Archiwum Autora

Koci Zamek w Szaflarach

przez , 01.gru.2017, w Ciekawe miejsca

Koci Zamek na Szaflarskiej SkaleSzaflary to 3-tysięczna wieś położona na Podhalu, 7 km na południe od Nowego Targu (przy drodze krajowej numer 47 „zakopiance”), na pograniczu dwóch regionów geograficznych – Kotliny Nowotarskiej i Pogórza Bukowińskiego. Znana jest głównie z kompleksu basenów termalnych o powierzchni prawie 1000 m2 zasilanych wodą termalną z miejscowego odwiertu.
Pierwsze wzmianki o Szaflarach pochodzą z początku XIII wieku, kiedy to powstaje gród obronny.
Około 1234 roku Teodor Gryfita otrzymał pozwolenie od Henryka Brodatego na sprowadzanie kolonistów niemieckich.
Udokumentowana wzmianka o wsi pochodzi zaś z 1328 roku.

Niestety nie zachował się akt lokacyjny osady, a jedynie tak zwany przywilej Piotra ze Słupi, kasztelana zamku Dunajeckiego (Szaflarskiego) z 1338 roku. Do 1335 roku sołectwo szaflarskie ze wsią należało do zakonu cystersów. Później na przełomie wieków kolejno zmieniali się właściciele Szaflar. Na przykład w latach 90-tych XV wieku sołectwo było w rękach Miklasza (rajcy miasta Kleparza), a potem w użytkowaniu plebejskiej rodziny Szaflarskich.
Nieopodal stacji kolejowej, na samotnej wapiennej skale wznoszącej się wysoko nad doliną Białego Dunajca, nazywanej Szaflarską Skałką 650 m n.p.m., na przełomie XIII/XIV wieku wybudowany zostaje zamek, który z czasem przybrał nazwę „Kociego Zamku”.1907rok Koci Zamek od północyWapienna skała należy do Pienińskiego Pasa Skałkowego, a na jej szczycie znajduje się płaski majdan o powierzchni około 7 arów. To właśnie na nim, pierwotnie w XI wieku (w oparciu o dane archeologiczne) powstał kamienno-drewniany gródek stożkowaty, a następnie około 1245 roku podjęto decyzję o wzniesieniu drewnianego gródka. Budowy najprawdopodobniej dokonali cystersi ludźmierscy, ponieważ w XIII i XIV wieku gródek wraz z wsią Szaflary należał do opactwa cystersów ludźmiersko-szczyrzyckich. Inne źródła za budowniczych wskazują potomkowów wojewody krakowskiego Teodora Gryfity.
W 1380 roku, za panowania Ludwika Węgierskiego, gródek został włączony wraz z wsią do dóbr królewskich.

W pierwszej połowie XIV wieku drewniany gródek zostaje przebudowany na zamek. Wzmianki o zamku pojawiają się w dokumentach z początków panowania Kazimierza Wielkiego – w 1334 roku wspomniany jest „nowy zamek” (castrum novum) w Szaflarach. Na dokumencie z 1338 roku figuruje między innymi podpis Piotra ze Słupi (Petrus de Slupi), kasztelana zamku szaflarskiego.
Zamek wybudowano na szczytowym spłaszczeniu skały o wymiarach około 20×30 metrów. Szaflarska Skałka, na której się znajdował, od północy i wschodu kończy się urwiskiem, natomiast zbocza południowe i zachodnie są łagodne. Był konstrukcją murowano-drewnianą otoczoną murem obwodowym o trzech bokach prostych i jednym boku zaokrąglonym.Plan Kociego ZamkuSwego czasu wysnuto przypuszczenie, że około 1474 roku Piotr Komorowski dodatkowo wzmocnił zamek kamiennym wałem zaporowym. W tym też okresie droga do zamku prowadziła przez drewniany most i barbakan.
Skąd właściwie wzięła się nazwa „Koci Zamek”? Znaczenie tej bardzo starej nazwy nie ma nic wspólnego z kotami, jak większości osób może nasuwać się tego typu skojarzenie. Po części nawiązuje do innowierców, a zwłaszcza do czeskich husytów. Pochodzenie tej nazwy wyjaśnia między innymi podanie ludowe z Piwnicznej:
Na Kotczym Zamku we dnie niemiło, a w nocy straszno. Jesienią i na wiosnę spod Skałki, na której koci zamek, i z paryji kamiennej, w noc ciemną po północku, wyjeżdżają wozy jakieś, bryki ciężkie. Pędzą wprost, ku Popradowi, i po spadzistości zjeżdżają w rzekę prosto w wir (…)„.

Źródłosłowie „koci zamek” pochodzi od słowa „kocz” lub „kotczy”, jak nazywano dawniej wóz – od koczenia czyli toczenia się (wozów husyckich).
„Kocie” lub „Kotcze Zamki” były miejscami po obozowiskach husytów umacnianych wozami, którzy przenikali na ziemie polskie. Takie warowne obozy chronione przez połączone wozy, zakładano nie na szczytach gór, ale na wysoczyznach gdzie można było wozami dojechać. Zatem „Kocimi Zamkami” zostały nazwane niektóre miejsca będące niezbyt wysokimi i rozległymi wzniesieniami, o dość regularnych formach. Owe wzniesienia z reguły znajdują się na niezbyt wysokich i już rozleglejszych wzgórzach – na działach, skąd horyzont jest zawsze rozległy, widoczność dobra. Kocie zamki znajdują się zawsze w pobliżu ważniejszych dróg, obecnie istniejących lub dawnych.Szaflary Koci ZamekW 1380 roku, za panowania Ludwika Węgierskiego, opat klasztoru cystersów w Szczyrzycu wydzierżawił zamek w Szaflarach Żydowi nawróconemu na chrześcijaństwo, który założył w nim mennicę bijącą srebrne monety. Żyd mincerz z czasem zaczął je fałszować, bijąc je z niepełnowartościowego stopu, a „zaoszczędzone” w ten sposób srebro przywłaszczał sobie.
Ludwik Węgierski niechybnie położył kres temu procederowi. Na jego rozkaz wojsko zdobyło i zajęło zamek, Żyd został pojmany i za oszustwo stracony w Nowym Targu. Kolejnym rozkazem zamek został zniszczony przez podpalenie. „Zaoszczędzonego” przez Żyda srebra, ukrytego na zamku lub w jego okolicy, do chwili obecnej nie udało się odnaleźć.

Po włączeniu Szaflar do dóbr królewskich nastąpiła odbudowa zamku w latach 1470-1480. Wówczas to, w 1474 roku, za panowania Kazimierza Jagiellończyka, zamek zostaje przekazany w dzierżawę Piotrowi Komorowskiemu (herbu Korczak), a już trzy lata później, w 1477 roku, odebrany za sprzyjanie królowi węgierskiemu Maciejowi Korwinowi.
Natychmiast zostaje opanowany przez wojska królewskie pod dowództwem starosty krakowskiego Jakuba z Dębna. Po opanowaniu zamku Kazimierz Jagiellończyk przekazuje go Markowi Ratoldowi, który miał na nim zapisaną od króla należność pieniężną. W tym okresie w dokumentach źródłowych pojawia się nazwa „fortalicja Szaflary” (fortalitium Schaflari).1907rok Koci Zamek od południaZamek został opuszczony najprawdopodobniej w pierwszej połowie XVI wieku, popadając w ruinę, poprzez rozbiórkę – pozyskiwanie materiału budowlanego przez okolicznych chłopów i kolejny pożar. Według niektórych źródeł był w zupełnej ruinie już przed 1505 rokiem.
Obecnie sam zamek już nie istnieje, ale zachowały się po nim widoczne w terenie ślady. Między innymi zachowała się (jedynie) część fundamentów muru obwodowego z początku XIV wieku (na plateau) oraz resztki wału usytuowanego od strony południowej. Jeszcze w ubiegłym wieku, w ścianach skały łamano kamień do wypalania wapna w pobliskim wapienniku.

W trakcie II wojny światowej na terenie Kociego Zamku stacjonowały oddziały wojsk niemieckich. W 1942 roku na stanowisku po Kocim Zamku, z ramienia niemieckich władz okupacyjnych Generalnego Gubernatorstwa, a w szczególności dużego zainteresowania gauleitera Hansa Franka, przeprowadzono badania archeologiczne. W wyniku wykonanych wówczas przekopów udało się odsłonić warstwy kulturowe potwierdzające średniowieczny rodowód obiektu. Pozyskano również materiał ceramiczny oraz inne zabytki ruchome.
Prawdopodobnie owe prace archeologiczne miały również na celu odnalezienie dużych ilości srebra ukrytego przez Żyda – mincerza.Koci Zamek w Szaflarach (1)Teren zamku jest częściowo zabudowany. Od lat 90-tych XX wieku na Szaflarskiej Skałce stoi odrestaurowany „zamek” w postaci willi z czterospadowym dachem mansardowym zwieńczonym wieżyczką.
Całość otoczona jest wysokim kamiennym murem i metalowym ogrodzeniem. Partia szczytowa obecnie nie jest dostępna dla zwiedzających – całość z zabudową stanowi teren prywatny.
Odrestaurowany ćwierć wieku temu „Koci Zamek” nawiązuje do istniejącej w tym miejscu przed 100-laty innej budowli. Jest ona uwidoczniona na zdjęciach w Tygodniku Ilustrowanym z 1907 roku (czarno-białe zdjęcia).
W niektórych opracowaniach spotyka się błędną lokalizację zamku – zamiast Szaflarskiej Skałki wskazuje się pobliską górę Ranyzberg (Raniszberg) 736 m n.p.m.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Krzyż z Ruthwell

przez , 01.lis.2017, w Zabytki

Krzyż z RuthwellW połowie XVII wieku na terenie Szkocji następuje akcja niszczenia krzyży i posągów katolickich. Największy antyczny skarb zachowany w Szkocji – kamienny krzyż anglosaski powstały na przełomie VII i VIII wieku, zostaje uratowany za sprawą mera Ruthwell – Gavina Younga. Aby ocaleć musiał zniknąć pod ziemią na dwa wieki, by ponownie ujrzeć światło dzienne i powrócić na czcigodne miejsce dopiero pod koniec XIX wieku, dzięki Henriemu Duncanowi …

Ruthwell to mała, spokojna miejscowość w południowej Szkocji, w Dumfriesshire na Solway Firth, zlokalizowana przy drodze z Annan do Banked. Wyróżnia się na tle innych mu podobnych, a w zasadzie zasłynęło, z dwóch powiązanych ze sobą powodów. Pierwszym jest osoba Henriego Duncana – założyciela pierwszego na świecie banku oszczędnościowego, drugim zaś jest największy skarb antyczny Szkocji – słynny kamienny Krzyż z Ruthwell, będącym dziełem sztuki wpisanym do księgi rekordów Guinnessa jako największy średniowieczny pomnik w Europie.

Krzyż powstał w swojej pierwotnej postaci najprawdopodobniej na przełomie VII i VIII wieku w rękach jednego z rzeźbiarzy krainy zwanej Northumbria, obejmującej niegdyś te tereny. Ideą było przedstawienie scen z Pisma Świętego za pomocą rzeźby dla tych którzy nie potrafili czytać. Na ramionach krzyża można odnaleźć sceny z Nowego Testamentu – ewangelistów: św. Jana, św. Mateusza, św. Łukasza i św. Marka.
Charakterystycznym dla tego krzyża oprócz nieznanej z innych zabytków jego 5,5 metrowej wysokości jest fakt, że został on pokryty dwoma napisami – jednym w alfabecie łacińskim, a drugim w anglosaskim piśmie runicznym (fu?ork).

Jest to niezwykłą rzadkością w przypadku tego typu zabytków chrześcijańskich. Napis ten, będący fragmentem utworu poetyckiego pod tytułem „Sen o krzyżu” (opowiadający historię ukrzyżowania Pańskiego z perspektywy krzyża), został odszyfrowany w pierwszej połowie XIX wieku przez Johna Mitchella Kemblea. Obecność runicznego zapisu owego tekstu jest w tym przypadku tym bardziej zastanawiająca, gdyż pierwotnie (najprawdopodobniej w fazie końcowej powstawania krzyża w VIII wieku) wykuto na nim napis w alfabecie łacińskim, następnie ustawiono i osadzono krzyż pionowo w ziemi, po czym (jak wskazują osobliwości kształtu poszczególnych runów) wykuto tekst runiczny.

Fakt, że tekst runiczny został dodany po pewnym czasie, wnioskuje się również na podstawie porównania go z oryginalnym brzmieniem utworu „Sen o krzyżu”, dopiero w X wieku. Do chwili obecnej nie udało się wyjaśnić dlaczego posłużono się wówczas akurat pismem runicznym.
Według nordyckich wierzeń runy miał podarować ludziom bóg Odyn. Najstarszy znany zapis runiczny pochodzi z drugiej połowy II wieku. Przedmioty z napisami runicznymi pochodzącymi z tego przedziału chronologicznego (takie jak na przykład: sprzączki, grzebienie, miecze, groty, tabliczki) odnaleziono między innymi na stanowiskach bagiennych w Vimose i Illemose na wyspie Fionia. Zapisy runiczne są bardzo krótkie i trudne do przetłumaczenia.Krzyż z Ruthwell (2)Do około 650 roku stosowano tak zwany „fu?ark starszy” (? = th) nazwany tak od pierwszych sześciu runów (F-U-?-A-R-K), liczący 24 znaki. Z czasem alfabet runiczny różnicował się – w Norwegii i Szkocji używano fu?arku z 16 lub 19 runami, w Anglii rozwinął się alfabet zwany fu?ork (zmiana nazwy wiąże się ze zmianą czwartej litery runicznej) w różnych odmianach, z 24, 28 lub 31 runami. Runami zapisywano głównie języki germańskie, odnaleziono też kilka zapisów w łacinie. Runów przestano używać około 1000 roku. Jedynie w Skandynawii przetrwały jeszcze kilka wieków ale i tam wyparł je alfabet łaciński. Runy przez cały okres swojego funkcjonowania były używane do zapisu krótkich inskrypcji w drewnie, metalu czy właśnie na kamieniach – tak zwanych kamieniach runicznych – kształt liter tego alfabetu ułatwiał zapis na takich powierzchniach.

„Sen o krzyżu” (The Dream of the Rood) jest najstarszym znanym i zachowanym utworem staroangielskim. Zachował się w manuskrypcie z X wieku, tak zwanej Vercelli Book, ale prawdopodobnie jest znacznie starszy (VIII wiek?). Tematyka utworu świadczy o zakorzenianiu się wiary chrześcijańskiej na Wyspach Brytyjskich. Opisuje męki Jezusa z perspektywy krzyża na którym został ukrzyżowany. Jest tekstem anonimowym, alegorycznym w formie wiersza tonicznego z wykorzystaniem aliteracji, zawiera stały układ akcentów, utworem opowiedzianym przez „śniącego” (podmiot liryczny), który śni o rozmowie z krzyżem na którym Jezus został ukrzyżowany. Podzielony jest na trzy części, gdzie pierwsza część dotyczy wizji krzyża, jakiej doświadcza „śniący”. To ważny element – ta część zawiera typowe elementy poezji snu dla literatury staroangielskiej – opowieść snu u odbiorcy ma stworzyć poczucie rzeczywistości.

Pierwsza część utworu skupia się na opisie krzyża wzniesionego w triumfie, pokrytego złotem i biżuterią, niesplamionego jeszcze krwią.
Druga część opisuje rozmowę krzyża i „śniącego” o ukrzyżowaniu Jezusa. Krzyż i Jezus stają się jednością – oboje są przebici gwoźdźmi, wydani na pośmiewisko i poddani torturom, wspólnie się odradzają (krzyż z Jezusem), po czym powracają w chwale.
W trzeciej części krzyż nakazuje „śniącemu” rozpowszechnić historię o cierpieniu i wykupieniu Jezusa. Utwór kończy się przedstawieniem uczuć „śniącego”, który odczuwa, że dzięki temu wszystkiemu jego życie zmieniło się na lepsze i wyraża chęć nawracania ludzi, którzy nie żyją w zgodzie z Jezusem i krzyżem.

Krzyż z Ruthwell cudem ocalał w czasie reformacji, kiedy to na wielkim zgromadzeniu Kościoła Szkockiego podpisano zgodę na zniszczenie wszystkich tego rodzaju pomników (krzyży, posągów), a akcję przeprowadzano w latach 1642 – 1664.
W wyniku inicjatywy zarządzającego wówczas miasteczkiem Ruthwell mera Gavina Younga, krzyż w dość nietypowy sposób ocalał. Nakazał on bowiem aby krzyż ostrożnie połamać, a wszystkie jego części ukryć w bezpiecznym miejscu. Tym bezpiecznym miejscem okazał się spąg miejscowego kościoła, gdzie pod jego powierzchnią przechowywany był przez długie lata, do momentu odnalezienia go przez Henriego Duncana w 1799 roku. Części odnalezione przez Duncana zostały przez niego na powrót złożone w trakcie ćwierćwiecza prac rekonstrukcyjnych i od 1887 roku krzyż znowu stoi w kościele w Ruthwell.

Ksiądz, doktor Henry Duncan był najsłynniejszym mieszkańcem Ruthwell. Po ustąpieniu zakłóceń w Kościele Szkockim w 1843 roku, stał się jednym z założycieli ministrów Wolnego Kościoła Szkocji. Był również założycielem pierwszego na świecie banku oszczędnościowego, będącego prekursorem Trustee Saving Bank, stanowiącego obecnie część Loyds TSB. Tak więc były minister, autor i wydawca, filantrop i geolog, artysta i biznesmen, w 1810 roku otworzył komercyjny bank oszczędności płacąc odsetki od skromnych oszczędności inwestorów. Do dziś w Ruthwell można zwiedzać muzeum bankowości i poznać historię wczesnych oszczędności domowych w Wielkiej Brytanii.
Duncan poświęcając 24 lata na złożenie wszystkich fragmentów krzyża, tym samym zapisał się w historii jako „odnowiciel Krzyża z Ruthwell”.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o powstaniu Diablego Kamienia …

przez , 01.paź.2017, w Legendy

DK3Niegdyś czarownica z diabłem nad brzegiem rzeki Raby w głębokim lesie niedaleko wsi Brzozowa mieszkała. Pewnego dnia drogą przez las przechodził muzykant wracający z wesela, niosąc instrument na grzbiecie. Napotkał go diabeł a gdy basy zobaczył kazał sobie grać do tańca.
Zaczął hulać i kręcić się, zaś muzykantowi za każdą piosenkę wrzucał złotego dukata do basów. Cały dzień i noc tańcował a gdy pierwszy kur rano zapiał przykazał diabeł muzykantowi dukaty wydać na tylko na siebie i na swoją rodzinę.

Przez wiele lat basista wraz z żoną dukaty na siebie tylko wydawali i obawiając się posądzenia o zaprzedane duszy diabłu, grajek przekazał złote dukaty zakonnikom, którzy budowali klasztor.
Kupowali różnego rodzaju towary potrzebne do budowy i składali u siebie na podwórzu, a kiedy przychodzili zakonnicy po prośbie dawali im wozy pełne materiału na budowę. Z darowizn basisty i jego żony powstał piękny, wielki klasztor. A było to w roku 1234. Na wieść jak to klasztor powstał czarownica zaraz diabłu doniosła jaki to basista sposób wymyślił by wspomóc budowę klasztoru diabelskim grosiwem.

Diabeł nie mogąc ścierpieć powstałego w Szczyrzycu klasztoru nawracającego ludzi od grzechu, już leciał basiście urwać łepetynę ale przecież on dukatów nie dawał, więc umowa nie została złamana.
Postanowił więc czart klasztor rozwalić. Pomiędzy chmurami poleciał w góry Karpaty i wybrał największe głazisko jakie tylko mógł udźwignąć. Zakonnicy ze Szczyrzyca usłyszawszy o zamiarze diabła postanowili zawierzyć Bogu i modlić się.
Pędząc z powrotem prawie lądując przy klasztorze usłyszał modlitwy zakonników i dźwięk bijących na Anioł Pański kościelnych dzwonów.

Dźwięk kościelnego dzwonu wypalił mu czartowskie uszy, wstrząsnął ciałem paskudnika i diablisko straciło całą swoją siłę. Głaz spadł na ziemię akurat tam gdzie przed laty cały dzień i całą noc czart przy weselnym grajku tańcował. Bezsilny diabeł spadając z wysokości na głaz wrył się kopytami głęboko. Gdy zlazł na ziemię, chciał rzucić nim w kościół ale tylko pazury wbijały się w twardą skałę. Nie miał mocy by go podnieść. Z rozpaczą przytulił się twarzą do kamienia i pozostawił jej odcisk.
Diabli Kamień koło Szczyrzyca z trzema znamionami diabła – kopytami, twarzą i pięcioma wgłębieniami od pazurów, można oglądać do dziś.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Niumbaha

przez , 01.wrz.2017, w Flora i Fauna

NiumbahaMoją uwagę zwrócił uderzająco piękny i wyraźny wzór plamek i pasków. To było bardzo niezwykłe zwierzę, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Stało się oczywiste, że jest to nowy gatunek. To było odkrycie mojego życia
(DeeAnn Reeder)
Każdego miesiąca odkrywa się kilka nowych gatunków flory i fauny na Ziemi.
W 2013 roku po ekspedycji biologów do Sudanu Południowego (Ekwatorii Zachodniej), opisali oni na nowo gatunek nietoperza, uważając go na początku za swoje odkrycie. Kierująca zespołem naukowców profesor biologii DeeAnn Reeder z Uniwersytetu Bucknell w Pennsylvanii (USA) nazwała niumbahę „odkryciem życia”.

Nietoperz borsuczy (Niumbaha superba), Pied bat, jest bardzo charakterystycznym i specyficznym nietoperzem ze względu na umaszczenie sierści, które przypomina paski borsuka. Ten bardzo rzadki gatunek zalicza się do rodziny Vespertilionidae i jest jedynym przedstawicielem gatunku z rodzaju Niumbaha.
Po raz pierwszy został zaobserwowany i złowiony w 1939 roku przez dr Haymen na terenie Belgijskiego Konga (dzisiejszej Demokratycznej Republice Konga), która błędnie go zidentyfikowała i został zakwalifikowany do rodzaju Glauconycteris pod nazwą Glauconycteris superba.Odkrywcy NiumbahyCo ciekawe, od tamtej pory jakby zapadł się on pod ziemię i nie widziano go aż do początku lat 90-tych XX wieku. Niumbaha w języku Pazande oznacza „rzadki” lub „dziwny”. Do chwili obecnej zaobserwowano tylko 5 (!) przedstawicieli gatunku tego nietoperza. Poszczególne osobniki obserwowano na terenie Konga, Wybrzeża Kości Słoniowej, Ghany i Sudanu Południowego. Wynika z tego, że jego naturalnymi siedliskami są subtropikalne i tropikalne suche lasy oraz subtropikalne lub tropikalne wilgotne lasy nizinne. Wielkością odpowiada Nockowi dużemu (Myotis myotis). Co ciekawe niumbaha nie został wymieniony w Czerwonej Księdze gatunków zagrożonych wyginięciem.

