupa Myśliwska nigdy nie straciła żadnego osłanianego bombowca w wyniku działań wrogich myśliwców, okazało się mitem (w rzeczywistości utracono około 25 bombowców) to i tak w porównaniu z innymi podobnymi jednostkami jest to liczba znikoma, a bilans bojowy czarnych lotników jest imponujący. Wymieńmy tylko parę liczb:
- 111 samolotów zestrzelonych w powietrzu
- 150 samolotów zniszczonych na ziemi
95 pilotów odznaczono krzyżem Distinguished Flying Cross. Podczas misji nad Górny Śląsk Grupa utraciła 7 samolotów, 1 pilot poległ (KIA), 3 dostało się do niewoli (POW), 3 innych uniknęło pojmania i powróciło do macierzystej jednostki z terenu Jugosławii (EVD).

Wojenne losy czarnoskórych lotników doczekały się opisu zarówno w publicystyce naukowej jak i kulturze masowej. Powstało kilka filmów kinowych i telewizyjnych na ich temat. Najbardziej głośne to film „The Tuskegee Airmen” (w Polsce emitowany jako „Czarna eskadra” ) z 1996 roku w reżyserii Roberta Markowitza z Laurencem Fishburnem oraz Cubą Goddingiem Jr. w rolach głównych oraz „Red Tails” z 2012 roku, którego pomysłodawcą i producentem jest znany z „Gwiezdnych wojen”  George Lucas.Filmy nawiązujące do tematyki Red TailsOglądając te produkcje warto pamiętać, że przedstawiane w nich zmagania lotnicze „czarnej eskadry” miały miejsce także wokół miast południowej Polski, a lotnicy z Tuskegee wnieśli swój wymierny wkład w zwycięstwo nad III Rzeszą.

tekst: Edward Haduch, Stowarzyszenie „Blechhammer 1944”

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Niemieckie zakłady paliwowe w rejencji opolskiej

przez , 01.lut.2015, w Historia

Współczesny widok na Zakłady Koksownicze w ZdzieszowicachTereny należące dzisiaj do miast Kędzierzyn-Koźle oraz Zdzieszowice na Opolszczyźnie były w czasie II wojny światowej wielkim placem budowy. III Rzesza przeprowadzała tam olbrzymie inwestycje, które także dzisiaj determinują charakter tych miast. W południowej części Regierungsbezirk Oppeln powstawało największe zagłębie paliwowe III Rzeszy.
Głównym powodem, który skłonił hitlerowskich planistów do wdrożenia planów budowy sieci zakładów wytwarzających paliwa syntetyczne na bazie węgla były rosnące potrzeby machiny wojennej III Rzeszy, która planując militarną ekspansję, a jednocześnie mając ograniczony dostęp do naturalnych zasobów ropy naftowej, była zmuszona zapewnić swoim siłom zbrojnym odpowiednią ilość paliw, olejów i smarów.

Bezpieczne położenie w oddaleniu od granic potencjalnych przeciwników hitlerowskich Niemiec (Francji, Anglii i ZSRR), bliskość pokładów węgla w śląskich kopalniach oraz dogodne połączenia transportowe (wodne i kolejowe) były powodem umiejscowienia aż trzech zakładów tego typu w ówczesnej rejencji opolskiej.
W promieniu kilku kilometrów rozpoczęto budowę fabryk: Schaffgotsch Benzin Werke GmbH Odertal (obecnie Zdzieszowice) Oberschlesische Hydrierwerke AG Blechhammer w dzisiejszej Blachowni oraz IG Farbenidustrie AG Werk Heydebreck w Kędzierzynie.
W pobliżu wznoszonych zakładów zaczęły powstawać liczne obozy jenieckie i pracy przymusowej – w tej liczbie podobóz niesławnego kompleksu Auschwitz, Arbeitslager Blechhammer (Judenlager). Obozy stanowiły rezerwuar taniej, a często także niewolniczej siły roboczej, niezbędnej do szybkiego przeprowadzenia tak ogromnych inwestycji.
Ocenia się, że w samych tylko obozach podległych zakładom OHW Blechhammer mogło przebywać jednorazowo do 30.000 więźniów, jeńców wojennych oraz robotników przymusowych.

Zakłady Schafgotsch Benzin-Werke Odertal
Chronologicznie pierwszą fabryką wytwarzającą benzynę syntetyczną jaka powstała w ówczesnej rejencji opolskiej były zakłady Schaffgotsch Benzin Werke GmbH Odertal (obecnie Zdzieszowice), należące do wielkiego rodu przemysłowego Schaffgotschów, właścicieli licznych kopalń oraz majątków ziemskich na terenie Górnego Śląska.
Budowę zakładów w Zdzieszowicach rozpoczęto w 1930 roku od wzniesienia pierwszej baterii koksowniczej w zakładach koksowniczych „Deschowitzkokerei der Graflich Schaffgotsch’en Werke”. W 1936 roku rozpoczęto budowę drugiej baterii, nieco później przy istniejącej koksowni zapoczątkowano prace przy budowie zakładu produkcji benzyny syntetycznej, która miała być wytwarzana metodą Fischera-Tropscha. Metoda ta wynaleziona przez niemieckich uczonych Franza Fischera oraz Hansa Tropscha polegała na mieszaniu w wysokiej temperaturze tlenku węgla i gazu syntezowego (wodoru) w obecności katalizatora. W wyniku tej reakcji powstawała mieszanina węglowodorów ciekłych i stałych – z której wyodrębniano benzynę, paliwa dieslowskie oraz parafinę.
Benzyna oraz oleje dieslowskie wytworzone dzięki tej metodzie były paliwami niskiej jakości, wykorzystywano je głównie jako domieszkę do innych paliw.

Budowa fabryki w Zdzieszowicach została ukończona w 1939 roku, pełne moce wytwórcze zostały osiągnięte w roku 1941. Z powodu wspomnianej już niskiej jakości wyrobów końcowych była ona obok zakładów Hoesch-Benzin GmbH w Dortmund ostatnią oddaną do użytku wytwórnią paliw syntetycznych działającą wg metody Fischera-Tropscha. Fabryki budowane w następnych latach wykorzystywały do produkcji metodę Bergiusa, czyli metodę uwodornienia (hydrogenizacji) węgla.Zakłady Odertal po ataku bombowców 15th USAAFMaksymalne zdolności produkcyjne zakładów w Zdzieszowicach szacowano w analizach amerykańskich na ok. 60.000-80.000 ton wyrobów paliwowych rocznie, realna produkcja nie przekraczała 40.000 ton, co potwierdzają także meldunki składane przez wywiad Biura Studiów Przemysłowo-Gospodarczych Armii Krajowej. Meldunek z października 1943 roku mówi, że „produkcja benzyny syntetycznej (…) wynosiła 2.500 ton miesięcznie”.
Zakłady Schafgottscha były bombardowane przez samoloty 15 Armii Powietrznej USA 8 razy: 7 lipca, 22 sierpnia, 13 września, 14 października oraz 2, 17, 18 i 26 grudnia 1944 roku.
Podczas tych nalotów amerykańskie Fortece i Liberatory zrzuciły około 2.125 ton bomb.

Zakłady Oberschlesische Hydrierwerke AG Blechhammer
Plany podbojów militarnych III Rzeszy spowodowały konieczność dalszej rozbudowy przemysłu paliw syntetycznych. Hitlerowscy planiści już od połowy lat 30-tych wskazywali na Górny Śląsk jako dogodne miejsce na lokalizację kolejnych zakładów tej branży.
W 1938 roku plany te zostały skonkretyzowane, ustalono też, że nowa fabryka benzyny syntetycznej powstanie w miejscowości Blechhammer (Blachownia Śląska) w powiecie kozielskim. W sierpniu 1939 roku grupa kilkunastu przedsiębiorców górnośląskich zgodziła się sfinansować znaczącą część inwestycji zawiązując spółkę akcyjną pod nazwą Oberschlesische Hydrierwerke AktienGesellschaft Blechhammer (Górnośląskie Zakłady Hydrogenizacji Spółka Akcyjna w Blachowni Śląskiej). Pod koniec 1939 roku ruszyły prace przy karczowaniu lasów, a następnie właściwa budowa zakładów.
Wokół realizowanej inwestycji powstała sieć obozów jenieckich oraz pracy przymusowej, które zapewniały dostawy znacznych kontyngentów siły roboczej. Głównym wykonawcą inwestycji była spółka Mineralölbau GmbH z Berlina z którą kooperowało kilkadziesiąt innych przedsiębiorstw z terenu całych Niemiec.

Pierwotnie planowano, że zdolność produkcyjna zakładów w Blachowni wyniesie 150.000 ton paliw, w miarę zwiększających się potrzeb gospodarki wojennej zwiększano także zakładaną produkcję docelową, najpierw do 240.000 ton, a następnie do 350.000 ton paliw rocznie.Zakłady benzyny syntetycznej w Blechhammer podczas nalotu 15th USAAFW późniejszych latach obok pierwotnie budowanego zakładu planowano budowę drugiej fabryki, zwanej roboczo Blechhammer II (która miała produkować na potrzeby Kriegsmarine i Luftwaffe) jednak już w 1942 roku plany te zarzucono, koncentrując się na ukończeniu w terminie budowy zakładu Blechhammer I, który był wyznaczony na grudzień 1943 roku. Częściowo powrócono do nich we wrześniu 1944 roku, wtedy została nawet podpisana umowa pomiędzy OHW Blechhammer, a Naczelnym Dowództwem Kriegsmarine, które udostępniło pożyczkę w wysokości 150 milionów marek na rozbudowę zakładu. W związku z amerykańską ofensywą powietrzną w 2 połowie 1944 roku i zbliżającą się od wschodu Armią Czerwoną plany tej rozbudowy nigdy nie zostały wprowadzone w życie.

Technologia produkcji opierała się na metodzie wynalezionej przez niemieckiego chemika Friedricha Bergiusa i polegała na zgazowaniu węgla w specjalnych generatorach; z otrzymanego gazu syntezowego uzyskiwano w wyniku dalszych procesów m.in. izooktan, czyli wysokooktanowe paliwo lotnicze.
Produkcja w zakładach OHW Blechhammer ruszyła w ograniczonym zakresie na przełomie stycznia i lutego 1944 roku, w kolejnych miesiącach w wyniku trapiących zakłady awarii była okresowo wstrzymywana, by z końcem czerwca 1944 roku osiągnąć poziom 5.400 ton wyrobów paliwowych miesięcznie. W rezultacie nalotów 15 USAAF w kolejnych miesiącach znacznie się zmniejszyła, co prawda w listopadzie tego roku znów osiągnęła poziom czerwcowy, lecz po kolejnych nalotach z grudnia 1944 roku zakłady zostały zniszczone w stopniu praktycznie uniemożliwiającym dalszą produkcję.Pozostałości instalacji OHW BlechhammerFabryka w Blachowni określana w nomenklaturze USAAF jako Blechhammer North była celem nalotów amerykańskich 9-cio krotnie: 7 lipca, 7, 22, 27 sierpnia, 13 września, 14 października oraz 2, 17 i 19 grudnia.

Fabryka IG Farbenidustrie AG Werk Heydebreck
Prawie równocześnie z zakładami w Blechhammer podjęto decyzję o budowie kolejnej fabryki paliw syntetycznych; inwestorem został największy niemiecki koncern chemiczny Interessen Gemeinschaft Farbenindustrie AG, znany powszechnie pod skróconą nazwą – IG Farben.
Jako lokalizację pod nową fabrykę wybrano zalesiony obszar na południe od Kędzierzyna. Po zakupieniu potrzebnego gruntu od księcia Hohenlohe z końcem 1939 roku rozpoczęto prace przygotowawcze oraz ziemne. Przy wyznaczaniu miejsca budowy wzięto pod uwagę planowany przebieg kanału Odra – Dunaj. By usprawnić transport potrzebnych materiałów Deutsche Reichsbahn wybudowała specjalną bocznicę kolejową do obsługi budowy zakładu.
Podobnie jak przy dwóch pierwszych zakładach wokół trwającej budowy w Kędzierzynie powstały liczne obozy robotników przymusowych oraz jeńców wojennych. Mimo to przez cały okres trwania budowy kierownictwo zakładu narzekało na niedobór siły roboczej, co wynikało z konieczności „dzielenia się” przymusową siłą roboczą z powstającymi nieopodal zakładami Oberschlesische Hydrierwerke. Mimo tych trudności, spotęgowanych dodatkowo brakami materiałowymi prace postępowały w imponującym tempie i już z początkiem 1944 roku przystąpiono do próbnego rozruchu zakładu.

W Kędzierzynie paliwo syntetyczne również było wytwarzane metodą Bergiusa  najważniejszym produktem był izooktan, produkowano tak że paliwa do rakiet, smary syntetyczne, glicerynę i formaldehydy wykorzystywane w produkcji materiałów wybuchowych, a także syntetyczne kleje, kauczuki oraz kwasy tłuszczowe.Zakłady IG Farben po ostatnim nalocie 26 XII 1944Docelowa produkcja w zakładach w Kędzierzynie – tak że zwiększana w miarę postępów budowy – miała wynieść około 300.000 ton paliw rocznie. Największą miesięczną produkcję – 2.500 ton paliw udało się uzyskać w czerwcu 1944 roku, w przeddzień nalotów 15 USAAF. Naloty te okazały się bardzo skuteczne, produkcja w kolejnych miesiącach drastycznie spadła, a po dewastującym nalocie z 27 sierpnia 1944 roku praktycznie aż do końca wojny nie została wznowiona w istotnym zakresie.

Mało znanym faktem związanym z zakładami IG Farben było stworzenie przy nich centrum zbornego dla rosyjskich naukowców i inżynierów przemysłu chemicznego, którzy zgodzili się pracować dla III Rzeszy. Centrum mieściło się w Bierawie, gdzie utworzono specjalny ośrodek w którym byli rejestrowani, sprawdzani przez tajne służby i rozsyłani do różnych zakładów, głównie do rafinerii w Leuna. Pierwszy transport przybył 21 kwietnia 1942 roku i liczył 165 specjalistów wraz z rodzinami, które na podstawie specjalnego zezwolenia Reichsfuehrera SS Heinricha Himmlera mogły przebywać razem z zatrudnionymi naukowcami. Ogółem przeszło przez ośrodek w Bierawie około 1.100 rosyjskich specjalistów, z których część pozostała na miejscu.Zdjęcie rozpoznawcze zakładów IG Farben w Kędzierzynie z 20.08.1943Spośród trzech omawianych wcześniej fabryk zakłady w Kędzierzynie (w nomenklaturze amerykańskiej określane jako Blechhammer South) były najczęściej bombardowane przez siły 15 Armii Powietrznej, bomby zrzucono na nie 13 razy: 7 lipca, 7, 22 i 27 sierpnia, 13 i 17 października, 17 i 20 listopada oraz 2, 12, 17, 19, 19 i 26 grudnia.

Dzisiaj w opisanych miejscach nie produkuje się już paliw syntetycznych, w warunkach pokoju jest to po prostu nieopłacalne. Zakłady jednak istnieją, produkując całą gamę różnorodnych produktów. Zakłady Schafgotscha w Zdzieszowicach należą do koncernu Arcelor-Mittal i są dużym producentem koksu. Na terenie byłego OHW w Blachowni działa wiele firm z branży chemicznej i nie tylko. Ówczesne IG Farben to obecny ZAKSA, wchodzący w skład największej polskiej firmy chemicznej – Grupa Azoty SA.

tekst: Edward Haduch, Stowarzyszenie „Blechhammer 1944″
zdjęcia: Edward Haduch, Waldemar Ociepski

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Tragedia w Saint Pierre

przez , 19.sty.2015, w Historia

Zgliszcza St.PierreGórzysta wyspa Martynika leżąca w pasie wysp rozdzielających Morze Karaibskie od Oceanu Atlantyckiego, podobnie jak inne wyspy należące do Małych Antyli, jest przedłużeniem wulkanicznego obszaru meksykańskiego. Administracyjnie stanowi ona zamorski departament Francji. Od czasów jej odkrycia nie zauważono na niej większych oznak działalności wulkanicznej. W 1792 roku zanotowano słaby wybuch połączony z trzęsieniami ziemi. Niespełna 60 lat później, bo w 1851 roku, w pobliżu największego stożka wulkanicznego, w północnej części wyspy zwanej górą Pelee, odczuwano „zapach gazów siarkowych”. W 1899 roku zauważono niewielkie ilości wydobywającej się pary, co pozwoliło mieszkańcom uznać dawny wulkan za wygasły…
Stoki Mount Pelee poprzecinane malowniczymi wąwozami, pokryte bujną roślinnością z pięknym kalderowym jeziorem na szczycie, były ulubionym miejscem wycieczek ludności z pobliskiego nadmorskiego Saint Pierre. Nazwa szczytu została nadana w 1635 roku przez pierwszych francuskich osadników (z francuskiego „łysa góra”). Wiosenna sielanka 1902 roku trwała w najlepsze i żadne objawy nie wskazywały na niespodziankę, którą mieszkańcom gotowała góra Pelee. Z końcem kwietnia na szczycie dostrzeżono słup pary i pyłów, osiągający wysokość ponad 500 metrów. Dały się również odczuć pierwsze trzęsienia ziemi, które przerwały podmorskie kable prowadzące do sąsiednich wysp. Co ciekawe objawy te nie wzbudziły w mieszkańcach St.Pierre obaw, a wręcz przeciwnie – wywołały zaciekawienie i nieodpartą chęć urządzania wycieczek na górę Pelee, by z bliska obserwować to zjawisko.Erupcja Mt.Pelee w 1902 rokuW starym kraterze wulkanu powstał mały stożek, utworzony z popiołów wulkanicznych, wyrzucanych przez wulkan. W nocy z 30 kwietnia na 1 maja zauważono gwałtowne podniesienie się poziomu wody w jednym ze strumieni spływających z góry, a z gęstych chmur zaczęły opadać popioły wulkaniczne.
Początek tragedii nastąpił 5 maja, kiedy to dały słyszeć się potężne odgłosy silnych eksplozji. Brzeg jeziora w kraterze Pelee zostaje rozerwany, a jego wody zmieszane z mułem runęły zboczami w dół, niszcząc wszystko co napotkały na swojej drodze. Mulista breja zalała cukrownię, w której śmierć poniosło ponad dwudziestu ludzi, a następnie zalała niżej położone ulice St.Pierre docierając do morza i wywołując falę zatapiającą dwa jachty.
Następnego dnia po raz pierwszy zauważono nad szczytem góry wydobywające się płomienie. Groźne pomruki i grzmoty trwały nieprzerwanie, a popioły zaczęły opadać na dalej położonych częściach wyspy. Wybuch wulkanu i straszną katastrofę przeczuwały już wcześniej zwierzęta, które z końcem kwietnia, po pierwszych oznakach wznowienia działalności wulkanu, zaczęły zachowywać się niespokojnie (bydło ryczało w nocy, a psy wyły) okazując niepokój i przerażenie. Dzikie zwierzęta opuściły okolice Mt.Pelee i nawet węże (których było dużo na stokach) gdzieś zniknęły, a ptaki przestały śpiewać i opuściły ten teren.
Widmo katastrofy zaczęło unosić się nad wyspą. Wielki strach zaczął dotykać też mieszkańców St.Pierre, jednak nie pomyśleli oni o własnym bezpieczeństwie i ratunku, narażając się na nieuchronną śmierć.
Nagle w St.Pierre powstaje wielka panika i pomysł ucieczki do miasta Fort de France leżącego w środkowej części wyspy. Niestety gubernator Martyniki zapewniał mieszkańców miasta, że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo ze strony wulkanu Pelee i dla ich uspokojenia, sam (jak również uczeni zapewniający o braku niebezpieczeństwa) nie opuszcza swej rezydencji w mieście.
W najbliższych godzinach wypadki potoczyły się bardzo szybko.St.Pierre po wybuchu Mount Pelee8 maja 1902 roku o godzinie 7.45 następuje potężny wybuch wulkanu Mount Pelee. Po strasznej detonacji chmura dymów i rozgrzanych gazów, wlokąc bloki skalne i popioły spływa z olbrzymią prędkością, dochodzącą do 170 km/h w kierunku St.Pierre. Potężna siła lawiny wyrywa drzewa z korzeniami, przewraca wszystko na swojej drodze, niosąc zniszczenie i zagładę. To co ocalało od lawiny, zginęło od ognia obejmującego całe miasto. W przeciągu paru minut St.Pierre uległo całkowitemu zniszczeniu, a życie straciło prawie 30.000 mieszkańców! Gdyby nie to, że kilku z nich wcześniej opuściło zagrożone miasto, nie byłoby nikogo, kto mógłby cokolwiek opowiedzieć o strasznej historii zagłady i śmierci.
Badania przeprowadzone po tragedii wykazały, że ognisty strumień, który zniszczył St.Pierre, składał się z gorących i trujących gazów, które natychmiast parzyły i dusiły każdego kto je wdychał – prawie wszystkie ofiary trzymały ręce przy ustach lub też ich ciała zastygły w pozycji wskazującej na uduszenie. O szybkości spłynięcia gorącej fali gazowej świadczy relacja jednego z mieszkańców wyspy, który feralnego ranka wracał dyliżansem z Fort de France do St.Pierre. Dyliżans zatrzymano w odległości 10 km od Pelee, by obserwować zjawiskowy wybuch wulkanu.  Zobaczywszy nagle na szczycie góry formującą się i toczącą w dół kulę ognia, zeskoczył on wraz z jednym ze współtowarzyszy podróży z dyliżansu i niemal w ostatniej chwili, gdy fala ognia dochodziła do drogi, ukrył w pobliskim głębokim wąwozie, co uratowało im życie. Dyliżans z pozostałymi pasażerami i końmi spłonął doszczętnie. Temperatura chmury ognistej „nuee ardente” osiągała 800′C, co tłumaczy jej wielką, niszczycielską siłę. Po wybuchu na miasto spadły obfite deszcze pokrywając zgliszcza grubą warstwą błota.Erupcja Mount Pelee obserwowana ze statkuPo kilku tygodniach na miejsce katastrofy przybył wysłannik „Tygodnika Ilustrowanego” Ksawery Sporzyński, który tak relacjonował zastany widok:
Patrząc, dotykając, uwierzyć trudno, że to nie przedhistoryczne zabytki, że temu kilka tygodni trzydzieści tysięcy ludzi żyło tu, pracowało, bawiło się zapamiętale. Ruiny Pompei, Memfisu, nie wyglądają starzej. Jeżeli można pozostałości Saint Pierre nazwać ruiną, to chyba dla kilku murów, wystających gdzieniegdzie z piasku i popiołu. Poza tym stosy odłamków i okruchów, nic więcej, wszystko rozmieszane w masie popiołów. Zniesione mury, sproszkowane cegły utworzyły z tą masą twarde klepisko, jakby ubite, zrównane z ulicą, której bruk obok zachował się bez zmiany. Tu i ówdzie sterczy blacha, drzazga, wygląda kawałek belki lub sztaby, czerni się głownia lub bieli szkielet człowieka…

Prócz St.Pierre podobny los spotkał inne okoliczne osiedla. Ocalało jedynie nadmorskie miasteczko Le Carbet odległe o kilka kilometrów, a wulkaniczny potok zatrzymał się zaledwie na kilkadziesiąt metrów przed pierwszymi jego domostwami. Z całej ludności St.Pierre ocalał jeden człowiek – więzień zamknięty w podziemnej celi, lochach więzienia, do których nie dotarła fala gazowa. Dopiero po czterech dniach od katastrofy usłyszano jego krzyki. O dziwo czas ten przeżył pozbawiony wody i żywności przy bardzo ograniczonym dostępie powietrza. Nie wiedział nic o tragedii, gdyż cela nie posiadała okien, a o tym, że musiało stać się coś niezwykłego wywnioskował po hałasie i panującym gorącu. Gdy w czwartym dniu stracił rachubę czasu usłyszał głosy i wołał tak długo, aż go odnaleziono.
Jeszcze dwukrotnie powtórzyły się wybuchy – pierwszy w maju, a drugi w sierpniu w czasie którego, obejmującego południowe zbocza Mt.Pelee, zniszczeniu uległa wieś Morne Rouge grzebiąc około 1000 istnień ludzkich.
Wybuch Mt.Pelee i katastrofalne spustoszenie zwróciły uwagę wulkanologów z całego świata, między innymi wybitnego wulkanologa francuskiego profesora F.A.Lacroix, a także E.O.Horeya, A.Heiprina i innych.Andezytowa iglicaW sierpniu 1902 roku z krateru wulkanu zaczęła wypiętrzać się w górę potężna iglica skalna, która z początkiem listopada ukazując się na krawędzi krateru, dała górze wysokość 1343 m n.p.m., dwa tygodnie później 1495 m n.p.m., a pod koniec miesiąca 1577 m n.p.m.
31 maja 1903 roku andezytowa iglica osiąga swoją największą wysokość 1617 m n.p.m. stercząc swoimi pionowymi ścianami prawie 300 metrów nad szczytem wulkanu. Pokryta była podłużnymi bruzdami, wzdłuż których odrywały się odłamy skalne ukazujące jej głębsze części żarzące się ogniem widocznym z daleka podczas nocnych obserwacji. Od końca maja 1903 roku iglica przestała się wznosić, a poddawana działaniu wilgotnego i gorącego klimatu szybko ulegała wietrzeniu i rozpadała się w rumosz skalny.
Dwadzieścia lat później St.Pierre zostało częściowo odbudowane ale nie osiągnęło już dawnej liczby mieszkańców. Gdy w 1929 roku nastąpiło uwolnienie popiołów z wulkanu Mt.Pelee zarządzono natychmiastową ewakuację miasta, mając w żywej pamięci straszną tragedię sprzed ćwierć wieku. Przebieg tego i następnych wybuchów, trwających do 1932 roku, był łagodny, a w samym Saint Pierre założono muzeum wulkanologiczne. Obecna wysokość Mount Pelee to 1397 m n.p.m.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Rogaty szlachcic Boruta

przez , 28.lis.2014, w Historia

Boruta w lochuSzlachcic Boruta…
Boruta według przekazów ludowych miał być szlachcicem żyjącym w XIV wieku, którego dobra ziemskie oraz drewniany zamek miały znajdować się po zachodniej stronie zakola rzeki Liswarty, w łąkach pomiędzy ówczesnymi wioskami Ługi i Niwki (obecnie Ługi-Radły i Panoszów). Fakt istnienia zabudowań w tym miejscu potwierdziły badania archeologiczne i liczne wykopaliska.
Około 1360 roku, w trakcie gdy budowano zamek w Łęczycy, na jego wizytację miał wybrać się panujący wówczas król Kazimierz Wielki. Niestety pech chciał, że w pewnym momencie drogi kareta królewska zapadła się w podmokły grunt na mokradłach tak, że za nic w świecie nie dało jej się ruszyć. Przypadkiem na miejscu pojawił się dobrze zbudowany i silny młodzieniec imieniem Boruta, który podołał wyciągnięciu karety z bagna. Za oddaną przysługę król Kazimierz hojnie go wynagrodził oraz ofiarował mu zamek w Łęczycy.
Król jechał do Łęczycy. I koło Orszewice kareta w cztery konie zapadła się na błotach, bo król nie wiedział, że nie ma tam przejazdu i drogi do Łęczycy. Zaczęli szukać ludzi, żeby wóz i konie wyciągnęli. A była już noc. Przy trytwie, co przechodzi z Orszewic do Kuchar, mieszkał silny chłop, nazywał się Boruta. Na trytwie to kamienie ze wszystkich stron i tą trytwą owce i bydło pędzili. Boruta wziął linkę i króla z wozem i końmi sam w nocy z błota wyciągnął. Król wtedy wziął Borutę do swojej karety, zawiózł do zamku do Łęczycy i powiedział:
– Po mojej śmierci będziesz tu władcąZamek w ŁęczycyBoruta przenosząc się do zamku musiał wlec za sobą ogromny gar wypełniony po brzegi złotymi monetami, gdyż był tak ciężki, że nie był w stanie go nieść. W ślad za, w ziemi powstała głęboka bruzda, która z czasem stała się korytem rzeki Liswarta – tak głoszą okoliczne podania. Niedługo potem, pod koniec XIV wieku Boruta został kolejny raz obdarowany dobrami, tym razem przez księcia mazowieckiego, który ofiarował mu skarb, coś jednak stanęło na przeszkodzie w odebraniu ich i Boruta miał przemienić się w diabła, który od tamtej pory przebywa w podziemiach łęczyckiego zamku pilnując swoich skrzyń ze złotem.

Powstanie diabła Boruty…
Diabeł Boruta to jedna z najbardziej znanych i rozpoznawalnych postaci demonicznych występująca w podaniach, legendach i wierzeniach ludowych, znany na ziemi łęczyckiej od bardzo dawna. Na przełomie wieków jego wizerunek wielokrotnie się zmieniał. Chyba najbardziej popularnym jest postać wysokiego, przystojnego szlachcica, z długimi czarnymi wąsiskami, o czarnych oczach ale nie pozbawionego cech diabelskich – rogów i długiego ogona, które to przymioty skrywa pod szlacheckim kontuszem i czapką, stąd też nazwy – Boruta Szlachcic, Boruta Tumski, Boruta Czarny. Jego genealogia wywodzi się od mitycznego pogańskiego przodka, demona – Boruty (borowego, leszego), który miał zamieszkiwać w zalesionych i bagnistych okolicach dzisiejszego miasta Łęczycy. Jako borowy miał sprawować patronat nad lasami, leśnymi zwierzętami i myśliwymi. Samo zaś imię Boruta ma pochodzić od przeniesienia ludzkiego nazwiska na nazwę bór, w momencie uczłowieczenia postaci borowego. Imię Boruta może również pochodzić od lasu sosnowego, gdyż sosna po staropolsku to właśnie boruta.BorutaW 966 roku, po przyjęciu chrztu przez króla Mieszka I i przyjęciu wiary chrześcijańskiej, na terenie ówczesnej Polski rozpoczęły się wyprawy misyjne mające na celu chrystianizację pogańskiej ludności. Księża nawracający ludność Słowiańską utożsamiali postacie z ich wierzeń z diabłami, szatanami, demonami i duchami. Tym sposobem ludowy demon oficjalnie został nazwany diabłem Borutą.
Mimo wszystko myśliwi nadal czcili demona składając ofiary przy sosnach, po to by Boruta sprzyjał im w polowaniach.

Wcielenia diabła Boruty…
Boruta występował i ukazywał się ludziom w różnych miejscach i pod różnymi postaciami. Ludzie zamieszkujący tereny w pobliżu łąk i bagien widywali go pod postacią ptaka z ogromnymi skrzydłami (Boruta Błotny) lub błotnego stwora (Błotnik). Mieszkańcom żyjącym w pobliżu rzeki Bzury ukazywał się pod postacią ogromnej ryby obdarzonej rogami lub topielca (Boruta Topielec). Ludzie zamieszkujący wśród pól widywali Borutę pod postacią szybkiego, ogromnego, czarnego rumaka galopującego nocami (Boruta Koń). Widywano go też w lasach okalających Łęczycę pod postacią sowy z rogami (Boruta Sowa).Diabeł BorutaZnany z legend ludowych jest też Boruta Młynarz. Właściciele młynów w okolicach Łęczycy zarzekali się, że odwiedza on ich przybytki po nocach. Miał wówczas mleć ziarno, a potem potajemnie podrzucać uzyskaną przez siebie mąkę w workach do obejść ubogich mieszkańców miasta. Obecność Boruty miał zdradzać też nagle zapalający się i szybko gasnący ogień.
We wszystkich podaniach ludowych postrzegany jest on jako wielce przebiegły i nadludzko silny, przechytrzający ludzi za pomocą swych „diabelskich sztuczek”, ale również jako empatyczny dobroczyńca pomagający ubogim.