Członkowie ekspedycji w nocy rozstawili obóz wokół niewielkiego jeziorka w rezerwacie Bangangai, rozwieszając wokół niego siatki w celu odławiania nietoperzy i innych stworzeń do przeprowadzenia badań terenowych oraz ochrony nad tym ekosystemem.
Po włączeniu świateł, inny członek ekspedycji Adrian Garside (dyrektor ds. programu Fauna&Flora International FFI) zobaczył niezwykłego nietoperza zaplątanego w siatkę. Ponieważ ekipa nie znała tego nietoperza, na gorąco uznano, że okaz ten jest ważnym znaleziskiem – nowo odkrytym gatunkiem. Sądzono tak do momentu aż parę tygodni później z Juby wysłano faksem zdjęcia złowionego nietoperza innym naukowcom.Niumbaha (1)Ci w odpowiedzi zasugerowali, że może to być Glauconycteris superba, gatunek nietoperzy po raz pierwszy odkryty w 1939 roku w Belgijskim Kongu.
DeeAnn Reeder pozostawała jednak sceptyczna do przekazanych informacji, gdyż widziała wcześniej Glauconycteris superba, a tamten osobnik miał całkowicie inny wygląd – od kształtu i wielkości czaszki do unikalnych pasów.
Dopiero po wysłaniu złowionego osobnika do Smithsonian Institution w Waszyngtonie, celem potwierdzenia przynależności gatunkowej, ustalono, że ten okaz nie pasuje do rodzaju Glauconycteris.

Tym samym dla nietoperza wybrano nazwę plemienną, aby przypisać go jako symbol należący do ludów Południowego Sudanu (Republika Sudanu Południowego ze stolicą w Dżubie, powstała 9 lipca 2011 roku w wyniku odłączenia się od Sudanu) – naukowcy ochrzcili nowy gatunek jako „niumbaha”, co w języku miejscowych plemion Pazande oznacza „rzadki lub „niezwykły”. Natomiast jeżeli chodzi o nazywanie go „panda bat” DeeAnn Reeder powiedziała, że nigdy go tak nie nazwała – paski na sierści nietoperza bardziej przypominały jej borsucze, natomiast podobieństwo do pandy widzi jedynie we wzorach na jego pyszczku.Niumbaha (2)Po powrocie do Stanów Zjednoczonych DeeAnn Reeder stwierdziła, że nietoperz był taki sam jak pierwotnie złowiony w 1939 roku w pobliskiej Demokratycznej Republice Konga i nazwany Glauconycteris superba, ale ona i jej koledzy nie wierzyli, że pasuje do innych nietoperzy z tego rodzaju. Przeanalizowano czaszkę i wygląd osobnika z rezerwatu Bengangai oraz czaszki egzemplarzy muzealnych stwierdzając, że pod względem ekomorfologicznym Glauconycteris superba różni się od innych gatunków zgrupowanych w rodzaju Glauconycteris.
Po starannej analizie jasne jest, że nie należy do tego rodzaju. Jego charakter czaszki, jego skrzydła, wielkość, uszy – dosłownie wszystko, co widać, nie pasuje. To takie wyjątkowe, że możemy oznaczyć nowy gatunek„.

DeeAnn Reeder uważa, że „nowy-stary” nietoperz właściwie pod żadnym względem nie pasuje do wcześniejszej klasyfikacji. Jest tak unikalny, że konieczne było utworzenie nowego gatunku.
Pierwszą wskazówką, że gatunek należałoby przeklasyfikować, było nietypowe ubarwienie. Później biolodzy zwrócili uwagę na skrzydła. U przedstawicieli rodzaju Glauconycteris, którzy ze względu na delikatną budowę bywają nazywani motylimi nietoperzami, są one przezroczyste i brązowe/białe, zaś tutaj natura postawiła na smolistą czerń. Kolejnymi niepasującymi do układanki szczegółami okazały się czaszka i uszy.Niumbaha (3)DeeAnn Reeder kontynuuje badania i poszukiwania kolejnych okazów niumbahy w Afryce. Na ten cel otrzymała środki w łącznej wysokości 2 milionów dolarów z Funduszu Woodtiger (prywatnego funduszu badawczego).
To naprawdę tylko wierzchołek góry lodowej, która była w dużej mierze nieznana przez biologów ze względu na trwający konflikt w tym regionie. Pozostało tam jeszcze wiele do odkrycia” – powiedziała DeeAnn Reeder mając na myśli różnorodność biologiczną w Południowym Sudanie. Dodała jeszcze, że odkrycie naprawdę świadczy o głębokiej różnorodności biologicznej w rejonach Afryki Wschodniej i Środkowej.

Dla mnie odkrycie to jest istotne, ponieważ podkreśla znaczenie biologiczne Południowego Sudanu i wskazuje, że to nowe państwo ma wiele naturalnych cudów, które jeszcze nie zostały odkryte. Południowy Sudan to kraj, który ma wiele do zaoferowania i wiele do ochrony „- powiedział Matt Rice, dyrektor departamentu w rządzie Sudanu Południowego.
FFI korzysta z bogatego doświadczenia w pracy w krajach objętych konfliktami, aby pomóc rządowi Sudanu Południowego, który przywraca ochronę dzikiej przyrody, a także przyczynia się do rewitalizacji wybranych chronionych obszarów, szkoleniami i rozwojem pracowników parkowych, usług związanych z dziką przyrodą, rozwojem infrastruktury, dostarczaniem sprzętu, wspieraniem projektów badawczych, takich jak ten.Niumbaha (4)DeeAnn Reeder:
Nasze odkrycie, tego nowego gatunku nietoperzy, jest wskaźnikiem tego, jak różnorodna jest powierzchnia i jaka pozostaje praca. Zrozumienie i zachowanie różnorodności biologicznej jest pod wieloma względami kluczowe. Wiedza o tym, jakie gatunki są obecne na danym obszarze, pozwala na lepsze zarządzanie. Kiedy gatunki są zagubione, pojawiają się zmiany na poziomie ekosystemowym. Jestem przekonana, że ten obszar jest jednym z tych, na których musimy kontynuować badania„.

W chwili obecnej świadomym i oczywistym zagrożeniem dla niumbahy jest utrata siedlisk. Zagęszczenie siedlisk lub fragmentacja siedliska odgrywa tu zasadniczą rolę w odniesieniu do wielu gatunków nietoperzy, które spada na całym świecie. Jednak inne gatunki nietoperzy, które normalnie chronią się w jaskiniach, są mniej zagrożone przez takie działania ludzi.
Nietoperze tworzą 1/4 różnorodności ssaków na naszej planecie i są jedynymi ssakami, które mogą latać. Na kontynencie afrykańskim, Madagaskarze i sąsiadujących wyspach, występuje około 260 istniejących gatunków nietoperzy, co stanowi około 25% globalnej ilości gatunków nietoperzy.Niumbaha (5)Nietoperze są ważnym składnikiem zdrowia i stanu ekosystemu. Zajmują one krytyczną niszę, gatunki owadożerne będące pierwotnymi nocnymi drapieżnikami są podatne na zwiększone poziomy pestycydów, podczas gdy gatunki owocożerne mają kluczowe znaczenie dla regeneracji lasów. Wiele roślin jest uzależnionych od tych nocnych ssaków, zarówno pod kątem zapylania jak i rozsiewania nasion.
Nietoperze są bardzo podatne na zmiany środowiskowe, zwłaszcza Niumbaha superba. Wpływ siedlisk i zmian klimatycznych na ten gatunek nie jest znany, a skoro tak, to istnieje wiele spekulacji co do oddziaływań, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych.

Te oddziaływania na nietoperze mają bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo żywności i związek z ludzkimi chorobami odzwierzęcymi.
Najistotniejszym problemem jest to, że miejscowi ludzie niewiele wiedzą o populacji czy biologii tego gatunku. Także z perspektywy kulturowej postacie nietoperzy w większości afrykańskich kultur są związane z czarną, złą magią i są prześladowane.
Na terenach zachodniej, północnej i środkowej Afryki nietoperze są ścigane, poluje się na nie i zjada je, co połączyło się z zagrożeniem najbardziej śmiercionośnym wirusem – gorączką krwotoczną Ebola (EHF).Niumbaha (6)Choć polowania stanowią zagrożenie dla spadku ilości nietoperzy, fragmentacja siedliska jest z pewnością największym zagrożeniem dla niumbahy i innych gatunków.
Ponieważ nietoperze mają niskie współczynniki rozrodczości, populacje są bardzo podatne na zwiększoną śmiertelność. Istnieją naukowe obawy dotyczące stanu zachowania niumbahy, ponieważ wiele gatunków nietoperzy jest coraz bardziej dotkniętych różnymi działaniami ludzi, wynikającymi z niewiedzy, podejrzeń, zatruciami pestycydami, bezmyślnym zabijaniem, utratą siedlisk, nadmierną eksploatacją środowiska i eksterminacją ich jako szkodników.

Niumbaha jest nietoperzem owadożernym, co oznacza, że żywi się głównie owadami. Owadożerne nietoperze mają kluczowe znaczenie dla środowiska naturalnego, ponieważ pomagają w zwalczaniu szkodników, które w przeciwnym razie nie będą sukcesywnie eliminowane i będą dokonywać zniszczeń ogromnych obszarów upraw, drzew, roślin oraz będą dokonywać inwazji na obszary zamieszkałe przez ludzi. Owadożerne nietoperze są również bardzo ważne dla autochtonów, ponieważ pomagają utrzymać komary w ryzach, które zagrażają życiu ludzkiemu przez rozprzestrzenianie malarii, jednego z największych wirusów w Afryce.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Kapelusz góralski – historia i wszystko o …

przez , 01.sie.2017, w Historia

Kapelusz góralski podhalańskiChłopi stali przy moście na Dunajcu i obserwowali rwącą wodę. Zastanawiali się, czy woda zerwie most, czy nie.
Nagle chłopi zobaczyli unoszący się na wodzie góralski kapelusz. Patrzą, a tu kapelusz stanął na prądzie, a za chwilę porusza się pod prąd.
I tak kilka razy. Jeden z nich zapytał:
- Coz to, cud?!
Na co drugi odpowiedział:
- Nie, to ino Franek Gąsienica. Pedzioł, że powódź, nie powódź, zaorać musi …

Kapelusz góralski nieodzownie kojarzy się z góralami i Podhalem. Podhale jest regionem kulturowym w południowej Polsce u północnego podnóża Tatr, w dorzeczu górnego Dunajca, zajmując środkową część Kotliny Podhala i wkracza w Tatry (Skalne Podhale i Niżne Podhale). Początki osadnictwa historycznego sięgają XIII wieku – przywilej Księcia Brodatego z 1234 roku (transumpt z 1251 roku) zezwala wojewodzie krakowskiemu Teodorowi Gryficie na osiedlenie kolonistów niemieckich, teutońskich Ślązaków:
in silva circa fluvios Ostrowsko, Dunaiecz et Dunaiecz niger, Rogoźnik, Lipietnicza, Słona, Ratainicha, Nedelsc, Stradoma, quantum est de sylva ipsius, dantes eciam sil his pactis et his condicionibus uti, quibus Theutonici Sleser ses in sylvis locati utuntur„.Górale podhalańscyBogata kultura ludowa rozwinęła się wśród wolnej od dawna społeczności góralskiej, która była zwolniona od powinności pańszczyźnianych, co miało związek z jej znaczną swobodą. Warunki klimatyczne oraz dostępność surowców i materiałów „na odzież” skutkowały wygenerowaniem specyficznego i charakterystycznego ubioru. Chyba najbardziej charakterystycznym elementem męskiego stroju góralskiego jest kapelusz, odgrywający w tej kulturze niemałe znaczenie, który swoim wyglądem ewoluował na przełomie dziejów. Kapelusz, który obecnie zdobi głowę górala, nijak nie przypominał tego z dawnych czasów. Nie jesteśmy w stanie odtworzyć nakrycia głowy z czasów początków osadnictwa ale możemy swobodnie cofnąć się w czasie o dwa, trzy wieki.

Noszenie kapelusza dla górala to honor, nie zdejmował go nawet w izbie – zdejmuje go tylko w kościele lub gdy umiera, bo choćby był żywo nagi to w kapeluszu być powinien.
Kapelusz góralski ewoluował na przestrzeni setek lat przede wszystkim pod względem rozmiaru. Zazwyczaj posiadał niską, półkolistą głowicę. Dawne miały szerokie rondo, tak zwane „skrzela”, przypominające meksykańskie sombrera. Zadaniem ich była ochrona przed deszczem, słońcem i wiatrem. Stare ryciny ukazują kapelusze ze skrzelami sięgającymi do ramion.
Zatem skoro miały chronić, to musiały być wykonane z mocnego, trwałego surowca. Najczęściej wykonywano je z sukna, a dopiero dużo później jako zamiennik pojawił się czarny filc, a swoim kształtem przystawały do okryć głowy całego łuku karpackiego.Kapelusze podhalańskieZrodziła się również potrzeba impregnowania kapelusza w najprostszej postaci, poprzez wcieranie zwierzęcego tłuszczu, na przykład smalcu. Tak zaimpregnowany kapelusz z czasem stawał się niezwykle trwały i służył bardzo długo. Napuszczony tłuszczem nie przepuszczał wody i niejednokrotnie służył jako czerpak do przenoszenia jej z potoku.
W literaturze spotyka się rozróżnianie na kapelusz parobski i kapelusz gazdowski. Wynika on z faktu, iż stateczni mężczyźni (gazdowie) nosili niegdyś kapelusze z rondem odgiętym na dół, natomiast kawalerowie (parobcy) zazwyczaj z zawadiacko wykrzywionymi do góry skrzelami i na bakier.
W latach 30-tych XX wieku w Zakopanem pojawiły się tak zwane „kłobuki”, czyli kapelusze o bardzo małych rondach, te które teraz są bardzo popularne wśród turystów.

Nosili je najczęściej bacowie, którzy przebywając na bacówkach nie potrzebowali już kapeluszy o tak szerokich skrzelach ale w związku z tradycją jakieś nakrycie głowy przystoiło. I właśnie dzięki bacom ten rodzaj kapelusza zawdzięcza swoją popularność i skojarzenia z góralami.
Nieodzownym elementem kapelusza góralskiego jest pasek (otok) w kolorze czarnym lub czerwonym z tak zwanymi kostkami (gwarowo), obecnie muszelkami – starodawnym wałaskim zwyczajem.
Pierwotnie na kapeluszach znajdowały się czerwone skórzane paski, amarantowe zielone lub niebieskie wstążki, a w przypadku starszych gazdów czarne, bądź pasek skóry nabijanej blaszkami.Górale podhalańscy 1877 rokZ czasem górale zaczęli ozdabiać je spiłowanymi kościami jeleni lub saren.
Gazdowie będący próżnymi, chcieli chwalić się swoim dobrobytem i stąd też pojawienie się tych specyficznych ozdób.
Oprócz kostek pojawiały się także ozdobne łańcuszki.
U górali spiskich zagościły w formie tak zwanych „koron bacowskich” – kilka złotych łańcuszków splątanych w jeden gruby przymocowany na kapeluszu na kształt korony.
Mógł też być obwiedziony tak zwanym „łańcuszkiem bakunowym” lub mosiężnym, który wykonywali górale specjalizujący się w wyrobie spinek do koszul. Ozdoba ta była o wiele starsza od kostek.

Muszelka, która zdobi kapelusz górala to Cypraea moneta (monetka) występująca w ciepłych morzach wybrzeży Afryki, Azji, Australii i Oceanii.
Skąd zatem pojawiły się na Podhalu?
Otóż muszelki te występowały również w okolicach Rijeki w Chorwacji. Ze względu na swój atrakcyjny wygląd jako ozdoba były tam poławiane i wędrowały w świat. W XIX wieku tereny Podhala znajdowały się pod zaborem austriackim, nic nie było, panowała galicyjska bieda. Górale zaczęli wędrować za chlebem docierając między innymi na Węgry i ówczesnej Dalmacji. Wykształcony u nich przez lata praktyki, kunszt wyrobu dobrego i cenionego płótna lnianego, wpłynął na wywożenie go, handel i wymianę, za granicą. Największe powodzenie miało w portach gdyż świetnie nadawało się do wyrobu żagli, więc gdy góral sprzedał płótno i zarobił sporo dutków, kupował coś na pamiątkę swej bytności w dalekim świecie.Różne typy kapeluszy podhalańskichByły to między innymi muszelki, które dla wygody transportu nawlekał na sznurek, a po powrocie na Podhale mocował ten sznurek do kapelusza, by inni widzieli jakie dziwy w świecie mają. Muszelki najczęściej nawlekano na sznurek lub rzemyk i oplatano kapelusz. Jednymi słowy, muszelki były walutą wymienną. Wałasi przyszywali także kostki do pasów i toreb uwydatniając w ten sposób swoje bogactwo.
W muszelki zaopatrywano się również w słowackim Kieżmarku i od wędrownych handlarzy (nazywanych Bośniakami) z południowych departamentów monarchii austro-węgierskiej.
Nie ma ustalonej liczby kostek – jest ona zależna od wielkości kapelusza, średnio na obwodzie znajduje się ich około 50-ciu.

Górale z dawien dawna lubili chwalić się tym co mają, zatem najlepszym wyeksponowaniem „tego”, było upięcie do kapelusza żeby wszyscy we wsi widzieli. Skoro baca miał upięte kostki, wniosek był jeden – trudni się kupiectwem i wędruje po świecie. Zatem rola kostek nie tylko sprowadzała się do ozdoby ale również pomagała określić status społeczny.
Kapelusz górala podhalańskiego różnił się od innych góralskich, mówił dużo o człowieku w tamtych czasach. Kapelusz podhalański występujący w obecnej formie był najmodniejszy.
Górale spiscy nosili kapelusze z wygiętymi do góry skrzelami, pofalowanymi, powyginanymi z paskiem materiałowym i rzadko kiedy z kostkami, za sprawą naleciałości trendów węgierskich (również inny krój portek, inna parzenica).Dodatki do kapelusza góralskiegoModyfikacje te działy się za sprawą mody podpatrzonej u wyższych sfer – powstał nowy rodzaj kapelusza zwany bikornem (taki jaki nosił Napoleon Bonaparte). Kolejna modyfikacja doprowadziła do postania trikorna (jak u kapitana Jacka Sparrow’a).
Kolejnym ozdobnym elementem, który pojawił się przy kapeluszu góralskim jest pióro. Górale zawsze „coś” nosili za paskiem kapelusza. Pierwotnie były to gałązki (świerku, jodły) z reguły o kształcie krzyża. Z takimi kawalerzy przychodzili po pasterce do domu dziewczyny na tak zwane „podłazy”. Po złożeniu bożonarodzeniowo-noworocznych życzeń i posypaniu domowników owsem „na urodzaj”, kawaler wyciągał zza kostek kapelusza ową gałązkę – „podłaźnicke” i zatykał ją za framugą drzwi tej izby, w której mieszkała ukochana dziewczyna.

Zatykano też pióra (kogucie, bażancie, jastrzębie), kistki (puchu, sierści), zioła które dawały dziewczyny ulubionym chłopakom, a tak zwani „polowace” wyruszający do lasu w poszukiwaniu zwierzyny, przytwierdzali doń trofea. Warto zaznaczyć, że konkretne ozdoby miały swoje osobliwe znaczenie i nie pojawiały się na kapeluszu przypadkowo.
Gdy udało się upolować orła, to z dumą zatykano za pasek orle pióra, najlepiej duże, długie. Tym sposobem pióro zagościło na stałe u boku kapelusza. Z czasem nabrało też ono swojego znaczenia. Ponieważ orzeł zawsze był kojarzony z wolnością, pióro oznaczało, że jego posiadacz jest człowiekiem wolnym, mającym w sercu góralską ślebodę, stan kawalerski lub mimo stanu małżeńskiego człowieka pozostającego na zawsze wolnego duchem.Górale podhalańscy (1)Przyjęło się, że pióro młody pan traci w momencie zaślubin (podobnie jak wianek u dziewczyn), na znak utraconej wolności – czyli „ma już z głowy”.
Zwyczajowo młody pan nie może wystąpić na ślubie bez pióra będącego najważniejszym znakiem wolnego mężczyzny. Pióro, podobnie jak panieński wianek podczas obrzędu oczepin, jest publicznie odpinane z kapelusza w momencie, kiedy młody pan wykupi swój kapelusz z rąk druhen, wcześniej podstępem mu go zabranego. Odpięcie pióra, czyli wyrzeczenie się stanu kawalerskiego, jest konieczne aby świeżo upieczony mąż mógł oficjalnie zatańczyć ze swoją, dopiero co oczepioną małżonką. Przed rozpoczęciem tego tańca solowego młody pan zwyczajowo śpiewa sobie taki czterowiersz:
Juzek się ozynił, juzek się ochłopiył;
Juzek se na wieki piórecko utopiył„.

Dodatek do piór stanowi kistka – biały puch z pulki (indyczki), który wraz z piórem (lotką) umieszczany może być w ozdobnej metalowej pochwie (tutce), upiętej przy główce kapelusza. Taki zestaw piór stosuje się najczęściej podczas najważniejszych uroczystości rodzinnych i kościelnych. Jest jeden wyjątek wykluczający przyozdabiania kapelusza – stanowił go tylko okres adwentu i Wielkiego Postu.
Różnił się również kapelusz noszony na co dzień od tego odświętnego. Tylko biedni górale mieli jeden – do pola i do kościoła. Kapelusz codzienny z reguły nie posiadał kostek ani piór, w nim wykonywano wszystkie prace i z reguły był sfatygowany. Z kolei kapelusz odświętny, paradny (do kościoła, na chrzciny, wesela itp.) miał równą linię skrzel, piękne kostki i okazałe pióro. Analogicznie postępowano z innymi częściami ubrania – stare i połatane były do roboty przy chałupie, a na specjalne okazje wyciągano z kufra czyste i z pięknymi parzenicami.Górale i góralki podhalańscyGórale od zawsze przywiązywali wagę do stroju, bo ten był ich identyfikatorem.
ORYGINALNE KAPELUSZE DLA GÓRALI PODHALAŃSKICH SĄ WYRABIANE PRZEZ FACHOWCÓW – RZEMIEŚLNIKÓW TYLKO (!) W NOWYM TARGU.
Zakup kapelusza jest celebrą. Jedzie się do Nowego Targu, wybiera, przymierza, targuje …

Kapelusza góralskiego używa się też powszechnie do zbierania ofiary podczas polowych mszy świętych, na przykład w trakcie odpustu w Sanktuarium Matki Boskiej Ludźmierskiej Królowej Podhala w Ludźmierzu.
Górale coraz częściej zapominają o kapeluszu…
Ale za to przyjezdni chętnie paradują w tych kupionych na straganach, nieoryginalnych, ceperskich kapeluszach, myśląc że kupili oryginalny (podobnie jak wyciąga się z ceprów dutki na inne wyroby i rzemiosło „góralskie”).
I jeszcze na koniec rozwianie często powielanego mitu z czasów Sabały – w kapeluszu nigdy nie gotowano w górach strawy, wspominanej często, tak zwanej „bryjki”.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Jaskinia Zbójecka Jama w Gorcach

przez , 01.lip.2017, w Pod ziemią

Otwór wejściowyJaskinia Zbójnicka Jama jest największą jaskinią Gorców. Położona jest na zachodnich zboczach Jaworzyny Kamienickiej 1288 m n.p.m. w masywie Gorców. Otwór wejściowy znajduje się w odległości około 800 metrów od Kapliczki Bulandy (1904 rok) ustawionej na polanie Jaworzyna Kamieniecka.
Wejście do jaskini nie jest łatwe, ponieważ za otworem wejściowym rozpoczyna się pionową studzienką o głębokości 3,5 metra. Otwór wejściowy zarówno jak i studzienka porośnięte są glonami i wątrobowcami. Jest jaskinią statyczną, zimą ciepłe powietrze wydobywające się z jej wnętrza topi śnieg w otworze wejściowym.

Od dna studzienki odchodzi szczelina o przebiegu NE-SW rozpoczynająca dalsze partie jaskini: w kierunku południowo – zachodnim i północno – wschodnim. Korytarze kończą się zawaliskami. Jest to jaskinia osuwiskowo – szczelinowo – zawaliskowa, z widoczną wewnątrz infiltracją wody. Powstała najprawdopodobniej w tracie tworzenia się osuwiska, w jego początkowym etapie, w piaskowcach magurskich. Pierwsza udokumentowana wzmianka o Zbójnickiej Jamie pochodzi z 1914 roku – wspominał o niej popularyzator Beskidów i Gorców Kazimierz Sosnowski. Podczas II wojny światowej była schronieniem dla miejscowych partyzantów. Do 2003 roku jej oficjalna długość wynosiła 25 metrów i głębokość 3,5 metra, a jedyny dotąd plan jaskini pochodził z 1951 roku i został opublikowany między innymi w inwentarzu jaskiń K. Kowalskiego.Wnętrze Zbójeckiej JamyW sierpniu 2003 roku grotołazi ze Speleoklubu Beskidzkiego (w składzie: M. Dudzik, A. Kapturkiewicz, T. Mleczek, B. Szatkowski, A. Szebla) dokonali nowej inwentaryzacji (pomiarów) jaskini i kartowania, ponieważ najprawdopodobniej jako ostatnia z beskidzkich jaskiń nie posiadała aktualnego planu. Grotołazom po częściowym odgruzowaniu zawalisk udało się również odnaleźć i skartować 23 metry nowo odkrytych partii, co prawie podwoiło jej długość.
Obecna długość jaskini Zbójnicka Jama wynosi 48 metrów, a deniwelacja 12 metrów (-11,0 m/+1,0 m).

Na temat jaskini krążą różne legendy. Jaskinię i jej okolice mieli upodobać sobie pankowie – ziemne duchy z naroślami na twarzach. Według kolejnej, korytarze jaskini miały rozciągać się pod całymi Gorcami, a sprawdzić to mieli juhasi, którzy wpuścili do wnętrza kozę, a ta umorusana wyszła pod Mogielicą 1171 m n.p.m. w Beskidzie Wyspowym. Następna z nich mówi o ukrytych w niej przez Tomasza Chlipałę – Bulandę, legendarnego gorczańskiego bacę, znachora i czarownika, niezliczonych kosztownościach, zgromadzonych w trakcie długiego życia. W okolicach jaskini i na polanie Jaworzyna Kamieniecka, przez ponad 50 lat wypasał owce i woły. Legenda podaje, że z bacówki zszedł w wieku 100 lat, zawdzięczając znakomite zdrowie recepturze na napój szczęścia i długowieczności.

Ostatnia legenda mówi o wykorzystywaniu jej jako kryjówki przez gorczańskich zbójników (stąd pochodzi nazwa) i skrytych w niej łupach.  W XVIII wieku ukrywać się tutaj miał (jak i na zboczach Mogielicy) znany beskidzki zbójnik Józef Baczyński wraz ze swoim kompanem Świstakiem. Podobno zrabowane przez niego skarby miały znajdować się w jaskini lub w okolicznym lesie, a przez kilka lat strzegła ich kochanka Baczyńskiego. W okolicach podobno straszy odrąbana głowa zastępcy herszta zbójników. Ponieważ przewyższał on zdolnościami herszta, ten podstępnie go zabił, a głowę wyrzucił do jaru. Według podań, gdy ktoś ją znajdzie, to ona i tak powróci na swoje miejsce, tak bowiem jest przywiązana do Jaworzyny.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Flisz podhalański

przez , 15.cze.2017, w Galimatias

Flisz podhalański w Rabie WyżnejFliszem nazywa się zespół skał terygenicznych cechujący się wielokrotną cyklicznością, w którym klasyczny cykl, tak zwaną sekwencję Boumy, rozpoczyna zlepieniec, nad nim zalega piaskowiec, następnie mułowiec, a najwyżej w profilu iłowiec. Flisz powstaje na skutek schodzenia po stoku kontynentalnym podwodnych prądów zawiesinowych i osuwisk oraz segregowania grawitacyjnego ziaren w czasie tego transportu. Prawie zawsze tworzył się w głębokim basenie morskim, u podnóża stoku kontynentalnego, jednakże znane są również sekwencje fliszowe w głębokich jeziorach.
Dawna definicja fliszu mówiła o serii osadów morskich powstających w wyniku wypełnienia geosynkliny, na krótko przed orogenezą.

To właśnie ze skał fliszowych zbudowane są między innymi zewnętrzne pasma Karpat – Karpaty Zewnętrzne, zwane także Karpatami fliszowymi – tak zwany flisz karpacki.
Ze względu na oddalenie od obszaru źródłowego materiału detrytycznego wyróżnia się: flisz bliski (proksymalny) i flisz daleki (dystalny), a ze względu na skład petrograficzny: flisz normalny, flisz daleki piaszczysty i flisz dziki.
Fliszem karpackim określa się regionalnie występujący flisz, składający się z serii naprzemianlegle ułożonych warstw skał osadowych morskiego pochodzenia, złożonych z ławic i warstw zalegających na sobie na przemian.

Skały te powstały na dnie mórz wskutek działalności tak zwanych prądów zawiesinowych, które doprowadziły do charakterystycznego, frakcjonalnego uwarstwienia. Uwarstwienie frakcjonalne fliszu charakteryzuje się nagromadzeniem grubego materiału skalnego w obrębie spągu warstwy i stopniowe przechodzenie w materiał coraz drobniejszy, aż do osadów ilastych w obrębie stropu danej warstwy.
W skład fliszu karpackiego wchodzi siedem budujących go skał:Flisz Rabska Góra- zlepieńce (grubookruchowa, lita skała osadowa o różnych barwach, składającą się z ziaren żwiru spojonych lepiszczem. W jego skład wchodzą głównie obtoczone okruchy skał, czym różni się od brekcji. Zlepieńce, podobnie jak żwiry, mogą być polimiktyczne, zawierające wiele różnych rodzajów otoczaków lub oligomiktyczne – ubogie lub zubożałe. Bardzo często występują wraz z piaskowcami tworząc pospolite przejścia: zlepieniec – zlepieniec piaszczysty – piaskowiec zlepieńcowaty – piaskowiec);

- piaskowce (zwięzła, zwykle drobnoziarnista skała osadowa, powstająca w wyniku lityfikacji (cementacji) piasku pochodzącego z wietrzenia skał za pomocą spoiwa. W jego skład wchodzą: jako szkielet ziarnowy kwarc, ortoklaz, mikroklin, plagioklazy, muskowit, biotyt, minerały ciężkie, glaukonit, okruchy skał, szczątki organiczne. Spoiwo może być kwarcowe, ilaste, żelaziste lub kalcytowe. Z Małopolski znany jest piaskowiec arkozowy, bogaty w skalenie, zazwyczaj szary, różowy lub czerwonawy);

- mułowce (zwięzła skała okruchowa, będąca zlityfikowanym (scementowanym) mułem. Złożona głównie z ziaren kwarcu, łyszczyków, skaleni, minerałów węglanowych i ilastych. W Polsce na powierzchni występuje między innymi w seriach osadowych karbonu, permu, kredy górnej, jako skała płonna w zagłębiach węglowych oraz często wśród różnowiekowych utworów górotwórczych południowej Polski. Słabo zmetamorfizowane tak zwane metamułowce występują w górskich seriach metamorficznych – metamorfikach);

- iłowce (rodzaj niezłupkowaconej skały osadowej w postaci skonsolidowanego iłu, o szarej barwie, frakcji/strukturze iłowej, bezładnej teksturze, której głównym składnikiem mineralnym jest kwarc, a pozostałymi minerały ilaste i okruchy, zlityfikowane ilastym spoiwem);Uławicowienie fliszu- łupki (szeroka grupa skał wykazujących dobrą łupkowatość. Nazwa stosowana jest zarówno jako określenie dotyczące skał metamorficznych (łupek metamorficzny, łupek krystaliczny), jak i skał osadowych o podobnym wyglądzie (łupek osadowy). Łupek jest skałą o zróżnicowanym składzie z charakterystyczną teksturą łupkową. Tekstura łupków osadowych jest spowodowana pierwotnym uwarstwieniem sedymentacyjnym lub wtórnym złupkowaceniem. Łupki klasyfikuje się ze względu na pochodzenie, skład mineralny, zastosowanie, szczególne właściwości lub miejsce występowania);

- rogowce (osadowe skały krzemionkowe tworzące warstwy, pochodzenia chemicznego, występującymi w postaci warstw o niewielkiej grubości. Zbudowane są z krzemionki o strukturze bezpostaciowej lub skrytokrystalicznej, najczęściej w postaci chalcedonu. Są skałami zwięzłymi i twardymi, barwy szarej lub brunatnej. W Polsce występują głównie na obszarze fliszu karpackiego i w miejscach masywów skał osadowych przedczwartorzędowych);

- margle (skały osadowe, przeważnie szarej barwy, składające się z węglanów wapnia lub magnezu i minerałów ilastych. Powstają w zbiornikach morskich lub jeziornych, w wyniku nagromadzenia się dużych ich ilości (węglanów z domieszką substancji ilastych). Stanowią formację przejściową pomiędzy skałami węglanowymi a ilastymi. Cechą charakterystyczną jest słaby, nieprzyjemny zapach. Ze względu na proporcje zawartości węglanów i minerałów ilastych rozróżnia się iłowiec marglisty, margiel ilasty, margiel i wapień marglisty).
Rogowce i margle występują we fliszu rzadziej niż reszta wymienionych skał.Flisz podhalańskiProces powstawania fliszu karpackiego trwał wiele milionów lat. Teren dzisiejszych Karpat przykrywały wody przybrzeżnego morza Tetydy, na dnie którego osadzał się w formie charakterystycznych warstw, materiał znoszony przez wody z pobliskiego lądu. Następnie nagromadzony, zdiagenezowany materiał skalny uległ sfałdowaniu, nasunięciu ku północnemu zachodowi, północy, północnemu wschodowi i wschodowi w formie płaszczowin i wypiętrzeniu.
Z fliszu karpackiego zbudowane są nie tylko Karpaty Zewnętrzne. Osadami fliszowymi wypełnione są również doliny otaczające Tatry: Orawa, Podhale wraz z Kotliną Zakopiańską i Gubałówką (tak zwany flisz podhalański) oraz Liptów i Spisz.

Flisz podhalański, będący odmianą fliszu karpackiego, powstał w najwyższym eocenie i oligocenie, po sfałdowaniu i częściowym wypiętrzeniu Tatr. Z fliszu podhalańskiego zbudowane są: Rów Podtatrzański (Rów Zakopiański z Kotliną Zakopiańską), Pogórze Spisko – Gubałowskie, Kotlina Orawsko – Nowotarska, Obniżenie Liptowsko – Spiskie (Kotlina Liptowska i Kotlina Popradzka).
Flisz podhalański dzieli się na następujące warstwy, korelowane w otworach wiertniczych przy pomocy charakterystycznych poziomów litologicznych (od najmłodszych do najstarszych):

- warstwy ostryskie – to seria skał osadowych, okruchowych, morskiego pochodzenia, głównie piaskowców, mułowców i iłowców, a także łupków, występujących w środkowej części synklinorium podhalańskiego (opisane zostały z rejonu Ostrysza). Reprezentują one flisz piaskowcowy – flisz normalny, w którym przeważają piaskowce, a łupki występują w niewielkich ilościach. Ich wiek oceniany jest na oligocen. Warstwy ostryskie są reprezentowane przez flisz piaskowcowy;Wapień we fliszu podhalańskim- warstwy chochołowskie – to seria skał osadowych, okruchowych, morskiego pochodzenia, głównie piaskowców, mułowców i iłowców oraz łupków. Warstwy chochołowskie występują w środkowej części (centralnej) synklinorium podhalańskiego. Najokazalej odsłaniają się w okolicach Chochołowa, na północ od Gubałówki oraz w rejonie Kacwina. Piaskowce i łupki występują w podobnych proporcjach. W piaskowcach widoczne są pełne sekwencje turbidytowe z występującymi w nich dość licznymi wkładkami tufitowymi. Ich wiek oceniany jest na oligocen. Warstwy chochołowskie reprezentują flisz piaskowcowo – łupkowy i łupkowo – piaskowcowy, flisz normalny;

- warstwy zakopiańskie – to seria skał osadowych, okruchowych, morskiego pochodzenia, głównie piaskowców, łupków oraz mułowców i iłowców. Warstwy zakopiańskie występują w południowej części synklinorium podhalańskiego, w Kotlinie Zakopiańskiej i ogólniej w Rowie Podtatrzańskim. Zalegają na eoceńskich wapieniach numulitowych, z którymi łączy je stopniowe przejście. Ich wiek oceniany jest na dolny oligocen. Przeważają w nich łupki ilaste, często laminowane. W dolnej części spotyka się nieliczne warstwy zlepieńców i piaskowców z redeponowanymi dużymi otwornicami wieku eoceńskiego. W górnej części rośnie zawartość piaskowców, odnotowano też pojedyncze warstewki tufitowe. Miąższość warstw zakopiańskich jest szacowana na około 1000 metrów. Występujące w północnej części synklinorium podhalańskiego warstwy szaflarsko – maruszyńskie są prawdopodobnie nieco starsze od warstw zakopiańskich, które mogą odpowiadać ich górnej części. Warstwy zakopiańskie reprezentują flisz łupkowy i piaskowcowo – łupkowy;Flisz w Rabie Wyżnej- warstwy szaflarskie / szaflarsko – maruszyńskie, to seria naprzemianlegle ułożonych warstw skał osadowych morskiego pochodzenia, składająca się z zalegających na przemian ławic i warstw zlepieńców, piaskowców, mułowców oraz iłowców. Powstała na dnie morza wskutek działalności tak zwanych prądów zawiesinowych, które doprowadziły do charakterystycznego, frakcjonalnego uwarstwienia. Warstwy szaflarsko – maruszyńskie są najniższą częścią fliszu podhalańskiego. Powstały prawdopodobnie na przełomie górnego eocenu i oligocenu oraz w dolnym oligocenie. Występują w nich liczne ławice piaskowców gruboziarnistych i zlepieńców. W piaskowcach widoczne są pełne sekwencje turbidytowe. Występują w północnej części synklinorium podhalańskiego. Ich granica z Pienińskim Pasem Skałkowym jest tektoniczna. Warstwy szaflarsko – maruszyńskie reprezentują flisz zlepieńcowo – piaskowcowo – łupkowy, inaczej zwanym fliszem proksymalnym.

Flisz generalnie jest ubogi w skamieniałości. Skamieniałości fliszowe należą do rzadkości i są reprezentowane przede wszystkim przez mikrofaunę, na przykład przez otwornice i ichnofosylie, a także bardzo liczne miejscami skamieniałości śladowe. Jedynie w rejonie Jasła – Birczy, w obrębie oligoceńskich łupków menilitowych i warstw jasielskich, występuje bogata fauna kopalna, obejmująca liczne gatunki ryb, rzadkie czworonogi oraz ptaki (na przykład z rodzaju Jamna i Eurotrochilus noniewiczi), w warstwach zakopiańskich duże otwornice.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o waśni Słońca z Chmurami …

przez , 01.cze.2017, w Legendy

Zachód słońcaPrzed wielu laty, kiedy Król Chmur był jeszcze bardzo młodziutki, żył w wielkiej przyjaźni z Królem Słońca. To były dobre czasy. Kiedy Król Słońca odpoczywał zmęczony po długiej wędrówce, Król Chmur wychodził ze swego pałacu i rozkazywał swoim sługom, by napoili spragnioną ziemię. Nigdy się nie zdarzyło, aby prażyło słońce, gdy ludzie prosili o deszcz, nigdy też nie bywało, aby padał deszcz, gdy ludzie prosili o słońce.
Pewnego razu, a było to po południu, Król Słońca spotkał swego przyjaciela, Króla Chmur i rzekł do niego:
- Jestem bardzo zmęczony. Byłem w kraju, w którym nocą była taka ulewa, że musiałem dwoić się i troić, aby wysuszyć ziemie, bo ludzie mieliby kiepskie plony. Bądź tak dobry i nie przeszkadzaj mi, kiedy pójdę spać.
- Przykro mi bardzo, ale właśnie wyruszam w drogę do tego samego kraju aby go zatopić. Niepotrzebnie się wysilałeś albowiem będzie tam padać przez 9 tygodni bez ustanku. Niech ludzie wiedzą, kim jestem !!! – odrzekł Król Chmur.

- Za co chcesz ich tak pokarać? – dopytywał się Król Słońca.
- W tym kraju panuje władca, który ma prześliczną córkę. Chcę, aby została moją żoną. Jej ojciec jednak nie zgodził się na moje oświadczyny. Powiedział, że nie odda córki jakiemuś tam Królowi Chmur. Ja im pokażę, kim jestem! Zabiorę ze sobą wszystkie moje sługi: Deszcz, Grzmot, Błyskawice, Grad i Śnieg!!! Wypuszczę je jak psiarnie i nacieszę się moją zemstą.
- Co ci zrobili biedni ludzie, obraziłeś się tylko na ich króla, to na nim się mścij.
- Nic mnie to nie obchodzi, kto może mi tego zabronić?!
- Ja! – zawołał Król Słońca.
Król Chmur zaśmiał się szyderczo w odpowiedzi, odwrócił się na pięcie i odszedł.
Król Słońca pośpieszył w stronę owej krainy najszybciej jak tylko umiał, aby zdążyć przed królem chmur i jego sługami.

Kiedy wreszcie i on się zjawił, nic nie mógł zrobić, bo Słońce tak grzało i świeciło, że słudzy Chmury musieli uciekać gdzie pieprz rośnie, aby nie spłonąć.
Wściekły Król Chmur powrócił do swego pałacu z poparzonymi i osmalonymi od słonecznego skwaru sługami. Od tego czasu wyruszał ze swej siedziby położonej na najwyższych szczytach gór świata i nadciągał wraz ze służbą na ów kraj, któremu poprzysiągł zemstę. Zawsze jednak uprzedzał go Król Słońce i przepędzał zaraz całą złowrogą gromadę.
Król Chmur zaczął przemyśliwać, jak by tu odebrać słońcu wszelką moc. Swoimi troskami podzielił się ze służbą. Wtedy rzekł mu Wiatr:
- Wszyscy wiecie, że Król Słońca, nasz wspólny wróg wyfruwa w świat wczesnym rankiem i wtedy jest malusieńkim dzieckiem. W południe jest mężem dojrzałym, a wieczorem, gdy wraca do domu zgrzybiałym starcem i zasypia na kolanach swej matki. Gdyby nie usnął na jej kolanach, nie zamieniłby się w dziecko, ale na zawsze pozostał niedołężnym starcem. Musimy pojmać jego matkę.

Wysłuchawszy tej rady wszyscy służalcy Króla Chmur wpadli w dziką radość.
Po chwili odezwał się sam król:
- Dobra to rada, spróbujemy schwytać matkę słońca.
Rzekłszy to udał się do mieszkania Króla Słońca, kiedy ten był akurat daleko w świecie. Po drodze Król Chmur przemienił się w siwego konia, a przycwałowawszy do zamku Słońca rzekł do Matki Słońca siedzącej na progu.
- Jestem Wichrokoniem. Twój syn przysyła mnie tu, abym jak najszybciej cię do niego zaniósł. Znajduje się w zalanej wodą krainie i zabrakło mu sił. Chciałby się przespać godzinkę na twoich kolanach, aby odzyskać siły.
- Nigdy mój syn czegoś takiego ode mnie nie żądał. Ale jeśli naprawdę tak osłabł, spróbuję mu pomóc. Udam się do niego z pomocą, jeśli tylko pozwolisz mi wsiąść na swój grzbiet.
O to właśnie Królowi Chmur chodziło. Gdy tylko Matka Słońca dosiadła konia, pognał jak wicher aż wpadł do ciemnej jaskini. Tam na powrót przemienił się w Króla Chmur i zamknął Matkę Słońca w pieczarze.

Zapadł wieczór. Król Słońca był już zmęczonym starcem. Kiedy wrócił do domu, nie zastał swojej matki, więc nie mógł usnąć na jej kolanach tak jak dotąd to czynił. Biedny osłabł do cna tak, że nie mógł się nawet poruszyć. Nazajutrz słońce nie wzeszło. Ciemność była wszędzie, a Król Chmur ze swoją ciżbą mógł gospodarzyć po swojemu.
Z chmury sfrunęła ostra i jasna błyskawica i uderzyła w pieczarę, odłupując kawał skały. Matka Słońca schwyciła ostry koniec pioruna i odłamała go. Tym odłamkiem wydłubała otwór w ścianie groty i wydostała się na wolność. Natychmiast pośpieszyła do swego syna i wzięła jego zmęczoną, złotą głowę na kolana. Kiedy Król Słońca się obudził był malutkim dzieckiem.
Wyfrunął przez okno i rozjaśnił cały świat. Ludzie się radowali i cieszyli. Król Chmur jak niepyszny musiał uciekać do swego pałacu.
Od tamtego czasu między oboma Królami nie ma zgody ani przyjaźni tylko wieczna wrogość…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto Inków w Niedzicy (2)

przez , 15.maj.2017, w Skarby

Machu PicchuTreść testamentu, który w 1946 roku został odnaleziony w archiwum kościoła Św. Krzyża w Krakowie, brzmi następująco:

Ja, Wacław Benesz de Berzeviczy, Baro de Dondangen, przysięgam wobec Męki Pańskiej, Prześwietnej Rady Emisaryuszy Inków i J.O. Strya mego Sebastyana, uczynionych dzisiaj uchwał ostatnich Prześwietnej Rady być kuratorem i rzetelnym wykonawcą. W szczególności obliguję się:

PRIMO: Antonia Inkasa legitime wnuka J.O. Strya mego Sebastyana, sierotę jedną wiosnę liczącą, dla uchronienia go jak i edukacyi przystojnej za swego, wraz z małżonką mą przyjąć, takoż do ksiąg wpisać, jakoż nazwisko nasze, tytuł i splendor rodu mu dać, by tem pewniej pochodzenie rzeczonego Antonia zakryć, a od pościgu i prześladowców uchronić. Takoż obliguję się wydać rzeczonego Antonia na każde wezwanie Prześwietnej Rady Inków, albo Dziada Jego J.O. Sebastyana, uczynione mi koncesye sobie, jako przyrzeczono, zachowując.