Diabeł Boruta w literaturze i dziś…
Pierwsza pisana opowieść o nim pochodzi już z XVIII wieku pojawiając się w pamiętnikach biskupa Kossakowskiego. W literaturze na stałe zapisał się jednak dzięki opublikowanej w 1837 roku książce „Klechdy” autorstwa Kazimierza Władysława Wójcickiego, który opisał w niej najbardziej znane legendy o Borucie. W drugiej połowie XIX wieku Tygodnik Ilustrowany publikuje kolejne legendy. W 1890 roku Boruta zostaje bohaterem pięcioaktowego dramatu B.Grabowskiego i baśni scenicznej Lucjana Rydla „Zaczarowane koło”. Obecnie wiele zbiorów legend i podań oraz baśni dla dzieci zawiera opowieści o łęczyckim diable. Jedną z bardziej znanych legend jest ta o śladach odciśniętych pazurów Boruty na ścianie kolegiaty w Tumie, które powstały kiedy chciał przewrócić wieżę.Kolegiata w TumieBogata panna była na Tumie. Boruta przyjeżdżał i chciał koniecznie się żenić. Przyjeżdżał ładnymi końmi. Jak był ostatni raz, ona na ślub się zgodziła, ale potem mówi do służby:
-Kto to może być? Jest człowiekiem, a ma kopyta. Jak ona powiedziała tej służbie, to ta służba poszła do księdza. Ksiądz przyszedł i panna mu wszystko wyznała. Ksiądz powiedział, że to diabeł. Jak miał się odbyć ślub, to ksiądz zamknął w kościele tę pannę, a sam czekał z monstrancją w jej domu i wtedy przyjechał Boruta na to wesele. Jak wjechał w podwyrko, to ksiądz wyszedł na próg do niego i oświadczył diabłu, że panny jego nie ma i że ta wieś nazywa się teraz Tum, bo przedtem nazywała się inaczej. Boruta chciał wliźć do kościoła, ale było pozamykane, więc ze złości chciał przewrócić kościół i widać te odciski palców Boruty na wieży. Odjechał ze swoją drużyną, bo swoją siłą nic nie mógł poradzić, bo kościół był poświęcany„.Odciski pazurów Boruty na wieży kolegiaty w TumieZ udziałem Boruty powstała niezliczona ilość legend, których nie tylko jest bohaterem ale wręcz symbolem Łęczycy, najstarszej kasztelani w Polsce. Jego wizerunek często wykorzystywany jest jako inspiracja dla rzeźbiarzy ludowych z okolic Łęczycy, których rzeźby w pokaźnej ilości zgromadzono w komnatach łęczyckiego zamku, w tym również, prócz pojedynczych figur, rozbudowane wielopoziomowe prace przedstawiające treść legend z udziałem diabła. Figurka Boruty to najczęstsza pamiątka przywożona z wycieczek do zamkowego muzeum.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Eugenika czy eksterminacja?

przez , 17.paź.2014, w Historia

Brama wejściowa do AuschwitzEugenika
Na początku XX wieku w wielu krajach na świecie, również w USA i Kanadzie, popularność zdobywa nowa teoria naukowa – eugenika. Pojęcie to zostało wprowadzone w 1883 roku przez Francisa Galtona. Galton z czasem poprawił swoją definicję, wyróżniając eugenikę pozytywną – zachęcającą do częstszego reprodukowania się najlepszych osobników i eugenikę negatywną – zniechęcającą do reprodukcji osobników mniej wartościowych. Według definicji słownikowej jest to nauka ulepszająca gatunek ludzki poprzez selektywne rozmnażanie nastawione na powielanie konkretnych cech dziedziczonych z pokolenia na pokolenie. W tamtym czasie uważano, że jeżeli nie zostaną podjęte żadne działania, osobniki o przeciętnej wartości zdominują populację, a europejska i amerykańska kultura przestaną istnieć.
Historia ta pokazuje jak bardzo nauka jest zależna od polityki i ekonomii. Nauka nigdy nie będzie istnieć bez odpowiednich środków finansowych.
W XX wieku nastąpiły czasy kiedy ludzkie życie zredukowano do numeru, a nauka ustąpiła miejsca niemoralnym poglądom politycznym…

Niemcy
W 1927 roku w Berlinie powstał Instytut Antropologii, Teorii Ludzkiego Dziedziczenia i Eugeniki im. Cesarza Wilhelma. Jego pierwszy dyrektor, profesor Otmar von Verschuer, wzywał do ustanowienia prawa nakazującego sterylizację umysłowo chorych ale żaden polityk nie chciał się tego podjąć. Verschuer habilitację uzyskał w 1927 roku z badań nad ludzkimi bliźniętami. Kontynuując prace nad bliźniętami, jednocześnie zajmował się badaniem przyczyn chorób, dochodząc do wniosku, że z bardzo nielicznymi wyjątkami wszystkie choroby mają podłoże genetyczne. Kierując swoich współpracowników do pracy w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau pozyskał setki eksponatów ludzkich, pochodzących z zabitych w tym celu więźniów. Jego doktorantem był Josef Mengele.
Wkrótce władzę przejął Adolf Hitler i partia nazistowska. Celem Hitlera było stworzenie czystej aryjskiej rasy. Zwolennicy eugeniki dostrzegli szansę realizacji swoich założeń. Nauka i polityka przemówiły jednym głosem. Naziści oznajmili, że stworzą odpowiednie przepisy jeżeli zwolennicy eugeniki zaakceptują ich antysemityzm.
W czerwcu 1933 roku, pół roku po przejęciu władzy, naziści ustanowili prawo zakazujące posiadanie potomstwa narażonego na choroby dziedziczne. Nowe przepisy nakazywały obowiązkową sterylizację osób uważanych przez zwolenników eugeniki za bezwartościowych. W wielu miejscach na świecie eugenikę stosowano jako polityczne narzędzie do szerzenia uprzedzeń. W USA wprowadzono zakaz zawierania małżeństw międzyrasowych.
W Niemczech ustanowiono szereg przepisów, które pozbawiły Żydów większości praw. Z czasem Żydzi tracili kolejne przywileje – nie mogli siadać gdzie chcieli, nie mogli nawet jeździć tramwajami i systematycznie wprowadzano kolejne ograniczenia aż w końcu zakazano im dosłownie wszystkiego. A skoro Żydzi nie mieli żadnych praw stali się bezwartościowi.
W 1938 roku naziści rozszerzyli zakres działań wobec bezużytecznej społeczności żydowskiej. Pod koniec 1938 roku minister propagandy Josef Goebels, którego do tej pory trzymano na uboczu, postanowił upomnieć się o swoją dolę i rozpoczął „Noc Kryształową”.
W ciągu jednej nocy spalono wszystkie żydowskie synagogi w kraju. Wybijano okna, rabowano sklepy.
Eksperymenty medyczne na ludziach uważanych za bezwartościowych Niemcy przeprowadzali w afrykańskich koloniach już na początku stulecia. Tysiące tubylców zamykano w obozach koncentracyjnych i zabijano. Niemiecki przemysł farmaceutyczny próbował opracować szczepionkę na śpiączkę ignorując wprowadzony w 1900 roku zakaz przeprowadzania  testów na ludziach.Richard Baer,Josef Mengele,Rudolph HoessAnioł Śmierci
Josef Mengele urodził się 16 marca 1911 w Günzburgu. W 1931 roku wstępuje do młodzieżowej przybudówki Stahlhelmu jako student wydziału filozofii i medycyny Uniwersytetu Monachijskiego. Jego nauczyciel, dr Ernst Rüdin, wspólnie z innymi lekarzami utrwala pogląd, że lekarze powinni niszczyć życie pozbawione wartości (jeden z autorów hitlerowskich ustaw dotyczących przymusowej sterylizacji z lipca 1935 roku). Mengele w karierze pomaga prof Theodor Mollison z Uniwersytetu Monachijskiego. W 1935 roku Josef Mengele otrzymał tytuł lekarza. Dzięki rekomendacji prof Mollisona od 1937 roku zostaje asystentem w zespole badawczym wybitnego genetyka europejskiego, prof Otmara Freiherra von Verschuera, w Instytucie Dziedziczności, Biologii i Czystości Rasowej Trzeciej Rzeszy na Uniwersytecie Frankfurckim. Jednym z tematów jego badań były bliźnięta.
W maju 1937 roku wstępuje do NSDAP, a rok później zostaje przyjęty do SS. W lipcu 1938 roku otrzymuje dyplom Uniwersytetu Frankfurckiego i tytuł doktora nauk medycznych. Od lata 1940 roku rozpoczyna się jego kariera wojskowa jako oficera medycznego – w sierpniu awansował na SS-Untersturmführera i został wcielony do Waffen-SS. Za zasługi na froncie wschodnim kilkakrotnie odznaczany m.in. Krzyżem Żelaznym, Czarną Odznaką Za Rany, Medalem za Opiekę Nad Narodem Niemieckim. Przebywa też w okupowanej Polsce jako pracownik ekspozytury Urzędu Genealogicznego ds. Rasy i Osadnictwa, podlegającego Himmlerowi (zespoły lekarzy SS przeprowadzały kontrolę mieszkańców zajętych przez Niemców terenów pod względem ich przyszłej przydatności rasowej).
24 maja 1943 roku, po awansie do stopnia Hauptsturmführera SS i za wstawiennictwem von Verschuera, Josef Mengele otrzymuje przeniesienie do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, wyróżniając się spośród tamtejszych lekarzy SS – jako jedyny służył na froncie i posiadał wysokie odznaczenia. Po dwóch dniach od przybycia do obozu wysyła do komór gazowych ponad tysiąc Romów chorych na tyfus. Wraz z innymi oficerami i lekarzami SS (dr Carl Clauberg, dr Johann Paul Kremer) uczestniczył w selekcji Żydów i Romów przybywających do obozu z całej Europy wskazując niezdatnych do pracy i przeznaczonych do natychmiastowej likwidacji w komorach gazowych. Od maja 1943 do listopada 1944 roku Mengele wziął udział w około 80 selekcjach na rampie, a ponadto aktywnie w selekcjach w obozowym szpitalu, wysyłając chorych na śmierć.
Nienagannie ubrany podczas każdej selekcji w biały lekarski fartuch i białe rękawiczki zyskuje przydomek „Anioła Śmierci”.Josef MengeleBliźnięta
Większość lekarzy w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau eksperymentowało na więźniach. Ale eksperymenty na bliźniętach przeprowadzano osobno. Dla Mengele bliźnięta stanowiły znakomity materiał badawczy. Jedno z bliźniąt miało być celem eksperymentów, a drugie służyło jako materiał porównawczy. Bliźnięta w Auschwitz unikały tragicznego losu innych więźniów i były umieszczane w osobnych barakach. Chłopcy i dziewczęta posegregowani według płci czekali na przybycie człowieka nazywanego w Auschwitz Aniołem Śmierci.
Mengele miał dwa doktoraty, jeden z medycyny, a drugi z antropologii. Gdyby chciał robić karierę i podjąć pracę na niemieckim uniwersytecie musiałby zrobić habilitację. Z taką myślą zbierał materiały podczas służby w Auschwitz. Współpracował z dyrektorem Instytutu Antropologii, Teorii Ludzkiego Dziedziczenia i Eugeniki im. Cesarza Wilhelma, prof Otmarem von Verschuerem. Wyniki swoich badań nad bliźniętami zamierzał wykorzystać do napisania pracy habilitacyjnej, której jednak nie zdążył ukończyć.
Nagim bliźniętom mierzono każdą część ciała, porównywano kolor oczu, paznokcie i linie papilarne, badania trwały 6-8 godzin, wyniki jednego z bliźniąt porównywano z danymi z wykresów i drugim bliźnięciem, zapisywano każdy ruch badanego bliźnięcia.
Eksperymenty na bliźniętach nie ograniczały się jedynie do porównywania cech zewnętrznych. Bliźnięta kładziono na osobnych stołach i mordowano w tym samym momencie. Następnie ważono i mierzono ich organy wewnętrzne. Nigdzie indziej na świecie naukowcy nie mieli możliwości eksperymentowania na bliźniętach ani przeprowadzania autopsji w celu porównania ich narządów wewnętrznych. Bliźnięta poddawano okrutnym badaniom bez znieczulenia – wykonywano amputacje, punkcje lędźwiowe, wstrzykiwanie tyfusu, umyślne zakażanie ran, itp. Mengele wielokrotnie przeprowadzał całkowitą wymianę krwi między parami bliźniąt. W obozie miał dwie pracownie eksperymentalne (blok 10) i salę do przeprowadzania sekcji ulokowaną w jednym z krematoriów.Blok 10 w którym Mengele dokonywał eksperymentów medycznychBadania na bliźniętach w Auschwitz okazały się bezużyteczne. Lekarze poszukiwali między innymi bliźniąt o heterochromatycznych oczach. Bliźnięta zabijano i wydłubywano im oczy, które następnie wysyłano do Instytutu im. Cesarza Wilhelma w Berlinie. Te dzieci i tak miały umrzeć zatem Mengele decydował w jaki sposób oczy wysyłać do Instytutu, gdyż pracował nad opracowaniem metody zmiany koloru oczu. Na temat przyczyny prowadzenia eksperymentów krąży wiele plotek. Spekulowano, że chodziło o zwiększenie ilości ciąż mnogich lub stworzenie syjamskiego bliźniaka z żyjącego rodzeństwa. Niektórzy twierdzili, że Mengele nadzorował zapłodnienia kazirodcze, nie ma jednak dowodów, że którakolwiek z tych plotek jest prawdziwa. Badano systemy obronne organizmu i to był prawdopodobnie główny powód przeprowadzania eksperymentów. Podawano dzieciom co najmniej 5 zastrzyków trzy razy w tygodniu, które u niektórych wywoływały skutki uboczne odczuwalne naprzemiennie przez bliźnięta. Po niektórych zastrzykach dzieci poważnie chorowały, dostawały wysokiej gorączki, puchły im nogi i ręce, pojawiały się na nich bolesne czerwone plamy i w konsekwencji po tygodniu, dwóch umierały. Mengele przez cały czas obserwował przebieg postępującej choroby. Dzieciom nie podawano jedzenia, wody ani żadnych leków. Po śmierci jednego z bliźniąt Menegele zabierał drugie do laboratorium, zabijał i przeprowadzał sekcję porównawczą.
Mimo, że naziści zdawali sobie sprawę z bezsensowności swoich badań nie zaprzestali eksperymentów na bliźniętach. Mengele kontynuował badania, a Instytut im. Cesarza Wilhelma mógł pobierać fundusze od państwa. Ludzie, którzy byli zaangażowani w potworne działania żołnierzy SS, zwłaszcza więźniowie na których przeprowadzano eksperymenty medyczne, mieli bardzo niewielkie szanse na przetrwanie.
Naziści uważali, że Żydzi mają więcej enzymów obronnych zwalczających gruźlicę. Gdyby okazało się to prawdą mogliby wyizolować konkretne enzymy i wykorzystać je do produkcji leków. Byli tym ogromnie podekscytowani. Ta koncepcja narodziła się z przekonania, że Żydzi, w szczególności ci ze wschodu, są odporni na tyfus. Naziści pomyśleli, że dzięki wyizolowaniu białka będą w stanie zapobiegać chorobom zakaźnym. Ale wtajemniczeni wiedzieli, że to oszustwo, że takie enzymy ochronne nie istnieją.
Był to dla nich wyrok śmierci.Dzieci z AuschwitzEpilog
30 października 1944 roku do Auschwitz przyjechał ostatni transport więźniów.
Szacuje się, że do obozu Auschwitz-Birkenau trafiło około 3000 bliźniąt. Przeżyło zaledwie 258. Porzucone bliźnięta pozostawały w obozowym baraku do stycznia 1945 roku (część z nich żołnierze SS w styczniu 1945 roku zmusili do przemarszu z terenów Polski na tereny Niemiec) kiedy to wyzwoliła je Armia Czerwona.
SS-Hauptsturmführer dr Josef Mengele uciekł z Auschwitz w listopadzie 1944 roku, na 10 dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Pod koniec wojny zamienił mundur SS na mundur zwykłego niemieckiego żołnierza, mimo to został schwytany i umieszczony w amerykańskim obozie jenieckim pod Monachium. Brak tatuażu SS (z powodu kłopotów ze zdrowiem, nie pozwolono mu na wykonanie standardowego dla SS tatuażu z grupą krwi po wewnętrznej stronie lewego ramienia, około 20 cm nad łokciem) uchronił go od aresztowania.
Pomimo rozpoczętych w całej Europie, zakrojonych na dużą skalę poszukiwań, Mengele zdołał ukrywać się przez cztery lata, by następnie przy pomocy biskupa Aloisa Hudala wyjechać do Argentyny w 1949 roku. Podczas pobytu w Argentynie na jego trop wpadają izraelskie służby wywiadowcze i Mengele w 1959 roku wyjeżdża do Paragwaju, a rok później do Brazylii.
Nigdy nie stanął przed sądem chociaż za pomoc w jego schwytaniu wyznaczono nagrodę w wysokości 10 mln marek. Zmarł 7 lutego 1979 roku w Bertiodze w Brazylii.
Otmar von Verschuer musiał zapłacić 6000 marek grzywny za powiązania z partią nazistowską (od 1940 roku w NSDAP) poza tym nie spotkała go żadna kara. Zmarł w 1969 roku w Münster jako szanowany naukowiec.
Exterminatio (łac.) – zniszczyć…
Eksterminacja jest polityką zagłady dążącą w swej chorej koncepcji do wyniszczenia określonych grup ludności z powodu ich odmienności rasowej, religijnej lub narodowościowej oraz świadomą likwidację dorobku kulturowego wspomnianych grup.
Informację oraz wyniki badań prowadzonych na bliźniętach najprawdopodobniej zostały zabrane przez Josefa Mengele jesienią 1944 roku gdy opuszczał Polskę, a następnie z pewnością przez niego zniszczone.
Do dziś wiele z tych bliźniąt cierpi z powodu problemów immunologicznych, które mogą być wynikiem eksperymentów.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Dworek Marii Konopnickiej w Gusinie

przez , 19.wrz.2014, w Historia

SONY DSCGusin to niewielka wieś położona w powiecie łęczyckim, w gminie Świnice Warckie w województwie łódzkim. Spokojna, typowo rolnicza, zlokalizowana w znacznym oddaleniu od wielkomiejskich aglomeracji (do najbliższego miasta jest ponad 20 km), dróg i węzłów komunikacyjnych, nie posiadająca żadnych zabytków. Jedyną jej atrakcją, prócz sielankowego spokoju i uroków przyrody, jest związany z historią tych terenów, popadający w coraz większą ruinę, niewielki dworek stojący na uboczu wsi wśród krzaków i lasu, będący niegdyś miejscem zamieszkania rodziny Konopnickich.

Wzmianka z 1463 roku: „Tomasz z Gusina oprawił swojej żonie Katarzynie 100 grzywien posagu i wiana na połowie swych dóbr i na całym domu nowym, oraz fortalicji w Gusinie i Zaborowie

Maria Konopnicka (zd. Wasiłowska) urodziła się 23 maja 1842 roku w Suwałkach. W wieku 7 lat przenosi się wraz z rodzicami do Kalisza. We wrześniu 1862 roku, w wieku 20 lat, poślubia Jarosława Konopnickiego herbu Jastrzębiec, starszego od niej o 12 lat. Po ślubie wraz z mężem przeprowadza się i 10 września 1862 roku zamieszkuje w jego rodzinnym majątku w Bronowie koło Uniejowa (dwór zburzono w 1902 roku). Rodzina męża Marii Konopnickiej cieszyła się w okolicy popularnością. Konopniccy mieli opinię szczerych demokratów i nie robili różnicy między biedakami a gospodarzami. Jako chrzestni stawali w pary z chłopkami, byli świadkami ślubów i zgonów. Sam Jarosław lubił się procesować aż do namiętności, sprawował też tzw. opieki nad dziećmi pozbawionymi ojców, którzy polegli lub których uwięziono za udział w powstaniu. Przez taką „szczodrość” majątek się kurczył, zwłaszcza, że trzeba było wyposażyć siostry wychodzące za mąż oraz dać bratu Eugeniuszowi gospodarkę w folwarku Zalesie. Na majątku ciążyły też dziesięciny dla kościołów (także i w Poddębicach z majątku Spędoszyn), były również zapisy na wieczystą dzierżawę. Najwięcej było jednak długów. Najpierw Wawrzyńca z lat 1845-1855, potem pożyczki Jarosława, dalej braci, gdy doszli do pełnoletności. Wiele pieniędzy pochłaniały zabawy, kuligi, wyjazdy, polowania. Ów beztroski, hulaszczy tryb życia, niefrasobliwość i lekkomyślność kolejnych właścicieli Bronowa wpływały stopniowo na coraz gorszą sytuację materialną majątku. Do tego doszły represje popowstaniowe, reforma uwłaszczeniowa, waśnie w rodzinie, a także nieporadne rządy Jarosława. W związku z hulaszczym trybem życia majątek zostaje zadłużony i w 1868 roku sprzedany (akt sprzedaży sporządzono dopiero w 1873 roku) Arturowi Dzierzbickiemu, który tanio kupił piękny majątek w chwili, gdy wszyscy mieli go dość, ciążących na nim długów, ciągłych zajęć przez wierzycieli i komornika. W księgach wieczystych Bronowa istnieje zapis o jego wcześniejszej sprzedaży, gdy na mocy decyzji z dnia 4 lipca 1868 roku dobra Bronowa z przyległościami zajęte zostały na przymusową sprzedaż w dniu 10-22 maja 1869 roku. Majątek sprzedano za niską cenę 51.975 rubli (Wawrzyniec, ojciec Jarosława, prawem własności nabył dobra za sumę 161.333 złotych polskich). Maria Konopnicka w liście do A. Wodzińskiego pisze, że na majątku „były prawne długi – mimo że Towarzystwa Kredytowego nie było, a tylko żydowskie długi, ciągłe subhasty, zajęcia itp”.

Po upadku majątku rodzina Jarosława i Marii Konopnickich wraz z dziećmi przeprowadza się do zaproponowanego w dzierżawę, oddalonego o 15 km od Bronowa, 40-hektarowego dworku/majątku w Gusinie, który stanowił część dóbr donacyjnych Ambrożew hr. Sołłohuba. Dwór powstał w 1 poł. XIX w. Konopniccy w gusińskim dworku zamieszkują w latach 1872-1877. Konopnicka obciążona obowiązkami żony i matki sześciorga dzieci w obcym, często niechętnym jej środowisku, potrafiła rozwinąć swe zdolności. Tu postawiła przed sobą wysoki cel, aby przez twórczość literacką wypowiedzieć przeżycia ludzi mieszkających na wsi, tych najbardziej biednych i pokrzywdzonych. Mówić nie tylko o nich, ale także w ich imieniu. Poetka w swoich utworach szczegółowo opisywała zdarzenia, wygląd postaci, rozmowy, ale i także nastrój towarzyszący przeżytym tu chwilom. W opisach pozostawiła autentyczne nazwy miejscowości oraz prawdziwe, istniejące do dziś w tych okolicach nazwiska. Poznanie wsi z bliska oraz uczestniczenie w wielu codziennych sprawach życia chłopskiego stało się sprawą najsilniej związaną z okresem gusińskim. Tu z ręki Marii Konopnickiej powstają liczne utwory publikowane w czasopismach „Bluszcz”, „Kłosy”, „Tygodnik Ilustrowany”, m.in. poemat „W górach” przychylnie zrecenzowany przez Henryka Sienkiewicza oraz zbiór wierszy pt: „Z łąk i pól”. W 1876 roku Konopnicka podejmuje decyzję o rozstaniu z mężem i jesienią 1877 roku opuszcza dworek w Gusinie przeprowadzając się wraz z dziećmi do Warszawy. Inspirowana wydarzeniami w życiu rodzinnym i podjętą decyzją pisze tu ostatni wiersz „Przed odlotem”:

„Z jaskółką czarną rzucam gniazdo moje, Wioskę zieloną, Przede mną lecą jakieś niepokoje, Chmurką spłoszoną, Słońce mi drogę daje złotą smugę, Gdzie ścieżka płowa, A łąką za mną śle błękitną smugę, Szepcąc: Bądź zdrowa!”

Kolejną właścicielką majątku w Gusinie była hrabina Ledóchowska do czasów powojennych, a następnie kilku prywatnych właścicieli. Z folwarku w chwili obecnej pozostała zaledwie dwuhektarowa resztówka wraz z ruiną dworku. Do pozostałości majątku nie prowadzą żadne oznakowane drogi. Przed wjazdem znajduje się obelisk pamiątkowy poświęcony pobytowi Marii Konopnickiej ustawiony w 2007 roku. W Gusinie, gdzie przetrwały wspomnienia i tradycje związane z poetką, dom w którym mieszkała, nie ma żadnych po niej pamiątek. Lokalni miłośnicy historii regionu podejmują starania o rekultywację terenu folwarku, odremontowanie dworu i rozpropagowanie wiedzy o nim.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , więcej...

Pochówki wampiryczne w Polsce

przez , 25.lip.2014, w Historia

Pochówek wampiryczny z Gliwic (źródło zdjęcia internet)Pierwszym udokumentowanym pochówkiem wampirycznym na terenie Polski jest ten ze wsi Lalin (podkarpackie) z 1529 roku, nie mniej jednak najstarsze tego typu pochówki w Polsce datowane są na epokę żelaza (kultura wielbardzka, przeworska) ale dość często praktykowane były przez Słowian, a jedyny znaleziony szkielet z kołkiem osikowym wbitym w klatkę piersiową w okolicy serca był w Brześciu Kujawskim. Czym „są” wampiry? Krótko mówiąc istotami, które powstają ze zmarłych, wychodzą z grobu, polują na żywych i żywią się ich krwią, prawie nieśmiertelne, o wydłużonych kłach, z wieloma zdolnościami paranormalnymi jak regeneracja, ogromna prędkość czy nadludzka siła fizyczna, co nie wątpliwie wzbudzało lęk. W kulturze Słowian wampir mógł zrodzić się z niespalonych zwłok – obowiązku niedopełnionego przez rodzinę, czego konsekwencją miało być jej dręczenie (np.stosunki mężczyzn-wampirów z własnymi żonami). Słowiański wampir znajdował swój odpowiednik w innych kulturach, m.in. zachodniej średniowiecznej, jak przypuszcza się za sprawą  opowieści słowiańskich mamek przekazywanych dziatwie. Sugeruje to również znajomość wielu sposobów ich unieszkodliwiania. Wampirem mógł stać się zmarły, którego za życia przeklęto, zmarł śmiercią gwałtowną, dokonano profanacji jego zwłok, a także samobójcy, topielcy i wiedźmy. Wampirami mogli być też odmieńcy, których ciało było zniekształcone przez chorobę, wrodzoną wadę genetyczną, reumatycy, z chorobliwą bladością, zajęczą wargą, owłosionymi od wewnątrz dłońmi, dotknięci hirsutyzmem, osoby leworęczne, z krzaczastymi bądź zrośniętymi brwiami, z wystającymi zębami lub podwójnym kompletem zębów, bądź chorzy na porfirię – ciężką chorobę krwi. Jednymi z charakterystycznych objawów towarzyszących chorym na porfirię jest to, że w wyniku kontaktu ze światłem słonecznym zaczynają tracić naskórek i zanikają dziąsła czego konsekwencją jest odsłonięcie zębów wyglądających jak kły, a na dodatek zabarwionych na czerwono! Chorzy na porfirię mają łaknienie na krew dlatego w leczeniu podaje się im do jedzenia produkty krwiopochodne.

Wierzono, że wampiry mogą wcielać się i występować w postaciach zwierząt m.in. nietoperzy i wilków. Odstraszać miał je czosnek, cebula, srebro, światło słoneczne oraz symbole religijne jak krzyże czy woda święcona. Unicestwić mogło je jedynie przebicie serca drewnianym kołkiem, najlepiej osikowym, gdyż według wierzeń Słowian osika miała moc odpędzania złych duchów. Za skuteczną metodę uważano też obcięcie wampirowi głowy i ułożenie jej między jego nogami by wampir nie mógł jej znaleźć. Nieboszczykowi dla pewności wpychano też w usta główkę czosnku, kawałek żelaza, cegłę, klatkę piersiową przygniatano ciężkimi głazami, kaleczono pięty, podcinano ścięgna, wkładano też do trumny dziką różę, głóg, tarninę. Zapobiegawczo wkładano nieboszczykowi do trumny kawał żelaza. Odkopywano też grób i układano zwłoki twarzą do dołu czasami dodatkowo krepując ręce, zamawiano mszę w intencji zmarłego, wlewano do grobu wodę święconą, obwijano szyję młodym pędem głogu, a w serce lub czaszkę wbijano gwóźdź z brony lub żelazne ćwieki. Te i inne zabiegi wykonywano często w obecności duchownego. Zdarzało się, że dokonywano spalenia zwłok. Jeżeli osoba uznawana za wampira umarła, stosowano później pochówek antywampiryczny.

Przytoczyć tutaj można treść opowieści pewnej kobiety, która była świadkiem przeprowadzonego w jej miejscowości pochówku wampirycznego. Kobieta ta, mając w 1914 roku 6 lat, przyglądała się rozkopywaniu grobu upiora w Starych Mierzwicach w gminie Sarnaki, w województwie mazowieckim. Według jej relacji grób należał do starego kawalera i domokrążcy po którego nagłej śmierci zaczęły się dziać dziwne rzeczy – na ciele denata pojawiły się ciemne obwódki dookoła oczu, jego paznokcie sczerniały, po pogrzebie psy uciekły na pola, zaś miejscowi na posypanym popiołem podwórzu dostrzegli „ślady kurzych stóp o niezwykłej wielkości”. Wkrótce zainterweniował duchowny. Tego jeszcze dnia ksiądz, wraz ze wszystkimi mieszkańcami wsi, udał się na cmentarz i kazał rozkopać grób domniemanego upiora. Po oderwaniu desek wieka trumny ukazały się plecy nieboszczyka. Jak opowiadała kobieta, ciało miał wiotkie, leżał na brzuchu i „zjadał się”, gdyż palce poobgryzane miał ze skóry. Podczas gdy ksiądz modlił się za potępieńca – rydlem odcięto głowę nieboszczykowi i włożono pomiędzy nogi. Grób zasypano, a o całej sprawie ludzie bali się nawet nawzajem sobie opowiadać.