SECUNDO: Za obowiązek sobie biorę, gdyby żadne poselstwo rzeczonego Antonia Inkasa nie odebrało, a ten do swych leciech pełen szczęśliwie doszedł, wszystko o krwie i pochodzeniu Jego objaśnić, należny mu testament bez żadnej opieszałości oddać, a wagę testimonium i pieczę nad nim wyłożyć. Szczególnie obliguje się za zamysłem i życzeniem Prześwietnej Rady Antoniowi Inkasowi wiernie wyjawić powierzoną mi w onym jednie celu tajemnicę testamentu Inkasów, jako z trzech wieków i części złączonego. A to jako manu proporia dla pamięci i konfirmacyi pod dyktat zapisuję. Pierwszej od Inkasa Tupaca Amaru w Titicaca, dalej za sprawą Jego Pradziada pod Viga zatopionej i ultimo przez Prześwietną Radę Emisaryuszy Inków złożonych tu nieużytych sum. I tem w razie dojścia do leciech pełnych rzeczonego Antonia tak się obliguję to przedłożyć, by Go częścią tajemnicy, a wielką i słuszną sperandą całości tem łacniej dla testamentu odczytania, a spadku uzyskania do ojczyzny Jego zawieźć. Takoż gdy jechać będzie miał wolę, za obowiązek biorę spod władzy opiekuńczej uwolnić, do drogi dopomóc, jakoż ją i wskazać i expens przystojny dać, a ostrożność o życia i testamentu bezpieczeństwo zalecić.

TERTIO: W razie, co Boże Chroń, śmierci Antonia testamentu nie naruszać, tajemnicy wiernie dochować, a na poselstwo stosowne czekać.

QUARTO: Wolę Prześwietnej Rady szanując, wręczony mi testament jak największą mieć Relikwię, a w pierwszym czasie sposobnym, statim, bez żadnego przetrzymywania, w miejscu Prześwietną Radą upatrzonem, pod ostatnim stopniem pierwszej bramy górnego zamku, a nie kędyś indziej, manu propria ukryć, tajemnicy jak świętości strzec i nawet Samemu Inkasowi Antoniowi tylko wzywyż wymienionej okazyi Jego leciech pełnych zdać, a poszukiwań żadnych na własną rękę nie czynić.

QUINTO: Grób Uminy, Sebastyanowej córki, a Antonia matki, pod basztą kapliczną w czułej mieć opiece, wystawienie Epitaphium do sposobniejszych dni zachowując.

SEXTO: Na czas absencyi Strya mego Sebastyana obliguję się na ostrożnej mieć uwadze, umówiony i przyrzeczony przez Panów Horvathów Paloczayów w zamian za wypożyczone Im sumy, zwrot ongi bezprawnie rodzinie naszej odebranego gniazda naszego, zamku Dunajecz, któren to zamek my Sebastyan i Wacław Berzevicze, jako synów nie posiadający, deklarujemy z krwi naszej pochodzącemu Inkasowi Antoniowi na azyl bezpieczny, a akademiję uciekinierom i wygnańcom z Jego ziemi i rodu zapisać.

SEPTIMO: Takiż dokument drugi, spisany w lingua kiczua podpisać i takoż dotrzymać, a zawierzony mi egzemplarz z największą troską i ostrożnością, a nie w domu, zachowywać.

Zaprzysiężony wobec wzwyż wymienionych Anno Domini 1797
Die 21 Juny w kaplicy na zamku Dunajecz. Wacław Benesz
de Berzeviczy Baro de Dondangen. Manu Propria„.Inkaskie złoto (1)W końcowym akapicie testamentu zawarta jest informacja o sporządzeniu jego kopii w lingua keczua, czyli węzełkowym piśmie kipu. Po sporządzeniu aktu adopcyjnego Wacław zabrał Antoniego do Krumłowa. Niedługo później Sebastian został ranny w trakcie pojedynku o dziewkę w sieni kasztelu frydmańskiego (leśniczówce). Przewieziono go do Krakowa, gdzie po kilku miesiącach zmarł w klasztorze augustianów. Inkas był wychowany na Morawach pod nazwiskiem Antoni Inkas Berzeviczy. Ożenił się z Polką Barbarą Rubinowską, córką oficera napoleońskiego i gospodarzył na Morawach. Został jedynym spadkobiercą skarbu Inków, jednakże nie zajmował się tą tajemnicą, która przyniosła jego rodzinie tyle nieszczęść. Nakazał to też swoim synom i sprawa poszła w zapomnienie (miał dwie córki i dwóch synów).
Antonio zmarł w 1877 roku. Przed śmiercią wezwał do siebie syna Ernesta powierzając tajemnicę pochodzenia i przekazując dokumenty rodzinne z zastrzeżeniem, że są one obłożone swoisty nakazem.

Każdy prawowity potomek Ernesta mógł wiedzieć o istnieniu tych dokumentów, lecz pod żadnym pozorem nie mógł do nich zaglądać z uwagi na zawarte w nich informacje o miejscu ukrycia skarbu Inków, który był obłożony klątwą:
Każdego kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć„.
Dokumenty miały pozostawać nienaruszone i przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Pozostało tak aż do XX wieku. Ernest, mieszkał na terenie Galicji gdzie był budowniczym kolei i poszukiwaczem nafty (współpracownikiem Łukasiewicza). Żywo interesował się przeszłością swojego rodu, co spotkało się ze skutecznym sprzeciwem jego żony. Z kolei jego syn Janusz nie zaprzątał sobie głowy dokumentami. Synem Janusza był Andrzeja Benesza pochodzącego z Bochni. W 1934 roku zgłosili się do niego nieznani mu cudzoziemcy chcący odkupić za pokaźną kwotę wszystkie rodzinne dokumenty. Najbardziej zależało im o wiedzy na temat miejsca ukrycia kipu.Niedzicki zamekPierwszy kustosz na zamku w Niedzicy pojawił się w 1945 roku. Udało mu się odnaleźć archiwa Horvathów, w których znajdowały się informacje z okresu pobytu w Niedzicy uciekinierów z Peru. Dzięki tym zapiskom kustosz wpadł na ślad ukrytego tutaj skarbu.
Kilka lat później archiwa zaginęły bez śladu, a kustosza wyłowiono martwego z Dunajca.
Ciekawostką i faktem jest (!), że dosłownie wszystkie archiwa w Polsce, w których można było odnaleźć informacje dotyczące okresu pobytu uciekinierów z Peru na zamku w Niedzicy, zaginęły bez śladu.
Jeszcze w późniejszym okresie, dwie osoby z rodziny Salomonów pochodzących z Węgier, zaczęły prowadzić dziwne i tajemnicze poszukiwania na niedzickim zamku. Niestety dziwnym trafem zginęły podczas podróży w słynnej i pamiętnej katastrofie kolejowej pod Piotrkowem Trybunalskim.

Andrzej Benesz (1918-1976) wiedząc o powiązaniach swojej rodziny z Inkami, przystąpił do poszukiwania dokumentów. W 1946 roku odnalazł testament sporządzony w łacinie, w archiwach kościoła Św. Krzyża, ukryty w okładce mszału. Po przestudiowaniu go znalazł zapis o miejscu ukryciu testamentu Inków sporządzonym w piśmie węzełkowym – kipu. W dawnym Peru kipu sporządzali specjaliści nazywani quipucamayoc.
Po uzyskaniu od władz stosownych pozwoleń na poszukiwania, pod nadzorem żołnierzy WOP, 31 sierpnia 1946 roku na podstawie zawartych w dokumentach informacji znalazł ukryty przed 150 laty przedmiot, pod ostatnim stopniem schodów pierwszej bramy wiodącej na tak zwany górny zamek niedzicki (będący właściwie progiem tej bramy). Była to ołowiana tuba ukryta na głębokości 30 cm, o wymiarach 18×3,5 cm, w której znajdował się pęk rzemieni pokrytych pismem węzełkowym.Andrzej Benesz i kipuRzemienie posiadały 12 końców zaopatrzonych w blaszki z 13-karatowego złota (o łącznej wadze 8 g) z wydrapanymi łacińskimi literami. Blaszki były podzielone na trzy wyraźne grupy, które dotyczyły trzech części testamentu o których mowa w akcie adopcji Antonia w punkcie 2 – skarb Inków ukryto w trzech miejscach: Titicaca, Vigo, Dunajecz. Nazwy te znalazły się na blaszkach.
Poza Andrzejem Beneszem, który sporządził protokół z wydobycia, nikt nie widział niedzickiego znaleziska w oryginale. Wręczył go w Krakowie upełnomocnionym przedstawicielom Ameryki Południowej w celu zabezpieczenia i odczytania, a potem ślad po testamencie Inków miał zaginąć (?).
Gdyby wówczas ktokolwiek potrafił odczytać odnalezione kipu, dowiedziałby się o dokładnej lokalizacji w trzech częściach świata trzech części skarbu Inków.
Pod koniec 1975 roku z Andrzejem Beneszem umawia się na rozmowę Aleksander Rowiński zbierający materiały do swojej książki „Pod klątwą kapłanów” opisującej wątek inkaskiego skarbu w Niedzicy.

Po trzech wstępnych spotkaniach, na wiosnę 1976 roku miało dojść do tego decydującego, podczas którego autorowi miały zostać przekazane bardzo interesujące materiały z archiwum rodowego. Do spotkania tego jednak nie doszło.
Andrzej Benesz poniósł śmierć w wypadku samochodowym pod Kutnem w dniu 26 lutego 1976 roku, zabierając tym samym wiele cennych informacji do grobu. Wydarzenie to przyczyniło się do niejednej spekulacji na temat jego śmierci, począwszy od klątwy inkaskich kapłanów w związku z targnięciem się na kipu i skarb bez zgody rady emisariuszy Inków, po celowe spowodowanie wypadku.
Poszukiwanie pisma kipu i próba jego odczytania w Peru, zakup ruin zamku Tropsztyn i penetrowanie go – wszystko to wskazuje, że Andrzej Benesz wielkim nakładem środków szukał skarbu i z całą pewnością nie ujawnił wszystkich tajemnic zawartych w archiwach rodzinnych. Dlaczego jednak Benesz szukał złota i kosztowności w ruinach Tropsztyna?Inkaskie złotoTrzeba wiedzieć jedno – Inkowie nigdy nie przechowywali kosztowności w miejscu zamieszkania. Zamek Tropsztyn będący wówczas w ruinie, ale umiejscowiony na wyniosłej skale, posiada wewnątrz puste przestrzenie takie jak groty i jaskinie, oddalony jest o pół dnia drogi Dunajcem od Niedzicy i na dodatek tutaj urodził się dziadek Sebastiana Berzeviczego – Ferdynand. Od strony Dunajca robiący imponujące wrażenie, a lustro wody od tamtego czasu (na skutek spiętrzenia wody przez zaporę w Czchowie), podniosło się aż o 14 metrów.
Można uznać to za hipotezy, ale hipotezami nie są takie same wyniki badań trzech niezależnych od siebie radiestetów, które potwierdzają istnienie na głębokości około 14,5 metra skupiska metali i kamieni szlachetnych o znacznych rozmiarach oraz zwojów sznurów z dodatkiem metali (kipu?). Należy tu nadmienić, że dostęp do podziemi zamku, poza udostępnionymi do zwiedzania, podczas prac restauratorskich został zalany kilkuset tonami cementu.

Rodzina po Andrzeju Beneszu nie chce rozmawiać na ten temat, natomiast kategorycznie twierdzi, że oryginał kipu, który odnaleziono w Niedzicy oraz dokumenty rodowe „przechowywane są w cynowych skrzyniach i tkwią ukryte w górach, a wiele z tych rzeczy do dziś jest nie dotkniętych„.
Czy na poszukiwaczy skarbu Inków działa klątwa:
Każdego, kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć„?
Wszyscy żołnierze WOP towarzyszący Andrzejowi Beneszowi w ciągu zaledwie kilku lat zginęli tragicznie. Kustosz… Salomonowie… Andrzej Benesz… i wiele innych osób mających związek ze skarbem Inków, badających jego tajemnicę, poszukiwaczy.

( część pierwsza: Złoto Inków w Niedzicy (1) )

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto Inków w Niedzicy (1)

przez , 01.maj.2017, w Skarby

Inkaskie skarbyKażdego kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków, spotka śmierć

16 listopada 1532 roku …
W niedługim czasie po sromotnej porażce Atahualpy, u Francisco Pizarra zjawiają się posłowie Huascara, który zaproponował ogromne ilości złota i srebra w zamian za powrót na tron. Atahualpa dowiedział się o tym i rozkazał tajnym wysłannikom zamordować brata – rozkaz wykonano, Huascar został utopiony. Po zgładzeniu konkurenta Atahualpa za swoją wolność przedstawił propozycję Pizzarowi – największy okup o jakim kiedykolwiek słyszano. Obiecał wypełnienie komnaty o wymiarach 5×6 metrów złotem, do wysokości 2 metrów w ciągu dwóch miesięcy oraz dwa razy tyle srebra. Pizzaro przystał na propozycję, a Indianie zaczęli zwozić najróżniejsze przedmioty ze złota. Niestety Atahualpa przesadził z obietnicą jako inkaski bastard nie uznany przez kapłanów. Jego wątpliwy autorytet po uwięzieniu spadł prawie do zera, co skutkowało skąpym napływem złota i srebra. Obiecał on 400 ton złota, a udało mu się zebrać zaledwie około 5 ton, co zniecierpliwiło Hiszpanów. Pod nieobecność Pizzara oskarżono Atahualpę o podżeganie Indian do buntu i skazano na śmierć przez spalenie.

Ten nie mógł, pogodzić się z taką śmiercią, bowiem wierzył że ponownie powróci na ziemię tylko wtedy, gdy jego ciało zostanie zabalsamowane i posadzone na tronie w świątyni boga Słońca. Oprawcy obiecali mu, że jeżeli przyjmie chrzest to zamiast spalenia zostanie uduszony – Atahualpa wyraził zgodę. Po egzekucji ciało Atahualpy pochowano na cmentarzu w Cejamarce. Następnej nocy Inkowie zabrali ciało z grobu i przenieśli do Quito. Po zgładzeniu Atahualpy do Cejamarki nie zdążały już wozy ze złotem. W ręce Hiszpanów nie dostał się jeden z największych skarbów – ogromny złoty łańcuch (210 metrów długości) wykuty na rozkaz króla Huayna Capac na cześć narodzin pierworodnego syna.
18 czerwca 1533 roku Hiszpanie podzielili się okupem w Cejamarce. Jeden z najwyższych dostojników inkaskich powiedział:
„Zdobyliście jedno ziarno, a straciliście całe pole pszenicy”.
Co stało się ze skarbem Inków? Skarb podzielono na trzy części i ukryto go w trzech różnych miejscach świata. Oto ciąg dalszy jego historii.Skarb InkówW XVIII wieku na Podolu mieszkała szlachecka rodzina Berzeviczych spokrewniona z potężnym węgierskim rodem, która ufundowała zamek w Niedzicy.
Sebastian Berzeviczy (1698-1797) po przeżyciu nieszczęśliwej miłości do córki bogatego sąsiada, by zapomnieć o zawodzie miłosnym, postanowił wyruszyć na wschód i zająć się wojennym rzemiosłem. Znany był jako awanturnik i niespokojny duch imający się różnych zajęć. Po różnych burzliwych perypetiach trafił do Indii walcząc w powstaniu u boku Sipajów przeciwko angielskim kolonizatorom. Z garstką Sipajów opanował jeden z okrętów floty królewskiej i walczył przeciwko królowi angielskiemu. Następnie zaciągnął się pod banderę hiszpańską i zajął korsarstwem, a to pozwoliło mu dotrzeć do Ameryki Południowej – od dwóch wieków zamorskiej prowincji kolonizowanej przez Hiszpanów. Tam otrzymał stanowisko w administracji hiszpańskiej. Jego zainteresowania zaczęły kierować się ku oryginalnej kulturze miejscowych Indian.

W Peru poznał Runtu – córkę rozgromionego inkaskiego rodu książęcego (peruwiańskiego państwa Tawantinsuyu), a następnie ożenił się z nią. Z tego związku narodziło się jedno dziecko, córka o imieniu Umina.
Równocześnie Inkowie przeżywają swój pogrom przez najeźdźców, kolejne ich powstania są brutalnie tłumione. Powstanie, które wybuchło w 1781 roku, skończyło się krwawym pogromem Inków, a wódz powstania Tupac Amaru z rodu Atahualpy został podstępnie zwabiony do Cuzco, pod pretekstem podpisania układu pokojowego i stracony. Po jego śmierci jedynym pretendentem do inkaskiego tronu został jego bratanek Andreas Tupac Amaru II. Andreas ożenił się z córką Sebastiana, Uminą Berzaviczy. Wyczuwając nadchodzącą klęskę powstania Inków, Sebastian wraz z rodziną i kilkoma Indianami postanawia uciec do Włoch. Pozostałości wielowiekowego skarbu Inków zostają rozbite na mniejsze części i ukryte w wodach jeziora Titicaca oraz głębinach zatoki Vigo u wybrzeży Hiszpanii, a część Sebastian zabiera ze sobą.InkaJednakże rodzina Sebastiana nie zaznała spokoju także we Włoszech – w 1797 roku w niewyjaśnionych okolicznościach został zasztyletowany Andreas Tupac Amaru, w związku z czym, w obawie o swoje życie, życie Uminy i jej jednorocznego syna Inkasa, ciągle prześladowanych przez hiszpańską inkwizycję, Sebastian podjął decyzję o ucieczce na Węgry. Mając do dyspozycji kilka powozów i furmanek, stworzyli niewielki orszak załadowany trzecią częścią złotego skarbu Inków.
Wykorzystując protekcję przypadkowo poznanego na audiencji u papieża przeora klasztoru augustianów w Krakowie, przybywa na zamek w Niedzicy, który był we władaniu hrabiego Horvatha de Paloczy. Berzeviczy chciał wykupić pradziadowską warownię ale do całkowitego sfinalizowania sprawy nie doszło – Horvath przyjął tylko sztukę inkaskiego złota pochodzącego z części skarbu jako zadatek.

Podczas pobytu na zamku pewnego dnia Umina zachorowała, a Sebastian został zaproszony przez włodarzy zamku na polowanie. Nie wiadomo czy było to dziełem przypadku czy też zaplanowanego spisu (podtrucie Uminy?) – podczas nieobecności Sebastiana na zamek wtargnęli zamaskowani wysłannicy hiszpańskiej inkwizycji ścigający potomków inkaskiego rodu królewskiego, którzy zasztyletowali Uminę. Szukali również syna Uminy, Inkasa, lecz służba zamkowa w ostatniej chwili zdołała go ukryć.

Umina, zgodnie z wolą zrozpaczonego ojca, została pochowana w srebrnej trumnie w jednym z pomieszczeń w podziemiach zamku, pod basztą kapliczną. Obok jej sarkofagu została złożona część inkaskiego skarbu. Naocznym świadkiem sarkofagu ze srebrną trumną i złożonym skarbem był zamkowy furman Jakub Biały. Trafił do podziemnego pomieszczenia gdy po skończonym dniu pracy odprowadzał kobiety ze służby do ich pokoi. Wracając do własnej izby przez przypadek zaszedł do jednego z pomieszczeń, w którym zobaczył srebrną trumnę z ciałem kobiety z krwawą plamą na piersi. Wszędzie dookoła leżało zaś mnóstwo kosztowności.
Gdy wyszło na jaw, że Umina nie była katoliczką, pochówkowi temu sprzeciwił się hrabia Horvath de Paloczy. Sebastian Berzeviczy ponownie musiał pogrzebać ciało ukochanej córki. Srebrną trumnę z ciałem Uminy oraz złożony inkaski skarb, zabrano z zamkowych podziemi i złożono gdzieś na polach w okolicy Sromowiec.Czorsztyn i NiedzicaDo chwili obecnej spekuluje się o miejscu ukrycia inkaskiego skarbu w okolicach Niedzicy. Zakłada się ukrycie go na terenie zamku – zamurowaniu w podziemiach lub złożeniu w zamku dolnym wybudowanym z fundacji Sebastiana Berzeviczego. Mówi się też o Zielonem – to miejsce na prawym brzegu Dunajca wśród prostopadłych wapiennych skał (nieopodal zamku), gdzie góral z Kłuszkowic znalazł dobrze zamaskowane kosztowności, w tym złote blaszki kształtem przypominające listki. Po śmierci Sebastiana proboszcz z Niedzicy chodził w tamte okolice po złote listki i przyozdabiał nimi kościół.
Należy zwrócić tutaj uwagę, że kipu było wyposażone w złote blaszki-listki, a w państwie Inków powszechnie występowało złoto tak uformowane.
Za kolejne miejsce ukrycia skarbu uważa się podziemne groty połączone starymi sztolniami rud miedzi, które rozciągały się od zamku w Niedzicy do zamku w Landeku.

Georgius Buchnolz, pastor z Łomnicy Wielkiej, tak opisuje je w 1719 roku:
„Chciałbym tutaj złożyć doniesienie z jaskini (…) Są tutaj w górach w ostatnich sztolniach miedzianych, między Landekiem a niedzickim zamkiem jaskinie jeszcze większe (…) niedaleko jedna od drugiej. Nie udało się jeszcze dotrzeć do końca jaskini, idąc ze świecą za pół węgierskiego florena, która wypala się całkowicie, wzdłuż jaskini jak pięknej dawniej, wysokiej i suchej piwnicy. I wciąż nie widać końca. Na drogę powrotną trzeba znowu pół dnia (…) W innych jaskiniach był przed kilku laty pan Berzeviczy, znalazł tam kości niedźwiedzi jaskiniowych (…)
Trzecia grota nazywa się Baranya-djra, ponieważ w tej jaskini w czasie wojny ukrywali owczarze kilka tysięcy owiec i wiele fur siana nazbierali, nie znalazł ich żaden wojownik – bezpiecznie tam przetrwały, bez wątpienia jest tam także woda”.Złoto Inków w jaskiniByć może właśnie w tych grotach spoczywa po dziś dzień nie odkryte ciało Uminy w srebrnej trumnie. Interesującym jest fakt, że obecnie lokalizacja większości z tych podziemnych grot i sztolni rud miedzi jest nieznana.
Pojawia się również wątek żołnierzy radzieckich, którzy w 1945 roku, z zamku w Niedzicy wywozili dwa wozy załadowane wyrobami z porcelany oraz kilka wozów z kuframi o nie znanej zawartości. Ponieważ żołnierze byli pijani, zorganizowali sobie wyścigi wozami, a te runęły wraz z ładunkiem do Dunajca u podnóża Niedzicy i potopiły się.

Po tragicznym wydarzeniu sprawą pierwszej wagi dla Sebastiana staje się ustrzeżenie wnuka przed eksterminacją.
Na zamek w Niedzicy przyjeżdża bratanek Sebastiana – Wacław Benesz Berzeviczy Baron de Doridangen, człowiek żonaty choć bezdzietny, właściciel zamku Krumłów na Morawach.
Również dziwnym zbiegiem okoliczności na zamku pojawiła się także delegacja Prześwietnej Rady Inków.
21 czerwca 1797 roku, w dniu najważniejszego dla Inków święta – Święta Słońca, w ich obecności zostaje spisany akt adopcji jednorocznego syna Uminy (wnuka Sebastiana Berzeviczego) – Inkasa, przez Wacława Benesza Berzewiczy i akt zaprzysiężenia wobec Boga i Wielkiego Viracochy, Sapa Inca.
Treść testamentu, który w 1946 roku został odnaleziony w archiwum kościoła Św. Krzyża w Krakowie, brzmi następująco:

„Ja, Wacław Benesz de Berzeviczy, Baro de Dondangen, przysięgam wobec Męki Pańskiej, Prześwietnej Rady Emisaryuszy Inków i J.O. Strya mego Sebastyana, uczynionych dzisiaj uchwał ostatnich Prześwietnej Rady być kuratorem i rzetelnym wykonawcą. W szczególności obliguję się:

… ciąg dalszy w części drugiej: „Złoto Inków w Niedzicy (2)”

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Czerwony Klasztor

przez , 01.kwi.2017, w Ciekawe miejsca

Czerwony KlasztorCzerwony Klasztor (Červený Kláštor) to niewielka słowacka wieś w powiecie Kieżmark, leżąca przy granicy z Polską, oddzielona rzeką Dunajec od Sromowców Niżnych. Usytuowana w ciasnej dolinie nazwanej Doliną św. Antoniego, między Pieninami (Klasztorną Górą 657 m n.p.m.), a Magurą Spiską (Klasztorną Górką 539 m n.p.m.) pełni funkcję centrum turystycznego. Obecna miejscowość Czerwony Klasztor powstała w 1948 roku po połączeniu wsi Nižné Šváby (Niżne Szwaby) i Smerdžonka/Červený Kláštor-Kúpele (Śmierdzonka – od źródła mineralnego o silnym zapachu siarkowodoru) oraz osady Czerwony Klasztor wraz z najbliższą okolicą. Znana jest przede wszystkim z dawnego klasztoru kartuzów i kamedułów, ufundowanego z ręki węgierskiego magnata Kokosza Berzewiczego w 1319 roku. Z fundacją klasztoru związana jest ciekawa historia niezwykłych okoliczności temu towarzyszących.

Udokumentowane źródła wspominają, że Kokosz Berzewicz/Brezowicz, syn Rikolfa z rodu Brezowickich, wraz ze swoimi współtowarzyszami zabili Chyderyka Frydrycha z rodu Gyorgów, który był prepozytem szariskich krzyżowców w Chmielowie. Sąd pojednawczy, obradujący w Lewoczy w 1307 roku ogłosił wyrok, w którym postanowiono, że prócz innych konsekwencji tego czynu, Kokosz musi założyć 6 klasztorów, co miało zapewnić zbawienie duszy zamordowanego oraz zamówić w nich 4000 mszy. Jednym z nich był właśnie klasztor kartuzów położony nad Dunajcem, na założenie którego, Kokosz podarował kartuzom z Letanowic 62 popłuża ziemi z majątku wsi Lechnica. Popłuże to areał ziemi, który da się obrobić jednym pługiem (około 65 ha). W 1319 roku Spiska Kapituła potwierdza założenie klasztoru, a rok później król Karol Robert uchwalił jego akt fundacyjny.DziedziniecBudowa kompleksu klasztornego rozpoczęła się w katastrze wsi Lechnica po 1320 roku, dlatego też przez wiele długich lat nazywany był Klasztorem Lechnickim i była również wspierana przez polskich władców – Kazimierza Wielkiego i Królową Jadwigę. Ciekawostką jest, że krakowscy mieszczanie na utrzymanie klasztoru przeznaczyli połowę wsi Rychwałd. Początkowo zamieszkany był przez mnichów z zakonu kartuzów. Kartuzi wybrali dla siebie miejsce w otoczeniu przyrody, w jednym z najpiękniejszych zakątków Zamagurza nieopodal rzeki Dunajec. Był to już drugi klasztor kartuzów na Spiszu, pierwszy istniał na Skale Schronienia Lapis refugii, obecnie Kláštorisko w Słowackim Raju. Później zmieniono jego nazwę na Czerwony Klasztor – od czerwonych ceglanych ościeżnic i żebrowania sklepień. Nazwa klasztoru stała się z czasem również nazwą wsi. Klasztor będący początkowo filią macierzystego klasztoru z Letanowic, usamodzielnił się już w 1371 roku. Uzyskał także ważne przywileje, do których należało między innymi prawo łowienia ryb w Dunajcu, prawo prowadzenia młyna i warzenia piwa.

Obecnie na całym świecie żyje około 400 kartuzów i kartuzek w 23 klasztorach, w tym pięciu żeńskich. Po pięć klasztorów jest w Hiszpanii i Francji, cztery znajdują się we Włoszech i po jednym w Szwajcarii, Słowenii, Portugalii, Niemczech, Anglii, Korei Południowej, Brazylii, Argentynie i USA.
Kartuzi zachowywali surową ascezę (skupioną na swoim wewnętrznym życiu), całkowitym odizolowaniu od świata zewnętrznego (do takiego sposobu życia był przystosowany cały klasztor), poszcząc, kontemplując i prawie całkowicie milcząc.
Zachowywanie milczenia, wynikające z reguł zakonu, nie tylko w kontaktach z obcymi, ale także między braćmi, nadawało im imię „milczących niemych mnichów”.
Z ich trybem życia idealnie harmonizował strój – długa biała koszula, długi biały habit z kapturem, pas z różańcem. W zimie nosili kożuchy z barana, obuwie stanowiły skórzane kierpce.HabityStrawa mnichów podlegała również ścisłej ascezie i odznaczała się wstrzemięźliwością, bezmięsną dietą. Jadło składało się z roślin strączkowych, produktów zbożowych, warzyw i owoców, miodu, jajek, sera. Zabronione było jedzenie mięsa, wyjątek stanowiły ryby, ale mogli je jeść tylko chorzy lub pracujących fizycznie bracia. Trzy razy w tygodniu reguły nakazywały post o chlebie i wodzie. Posiłki przygotowywali sobie sami w swoich celach. Wspólna jadalnia wykorzystywana była tylko w niedziele i święta. Jedzenie przygotowywał wtedy kucharz który mógł mówić. Pełnił on też funkcje furtiana i pilnował klasztoru. Prawidła pozwalały podawać dodatkowe jedzenie – jaja, ser i ryby podczas szczególnych wydarzeń (na przykład przy wyborze przeora).
Zakonnicy byli też utrzymywani z podatków pochodzących z 10 wsi.

Przełożonym klasztoru był przeor. Zgromadzenie kartuzów składało się z ojców (patrów) mających święcenia kapłańskie, mieszkających w wydzielonej części klasztoru, w tak zwanej klauzurze i eremach oraz braci (fratrów), mnichów znajdujących się niżej w hierarchii. Bracia zamieszkiwali wspólnie budynek konwentu, a głównym ich obowiązkiem było zajmowanie się czynnościami gospodarczymi i dbanie o sprawy materialne. Kartuzi ojcowie nie mieli posłannictwa kaznodziejskiego. Wielkie znaczenie przywiązywali do ksiąg jako „wiecznego pokarmu duszy”. Ponieważ nie mogli głosić Słowa Bożego ustami, przepisywali księgi, czyli „głosili rękami”. Do kolejnych ich zajęć należała alchemia i astrologia. Mieli ściśle wyznaczony czas na pracę intelektualną, kontemplacje, modlitwę oraz odpoczynek.Domek przeoraSielankowe życie klasztoru zakłóciły dwa najazdy wojsk husyckich na Spisz – w 1431 i 1433 roku, kiedy to został spustoszony. Jednym z przywódców husyckich był Piotr Aksamit z Koszowa. Wybudował swoją warownię w pobliżu klasztoru, wśród skał niedaleko jaskini Aksamitka. Burzliwa sytuacja ustabilizowała się dopiero po 1462 roku. Wówczas po ustaniu husyckich najazdów przystąpiono do odbudowy klasztoru. Mnisi otrzymali ponownie potwierdzenie dawnych przywilejów oraz wzbogacili się o nowe darowizny, jak winnice w Templinie. Z Koszyc otrzymywali daniny – sukno, ryby i olej.
Nadejście reformacji i wewnętrzne waśnie w Królestwie Węgier (po bitwie pod Mohaczem w 1526 roku), doprowadziły do upadku obu spiskich klasztorów kartuskich.

Na początku XVI wieku wpływ reformacji, a także walk o władzę, doprowadziły do pojawienia się religijnej nietolerancji i upadku gospodarczego. Klasztor zaczął wyprzedawać i tracić swoje majątki. W 1545 roku klasztor został zaatakowany przez oddziały z zamku w Niedzicy. Mnisi zaczęli stopniowo opuszczać klasztor. W 1563 roku król Ferdynand rozwiązał zakon kartuzów, a klasztor przekazał prepozytowi Spiskiej Kapituły.
Klasztor Lechnicki przestał istnieć wraz ze śmiercią jego przeora w 1567 roku. Zabudowania klasztorne przeszły na własność państwa, pozostając nimi w latach 1569 – 1710.
Po rozwiązaniu klasztoru kartuzów w 1563 roku administrację jego majątków przejął spiski prepozyt Gregor Bornemisz. Po 1569 roku klasztor przechodzi w ręce świeckich właścicieli.Wnętrze domku przeoraW 1625 roku cesarz Ferdynand II podarował klasztorne majątki Pawłowi Rakoczemu, który rozbudował klasztor. W posiadaniu tej szlacheckiej rodziny klasztor pozostawał aż do 1699 roku. Następnie został sprzedany biskupowi Nitry Władysławowi Matiaszowskiemu, powracając w kościelne ręce. Biskup miał zamiar obsadzić w klasztorze na powrót zakon kartuzów, jednak jego plan się nie powiódł. Testament z 1705 roku przekazywał klasztor zakonowi kamedułów Kongregacji Monte Corona i w 1711 roku klasztor przechodzi w ręce kamedułów, pustelników o surowej regule, do roku 1782. Zgodnie z postępującymi potrzebami zakonu, klasztor stopniowo odnawiano i przebudowywano w stylu barokowym.
W 1747 roku kameduli konsekrowali odremontowany i odmalowany kościół p.w. św. Antoniego Pustelnika. W 1750 roku dobudowali do niego wieżę. W 1754 roku odnowili skrzydło stanowiące wejście do klasztoru i wybudowali zewnętrzny gospodarczy dziedziniec.

Tym samym w połowie XVIII wieku kościół zyskał formę pozostającą do dziś. Wybudowano nowe cele dla mnichów. Na dziedzińcu zewnętrznym znajdowała się gospoda dla pątników, stajnie, studnia, wozownia, i słodowania browaru. Młyn znajdował się w południowo – wschodniej części klasztoru. Kameduli zajmowali się leczeniem chorych, zbieraniem i uprawą roślin leczniczych oraz sporządzaniem leków. Dodatkowo trudnili się rolnictwem i pszczelarstwem.
Po dekretach cesarza Józefa II w 1782 roku, zakon w Lechnicy przestaje istnieć. Archiwum zostało wywiezione do Budapesztu, z kolei część kościelnego wyposażenia sprzedana do Muszyny. Coraz bardziej podupadający klasztor w 1820 roku trafił do kapituły greckokatolickiej w Preszowie. Dobra zakonu zostały rozdysponowane wśród kilkuset rodzin niemieckich kolonistów, którzy w tym czasie przybyli do pobliskich Dolnych Lechnic (Unterlechnitz), wówczas też upowszechniła się niemiecka nazwa Rotes Kloster (węg. Vöröskolostor).Zegary słoneczne i wieża kościelnaJadwiga Łuszczewska (Deotyma) zwiedzająca w 1860 roku klasztor zastała go zrujnowanym, ale kościół był zadbany.
Niemniej jednak, pomimo niedługiej misji kamedułów, ich dzieła zapisały się złotymi zgłoskami w dziejach naszej kultury. W 1745 roku w klasztorze powołano tak zwane Professorium – uczelnię teologiczną przeznaczoną dla młodych pustelników kamedulskich, działającą do 1772 roku.
W połowie XVIII wieku jako wybitną postacią zakonu zapisał się ojciec Romuald Hadbavny będący opiekunem duchowym konwentu. Wspomniana uczelnia teologiczna oraz funkcja Hadbavnego jako archiwisty i bibliotekarza umożliwiły mu prowadzenie dociekań i badań religioznawczych oraz językoznawczych. Uważany jest za autora pierwszego przekładu Pisma Świętego na słowacki język przedbernolakowski. Brał również udział w pracach nad słownikiem łacińsko-słowackim „Sylabus dictionari latini slavonicus” (1763 rok) i przetłumaczył pieśń Ludwika Blossa, francuskiego mistyka, na poprawny język zachodniosłowacki.

Kolejną postacią owianą legendami był brat Cyprian, właściwie – Franz Ignatz Jäschke (1724-1775) pochodzący ze Śląska, pełniący obowiązki lekarza, aptekarza, cyrulika i botanika. Leczył i pielęgnował nie tylko współbraci, lecz również okolicznych mieszkańców. Jego najwybitniejszym dziełem jest zielnik z 1766 roku, zawierający 283 skatalogowane rośliny pochodzące z Pienin i Tatr (głównie z Doliny Kieżmarskiej), który obecnie znajduje się w muzeum w Tatrzańskiej Łomnicy.
W latach 1756 – 1775 brat Cyprian prowadził aptekę, która mieściła się na pierwszym piętrze konwentu, a co najważniejsze, to właśnie za sprawą jego osoby stała się ona sławna na całe Królestwo Węgier. Według zweryfikowanych i wiarygodnych źródeł należała do najstarszych w Europie Środkowej.Czerwony Klasztor (1)Brat Cyprian zajmował się również alchemią oraz wytwarzaniem świec i luster. Te wszechstronne zdolności były inspiracją do powstania legendy o „latającym Cyprianie”, według której to, miał sporządzić własnoręcznie lotnię, a następnie (dwa różne przekazy) zlecieć ze szczytu Trzech Koron na klasztorny dziedziniec lub przelecieć nad Morskim Okiem i tam zostać zamieniony w skalny głaz nazywany do tej pory Mnichem. Franz Ignatz Jäschke został dwukrotnie bohaterem twórczości Jana Wiktora w opowiadaniu „Zapomniany lotnik” i powieści „Skrzydlaty Mnich”, a na terenie klasztoru zrealizowano film opowiadający o jego życiu zatytułowany „Latający mnich i tajemnica Da Vinci”.

Najcenniejszym obiektem zespołu klasztornego jest gotycki kościół p.w. św. Antoniego Pustelnika. Jego budowę w latach 1360 – 1400, prowadzono zgodnie z surowymi zasadami kartuzów. Jest świątynia jednonawową, pierwotnie bez wieży, o podłużnej formie halowej 35×6,8 metra, z wnętrzem podzielonym na sektory – wschodnim dla patrów, środkowym dla fratrów, zachodnim dla laików, z osobnymi wejściami. Kolejna rozbudowa nastąpiła w latach 1496 – 1506.
W 1746 roku kameduli rozpoczęli restaurowanie kościoła wzbogacając go między innymi o stiukowe zdobienie sklepienia wykonanych przez włoskich mistrzów dzieła.Kościół Antoniego PustelnikaOłtarz główny i drewniane barokowe rzeźby umieszczone w nim i po jego bokach, wykonał w 1745 roku rzeźbiarz Dionyz Reismayer z Lewoczy, zaś polichromował je i złocił Jan Reich pochodzący również z Lewoczy.
W kościele zachował się barokowy płócienny obraz przedstawiający polskiego arcybiskupa Bogumiła z Gniezna pochowanego w tym kościele. Pod nawą tylną znajduje się XVIII-wieczna figura Świętej Trójcy ze św. Nepomucenem, pierwotnie ustawiona w przyklasztornym lipowym parku nad brzegiem Dunajca. Rośnie w nim 15 starych lip, które w 1972 roku uznane zostały za pomniki przyrody, ich wiek wynosi 250-400 lat.

Mały krużganek (ambit) został wybudowany wokół rajskiego dziedzińca na planie kwadratu i miał za zadanie łączyć poszczególne obiekty klasztorne. Mnisi poświęcali jedną godzinę w tygodniu na wymianę duchowych doświadczeń.
W sali kapitulnej wybierano przeora, przyjmowano nowicjuszy, omawiano sprawy z życia i funkcjonowania klasztoru. Sala kapituły zwieńczona jest gotyckim sklepieniem sieciowym i po dziś dzień zachowała swój średniowieczny charakter.
W polach szczytowych pozostały fragmenty późnogotyckich malowideł datowanych na około 1520 rok – Jezus na Górze Oliwnej, Biczowanie, Niesienie Krzyża i Ukrzyżowanie. Nie jest znany autor tych dzieł, wiadomo jednak, że musiał on pozostawać pod wyraźnym wpływem grafik Albrechta Durera.Ołtarz i sklepienie w kościeleNa czwartym dziedzińcu z pustelniami przez całe stulecia panowała surowa klauzura – było to miejsce bardzo głębokiej wiary w Boga. Na obwodzie dziedzińca zostały rozmieszczone domki mnichów – pustelnie nazywane eremami, z przyległymi do nich ogródkami. W każdej bardzo skromnie urządzonej eremie, mieszkał tylko jeden mnich, pustelnik. Miał ściśle odmierzony czas pracy, modlitwy i odpoczynku.
W zakonie kartuzów stosowana była reguła – za klauzurą 12 pustelników i trzynasty przeor, na znak symboliki Jezusa z 12 apostołami. Było tutaj zatem trzynaście pustelni połączonych wielkim krużgankiem.

Bardzo istotną częścią wielkiego krużganka była nekropolia położona w pobliżu kościoła, a ideą – by mnisi codziennie widzieli proste drewniane krzyże bez nazwisk. Niepotwierdzona tradycja mówi o tym, iż każdy mnich (kartuz) wykopywał w ogródku dół, który miał mu przypominać o śmierci. Treść legendy z pozdrowieniem „Memento mori” (Pamiętaj o śmierci) wynika z faktu, że mnich miał żyć tak, „jakby codziennie był gotowy na śmierć”.
Za czasów kamedulskich wybudowano 10 eremów z ogródkami, po których dzisiaj pozostały jedynie szczątki i ruiny. Każda z cel posiadała swojego patrona służąc wyłącznie jednemu mnichowi aby mógł się spełniać jego ślubowany ideał samotności – „Żyć samemu z Bogiem i dla Boga” (bł. Paweł Giustiniani).Sala kapitułyPustelnię domek przeora (z zegarem słonecznym) zajmował przełożony klasztoru – przeor. Obecnie umiejscowiono w nim wystawę archeologiczną prezentującą wyniki badań przeprowadzonych na terenie klasztoru w latach 1967 – 1970. Pustelnie kartuzów zbudowane były na planie kwadratu i posiadały trzy pomieszczenia. Wejście znajdowało się od przodu z tak zwanego wielkiego krużganka. W przedniej części znajdowała się duża pracownia, od północy drewutnia, zaś od strony ogródka cela mieszkalna.
Domek przełożonego stał naprzeciwko kościoła, na przedłużeniu osi głównego ołtarza. Do dzisiaj przed domkiem (czwarty wewnętrzny dziedziniec) zachowała się dzwonnica z drugim barokowym zegarem słonecznym, który wskazuje czas po południu.

Na fasadzie drugiego dziedzińca także zamontowano zegar słoneczny. W pogodne dni słońce pada na metalową wskazówkę, a jej cień pokazuje godziny od 5:00 do 13:00. Powstanie (malaturę) obu zegarów datuje się na połowę XVIII wieku.
Niezwykle istotnymi dla funkcjonowania klasztoru były studnie. Wydrążono ich zatem aż pięć. Podczas generalnych prac restauratorskich klasztoru, która miała miejsce w latach 1958 – 1970, rewitalizowano dwie z nich – pierwszą na drugim dziedzińcu pod lipami (o głębokości 10,5 metra), drugą na czwartym dziedzińcu (o głębokości 7 metrów), zlokalizowaną między kościołem a domkiem przeora.Wnętrze pustelniPrzechodząc przez dziedziniec, po lewej stronie kościoła znajduje się kolejny mnisi domek, na którego fasadzie widnieje napis „1719,14 JULY”. Domek składa się z czterech pomieszczeń i korytarza. Z przodu, po prawej stronie znajduje się dormitorium służące do odpoczynku, spożywania posiłków i ćwiczeń duchowych mnicha. Po lewej stronie umiejscowiono oratorium – pomieszczenie do modlitw i medytacji. Z tyłu, po lewej stronie znajdowało się laboratorium gdzie mnich pracował fizycznie. Najmniejszym pomieszczeniem jest to położone z tyłu po prawej stronie służące za składzik i drewutnię.
Ogrzewanie pustelni było niezwykle przemyślane – piec wstawiano w ścianie działowej między dormitorium a składzikiem, do pieca podkładano z drewutni a ten ogrzewał sąsiadujące pomieszczenia. Metodę tą stosowano we wszystkich eremach.

W 1782 roku cesarz Józef II rozwiązał zakon i zlikwidował klasztory, z których „nie płynął widoczny pożytek”. Inne przekazy mówią, że zakon rozwiązano, „gdyż zapewne diabeł podkusił mnichów do rozbojów i napadów na karawany kupieckie”. W 1820 roku cesarz Franciszek I przekazał klasztor nowo utworzonemu greko-katolickiemu biskupstwu w Preszowie, które utrzymywało kościół i obiekty gospodarcze.
Plany przekształcenia klasztoru w szpital nie zostały zrealizowane.
W 1820 roku w okolicach klasztoru powstało uzdrowisko Smerdžonka, które wykorzystywało istniejące w okolicy zimne źródła siarczanej wody.
W XIX wieku głównym zajęciem społeczności Zamagurza stało się spławianie drewna.StudnieW drugiej połowie tegoż wieku, a zwłaszcza w związku z powstaniem uzdrowisk w Czerwonym Klasztorze i Szczawnicy, rozpoczął rozwijać się spływ tratwami po Dunajcu. Tratwy sporządzano z powiązanych ze sobą wydrążonych kłód, nazywanych potocznie dłubankami, które cieszyły się wielkim powodzeniem wśród turystów i kuracjuszy.
Po pożarze w 1907 roku, w wyniku którego zniszczone zostały dachy i zawaliła się wieża kościoła, klasztor przeszedł na własność węgierskiego ministerstwa rolnictwa. Jego odbudowę rozpoczęto po I wojnie światowej.
W Czerwonym Klasztorze w 1932 roku powołano pierwszy międzynarodowy polsko-słowacki park natury w Pieninach.