Najbardziej znanymi w Polsce miejscami pochówków wampirycznych są te z Jawornika, Krakowa, Gliwic i Kamienia Pomorskiego.Pochówek wampiryczny z Krakowa (źródło zdjęcia internet)Pierwszym znanym miejscem takich pochówków jest obecnie mała osada leśna Jawornik w Bieszczadach, lokowana na prawie wołoskim z 1546 roku, szybko rozwijająca się, która następnie bardzo ucierpiała podczas najazdu Rakoczego w 1657 roku i została prawie całkowicie wyludniona. Kolejny jej rozwój przypadł na okres międzywojenny. Po II wojnie światowej cała jej ludność w ramach akcji „Wisła” została wysiedlona, a miejscowość przestała istnieć. O jej przeszłości świadczą dziś już nieliczne ślady, które jeszcze można odnaleźć w terenie – nikłe ruiny domostw, zapuszczone sady, cerkwisko, krzyże, zasypane studnie. Jawornik zapisał się w dziejach demonologii karpackiej jako wieś słynąca z pochówków wampirycznych, w związku z zachowanymi wieloma materiałami źródłowymi, gdyż tego typu pochówki w tym regionie nie należały do rzadkości. W Karpatach „specjalistami” od pogramiania wampirów byli tzw. bacze. Zachowały się nawet opisy takich praktyk: „Bacza posługując się swoimi magicznymi sposobami, wyszukiwał na cmentarzu grób, z którego „wychodził” nieboszczyk, następnie odkopywał trumnę, wydobywał zwłoki, odwracał je plecami do góry i przybijał do ziemi osikowymi kołkami lub żelaznymi zębami od bron. Należało jeszcze odciąć nieboszczykowi głowę, włożyć ją między nogi, przykryć kolczastymi gałęziami i po zasypaniu ziemią przywalić grób kamieniami”. Karpackie wampiry straszyły, podduszały śpiących, odbywały stosunki ze swoimi małżonkami (z takiego związku miało zrodzić się dziecko w Bóbrce koło Krosna), powodowały choroby i zarazy (cholerę), obłęd. Odnotowano też przypadek dziewczyny-wampirzycy, która miała wymordować wszystkie dzieci ze wsi Bystre. Wiara w wampiry na terenie Karpat wynikała z kultywowania jeszcze na pocz. XX w. przez Łemków, Bojków i Hucułów obyczajów prasłowiańskich związanych z praktykowaniem różnych zabiegów przed pochówkiem zmarłego podejrzewanego o wampiryzm – odymianie czeremchą, wsypywanie do trumny nasion dzikiej róży, prosa, lnu, maku by w przypadku gdyby ten chciał wrócić do świata żywych to miało go zmusić do wyzbierania ziaren, a tym samym czynność ta miała go znużyć i spowodować jego „zaśnięcie” na wieki.

Piotr Kotowicz „Wampir z ulicy Zamkowej w Sanoku”: „(…) chodzącym po śmierci upiorem mógł stać się  człowiek, u którego nie wystąpiło pośmiertne skostnienie. Mogło się tak zdarzyć, jeżeli pod ławą, na której leżał nieboszczyk, przeszedł pies lub kot. Można było go też poznać po tym, że oprócz tężca pośmiertnego był czerwony na twarzy, stąd też powiedzenie „czerwony jak upiór”. Po odkopaniu, podejrzanego o „chodzenie” sprawdzano, czy ma pod pachą „pierze”. Jego obecność zdecydowanie potwierdzała domniemania mieszkańców danej wioski. Uważano także, iż upiorem staje się dziecko poczęte podczas stosunku odbytego podczas menstruacji. Istniały też wewnętrzne „objawy” wampiryzmu. Wedle wierzeń zanotowanych w dorzeczu Osławy i pod Sanokiem, upiór za życia miał dwa serca lub dwie dusze (jedno sprawiedliwe – człowiecze, a drugie niesprawiedliwe – diabelskie), z których po śmierci jedno ginie, a drugie żyje i jest przyczyną jego pośmiertnej działalności. Szczególnie predysponowane do roli upiorów były osoby mające cechy zbliżone do czarownic, znające właściwości ziół, umiejący czarować, a także ci, którzy uczestniczyli w sabatach na Łysej Górze”.

Hubert Ossadnik „Zwyczaje pogrzebowe doliny Osławy, Osławicy i Kalniczki”: „Mimo strachu przed upiorem, ludzie szukali sposobu, żeby się przed nim zabezpieczyć. Pierwszą czynnością, wykonywaną już w trakcie pogrzebu było wynoszenie „upiora” pod odwróconym progiem lub przez odwrócone drzwi. Po drodze na cmentarz i z powrotem sypano mak, który jak wiadomo ma właściwości usypiające i co najważniejsze jest go dużo i zanim duch go pozbiera nastaje świt i złe moce tracą swoją siłę(…) Drastycznym, ale bardzo rozpowszechnionym sposobem chroniącym przed chodzeniem było obcinanie zwłokom głowy i wkładanie jej między nogi, wbijanie gwoździ i innych rzeczy (igła ”grajcówka”, bronnk z brony żelaznej lub drewnianej, ćwieki żelazne, drewniane kołki) w głowę lub serce, wybijanie zębów. Obcinanie głowy było tak powszechne, że w Jaworniku nie było na cmentarzu nieboszczyka, który nie miał wbitego w głowę ćwieka, lub uciętej i położonej do nóg głowy.W przypadku dwóch serc u upiora, jedno należało przebić. Był wypadek, że nieboszczyk chodził po śmierci do żony, pojawiał się jakimś ruchem. Znachor poradził tej kobiecie, aby ubrał na siebie tyle spódnic ile miała, tyle, że na lewą stronę. Kiedy zmarły przyszedł, to powiedział, że jeszcze nie widział, żeby ktoś tyle spódnic na lewą stronę ubrał. Rezolutna żona powiedziała, że nie widziała, żeby zmarły do żywego chodził. Wtedy „zrobił się wiatr”, trzasnął drzwiami i duch znikł. Mimo tego nieboszczyk dalej szkodził, głównie nie chowało się bydło. Znachor poszedł na cmentarz, odkopał trumnę, nieboszczyk leżał na boku i był czerwony na twarzy, miał dwa serca, z których tylko jedno przebito żelaznym kołkiem (Kulaszne). Podobny zabieg odbył się w obecności księdza. Nieboszczyk „chodził”, w żarnach „mlił”, „doblę” z ziarnem na boisku mieszał i inne drobne przykrości robił. Poważne problemy naprawdę zaczęły się, gdy domownicy zaczęli o tym mówić. Ludzie z księdzem poszli na cmentarz, wydobyli zwłoki. Nieboszczyk śmiał się, wtedy zabili mu ząb z brony w serce. Okazało się, że miał dwa serca.

Kraków 2008. Podczas prac archeologicznych prowadzonych pod płytą Rynku Głównego zespół naukowców natrafił na sześć XI-wiecznych pochówków wampirycznych – szczątki kobiet. Trzy z nich były ułożone w pozycji płodowej, dwa miały obcięte i przemieszczone głowy, a w kolejnych odcięta głowę położono na wieku trumny oraz położono obok korpusu. Jeden ze szkieletów ułożony był na brzuchu i miał skrępowane ręce. Jak uważa archeolog dr Cezary Buśko „prawdopodobnie osoby te cierpiały na reumatyzm, chorobliwą bladość, sapały lub miały wystające zęby. W średniowieczu trudno to było wytłumaczyć, więc uznano je za odmieńców, mogących stanowić zagrożenie. Niektórzy posądzali je o kontakty z siłami nieczystymi. Dlatego po śmierci starano się uniemożliwić im wydostanie się z grobu. Krępowano im ręce, zwłoki umieszczano na boku lub twarzą zwróconą do ziemi. Zdarzało się też, że ucinano im głowy i wkładano między nogi lub z boku ciała, aby wampir nie mógł jej znaleźć. Szkielety ludzi znalezionych w tych nietypowych pochówkach, to chrześcijanie i z wampirami raczej nie miały nic wspólnego. To współmieszkańcy uznali ich za odmieńców, a pochowanie w kościele będzie znakomitą formą zadośćuczynienia dla tych nieszczęśników”. Kolejne pochówki wampiryczne odkryto na XI-wiecznym cmentarzysku przy Rondzie Grunwaldzkim i na sporym cmentarzysku odkrytym podczas prowadzenia prac archeologicznych na Placu Szczepańskim.Pochówek wampiryczny w Kamieniu PomorskimGliwice 2011-2013. Podczas budowy Drogowej Trasy Średnicowej odnaleziono pochówki wampiryczne z czterema szkieletami pozbawionymi głów, a te umieszczono w nogach. Kolejne prace przeprowadzone przez archeologów przy ul. Dworcowej skutkują odkryciem cmentarzyska z XV-XVI w. z ponad 50-cioma pochówkami. 11 odkopanych pochówków określono jako „atypowe”, „nietypowe” bądź „antywampiryczne”. Poszczególne kości szkieletów zostały złożone w układzie anatomicznym za wyjątkiem czaszki, która znajdowała się między kośćmi nóg. Przeprowadzone badania wyjaśniają, że nie jak w wersji pierwotnej zakładano iż są to pochówki wampiryczne ale mogą one należeć do skazańców z przełomu średniowiecza i renesansu, wywodzących się z mniejszości religijnej, etnicznej, czy społecznej, mogło to też być miejsce pochówku kryminalistów, samobójców, banitów. Badania na szczątkami trwają. Jest jednak coś w tym odkryciu intrygującego – wampiry w Gliwicach miały „kocie” twarze. Deformacja ta, będąca zapewne wynikiem jakiejś wady genetycznej, mogła doprowadzić do tego, że ówczesna społeczność, widząca „innych” zaczęła przypisywać im nadprzyrodzone cechy i demonizować. Prawdopodobnie obwiniano ich o wywoływanie chorób u bydła, słabe zbiory, śmierć noworodków i inne lokalne tragedie jak w wielu innych tego typu przypadkach. Nie mniej jednak trudno jest znaleźć potwierdzenie dla takiej teorii, można jedynie odwoływać się do podobnych udokumentowanych wydarzeń.

Kamień Pomorski 2014. Na terenie dawnego targowiska podczas prowadzenia prac archeologicznych odnaleziono pochówek wampiryczny mężczyzny za czym przemawiają dwa fakty – włożenia siłą w usta fragmentu cegły tak, że wybito nim prawie wszystkie górne zęby oraz przewiercono mu również udo by nie mógł wstać z grobu. Pochówek datowany jest na XVI-XVII w. i zlokalizowany został na cmentarzu obok kościoła. Cmentarz ten istniał od XIII do XVIII w. z przerwami. Wampira złożono najprawdopodobniej gdy cmentarz nie istniał, gdzieś z jego boku.

Podane przykłady są tylko małym wycinkiem z wielu odnalezionych pochówków wampirycznych praktykowanych na terenie Polski, w trakcie trwania „epidemii wampirycznej”, od czasów prasłowiańskich do lat 30-tych XX w. Z ciekawszych można wymienić te odkryte w Bykach koło Piotrkowa Trybunalskiego (w 1870 roku znaleziono czaszkę przebitą długim gwoździem oraz trzy szkielety przebite kołkami), Radomsku, Sandomierzu, Starym Brześciu, Starym Zamku, Wieluniu, Niemczy, Adolfinie, Kałdusie, Cedyni, Radomiu. Pochówki wampiryczne to uchwytne archeologicznie groby, w których stwierdzono dokonywane na zwłokach lub na pochówku zabiegi, mające ochronić żywych przed szkodliwą działalnością zmarłych. Na koniec warto też zaznaczyć, że najstarszy pochówek wampiryczny odkryty w Europie liczy sobie około 4000 lat.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Kolumna Łez

przez , 14.cze.2014, w Historia

KŁ” … Tu zwolnij kroku wędrowcze i zatrzymaj się. Rozważ w sercu i myśli łzy, którymi zwilżyła córka dostojnego ojca Dorota Elżbieta Księżniczka Legnicy i Brzegu zaślubiona szczęśliwie dostojnemu Księciu z Nassau – Henrykowi. Podziwiaj pomnik ojcowskiej miłości, zapamiętaj to miejsce, które jest święte dla dostojnego Domu Piastów, święte dla Ciebie przechodniu, święte dla następnych pokoleń. Miejsce, gdzie Jerzy III, książę Legnicy i Brzegu na Śląsku, Jego Cesarsko-Królewskiej Mości tajny radca, podskarbi i najwyższy gubernator na obydwa Śląski – żyj szczęśliwie powiedział Jedynej, pobłogosławił Najukochańszą i pod opiekę dobrych aniołów, patronów podróżnych, pozwolił jej dnia 17 marca 1664 roku wyruszyć z ojczyzny do Dillenburga, żegnając się wzajemnie tysiącami uścisków, westchnień i życzeń. Uczcij i uszanuj ten stół będący świadkiem tej wielkiej szlachetności. Jedź dalej w zdrowiu i żyj szczęśliwie.KŁ (1)Taką oto inskrypcję widzimy na symbolicznej, granitowej księdze u stóp obelisku Kolumny Łez w Ulesiu koło Legnicy. Zabytkowy obelisk znajduje się w centrum wsi, przy drodze wylotowej do Lipiec i jest najstarszym na Śląsku wystawionym w miejscu publicznym nowożytnym pomnikiem o wyłącznie świeckim charakterze. Wzniesiony został w 1664 roku na polecenie księcia legnicko – brzeskiego Jerzego III (najstarszego syna księcia Brzeskiego, czołowego przywódcy protestantów śląskich) na pamiątkę rozstania z córką, wyjeżdżającą do Dillenburga w niemieckiej Hesji do nowo poślubionego małżonka, Henryka von Nassau-Dillenburg. Na obelisku zamieszczono inskrypcję po łacinie wzywającą przechodniów do chwili zadumy w miejscu, które Dorota Elżbieta zrosiła swymi łzami. Obiekt ten uznawano za na tyle istotny, że został zaznaczony na mapie księstwa legnickiego z 1736 roku wydanej przez oficynę Spadkobierców Homanna i do końca XIX wieku oznaczano jego położenie na kolejnych mapach okolic Legnicy.KŁ (2)Pod koniec XVIII wieku zaczął jednakże ulegać zniszczeniu, a miejscowa ludność i władze nie interesowały się jego losem. Odnowienia obelisku dokonano w 1858 roku oraz na początku XX wieku z inicjatywy Towarzystwa Historii i Starożytności z Legnicy, któremu wsparcia finansowego udzieliły władze Rejencji i powiatu ziemskiego w Legnicy, a także prywatny właściciel gruntu na którym znajdował się obelisk. Pierwotnie obelisk znajdował się na skraju wsi u wylotu gościńca, do centrum wsi został przeniesiony przy okazji renowacji. Wizerunek obelisku znajduje się w herbie gminy Miłkowice, stanowiąc nawiązanie do piastowskiej historii gminy. Ponowne prace konserwacyjne przy zabytku miały miejsce w 1995 roku na zlecenie Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Legnicy przywracając kolumnie dawny blask, niestety nie na długo. Obelisk będący cenną pamiątką piastowskiego Śląska w chwili obecnej ponownie niszczeje (obdrapana i trawiona przez kwaśne deszcze). Kolumna Łez wkrótce może zamienić się w Szlochającą Kolumnę.

Ciekawostki z Ulesia

Tajemnicze szczątki ludzkie zostały odkopane na obrzeżach Ulesia we wrześniu 2004 roku w trakcie remontowania linii kolejowej. Z małej żwirowni brano piasek i właśnie tam koparka wykopała kości. Szczątki pozbierano, sprawdzono, czy nie ma ich więcej i wysłano do badania. Okazały się nimi szkielety dwóch kobiet i czterech mężczyzn. Zakład Medycyny Sądowej we Wrocławiu określił ich wiek w przedziale od co najmniej 20 do nawet kilkuset lat. Wśród nich mogły się znajdować kości Azjatów, najprawdopodobniej Tatarów. Mogą to być szczątki pochodzące z 1241 roku, gdy doszło do bitwy pod Legnicą. Szkoda, że koparka zniszczyła to bardzo tajemnicze znalezisko, gdzie leżały te kości.

Wojownicy mongolscy byli soleni i zabierani na swoje ziemie albo chowano ich w kurhanach. Nic nie można powiedzieć o tym wykopalisku, bo nie zachowały się żadne przedmioty materialne. Mogą to być także szczątki jeńców czy robotników, którzy zostali zabici lub zmarli podczas działań wojennych. Prokuratura Rejonowa w Legnicy poinformowała Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Miłkowicach, że można zabrać te kości i je pochować, co nie okazało się takie proste. Jerzy Szachuniewicz, prezes Narodowego Centrum Kultury Tatarów w Polsce podjął się dalszej realizacji tego tematu, między innymi dokładnego sprawdzenia czy są to szczątki muzułmanów, a w przypadku potwierdzenia tego faktu, zajęcia się pochówkiem.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Dwór w Rynarciczkach

przez , 24.maj.2014, w Historia

DRRynarcice niegdyś posiadały swój przysiółek zwany Małymi Rynarcicami (Rynarciczki) na wzgórzach w kierunku Żelaznego Mostu. Zlokalizowany był tam majątek-folwark z dworem stanowiącym siedzibę właściciela majątku. Pierwsza wzmianka o Rynarcicach pochodzi z lat 1317 – 1319. Etymologia nazwy wsi wywodzi się od nazwy patronimicznej, od imienia Reinhard. Dawne nazwy to Reynhartsdorf (1359 rok), Rinnersdorf Klein (1789 rok) i Klein Rinnersdorf do 1945 roku, a po II wojnie światowej – Rynarciczki. Na teren majątku wprowadzała brama wjazdowa, a całość w znacznej części była otoczona kamiennym murem. W jego skład wchodził dwór, budynki gospodarcze, ogród, staw oraz założony park naturalistyczny (mający pełnić funkcję małego parku krajobrazowego), w którym na wzgórzu umiejscowiono mauzoleum grobowe rodziny Dittrich i Gebhardt.DR (1)W XVIII wieku dobra te należały do rodziny von Opeer, w 1789 roku do Martin, w 1845 roku są spuścizną po majorze von Zieten, w 1876 roku do Alwina Lanego, w 1886 roku do Elisa Alexandra Katza, w 1891 roku do Wilhelma Zenkera. Ostatnim właścicielem majątku był Paul Gebhardt urodzony w 1888 roku w Stanach Zjednoczonych, jednakże formalną właścicielką była jego żona Else Gebhardt z domu Dittrich. W 1894 roku majątek nabywa Georg Dittrich i pozostaje on w rękach tej rodziny do wybuchu II wojny światowej. W 1930 roku przejęła go wdowa po Georgu – Helena, a po niej zaś ich córka Else Gebhardt. Po wojnie dwór użytkowany był do 1975 roku. Miano w nim założyć szkołę rolniczą jednakże planów tych nie zrealizowano, a dwór i budynki gospodarcze zostały rozebrane, pozostając w ruinie.DR (2)W chwili obecnej odnaleźć można jedynie bramę wjazdową z resztkami okalającego niegdyś majątek muru, betonowe schody wprowadzające do dworu, pozostałości budynku gospodarczego o długości około 50 metrów mieszczącego dawniej stajnie i pomieszczenia magazynowe na poddaszu. Na tyłach majątku zachowały się ślady po ogrodzie i istniejącym tu kiedyś stawie. Park w otoczeniu pozostałości dworu posiada kilka okazałych dębów, nie mniej jednak jest zdewastowany i zaniedbany w wyniku niekontrolowanej dziś wycinki drzew. W jego kulminacyjnym punkcie, na wzgórzu, założono mauzoleum grobowe na planie koła rodzin Dittrich i Gebhardt, obecnie zdewastowane. Zachowała się jedynie uszkodzona granitowa płyta nagrobna Georga Dittricha oraz wykończone cegłą cztery puste komory grobowe. Do pozostałości majątku z drogi Rynarcice – Żelazny Most kieruje znak „Żelazny Most 45″, w szutrową drogę biegnącą pod górę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Muzeum Bitwy nad Kaczawą w Duninie

przez , 19.kwi.2014, w Historia

Dunino (Dohnau) to niewielka wieś położona około 10 km na południowy – zachód od Legnicy, w gminie Krotoszyce, nieopodal ujścia Nysy Szalonej do Kaczawy. 26 sierpnia 1813 r. w pobliżu Dunina rozegrała się jedna z bitew wojny napoleońskiej, zwana „Bitwą nad Kaczawą”. Naprzeciw siebie stanęły wówczas napoleońska Armia Bobru, którą dowodził marszałek James Macdonald oraz prusko-rosyjska Armia Śląska dowodzona przez feldmarszałka Leberechta von Blüchera. Decydująca walka rozegrała się w obszarze ograniczonym miejscowościami: Warmątowice, Bielowice, Winnica, Janowice Duże. Od północy teren ten zamykała rzeka Kaczawa, a od zachodu i południa Nysa Szalona. Przed bitwą przez wiele dni padały w tym regionie ulewne deszcze, broń palna, oprócz armat, zamokła. Dlatego walkę stoczono na bagnety i szable. Dzięki temu, że armia rosyjsko-pruska miała znakomicie rozlokowaną artylerię na południe od Warmątowic, udało jej się pokonać wojska napoleońskie. Chociaż Bitwa nad Kaczawą nie miała większego znaczenia strategicznego, to w celu jej upamiętnienia w 1908 r. wzniesiono koło Dunina kamienny kopiec z kul armatnich zebranych z pola bitwy, na wale Nysy Szalonej nieopodal jej ujścia do Kaczawy. W 1909 r. w samym Duninie wybudowano pawilon w kształcie wielobocznej rotundy i umieszczono w niem pamiątki z wojen napoleońskich. W muzeum znajdują się różne pamiątki związane z bitwą i jej uczestnikami. Jako eksponowane przedmioty znalazły się tu liczne elementy uzbrojenia i umundurowania walczących stron, dokumenty, miedzioryty i pamiątki udostępnione przez instytucje i osoby prywatne. Muzeum Bitwy nad Kaczawą funkcjonowało do 1945 r. Dopiero w 1996 r. zostało reaktywowane. Przy muzeum znajduje się replika armaty i przewiezione z okolic uszkodzone obeliski upamiętniające wydarzenie oraz tablica informacyjna. Do chwili obecnej zachowało się 8 obelisków upamiętniających bitwę: 1. Dunino (na wale u ujścia Nysy Szalonej do Kaczawy), 2. Krajewo (nad brzegiem Nysy Szalonej), 3. Przy drodze gruntowej z Krajewa do Janowic, 4. Przy drodze z Winnicy do Koźlic, 5. Warmątowice, 6. Przy drodze gruntowej z Warmątowic do Bielowic, 7. Dwa obeliski przy drodze z Bielowic do Starego Jawora.

O bitwie słów kilka…

Bitwa nad Kaczawą rozegrała się na dużym obszarze między Legnicą a Złotoryją. Była to największa bitwa stoczona na Śląsku podczas wojen napoleońskich. Naprzeciw siebie stanęły wówczas III, V i IX korpus Wielkiej Armii, w sumie około 102.000 żołnierzy, dowodzone przez gen Jacquesa Macdonalda i „Armia Śląska” feldmarszałka Gebharda Leberechta Blüchera, licząca około 84.000 żołnierzy, z tego ponad 2/3 Rosjan wchodzących w skład korpusów, na czele których stali Fabian Gottlieb von der Osten-Sacken i Alexandre-Louis Andrault de Langeron. Bitwę poprzedziła burzowa noc. W deszczowy poranek 26 sierpnia 1813 r. doszło do starcia przeciwników na obszarze pomiędzy Kaczawą na północ i północny-zachód, wysoczyzną Płaskowyżu Janowickiego na wschodzie, a Warmątowicami i Bielowicami.
Bitwę stoczono głównie na bagnety i szable, ponieważ zamokły karabiny skałkowe, w które zaopatrzone były obie armie. Ostatecznie rosyjsko-pruskie wojska powstrzymały francuskie natarcie. Francuzi stracili 36 armat, 110 wozów z amunicją i najprawdopodobniej 5000 – 7000 zabitych i rannych oraz około 1400 wziętych do niewoli. Straty Armii Śląska wyniosły około 8000 zabitych i rannych. Zwycięstwo armii Blüchera spowodowało wyparcie Francuzów do końca sierpnia za linię Nysy Łużyckiej. W rękach napoleońskich na Śląsku pozostał tylko Głogów. Samemu głównodowodzącemu bitwa przyniosła tytuł Księcia Wahlstatt.

Pierwsze zwycięstwo nad armią Napoleona odniesione po klęsce z 1807 r. wyzwoliło w Niemcach poza radością, ogromną fale patriotyzmu. Świętowanie tego wydarzenia stało się jednym z elementów polityki mającej na celu ściślejsze związanie prowincji śląskiej z państwem pruskim. Pamięć o kampanii lat 1813-1814 nazywanej Befreiungskrieg (wojną wyzwoleńczą), przybrała różne formy, poprzez architekturę, malarstwo, rzeźbę, literaturę i medalierstwo znajdując swoje znaczące miejsce w tutejszej tradycji. Spora liczba miejscowości przez które przetoczyły się olbrzymie masy wojsk, z biegiem czasu wytworzyły swoje własne formy utrwalania pamięci o wydarzeniach z sierpnia 1813 r. Krótko po ostatecznym pokonaniu Napoleona, władze rejencji nakazały magistratom prowadzenie kronik miejskich, ze szczególnym uwzględnieniem lat 1813-1815. Już w 1813 r. wybito pierwsze medale upamiętniające zwycięstwo nad Kaczawą, a także postać feldmarszałka Blüchera. Dokładnie cztery lata po bitwie, 26 sierpnia 1817 r. na jej pole powrócili zwycięscy dowódcy: Blücher, York i Gneisenau. W obecności następcy tronu, księcia Augusta dokonali oni odsłonięcia pomnika poświęconego poległym żołnierzom pruskim. Pomnik usytuowany został w sąsiedztwie folwarku Christianhöhe koło Bielowic. W czasie bitwy w folwarku mieścił się lazaret, tutaj też Blücher miał jeden ze swoich punktów obserwacyjnych. Pomnik był jednym z kilku identycznych monumentów zaprojektowanych przez Karla Friedricha Schinkla na zlecenie króla Fryderyka Wilhelma III, ustawionych na polach bitew z 1813 r. Miał on kształt neogotyckiej wieży o wysokości około 8 metrów, zwieńczonej formą Żelaznego Krzyża. Pomnik nie zachował się do dziś. 26 maja 1818 r. odsłonięto taki sam pomnik w Budziwojowie koło Chojnowa. Jeszcze tego samego dnia w pobliżu pałacu w Warmątowicach poświęcony został pomnik upamiętniający zwycięska bitwę. Swoją formą i symboliką pomnik nawiązywał do antycznych ołtarzy ofiarnych. Monument posiadał kształt prostopadłościanu, którego ściany boczne pokrywały napisy, zaś górną płaszczyznę wieńczyła forma znicza. Obiekt nie zachował się. Także 26 sierpnia 1817 r. miały miejsce uroczystości związane z oddaniem do użytku pawilonu widokowego położonego na wzgórzu w pobliżu Lipiec i Jaszkowa. Był to belweder poświęcony bitwom z 1634 i 1813 r., który został wzniesiony przez Carla Siegmunda Otto von Unruha. Był to przede wszystkim pomnik poświęcony pamięci dowódców oraz żołnierzy pruskich i rosyjskich walczących w bitwie nad Kaczawą. Budowla nie zachowała się. W kilka lat po bitwie przy polnej drodze pomiędzy wzgórzami Gołębie i Krowiarka nasadzono lipę, która rosła w tym miejscu prawie 150 lat. Określano ja jako „lipa Blüchera”. Miała wyznaczać miejsce, w którym pod osobistym dowództwem feldmarszałka rozegrało się generalne starcie kawalerii pruskiej z francuską. W 1912 r. legnicki oddział Riesengebirgsverein (Towarzystwo Karkonoskie) ufundował cementową ławkę, która wraz z pamiątkową tablicą ustawiona została pod lipą. 6 lipca 1813 r. poświęcono w pobliżu Obiekty te już nie istnieją. Oprócz pomników, pamięć o bitwie kaczawskiej była pielęgnowana poprzez organizację spotkań weteranów, młodych żołnierzy oraz okolicznych mieszkańców na polu bitwy. Na uroczystości zorganizowanej w 1843 r. wzięło udział 12.000 osób. Największe uroczystości rocznicowe przygotowano na stulecie bitwy. Jeszcze w 1908 r. gmina Dunino wzniosła kamienny kopiec w pobliżu ujścia Nysy Szalonej do Kaczawy. Posiadał on z dwóch stron tablice pamiątkowe, a jego narożniki wieńczyły kule armatnie. Rok później w Duninie wybudowano nieduży pawilon, w którym urządzono Muzeum Bitwy nad Kaczawą. W 1913 r. z inicjatywy legnickiego towarzystwa historycznego Geschichts und Altertms Vereins zu Liegnitz umieszczono na polu bitwy obeliski ułatwiające orientację w terenie. Wszystkie one posiadały jednakową formę, znak Krzyża Żelaznego, napis: Schlacht na der Kazbach” oraz inskrypcje odnoszące się do szczegółowych wydarzeń, które miały miejsce w 1813 r. na terenie ich usytuowania. Spośród jedenastu dwumetrowych pomników ustawionych w 1913 r. cztery przeniesiono do Dunina, gdzie są eksponowane obok Muzeum Bitwy nad Kaczawą. W samej Legnicy 26 sierpnia 1913 r. odsłonięto pomnik dowódców bitwy kaczawskiej. Na placu Wilhelma (obecnie pl. Wolności) ustawione zostały cztery odlane z brązu wizerunki Blüchera, Yorcka, Gneisenaua i Sackena. W tym samym dniu, na ścieżce w pobliżu obecnej ul. Powstańców Śląskich odsłonięto pomnik generałów Friedricha von Hellwiga i Heinricha von Wedela.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Gustav Humbert, 16-letni huzar

przez , 31.mar.2014, w Historia

Rycina z 1814 roku . Atak na pozycje francuskieRokitnica… Grób i tablica 16-letniego huzara Gustava Humberta…

” 27 sierpnia 1813 roku… Wojska V Korpusu Armii Bobru wycofują się przez Rokitnicę w kierunku Złotoryi… Generał Emmanuel z kawalerią awangardy podążał główną drogą, mając po swojej prawej stronie pruski 2 Przyboczny Pułk Huzarów pułkownika Stossela, który uderzył z Dolnego Krajewa w kierunku Złotoryi zajmując przeprawę na rzece Kaczawie w Rokitnicy, gdzie wzięto do niewoli jednego pułkownika, 19 oficerów i 500 żołnierzy… „

Pamiątką po tych starciach jest żelazna płyta nagrobna w rokitnickim kościele, poświęcona żołnierzowi 2 Przybocznego Pułku Huzarów – Gustawowi Humbertowi (1796-1813), który zginął właśnie tutaj 28 sierpnia 1813 r. w wyniku odniesionych ran. Otrzymał za to krzyż żelazny i order św. Jerzego. Pochowano go na zewnątrz kościoła u podnóża absydy. Jego mogiłę usunięto po 1945 r. Inskrypcja na płycie głosiła:Płyta Gustava Humberta Obecnie„GUSTAV HUMBERT, GEBOREN ZU BERLIN AM 18. SEPTEMBER 1796, SCHLOSS SICH, EINER DER ERSTEN IN EINEM ALTER VON 16 JAHREN FREIWILLIG DEN VATERLANDSVERTEIDIGERN AN; DIENTE BEI DEM 2. LEBHUSAREN REGIMENTE, ERWARB SICH DURCH AUSGEZEICHNETE TAPFERKEIT DAS EISERNE KREUZ UND DEN ST. GEORGENNORDEN UND FIEL HIER, ALS OPFER FUR KONIG UND VATERLAND IN EINEM VORPOSTENGEFECHT AN 28 AUGUST 1813″.Kościół w Rokitnicy z widoczną płytąTablica została poddana renowacji i ponownie zawisła na zewnętrznym murze kościoła, nad inskrypcyjną tablicą modlitewną (ustawioną pod murem), która w przeszłości prawdopodobnie stanowiła część jakiegoś grobowca. Przy kościele znajduje się tablica informacyjna poświęcona pamięci Gustava Humberta.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Winnik, góra z historią w tle

przez , 21.lut.2014, w Historia

Charakterystyczne wzgórze Winnik 253 m n.p.m. usytuowane jest przy drodze krajowej numer 363 z Jawora do Złotoryi, między miejscowościami Męcinka i Chróślice. Jego lokalna nazwa to Pakosówka, pochodząca od nazwiska nieżyjącego już właściciela pól znajdujących się po południowej stronie wzgórza. Cóż takiego wyróżnia tą niepozorną górkę, widzianą z okien samochodów przemierzających tą drogą, umiejscowioną wśród pól?