W 1934 roku preszowski oddział KCST wydzierżawił klasztor na 50 lat i przeprowadził prowizoryczny remont, w latach 1952 – 1968 przeprowadzono remont generalny, a cały obiekt został uznany za narodowy pomnik kultury. Od 1966 roku część obiektów zespołu klasztornego wykorzystano do celów muzealnych.
Dziś w Czerwonym Klasztorze mieści się między innymi dyrekcja słowackiego Pienińskiego Parku Narodowego.
Kompleks klasztorny można zwiedzać codziennie w godzinach 8:00-19:00 (godziny otwarcia ruchome w zależności od miesiąca, ostatnie wejście na godzinę przed zamknięciem muzeum, czas zwiedzania wynosi około 1,5 godziny).
Wstęp płatny: 3 euro/12 zł; fotografowanie, filmowanie: 2 euro/8 zł

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Drewniany kościół w Sieniawie

przez , 01.lut.2017, w Zabytki

Kościół św. Antoniego w SieniawieXVIII-wieczny zabytkowy drewniany kościół, za sprawą mrzonek krnąbrnego proboszcza miał bezpowrotnie zniknąć ze wsi, zostać rozebrany i przeniesiony. Zdemontowano tabernakulum …
Dzięki staraniom parafian został ocalony – przeniesiono za to proboszcza …

Położenie
Sieniawa znajduje się w gminie Raba Wyżna w województwie małopolskim. Ta 2-tysięczna, 6-kilometrowa łańcuchowa wieś, położona jest w kotlinie, wzdłuż rzeki Raba, która dzieli dwie krainy geograficzne: pasmo Gorców i Pasmo Podhalańskie – pomiędzy Rabską Górą (Wierchy) 783 m n.p.m. (od północy), a górami Bucznik 783 m n.p.m., Trubacz 803 m n.p.m., Janiłówka 817 m n.p.m. (od południa).
Początki wsi sięgają XV wieku, kiedy to przez kilku wolnych kmieci – węglarzy, zostaje założona osada. Po raz pierwszy została wymieniona w dokumentach w 1581 roku, które znajdują się w archiwach Kurii Krakowskiej. Sieniawa została lokowana na prawie niemieckim przez wojewodę krakowskiego Wawrzyńca Spytko Jordana.
Jej nazwa pochodzi najprawdopodobniej od słowa „sień” – zaciemnionego pomieszczenia za wejściem do chałupy, prowadzącego do dalszej części domu.

Najważniejszym i najciekawszym zabytkiem w Sieniawie jest drewniany kościół p.w. św. Antoniego Padewskiego, wybudowany kosztem właściciela wsi Andrzeja Sendzimira herbu Ostoja i jego żony Anny z Sierakowskich, zlokalizowany poniżej nowego kościoła p.w. Niepokalanego Serca NMP.
Według prawa wieś organizowano w oparciu o władze sołtysa, który był odpowiedzialny za prawidłowy podział łanów w granicach wsi, sprawował też władze administracyjna oraz rozstrzygał spory między mieszkańcami. W zamian za to miał przywilej wyboru najlepszego gruntu.
W XVII wieku grunty sołtysa nabywa dziedzic z Raby Wyżnej – Kasper Sierakowski pochodzący z Bogusławic, który wybudował dwór i zabudowania folwarczne. W latach czterdziestych XVIII wieku nowym właścicielem majątku i całej Sieniawy został Andrzej Sendzimir, który rozpoczął starania o budowę kościołka.Drewniany kościół w SieniawieHistoria
Tak więc z fundacji właściciela wsi, stolnika wieluńskiego Andrzeja Sendzimira herbu Ostoja oraz jego żony Anny z Sierakowskich (siostry arcybiskupa lwowskiego obrządku łacińskiego Wacława Hieronima Sierakowskiego), w 1740 roku zostaje ukończona budowa drewnianej kaplicy dworskiej, obsługiwanej przez prywatnego kapelana Sendzimirów, a po jego śmierci została przemianowana na kościółek z posługą należącą do każdorazowego proboszcza z parafii p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Rabie Wyżnej, której to podlegała Sieniawa (wraz z pobliską Bielanką i położonymi nieco dalej Rokicinami Podhalańskimi).
16 maja 1768 roku Anna Sendzimirowa w swoim testamencie spisanym w Stradomiu, przeznaczyła dla kościółka w Sieniawie 7.000 złotych polskich. Wykonawcą swej ostatniej woli uczyniła swojego brata Romana Sierakowskiego z Bogusławic, który był chorążym województwa, podstarostą i sędzią grodzkim w Krakowie.

Jak wynika z zapisów w kronice parafii Raby Wyżnej, staraniem Julii z hrabiów Drohojowskich baronowej Borowskiej (1815 – 1889), żony właściciela Sieniawy barona Kaliksta Borowskiego (1801 – 1872), w 1858 roku do świątyni została przybudowana zakrystia, a w 1860 roku całe jej wnętrze odrestaurowano – zostały odnowione i pozłocone ołtarze, całe wnętrze odmalowane.
Ponadto dziedziczka Julia Borowska (będąca córką właściciela Czorsztyna – Jana Maksymiliana Drohojowskiego, zmarłego w 1851 roku i Wiktorii z Grudnickich), starała się uposażać drewniany kościółek św. Antoniego najlepiej jak tylko mogła. W 1845 roku ufundowała do świątyni złoty kielich, a w 1857 i 1861 roku mszał i nowe szaty liturgiczne.
Borowscy w posiadanie Sieniawy weszli od końca XVIII wieku, kiedy to dobra folwarczne należące wcześniej do Andrzeja Sendzimira herbu Ostoja przeszły w posiadanie barona Józefa Borowskiego (ur. w 1760 roku) ojca Kaliksta.

W latach 1927 – 1932 (proboszczem parafii Raba Wyżna był ks. Józef Poloński 1892 – 1983) przykryto kościół św. Antoniego nowym gontem, naprawiono organy, a także zakupiono nowe dzwonki. Nieopodal świątyni wybudowano również drewniany Dom Katolicki. W 1936 roku poddano nieznacznie modyfikacji wygląd kościółka, między innymi poprzez dobudowanie przedsionka od strony zachodniej. Zlikwidowano tym samym na osi świątyni bramkę w sobotach. Od tamtego czasu konstrukcja pozostała niezmieniona.
W czerwcu 1942 roku został tutaj ochrzczony Andrzej Zoll (ur. 27 maja 1943 roku w Sieniawie), profesor prawa UJ i były przewodniczący PKW, sędzia i prezes Trybunału Konstytucyjnego oraz Rzecznik Praw Obywatelskich.
W 1950 roku kościołek został ogrodzony drewnianym płotem, a ponowne położenie gontu na świątyni miało miejsce w 1959 roku. Nad pracami nadzór sprawował konserwator zabytków z Krakowa. Wstawiono również nowe okna i zakupiono obraz Serce Matki Bożej.Dom Katolicki przy kościele12 czerwca 1977 roku wizytujący parafię Raba Wyżna metropolita krakowski kardynał Karol Wojtyła odprawił w kościółku św. Antoniego mszę świętą odpustową.
Od utworzenia w Sieniawie parafii w 1983 roku, do wybudowania w 1990 roku nowego kościoła, pełnił on funkcję świątyni nowo powstałej parafii. Samodzielna parafia w Sieniawie została erygowana przez metropolitę krakowskiego, kardynała Franciszka Macharskiego dekretem z 1 lutego 1983 roku.
Jej pierwszym proboszczem został mianowany (pochodzący z Nowego Targu) ks. Tadeusz Kubowicz (1943 – 2010), który bardzo szybko przystąpił do budowy nowej świątyni. Od 1986 roku zaczęto gromadzić materiały, budowę rozpoczęto rok później, natomiast prace zostały zakończone w 1989 roku. Kamień węgielny, pochodzący z grobu św. Piotra w Rzymie (poświęcony przez papieża Jana Pawła II), wmurował 21 października 1990 roku metropolita krakowski i tym samym kościół św. Antoniego przestał pełnić funkcję kościoła parafialnego.

Architektura
Kościół wybudowany jest z drewna jodłowego w konstrukcji zrębowej. Elewacja kościoła jest szalowana pionowo z listwowaniem. Dach prezbiterium czterospadowy, kryty gontem, na kalenicy znajduje się zgrabna wieżyczka sygnaturkowa z pozorną latarnią, do której w 1947 roku zakupiono dzwonek (wcześniejszy został zrabowany podczas działań w czasie II wojny światowej przez żołnierzy Armii Czerwonej). Budynek otoczony jest sobotami wspartymi na słupach (soboty pozostają bez szalunku) – otwartymi podcieniami.
Świątynię otaczają liczące prawie 300 lat lipy – pomniki przyrody.
We wnętrzu znajdują się trzy późnobarokowe ołtarze z XVIII wieku. W dwukondygnacyjnym ołtarzu głównym umieszczono obrazy współczesne. W prawym ołtarzu obrazy ukazują św. Józefa z dwunastoletnim Chrystusem i św. Barbarę. Znajdujący się wcześniej w lewym ołtarzu obraz Matki Boskiej Sieniawskiej z 1 połowy XVIII wieku przeniesiono do nowego kościoła, podobnie jak obraz przedstawiający Niepokalane Serce Najświętszej Marii Panny (obecnie umieszczony w ołtarzu głównym nowego kościoła), namalowany przez artystkę Marię Przyborowską z Warszawy.

Mąż artystki, oficer Wojska Polskiego, po 17 września 1939 roku dostał się do niewoli radzieckiej i został osadzony w obozie jenieckim w Starobielsku, po czym zamordowany przez NKWD w Katyniu w kwietniu 1940 roku. Malarka przyjechała do Sieniawy w 1941 roku. W 1956 roku przekazała obraz w prezencie proboszczowi parafii Raba Wyżna ks. Józefowi Polońskiemu. Z jego woli obraz umieszczono w sieniawskim kościółku św. Antoniego, a po wybudowaniu nowej świątyni został przeniesiony do niej.
Polichromie wnętrza pochodzą z 1845 roku. Wartościowymi elementami wyposażenia są również stacje drogi krzyżowej z XVIII wieku (na które warto zwrócić uwagę pod kątem cennych zabytków malarstwa), prosta ambona z wielobocznym korpusem oraz prospekt organowy w stylu barokowym z drugiej połowy XVIII wieku.
Szczególną atencją wśród wiernych, otaczany jest święty Antoni, słynący na okolicę jako patron małżeństw.Sieniawa. Drewniany kościółNa zakończenie
W 2010 roku w głowie nowego proboszcza Bogusława Wróbla zrodził się chory pomysł rozebrania i przeniesienia drewnianego kościółka św. Antoniego do Woli Justowskiej koło Krakowa, gdzie w 2002 roku spłonęła podobna drewniana świątynia. Jak informował miejski konserwator zabytków p. Jerzy Zbiegień – w miejscu spalonej świątyni miał powstać nowy kościół drewniano – murowany, a na terenie zespołu budownictwa drewnianego stanąć drewniany kościółek sprowadzony z Sieniawy. Do końca nie wiadomo jakie naprawdę pobudki kierowały proboszczem i jaki miał w tym interes, intencje (?). Proboszcz doprowadził do zdemontowania tabernakulum (!).
Sprawę tą swego czasu szeroko nagłaśniały lokalne media. Na szczęście dzięki staraniom i zabiegom mieszkańców Sieniawy, świątynia została uratowana i pozostała na swoim miejscu – na swoim miejscu nie pozostał jednak proboszcz, którego udało się przenieść ku uciesze większości parafian.

Od grudnia 2016 roku nowym proboszczem w Sieniawie został mianowany ksiądz Andrzej Jeleń z Krakowa.
Kościółek w Sieniawie zachował się w niezmienionym stanie od czasu budowy. Raz w roku, w czerwcu, uroczyście obchodzony jest odpust ku czci patrona świątyni św. Antoniego. W chwili obecnej trwa konserwacja techniczna i estetyczna ołtarza bocznego św. Andrzeja, która jest pierwszym etapem finansowanym ze środków Urzędu Małopolskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Krakowie.
Ten obiekt sakralny należy do najpiękniejszych drewnianych świątyń Małopolski i jest niewątpliwie wart odwiedzenia i zobaczenia – jest częścią szlaku architektury drewnianej województwa małopolskiego (wpisany do rejestru zabytków pod nr: A-218/118 z dnia 25.09.1961 roku). Obecnie stoi zamknięty i nie jest udostępniony do zwiedzania, ale może już wkrótce za sprawą nowego proboszcza otworzy swoje podwoje.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o klątwie na Zamku Niedzica …

przez , 13.gru.2016, w Legendy

Niedzicki zamekZamek w Niedzicy wznoszący się majestatycznie nad Jeziorem Czorsztyńskim, to jedno z tych miejsc w Pieninach, którego nikomu przedstawiać nie trzeba.
Nie każdy z odwiedzających je turystów jednak wie o legendarnej klątwie, jaka od stuleci spoczywa na zamczysku.
Ponoć w skale, na której został on zbudowany znajduje się szczelina, która z każdym rokiem staje się coraz szersza, aż pewnego dnia pochłonie całą twierdzę wraz z jej pięknymi murami i wieżami. Winę za przekleństwo ponosi zły gospodarz, który przed wiekami panował na niedzickim zamku. Ale do rzeczy…

Dawno temu, gdy Pieniny pustoszone były przez tatarskie najazdy, wielu ludzi uchodzących przed azjatyckimi hordami szukało schronienia właśnie na zamku w Niedzicy.
Jego pan, człowiek okrutny i próżny, zakazał jednak wpuszczania uciekinierów z obawy o własną wygodę.
Pewnego dnia nad Dunajcem pojawiła się grupa uciekających przed Tatarami mniszek z klasztoru w Starym Sączu. Jedna z zakonnic, młoda i delikatna Weronika, nie podołała trudom długiego marszu i odłączyła się od swoich towarzyszek.

Rychło też straciła je z oczu i zabłądziła. Długo błąkała się samotnie, aż w końcu dostrzegła w oddali światło – Zamek w Niedzicy.
Wycieńczona wędrówką zaczęła kołatać do bramy i błagać strażnika, by wpuścił ją do środka, lecz ten tylko zatrzasnął przed nią wrota.
Ruszony jednak sumieniem udał się do swojego pana, aby przekazać mu wieść o niespodziewanym gościu. Niedzicki pan ucztował właśnie w towarzystwie możnych dam oraz grajków i niechętnie wyszedł przed bramę. Gdy jednak zobaczył przemoczoną i obdartą zakonnicę, szybko nakazał pachołkom ją wygnać.

Weronika w milczeniu odeszła w mrok i nikt więcej jej nie widział… Tej samej nocy nad niedzickim zamkiem zerwała się potężna burza. Niektórzy z sług złego pana twierdzili później, że wśród podmuchów wichru i huku gromów dało się usłyszeć przekleństwo.
Tajemniczy głos obwieścił oto, że pewnego dnia skała, na której stoi zamek runie i pogrzebie nieszczęsną warownię. Gdy rano burza minęła, zdumieni mieszkańcy zamku zobaczyli na skale rysę, której wcześniej nie było.
Od tej pory szczelina nieustannie się powiększa, aż pewnego dnia pochłonie zamek. Taka będzie kara za próżność złego pana, który odmówił schronienia nieszczęsnej Weronice i wielu innym ludziom, szukającym ocalenia przed Tatarami…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o skarbie ukrytym w Zamku Czorsztyn …

przez , 12.gru.2016, w Legendy

1Pieniny pełne są skarbów… Złoto, kosztowności i drogie kamienie miały być ukrywane w górach przez zbójników, rycerzy oraz śmiałków, którym udało się odnaleźć złoża cennych kruszców. Jeden ze skarbów ponoć znajduje się w podziemiach zamku w Czorsztynie.
Dla dwóch zuchwałych pasterzy próba jego odnalezienia skończyła się jednak bardzo smutno. Wojtek i Szymon – bo tak mieli się nazywać owi nieszczęśnicy – od najmłodszych lat byli nierozłącznymi przyjaciółmi.
Żadnemu z nich nie wiodło się jednak w życiu zbyt dobrze – ani w fachu juhasa, ani w roli flisaka nie udało im się dorobić majątku, o którym marzyli.
Pewnego razu Wojtek i Szymon spotkali się w karczmie i po sporej dawce gorzałki uradzili, że jedynym lekiem na ich bolączki może być… odnalezienie skarbu.

Takowych ponoć w Pieninach nigdy nie brakowało, więc należało dobrać się tylko do jakiegoś, ukrytego gdzieś przez zbójców złota.
Obaj śmiałkowie udali się po poradę do starego Jana – miejscowego znachora.
Ten zdradził im, że skarb odnaleźć można właśnie na Czorsztyńskim Zamczysku. Ukryte tam bogactwo należeć miało do samego Kostki Napierskiego, który w podziemnej komnacie zgromadził skrzynie ze złotem, dukatami i drogimi kamieniami. Sęk w tym, że skarbu pilnują demony wraz z diabłami, a bezpiecznie można się do niego dobrać tylko w Noc Świętojańską. Odważni pasterze wyczekali więc dogodnego terminu i w najkrótszą noc roku wyruszyli na spotkanie przeznaczenia. Zabrali ze sobą łuczywo oraz przedmioty niezbędne w przypadku spotkania ze złymi duchami: kredę święconą w Trzech Króli i wosk wytopiony z paschalnej  świecy.

Po chwili poszukiwań znaleźli wejście do podziemi i przez niewielką szczelinę wcisnęli się do mrocznych korytarzy. Długo błądzili w podziemnym labiryncie aż w końcu ujrzeli niesamowity blask – przed nimi stała komnata wypełniona złotem i kosztownościami. Wojtek i Szymon zabrali ze sobą tyle, ile mogli udźwignąć i obwieszeni skarbami z trudem usiłowali wydostać się na powierzchnię. Nagle korytarze przeszył przeraźliwy śmiech złych mocy, a drzwi, którymi uprzednio weszli do komnaty zatrzasnęły się z hukiem, zamykając obu śmiałkom drogę ucieczki. Na nic zdały się próby otwarcia zamka – pasterze znaleźli się w podziemnej pułapce, w całkowitych ciemnościach. W końcu jednak udało im się rozpalić łuczywo i odnaleźć w ścianie szczelinę prowadzącą do kolejnego lochu i dalszych korytarzy.

Wędrowali nimi przez wiele godzin aż w końcu odnaleźli wyjście, który wyprowadziło ich na brzeg Dunajca. Uradowani juhasi ruszyli więc w drogę powrotną do Czorsztyna, ale jakoś nie mogli poznać rodzinnej wioski. A to droga za szeroka, a to kapliczka, której wcześniej nie było. Gdy wreszcie doszli do wsi okazało się, że ich domostwa dawno nie istnieją i zostały z nich tylko ruiny i zdziczałe drzewa. Oto okazało się, że to co dla nich było jedną nocą w podziemiach, dla reszty świata było całym wiekiem. Wszyscy bliscy dawno już odeszli i nie ma dokąd wracać. Sam skarb zamienił się natomiast w bezwartościowe kamienie.
Co się działo dalej z nieszczęsnymi juhasami – tego nie wiadomo.
Przez długie lata wśród mieszkańców Czorsztyna krążyła jednak opowieść o dwóch młodzieńcach, którzy w tajemniczy sposób zaginęli w noc św. Jana…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Borowiec wielki

przez , 01.lis.2016, w Flora i Fauna

Borowiec wielkiBorowiec wielki (Nyctalus noctula, Schreber 1774) występuje w całej Europie (nie stwierdzono go tylko na Islandii), choć rzadko na północy, w Azji od Uralu z zasięgiem do Chin i Japonii oraz w północnej Afryce. Spotykany jest również daleko poza swoim zwartym zasięgiem, na przykład na zupełnie bezleśnych wyspach północnego Atlantyku czy w takich krajach tropikalnych jak Indie, a nawet Mozambik. Prawdopodobnie zapędza się w tak odległe rejony podczas swoich sezonowych wędrówek.
W Polsce jest jednym z trzech największych gatunków nietoperzy i występuje powszechnie na terenie całego kraju z wyjątkiem najwyższych partii górskich. Jest jednym z najczęściej spotykanych krajowych nietoperzy. Zamieszkuje szerokie spektrum środowisk, a jego kolonie najczęściej zasiedlają tereny leśne, luźne zadrzewienia, miejskie parki.

W ciągu dnia ukrywa się w wysoko położonych dziuplach drzew (od 4 do 24 metrów), chętnie wybierając dziuple o przekroju okrągłym, głównie wykute przez dzięcioły. Wykorzystuje również jako schronienie (choć rzadko) budki dla ptaków oraz szczeliny skalne. Kryjówki zmienia bardzo często, każda kolonia wykorzystuje w ciągu dnia kilka dziupli.
W ostatnich latach borowce wykorzystują z powodzeniem budynki na terenie miast – prócz strychów, budynki z tak zwanej wielkiej płyty. Wydaje się, że najprawdopodobniej uznały te labirynty szczelin i zakamarki w ścianach bloków za świetne kryjówki, odpowiadające im do tego stopnia, że korzystają z nich przez cały rok – latem wychowują w nich młode, a zimą hibernują.Kolonia borowców wielkichZ początkiem wiosny samice w dziuplach tworzą duże kolonie rozrodcze (które mogą grupować ponad 100 samic), często tworzą kolonie mieszane z borowiaczkiem lub nockiem rudym, natomiast samce, jak u większości gatunków, żyją samotnie, wykazując w okresie godów terytorialność. Samce zajmując kryjówkę godową oraz niewielkie terytorium godowe wokół niej, oznakowują je za pomocą wydzieliny zapachowej produkowanej przez silnie powiększone gruczoły policzkowe, natomiast nocą, za pomocą donośnych sygnałów dźwiękowych (godowych) emitowanych z otworów kryjówek (słyszalnych dla człowieka) wabią samice, równocześnie odstraszając tym samym innych samów. Za kryjówki godowe najczęściej służą dziuple drzew, a wokół terytorialnych samców gromadzą się grupy samic nawet do 20 osobników (z reguły 4 – 5).

Kopulację odbywają się również w koloniach zimowych, miejscach hibernacji bez zachowań terytorialnych czy tworzenia haremów samic. Wówczas zapłodnienie jest opóźnione i ma miejsce pod koniec zimy bądź z początkiem wiosny. Zimą potrafią tworzyć duże kolonie składające się z osobników tej samej płci. Po ciąży trwającej od 70 do 75 dni, w czerwcu lub na początku lipca, samica zwykle rodzi dwoje młodych (rzadko troje), żywiących się mlekiem matki, aż do uzyskania samodzielności po około 8 – 9 tygodniach. Po usamodzielnieniu się młodych borowców, w sierpniu rozpoczyna się okres godowy. Osiągnięcie dojrzałości płciowej następuje po około 1,5 roku. Średnia długość życia wynosi 12 lat.Borowiec wielki (2)Podobnie jak inne nietoperze borowiec prowadzi nocny tryb życia, jednakże na łowy wylatuje dużo wcześniej od pozostałych gatunków, często gdy jest jeszcze zupełnie jasno, na około godzinę przed zachodem słońca. Odnotowano także osobniki żerujące w dzień. Ich lot jest szybki, ale niezręczny, są mało zwrotne, najczęściej latają po liniach prostych i kiepsko radzą sobie wśród przeszkód jakim jest gęsta roślinność. Podczas aktywności nocnej odżywiają się owadami schwytanymi w locie, które lokalizują wykorzystując echolokację – wysyłane o względnie niskiej częstotliwości, bo 18 – 22 kHz (najlepiej słyszalne w detektorze heterodynowym), bardzo głośne i dźwięczne ultradźwięki, przypominające dźwięk „plip-plop”, o zasięgu do 200 metrów. Niektórym chiropterologom podchodzącym do sieci, w którą złapało się kilka borowców, doświadczało dziwnego uczucia podenerwowania i dyskomfortu. Przyczyną było najprawdopodobniej duże natężenie wydawanych przez te nietoperze ultradźwięków na granicy słyszalności.