Otóż jak podają źródła historyczne, z Winnikiem związana jest ciekawa historia, będąca wątkiem w Bitwie nad Kaczawą. 26 sierpnia 1813 roku dywizje Lauristona przystępują do szturmu na pozycje Rosjan pod Męcinką. Ostrzał francuskich baterii ustawionych po obu stronach drogi Sichów – Chroślice, zmusza do odwrotu artylerię rosyjską znajdującą się na górze Winnik. Żołnierze z dywizji Maisona i Rochambeau spychają strzelców rosyjskich do Męcinki. Langeron próbuje kontratakować, rzucając na francuskie czworoboki piechoty dragonów i kozaków.

Ciągle padająca ulewa unieszkodliwia karabiny, gdyż deszcz powoduje zamakanie prochu na panewce i piechurzy zmuszeni są odeprzeć jazdę bagnetami i kolbami. Za cofającymi się Rosjanami do Chroślic wdzierają się oddziały napoleońskie i około godziny 16.00 zdobywają górę Winnik oraz górę Kamienną 217 m n.p.m., między Chróślicami, a Słupem.

Kula armatnia odnaleziona na Winniku

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , więcej...

Bitwa nad Kaczawą 1813 r.

przez , 03.lut.2014, w Historia

Bitwa nad Kaczawą (Schlacht an der Katzbach) rozegrała się na dużym obszarze między Legnicą a Złotoryją. Była to największa bitwa stoczona na Śląsku podczas wojen napoleońskich. Naprzeciw siebie stanęły wówczas III, V i IX korpus Wielkiej Armii (w sumie ok. 102 tys. żołnierzy), dowodzone przez gen Jacquesa Macdonalda i „Armia Śląska” feldmarszałka Gebharda Leberechta Blüchera, licząca ok. 84 tys. żołnierzy, z tego ponad 2/3 Rosjan wchodzących w skład korpusów, na czele których stali Fabian Gottlieb von der Osten-Sacken i Alexandre-Louis Andrault de Langeron. Bitwę poprzedziła burzowa noc. W deszczowy poranek 26 sierpnia 1813 r. doszło do starcia przeciwników na obszarze pomiędzy Kaczawą na pn. i pn-zach, wysoczyzną Płaskowyżu Janowickiego na wschodzie, a Warmątowicami i Bielowicami. Stoczono ją głównie na bagnety i szable, ponieważ zamokły karabiny skałkowe, w które zaopatrzone były obie armie. Ostatecznie rosyjsko-pruskie wojska powstrzymały francuskie natarcie. Francuzi stracili 36 armat, 110 wozów z amunicją i najprawdopodobniej 5000-7000 zabitych i rannych oraz ok. 1400 wziętych do niewoli. Straty Armii Śląska wyniosły ok. 8000 zabitych i rannych. Zwycięstwo armii Blüchera spowodowało wyparcie Francuzów do końca sierpnia za linię Nysy Łużyckiej. W rękach napoleońskich na Śląsku pozostał tylko Głogów. Samemu głównodowodzącemu bitwa przyniosła tytuł Księcia Wahlstatt.Pamięć o bitwie

Pierwsze zwycięstwo nad armią Napoleona odniesione po klęsce z 1807 r. wyzwoliło w Niemcach poza radością, ogromną fale patriotyzmu. Świętowanie tego wydarzenia stało się jednym z elementów polityki mającej na celu ściślejsze związanie prowincji śląskiej z państwem pruskim. Pamięć o kampanii lat 1813-1814 nazywanej Befreiungskrieg (wojną wyzwoleńczą), przybrała różne formy, poprzez architekturę, malarstwo, rzeźbę, literaturę i medalierstwo znajdując swoje znaczące miejsce w tutejszej tradycji. Spora liczba miejscowości przez które przetoczyły się olbrzymie masy wojsk, z biegiem czasu wytworzyły swoje własne formy utrwalania pamięci o wydarzeniach z sierpnia 1813 r. Krótko po ostatecznym pokonaniu Napoleona, władze rejencji nakazały magistratom prowadzenie kronik miejskich, ze szczególnym uwzględnieniem lat 1813-1815. Już w 1813 r. wybito pierwsze medale upamiętniające zwycięstwo nad Kaczawą, a także postać feldmarszałka Blüchera. Dokładnie cztery lata po bitwie, 26 sierpnia 1817 r. na jej pole powrócili zwycięscy dowódcy: Blücher, York i Gneisenau. W obecności następcy tronu, księcia Augusta dokonali oni odsłonięcia pomnika poświęconego poległym żołnierzom pruskim. Pomnik usytuowany został w sąsiedztwie folwarku Christianhöhe koło Bielowic. W czasie bitwy w folwarku mieścił się lazaret, tutaj też Blücher miał jeden ze swoich punktów obserwacyjnych. Pomnik był jednym z kilku identycznych monumentów zaprojektowanych przez Karla Friedricha Schinkla na zlecenie króla Fryderyka Wilhelma III, ustawionych na polach bitew z 1813 r. Miał on kształt neogotyckiej wieży o wysokości ok. 8 m, zwieńczonej formą Żelaznego Krzyża. Pomnik nie zachował się do dziś. 26 maja 1818 r. odsłonięto taki sam pomnik w Budziwojowie koło Chojnowa.Jeszcze tego samego dnia w pobliżu pałacu w Warmątowicach poświęcony został pomnik upamiętniający zwycięska bitwę. Swoją formą i symboliką pomnik nawiązywał do antycznych ołtarzy ofiarnych. Monument posiadał kształt prostopadłościanu, którego ściany boczne pokrywały napisy, zaś górną płaszczyznę wieńczyła forma znicza. Obiekt nie zachował się. Także 26 sierpnia 1817 r. miały miejsce uroczystości związane z oddaniem do użytku pawilonu widokowego położonego na wzgórzu w pobliżu Lipiec i Jaszkowa. Był to belweder poświęcony bitwom z 1634 i 1813 r., który został wzniesiony przez Carla Siegmunda Otto von Unruha. Był to przede wszystkim pomnik poświęcony pamięci dowódców oraz żołnierzy pruskich i rosyjskich walczących w bitwie nad Kaczawą. Budowla nie zachowała się. W kilka lat po bitwie przy polnej drodze pomiędzy wzgórzami Gołębie i Krowiarka nasadzono lipę, która rosła w tym miejscu prawie 150 lat. Określano ja jako „lipa Blüchera”. Miała wyznaczać miejsce, w którym pod osobistym dowództwem feldmarszałka rozegrało się generalne starcie kawalerii pruskiej z francuską. W 1912 r. legnicki oddział Riesengebirgsverein (Towarzystwo Karkonoskie) ufundował cementową ławkę, która wraz z pamiątkową tablicą ustawiona została pod lipą. Obiekty te już nie istnieją. Oprócz pomników, pamięć o bitwie kaczawskiej była pielęgnowana poprzez organizację spotkań weteranów, młodych żołnierzy oraz okolicznych mieszkańców na polu bitwy. Na uroczystości zorganizowanej w 1843 r. wzięło udział 12 tys. osób. Największe uroczystości rocznicowe przygotowano na stulecie bitwy. Jeszcze w 1908 r. gmina Dunino wzniosła kamienny kopiec w pobliżu ujścia Nysy Szalonej do Kaczawy. Posiadał on z dwóch stron tablice pamiątkowe, a jego narożniki wieńczyły kule armatnie. Rok później w Duninie wybudowano nieduży pawilon, w którym urządzono Muzeum Bitwy nad Kaczawą. Znalazły się tam liczne elementy uzbrojenia i umundurowania walczących stron, dokumenty, miedzioryty i pamiątki udostępnione przez instytucje i osoby prywatne.W 1913 r. z inicjatywy legnickiego towarzystwa historycznego Geschichts und Altertms Vereins zu Liegnitz umieszczono na polu bitwy obeliski ułatwiające orientację w terenie. Wszystkie one posiadały jednakową formę, znak Krzyża Żelaznego, napis: Schlacht na der Katzbach” oraz inskrypcje odnoszące się do szczegółowych wydarzeń, które miały miejsce w 1813 r. na terenie ich usytuowania. Spośród jedenastu dwumetrowych pomników ustawionych w 1913 r. cztery przeniesiono do Dunina, gdzie są eksponowane obok Muzeum Bitwy nad Kaczawą. W samej Legnicy 26 sierpnia 1913 r. odsłonięto pomnik dowódców bitwy kaczawskiej. Na placu Wilhelma (obecnie pl. Wolności) ustawione zostały cztery odlane z brązu wizerunki Blüchera, Yorcka, Gneisenaua i Sackena. W tym samym dniu, na ścieżce w pobliżu obecnej ul. Powstańców Śląskich odsłonięto pomnik generałów Friedricha von Hellwiga i Heinricha von Wedela.

Opis bitwy

Początek kampanii

Na początku sierpnia 1813 roku na Dolnym Śląsku znalazły się naprzeciw siebie dwa wielkie zgrupowania wrogich armii – francuska Armia Bobru oraz rosyjsko – pruska (w takiej kolejności ze względu na wielkość poszczególnych kontyngentów) Armia Śląska.
Armia Bobru miała w myśl pierwotnych zamierzeń Napoleona rozbić Armię Śląska gen. Blüchera i utrzymać Dolny Śląsk jako bazę przyszłego ataku na teren Księstwa Warszawskiego. Dowódcą tego zgrupowania, liczącego przeszło 130 tyś. ludzi, był marszałek Ney. Działania wojenne rozpoczął jednak Blücher atakując 19 sierpnia (na 49 godzin przed upływem terminu zawieszenia broni) oddziały osłonowe Francuzów rozłożone na Bobrem. 21 sierpnia Napoleon przejął dowodzenie nad Armią Bobru i poprowadził kontratak. Blücher uchylił się jednak od walki z samym cesarzem i wycofał swoje korpusy na Pogórze Kaczawskie w rejon Jawora. Wobec niepomyślnego rozwoju wydarzeń na zachodzie 23 sierpnia cesarz przekazał komendę marsz. Macdonaldowi, po czym opuścił Armię Bobru i zabierając ze sobą gwardię, większość kawalerii rezerwowej oraz korpusy Neya i Marmonta i wyruszył w kierunku Drezna. Obejmując dowództwo Macdonald miał teraz do dyspozycji III korpus gen. dyw. Souhama, V korpus gen. dyw. Louristona, XI korpus gen. dyw. Gerarda oraz II korpus kawalerii rezerwowej gen. dyw. Sebastianiego. W sumie było to 91000 ludzi ( z tego 8000 kawalerii) i 314 armat. Zadaniem Macdonalda było kontynuowanie ofensywy, wyrzucenie przeciwnika poza Jawor i zajęcie pozycji obronnych na linii Kaczawy. Jeszcze tego samego dnia korpus XI korpus Gerarda zajął Złotoryję. Na podejściach do miasta broniła 2 brygada ks. von Meklemburg-Strelitz z korpusu Yorcka. Potężny atak francuskiej piechoty wsparła silne przygotowanie artyleryjskiej. Stojące w pierwszej linii bataliony 6 pułku landwehry śląskiej zostały praktycznie zdziesiątkowane i odrzucone. Wspierająca je 1 bateria artylerii pieszej straciła od ognia przeciwnika trzy armaty. Kontratak obu pułków wschodnio-pruskich spotkał się z kolei z szarżą 20 szwadronów francuskich strzelców konnych (3 dywizja lekkiej kawalerii gen. Chastela i brygada gen. Montbruna z XI korpusu). 2 batalion 2 pułku wschodnio-pruskiego został w pewnym momencie odcięty wśród mas francuskiej kawalerii. Tylko kontratak 2 szwadronów huzarów meklemburskich płk. von Wartburga uratował go przede całkowitym zniszczeniem. Prusacy przeprowadzili jeszcze jeden kontratak. Tym razem ks. Meklemburski osobiście poprowadził 1 batalion 1 pułku wschodnio-pruskiego. Była to jednak już tylko próba osłonięcia odwrotu całej brygady. Prusacy stracili w tej bitwie przeszło 1780 ludzi (przede wszystkim z 6 pułku landwehry). Nie mogąc stawiać oporu znacznie silniejszemu przeciwnikowi musieli się wycofać. Miasta próbował jeszcze bronić 4 batalion 14 pułku landwehry śląskiej z 8 brygady von Hünerbeina. Został jednak praktycznie zniszczony (stracił około 500 ludzi) a Złotoryję zajęli Francuzi. Jeszcze tego samego dnia Gerard, Souham i Sebastiani rozłożyli swoje oddziały na wschód od Legnicy. Przez 2 dni Macdonald nie podejmował żadnych działań.
Armia Blüchera składała się z centrum – pruskiego I korpusu armijnego gen. von Yorcka, prawego skrzydła – rosyjskiego XI korpusu gen. por. Osten-Sackena oraz rosyjskiego lewego skrzydła gen. piech. Langerona – VI korpusu piechoty gen. por. ks. Szczerbatowa, IX korpusu piechoty gen. por. Ołsuwiewa, X korpusu piechoty gen. por. Kapcewicza i I korpusu kawalerii rezerwowej gen. por. Korffa. Dodatkowo do armii przydzielony był rosyjski VIII korpus piechoty gen. por. Saint-Priesta. Ogółem wyjściowa siła Armii Śląska to 75000 piechoty, 15000 kawalerii, 353 armaty i prawie 11000 Kozaków. W dotychczasowych walkach obie strony poniosły spore straty. Armia Śląska straciła około 8000 ludzi. Po stronie francuskiej ubytki w szeregach były mniej więcej o połowę mniejsze.
Interpretując zachowanie Macdonalda jako przejście Francuzów do defensywy Blücher zdecydował się zaatakować 26 sierpnia Armię Bobru. Skrzydło Osten-Sackena miało atakować oddziały Souhama wzdłuż drogi Jawor-Legnica. Korpus Yorcka otrzymał rozkaz przekroczenia Kaczawy i uderzenia przez Krotoszyce na Studnicę w celu odcięta korpusów francuskich od Chojnowa. Prawe skrzydło pruskiego korpusu miało wesprzeć Osten-Sackena w starciu z Souhamem. Skrzydło Langerona po przekroczeniu Kaczawy miało zająć Kozów i Rzymówkę oraz osłaniać od południa siły główne. Nas wieść o ofensywie przeciwnika także marsz Macdonald rozpoczął swoje działania. Korpus Souhama wyruszył główną drogą z Legnicy do Jawora. Korpus Gerarda dowodzony osobiście przez Macdonalda oraz kawaleria Sebastianiego miał przekroczyć Kaczawę w Krotoszycach i przez Dolny Krajów wejść na Płaskowyż Janowicki obejść Jawor od południa. Lauriston miał uderzyć na Jawor przez Sichów i Męcinkę.Przeciwnicy. Organizacja i wyszkolenie

Francja

Podstawową formacją armii francuskiej była oczywiście piechota. Dzieliła się na pułki liniowe i pułki lekkie. Teoretycznie każdy z nich miał według etatu 5 batalionów (w tym jeden zakładowy przeznaczony do szkolenia uzupełnień) po 6 kompanii w każdym (4 fizylierskie, grenadierska, woltyżerska, piechocie lekkiej były to 4 kompanie strzelców, karabinierska i woltyżerska), liczących w sumie około 3400 ludzi. W praktyce większość pułków wyruszała w pole w sile 2-3 batalionów (sporadycznie 4-5) liczących od 450 do 950 oficerów i żołnierzy (przeważnie około 600). Dwa pułki tworzyły brygadę a dwie brygady dywizję piechoty. Dysponowała ona własną artylerią (1-2 baterie piesze) oraz oddziałami pociągów (taborów). Niektóre pułki (np. w XI korpusie gen. Gerarda) dysponowały własną artylerią. Były to przeważnie 2 działa 4-6 funtowe. Dwie lub trzy dywizje tworzyły korpus. Jego siłę wzmacniała artyleria rezerwowa (2-3 baterie pozycyjne artylerii pieszej), brygada lekkiej kawalerii oraz oddziały pociągów i saperów. Wyżsi oficerowie francuskiej piechoty byli nie tylko dobrze wyszkoleni, ale z reguły także bardzo doświadczeni. Znacznie gorzej było niestety z tzw. „zwykłym żołnierzem”. Na początku kampanii jesiennej 1813 roku francuska piechota w jej zasadniczej masie tworzyli żołnierze najmłodszych roczników (w 2/3 mieli najwyżej 18-20 lat). Było to wojsko generalnie słabo wyszkolone. Teoretycznie każdy rekrut miał przejść 4-tygodniowe szkolenie podstawowe w zakładzie pułkowym a przez następne 4-6 tygodni w trakcie marszu do Niemiec Szkołę Plutonu, Kompanii i Batalionu. Na Szkołę Pułku i naukę współdziałania z innymi rodzajami broni z reguły brakowało już czasu. Niedostatki wyszkolenia oraz wiek rekrutów sprawiały, że były to oddziały słabe fizycznie i psychicznie. Sformowane z nastolatków pułki bardzo źle znosiły długie marsze i wszelkie kłopoty z zaopatrzeniem. Jeszcze przed wejściem do walki notowano duże ubytki z racji wycieńczenia, dezercji czy chorób. Także na polu bitwy umiejętności tej piechoty sprowadzały się z reguły do walki na bagnety w kolumnach batalionowych. Wyszkolenie strzeleckie, z którego słynęła niegdyś francuska piechota stało teraz na niskim poziomie, zarówno, jeśli idzie o prowadzenie ognia salwowego w szyku liniowym czy czworoboku jak i walkę w tyralierze. Niewiele lepiej było w pułkach lekkiej piechoty, które ze względu na brak czasu szkolono często według regulaminów piechoty liniowej. Było to typowe wojsko „jednej bitwy”. Potrafiło walczyć z wielkim, właściwym młodości poświęceniem, jednak po klęsce bardzo łatwo traciło morale, co powodowało z reguły straty znacznie większe niż walce (znakomitym przykładem jest tutaj los Armii Bobru po bitwie nad Kaczawą).
Najpotężniejszą siłę uderzeniową francuskiej kawalerii stanowiły pułki ciężkie – karabinierzy i kirasjerzy. Dobierano do tych oddziałów wysokich i silnych żołnierzy oraz odpowiednio rosłe konie. Podstawową bronią był długi, prosty pałasz oraz para pistoletów i kawaleryjski karabinek. Obronę zapewniał dwuczęściowy kirys oraz hełm. Szarża ciężkiej kawalerii potrafiła w sprzyjającym terenie potrafiła rozbić nawet doświadczoną, walczącą w czworobokach piechotę. Lekka kawaleria nie miała z kirasjerami większych szans. Tylko ciężkie pułki lub lansjerzy mogły nawiązać z nimi równorzędną walkę. Do 1812 roku francuska ciężka kawaleria była pod każdym względem formacją wzorową, stanowiącą śmiertelne niebezpieczeństwo dla każdego przeciwnika. Zdziesiątkowaną po klęsce w Rosji odbudowano częściowo dopiero na wiosnę i w trakcie letniego rozejmu 1813 roku. Problemem były może nie tylko braki kadrowe, ale także trudności w znalezieniu odpowiednich koni. Z tego powodu pułki kirasjerów wyruszały do walki w sile przeciętnie 2-3 szwadronów. Kadry oficerskie tych oddziałów i morale były bez zarzutu (choć wyszkolenie co najwyżej średnie). Mimo tych niedostatków heroiczne szarże pułków ciężkiej kawalerii w kampanii jesiennej 1813 roku przeszły do legendy francuskiej armii. Jazdę liniową, przeznaczoną zarówno do przełamujących uderzeń jak i działań rozpoznawczo-osłonowych stanowili szwoleżerowie-lansjerzy (dragonów stanowiących w armii francuskiej trzon kawalerii liniowej nie było w Armii Bobru). Sześć takich pułków sformowano w 1811 roku na bazie oddziałów dragonów. Byli oni wyszkoleni i uzbrojeni na wzór polskich ułanów (choć oczywiście nie dorównywali im bitnością i doświadczeniem). Oddziały te walczyły bardzo dzielnie podczas kampanii rosyjskiej, ale podobnie jak reszta kawalerii zostały tam praktycznie zniszczone. Ze względu na problemy ze skompletowaniem odpowiednich kadr i koni pułki te liczyły jesienią 1813 roku po 2-3 słabe szwadrony. Zasadniczą masę lekkiej kawalerii stanowiły pułki strzelców konnych. Były to oddziały przeznaczone do rozpoznania, osłony i pościgu. Uzbrojenie stanowiła szabla oraz kawaleryjski karabinek. Choć stosunkowo silne liczebnie (od 400 do 850 ludzi) pułki te składały się z młodych i niedoświadczonych żołnierzy. Elitę lekkiej kawalerii stanowili huzarzy. Spełniali podobne zadania jak strzelcy konni a różnili się tylko mundurami. Także w tym przypadku po klęsce w Rosji obudowywano te pułki z młodych rekrutów a wyszkolenie zdecydowanie odstawało od poziomu prezentowanego przez francuską kawalerię jeszcze przed rokiem. W realiach kampanii 1813 roku problemem lekkiej jazdy był także niedobrany materiał koński oraz niekompletne uzbrojenie (zwłaszcza wśród huzarów zdarzały się całe oddziały pozbawione karabinków). Trzeba przyznać, że lekka kawaleria Armii Bobru dzielnie walczyła w tej krótkiej kampanii, jednak była zbyt słaba jakościowo oraz o wiele za słaba liczebnie żeby sprostać postawionym przed nią zadaniom. Francuska artyleria mimo klęski w Rosji zachowała doświadczone kadry i tradycyjnie wysoki poziom wyszkolenia. Jej podstawową siłą były kompanie ciężkie artylerii rezerwowej przydzielane do poszczególnych korpusów. Każda z nich była uzbrojona w 6 armat 12-funtowych oraz 2 haubice. Kompanie piesze wchodzące w skład dywizji piechoty posiadały po 6 armat 8-funtowych (po stratach w Rosji, gdzie przepadła większość armat 6-funtowych był to ponownie podstawowy kaliber francuskiej artylerii pieszej oraz 2 haubice. Bezsprzeczną słabością francuskiej artylerii pieszej była niska mobilność – jej kanonierzy maszerowali pieszo. Elitą artylerii były kompanie konne przydzielane dywizjom i korpusom kawalerii. Typowe wyposażenie takiej kompanii to 4 armaty 4-funtowe i 2 haubice. Francuska artyleria konna stosowała zaprzęgi 6-konne, co dawało jej bardzo wysoką manewrowość. Trzeba tutaj zaznaczyć, że główną siłą artylerii francuskiej była nie tyle liczebność, uzbrojenie czy doskonałe kadry, ale znakomita taktyka na polu bitwy. Żelazną zasadą była koncentracja możliwie zmasowanego ognia w wybranym czasie i miejscu, pozwalająca na zadawanie przeciwnikowi rozstrzygających ciosów.Rosja

W rosyjskiej piechocie także obowiązywał podział na pułki liniowe i lekkie (jegierskie). Według etatu miały one po dwa bataliony liczące w sumie około 1450 ludzi. W praktyce po stratach poniesionych w 1812 roku i kampanii wiosennej 1813 roku większość tych oddziałów miała albo po jednym niepełnym albo po dwa słabe bataliony. Dwa pułki tworzyły brygadę a trzy brygady ( w tym jedna jegierska) stanowiły dywizję. Z reguły posiadała ona silne wsparcie artylerii (przeważnie 2 baterie piesze – pozycyjną i lekką, w sumie 24 armaty). Walczące nad Kaczawą dywizje rosyjskiej piechoty miały bardzo niskie stany, 3-6 tyś. ludzi. Dwie lub trzy dywizje tworzyły korpus wzmacniany dodatkowo silnymi oddziałami kawalerii i potężną artylerią rezerwową. Wyżsi dowódcy rosyjskiej piechoty dysponowali przeważnie niezbędnym doświadczeniem. Bardzo często stosowali jednak taktykę zacofaną w stosunku do osiągnięć armii zachodnioeuropejskich. Mieli też z reguły bardzo mgliste pojęcie o współdziałaniu poszczególnych rodzajów broni. Wciąż obowiązywała zasada Suworowa „kula głupia-bagnet zuch”. Piechota liniowa szkolona była przede wszystkim do walki na bagnety w kolumnach batalionowych i tylko pułki jegrów miały pewne doświadczenie w walce tyralierskiej. Mimo tego, że szeregi tych oddziałów wypełniali przede wszystkim rekruci po krótkim przeszkoleniu była to formacja bardzo niebezpieczna w bezpośredniej walce. Decydowały o tym tradycyjne przymioty rosyjskiego piechura – imponująca odporność na wszelkie trudy fizyczne i psychiczne, wspaniała bitność i zdyscyplinowanie. Było to wojsko zdolne zarówno do dalekich marszów jak i uporczywej walki bez oglądania się na straty. W razie klęski nie traciło też łatwo morale. Wbrew potocznym opiniom piechota rosyjska raczej nie miała kłopotów z zaopatrzeniem. Była dobrze uzbrojona, ubrana i wyekwipowana. Rosyjska kawaleria składała się z pułków regularnych i bardzo licznych, ochotniczych formacji nieregularnych. Pułki liniowe w odróżnieniu od formacji francuskich mogły pochwalić się doskonałym wyborem ludzi i koni, doświadczonymi kadrami oraz dobrym uzbrojeniem i wyposażeniem. Teoretycznie pułk regularny miał według etatu w pierwszej linii 6 szwadronów po 179 ludzi. Kłopoty z uzupełnieniem szeregów po wcześniejszych stratach sprawiły, że do kampanii jesiennej 1813 roku rosyjska kawaleria wyruszała mając w pułkach od 2 do 4 szwadronów po 120 ludzi. Podstawą regularnej kawalerii w Armii Śląskiej były pułki dragonów. Lekkie formacje to przede wszystkim strzelcy konni (wyszkoleni i wyekwipowani na wzór francuski) oraz doskonałe pułki huzarów. Bardzo cennym wsparciem były oddziały nieregularne – Kozacy, Kałmucy i Tatarzy. Wypełniały one przede wszystkim zadania rozpoznawcze, osłonowe i pościgowe znakomicie uzupełniając działania formacji liniowych i ugruntowując przewagę kawalerii Armii Śląskiej wobec nielicznej i słabo wyszkolonej jazdy francuskiej. Kawaleria rosyjska tworzyła korpusy przeważnie po 2 dywizje regularne (każda po 3 dwupułkowe brygady) oraz 2-3 brygady kozaków. Formowano też korpusy z kilku samodzielnych brygad o różnym składzie. Rosyjska artyleria cieszyła się w czasach wojen napoleońskich wielką i zasłużoną sławą. Zdecydowanie przewyższała analogiczne formacje innych państw siłą ognia i liczebnością (5 armat na 1000 ludzi). Po reformie lat 1808-10 baterie pozycyjne artylerii pieszej miały w swoim składzie po 4 haubice 20-funtowe, 4 armaty 12-funtowe i 4 armaty 6-funtowe. Baterie lekkie uzbrojone były w 6 haubic 10-funtowych i 6 armat 6-funtowych (lub 8 armat i 4 haubice). Jak widać oddziały te były prawie dwukrotnie silniejsze od kompanii francuskiej artylerii pieszej. Rosyjska artyleria konna składała się z baterii mających w swoim składzie po 6 haubic 10-funtowych oraz 6 armat 6-funtowych (tutaj przewaga była wręcz miażdżąca). Ewenementem w rosyjskiej artylerii konnej była bateria wojska dońskiego wyposażona w 12 armat 3-funtowych (brała udział między innymi w bitwach nad Kaczawą i pod Lipskiem). Do dział lekkich stosowano zaprzęgi 4-konne a do dział ciężkich 8-konne. Rosyjskie konie pociągowe były małe, ale bardzo silne i wytrzymałe. W marszu kanonierzy siedzieli na lawecie, jaszczach i wozach amunicyjnych. Oddziałom artylerii nie brakowało zarówno doświadczonych oficerów jak i dobrze wyszkolonych żołnierzy. Jedynym problemem tej formacji było to, że wyżsi dowódcy nie zawsze wiedzieli jak właściwie wykorzystać na polu walki tak wielką siłę.

Prusy

Armia pruska była z pewnością najsłabszym ogniwem anty-napoleońskiej koalicji tak pod względem doświadczenia, wyszkolenia jak i bitności. Pruska piechota składała się z kilku formacji o zróżnicowanym składzie i wartości bojowej. Podstawę armii tworzyła pułki liniowe „starej” formacji. Każdy z nich składał się z 2 batalionów muszkieterskich oraz batalionu fizylierów. Każdy batalion składał się z 4 kompanii (po 2 plutony) liczących początkowo 800 a później 1000 żołnierzy. Formowanie tak silnych kompanii było podyktowane koniecznością wykorzystania oficerów do obsadzenia jak największej liczby nowo tworzonych jednostek. Muszkieterów szkolono jak typową piechotę liniową do walki w zwartym szyku. Innowacją wniesioną przez zreformowane w 1812 roku regulaminy było przeznaczenie trzeciego szeregu każdej kompanii do walki w tyralierze. W połączeniu z wyszkolonym jako lekka piechota batalionem fizylierów dawało to pruskiemu pułkowi imponującą siłę ognia znacznie przewyższającą pod tym względem słabo wyćwiczoną i działającą przede wszystkim w kolumnach piechotę francuską. Z kolei w starciu na bagnety siła uderzeniowa płytkiej (8-12 szeregów) kolumny pruskiej była stosunkowo słaba. Poziom kadry oficerskiej pułków piechoty była bardzo różny. Obok znakomitych, zdolnych do przyswojenia nowoczesnej taktyki dowódców nie brakowało rutyniarzy, zasklepionych w doświadczeniach z poprzedniej epoki czy ochotników, poza szczerym entuzjazmem, nie mających większego pojęcia o służbie wojskowej. Generalnie pruscy oficerowie ustępowali swoim francuskim przeciwnikom (jak również austriackim i rosyjskim sojusznikom), doświadczonym w dziesiątkach bitew przez lata ciągłych wojen. Szeregowi żołnierze byli z reguły dobrze wyćwiczeni. Wysokie było morale. Szczere pragnienie zemsty za zadane ojczyźnie klęski i upokorzenia sprawiały, że pruska piechota potrafiła walczyć twardo i nieustępliwie. Było to wojsko prezentujące dobry poziom fizyczny a także przyzwoicie ubrane i wyekwipowane. Z rezerwistów mających za sobą kilkumiesięczne szkolenie formowano pułki rezerwowe. Były one zorganizowane i ćwiczone tak jak „stara” piechota. Różniły się tylko gorszym doborem kadr i pochodzącym nieraz z zagranicznych źródeł uzbrojeniem i umundurowaniem (część z nich nosiła na przykład mundury angielskie). Prawie połowę pruskiej piechoty tworzyły pułki landwehry. Formowano te oddziały ze wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni w wieku od 18 do 45 lat (za wyjątkiem księży i nauczycieli) a nie przyjętych przez pułki liniowe i rezerwowe. Kadry były bardzo przypadkowe. Część oficerów była oddelegowana z jednostek regularnych. Resztę kompletowano z emerytowanych oficerów i starszych podoficerów. Poszczególne oddziały starano się formować z ludzi z tego samego terenu (wioska, miasto). Poziom wyszkolenia był bardzo niski. Ćwiczono przede wszystkim manewry w szyku zwartym i walkę na bagnety. Była to w sumie piechota o miernej wartości bojowej, niezdolna do stałego, wzmożonego wysiłku. Typowym zjawiskiem były zarówno dzikie szarże jak i paniczne ucieczki całych oddziałów, wysokie straty w każdej bitwie i wielkie ubytki „marszowe”. Wbrew rozpowszechnianej w następnych latach legendzie landwehra wcale nie przejawiała takiego zapału do walki jak formacje regularne. Było to doskonale widoczne zwłaszcza w kampanii wiosennej i szczególnie w przypadku landwehry śląskiej. W sposób znaczący morale oddziałów milicji podniosło się dopiero po jesiennych zwycięstwach i wyzwoleniu Dolnego Śląska. Stałym problemem tej formacji były ogromne kłopoty z zaopatrzeniem (powodowane pośrednio przez wyższych dowódców, którzy woleli dbać o formacje liniowe a nie „marnować” swoich zasobów na niepewną milicję). Pułki landwehry prezentowały w warunkach frontowych siłę 3-4 batalionów po 450-600 ludzi każdy. Uzupełnieniem piechoty liniowej, rezerwowej i formacji milicyjnych były oddziały gwardii królewskiej, bataliony grenadierów formowane z kompanii wyborczych pułków liniowych oraz ochotnicze oddziały jegrów szkolonych do walki w tyralierze przy użyciu gwintowych sztucerów. Możliwości bojowe pruskiej piechoty (każdej formacji) poważnie ograniczała fatalna jakość uzbrojenia. Karabiny pruskie, zwane powszechnie „krowimi nogami”, były bardzo ciężkie i nieporęczne a do tego mało celne. Można stwierdzić, że generalnie broń palna z krajów niemieckich znacznie ustępowała swymi parametrami (może poza sztucerami gwintowanymi) karabinom francuskim nie mówiąc już np. o angielskich. Także pruska kawaleria dzieliła się na pułki liniowe i ochotnicze. Ciężką jazdę stanowili kirasjerzy (nie noszący kirysów) i dragoni. Podobnie jak w innych armiach na polski wzór sformowano pułki ułanów. Główną siłą lekkiej kawalerii byli huzarzy. Istniały także doborowe oddziały królewskiej gwardii konnej oraz ochotnicze oddziały jegrów konnych przedzielane do pułków regularnych. Była to generalnie jazda dobrze wyszkolona, wyekwipowana i na dobrych koniach. Podobnie jak w piechocie bardzo różny był poziom kadry oficerskiej. Pułki pruskiej kawalerii liniowej występowały do walki przeważnie w sile 4-6 szwadronów liczących od 600 do 800 ludzi. Uzupełnieniem formacji regularnych była milicja konna oraz jej elitarna formacja tzw. pułki Kawalerii Narodowej. Landwehrę konną szkolono jako lansjerów. Tworzyła ona pułki w sile 4 słabych szwadronów. Oczywiście ich wartość bojowa była zdecydowanie niższa niż w przypadku oddziałów liniowych. Przy lancy jako podstawowej broni praktyczna znajomość jej użycia była mizerna. Kawaleria narodowa miała w teorii być elitą milicji konnej. Tworzyła pułki w składzie 4-5 silnych szwadronów szkolonych na wzór lansjerów lub huzarów. Obie formacje wzmacniano niekiedy oddziałami jegrów konnych. Pruska artyleria mimo swej liczebności nie prezentowała ani siły ognia rosyjskich sprzymierzeńców ani doświadczenia francuskich przeciwników. Pozycyjne baterie piesze były wyposażone w 6 armat 12-funtowych i 2 haubice 10-funtowe a baterie lekkie w 6-funtówek i 2 haubice 10-funtowe. Baterie konne uzbrojone były w 6 armat 6-futnowych oraz 2 haubice 7-funtowe. Formowano także osobne baterie haubic wyposażone w 8 haubic 7-funtowych. Podstawą organizacji armii pruskiej były brygady składające się z różnych rodzajów broni. Typowy przykład takiej formacji to: pułk „starej” piechoty, pułk rezerwowy, 1-2 pułki landwehry pieszej, pułk lekkiej kawalerii, pułk landwehry konnej i bateria artylerii pieszej. Korpusy tworzono z 3-4 takich brygad. Wzmacniano je także 2-3 brygadami kawalerii rezerwowej oraz odpowiednio silną artylerią i służbami wsparcia. Oddziały doborowe w składzie korpusu z reguły grupowano w osobnej brygadzie. Armię polową uzupełniały także wystawiane prywatnym kosztem oddziały ochotnicze, tzw. freikorpsy. Miały one bardzo różny skład, uzbrojenie i umundurowanie oraz wartość bojową. Do najsłynniejszych oddziałów tego typu należał z pewnością freikorps Lützowa. O jego sławie i romantycznej legendzie zadecydowały nie jakieś szczególne osiągnięcia bojowe, ale fakt, że skupiał w swoich szeregach wielu przedstawicieli młodej niemieckiej inteligencji. Wartość bojowa tej formacji była raczej mała. Znacznie wyższy poziom prezentowały oddziały von Hellwiga czy mjr. Därnberga.

Przebieg bitwy

Ranek 26 sierpnia był deszczowy. Padało całą noc. W nocy przednia straż korpusu Yorcka pod dowództwem płk. von Katzlera (6 batalionów piechoty, 2 kompanie jegrów, 12 szwadronów kawalerii, 12 armat) rozłożyła biwak na wzgórzach na wschód od Winnicy. O świcie piechota von Katzlera zajęła pozycje na wschód od Dolnego Krajowa przy drodze do Janowic Wielkich. Większość kawalerii wraz z baterią artylerii konnej przeszła na południe od Krotoszyc. 2 kompanie jegrów wschodniopruskich (około 400 ludzi) oraz 3 szwadrony kawalerii przez most na Kaczawie weszły do wioski. Po godz. 12.00 uderzyła na nie 2 dywizja lekkiej kawalerii gen. dyw. barona Roussela d’Hurbala z II korpusu kawalerii Sebastianiego (11 i 12 pułki strzelców konnych, 5 i 9 pułki huzarów, 2 i 4 pułki szwoleżerów-lansjerów, w sumie około 2800 ludzi). Ciągle padający deszcz nie pozwolił jegrom na użycie gwintowanych sztucerów, dlatego francuski atak wsparty przez artylerię konną bardzo szybko wyrzucił ich z Krotoszyc. W tym samym czasie na północ od Górnego Krajowa wyszły pierwsze oddziały XI korpusu gen. Gerarda prowadzone osobiście przez marsz. Macdonalda. W odległości około 1200 m na SE zauważył on kawalerię grupy von. płk. von Katzlera (pułk ułanów brandemburskich i wschodniopruski pułk kawalerii narodowej (około 1200 ludzi) stojącą na południe od mostu nad Kaczawą. Aby odblokować drogę kawalerii II korpusu Macdonald wysłał przeciwko Prusakom brygadę gen. Meuniera (3 i 14 pułki piechoty lekkiej – 2500 ludzi) z 36 dywizji piechoty gen. Charpentiera wspartą przez 2 baterie artylerii pieszej (w tym jedną 12-funtową). W tej sytuacji von Katzler zaczął wycofywać swoje oddziały w kierunku Bielowic do głównych sił korpusu Yorcka. Postępujące za nimi lekkie pułki Meuniera przeszły przez Winnicę na wzgórze Krowiarka i rozwinęły się w kierunku południowo-zachodnim zabezpieczając w ten sposób mosty na Kaczawie i Nysie. Od lewego skrzydła Meuniera stanęła brygada piechoty gen. bryg. Simmera (22 pułk piechoty lekkiej, 10 pułk piechoty liniowej – 3000 ludzi ). Dowództwo XI korpusu wraz z 35 dywizją piechoty, brygadą kawalerii gen. bryg. Montbruna oraz rezerwowym parkiem artylerii (około 5000 piechoty i 1000 kawalerii) przeszło na południe do Sichowa. Oddziały te rozwinęły się dalej na lewym skrzydle korpusu Louristona wypełniając tym samym lukę we francuskim centrum oraz osłaniając od południa przeprawy na Płaskowyż Janowicki. Około godziny 12.00 do Krotoszyc dotarły pierwsze oddziały 8 dywizji piechoty gen. dyw. Brayera (5 pułków liniowych, 2 pułki lekkie – około 5800 ludzi) idące na czele III korpusu gen. Souhama. Na rozkaz marsz. Macdonalda pułki Brayera miały przejść na Płaskowyż i zająć wzgórza na wysokości Dolnego Krajowa. Ponieważ most w Krotoszycach był blokowany przez kawalerię Sebastianiego 8 dywizja musiała czekać na przeprawę prawie 2 godziny. Ruszyła dopiero około godz. 14.00, zostawiając jednak w Krotoszycach swoją artylerię i tabory.
Dywizje lekkiej kawalerii korpusu Sebastianiego po wejściu na Płaskowyż Janowicki zajęły pozycje na lewym skrzydle 36 dywizji. W pierwszej linii rozwinęła się lekka kawaleria gen. Roussela opierając się lewym skrzydłem o Tyńczyk Legnicki. Między prawym skrzydłem 2 dywizji a piechotą Meuniera stanęły 3 baterie artylerii konnej II korpusu. Za artylerią zajęła pozycje 4 dywizja lekkiej kawalerii gen. dyw. barona Exelmansa (4, 7, 20, 23, 24 pułki strzelców konnych, 6 pułk szwoleżerów-lansjerów, 11 pułk huzarów – w sumie około 2600 ludzi). Manewry te utrudnione były przez ciągle padający deszcz. Ziemia rozmiękła od ulewy tak, że oddziały z najwyższym trudem posuwały się naprzód, szczególnie po drogach biegnących przez nadrzeczne wąwozy na Płaskowyż. Nysa i Kaczawa gwałtownie wezbrały i w wielu miejscach wystąpiły z brzegów. Drogi dojazdowe do mostów zostały w wielu miejscach zalane przez metrowej wysokości rwącą wodę. W błocie grzęzły zaprzęgi artylerii oraz tabory. Tworzyły się zatory poważnie opóźniające lub nawet uniemożliwiające wejście do walki poszczególnych jednostek Armii Bobru. Ich konsekwencją było min. pozostawienie na lewym brzegu dywizji ciężkiej kawalerii. Problemy miała nawet piechota. Wielu żołnierzy właśnie na przeprawach pogubiło buty. Trzeba tutaj podkreślić, że opisana sytuacja nie dotyczyła Płaskowyżu Janowickiego. Na jego obszarze mimo ulewy ziemia była na tyle twarda, że możliwe były działania dużych formacji kawalerii.Podczas gdy główne siły Armii Bobru wychodziły na Płaskowyż Janowicki na południu, między Mniszym Lasem i Łaźnikami V korpus gen. dyw. Lauristona przy wsparciu 35 dywizji piechoty gen. bryg. d’Henina z XI korpusu gen. dyw. Gerarda odrzuciły, stanowiący przednią straż lewego skrzydła Armii Śląskiej, rosyjski VI korpus gen. por. Szczerbatowa prowadzony osobiście przez gen. hrabiego Langerona. Wobec przewagi przeciwnika Rosjanie cofnęli się za linię Błotnicy i około godz. 12.30 rozwinęli się między Męcinką i Słupem. W pierwszej linii na lewym skrzydle stanął VIII korpus piechoty gen. por. de Saint-Priesta (ok. 7000 piechoty, 1400 regularnej kawalerii i 1200 Kozaków, 48 armat). W centrum rozwinął się IX korpus piechoty gen. por. Ołsuwiewa (6800 piechoty, 24 armaty). Prawe skrzydło zajął VI korpus piechoty gen. por. Szczerbatowa (9400 piechoty, 24 armaty). W drugiej linii jako odwód znalazł się X korpus piechoty gen. por. Kapcewicza ( ok. 8000 piechoty i 36 armat), I korpus kawalerii rezerwowej gen. por. Korffa (2700 kawalerii regularnej i 4500 Kozaków) oraz artyleria rezerwowa (55 armat).  Około godziny 14.00 szef sztabu Armii Śląska gen. mjr. von Gneisenau oraz kwatermistrz płk. Muffling osobistym rekonesansem ustalili, że Francuzi zajmują wzgórza na wysokości Dolnej Winnicy. Wobec takiego rozwoju wypadków Blücher zdecydował się na atak. Stojący dotąd bezczynnie pod Małuszowem XI korpus rosyjski gen. por. barona Osten-Sackena otrzymał rozkaz uderzenia na skrzydło i tyły francuskich wojsk stojących na Płaskowyżu. Rosjanie ustawili swoją artylerię na wzgórzu Gołębim na południe od Warmątowic. Otworzyli z tej pozycji ogień na oddaloną około 1500 metrów lekką kawalerię dywizji gen. Roussela. W tym samym czasie 16 dywizja piechoty gen. maj. Riepninskiego (2 pułki liniowe – 1100 ludzi), słynna 27 dywizja piechoty gen. maj. Niewierowskiego (4 pułki liniowe, 2 pułki jegrów – około 3000 ludzi) oraz 10 dywizja piechoty gen. mjr. Liwena III (3 pułki liniowe, 2 pułki jegrów – około 4000 ludzi) rozwinęły się między północno-wschodnim zboczem wzgórza Gołębiego i zachodnią częścią parku warmątowickiego. Wzdłuż drogi Warmątowice-Kościelec stanęła kawaleria gen. por. Wasilczikowa. W pierwszej linii rozwinęła się dywizja kozaków gen. maj. Karpowa II (8 pułków kozaków dońskich, 1 pułk kozaków ukraińskich, 1 pułk Baszkirów, 1 pułk Kałmuków – około 4000 ludzi). W drugiej linii stanęła 2 dywizja huzarów gen. maj. Łańskoja (4 pułki huzarów – 3000 ludzi) oraz 3 dywizja dragonów gen. mjr Panczuliczewa (2 pułki dragonów – 500 ludzi). Kiedy Rosjanie zajmowali swoje pozycje rozpoczął się atak korpusu Yorcka. Jego artyleria stanęła także na wzgórzu Gołębim, na lewo do baterii rosyjskich. Za artylerią zajęła pozycje kawaleria rezerwowa płk von Wahlen-Jürgatza (2 pułki dragonów, pułk ułanów brandemburskich, 4 pułki landwehry konnej – około 2500 ludzi). Na zachód od kawalerii rozwinęła się piechota. W pierwszej linii Yorck umieścił brygady gen. mjr. von Horna (pułk piechoty du Corps, batalion z Turyngii, 2 kompanie jegrów gwardii, 2 pułki pieszej landwehry, 3 szwadrony huzarów brandemburskich oraz 2 szwadrony konnej landwehry – w sumie 7300 piechoty i 600 kawalerii) gen. mjr. von Hünerbeina (brandemburski pułk piechoty, 12 pułk rezerwowy piechoty, pułk pieszej landwehry, 2 szwadrony huzarów brandemburskich oraz 2 szwadrony konnej landwehry – w sumie 6000 piechoty i 600 kawalerii). W drugiej linii stanęła brygada gen. mjr. ks. von Mecklembourg-Strelitz (2 pułki piechoty wschodniopruskiej, pułk pieszej landwehry, pułk huzarów meklemburskich – około 5200 piechoty i 500 kawalerii). Odwód stanowiła doborowa brygada płk. von Steinmetza (batalion grenadierów wschodniopruskich, batalion grenadierów pułku du Corps, batalion grenadierów śląskich, batalion grenadierów zachodnio-pruskich, 2 pułki pieszej landwehry oraz elitarny pułk huzarów du Corps – w sumie 7500 piechoty, 750 kawalerii). Jako pierwsza skrajem płaskowyżu uderzyła na pozycje brygady gen. Meuniera 8 brygada gen. mjr. von Hünerbeina wsparta przez część 7 brygady gen. mjr. von Horna. Celem tego ataku była francuska artyleria na wzgórzu Krzyżowa. Gwałtowny ostrzał nie zatrzymał pruskich kolumn. Dwa bataliony francuskiej piechoty lekkiej asekurujące baterię wycofały się za wzgórze. Trzeci został rozbity w walce na bagnety przez 2 batalion pułku brandenburskiego (według pruskich przekazów z 800 żołnierzy tego batalionu ocalało zaledwie 150, są to dane zawyżone, pułki brygady Meuniera miały w batalionach najwyżej po 500-550 ludzi). Prusacy kontynuowali natarcie spychając francuskich strzelców oraz wspierającą ich kawalerię. Przekonany o rychłym załamaniu się przeciwnika Yorck wezwał na pomoc piechocie brygadę dragonów (zachodnio-pruski pułk dragonów, litewski pułk dragonów) płk. hrabiego von Donnersmarcka, prowadzoną osobiście przez płk. von Wahlen-Jürgatza. W centrum i na prawym skrzydle rozwinął on w linię 6 szwadronów. Na lewym skrzydle ustawił eszelonami 3 szwadrony. Prawe skrzydło pruskiej szarży zostało odrzucone przez kawalerię gen. Roussela, który częścią swoich oddziałów wsparł piechotę Charpentiera (odznaczył się tutaj szczególnie 12 pułk strzelców konnych). Porażki dopełniło częściowe zniszczenie wspierającej atak dragonów Donnersmarcka artylerii konnej. Szwadrony lewego skrzydła wdarły się tymczasem na pozycje francuskiej artylerii i zdobyły nawet kilka armat. Chwilę później zostały jednak rozbite i zmuszone do ucieczki przez zdecydowany atak wchodzącej właśnie na Płaskowyż 8 dywizji piechoty gen. Brayera. Widząc kryzys pruskiego natarcia Sebastiani zdecydował się „pójść za ciosem” i rzucił do ataku 4 dywizję lekkiej kawalerii gen. Exelmansa. Jego pułki uderzyły na skrzydło pruskiej artylerii i front brygad von Horna i von Hünerbeina. Sytuację walczących w czworobokach Prusaków uratował ks. von Mecklembourg-Strelitz, który poprowadził do kontrataku 4 bataliony piechoty wschodniopruskiej wsparte przez 10 szwadronów kawalerii. Po zażartej walce francuska kawaleria musiała cofnąć się na pozycje wyjściowe. Tym razem Blücher postanowił przejąć inicjatywę i zarządził generalne uderzenie linie przeciwnika. Jako pierwsza ruszyła kawaleria Sprzymierzonych. Yorck wysłał do tego ataku całą rezerwę swojej kawalerii. Rosjanie uruchomili dywizje Łańskoja i Panczuliczewa oraz kozaków Karpowa. W sumie do ataku poszło prawie 80 szwadronów (ponad 9000 ludzi) regularnej kawalerii (z czego ponad połowa nie wzięła jeszcze udziału w walce) oraz 10 pułków kozaków. Nawet jeśli założymy, że część tych sił nie posunęła się zbyt daleko, żeby mimo wszystko zachować osłonę prawego skrzydła to reszta i tak wystarczyła do złamania oporu Francuzów. Sebastiani mógł im przeciwstawić tylko 35 szwadronów lansjerów, huzarów i strzelców konnych (po odliczeniu poniesionych tego dnia strat nie więcej jak 3800-4000 ludzi), co gorsze solidnie już zmęczonych. Bitwa kawaleryjska na Płaskowyżu Janowickim była kulminacyjnym momentem całego starcia. Skończyła się oczywiście zwycięstwem Sprzymierzonych. Francuzi stawili wprawdzie twardy opór jednak zdecydowana przewaga liczebna przeciwnika oraz groźba oskrzydlenia i odcięcia od przeprawy ostatecznie zmusiła dywizje Sebastianego do odwrotu. Teraz na placu boju pozostały już tylko pułki Brayera i Charpentiera. Stojąca w czworobokach piechota wśród ulewnego deszczu odpierała pierwsze ataki kawalerii Sprzymierzonych walcząc bagnetem i kolbą. Nie można było jednak długo utrzymać pozycji wobec przeciwnika mającego o prawie 4 razy więcej piechoty i miażdżącą przewagę w artylerii. Na chwałę francuskich piechurów przyznać trzeba, że w tak ekstremalnie ciężkiej sytuacji potrafili wycofać się w zorganizowanym porządku, nie mającym wiele wspólnego z paniczną ucieczką. Nie powiodła się tylko ewakuacja artylerii, którą bezskutecznie próbowała osłonić 1 brygada 8 dywizji. Przepadł prawie w całości park artylerii 36 dywizji, artyleria konna II korpusu kawalerii oraz tabory tych jednostek. Nieliczne armaty i wozy, które zdołano mimo wszystko ściągnąć z płaskowyżu porzucono w zatorach, jakie ponownie potworzyły się na podejściach do mostów. Do niewoli dostała się także część oddziałów walczących w straży tylnej i osłaniających francuską przeprawę. Być może straty Francuzów byłyby większe, gdyby nie to, że zmęczeni walką Prusacy nie ścigali ich zbyt opieszale a korpus Osten-Sackena nie został nieoczekiwanie zatrzymany pojawieniem się na jego prawym skrzydle głównych sił korpusu Souhama. Między godziną 16. a 17.00 10 dywizja piechoty gen. dyw. Alberta oraz (3 pułki liniowe, 1 pułk lekki – ok. 5000 ludzi) oraz 11 dywizja piechoty gen. dyw. Ricarda (4 pułki liniowe, 1 pułk lekki – ok. 4300 ludzi)), brygada lekkiej kawalerii gen. bryg. Beurmanna (pułk huzarów, pułk dragonów badeńskich – 1100 ludzi) oraz artyleria rezerwowa korpusu weszły na Płaskowyż Janowicki na wschód od Dunina. Na SE od Dunina rozwinęła się z kolei 9 dywizja piechoty gen. dyw. Delmasa (3 pułki liniowe, 2 pułki lekkie – ok. 4500 ludzi). Kawaleria Beurmanna natychmiast zaatakowała kozaków osłaniających prawe skrzydło Osten-Sackena i nawet przebiła się do piechoty. Sformowane pośpiesznie czworoboki zatrzymały jednak francuską szarżę. Ustawiona na Płaskowyżu artyleria 9 dywizji rozpoczęła ostrzał rosyjskich baterii na Wzgórzu Gołębim. Odpowiedź przeciwnika była jednak szybka i skuteczna. Także tutaj Francuzi musieli się wycofać. Dywizje Alberta i Ricarda walczyły przez pewien czas z prawym skrzydłem Rosjan jednak na wieść o klęsce na Płaskowyżu około godz. 18.00 pośpiesznie wycofały się za Kaczawę.
Zupełnie inny przebieg miała bitwa na lewym skrzydle armii francuskiej. Około godziny 14.00 wobec biernej postawy oddziałów rosyjskich gen. Lauriston postanowił zaatakować pozycje przeciwnika na skraju Chroślic. Szturm przygotowała artyleria V korpusu, wsparta przez rezerwowe baterie XI korpusu ustawione wzdłuż drogi Sichów-Chroślice. Zdecydowany atak 16 dywizji piechoty gen. dyw. Maisona (3 pułki liniowe – ok. 6200 ludzi) i najsilniejszej w Armii Bobru 19 dywizji piechoty gen. dyw. Rochambeau (4 pułki liniowe – prawie 9000 ludzi) odrzucił jegrów przeciwnika w stronę Męcinki. Langeron próbował ratować sytuację kontratakiem części I korpusu kawalerii gen. por. Korffa. Ciągle padający deszcz uniemożliwił francuskim piechurom strzelanie, ale mimo tego odparli jazdę przeciwnika walcząc bagnetami i kolbami. Atakując dalej piechota Lauristona wdarła się do Chroślic i około godz. 16.00 zdobyła Górę Kamienną oraz Górę Winnik zmuszając do odwrotu stojące tam baterie rosyjskiej artylerii. Zagrożony załamaniem lewego skrzydła Blücher skierował na pomoc Langeronowi brygadę von Steinmetza. Atakując przez Słup starł się on z 35 dywizją piechoty gen. d’Henina (ok. 6000 ludzi) osłaniającą lewe skrzydło Louristona. Wraz z brygadą kawalerii Montbruna zatrzymała ona natarcie Prusaków. W tym samym czasie Langeron rzucił do kontrataku w kierunku Chroślic 9 dywizję piechoty gen. mjr. Udoma II (Naszemburski, Riajski i Jakucki pułki liniowe – ok. 2700 ludzi). Rosjanie wsparci silnym ogniem artylerii jeszcze raz wdarli się do wioski. W ulewnym deszczu ciężkie walki na bagnety trwały prawie do północy, po czym dywizje Lauristona rozpoczęły odwrót w kierunku Złotoryi. Główne siły pobitej armii wycofywały się w kierunku Legnicy, po czym oba skrzydła połączyły się odchodząc na Bolesławiec i Lwówek.
Bitwa była skończona. Precyzyjne określenie strat, jakie tego dnia poniosło obie armie jest dość trudne, zwłaszcza w odniesieniu do Armii Bobru. Po stronie francuskiej dokładnie znane są tylko ubytki w broni ciężkiej i sprzęcie pomocniczym – 36 armat, 110 wozów z amunicją, 2 ambulanse i 4 kuźnie polowe. Straty w ludziach to najprawdopodobniej 5000-7000 zabitych i rannych oraz około 1400 wziętych do niewoli (głównie z oddziałów walczących na Płaskowyżu Janowickim). Straty Armii Śląska były podobne – około 8000 zabitych i rannych.
Fatalne skutki dla cofających się Francuzów miał upadek morale. Już po wycofaniu się do Złotoryi oddziały Lauristona pobite przez Rosjan Langerona straciły prawie 4000 ludzi (z tego połowę jeńców) i 6 armat. Kolejna klęska spotkała ten korpus 29 sierpnia pod Lwówkiem. 17 dywizja piechoty gen. dyw. Puthoda (nie brała udziału w bitwie nad Kaczawą) odcięta od sił głównych została zmuszona do kapitulacji. Do niewoli pomaszerowało 3 generałów i 4000 żołnierzy. Rosjanie zdobyli też 16 armat i 3 orły pułkowe. 31 sierpnia na wieść o klęsce Sprzymierzonych pod Dreznem Blucher wstrzymał pościg. Zatrzymując swoje oddziały na linii Kwisy. Pobita przez niego Armia Bobru wycofała się za Nysę Łużycką. Napoleon definitywnie utracił Dolny Śląsk.
Podsumowanie strat poniesionych przez Francuzów między 19 a 30 sierpnia to 12000 zabitych i rannych, 18000 jeńców ( w tym 3 generałów), 103 armaty, przeszło 300 wozów z zaopatrzeniem i 3 orły pułkowe (134, 146 i 148 pułków piechoty liniowej). Armia Śląska utraciła 22000 ludzi, ale zwycięstwo i dostatek zaopatrzenia pozwoliły zachować jej morale.

Ocena bitwy

O bitwie nad Kaczawą można powiedzieć, że nie tyle Blücher ją wygrał, ale Macdonald przegrał. Klęskę Francuzów przesądziły nie działania przeciwnika, ale ich własne błędy. Zdecydowanie zawiodła koordynacja między centrum i lewym skrzydłem. Dywizje Souhama, które mogły przesądzić o wyniku starcia na korzyść Francuzów weszły na Płaskowyż Janowicki zbyt późno, kiedy bitwa była już przegrana. Także w centrum przeprawa przez Kaczawę prowadzona była zdecydowanie za wolno. W konsekwencji 2 dywizja ciężkiej kawalerii nie wzięła udziału w walce i pozostała na lewym brzegu. Wejście do walki tej elitarnej formacji, dysponującej potężną siłą uderzenia, mogła poważnie zagrozić całemu korpusowi Yorcka (już sama lekka kawaleria okazała się dla Prusaków niebezpiecznym przeciwnikiem). Swoją wartość bojową francuscy kirasjerzy już pokazali w tej kampanii pod Dreznem i potwierdzili później także w bohaterskich szarżach pod Lipskiem. W połączeniu z akcją Souhama, który mógł co najmniej zablokować uderzenie Osten-Sackena atak ciężkiej kawalerii miałby spore szanse przynajmniej na pobicie przeciwnika. Stało się jednak inaczej i na skutek całej serii błędów Francuzi musieli się wycofać. Była to oczywista porażka. Mitem jest jednak przekonanie, że Armia Bobru została w tej bitwie zupełnie rozbita. Mimo poniesionych strat wyszła z tego starcia zachowując zdolność bojową. Dopiero chaotyczny odwrót, w czasie którego Macdonald praktycznie utracił kontrolę nad swymi korpusami i poniesiona wówczas seria dotkliwych porażek a przede wszystkim ogólne załamanie morale przesądziło o klęsce Francuzów. Zwartość bojową zachowali tylko kirasjerzy, pełniący na całym szlaku odwrotu rolę straży tylnej. Można dyskutować, czy inny dowódca mimo przegranej bitwy mógłby zapanować nad armią, odbudować morale i spróbować jeszcze raz zaatakować przeciwnika. Osobiście wątpię czy w ogóle było to możliwe. W ciągu roku po klęsce w Rosji poziom armii francuskiej obniżył się drastycznie. Pułki, którymi Macdonald dowodził w 1812 roku, choć też już nie prezentowały poziomu legendarnej armii z lat 1805-1807, bez większych problemów przetrwałyby porażkę. Dla tych, które tworzyły w 1813 roku Armię Bobru klęska w bitwie nad Kaczawą i związane z odwrotem uciążliwości okazały się doświadczeniem zbyt ciężkim do udźwignięcia. Dopiero osobista interwencja cesarza pomogła odzyskać morale pobitych korpusów i przygotować je do pełnej poświęcenia i wielkiej odwagi walki pod Lipskiej.
Trzeba w tym miejscu rozprawić się z mitem o tysiącach Francuzów potopionych w Kaczawie w trakcie panicznego odwrotu z Płaskowyżu Janowickiego. Zdominował on obraz bitwy w potocznej wyobraźni, większość związanej z nią ikonografii i do tej pory straszy w niektórych nowożytnych opracowaniach. Pojawił się po raz pierwszy na szerszą skalę w pracach pruskich historyków 2 poł. XIX wieku. Był elementem kampanii, która miała odpowiednio udramatyzować to dość przypadkowe zwycięstwo Blüchera i uczynić je bardziej przekonującym. Drugorzędny cel to określenie decydującej roli oddziałów pruskich i częściowe odwrócenie uwagi od walki korpusów rosyjskich. Podsumowując temat można stwierdzić, że wersja o tonących w Kaczawie francuskich oddziałach nie ma żadnego potwierdzenia w wiarygodnych źródłach.
O tym jak poświęcone bitwie nad Kaczawą pruskie opracowania z 2 poł. XIX wieku przesiąknięte są propagandą świadczyć może jeszcze inny szczegół pojawiający się na praktycznie wszystkich, poświęconych bitwie obrazach – ślady klęski francuskich kirasjerów. Nawet u znanego z solidności R. Knötla zawsze znajdziemy gdzieś w tle uciekających karabinierów i kirasjerów (lub nawet dragonów), czy porzucone charakterystyczne kaski lub kirysy. Rozbicie legendarnej formacji francuskiej kawalerii miało dodać tej bitwie splendoru, podkreślić wspaniałość odniesionego w niej zwycięstwa. Jak to zwykle w takich wypadkach bywa, fakt, że dywizja Saint-Germaine’a w ogóle nie wzięła udziału w walce okazał mało istotnym, niegodnym zapamiętania szczegółem.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Szubienica we Wleniu

przez , 29.sty.2014, w Historia

Interesującym obiektem, który przez kilka stuleci oprócz wleńskiego zamka górował nad miastem, była murowana miejska szubienica. Urządzenie służące miejscowemu wymiarowi sprawiedliwości, na którego belkach, bądź przy jego murach wykonywano wyroki. W cieniu kamiennej szubienicy ginęli wszyscy ci, którzy weszli w konflikt z ówczesnym prawem, a ich występki kwalifikowały się do orzeczenia najwyższego wymiaru kary. Problem stwarzała prawidłowa lokalizacja dawnego miejsca kaźni. Dotychczas w większości przypadków, na podstawie przedwojennej mapy w skali 1:25.000 „Messtischblatt”, lokalizowano ja na Górze Szubienicznej (Galgenberg), na SE od miasta. Z kolei wzniesienie to, wraz z szubienicą, tak usilnie przypisywane miastu Wleń, służyło najpewniej właścicielom pobliskiej miejscowości Modrzewie. Obecnie część tego wzgórza została zniszczona przez piaskownię. Z dużym prawdopodobieństwem udało się określić położenie miejskiej szubienicy dopiero w marcu 2012 r., na podstawie mapy sporządzonej przez Christiana Friedricha von Wrede w latach 1747-1753, na zlecenie króla pruskiego Fryderyka II Wielkiego, gdzie uwieczniono tenże obiekt. Wszystko wskazuje na to, że stała ona na wzniesieniu położonym nad rzeką Bóbr po prawej stronie drogi Wleń – Jelenia Góra, między obecną Doliną Świerków a Czerwonym Wąwozem, czyli na SW od miasta. na jego szczycie odnaleziono pozostałości kamiennej konstrukcji, zbudowanej z różnej wielkości kamieni spojonych wapienną zaprawą. Średnica tego obiektu wynosi około 6-7 m, co odpowiada rozmiarom tego typu urządzeń. za nim teren opada gwałtownie w dół w kierunku rzeki Bóbr. Fundamenty są najlepiej widoczne od strony spadku terenu i w najwyższym miejscu mają około 1,2 m wysokości. Wielkość i kształt znalezionych pozostałości i wyraźne analogie z przebadanymi już innymi resztkami szubienic świadczą o tym, że są to prawdopodobnie fundamenty po szubienicy stojącej w tym miejscu. Przypuszczalnie w XIX stuleciu, po jej rozbiórce, wzniesienie to przekształcono na punkt widokowy. Dostrzegalne są jeszcze miejsca, w których obudowano ww. fundamenty precyzyjnie obrobionymi kamieniami połączonymi ze sobą zaprawa cementową z resztkami metalowych konstrukcji, prawdopodobnie barierek zabezpieczających.