Z nastaniem jesieni, kiedy to noce stają się już zimne, noc spędzają w ukryciu, polując jedynie o zmroku i świcie. Szczególnym upodobaniem (jako typowych lotników otwartych przestrzeni) darzą sobie za teren łowiecki zbiorniki wodne, nad którymi latają duże roje owadów. Ich lot jest szybki i wysoki, daleki od powierzchni ziemi i przeszkód. Żerują również na terenach leśnych, a także między zabudową miejską. Pokarm borowców jest bardzo zróżnicowany, począwszy od drobnych muchówek z rodziny ochotkowatych, jętek, motyli nocnych po duże chrząszcze.
Hibernacja przypada od października do kwietnia. Tylko mała część borowców zimuje w tym samym lesie, w którym przebywała latem. Większość populacji wybiera migrację – nietoperze te odlatują jesienią w bardziej przyjazne klimatycznie rejony i powracają ponownie dopiero wiosną.Borowiec wielki w dziupliWędrówki borowców to dość spektakularne, do niedawna nieznane i niezauważane przez wielu ludzi zjawisko – lecą one w dużych grupach, często w ciągu dnia. Intensywne przeloty tych nietoperzy obserwuje się między innymi na wybrzeżu Bałtyku. Prawdopodobnie nadlatują one z Rosji i krajów nadbałtyckich. Maksymalny zaobserwowany przelot wynosił ponad 1000 km. Stwierdzono również, że przynajmniej część borowców z terenu Polski zimuje w Czechach, na Słowacji i Węgrzech, a nawet w Szwajcarii. Z kolei niektóre ze znajdowanych u nas zimą, mogą Polskę traktować jako „ciepły kraj” i przybywać z północy lub wschodu. Zimowe spotkania z borowcami w naszym kraju należą zresztą do rzadkości. Nietoperze te nie lubią miejsc najczęściej kontrolowanych przez badaczy – antropogenicznych i naturalnych podziemi. W schronach czy bunkrach dotąd ich u nas nie zaobserwowano, a w jaskiniach tylko kilkakrotnie.

Borowiec wielki jest nie do pomylenia z żadnym innym gatunkiem nietoperza występującym na terenie Polski. Długość jego ciała wynosi 65 – 83 mm, rozpiętość skrzydeł 37 – 48 cm, zaś masa ciała waha się w granicach 15 – 45 g. Posiada gęste, jedwabiście lśniące futro, o krótkich włosach, ubarwione jednakowo na całym ciele – u osobników młodocianych jest ciemnobrązowe, a u dorosłych rudobrązowe.
Uszy ma krótkie i zaokrąglone, z krótkim koziołkiem przy końcu płatowato rozszerzonym, przypominającym grzybek – jego szerokość w górnej części większa przynajmniej dwukrotnie niż w dolnej. Tylna krawędź ucha zakończona jest charakterystycznym fałdem sięgającym kąta pyszczka. Te masywne, krótkie i szerokie uszy odróżniają borowca od innych gatunków.Borowiec wielki w locieSkrzydła ma wąskie, a błona lotna na nich, podobnie jak pyszczek, jest ciemnobrązowa, niekiedy niemal czarna, przyczepiona do pięty. Osobniki dorosłe posiadają błonę skrzydłową pokrytą gęsto włosami wzdłuż tułowia i przedramienia. Ostroga sięga do połowy odległości między ogonem, a piętą, poza nią wystaje płatek skórny z poprzeczną chrząstką, zaś koniec ogona wystaje poza błonę ogonową na 2 – 3 mm. Przedramię ma długość 50 – 59 mm.
Czaszkę ma dużą i masywną, prawie wcale nie wyprofilowaną. Jej długość kondylobazalna wynosi 17,5 -  21,2 mm, długość żuchwy 13,5 – 15 mm, wysokość gałęzi żuchwy 4,3 – 4,8 mm.
W szczęce górnej znajdują się 2 siekacze, 1 kieł, 2 przedtrzonowce i 3 trzonowce. W szczęce dolnej 3 siekacze, 1 kieł, 2 przedtrzonowce, 3 trzonowce.

Borowiec wielki nie ma wielu wrogów w naturze mogących stanowić poważne zagrożenie dla jego populacji. Nieznaczne wyjątki stanowią przypadki schwytania go przez sowy – puszczyka i płomykówkę. Innymi zagrożeniami wynikającymi z działalności człowieka jest usuwanie starych, martwych lub obumierających drzew, a tym samym zmniejszanie ilości wykorzystywanych przez borowca dziupli czy szczelin za odstającą korą, jak również prace budowlane w miastach związane z termomodernizacją budynków dla osobników ukrywających się w ich szczelinach i innych elementach konstrukcyjnych (bywają zamurowywane w swoich kryjówkach).
Borowiec wielki objęty jest w Polsce ścisłą ochroną jako gatunek wymagający czynnej ochrony i zamieszczony jest w załączniku IV Dyrektywy Rady EWG w sprawie ochrony siedlisk naturalnych oraz dzikiej fauny i flory oraz w załączniku II Konwencji Berneńskiej.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Krakatau. Erupcja 1883 rok

przez , 02.wrz.2016, w Historia

Krakatau (1)Krakatau – „Milcząca Góra”, ten stratowulkan znajduje się na jednej z małych wysepek w Cieśninie Sundajskiej, pomiędzy południowo-wschodnią częścią Sumatry, a Jawą. Ta mało znana i niemal nie zamieszkała wysepka wulkaniczna, o powierzchni 30 km2, leży w indonezyjskim pasie wulkanicznym.
Według Verbeeka i innych wulkanologów, pierwotnie wznosił się tutaj stożek zbudowany z wulkanicznych skał andezytowych, wysoki co najmniej na 2000 metrów. Na skutek jakiejś starej potężnej eksplozji połączonej z zapadnięciem, utworzyła się wielka kaldera. Nad powierzchnią morza sterczały pozostałości pierwotnego wału kraterowego w postaci trzech małych wysepek.
Wskutek późniejszej działalności erupcyjnej utworzył się bazaltowy stożek Rakata, który osiągnął wysokość 800 metrów. Podobne mniejsze stożki zbudowane ze skał andezytowych – Daman i Perboewatan, powstały w sąsiedztwie Rakata, łącząc się z nim następnie w jedną całość.

Pierwsza erupcja tego wulkanu miała mieć miejsce w 416 roku, kiedy to nastąpiło zapadnięcie się pierwotnego wulkanu, w wyniku którego powstała 7-kilometrowa kaldera. Od czasu wybuchu w latach 1680 i 1684 Krakatau pokryty bujną roślinnością podzwrotnikową, uważano za wulkan wygasły. Od 1878 roku zaczęto odczuwać coraz częstsze i silniejsze trzęsienia ziemi w jego rejonie. 1 września 1880 roku silne trzęsienie ziemi uszkodziło latarnię morską „First Point” na zachodnim brzegu Jawy, 70 km na południowy-wschód od Krakatau.
W 1883 roku nastąpił wybuch, w trakcie którego część wyspy wyleciała dosłownie w powietrze.
Na wiosnę tego roku dały się zauważyć pierwsze sygnały ostrzegawcze w postaci trzęsień ziemi i podziemnych odgłosów. Kolejne wstrząsy odczuwane były w maju 1883 roku, w Katimbang. Z końcem tego miesiąca mieszkańcy Batawii, stolicy sąsiedniej Jawy, wynajęli nawet statek, by z bliska przypatrzyć się spodziewanemu wybuchowi wulkanu. Stwierdzono, że stożek Perbuatan wznowił swoją działalność.Krakatau 1883 rokZe szczytu wulkanu wznosiły się wysokie słupy pary, a silne, pochodzące z głębi detonacje wstrząsały całą wyspą. Z każdym dniem wzmagała się działalność wulkanu. Silne odgłosy słychać było na odległość kilkunastu, a później 30 km. Wulkan wyrzucał w powietrze olbrzymie ilości pyłów wulkanicznych, które utworzyły szeroko rozpościerające się gęste czarne chmury.
Na przestrzeni setek kilometrów zapanowała zupełna ciemność. Rozgrzana w głębi woda wypędziła ku brzegom wielkie ilości ryb, na połów których wyruszyli miejscowi. Zachowało się nawet u Malajów powiedzenie: „Gdy ryba wychodzi na brzeg, Milcząca Góra ma przemówić”.
Pierwsze spostrzeżenia zawdzięczane są statkom, przepływającym w tym czasie przez Cieśninę Sundajską. 20 maja widoczna była wielka chmura w postaci pinii, wznosząca się w górę z krateru Krakatau. Przeprowadzone pomiary wykazały iż chmura osiągała wysokość 11.000 metrów. Pomimo znacznego oddalenia od wyspy, na statki zaczął opadać pył wulkaniczny. Aż do końca sierpnia wybuchy nie były zbyt intensywne, aczkolwiek pewne wzmożenie aktywności nastąpiło z końcem czerwca.

Z początkiem sierpnia zaczęto obserwować, że na wyspie są czynne trzy kratery wyrzucające parę i popioły. Działalność wulkaniczna wyraźnie wzmagała się. W połowie sierpnia mieszkańców okolicznych wysp opanowała panika.
26 sierpnia ciągłe błyskawice przelatywały nad wulkanem, silne odgłosy słychać było w Batawii, odległej o 150 km, którą jednocześnie nawiedziło trzęsienie ziemi. Następnego dnia o godzinie 7:00 niebo tak zachmurzyło się, że nawet w Batawii konieczne było zaświecenie lamp. Ciemności zapanowały również nad cieśniną i okolicznymi miastami. Zaczął padać silny deszcz popiołów i nastąpiły powtarzające się wstrząsy podziemne. Bez przerwy słychać było grzmoty, podobne do wystrzałów armatnich oraz szczególne trzaski, prawdopodobnie wywołane ocieraniem się o siebie w powietrzu kamieni, wyrzucanych w górę i spadających w dół. Słup pary, wysokości około 30 km, wzniósł się w górę i w wyższych warstwach atmosfery rozpostarł na kształt olbrzymiego baldachimu. Tą ogromną chmurę oświetlały od czasu do czasu zygzakowate błyskawice, a o zachodzie słońca wyglądała ona jak krwistoczerwona zasłona.Krakatau (2)27 sierpnia o godzinie 10:00 ustały oznaki zbliżającej się katastrofy.
Nagle, po dwóch czy trzech wybuchach, nastąpiła straszliwa eksplozja, która oderwała 2/3 wyspy, wyrzucając kilka kilometrów sześciennych materiału skalnego w powietrze. Olbrzymie ilości popiołu i pumeksu pokryły znaczną przestrzeń, a w wielu miejscach tak grubą warstwą, że statki nie mogły przepływać. Popioły i cząstki lawy spadły na pokłady okrętów na Oceanie Indyjskim aż na odległość 2000 km, a 29 sierpnia popioły spadły na statek „British Empire”, znajdujący się w odległości 2500 km od Krakatau.
Odgłos tej największej wówczas eksplozji na świecie słychać było prawie na 1/8 powierzchni Ziemi. Już poprzednie grzmoty słychać było na Sumatrze, na Jawie i brzegach Borneo. W Achean, porcie leżącym na północnym krańcu Sumatry i odległym o 1700 km od Krakatau sądzono, że nieprzyjaciel zaatakował port i zarządzono pogotowie wojskowe dla jego obrony. W Singapurze odległym o 850 km przypuszczano, że to jakiś statek, będący w niebezpieczeństwie, strzela z dział wzywając pomocy i wysłano dwa parowce na ratunek.

W północnym kierunku od Krakatau, huk było słychać w Bangkoku w odległości 2740 km, z kolei w kierunku południowym odgłosy podobne do wystrzałów armatnich słyszano w Perth, w zachodniej Australii, w odległości 1747 km oraz w południowej Australii w odległości 3200 km. Po stronie zachodniej grzmoty słyszano na Cejlonie, w Dutch Bay w odległości 3230 km i na wyspach Chagos oddalonych o 3600 km. Na wyspie Rodriques odległej o 4800 km, usłyszano huk w cztery godziny po wybuchu, tyle bowiem czasu potrzebne było, aby fala dźwiękowa przebyła tą odległość.
Pył wulkaniczny wzniósł się wysoko w powietrze – na wysokości 30 km porwał go potężny prąd powietrza i poniósł naokoło Ziemi, którą obiegł w ciągu 13 dni. Pył został zaniesiony z Krakatau do wschodnich i zachodnich brzegów Afryki, do Cejlonu i Indii, do Trynidadu, Panamy i na Hawaje.
Był ona przyczyną osobliwych zjawisk na niebie – w niektórych miejscowościach słońce było niebieskie, w innych zaś księżyc przybrał barwę zieloną.Krakatau przed erupcjąNiezwykle piękne zachody słońca, które można było podziwiać przez kilka miesięcy, począwszy od końca września, spowodowane były obecnością drobnego pyłu wulkanicznego w górnych warstwach atmosfery. Dopiero po dwóch latach opadły wszystkie cząstki pyłu pochodzące z wybuchu wulkanu.
Wybuch wywołał wielkie fale na morzu. Największa z nich powstała przy Krakatau 27 sierpnia o godzinie 10:00 i wzniosła się o 17 metrów ponad poziom morza przy brzegach Cieśniny Sundajskiej obiegając połowę kuli ziemskiej. Na północy dotarła ona do brzegów Anglii i Francji, na południu do brzegów Australii i Nowej Zelandii. Zauważono ją na Hawajach i na zachodnich wybrzeżach Ameryki Północnej oraz Alaski. Olbrzymie fale morskie wywołały duże zniszczenia. Z powodu wybuchu i powstałych fal morskich 163 wsie uległy całkowitemu zniszczeniu, a 112 częściowemu.
Życie straciło ponad 36.000 ludzi.

Na skutek erupcji Krakatau z morza wynurzyły się dwie nowe wyspy – Steers Island i Calmeyer Island, które później zostały zmyte przez morskie fale.
Na drugi dzień po strasznym wybuchu nastąpiło uspokojenie zjawisk towarzyszących mu. Gdy chmury popiołu rozrzedziły się stwierdzono, że część wyspy przestała istnieć, a góra została przecięta na dwie części odsłaniając przekrój od powierzchni morza. Na miejscu wysokiej góry powstała głębia morska przekraczająca 300 metrów. Zachowała się jedynie część południowa, która zwiększyła się na skutek podniesienia w tym miejscu dna morskiego. Eksplozja o niesłychanej sile rozpyliła połowę wyspy wyrzucając jej pyły aż do wysokości 30 km.
Ilość wyrzucanego materiału wulkanicznego oceniono na 18 km3, który pokrył powierzchnię ponad 800 km2, z jego grubością malejącą w miarę oddalania się od centrum wybuchu.
Nagie, sterczące znad powierzchni morza skały wulkaniczne przez długi czas pozbawione były śladów jakiegokolwiek życia. Trzy lata po wybuchu, w 1886 roku, wyspę odwiedził dyrektor ogrodu botanicznego w Buitenzorgu na Jawie, M.Treub, stwierdzając już obecność pewnych roślin, głównie nielicznych traw i glonów. Gdy po 11 latach powtórnie odwiedzono wyspę rosły już na niej małe drzewa, których nasiona najprawdopodobniej zawlekły na nią ptaki.KrakatauWyspa Krakatau stała się przedmiotem badań przyrodniczych. W 1919 roku stwierdzono już obecność ponad 270 gatunków roślin, a ze świata zwierzęcego zwłaszcza bogactwo gatunków pająków i mrówek, pojawiły się również kraby. Podczas jednej z naukowych ekspedycji udało się schwytać dużego pytona siatkowego, warana paskowanego i 3-metrowego krokodyla. Najbardziej interesujące było stwierdzenie obecności na wyspie lądowych ślimaków, nie przypuszczano bowiem, aby mogły one przebyć drogę morską.  W 1928 roku było już prawie 300 gatunków traw i krzewów. Wiele gatunków zwierząt, zwłaszcza kręgowców, wyginęło wkrótce po przybyciu na Rakata. Przeprowadzone w latach 80-tych XX wieku badania wykazały, że Rakata i Anak są systematycznie zasiedlane przez rozmaite gatunki stawonogów z aeroplanktonu (72 gatunki). W następnych latach wyspy były kolonizowane przez przypadkowe pojawianie się różnych grup roślin i zwierząt – zauważono między innymi około 30 gatunków ptaków lądowych, 9 gatunków nietoperzy, 10 gadów i ponad 600 gatunków bezkręgowców. Pomimo iż bioróżnorodność osiągnęła pod względem ilościowym poziom porównywalny z poziomem na innych wyspach tego typu (po około 100 latach od erupcji), skład gatunkowy cechuje mniejsza stabilność.

Obecnie obszar dawnego wybuchu jest pokryty bujną roślinnością podzwrotnikową, a rząd holenderski w pierwszej połowie XX wieku uznał wyspę Krakatau za park narodowy i w dalszym ciągu prowadzone są na jej terenie badania nad migracją gatunków flory i fauny. Krakatau do chwili obecnej przejawia aktywność wulkaniczną. W 1928 roku stwierdzono na przykład pewne oznaki aktywności. W czerwcu 1929 roku z morskich fal wynurzyła się nowa, dymiąca wyspa wulkaniczna, która nazwano „Anak Krakatau” (dziecko Krakatau), osiągając z początkiem sierpnia wysokość 50 metrów, aby 9 sierpnia zniknąć pod falami morza i w wyniku wznowionej aktywności wulkanicznej 13 sierpnia wynurzyć się ponownie, wykazując ożywiona działalność przejawiająca się wyrzucaniem popiołów, bomb wulkanicznych i dużych bloków skalnych. Obecnie ma ona ponad 300 metrów wysokości, a stożek wciąż rośnie około 9 metrów rocznie – wysokość porównuje się z dawnym Krakatau. W związku z kilkoma wypadkami ustanowiono zakaz zbliżania się do wulkanu w promieniu 3 km.
W 1939 roku na jednym z posiedzeń Polskiego Towarzystwa Przyrodników im. Kopernika wyświetlono film przedstawiający ten wybuch, którego autorem był prof dr. Józef Zwierzycki, ówczesny szef służby geologicznej w Indiach Holenderskich. Niestety film został zniszczony podczas II wojny światowej w Warszawie.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Ruiny kościoła ewangelickiego w Unisławiu Śląskim

przez , 01.lip.2016, w Zabytki

Bryła kościoła ewangelickiego w UnisławiuUnisław Śląski (Langwaltersdorf) zlokalizowany jest przy drodze krajowej numer 35, biegnącej z Wałbrzycha do Mieroszowa. Ta malowniczo położona miejscowość na Wyżynie Unisławskiej w dolinie rzeki Ścinawka, pomiędzy górującym nad nią majestatycznie Wielkim Stożkiem 840 m n.p.m. (charakterystyczny punkt krajobrazu), a Dzikowcem Wielkim 836 m n.p.m., powstała na początku XIV wieku (pierwsze wzmianki pochodzą z 1350 roku).
Jest największą wsią w Górach Kamiennych. Przejeżdżając przez Unisław nie można nie zauważyć ponurych ruin kościoła ewangelickiego z wieżą, zniszczonego po II wojnie światowej, nigdy już nieodrestaurowanego i niewyremontowanego.Wnętrze ruinKościół ewangelicki p.w. św. Mateusza w Unisławiu Śląskim powstał w 1742 roku (niektóre źródła za datę powstania w tym miejscu świątyni wymieniają rok 1659) jako murowana budowla w stylu późnobarokowym, na planie wieloboku z trzema przybudówkami. Jego elewacje były utrzymane w stylu klasycystycznym z trójkątnymi tympononami dzielącymi pilastry na niskim cokole. Był przebudowywany w latach 1748 – 1750 oraz w XIX wieku. Świątynia została opuszczona wraz z wysiedleniem miejscowej ludności niemieckiej po 1945 roku. Był dwukrotnie trawiony przez ogień: w latach 60-tych i 70-tych (1972 rok) XX wieku. Pożary spowodowały osłabienie konstrukcji, a tym samym zawalenie się dachu, stropów i budynku (2007 – 2008). Dziś pozostały jedynie dość spore fragmenty murów. Na terenie świątyni istnieje wejście do podziemi. Z wnętrza świątyni zachował się rokokowy ołtarz, który obecnie można oglądać w kościele ewangelickim w Kudowie Zdrój.Pastorówka przy kościeleDo bryły kościoła w XIX wieku dobudowana została strzelista, dwustopniowa wieża z zegarem na planie kwadratu, obecnie mocno nadkruszona czasem i niedostępna z zewnątrz, nie mniej jednak do chwili obecnej robiąca imponujące wrażenie. Wieżę można oglądać jedynie z zewnątrz (brak możliwości wejścia do środka i na jej szczyt) ponieważ wszystkie wejścia ze względów bezpieczeństwa zostały zamurowane – podobnie jak mury kościoła grozi zawaleniem.
Między ruinami kościoła, a drogą znajduje się dobrze zachowany okazały budynek, wybudowany w drugiej połowie XVIII wieku o konstrukcji częściowo szachulcowej (obecnie dom prywatny), w którym niegdyś mieściła się pastorówka i szkoła ewangelicka. Kilka metrów na zachód od kościoła, na zalesionej górce, znajduje się opuszczony, zarośnięty i zdewastowany cmentarz parafialny, z widocznymi jeszcze pozostałościami kostnicy z XVIII wieku.Fragmenty nagrobkówZostał założony na przełomie XIX i XX wieku. Wśród wielu zniszczonych i zarośniętych kamiennych płyt nagrobkowych można znaleźć kilka, na których bez trudu da się odczytać kogo pochowano. Pierwsze pochówki miały tutaj miejsce na początku XX wieku, a ostanie w latach 50-tych XX wieku.
Kościół i przyległa do niego wieża znajdują się w stanie zaawansowanej, trwałej ruiny, nie mniej jednak niewątpliwie warto zatrzymać się choć na chwilę w Unisławiu i odwiedzić to niezwykłe miejsce, które pomimo zniszczeń oraz daleko posuniętej ruiny posiada swój specyficzny i niepowtarzalny klimat. Podczas zwiedzania należy zachować szczególną ostrożność, gdyż pozostałości murów grożą w każdej chwili zawaleniem, a wejście na jego teren jest na własną odpowiedzialność – na ogrodzeniu i ścianach umieszczone są tabliczki informujące o zagrożeniu.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Dawne teorie ewolucji (2)

przez , 01.cze.2016, w Historia

Ewolucja człowieka (1)W średniowieczu do najpotężniejszych i najbardziej szanowanych rodów w Pikardii zaliczali się baronowie Saint-Martin. Z czasem jednak rodzina ta podupadła, a kawaler Monet de Lamarck, należący do zubożałej linii bocznej rodu Saint-Martin, nie wiedział w jaki sposób wyżywić swoje liczne potomstwo. Synowie kawalera de Lamarck właściwie według tradycji rodzinnej powinni byli zostać oficerami, jednakże za edukację oficerską trzeba było słono płacić, a w wielodzietnej rodzinie kawalera w Bazentin nie było zbędnego grosza. Dlatego ojciec zmusił swoje jedenaste i najmłodsze dziecko, Jana Baptystę, do przywdziania szat duchownych.
Jan Baptysta uczęszczał do kolegium jezuitów, ale nie wykazywał skłonności do stanu duchownego. Po śmierci ojca zrzucił zatem pośpiesznie sutannę i już jako żołnierz wziął udział w wojnie siedmioletniej, uzyskując stopień podporucznika. Niestety zawód żołnierski również nie był właściwym rzemiosłem dla niego. W wieku 24 lat z przyczyn zdrowotnych musiał zmienić barwny oficerski mundur na ubranie cywilne.