Większość z nich odkleiła się od starszych części i spadła w dół w kierunku rzeki. Obecnie teren ten porośnięty jest wysokim lasem i zatracił swój widokowy charakter. Niemniej jednak stojące dawniej w tym miejscu urządzenie penitencjarne było doskonale widoczne z zamku i drogi do Jeleniej Góry oraz z miasta. Wleńska szubienica została wykonana z kamienia w formie cylindrycznej studni, na której koronie stały 3 filary podtrzymujące poziomo umieszczone belki egzekucyjne, tak przynajmniej przedstawiono ją na widoku miasta z XVII w. Do jej wnętrza prowadził otwór wejściowy, a obiekt ten mógł mieć wysokość 6-8 m. Zapiski kronikarskie potwierdzają również użytkowanie tego miejsca kaźni zgodnie z jego przeznaczeniem. W kwietniu 1588 r. zginął tutaj od katowskiego miecza pewien mężczyzna skazany za zabójstwo. W jego ślady poszedł w lipcu 1613 r. Caspar Hofmann, którego ciało dodatkowo wpleciono w szprychy koła egzekucyjnego za morderstwo dokonane na cieśli Melchiorze Schroterze oraz kradzież i cudzołóstwo. 2 listopada 1615 r. na łańcuchach zawiśli mieszczanie Caspar Graber i Elias Assmann skazani za kradzieże. W lutym 1616 r. ścięciem i pośmiertnym spaleniem ciała ukarano Georga Buttnera za złamanie przysięgi, nierząd i inne przestępstwa. Natomiast 24 maja 1644 r. wykonano karę ścięcia i położenia ciała na kole orzeczoną wobec pewnej kobiety, którą skazano za zabójstwo dziecka i inne „złe uczynki”. W styczniu 1706 r. Praska Izba Apelacyjna wydała wyrok na 5 skazańców, a były to dwie rodziny z Wlenia. Georg Liener miał zostać przywiązany do pala i żywcem spalony, jego żona Rosina Liener skazana została na wieczystą relegację, a wobec córki Anny orzeczono jedynie opuszczenie miasta. Wobec dwóch dalszych osób nakazano: Michaela Honiga na wygnanie z Wlenia na zawsze, a jego żonę Helenę Honing wypuszczono z aresztu bez stosowania jakichkolwiek sankcji. Do listy osób które ukarana na mocy prawa należy dołączyć Michaela Reinera, który w sierpniu 1606 r. we własnej stodole popełnił samobójstwo podrzynając sobie gardło. Jego ciało na polecenie Konrada von Zedlitza spoczęło obok fundamentów szubienicy. zapewne lista osób, które weszły w konflikt z prawem i zakończyły swój żywot na wleńskim miejscu straceń jest dłuższa, jednak nie sposób jej odtworzyć, ponieważ akta sądowe spłonęły podczas jednego z pożarów miasta.Nie wiadomo kiedy rozebrano wleńską szubienicę, musiała jednak jeszcze istnieć, podobnie jak ta z pobliskiego Modrzewia, w latach 20-tych XIX stulecia. Wówczas oba urządzenia zaznaczono na mapie topograficznej prawie na przeciw siebie, po obu stronach rzeki Bóbr. Wleńskie miejsce straceń najpewniej obsługiwali kaci z Lwówka Śląskiego lub Jeleniej Góry, a od XVIII w. miejscowy ród katowski nazwiskiem Schreiner, zamieszkujący drewnianą katownię zlokalizowaną w mieście, przy dzisiejszej ul. Kościelnej, która oprócz izb mieszkalnych mieściła cele więzienne.

Rzecz o drugiej szubienicy w Modrzewiach…

W kwietniu 2012 r. podjęto próbę odnalezienia pozostałości drugiej z wleńskich szubienic. Umiejscowiona ona była na zboczach Góry Szubienicznej (Galgenberg) w pobliżu wsi Modrzewie. Nie wiadomo kto i kiedy ją zbudował, a także kiedy ja rozebrano. Przypuszcza się, że mogła być wykonana z drewna i dlatego nie pozostał po niej widoczny ślad. Pomocne w określeniu lokalizacji okazały się mapy – jedna sporządzona przez Christiana Friedricha von Wrede w latach 1747-1753 i druga z 1824 r. Na tej drugiej szubienica została zaznaczona na skraju żwirowni. W trakcie penetracji terenu trafiono na znacznych rozmiarów plateau usytuowane tuż nad krawędzią mocno wcinającego się w zbocze wyrobiska. Niestety na powierzchni terenu nie udało się zlokalizować żadnych pozostałości w postaci kamiennego rumowiska czy fundamentów. Dopiero przy oględzinach terenu od strony żwirowni, w osypującym się piasku, zaczęły ukazywać się bryły starej zaprawy wapiennej, różnej wielkości, jak również kamienie z zaprawą przyklejoną do ich powierzchni. Na plateau rośnie kępa młodych lip. Przyglądając się bliżej, okazuje się, że wyrastają one ze starszego pnia nieistniejącego już drzewa. Zwyczaj sadzenia lip na miejscu rozebranych szubienic był wielokrotnie stosowany m.in. w Lubomierzu i Trzebielu. Jeżeli więc zatem jest miejsce usytuowania szubienicy, a po jej rozebraniu posadzono w tym miejscu lipę, to prawdopodobieństwo odkrycia fundamentów jest duże.

Lipa od stuleci związana była z funkcjonowaniem wymiaru sprawiedliwości, warto przypomnieć rosnące do dzisiaj w wielu miejscach Śląska lipy sądowe. Na wieloznaczną symbolikę lipy rzutuje fakt, że w wielu kulturach była czczona jako święte drzewo i jak sądzono, nie uderzają w nią pioruny. Lipie przypisywano żeńską zasadę bytu. uznawana była za drzewo bóstw miłości, życia rodzinnego. Żeński charakter lipy konotuje nie tylko związek drzewa z płodnością, życiem, witalnością lecz także ze śmiercią i upływającym czasem. Lipę wykorzystywano także w celach apotropeicznych, stanowiła ponoć najskuteczniejszy środek na schwytanie i unieszkodliwienie wampira, wodnika oraz innych demonów. lipa jest drzewem posiadającym zdolność do ciągłego odradzania się dzięki tzw. pączkom śpiącym, teoretycznie więc jest to drzewo nieśmiertelne. Spod lip rozciąga się widok na miasto, widać zamkową wieżę, jak również miejsce usytuowania miejskiej szubienicy pod zamkiem.(źródło: „Sudety” 05,06/12)

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

Sudeckie perły

przez , 28.sty.2014, w Historia

P1W 1612 roku ukazało się dzieło mistrza hutniczego Walentego Roździeńskiego o barokowym tytule „Officina ferreria abo huta i warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego”. Chociaż wierszowany, moralizujący i poetycki, jest to w gruncie rzeczy najstarszy polski prototyp podręcznika górnictwa i hutnictwa. Sporo miejsca poświęconego jest w nim skarbom Sudetów, w których „Jaspidy w Irzkienberku między Sudetami Osobliwe najdują z różnymi farbami, Hyjacynty, rubiny w Izerze najdują” i „Granaty, błyskające z czyrwona kamyki, Najdują w Izerwisie u rzeki i w potokach sudetskich”, a „przy wielkiej gorze Ryzenbergu ametyst wyborny sie bierze”. Wszystkie te klejnoty znajdowane są ta i współcześnie ale jest też wzmianka o drogocennościach, jakich próżno by dziś szukać w śląskich górach: „Pod Gryfibergą perły śliczne z rzeki Kwisy wyjmują, jak grochowe ziarna,tymi czasy”. W 1607 roku perłom kwiskim poświęcił ustęp w swym „Hirschbergischen warmen Bades” (Jeleniogórskie gorące źródła) inny znakomity przyrodnik Kaspar Schwenckfeldt z Gryfowa Śląskiego, autor wielu pionierskich publikacji o sudeckiej przyrodzie ożywionej, wodach mineralnych, skałach i minerałach.

Z jego pracy wiadomo, że perły pozyskiwano z Kwisy w rejonie Gryfowa i Leśnej oraz że charakteryzowały się różnymi kształtami, od idealnie okrągłych po wydłużone i zmienną kolorystykę, przy czym ceniono tylko odmiany białe, a czerwone (chodziło pewnie o różowe, bo małż ten typowo czerwonych nie wytwarza) i niejednolicie ubarwione traktowano jako niedoskonałe. Schwenckfeldt podaje także, iż muszle zawierały jedną lub dwie perły, rzadziej zaś więcej, ale drobniejszych. Nie tylko uczeni interesowali się owymi wytworami małżowymi, swą uwagą zaszczycały je również koronowane głowy, jak chociażby cesarz Rudolf II Habsburg, który w dokumencie z 1595 roku upoważnił górników Johanna Ecksteina i Leonharda Stadlera m.in. do poszukiwań pereł na terenie swych włości, wymieniając w dokumencie Karkonosze. Inny król, August II Mocny, opiekował się troskliwie młodocianymi skójkami perłorodnymi z Kwisy, w 1729 roku zabraniając odławiania aż do osiągnięcia przez nie dorosłości i ograniczając połowy osobników dorosłych.

Miłość możnowładców do mięczaków nie była rzecz jasna platoniczna. Od początków cywilizacji ludności, a w każdym razie jej bardziej majętną część, fascynowało piękno i blask tworów ukrytych w fałdach ciała różnych gatunków małży, czasami także ślimaków. Tradycyjnie najwyższe ceny osiągały perły morskie. Niestety pozyskiwano je tylko w ciepłych morzach, co zamieszkującym chłodniejszą strefę Europejczykom sprawiało kłopot. Imperium Osmańskie odcięło bowiem dostęp do najbliższych Europie perłorodnych wód Morza Czerwonego, izolacjonistyczna polityka Chin czy Japonii utrudniała pozyskanie tamtejszych pereł, a o perły indyjskie lub cejlońskie trzeba było konkurować z tamtejszymi władcami, gromadzącymi własne skarby perłowe. Złe stosunki z państwami Zatoki Perskiej oraz rozwinięte piractwo rzutowały na trudności handlu arabskimi perłami. Najmniej problemów stwarzał eksport pereł z rejonu karaibskiego, choć nie cieszyły się one aż taką estymą jak perskie i cejlońskie. W każdym wypadku daleki i niebezpieczny transport oraz długi łańcuch pośredników generował wysokie koszty. Należy tez pamiętać, że znalezienie perły nie jest proste, wymaga nurkowania w akwenach obfitujących w groźne zwierzęta, na trudnych dla niewyposażonego w specjalistyczny sprzęt człowieka głębokościach kilkunastu metrów i odszukania tam w krótkim czasie jak największej liczby małży właściwego gatunku. Wśród wydobytych z takim trudem muszli przeważnie tylko jedna na kilkaset, a nawet na tysiąc zawiera perłę, z których nie każda ma wartość jubilerską.P2W efekcie aż do XIX wieku podaż dobrych jakościowo pereł morskich na naszym kontynencie była niewielka i osiągały one zawrotne ceny. Z drugiej strony, w rzekach i jeziorach północnej i środkowej Europy powszechnie występował małż Skójka perłorodna (Margaritifera margaritifera), zwany też Perłoródką rzeczną, który jak sama nazwa wskazuje, produkował perły, choć w porównaniu z morskimi były one przeciętnie mniej kuliste, czasami wręcz bobkowate i posiadały trochę gorszy połysk i barwę. Dysponowały jednak olbrzymim atutem – jako łatwe w połowie, dostępne na miejscu i niewymagające tylu pośredników okazały się znacznie tańsze od tropikalnej konkurencji. Dlatego wykorzystywano je już w czasach fenickich i rzymskich, a w późnym średniowieczu pozyskiwano na dużą skalę, co szybko doprowadziło do przetrzebienia populacji oraz wymusiło ochrona jeszcze istniejących skupisk już na początku XVIII wieku. W tym celu, a także dla monopolizacji zysków, zbiór skójek uwarunkowano posiadaniem stosownych i rzadko wydawanych licencji, a kłusownictwo surowo karano, w wielu krajach odcięciem ręki. W XIX wieku intensywny połów pereł z perłoródek prowadzony był już tylko w Rosji.

W Sudetach centrum produkcji skójkowych pereł była Kwisa i jej dopływy, zwłaszcza Miłoszowski Potok, skąd zbiory trafiały do szlifierni działających od XVII wieku w Miłoszowie, Lechowie (dziś część Leśnej) i Pobiednej. Znajdowano je także, choć rzadziej, w Bobrze, Nysie Łużyckiej i Kłodzkiej oraz w potokach północnych stoków Gór Złotych. Jak wynika z relacji Schwenckfeldta, w Kwisie dominowały zapewne odmiany o barwie perłowej i różowawej, choć z innych źródeł wiadomo także o najrzadszych brązowych i czarnych perłach. Część okazów trafiała na dwór cesarski w Pradze, a później na królewski do Drezna, pozostałe przekazywano na zdobienia szat i sprzętów liturgicznych lub odsprzedawano kupcom. Bardzo możliwe, że z tutejszych pereł wyrabiano słynną aqua perlata, lek na choroby wszelakie, a zwłaszcza problemy gastryczne, oczne oraz gorączki. Przepis na owa wodę perłową podawał bowiem flamandzki lekarz i badacz minerałów Anselmus de Boodt, który oprócz funkcji opiekuna zbiorów przyrodniczych cesarza Rudolfa II służył mu poradami medycznymi, a po minerały i składniki lekarstw wyprawiał się często z Pragi w Sudety.

Sam cesarz zaś zainicjował poszukiwania pereł sudeckich, był tez wielkim miłośnikiem magii, w której perły wysoce ceniono jako składnik licznych czarów. masę perłową wyścielającą wewnętrzna stronę skorupek wycinano, przeznaczając na inkrustacje mebli, broni oraz do wyrobu drobnej galanterii, np. guzików. Z pozostałych skorupek aptekarze wytwarzali proszek sprzedawany jako medykament. Wreszcie mięso skójek wykorzystywała czasem miejscowa ludność na paszę dla świń. Ceny pereł kwiskich były zapewne różne, ale znany jest zapis, że w 1689 roku kupiec kupiona nad Kwisa perłę sprzedał za 2,5 talara, zaś nabywca odsprzedał ja za 5 talarów. W owej epoce 9 talarów płaciło się za patent mistrza sukienniczego, a za 5 talarów można było zatrudnić robotnika na 38 – 50 dni roboczych lub kupić 180 l wina krajowego. Intensywna eksploatacja w XVII wieku i w 1 poł. XVIII wieku nielicznych w Sudetach stref gdzie występowały skójki, doprowadziła do szybkiego wyginięcia miejscowych populacji o czym donoszono już w pierwszej dekadzie XVIII wieku. Wiadomo, że w latach 50-tych i 60-tych XVIII wieku małży w Kwisie było tak mało, że ostatniego królewskiego poławiacza pereł Kaspra Treublutha perłoródki doprowadziły do ruiny.P3Później nie prowadzono zorganizowanego zbioru pereł, choć sporadycznie miejscowa ludność trafiała na pojedyncze egzemplarze, a w 1802 roku znaleziono nawet grupę 41 małży, z której pozyskano aż 23 perły. Jeśli były one pełnowartościowe to jest to wynik nietypowy, bowiem zazwyczaj na kilkadziesiąt lub kilkaset skójek tylko jedna zawiera perłę. Z lat 90-tych XIX wieku pochodzą ostatnie doniesienia o żywych skójkach z Kwisy stwierdzonych w Kliczkowie i Osiecznicy. Kilkuletnie badania prowadzone tuż przed wybuchem I wojny światowej nie wykryły ani jednego osobnika w Kwisie, a także w Bobrze i Nysie Łużyckiej. Utrzymały się natomiast w potokach Gór Izerskich, gdzie w 1921 roku doliczono się 100 sztuk w dorzeczu Witki. Egzystowały tam zapewne aż do II wojny światowej, skoro w latach 50-tych naliczono po polskiej stronie granicy 67 pustych muszli w potoku Źrenica (obecnie Koci Potok) powyżej Zawidowa. Wobec braku żywych egzemplarzy 22 czerwca 1965 roku sprowadzono takowe z południowoczeskiego miasta Vodnany, w którym mieści się słynna szkoła gospodarki rybnej wraz z hodowlano-badawczymi akwenami nad rzeką Blanice. W rzece tej do dziś bytuje jedna z większych w Europie w miarę zdrowych populacji skójek.

70 sztukami czeskich skójek zasiedlono górną Kwisę nieopodal Rozdroża Izerskiego, a 30 reintrodukowano do Śnieżnego Potoku (aktualnie Wrzosówka) w Karkonoszach. Kontrola w lipcu tegoż roku wykazała, że nie przetrwał ani jeden osobnik. Ponieważ w kolejnych dekadach nikt nie spotkał perłoródki, to w 1983 roku wykreślono ów gatunek z listy zwierząt chronionych w Polsce jako nieistniejący na naszym terytorium. Pomimo braku doniesień o nowych znaleziskach wpisano go z powrotem na listę w 2001 roku. Być może proroczo, bowiem pogłoski o jego wyginięciu mogą okazać się przedwczesne, skoro w trakcie prac prowadzonych przez Instytut Ochrony Przyrody PAN w latach 2006-2007, znaleziono w Kocim Potoku w Górach Izerskich pewną liczbę pustych muszli tych mięczaków, co może sugerować, że skójka jest wśród nas lub całkiem niedawno była. Poszukiwania z ostatnich kilku lat nie doprowadziły jednak do ujawnienia tam żywych Skójek perłorodnych. Brak tez danych o współczesnym występowaniu skójki w czeskich Sudetach i w Górach Łużyckich. Na razie najpewniejszym sposobem zobaczenia sudeckiej skójki perłorodnej jest wizyta w Muzeum Przyrodniczym Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie eksponowane są dwie skójki (lewa 12,3 cm, prawa 11,5 cm) dorosłych osobników z Kwisy z widoczną perłą wielkości 9mm.

Zbieractwo skójek było jedna z przyczyn zaniku owego małża w Sudetach. Skójka słynie jako najbardziej długowieczne zwierzę słodkowodne, gdyż osobniki z jej populacji arktycznych żyją do 256 lat (szwedzka Laponia). Sudeckie skójki zapewne dożywały grubo ponad 100 lat, jako że potoki Karkonoszy i Gór Izerskich do ciepłych nie należą. Niestety jest także gatunkiem o niezwykle wysokich wymogach środowiskowych i znikomej tolerancji na zmiany wielu parametrów ekologicznych. Zagrzebana w piasku dennym zamieszkuje cieki o wartkim nurcie, dno nie może być muliste i zarośnięte, a woda nie powinna zawierać zawiesiny ilastej. Wymaga środowiska chłodnego i zdecydowanie oligotroficznego, czyli dość dobrze natlenionego lecz ubogiego w substancje odżywcze i organiczne, między innymi związki azotu i fosforu. Z tych powodów perłoródka nie pojawia się na żyznych nizinach, a wszelka działalność człowieka, nie tylko przemysłowa, ale i rolnicza lub hodowlana ma na nią zabójczy wpływ, zwłaszcza, że nie toleruje i innych zanieczyszczeń wody. Nie przebywa nigdy na obszarach bogatych w skały wapienne, bowiem wapń nie sprzyja jej egzystencji.P4Larwy skójki rozwijają się w skrzelach pstrągów potokowych, choć już nie pstrąga tęczowego, tak więc populacja tych małży jest w stanie utrzymać się wyłącznie w rzekach i potokach bogatych w rodzime ryby łososiowe. W efekcie wyśrubowanych wymagań ekologicznych areały występowania skójki w regionie sudeckim już pierwotnie były niewielkie, ograniczając się do rzek górskich, a i to z wyłączeniem bogatych w wapienie, margle lub marmury rejonów Gór Kaczawskich, Stołowych, Bardzkich i Krowiarek. Postępujące zasiedlanie przez ludzi dolin w górach nieuchronnie prowadziło do zmiany chemizmu wody i upadku miejscowych populacji, przyspieszonego przez ich połów. Często podaje się, że Sudety były jedynym obszarem egzystowania perłoródki rzecznej na terenie dzisiejszej Polski, ale w początkach XIX wieku wydobywano je też z Bzury powyżej Łęczycy. Ciekawa kwestia jest czy perły sudeckie mogły być wytwarzane przez inne słodkowodne małże, niewzmiankowane lub nierozróżniane przez źródła historyczne. W publikacjach naukowych enigmatycznie charakteryzuje się różne gatunki szczeżuj (Anodonta) i skójek (Unio) jako perłonośne. Przed 1950 rokiem skójka gruboskorupowa (Unio crassus) występowała w wartkich, czystych potokach Gór Opawskich i przedgórza Sudetów Środkowych, a szczeżuja wielka (Anodonta cygnea) zasiedlała bardziej powolne i muliste rzeki i jeziora Pogórza Izerskiego.

Ten ostatni gatunek żył również w rejonie Wałbrzycha – Nowej Rudy aż do lat 70-tych XX wieku. Szczeżuje pospolite (Anodonata anatina) sporadycznie opisuje się z regionu sudeckiego i współcześnie. Niewątpliwie wszystkie te zwierzęta produkują dość gruba warstwę masy perłowej wyścielającą wewnętrzna stronę ich skorupek i podobnie jak inne mięczaki posiadają warstwę macicy perłowej, w sporadycznych przypadkach mogą wytworzyć perłę, o czym są incydentalne wzmianki w publikacjach z minionych wieków dotyczących różnych krajów europejskich. Jednak żaden z omówionych gatunków nie robi tego na tyle często, by dało się mówić o realnym znaczeniu owych małży w pozyskiwaniu pereł. macicę perłową uzyskiwano z krajowych gatunków przede wszystkim ze skójki malarskiej (Unio pictorum), lecz preferuje ona obszary nizinne. Względnie liczne i dość dobrej jakości perły otrzymywano z azjatyckich gatunków obu ww. rodzajów, które w Polsce nie są obecne. Ostatnio pojawiła się w dolnej Odrze inwazyjna szczeżuja chińska (Sinanodonta woodiana), znana z tzw. półpereł, stwierdzono ja także na Morawach i Czechach, w zbiorniku Zehunsky Rybnik koło miasta Zehun, 70 km na zachód od Kudowy-Zdroju, ale nie dotarła jak dotąd na Dolny Śląsk.

Teoretycznie możliwe jest znalezienie w Sudetach również morskich pereł, tyle że skamieniałych. Na świecie zdarza się to niezwykle rzadko, gdyż perła zawiera dużą ilość konchioliny, substancji organicznej, która stosunkowo szybko, ulegając rozkładowi, prowadzi do spękania i rozpadu całej perły. Niemniej jednak w różnych regionach Ziemi znane są pojedyncze perły już w utworach triasu i jury, a trochę częstsze z kredy i kenozoiku. Morskiego kenozoiku brak jest w Sudetach, podobnie jak i całej jury i dolnej kredy, ale wychodnie kredy górnej powszechnie spotykamy w Górach Stołowych, Rowie Górnej Nysy Kłodzkiej oraz na Pogórzu Kaczawskim. W skała tych występuje licznie wymarły małż Inoceramus, a właśnie z tym rodzajem wiąże się brązowe, czarne i szare perły o rozmiarach od 1 mm do 3 cm znalezione w górnej kredzie w Teksasie. Są one przekrystalizowane, pierwotny aragonit po milinach lat przeszedł w kalcyt, więc połysk takich form nie dorównuje współczesnym perłom, choć z innych, młodszych lokalizacji, sprzed 40 mln lat, opisano unikatowe perły o prawie niezmienionej strukturze.

Zatem wędrując sudeckimi szlakami warto oglądać mijane skałki czy nie zabłyśnie wśród nich perła z minionych epok. Bardziej niecierpliwym, a niechciwym osobom pozostaje penetracja wapiennych jaskiń Gór Kaczawskich i Kotliny Kłodzkiej, w których na dnie zagłębień mogą czasem napotkać tak zwane perły jaskiniowe. Niektóre odznaczają się prawie idealnie kulistymi kształtami i widocznym połyskiem. Niestety nie maja one walorów jubilerskich, a swego powstania nie zawdzięczają mięczakom. W istocie są to skupienia nieorganicznego aragonitu, który wytrąca się wokół jakiegoś ziarna z kapiącej ze stropu jaskini wody (oolity). Przeważnie woda taka tworzy stalagmity i inne formy naciekowe, jednak jeśli ziarenko znajdzie się w niewielkim zbiorniku na dnie i obraca się pod wpływem uderzeń kropel, to aragonit będzie „obrastał” je ze wszystkich stron, tworząc koncentryczną struktura perły jaskiniowej.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , więcej...

Szubienica w Złotym Stoku

przez , 23.sty.2014, w Historia

Obiekt został odnaleziony dzięki badaniom sondażowym w 2010 r., a w 2011 r. przeprowadzono badania archeologiczne w trakcie których odsłonięto dobrze zachowany fundament złotostockiej miejskiej szubienicy, jak i objęły one swoim zasięgiem znacznie większy obszar. Fundament miał średnicę przeszło 6 m i grubość dochodzącą do 1 m. Był zagłębiony w podłoże do 0,5 m, dzięki czemu przetrwał w dobrym stanie do czasów współczesnych. Rozmiary odkrytych reliktów zbieżne są z zachowanym opisem szubienicy, która miała być konstrukcją „na 8 stóp wysoką i o średnicy 14 stóp”, czyli jej wysokość według opisu wynosiła 2,3 m, a średnica wewnętrzna 4,1 m. Dodatkowo na koronie studni stały 3 murowane lub drewniane słupy o wysokości około 2,6 m każdy, które podtrzymywały dębowe belki egzekucyjne, tworząc swoiste „okna”, w których wisieli straceni skazańcy. Cembrowinę szubienicy wymurowano ze specjalnie dobranych kamieni polnych, czasami tylko ociosanych w specjalny sposób. Do wnętrza konstrukcji prowadził zapewne otwór wejściowy być może umiejscowiony od strony miasta. Jednocześnie pozostałości te były świadkiem egzekucji, które odbyły się w Złotym Stoku po 1558 r., kiedy to wystawiona została murowana szubienica. Na ślady tych praktyk natrafiono w obrębie wykopu, który miał wymiary 10×10 m i swoim zasięgiem obejmował opisywane pozostałości. Zazwyczaj do szubienicy i zlokalizowanego w jej pobliżu miejsca straceń, w okresie jej funkcjonowania dostęp miał jedynie kat lub jego pomocnicy. Dla innych, mieszkańców tych ziem był to obszar złowrogi. Zbliżanie się do tego miejsca było odbierane jako nieczyste i nieobliczalne w skutkach. Piętno było zawieszane tylko w ściśle określonych przypadkach i to za sprawą specjalnych rytuałów. Dlatego nieodłącznym elementem każdej renowacji szubienicy był dźwięk bębnów lub piszczałek, który to miał, jak wierzono, odstraszać i przepędzać złe duchy. Jednym z takich zdarzeń były odbywające się co jakiś czas remonty urządzenia penitencjarnego. Zazwyczaj przed taka renowacją na miejsce był wysyłany kat lub jego pachołek, celem posprzątania całego placu straceń z zalegających tam kości ludzkich czy zniszczonych narzędzi egzekucyjnych, aby zobligowani do prac rzemieślnicy mogli przystąpić do realizacji nałożonego na nich zadania. Wliczały się  w to także szczątki skazańców, które mogły wisieć jeszcze na stryczkach lub leżeć porozrzucane w najbliższym sąsiedztwie. Praktyka taka była również stosowana w Złotym Stoku, o czym świadczy odkryty we wnętrzu byłej szubienicznej cembrowiny dół. W dole tym głębokim na około 0,6 m, przylegającym do fundamentu od strony południowej, znajdowały się cegły, fragmenty zaprawy, węgli drzewnych, kamienie, żelazne gwoździe i skoble oraz ludzkie kości bez porządku anatomicznego. Odsłonięto tam ponadto kompletny szkielet kota, będący „wizytówką” kata, który pełnił jednocześnie funkcję rakarza. Do jego obowiązków należało właśnie usuwanie martwych lub uśmiercanie bezpańskich zwierząt z obszaru miasta. Ludzkie kości natomiast znajdowały się w nieładzie i należały prawdopodobnie do jednej osoby. Szczątki te zostały zapewne zebrane w okresie do 2 lat po wykonaniu egzekucji. Świadczyły o tym odcinki kręgosłupa po 5 kręgów odnalezione wewnątrz dołu. Kiedy się tam dostały musiały być związane pozostałościami tkanki. Jak wiadomo proces pełnego zeszkieletowania zwłok na wolnym powietrzu trwał do 1,5 roku, a w skrajnych przypadkach nawet 2 lata. Także na placu przylegającym bezpośrednio do szubienicy od strony wschodniej natrafiono na dwa mocno zniszczone groby. Przyczyną ich złego stanu zachowania było to, że ciała zostały złożone w dołach o głębokości zaledwie 30 cm od powierzchni gruntu. Przez wiele lat kości były niszczone przez lemiesze pługa. Do obecnych czasów dotrwały tylko nieznaczne pozostałości szkieletów. Resztki te wystarczyły jednak, aby zrekonstruować pozycje, w jakich pochowano tych ludzi. Ich zwłoki złożono niezgodnie z obowiązującą ówcześnie liturgią. W grobie zlokalizowanym w narożniku południowo-wschodnim wykopu około 2 m od szubienicy, znajdowały się szczątki osoby złożonej na lewym boku z podkurczonymi i możliwe, że pierwotnie związanymi nogami. Z tego szkieletu zachowały się jedynie pozostałości kręgów, miednicy oraz kończyn dolnych. Druga z osób złożona została w podobnie płytkiej jamie w odległości 1 m na wschód od fundamentu. Pochowano ją na plecach na linii północ-południe, z głowa skierowaną na północ. Z tego szkieletu zachowały się tylko resztki górnej partii – kręgi, żebra, łopatki, obojczyk, żuchwa oraz fragmenty kończyn górnych. Odkryte szczątki należą do osób straconych na tym miejscu kaźni. W źródłach można odnaleźć szereg informacji potwierdzających wykonywanie na i przy szubienicy wyroków śmierci. Zgładzono tutaj m.in. w 1575 r. mordercę Pachmanna, jak również pewna dziewkę, zgodnie z wyrokiem wydanym przez Praska Izbę Apelacyjną 17 grudnia 1714 r. skazaną na karę stosu, Rosinę Neugebauerin. Spalono ja kilka tygodni później, najpewniej koło szubienicy. Na tym placu straceń żywot od katowskiego miecza zakończył w 1719 r. Gottfired Joseph Grosspitsch, z kolei jego wspólniczka została osądzona na pół roku pracy będąc zakuta w łańcuchy. W 1740 r. powieszono pewnego złodzieja, a drugiego zakuto w łańcuchy. Być może to na ich kości natchnięto się podczas prowadzonych badań archeologicznych. Szczątki znalezione wewnątrz szubienicy musiały zostać poddane wcześniejszej, długiej ekspozycji, zanim trafiły do jamy pełnej cegieł i kamieni. Mogło to nastąpić podczas jednego z udokumentowanych remontów jakim poddano to urządzenie penitencjarne. Znana renowacja szubienicy odbyła się np. w czerwcu 1740 r., a nadzorował ją otmuchowski kat Franz Ferdynand Hillebrandt. Nie wszystkie jednak orzeczenia sądowe kończyły się najwyższym wymiarem kary. Część osobników trafiała pod miejscowy pręgierz, który stał przed ratuszem albo pracowała na rzecz miasta lub gminy przez określony czas. Na taka kare skazano w 1734 r. Suzannę Geisslerin za słowne bluźnierstwo przeciw Matce Boskiej. Z kolei dwóch pracowników dniówkowych, Christoph Lauterbach i Hans Georg Filber, w 1738 r. musiało oddać się społecznej pracy przez okres jednego roku, obaj zakuci w łańcuchy. Złotostocki pitaval niewątpliwie jest bogatszy, jednak trudno zidentyfikować kolejne wykonane wyroki ze względu na brak akt kryminalnych, które najpewniej uległy zniszczeniu. Oba przypadki pochowanych osób są przykładem hańbiących pochówków określanych mianem oślich lub psich. Brak jakiejkolwiek liturgii i niewielka głębokość jam grobowych były przykładem pogardy żywionej wobec skazańca. Miały być także elementem kary, która nie kończyła się wraz z jego śmiercią, lecz posiadała swoją kontynuacje w formie, z jaką obchodzono się z ciałem. W następstwie był to najwyższy wymiar kary dla ówczesnych. pochówek niezgodny z liturgia chrześcijańską równał się jednocześnie odmowie dostępu do zbawienia. Włodarze Złotego Stoku planują wyeksponować pozostałości szubienicy i udostępnić je turystom.

(źródło: „Sudety” 10/11)

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

Szubienica w Lipie

przez , 23.sty.2014, w Historia

Lipa szubienicaRelikty murowanej szubienicy znajdują się na niewielkim wzniesieniu około 1 km na południowy-wschód od miejscowości Lipa. Obiekt zbudowano w formie cylindrycznej studni o średnicy wewnętrznej około 3,5 metra i wysokości około 3 metrów, z trzema kamiennymi filarami, z których do dziś zachowały się tylko dwa. Całość wykonano z nieociosanego kamienia, z wejściem od strony zachodniej. W przeszłości każdy z trzech filarów mógł mieć dodatkowe gniazda na belki, dzięki czemu istniała możliwość zainstalowania dodatkowych belek, w sumie 6, po dwie na każdym z filarów. Obiekt najprawdopodobniej posiadał również drewniany podest egzekucyjny biegnący na zewnątrz budowli. Miał on za zadanie ułatwić pracę wykonawcy wyroków. Podobne rozwiązanie techniczne widoczne jest do dziś w przebudowanej szubienicy w Złotnikach Lubańskich.

Stan tego obiektu, pozostającego w trwałej ruinie, nie przedstawia się zbyt dobrze i potrzebne są jak najszybsze prace zabezpieczające. Niewiele wiadomo o historii tego obiektu.W XIX-wiecznych publikacjach uważany był za ruiny pogańskiej świątyni, jednak wzmianka źródłowa, nie dotyczy bezpośrednio samej szubienicy, chociaż związana jest ze zdarzeniem natury kryminalnej z tej miejscowości. W zachowanych do dziś orzeczeniach Praskiej Izby Apelacyjnej, nadrzędnej instytucji odwoławczej między innymi dla Śląska, a zatem także dla ławników z Lipy, zachował się dokument z 11 października 1726 roku, adresowany do Georga Wilhelma von Reibnitza z Lipy, dotyczący wyroku jaki został wydany na miejscowego młodzieńca Hansa Adama Meiwalta, który miał się dopuścić grzechu sodomii z krową. Czyn ten był zagrożony najwyższym wymiarem kary i taka sankcja w większości przypadków kończyły się wydawane wyroki w innych ośrodkach.

Dla młodzieńca z Lipy wykazano się jednak daleko idącą wspaniałomyślnością i aktem łaski. Skazany miał zostać jedynie przymuszony do 6-letniej pracy. Z kolei niejakiego Christiana Schwartzera, który zwierzę przywiódł i przytrzymywał podczas niezgodnego z prawem, wiara i sumieniem czynu, za współudział skazano na zamknięcie w dybach i chłostę w wymiarze 15 uderzeń rózgą. Wyrok wydany wobec obu mężczyzn wyegzekwowano zapewne kilka tygodni po jego orzeczeniu. Musiał on dotrzeć z Pragi do Lipy oraz zostać publicznie odczytany dla ówczesnej społeczności. Miejscowy sąd musiał także przygotować się logistycznie do jego egzekucji. Warto byłoby przeprowadzić przy ruinach szubienicy badania archeologiczne, jednak ze względu na położenie zabytku i jego obecny stan techniczny nie będzie to sprawa łatwa.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

Totenburg w Wałbrzychu

przez , 23.sty.2014, w Historia

TWW Wałbrzychu wysoko ponad miastem wznosi się góra Niedźwiadki. W obrębie jej północnego stoku, na rozległym spłaszczeniu, znajduje się unikatowy zabytek epoki nazistowskiej – kamienne mauzoleum poświęcone miejscowym narodowosocjalistycznym bojówkarzom zabitym w różnych akcjach partyjnych. Podobnie jak inne tego typu obiekty, upamiętniało także niemieckich żołnierzy z danego regionu poległych na frontach I wojny światowej, a jako nietypowy lokalny akcent dodano inskrypcję dedykowana śląskim robotnikom, którzy zginęli na posterunku pracy. Duże znaczenie w wyborze lokalizacji miała rozciągająca się stąd rozległa panorama, co nie tylko wzmacniało doznania odwiedzających, ale przede wszystkim czyniło widocznym w znacznej części Wałbrzycha znicz płonący całodobowo nad mauzoleum.TW1Budowla ta była elementem ogólnoniemieckiego programu wznoszenia spektakularnych pomników chwały (Ehrenmal) czczących poległych w boju germańskich żołnierzy, ewentualnie wybitnych wodzów czy miejsca bitew. W odróżnieniu od wcześniejszych pomników ofiar konfliktu lat 1914-1918 obecnych prawie w każdej wsi i miasteczku Niemiec, które zazwyczaj były skromne w treści i formie, nakierowane na zachowanie pamięci o licznych zmarłych z danej miejscowości i stawiane z inicjatywy ich rodzin, hitlerowskie „sanktuaria” pełniły rolę propagandową jako ośrodki indoktrynacji społeczeństwa, zwłaszcza młodzieży, w duchu kultu śmierci za „Nowe Niemcy” i gotowości oddania życia w dalszej walce o idee nazizmu. W bogatej wizualnie oprawie urządzano tam wiece i uroczystości, były one też celem licznych turystyczno-ideologicznych rajdów młodzieży.TW2Obiekty takie miały wiele wspólnych cech: surową, monumentalną bryłę wzniesioną z naturalnego kamienia, często wzorowaną na architekturze militarnej, bardzo skromne zdobienia zewnętrznych fasad, bogaty wystrój wnętrza (mozaiki,posągi), w miarę możliwości eksponowane położenie na jakimś wyniesieniu oraz rozległy plac lub amfiteatr jako miejsce masowych zlotów. Wałbrzyski Ehrenmal to modelowy przykład takiego założenia. Jest on dziełem jednego z czołowych twórców wojskowej sztuki cmentarnej Roberta Tischlera. Jako naczelny architekt (1926-1959) Volksbundes Deutscher Kriegsgraberfursorge wprowadził nowe standardy projektowania niemieckich cmentarzy wojskowych w kraju i za granicą odchodząc od jednolitego wzoru i preferując indywidualne komponowanie każdego z nich w ścisłym związku z lokalnym krajobrazem, choć z bardzo skromną, niskopienna zielenią ogrodową.TW3Według jego koncepcji cmentarze te powinny być pomnikiem chwały żołnierza germańskiego, toteż wznosił okazałe, symboliczne mauzolea, pomyślane jako centra ideowe nekropolii. Wałbrzyski pomnik powstał w latach 1936-1938 i obejmował mauzoleum, spory plac defiladowy zaprojektowany na planie podkowy (60×50 m) z trzema wejściami i rzędem 14 masztów flagowych ulokowanych na obwodzie placu. Gmach mauzoleum ma formę prostokąta o wymiarach 28×24,5 m i wysokość 6 m od strony placu defiladowego, a 7,5 m od przeciwnej strony.Naroża są zbudowane w postaci kwadratowych baszt i lekko wysunięte przed linie muru, podobnie jak baszta wejściowa wysunięta 1,5 m przed ścianę. Prawie cały budynek składa się tylko z krużganka z ciągiem arkad obiegającego rozległy kwadratowy dziedziniec o boku 16 m.TW4Jedynie we wschodniej części mauzoleum znajduje się 6 sal, w tym dwie w basztach narożnych, gdzie wystawiano księgi pamiątkowe i z których jest przejście do niskich skrzydeł będących przedłużeniem fasady głównego gmachu, a zakończonych pokaźnymi mastabami zwieńczonymi orłem z rozpostartymi skrzydłami na kuli opatrzonej swastyką (kule i orły nie zachowały się). W rezultacie oba skrzydła z mastabami i fasada mauzoleum tworzą ścianę długości 50 m zamykającą plac defiladowy. Budynek ma rozległe piwnice głębokości do 4 m. Obecnie są częściowo zarwane. Na środku brukowanego dziedzińca wznosił się znicz z brązu w postaci zdobionej kolumny, z czterema lwami u podstawy i trzema nagimi młodzieńcami podtrzymującymi misę ogniową z wiecznym ogniem, minimalnie wystającą ponad poziom dachu. Było to dzieło berlińskiego rzeźbiarza i malarza Ernsta Geigera.TW5Gmach mauzoleum swoją formą, surowością kamiennych murów grubych na 60-70 cm, basztami, brakiem okien, zastąpionych sporadycznymi wąskimi strzelnicami, imituje z zewnątrz fortecę. Prawdziwy Totenburg. Atmosferę tajemniczości i surowości pogłębia jedyny zewnętrzny otwór wejściowy, wysoki, ale niezwykle wąski (78 cm szerokości) z niewielka rzeźbą w tympanonie (nie zachowała się). Wnętrza prezentowały się bardziej ozdobnie, dzięki wyłożeniu stropów krużganka złotą i marmurową, białą i niebieską, mozaiką z wiodącym motywem gwiazd, zróżnicowanej architekturze sklepień i portali wewnętrznych, płytom i inskrypcjom epitafijnym, płaskorzeźbie herbu Wałbrzycha, wspomnianemu zniczowi oraz dużej różnorodności użytego kamienia. Również bruk dziedzińca uformowano w ozdobne pasy, radialnie rozchodzące się od kolumny.TW6Płyty, bruki, napisy i mozaiki nie przetrwały do czasów obecnych, podobnie jak znicz. Prawie cały kompleks zbudowano z naturalnego kamienia, jedynie dachy i piwnice są z betonu, a część wewnętrzna ścian działowych w salach pełniących funkcję pomieszczeń technicznych, z cegły. Większość surowca sprowadzono z Opolszczyzny. Ściany mauzoleum, filary krużganka i oba skrzydła odchodzące od głównego korpusu wraz z kończącymi je wielkimi mastabami wykonano z bloków łamanego wapienia z rejonu Góry Świętej Anny. Jedyną lokalna skałą pojawiającą się w wałbrzyskim kompleksie jest czerwony, drobnoziarnisty piaskowiec, z którego wykonano elementy placu defiladowego przed mauzoleum, głównie schody wejściowe od strony drogi dojazdowej wraz z przyległym murem platformy, krawężnik wyznaczający zewnętrzny obwód całego placu i duże, 1×1 m, płyty podstaw masztów.TW7Niestety mauzoleum wałbrzyskie jest mocno zdewastowane i niezabezpieczone. Trudno zaprzeczyć, że obiekt ten powstał bardziej jako pomnik nazizmu niż miejsce upamiętnienia zmarłych i przywrócenie go do stanu pierwotnego nie wchodzi w rachubę. Jednakże z drugiej strony częściowo wyremontowany, zaopatrzony w tablice prezentujące na przykład architekturę w służbie ideologii hitlerowskiej i zbrodnicze skutki tegoż, mógłby być nie tylko atrakcja turystyczną, ale i pełnić swoiste funkcje dydaktyczne, tym razem już w duchu szowinizmu niemieckiego, a raczej wymownego ostrzeżenia przed totalitaryzmem.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Gorączka złota podlegnickich wzgórz – Mikołajowice

przez , 15.sty.2014, w Historia

Mikołajowice to wioska położona na północnym skraju Sudetów, we Wzgórzach Strzegomskich. Choć może się to wydawać zaskakujące, owe wzgórza kończą się w okolicach dzisiejszej autostrady niedaleko Legnicy. W tym miejscu znajduje się zjazd z tej arterii w kierunku Legnickiego Pola, skąd do wspomnianych Mikołajowic jest już bardzo blisko. Niewysokie, częściowo zalesione wzgórza w okolicy tej wsi kryją w sobie bogatą górnicza historię. Biblioteka publiczna w Legnicy ma w swoich zbiorach książkę pt: „Heimatbuch der beiden Liegnizer Kreise” z 1927 r. Na stronie z ilustracjami znajduje się interesująca fotografia na której przedstawiono ośmiu mężczyzn, sześciu stojących, dwóch siedzących, w przybrudzonych ubraniach, na chwilę oderwanych od pracy i ustawionych do zdjęcia. jeden z nich musi być kierownikiem/sztygarem sądząc po czystości jego pasiastych spodni. Kolejny dzierży piłę do drewna, inny siekierę, a za ich plecami piętrzą się stosy desek. W tle niewielka hałda, a na niej drewniana konstrukcja nadszybia oraz drabina wystająca z szybu. Zainstalowane jest także koło poruszane maszyną parową, służące zapewne do odwadniania. Podpis pod fotografia jest jednoznaczny: Die letzten Goldgraber von Nikolstadt, czyli Ostatni górnicy złota w Mikołajowicach. Zdjęcie pochodzi z 1898 r. i jest to pewnie ostatni znany nam akcent górniczej przeszłości tej miejscowości. Do 1344 r. Mikołajowice (Niklasdorf,Niclausdorf) były wsią jakich istniało wiele w okolicy. W tym roku jednakże zmieniło się wszystko – odkryto wydajne złoża złota w położonych nieopodal wzgórzach – zachodnim, położonym między Legnickim Polem a Mikołajowicami i wschodnim, między Mikołajowicami a Wądrożem Wielkim. Od południa granicę tego obszaru stanowiła wieś Strachowice. Ówcześni książęta legniccy do których należała ta okolica wiązali z odkryciem złóż złota wielkie nadzieje. Przejawem tego jest informacja, że w 1345 r. legnicki książę Ludwik I nadał Mikołajowicom miejskie prawa górnicze wraz z herbem przedstawiającym trzy szczyty i symbole górnicze – młotek i klin. nadanie praw miejskich niewielkiej osadzie miało przede wszystkim zachęcić do osiedlania się w niej gwarkom i zwiększenia rozmachu prac górniczych. Takim obrotem spraw zaniepokoili się nawet mieszczanie złotoryjscy, chojnowscy i lubińscy, a zwłaszcza legniccy obawiając się osłabienia praw przysługującym tym miastom. Książę Ludwik uspokajał jednak, że chodzi mu tylko o rozwój prac górniczych i że tereny te nie zostaną sprzedane bez ich zgody, na dokładkę zapewniając Legnicy monopol hutniczego przerobu koncentratu złota. W praktyce prawa miejskie Mikołajowic nigdy nie zostały w pełni zrealizowane, a po przejęciu w 1346 r. władzy w księstwie przez Wacława I została wydana gwarancja, że Mikołajowice nie będą konkurować w handlu z innymi miastami. Zmieniła się też nazwa miejscowości na Nikolstadt. Cała ta historia jest szczegółowo opisana w pracy dr Moscha pt. „Ueber den fruhern Bergbau um Nikolstadt in Schlesien zawartej w Allgemeines fur Geschichtsfunde des Preussichen Staates” pod redakcją Leopolda von Ledebara z 1831 r. Nadzieje na bogactwo wydawały się spełnione. W Codex diplomaticus Silesiae znajdują się nazwy kopalń na terenie Mikołajowic, w których wydobywano wtedy złoto. Były to kopalnie: Zum Schperling, Cranisch-Grunde, Zu den jungen Mausen, Zu den alten Mausen, Bey der Muhle, Bey dem See, Zum Reisicht, Zum rothen Berge, Zum Mosentzern, Kragnitschern Molatschern. Nazwy te zostały spisane ze sprawozdania z 1404 r. z zaznaczeniem, że dotyczą XIV w. Złoża okazały się bogate, a rzesza górników pracujących w okolicy miała wynosić nawet 15 tys.ludzi (!). Ocenia się, że uzyskiwano wówczas do 30 kg złota tygodniowo. Ówczesny książę legnicki Wacław wielokrotnie pożyczał pieniądze od legnickich mieszczan pod zastaw przychodów z mikołajowickich kopalń złota. Huta znajdowała się w Legnicy podobnie jak mennica (dzisiejsza ul.Piekarska). W 1345 r. pracował w niej Anastasio Venturi, Włoch, wybitny specjalista od reform monetarnych, znany w Europie. W latach 1345-1364 bito w niej złote floreny, których nazwa wzięła się od umieszczonego kwiatu lilii (flos), występującego wcześniej na monetach florenckich. Złote floreny legnickie oraz emitowane nieco krócej floreny świdnickie Bolka II były pierwszymi obiegowymi monetami złotymi na Śląsku i ziemiach piastowskich. XIV-wieczna gorączka złota trwała krótko gdyż już po około 20 latach, po 1364 r., brak jest wzmianek o działalności górniczej w tej okolicy. Kolejna próba podjęcia prac górniczych w tej okolicy następuje w 1404 r. Aemil Steinbeck w swoim dziele „Geschichte den schlesischen Bergbaues” z 1857 r. skrótowo ja opisuje. Syn księcia legnickiego Wacława – Ruprecht chce zawrzeć z Michaelem (proboszczem z Deutschbrodu) umowę na odwodnienie nieczynnych kopalń. Chce nawet udzielić prawa do prowadzenia prac górniczych i jednorazowo wynagrodzić w wysokości 50 grzywien złota. Proboszcz miał zapewniać, że odwodni kopalnie za pomocą urządzeń, które nie będą wymagały drogich w utrzymaniu kieratów konnych. Chodziło mu zapewne o zmyślne urządzenia odwadniające zwane kunsztami lub systemy sztolni odwadniających czy rozkopów. Ponieważ nie zachowały się żadne archiwalne informacje o dalszych losach tego kontraktu można przypuszczać, że nie udało się go zrealizować. Na tym kończy się średniowieczna historia górnictwa w Mikołajowicach.

Nie kończy się jednak pamięć o poszukiwaniu złota w tej okolicy i górnikach zachowana np. poprzez wystawienie sztuki teatralnej przez uczniów 24 stycznia 1771 r. (urodziny króla Fryderyka II), w „Ruebezahlider Schlesische Provinzblatter” z 1786 r., „Sammlung verschiedener Schriften uber Schlesiens Geschichte” z 1790 r., „Umrissvon preussischen Monarchie” z 1800 r. Również Stanisław Staszic w swoim dziele z lat 1805-1810 ” O ziemiorództwie Karpatów i innych gór i równin Polski” wspomina o złocie w Mikołajowicach: „…Gora ta Flins, cała jest z białego, litego kwarcu. W tym widać dawne wyroby na złoto, dziś wszystko zalane wodą. Te wyroby ciągną się wzdłuż Zolen aż do Lwiei gory (Loewenberg), a wzdłuż Lwiei gory do Nikolstadt…”. Wskazać na te różne źródła należy z tego powodu, że choć wygląd dawnych kopalń złota w tej okolicy nie był zbyt imponujący i niewiele różnił się od dzisiejszego, to jednak ich rozmach został zauważony i zapamiętany.

W 1898 r. von Kramsta i hr Pourtales podejmują się ponownie poszukiwania złota w okolicy Mikołajowic, a dokładnie w miejscu zwanym Roten Berge, pomiędzy Mikołajowicami a Legnickim Polem. Dziś to miejsce nosi nazwę Polskie Wzgórze. Według opisu zawartego w ” Heimatbuch der beiden Liegnizer Kreise”, pracowało tam 20 górników, którzy wydrążyli 42-metrową sztolnię, lecz niestety prace zostały uznane za nieopłacalne  i je zakończono. Fotografia przedstawiająca 20 górników przy wejściu do sztolni wisiała jeszcze w latach 20. XX w. w reprezentacyjnej sali w mikołajowickiej gospodzie.

Jakie jest geologiczne pochodzenie złóż złota pod Legnicą, które nie kojarzy się na pierwszy rzut oka z górnictwem złota? Zagadnienie to zostało zaprezentowane w dość przystępny sposób w dziele Tadeusza Dziekońskiego z 1972 r. „Wydobywanie i metalurgia kruszców na Dolnym Śląsku” : ” złoto występowało tam początkowo w magmowych żyłach kwarcowych w postaci rodzimych ziarenek, a także w pirytach. W trzeciorzędzie żyły te w wyniku wietrzenia i kaolinizacji granitów i gnejsów uległy zniszczeniu i utworzyły żwirowiska. Piaski i żwirowiska złotonośne występują więc między utworami trzecio- i czwartorzędowymi”. Natomiast prof A.Grodzicki z Instytutu Nauk Geologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego pisze: ” złoto występuje w postaci ziaren ostrokrawędzistych, nie obtoczonych, niekiedy w przerostach z kwarcem. jego większe koncentracje stwierdza się w stropie wkładek ilastych oraz nad wychodniami granitognejsów z Wądroża Wielkiego”. Jakimi technikami pozyskiwano złoto w okolicach Mikołajowic? Mikołajowickie złoto występuje w postaci ziarenek, bardziej w żwirze niż w piasku. Po wydążeniu szybiku, przebijając się przez wierzchnia warstwę rozpoczynano eksploatacje poziomu złotonośnego żwiru. Tradycyjnymi technikami (kołowrót) wyciągano go na powierzchnię w celu dalszej obróbki. Żwir musiał być przed płukaniem rozkruszany do czego używano ręcznych i nożnych stępów (moździerzy) oraz bardziej technologicznie zaawansowanego rozwiązania, tzn. tłuczki poruszanej kołami wodnymi. Dokładnie rozdrobniona skałę płukano następnie w płaskich drewnianych korytach lub w blaszanych naczyniach w kształcie patelni. Złoto jako cięższe pozostawało na dnie, a inne składniki wypłukiwała woda. Ten system mógł mieć kilka etapów. Szeregowo ustawiano koryta, co z pewnością spowalniało pracę, ale polepszało jej wydajność. Najstarszym sposobem zwiększania możliwości wychwycenia drobinek złota było układane w korytach owczych skór na których odkładało się złoto. Można wysnuć tezę, że koncentrat uzyskany po tym procesie mógł być później przerabiany w Legnicy, gdzie był oczyszczany i przetapiany. Dawnych mikołajowickich górników dręczył odwieczny problem odwadniania wyrobisk. Wzmianka o tym pochodzi już z 1404 r. kiedy to planowano wznowić prace górnicze, a odwodnienia miano dokonać bez zastosowania kosztownych kieratów konnych. Takie warunki spełnia budowa tzw. kunsztu, maszyny odwadniającej poruszanej siłą wody lub inne rozwiązanie jak budowa systemu sztolni odwadniających bądź rozkopów. Dostarczany do probierni koncentrat zawierał nie więcej niż 30-50% ziarenek czystego złota. Do procesu odżużlania niezbędnego przy takim zanieczyszczeniu niezbędny był ołów. Kolejnym problemem związanym z mikołajowickim złotem było większe niż w złotoryjskim zanieczyszczenie srebrem. Prof Grodzicki podaje: „należy zaznaczyć, że złoto występujące w okolicach Legnickiego Pola – Wądroża Wielkiego miało więcej zanieczyszczeń i domieszek niż złoto z okolic Złotoryi, które zawierało mniej srebra. Odbiło się to na różnej wartości tego kruszcu. Dokument pochodzący z 27 maja 1345 r. określa grzywnę złota z Mikołajowic na 11,5 marki, natomiast grzywnę złota ze Złotoryi na 12 marek. Analiza składu chemicznego złota wykonana za pomocą mikrosondy elektronowej wykazała 90,4% Au i około 9,8% Ag”. Osiągnięcie takiego stanu wiązało się z dodatkowym zabiegiem, gdyż wcześniejsze etapy obróbki nie były w stanie oddzielić srebra. Jedną z metod służących temu celowi była metoda inkwartacji,  która polegała na potraktowaniu oczyszczonego koncentratu kwasem azotowym. Kwas rozpuszczał srebro, złota nie. Metoda była pracochłonna, pomijając fakt, że pozyskiwanie kwasu azotowego tez miało swoją cenę. W procesie i tak zawsze pozostawały drobne resztki srebra, co obniżało próbę złota, a podwyższało koszt jego uzyskania. Mimo tych wszystkich problemów monety bite ze złota uzyskanego pod Legnicą zawierały 999 gramów złota w 1kg, co jest zaskakująco dobrym wynikiem.

W zbiorach Archiwum Państwowego w Katowicach znajduje się mapa o tytule: „Handzeichnung der Gegend von Wahlstadt, Nicolstadt, Gross Und Klein Wandris bis Mertschutz, mit den daselbst noch vorhandenen alten Pingen Und Quarz Felsen” (Rysunek obszaru od Legnickiego Pola, Mikołajowic, Wielkiego i Małego Wądroża po Mierczyce z nadal istniejącymi starymi pingami i skałami kwarcowymi) z października 1826 r. i wykonana została w Miedziance (Kupferberg) przez mierniczego Hellera. Miejsce wykonania (górnicze miasto Miedzianka) nie powinno dziwić – mimo, że opisywana mapa nie jest typowa mapą górnicza, to zawiera pozostałości po dawnym górnictwie złota oraz czynne kopalnie piasku i kamieniołomy bazaltu. Na mapie wyraźnie zaznaczone są dwa główne skupiska starych wyrobisk: większe – położone między Legnickim Polem, Strachowicami (Strachwitz) i Mikołajowicami oraz mniejsze – pomiędzy Mikołajowicami, Wądrożem Małym i Wądrożem Wielkim, bliżej tych dwóch ostatnich miejscowości. W legendzie mapy oznaczono dwa rodzaje tych pozostałości: na nieco ciemniejszym tle „starożytne, jeszcze dostępne pingi” (Uralte, noch vorhandene Pingen) oraz „zawalone, stare pingi” (Eingeakkerte alte Pingen). Ciekawostką jest zamieszczenie porównania trzech różnych miar. Obok siebie występują łatry pruskie (preussisch Lachter), kroki (Schritt) i pręty pruskie (preussisch Ruthen). Jednak najważniejsze na mapie jest przedstawienie bardzo licznej gromady starych wyrobisk. Tylko w charakterystycznym zalesionym fragmencie są 34 pingi (!), które do dziś są doskonale widoczne w terenie. Obszar tych wyrobisk oraz kształt tego częściowo zalesionego terenu niewiele się zmienił od 200 lat. Bardzo interesujące jest także porównanie stanu zachowania tego miejsca przy użyciu łatwo dostępnych dzisiaj programów komputerowych umożliwiających spojrzenie na Ziemię z satelity. Fakt, że w dalszym ciągu pozostały liczne ślady po gorączce złota najpewniej należy wiązać z trudnościami, jakich nastręczać mogły liczne i dość głębokie doły oraz znaczne jak na tą okolicę wzniesienie.W latach 70. i 80. XX w. na owych terenach były przeprowadzane prace archeologiczne, których celem było przede wszystkim rozpoznanie średniowiecznej techniki eksploatacji i wypłukiwania piasków oraz żwirów na terenie Dolnego Śląska. Pierwsze prace wykopaliskowe w rejonie Mikołajowic przeprowadzone zostały w latach 1973-1974 i objęły swym zasięgiem las pomiędzy Legnickim Polem a Mikołajowicami oraz obszar położony na SE od Wądroża Wielkiego. W ich trakcie przebadano dwa wyrobiska szybowe oraz pozostałości dawnych urządzeń płuczkarskich, wykonano również plan pomiarowy fragmentu stanowiska Legnickie Pole. Badania te stanowiły jedynie wstęp do kolejnych prac wykopaliskowych. Podjęto je w tym rejonie dekadę później w zachodniej części stanowiska Legnickie Pole. Wykopy badawcze o łącznej powierzchni 363 m2 założone zostały w centralnej części stanowiska. Współcześnie obejmuje ono powierzchnię około 60 ha, jednak, co potwierdziły jednoznacznie ratownicze badania z 1993 r., pozostałości dawnych robót górniczych rozciągają się na znacznie większym terenie. Jak wykazały badania archeologiczne, podstawowe znaczenie dla udostępnienia złóż na terenie opisywanego okręgu górniczego miały szyby. W związku ze współczesnym stanem zachowania reliktów dawnych robót górniczych trudno określić pierwotną liczbę założonych tu szybów. Według szacunkowych ocen przeprowadzonych w czasie prac powierzchniowych w zachodniej części stanowiska Legnickie Pole znajduje się około 1500 (!) zapadlisk po dawnych szybach. Archiwalne materiały kartograficzne wskazują, że obszar dzisiejszego stanowiska Legnickie Pole, stanowił pierwotnie największe skupisko reliktów działalności górniczej i być może właśnie tu znajdowały się najzasobniejsze w kruszec złoża. Duża część obiektów została zniszczona w wyniku prowadzonej działalności rolniczej. W rejonie Legnickiego Pola, Mikołajowic i Wądroża Wielkiego udało się rozpoznać metodą wykopaliskową 8 szybów górniczych. Jedynie dwa obiekty z tej grupy przebadano na znacznie większej głębokości (6 i 4,5 m poniżej obecnego poziomu gruntu), a są to szyb rozpoznany przez J.Kaźmierczyka w 1974 r. i szyb udokumentowany przez S.Firszta (badania z lat 1984-1985, 1987-1988). Pierwszy z nich został założony na planie koła o średnicy około 5 m. Górna część obiektu miała formę kielicha i jego średnica stopniowo zwężała się i na głębokości około 5 m wynosiła około 1,2-1,5 m. Prace dokumentacyjne zakończono na poziomie 6 m. Drugi z szybów założono na planie koła o średnicy około 6 m. Do głębokości 3 m miał on kształt doniczkowaty, przy czym w górnej części jego średnica wynosiła 4 m, a w części dolnej około 2,5. Od tej głębokości lej szybu przechodził w komin o średnicy 2 m. trudno odnieść się do sposobów zabezpieczenia pracy górników. W trakcie badań obu szybów nie stwierdzono obecności reliktów obudowy ścian wyrobisk, choć ze względu na głębokość prac eksploatacyjnych górnicy musieli stosować jakieś formy zabezpieczenia. Ich brak może mieć dwie przyczyny: bądź relikty konstrukcji drewnianych na rozpoznanych poziomach nie zachowały się do naszych czasów, bądź istniejące zabezpieczenia ścian rozebrane zostały jeszcze w średniowieczu i wykorzystane w innym celu, np. obudowy nowych wyrobisk. Hałdy odłożone w sąsiedztwie szybów i dość znaczna głębokość wskazują, że transport urobku odbywał się najprawdopodobniej za pomocą urządzeń mechanicznych – kołowrotu. Mógł być on zainstalowany na specjalnym pomoście. Odkrycie 6 dołów posłupowych w bezpośrednim otoczeniu wlotu szybu rozpoznanego przez Firszta świadczyć może o istnieniu tu zadaszenia chroniącego szyb przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Trzy płytkie, nieckowate zagłębienia, powstałe w wyniku działania dużego nacisku, stanowić mogą ślad po składzie urobku, być może odpowiednio selekcjonowanym przez doświadczonych górników.

Metody wypłukiwania złota

Urządzenia związane z tym aspektem prac górniczych znaleźć można m.in. w znanym dziele Jerzego Agricoli. Należy założyć, że odkrycia mikołajowickich złóż dokonano w pobliżu jednego z przecinających tą okolicę potoków i zapewne pierwsze roboty płuczkarskie prowadzone były przy naturalnych ujęciach wodnych, które po odpowiednim przekształceniu spełniały wymagania średniowiecznych górników. W pierwszej fazie prac, zapewne bardzo żywiołowej, kiedy gorączka złota sięgała zenitu, wykorzystywano do tych prac miejscowa sieć wodną tworzona przez Wierzbiak i liczne potoki oraz rzeczki. Wraz z postępem prac, a co za tym idzie, z zajęciem najkorzystniejszych miejsc pod budowę urządzeń płuczkarskich, rozpoczęto poszukiwania innych, lokalnych ujęć wody, nie gardząc zapewne wodą czerpana z szybów. Odkryte w trakcie badań wykopaliskowych w Legnickim Polu obiekty stanowią pozostałość takiego właśnie systemu, funkcjonującego po ustabilizowaniu się robót górniczych, bądź w ich końcowej fazie. Krótki okres ich rozwoju (dostępne źródła pisane wskazują na okres około 20-30 lat, począwszy od 1344/1345 do lat 60.XIV w., względnie schyłek tego stulecia) pozwala tak właśnie określić ich chronologię. Układ „płuczkarski” ten tworzyła siatka rowów (koryta/płuczki) i zbiorników, które mogły pełnić dwojaka funkcję – odwadniać znajdujące się w tym rejonie szyby wydobywcze lub/i pełnić jednocześnie role płuczek. Ze względu na brak odpowiednich analiz specjalistycznych, dzięki którym byłoby możliwe określenie, czy przemywaniu poddawany był faktycznie materiał złotonośny, nie można dokonać jednoznacznej i ostatecznej interpretacji opisanych założeń. Rowy o funkcji koryt/płuczek, w których mógł być prowadzony proces przemywania złotonośnego urobku, miał przebieg wschód-zachód, z odchyleniem na północ lub południe, co w większości przypadków odpowiadało kierunkowi przepływu wody. Ich szerokość była zróżnicowana i wahała się od 0,4 m do 1,2-2 m, jednak przeważnie posiadały od 0,4-0,6 m szerokości. Wypełnisko obiektu stanowiła przeważnie glinka kaolinowa, kaolin z domieszką odłamków kwarcu bądź rozdrobnionych brył kwarcowych. W obrębie ścian obiektów nie stwierdzono obecności drewnianych elementów konstrukcyjnych, choć na ich przebiegu istniały zapewne różnego typu zastawki, przegrody lub sita, regulujące przepływ wody, a zarazem pomagające w sposób właściwy prowadzić przemywanie urobku. Wyobrażenia podobnych płuczek, zbudowanych z wydrążonych pni drewnianych, znaleźć można u Agricoli. Można sądzić, że pewną rolę w tym aspekcie mógł mieć kształt nadany dolnej partii rowów, dodatkowo przegłębionych w stosunku do pozostałych odcinków obiektów. Odsłonięte w trakcie eksploracji kolejnego obiektu koliste zagłębienie o średnicy około 0,5 m, znajdujące się w poziomie środkowej partii koryta, stanowić mogło pozostałość pompy bądź naczynia drewnianego. Odsłonięte na terenie wykopów badawczych relikty dołów posłupowych świadczyć mogą o istnieniu dodatkowych obiektów, mających związek z prowadzoną tu działalnością płuczkarską, być może stanowiły one dla znanych ze źródeł ikonograficznych założeń, związanych z odzyskiem piasków i żwirów złotonośnych. Zbiorniki, w grupie tej znalazło się 6 obiektów, w układzie odkrytym w Legnickim Polu, miały za zadanie zebranie przemywanej frakcji. Ich wypełnisko stanowiła glinka kaolinowa z licznymi warstewkami przemytego piasku, materiał ilasty z domieszka kaolinu oraz bryłami i okruchami kwarcu. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że pierwotnie miały one regularna formę, zbliżona do prostokąta czy kwadratu. szerokość boków wynosiła od 1,8-2,3 do 3,3-4 m. Najmniejszy obiekt został założony na planie koła o średnicy około 1 m. Najczęściej miały one nieckowaty przekrój i cechowały się niewielka głębokością, od 0,1-0,15 do 0,3 m. Podobnie jak w wypadku koryt/płuczek, należy domniemywać istnienia nad nimi form zadaszenia bądź funkcjonowania w ich sąsiedztwie dodatkowych konstrukcji, związanych z odzyskiem złota. Wskazywać na to mogą relikty słupów odkryte w ich pobliżu. Złoża złota w rejonie okręgu mikołajowickiego występowały w żwirach kwarcowych. Zrozumiałym jest, że znacznie większe znaczenie w procesie obróbki i dalszego przemywania złotonośnego urobku miały te urządzenia, których zadaniem było kruszenie i rozdrobnienie żwiru. W badaniach archeologicznych nie rozpoznano założeń, które wiązać należy bezpośrednio z tymi czynnościami, jednak bryły kwarcu, często potłuczone, występowały licznie w większości udokumentowanych obiektów. Prace związane z kruszeniem prowadzone były za pomocą ręcznych bądź nożnych stęp, nie wykluczając zastosowania mechanicznego rozdrabniania w specjalnych młynach. Ich istnienie w Mikołajowicach poświadczać może obecność we wspomnianym już wykazie kopalń z 1404 r. kopalni o nazwie Bey der Muhle (tj. przy/koło młyna). Młyny zajmujące się rozdrabnianiem żył kwarcowych odkryte zostały w czasie badań archeologicznych na terenie Czech.

Kolejną grupą są znaleziska mające charakter obiektów mieszkalnych. Gorączka złota sprawiła, że w czasie zaledwie kilku lat w rejonie Mikołajowic ukształtował się ośrodek miejski. Budynki miały często charakter prowizoryczny, trudno było bowiem określić zasobność miejscowych złóż. na terenie pola górniczego funkcjonowały zapewne głównie tymczasowe schronienia dla pracujących tam ludzi w postaci zadaszeń i lekkich konstrukcji drewnianych (szałasy, ziemianki) ogrzewanych za pomocą ognisk. Prace archeologiczne w jakiś sposób to potwierdziły. W trakcie badań stanowiska Legnickie Pole udokumentowano obiekty wskazujące na obecność na jego terenie tymczasowych schronisk dla pracujących tam ludzi. Opisano płat zielono-szarej gliny, w kształcie wycinka koła lub owalu, w którego obrębie zarejestrowano 12 dołów posłupowych o średnicach 0,1-0,2 m. Obiekty te wskazują na istnienie w tym rejonie konstrukcji drewnianej, stanowiącej najprawdopodobniej zadaszenie miejsca pracy. W innym miejscu stwierdzono obecność reliktów paleniska o wymiarach 0,5×0,2 m. W obrębie nawarstwień jednego z wykopów udokumentowano 10 fragmentów cegieł o chronologii średniowiecznej. Znaleziska te świadczyć mogą o funkcjonowaniu na terenie pola górniczego nie tylko schronisk o charakterze tymczasowym, ale również domów o charakterze trwałym, być może ogrzewanych (odnaleziono fragment kafla). Wszystkie te górnicze odkrycia obecnie nie są widoczne. To, co można współcześnie zobaczyć, to ukryte wśród drzew zagłębienia, ślady po dawnych szybach. Istniejące tam tablice informacyjne, które są ustawione przy specjalnie wyznaczonym szlaku, umożliwiają odwiedzającym to miejsce, zapoznanie się z niezwykłą historia tego terenu.

(źródło: „Sudety” 01,03/11,K.Krzyżanowski,D.Wójcik)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

Szubienica w Lwówku Śląskim

przez , 02.sty.2014, w Historia

Główne miejsce straceń zlokalizowano na Szubienicznej Górze (Galgenberg) na zachód od Baszty Lubańskiej. Umiejscowienie nie było przypadkowe, bo pod wzniesieniem przebiegały dwie ważne drogi – do Gryfowa Śląskiego i Lubania, z których szubienica była doskonale widoczna. Grunt ten przyjął nazwę Galgenfleck, a jego lokalizacja była atrakcyjna, bo po rozbiórce szubienicy, w marcu 1820 r., sprzedano go na licytacji. Usytuowanie szubienicy doskonale spełniało funkcje prewencyjne, dla wszystkich opuszczających i przybywających do miasta od strony Górnych Łużyc. Nie było to jedyne miejsce kaźni służące lwóweckim ławnikom, ponieważ sporadycznie wyroki wykonywano też na „placu ścięć” lub „łące ściętych” przed Furtą Zamkową i na Rynku – tam szubienice stanęły w czasie wojny 30-letniej, m.in. 21 lipca 1623 r. i 25 maja 1640 r. Nie wiadomo dokładnie kiedy wystawiono drewnianą, a później kamienną szubienicę. Kronikarze podają rok 1165 jako czas wzniesienia murowanej konstrukcji. Informacja ta została potwierdzona źródłowo w przywileju wydanym w celu założenia winnicy na Górze Szubienicznej dopiero w 1367 r. Pomimo że szubienica nie przetrwała do czasów obecnych, zachowało się wiele informacji pozwalających na zrekonstruowanie jej wyglądu i rozmiarów. Wewnętrzna średnica wynosiła 18 stóp, grubość murów 2 stopy, co dawało niemal 6,5 m średnicy całkowitej. Rozmiary lwóweckiej szubienicy były zbliżone do wojcieszowskiej. Jeden z kronikarzy zobrazował jej północną stronę jako konstrukcję wzniesioną z kamienia, z 4 słupami egzekucyjnymi stojącymi na koronie cembrowiny szubienicy, między którymi rozpięto belki egzekucyjne. Nie znane jest przeznaczenie otworu/wnęki na wysokości 2-3 m nad ziemią w murze szubienicznym, uwiecznionego na rysunku. Autor w podpisie zaznacza, że obiekt nie posiadał wejścia i wspomniał, że urządzenie stoi przed Basztą Lubańską, w kierunku zachodnim. O istnieniu wejścia wspomina relacja z remontu, z maja 1573 r., ale możliwe jest, że w późniejszym okresie podczas któregoś z remontów, otwór prowadzący do wnętrza z nieznanych powodów został zamurowany. Na miejscu straceń wielokrotnie dokonywano skutecznej eliminacji jednostek uznawanych za szkodliwe i łamiące prawo, przez co lista straconych jest bogata. Wyroki wydawane przez miejscowych ławników odnotowywano w księdze, którą zdobiło przedstawienie szubienicy, koła egzekucyjnego, katowskiego miecza i pęku rózeg. W lutym 1556 r. powieszono 4 rzezimieszków, kolejna masowa egzekucja odbywa się 4 czerwca 1573 r. W orzeczonych wyrokach powieszenia często precyzowano rodzaj stryczka mającego posłużyć do jej wykonania. Przykładem mogą być zalecenia Praskiej Izby Apelacyjnej dla lwóweckich sędziów z 1691 r., w których to skazani za kradzieże zawiśli na łańcuchach. W 1575 r. ciało mężczyzny, któremu udowodniono morderstwo, rwano cęgami i łamano kołem. W czerwcu 1609 r. połamano kołem egzekucyjnym, a następnie spalono ciało Valentina Kretschmera, który dopuścił się zabójstw, podpaleń, włamań do kościołów, kradzieży i cudzołóstwa. Podobny los spotkał w 1611 r. Hansa Meissnera i rok później Christofa Langego. 5 listopada 1678 r. na miejscowym placu kaźni zostaje stracony Georg Glotsch za liczne włamania do kościołów, któremu kat ściął głowę mieczem, a następnie zwłoki położył na kole egzekucyjnym. za te czynności kat otrzymał wynagrodzenie w wysokości 2 talarów i 18 groszy. Koszt zakupu materiału na spodnie i pończochy dla skazanego Glotscha wyniósł ponad 12 groszy. Dodatkowo przed wykonaniem wyroku otrzymał tzw.śmiertelna koszulę, która kosztowała 22 grosze. Orzeczenia ławników wykonywano nawet wtedy, gdy skazany przedwcześnie zmarł w więzieniu. Jeśli szubienica była poważnie zniszczona miasto zarządzało jej renowację. Muzyka, dźwięki bębnów i piszczałek, odświętne odzienia podczas marszu do szubienicy nie służyły jedynie uciesze zebranych, ale miały także swój wydźwięk magiczny – ich zadaniem było odstraszenie złych dusz, duchów i mocy, które gromadziły się jak wierzono na miejscu straceń. Natomiast rozpoczęcie prac przez przedstawicieli władz i sądu gwarantowało zachowanie usilnie strzeżonego honoru i dobrego imienia. Kolejne remonty szubienicy przeprowadzano w czerwcu 1622 r. i październiku 1678 r. Niespodziewanego odkrycia dokonano podczas rozbiórki szubienicy w marcu 1820 r., gdy z polecenia referenta miejskiego w jej wnętrzu przy murze rozkopano ziemię, aby przekonać się czy zostaną odnalezione szczątki straconych. Pierwsza czaszkę znaleziono na głębokości około pół metra i kolejno wydobyto leżące naokoło 14 czaszek i innych kości. Rozkopano również środkowy plac wewnątrz szubienicy, gdzie odnaleziono 9 czaszek. Materiał pozyskany z rozbiórki szubienicy wykorzystano do budowy stajni na jednej z posesji należącej do medyka, obecnie ul.Malinowskiego. Kronikarz prócz precyzyjnego zobrazowania lwóweckiej szubienicy, przedstawił obok niej wygląd kamiennego pręgierza.

(źródło: „Sudety” 07/10)

Komentowanie nie jest możliwe : więcej...

Szubienica w Lubomierzu

przez , 02.sty.2014, w Historia

Obiekt pierwotnie został zlokalizowany poza murami miejskimi na dobrze widocznym wzniesieniu terenu przy trakcie, który prowadził do Jeleniej Góry. Do szubienicy z Lubomierza prowadziła droga określana jako Armesunderweg – Droga Biednego Grzesznika. Odnalezione relikty pochodziły z wybudowanej w tym miejscu w 1607 r. kamiennej konstrukcji. Prawdopodobnie w ten sposób zastąpiono wcześniejszy drewniany obiekt, wzmiankowany przez cesarza Rudolfa II przywileju. Bogaty jest również lubomierski pitawal świadczący o częstym wykorzystywaniu szubienicy. W niedługim czasie po jej wybudowaniu, w lutym 1609 r., wyegzekwowano najwyższy wymiar kary na członkach bandy wyłapanej w okolicy, z której pięciu skazańców powieszono, a dwójkę łamano kołem egzekucyjnym. 5 sierpnia 1614 r. powieszono złodzieja Christopha Heindericha, a w październiku zgładzono oskarżoną o współudział w morderstwach, okradaniu kościołów, zabójstwo dwójki dzieci i prostytucję, Catharinę Hopner. Jej kaźń była okrutnym widowiskiem, kat rwał ją rozżarzonymi cęgami, odrąbano jej dłoń i pogrzebano żyjącą koło murowanej szubienicy. 2 sierpnia 1647 r. ścięto i pośmiertnie łamano kołem Adama Bartscha skazanego za zabójstwo. 20 października 1661 r. koło szubienicy spalono zwłoki, po wcześniejszej dekapitacji, sodomity, który spółkował z owcą. We wrześniu 1664 r. pod szubienicą pogrzebano samobójcę Antona Metziga. Ostatnia egzekucja według źródeł odbyła się 3 lipca 1676 r. wieszając złodzieja. Z pewnością egzekucje na tym placu kaźni odbywały się nadal, niewątpliwie do 2 poł. XVIII w., jednakże z uwagi na brak materiałów źródłowych uniemożliwia ich potwierdzenie.

Szczątki dwójki skazańców

Miejsce gdzie mogło pierwotnie stać urządzenie penitencjarne wytypowane zostało dzięki dokładnej mapie z początku XIX w. i pniu lipy, która rosła w tym miejscu, a po uszkodzeniu przez piorun, wycięto ją. Drzewo zostało posadzone na miejscu szubienicy, co potwierdziła odnaleziona podczas remontu lubomierskiego ratusza XIX-wieczna kronika miasta, zawierająca informacje o rozbiórce kamiennej szubienicy, podczas której odzyskano 104 funty materiału budowlanego i na pamiątkę zasadzono w jej wnętrzu lipę.

W pierwszym etapie badań archeologicznych wytyczony został wykop przy pozostałościach drzewa, zorientowany na linii N-S i wymiarach 10×4 m. Po zdjęciu cienkiej warstwy humusu, dochodzącego tylko do 15 cm głębokości, odsłonięto półokrągły zarys wchodzący w zachodni profil wykopu. Fundament w tej części został prawie całkowicie rozebrany. Zachował się jednak dobrze czytelny negatyw konstrukcji wypełniony porozbiórkowym gruzem i nielicznymi kamieniami większych rozmiarów nie wydobytych z pierwotnej podstawy fundamentu. Następnie wykop został poszerzony w kierunku W i objął obszar 10×11,5 m. W tej partii fundament był dobrze zachowany, w niektórych fragmentach znajdował się 5-10 cm pod powierzchnia ziemi. Przez okres dzielący rozbiórkę szubienicy do czasów obecnych, ten fragment pola był wyłączony z prac rolnych ze względu na rosnące drzewo, co uchroniło resztki szubienicy przed całkowitym zniszczeniem. Odkryty fundament składał się z kamieni dużych i średnich rozmiarów spojonych mocną zaprawa wapienną, stosunkowo płytki, dochodzący miejscami do 35 cm głębokości. Ława fundamentowa wahała się od 0,9-1,1 m szerokości. Konstrukcja szubienicy nie była idealnie okrągła, a maksymalna średnica dochodziła do 7 m. Wśród warstwy użytkowej jej wnętrza odnalezione zostały liczne luźne kości ludzkie, potwierdzające praktykę pozostawiania wiszących skazańców do całkowitego rozkładu tkanek miękkich. We wnętrzu pierwotnej szubieniczej cembrowiny odnaleziono podwójny pochówek. Choć kości były dobrze zachowane grób został w niektórych miejscach naruszony przez korzenie lipy, niemniej udało się w pełni odsłonić odnalezione szkielety i zadokumentować położenie kości. Dwójka złożonych do grobu osobników zmarła w nagły sposób, ich ręce zostały wygięte do tyłu i skrępowane, a ciała złożono w zbyt krótkiej jamie niedostosowanej do pierwotnego wzrostu pochowanych. Jeden z nich miał podkurczone w kolanach nogi, drugi leżał po przekątnej jamy grobowej. Układ jednego ze szkieletów wskazuje na skrępowanie prócz rąk także i nóg. Mimo dobrego stanu zachowanych kości brak było kości dłoni u tego osobnika. Dodatkowym, czytelnym elementem zabiegów hańbiących wobec obu pochowanych było złożenie ich twarzami do ziemi. Jama grobowa zorientowana była na osi N-W/S-E. Ciała zostały zakopane w tym samym czasie, jednakże nie wiadomo czy egzekucja miała miejsce jednocześnie.

W XVII w. w Lubomierzu wyroki wykonywał kat sprowadzany w razie potrzeby z Gryfowa Śląskiego, Lwówka Śląskiego lub Jeleniej Góry, a potwierdzone informacje o lubomierskim kacie pochodzą dopiero z 1 poł. XVIII w. Wzmiankowano wówczas mistrza Johanna Wilhelma Kuhna. Po rodzinie Kuhn katowskim rzemiosłem w Lubomierzu zajmowała się familia Haasse, następnie Birko.

(źródło: „Sudety” 06/10-09/11)

Komentowanie nie jest możliwe :, więcej...

Wybuch we wsi Młoty koło Wałbrzycha

przez , 21.gru.2013, w Historia

Podczas ewakuacji Niemców sudeckich po II wojnie światowej dochodziło do różnych nadużyć prawa. Najpodlejszą zbrodnią, której dopuszczono się przy tej okazji, jest ta z 7 maja 1946 r. mająca miejsce we wsi Młoty w powiecie wałbrzyskim. Tego dnia w Młotach wysiedlano Niemców. Dowiedział się o tym Niemiec Heinrich Streudel, który do tego dnia mieszkał w Młotach przy obecnej ul.Polnej 4. Wraz z synem Fritzem wsiedli na wóz konny i pojechali na pole skąd przywieźli skrzynię, którą zanieśli do mieszkania. Zobaczył to polski osadnik Stefan Peszyński i zapytał co maja w skrzyni. Ponieważ Niemiec nie chciał odpowiedzieć i pokazać skrzyni, Peszyńskiemu wydało się to podejrzane, udał się więc na posterunek MO w Młotach, powiadamiając o tej skrzynce. Milicjanci potraktowali sprawę poważnie i od razu dwóch z nich pojechało na ul.Polną, po czym weszli do budynku i zaczęli dobijać się do mieszkania Streudla. Wówczas nastąpiła eksplozja obracając w gruzy 3/4 budynku. Zabitych zostało 17 osób, a 2 ranne. na miejscu zginęli milicjanci, Stefan Peszyński, jego żona i matka. Zginęli również sprawcy wybuchu – Heinrich Streudel (właściciel domu), jego żona Emma, oraz dzieci – syn Fritz i córki Eliza i Ewa. Pozostałymi zidentyfikowanymi ofiarami byli, Hankiel Steindel (pracownik tut.gosp.rolnego), Anna Keczmer (żona górnika mieszkającego w tym domu) i Elfryda Walter (również żona górnika). Ciała pozostałych 5 osób, które zginęły zostały rozerwane na strzępy i rozrzucone w promieniu 200 m od epicentrum wybuchu. Ranna została siostra Stefana Peszyńskiego, Zofia, oraz Johanna Teschner zona innego z mieszkających tam górników. Dochodzenie wykazało, że Heinrich Streudel był członkiem NSDAP i pałał nienawiścią do Polaków. Jego czyn można było uznać ze swego rodzaju akt zemsty na Polakach. Był do tego dobrze przygotowany mając zakopaną na swym polu skrzynię z 20 kg materiału wybuchowego. Sprawa została przekazana do prokuratora w Wałbrzychu, ale wobec śmierci sprawcy nie było kogo ścigać. Opis zdarzenia można znaleźć w raporcie sytuacyjnym Komendy Powiatowej MO na powiat wałbrzyski za maj 1946 r. Na koniec małe wyjaśnienie co do lokalizacji miejscowości Młoty, a mianowicie najprawdopodobniej chodzi tu o położone u podnóża Gór Wałbrzyskich Kuźnice Świdnickie (Fellhammer) położone w pobliżu stacji kolejowej Boguszów-Gorce Wschód, przy linii kolejowej do Mieroszowa. W 1973 r. miejscowość ta została włączona w granice Boguszowa-Gorce stając się jedną z jego dzielnic.

(źródło: „Sudety” 04/10)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

Szubienica w Wojcieszowie

przez , 19.gru.2013, w Historia

Wojcieszów szubienicaSzubienicę wybudowano w pewnym oddaleniu od miejscowości, na skłonie wzniesienia o nazwie Trzciniec. Obecnie trudno z niego dostrzec leżące poniżej zabudowania Wojcieszowa. Inaczej jednak było w czasach funkcjonowania tego miejsca straceń. Teren wokół konstrukcji zapewne nie był zalesiony i ludzie zamieszkujący miejscowość dobrze widzieli wieńczącą wzgórze szubienicę i powieszonych na niej skazańców. Taka lokalizacja podyktowana była z jednej strony wymogami higienicznymi, z drugiej natomiast wymową symboliczną. Zwłoki skazańca mogły wisieć nawet do 2 lat, póki wiązadła trzymające kości nie rozłożyły się całkowicie i trup nie spadł na ziemię. Widok przykładnie ukaranego złoczyńcy miał zapobiegać rozwojowi przestępczości. Murowana szubienica w Wojcieszowie należy do najlepiej zachowanych obiektów tego typu w Polsce. Niestety nie jest znana dokładna data jej wybudowania. Przypuszczalnie pochodzi z XVII wieku, chociaż datowanie to jest bardzo ostrożne i wymaga głębszych studiów historycznych. Niegdyś takie konstrukcje stanowiły nieodłączny element panoramy prawie każdej większej miejscowości. Były one informacją dla mieszkańców i podróżnych, że tutaj przestrzega się ustalonych praw i surowo karze za popełnione przestępstwa.

Wojcieszowskie urządzenie straceń wyróżniało się swoją wielkością na tle innych szubienic murowanych. Jej budowa pochłonęła zapewne znaczne środki i trudno sobie wyobrazić, aby nigdy nie została wykorzystana do celów, dla których ją stworzono jak podawały do niedawna prawie wszystkie publikacje dotyczące jej historii. Badania archeologiczne na dawnych miejscach straceń w Polsce mają charakter nowatorski i koncentrują się głównie na obszarze Dolnego Śląska. Nie oznacza to jednak, że tylko tutaj występowały szubienice. Do wzrostu zainteresowania tymi obiektami przyczyniło się Stowarzyszenie Ochrony i Badań zabytków Prawa, z którego to inicjatywy podjęto także badania obiektu w Wojcieszowie. Miejsce wokół szubienicy, oprócz tego, że stanowiło plac egzekucyjny, było także terenem, gdzie chowano przestępców po wykonaniu na nich wyroku. Ciała ich, jako że należały do osób niegodnych, zmarłych śmiercią nieczystą, nie mogły być złożone w ziemi poświęconej. Z tego powodu z czasem wokół szubienicy powstawał swoisty cmentarz, określany mianem „fałszywego cmentarza”.Wojcieszów szubienica (1)Pochówki te charakteryzowały się brakiem określonych zasad co do ułożenia zwłok. Często ciało było wręcz bezładnie wrzucane do dość płytkiej jamy, co miało potęgować hańbę przestępcy. Dla ludzi żyjących w średniowieczu i wczesnych czasach nowożytnych bieg sprawiedliwości nie kończył się wraz ze śmiercią skazanego. Nikomu nie było też obojętne, co się stanie z jego ciałem po śmierci, toteż przywiązywano do tego zagadnienia szczególną wagę. Większość grobów odkrytych w trakcie badań archeologicznych przy szubienicach koncentrowała się w pobliżu samego obiektu. Jak w przypadku innej zachowanej szubienicy z obszaru Dolnego Śląska, w Miłkowie koło jeleniej Góry, najwięcej znalezisk grobów nastąpiło naprzeciwko zachowanego wejścia. Kierując się tą analogią, podobnie został zaplanowany wykop archeologiczny przy szubienicy wojcieszowskiej. Występujący w tym miejscu grunt był bardzo trudny do badań. Zawierał liczne kamienie i odłamki skalne, co hamowało postęp prac badawczych. Powierzchnia wykopu miała 32 m2 pod warstwą humusu, bezpośrednio przy wejściu do szubienicy, odnaleziono dwa ręcznie kute gwoździe, w przekroju prostokątne, o okrągłych dużych główkach, które prawdopodobnie zostały kiedyś wykorzystane w drzwiach.

Oba przedmioty zostały zagięte w tych samych miejscach, dzięki czemu udało się ustalić, jakiej grubości desek użyto przy budowie. niemal identyczne gwoździe odkryto podczas badań powierzchniowych przy reliktach szubienicy w górnołużyckim miasteczku Lobau. Zaskoczeniem była także odnaleziona przy wejściu pruska moneta wybita w 1778 roku o nominale 2 groszy. Została zapewne zgubiona w okresie, w którym opisywana szubienica nie pełniła już swojej funkcji. Miejsce to jednak ze względu na swoje walory krajobrazowe – widok na Pogórze Kaczawskie – było odwiedzane przez licznych turystów. Odsłonięta została także przestrzeń pod łukiem wejściowym, gdzie odnaleziono bruk ułożony z małych i średnich rozmiarów kamieni. Przeprowadzone badania nie dały jednak spodziewanych efektów w postaci szczątków skazańców. Już na niewielkiej głębokości, około 50 cm, na całej powierzchni wykopu natrafiono na calec, grunt który nigdy nie został naruszony przez człowieka. Wypada zaznaczyć, że szubienica służyła małemu ośrodkowi osadniczemu jakim był Wojcieszów, stąd też liczba egzekucji która tutaj się odbyła, była na pewno niewielka. Przebadany teren stanowił tylko niewielki fragment z całości otoczenia tego urządzenia straceń. Z uwagi na to planowane są dalsze badania archeologiczne w przyszłości.

Interesującym epizodem w historii Wojcieszowa, aczkolwiek jedynie legendarnym, pozostaje tzw. szkoła katów, która miała istnieć w tej miejscowości. Paradoksalnie takowej tutaj nigdy nie było, gdyż system szkolenia kandydatów na katów nie odbiegał zasadniczo od edukacji w innych rzemiosłach. sam Wojcieszów zapewne także nigdy nie miał własnego kata. Z dokumentów przechowywanych w Archiwum Państwowym we Wrocławiu, oddział w Legnicy wynika, że jeszcze na początku XIX stulecia miejscowość ta podlegała pod katownię w pobliskiej Świerzawie. Dawny Kauffung wymieniany jet wśród 18 miejscowości leżących w rewirze obsługiwanym przez świerzawskiego kata, podobnie zresztą jak szubienica w Lipie, której relikty zachowały się do dziś. Informacje o katach w Świerzawie pochodzą już z drugiej połowy XVII wieku. Wymieniani są tam mistrzowie pochodzący ze znanych rodzin katowskich jak na przykład : Mitmann (1687), Mende (1696), Bohmichen (1718), Schreiner (1721), Kuhn (1764). Zapewne to oni w razie zaistniałej potrzeby obsługiwali wojcieszowską szubienicę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...