Udaje się zatem do Paryża. Dla młodego człowieka, bez środków do utrzymania, który ponadto nie otrzymał żadnego odpowiedniego wykształcenia, był to bardzo odważny krok w życiu. Zamieszkał w Dzielnicy Łacińskiej zarabiając na życie jako pracownik biurowy w jednym z kantorów bankowych, ponadto uczęszczał dorywczo na wykłady literatury, muzyki, medycyny i historii naturalnej. Następnie został nauczycielem domowym. W wieku 34 lat napisał książkę „Flora Francji” i w tymże czasie zawarł znajomość z Rousseau, który zachęcił go do kontynuowania prac naukowych. Mimo to może pozostałby na zawsze nieznany, gdyby Buffon nie szukał dla swojego syna wychowawcy i towarzysza podróży. Lamarck zgłosił swoją kandydaturę i ze względu, że był autorem książki botanicznej, został przyjęty. W ten sposób zetknął się w domu hrabiego Buffona z fascynującym światem przyrodoznawstwa. Buffon zorientował się szybko, że ten biedaczyna z Pikardii był dobrym obserwatorem przyrody, obdarzonym niekiepskim talentem pisarskim.

Ponieważ hrabia-przyrodnik, jako zarządca zbiorów królewskich, ogrodów i menażerii, potrzebował stale solidnych współpracowników, poduczył stopniowo byłego duchownego, żołnierza i urzędnika bankowego na pomocnika. Lamarck najpierw musiał zająć się zielnikami w paryskim ogrodzie botanicznym, następnie skamieniałościami w gabinecie przyrodniczym, a wreszcie niższymi zwierzętami w zbiorach zoologicznych. Mógł też nareszcie się ożenić. Było to pierwsze z jego czterech małżeństw, którego owocem było pierwsze z jego siedmiorga dzieci.
Rok przed wybuchem wielkiej rewolucji francuskiej zmarł Buffon. Jego następcą w zarządzaniu ogrodami i zbiorami zostaje niezwykle sentymentalny pisarz-przyrodnik Bernardin de Saint-Pierre, którego powieść „Paweł i Wirginia” stała się bestsellerem ówczesnych czasów. Na swoim nowym stanowisku czuł się zupełnie bezradny wobec zadań administracyjnych i naukowych, które spadły na jego barki. Prawdopodobnie gdyby nie Lamarck, to w wirze wydarzeń rewolucyjnych wzburzony lud spustoszyłby dawne ogrody królewskie i splądrował lub zniszczył skarby w zbiorach.Jan Baptysta LamarckPodczas gdy Saint-Pierre trząsł się ze strachu, Lamarck pośpieszył odważnie do konwentu i przeforsował przejęcie oraz ochronę przez republikę domeny Buffona pod nową nazwą Jardin des Plantes. Wkrótce też został profesorem zoologii przy Narodowym Muzeum Historii Naturalnej – tak oficjalnie nazywano teraz Ogród. W biuletynie tegoż muzeum z 1794 roku zamieszczono następującą wzmiankę:
„Lamarck – lat pięćdziesiąt, ożeniony po raz drugi, żona brzemienna, profesor zoologii w dziale owadów, robaków i mikroorganizmów”.
W wieku, w którym większość mężczyzn osiąga szczyt swojej kariery zawodowej, Lamarck znajdował się praktycznie dopiero u jej progu. Ożenił się po raz trzeci. Wydawało się, że jego kilkakrotne związki małżeńskie oraz kilkoro dzieci jakby przeszkadzały mu w dokonaniu czegoś nowego i nadzwyczajnego na polu naukowym.

Kiedy Akademia Nauk ze względów oszczędnościowych zabrała mu miesięczny, specjalny zasiłek, w petycji do rządu republiki pisał pełen rozgoryczenia, że:
„Wskutek utraty tego wynagrodzenia i niezmiernego wzrostu cen artykułów żywnościowych wpadłem wraz z liczną rodziną w taką nędzę, że nie mogę znaleźć ani potrzebnego czasu, ani nieodzownej niezależności wewnętrznej do wypełniania z pożytkiem moich zadań naukowych”.
Takich petycji wystosował więcej. Nie wystarczała mu jego profesorska pensja, co za sprawą spadku wartości pieniądza nie było niczym niezwykłym. Nie mniej jednak kilkakrotnie udało mu się otrzymać zapomogę z funduszu specjalnego republiki, który docelowo był przeznaczony dla wybitnych artystów i poetów. Dzięki tej pomocy finansowej mógł przez pewien czas utrzymywać się na powierzchni. Niestety w okresie dyrektoriatu i bonapartyzmu dokuczały mu kłopoty finansowe mimo, że otrzymywał normalne wynagrodzenie jako pracownik szkoły wyższej – nie umiał gospodarować finansami, a dzieci miał stanowczo za dużo.

Pomimo tych chudych lat, wśród ogólnie panującego rozgardiaszu, udało mu się napisać obszerną historię naturalna zwierząt bezkręgowych. Dzięki temu dziełu stał się jednym z przodujących zoologów Francji. W trakcie badań budowy zwierząt bezkręgowych, siłą rzeczy zrodziła się u niego myśl o ewolucji.
„Wydaje się, że bezkręgowce wznoszą się coraz wyżej, jakby na szczeblach drabiny, od polipów poprzez robaki aż do mięczaków. Na ostatnich szczeblach tej drabiny stoją najdoskonalsze istoty – kręgowce”.
Lamarck mając 57 lat odrzucił po raz pierwszy wiarę w niezmienność gatunku. Pisząc małą rozprawę „Badania nad ciałami żywymi”, próbował w niej podobnie jak Buffon, wyprowadzić wszystkie formy zwierzęce z jednej praformy:
„Przypuszczalnie, niemal ogólnie przyjęte, że organizmy tworzą gatunki stale odznaczające się niezmiennymi cechami, ustaliło się w czasach, gdy nie rozporządzano wystarczającymi obserwacjami i gdy nauki przyrodnicze niemal nie istniały. Im dalej rozwija się nasza wiedza, tym większy sprawia kłopot określenie tego, co należy uznać za gatunek. W miarę jak gromadzimy dzieła przyrody, staje się oczywiste, że niemal wszystkie luki zapełniają się, a zacierają się nasze linie podziałów”.Ewolucja człowieka (2)Jeśli jednak gatunki nie były niezmienne, wówczas współczesna fauna (jak to już podkreślał Buffon) musiała się rozwinąć z tych form, które obecnie znajdują się w ziemi jako skamieniałości. Lamarck stał się w Jardin des Plantes świetnym znawcą skamieniałości. W swoich wykładach przedstawiał obraz stale zmieniającej się Ziemi, której organizmy z epoki na epokę podlegały nieustannym zmianom:
„Każdy wykształcony człowiek wie, że nic na powierzchni kuli ziemskiej nie pozostaje stale w tym samym stanie. Z upływem czasu wszystko podlega rozmaitym przemianom, dzięki kolejnemu działaniu słońca, wody, a także z innych przyczyn. Te zmieniające się warunki zmieniają potrzeby, przyzwyczajenia i tryb życia zwierząt i dlatego i organizmy muszą się nieznacznie zmieniać, jakkolwiek zmiany te dadzą się dostrzec dopiero po dłuższym okresie czasu. Wśród szczątków kopalnych znajduje się wiele zwierząt, które nie mają swych odpowiedników wśród form żyjących obecnie. Dlaczego zresztą miałby one wyginąć, skoro człowiek nie mógł dokonać ich zniszczenia? Czy, przeciwnie, nie jest możliwe, że osobniki kopalne są przodkami gatunków żyjących do dzisiaj, które się jednak zmieniły od tego czasu?”.

Później w swojej „Filozofii zoologi” Jan Baptysta Lamarck wyraził się jeszcze jaśniej i bardziej zdecydowanie, że gatunki przechodzą jedne w drugie, od prostych wymoczków aż do człowieka. Kopalne formy życia organicznego są rzeczywistymi, prawdziwymi poprzednikami naszych dzisiejszych organizmów. Lamarck nie zadowolił się tym przypuszczeniem. Szukał on również przekonującego wyjaśnienia mechanizmu powodującego coraz wyższy rozwój. Sądził, że nowe warunki wzbudzają u zwierząt i roślin nowe potrzeby i przyzwyczajenia, które to wymagają znowu nowych narządów i nowych czynności. Na podstawie takich rozważań sformułował pierwszą z dwóch podstawowych zasad swojej teorii ewolucji:
„U każdego zwierzęcia, które nie przekroczyło granicy swego rozwoju, częste i stałe używanie jakiegoś narządu wzmacnia stopniowo, rozwija, powiększa ten narząd i daje mu siłę proporcjonalną do długości czasu używania go, podczas gdy stałe nie używanie takiego narządu nieznacznie go osłabia, uwstecznia, zmniejsza stopniowo jego zdolności i w końcu powoduje jego zanik”.

Istoty żywe są więc wytworem warunków, w jakich się znajdują. Pomimo tego zdawał sobie sprawę, że teoria ta, oparta na wpływach warunków zewnętrznych, może zostać przyjęta tylko wtedy, jeżeli równocześnie przyjmie się dziedziczenie cech nabytych. Niezbędne były bowiem niezliczone i następujące po sobie pokolenia, aby z mnogości drobnych sumujących się zmian poprzez coraz lepsze przystosowanie do potrzeb, wywołanych warunkami zewnętrznymi, mógł powstać z jednego gatunku inny. Te myśl wyraził w drugiej zasadzie:
„To wszystko, co przyroda kazała osobnikom nabyć lub utracić pod wpływem okoliczności, które działają na ich rasę od długiego czasu, a w związku z tym pod wpływem dominującego używania jakiegoś narządu lub stałego nieużywania jakiejś części ciała, wszystko to przyroda zachowuje dzięki rozrodowi dla nowych, pochodzących od innych osobników, byleby tylko nabyte zmiany były wspólne obu płciom, czyli osobnikom, które wydały owe nowe osobniki”.Ewolucja homo-Lamarck próbował wyjaśnić swoim studentom istotę tych myśli w sposób poglądowy na typowych przykładach. Opowiadał im, że przodkowie żyraf mieli krótkie szyje, które wskutek stałego wyciągania przy skubaniu liści drzew stawały się coraz dłuższe z pokolenia na pokolenie. Ptaki brodzące, które polowały na ryby na brzegach rzek lub na plażach morskich, były zmuszone wydłużać swoje nogi, aby się nie zamoczyć. W ten sposób ich kończyny stawały się coraz bardziej podobne do szczudeł. Gęsi musiały szukać pokarmu w mule stawów i przy tym wyciągały swoje szyje. W ten oto sposób w ciągu wielu pokoleń wytworzyły się u nich długie i giętkie szyje. Kret, odmieniec jaskiniowy i inne zwierzęta żyjące w ciemnościach nie mają żadnej sposobności używania oczu, dlatego też ich oczy stawały się małe, a nawet zwierzęta te zupełnie ślepły. Lamarck wyciągnął z tego wniosek, że zwierzęta można zmieniać sztucznie przez określone wpływy środowiska lub stałe powtarzanie pewnych zabiegów.

Jeżeli ślepe odmieńce jaskiniowe podda się przez kilka pokoleń działaniu światła, wówczas ich potomkowie na powrót kiedyś zaczną widzieć. Jeżeli będzie się obcinać ogony kilku generacjom myszy, to w końcu z potomków tych amputowanych zwierząt powstaną myszy bez ogonów.
Ku przerażeniu swoich słuchaczy twierdził również, że całkiem jest możliwe, by stworzyć ludzi o jednym oku – należałoby tylko wykłuwać dzieciom lewe oko, następnie kojarzyć wśród nich małżeństwa, a u ich potomków powtarzać ciągle ten okrutny eksperyment – wówczas wreszcie urodziłoby się dziecko posiadające tylko prawe oko. Na szczęście Lamarck nie myślał poważnie o dokonywaniu eksperymentów na ludziach, był bowiem bardzo humanitarnym i subtelnym człowiekiem. Być może wybrał ten przykład tylko dlatego ponieważ cierpiał na chorobę oczu i nie bez podstaw ciągle obawiał się, aby nie oślepnąć. Wierząc mocno w swoją teorię bał się, że jego dzieci mogły odziedziczyć jego dolegliwość, dlatego by temu zapobiec zmuszał siebie i swoją rodzinę do stałego ćwiczenia oczu.

Bez jakiegokolwiek wahania włączył również człowieka do swojej teorii ewolucji:
„Gdyby jakakolwiek rasa czterorękich (zaliczał do nich wszystkie małpiatki i małpy, a dla człowieka stworzył w obrębie ssaków rodzinę „dwurękich”) zmuszona okolicznościami utraciła zwyczaj wspinania się na drzewa i gdyby osobniki tej rasy przez szereg pokoleń musiały posługiwać się nogami tylko do chodzenia i przestały używać rąk jako nóg, nie ma wątpliwości, że wówczas te czterorękie przekształciłyby się w końcu w dwurękie”.
Należy tutaj zaznaczyć, że chociaż Lamarck zaliczył w swojej systematyce człowieka do ssaków i podkreślał jego związki ze światem zwierzęcym, to wywody swoje zakończył stwierdzeniem „innego pochodzenia” człowieka niż pochodzenie zwierząt. To ostatnie stwierdzenie traktuje się jednak w literaturze naukowej jako jego ustępstwo na rzecz panujących wówczas poglądów.Georges Buffon i Georges CuvierNowa postawa doprowadziłaby do wyższego rozwoju zmysłów, do udoskonalenia mózgu i wykształcenia mowy.
„Ta rasa o bardziej udoskonalonych właściwościach, uzyskawszy dzięki temu możność zapanowania nad innymi, zawładnęłaby wszystkimi okolicami na powierzchni naszego globu, które jej odpowiadają. Udałoby się jej wytworzyć między sobą, a najdoskonalszymi zwierzętami różnicę i utrzymać pewnego rodzaju znaczny dystans”.
W czasach Lamarcka nie znano, poza zaprzepaszczonymi okazami proboszcza Espera, żadnych kopalnych szczątków ludzkich lub form przedludzkich. Jak dzisiaj wiemy teoria Lamarcka opierała się i bez tego na bardzo kruchych podstawach. Jego idea ewolucji w większym stopniu była filozofią niż biologią i nie mogła udowodnić ani wpływu środowiska na postać istot żywych, ani dziedziczenia cech nabytych.

Dopiero prawie w 100 lat później rozgorzał spór właśnie na temat tych zagadnień między lamarkistami i darwinistami, między zwolennikami działania warunków środowiska na organizmy i reprezentantami teorii doboru naturalnego.
Koncepcja Lamarcka podjęta w drugiej połowie XIX wieku dała początek nowym kierunkom, jako neolamarkizm i psycholamarkizm. Później zapanowała teoria dominująca w biologii, tak zwany „syntetyczny ewolucjonizm” oparty na teorii Darwina i na nowych zdobyczach poszczególnych dyscyplin biologicznych.
Jan Baptysta Lamarck poniósł porażkę nie tylko z powodu słabych punktów swojej teorii. Do klęski przyczyniła się ta część teorii, która jak się później okazało, była zupełnie słuszna – mianowicie, iż wśród organizmów kopalnych znajdują się przodkowie dzisiejszych istot żywych.
Kariera naukowa Lamarcka skończyła się w chwili, gdy wypowiedział mu walkę największy zoolog i paleontolog tego niespokojnego czasu, młodszy od niego o 25 lat, Georg Cuvier.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Dawne teorie ewolucji (1)

przez , 01.maj.2016, w Historia

Ewolucja człowiekaPierwsze próby przedstawienia teorii ewolucji brzmiały jak cudowne opowieści, legendy lub bajki, tak bowiem rozbrajająco naiwna jest ich treść. Autorami tych teorii zgoła nie byli przyrodnicy, a przewijali się wśród nich filozofowie, poeci, a nawet politycy czy bohaterzy wojenni. W związku z tym nie dziwi fakt, że uczeni specjaliści nie traktowali ich poważnie.
W starożytnej Grecji filozofowie przyrody z okresu przed Sokratesem prawie wszyscy wierzyli w rozwój życia. Jak jednak wyobrażali wyobrażali oni sobie ten rozwój, dowiadujemy się o tym niestety tylko z fragmentarycznych i najczęściej bardzo niejasnych relacji pochodzących z drugiej lub trzeciej ręki.
Anaksymander i inni filozofowie (z okresu przed Sokratesem) sądzili, że całe życie pochodzi z wody. Empedokles zbudował nawet coś w rodzaju pierwszego zarysu teorii doboru, jednak autorytet Arystotelesa zagłuszył skutecznie myśl o rozwoju bowiem uznanie zdobył dogmat o niezmienności gatunków.

Wszystkie istoty żywe jak odtąd głoszono, powstały w swojej dzisiejszej formie w jednym akcie stworzenia. Nie istnieją żadne przejścia między gatunkami lub między niższymi i wyższymi organizmami. Podobnie jak wiara w biblijny potop, tak samo wiara w niezmienność gatunków wiązała się ściśle z ówczesnymi wyobrażeniami przyrodniczymi kościoła. Kto próbował ją podważać, ten łatwo mógł popaść w konflikt z tą instytucją, toteż tylko nieliczni zwolennicy teorii ewolucji, ci, którzy wypowiadali swoje myśli we wczesnym okresie badań przyrodniczych, starali się lękliwie pogodzić swoje hipotezy z biblijnymi opowieściami.
W centrum tych usiłowań musiała znaleźć swój wątek legenda o arce Noego. Za tym jak podawała Biblia, Noe z boskiego polecenia uratował przed potopem jedną parę każdego gatunku zwierząt. Jeśli ktoś wątpił w stałość gatunków, to musiał na wszelki wypadek unikać wątpliwości na temat arki Noego i jego pływającego ogrodu zoologicznego.

Dlatego kilku mądrych ludzi wpadło na myśl, że właśnie legenda o Noem można się posłużyć jako przekonującym dowodem słuszności teorii ewolucji.
Zadano więc sobie pytanie – jak wielka w ogóle musiała być arka Noego? Wynikałoby zatem, że okręt musiał być niezwykłej wielkości, jeśli Noemu udało się ulokować w nim po jednej parze z każdego gatunku fauny. Czy było w ogóle możliwe zbudowanie takiego okrętu?
Pierwszym człowiekiem, który w to zwątpił był doświadczony żeglarz Sir Walter Raleigh – wielki admirał brytyjski i podróżnik-odkrywca. Raleigh gdy popadł w niełaskę królowej Elżbiety I, został osadzony w więzieniu Tower, w którym to lata 1603 – 1616 spędził na pisaniu pięciotomowej historii świata. Wyraził w niej przypuszczenie, że tylko zwierzęta Starego Świata mogły znaleźć miejsce w arce i tylko te Noe mógł uratować. Natomiast zwierzęta Nowego Świata rozwinęły się później z gatunków Starego Świata.Arka NoegoNastępnie w 1685 roku zwierzętami z arki Noego zajął się lord Matthew Hale, będący naczelnym sędzią w Anglii. Mianowicie uważał on, że nawet gatunki Starego Świata były zbyt liczne, by znalazło się dla nich wszystkich miejsce w arce. Jeżeli już, to Noe mógł uratować tylko niewielką ich część – pradawne formy dzisiejszych zwierząt. W dziele Hale’a o stworzeniu człowieka miejsce znalazły zdumiewające myśli, które stawiają go w rzędzie prekursorów Lamarcka i Darwina:
„Nie powinniśmy bynajmniej wyobrażać sobie, że wszystkie gatunki tak zostały stworzone, jak my je dziś widzimy. Dotyczy to tylko tych gatunków, które moglibyśmy nazwać formami wyjściowymi dla wszystkich pozostałych. Liczne gatunki zwierzęce, które teraz oglądamy, nie maja już takiej samej postaci, w jakiej zostały stworzone, lecz zmieniły się różnorodnie pod wpływem rozmaitych okoliczności”.

O krok dalej posunął się Robert Hooke, znakomity znawca skał i skamieniałości. W swoim dziele z 1705 roku, o powstaniu i oddziaływaniu trzęsień ziemi, napisał:
„… niektóre gatunki zostały zupełnie zniszczone i wymarły, podczas gdy inne przekształcały się i zmieniały. Musiało się zdarzać, że z jednego gatunku powstawały różne nowe odmiany wskutek zmiany klimatu, podłoża i pokarmu…”.
Była to zatem już pierwsza jaskółka teorii ewolucji przyjmującej wpływ środowiska. Podobnie brzmiały uwagi Leibniza w 1700 roku:
„Ongiś gdy ocean pokrywał wszystko, zwierzęta zamieszkujące dziś lądy były formami wodnymi. Następnie, wraz z cofaniem się tego żywiołu, stawały się one stopniowo płazami, aż wreszcie ich potomkowie odzwyczaili się od swej pierwotnej ojczyzny”.
Jednak Leibnitz nie był buntownikiem naukowym, wolał nie zadzierać z teologami i natychmiast rejterował, dodając: „Ale stoi to w sprzeczności z Pismem Świętym, a odstępstwo takie jest grzechem”.

Najbardziej interesującą na owe czasy teorię wysnuł francuski urzędnik państwowy i autor książek podróżniczych – Benoit de Maillet. Ten „uniwersalnie wykształcony” człowiek rozwijał swoją działalność jako dyplomata w Egipcie, Abisynii i we Włoszech. W 1715 roku napisał książkę, która usiłowała zerwać pęta biblijnej chronologii i w swojej treści nawiązywała do filozofów przyrody starożytnej Grecji.
Według de Mailleta zarodki pierwszych istot żywych przybyły z kosmosu i rozwinęły się w ziemskim praoceanie pierwotnie w stworzenia morskie. Niektóre z tych morskich zwierząt i roślin wydostały się na ląd i nie mogąc już powrócić do wilgotnego środowiska, przystosowały się stopniowo do życia na stałym lądzie. Jak ryby mogły stopniowo przemieniać się w ptaki, Benoit de Maillet przedstawił w następujący sposób:
„Potem pod wpływem powietrza płetwy się rozszczepiły, promienie podpierające płetwy przekształciły się w dutki, a wysychające łuski w pióra. Skóra pokryła się puchem, płetwy brzuszne zmieniły się w kończyny, całe ciało przyjęło inny kształt. Szyja i dziób wydłużyły się i wreszcie ryba przeistoczyła się w ptaka. W całości jednak zachowała się zgodność z pierwotna formą, która da się zawsze łatwo rozpoznać”.Benoit de MailletNiektórzy uczeni i teologowie, wierzący w najdziwniejsze teorie stworzenia, potopu i katastrof, pokpiwali sobie zdrowo z Benoita de Mailleta, który to czarodziejskim trikiem chciał przemienić ryby w ptaki. Jednakże jego krytycy zataili, że autor tej teorii ewolucyjnej wyobrażał sobie ową przemianę na przestrzeni niezmiernie długiego okresu czasu. De Maillet nie twierdził bynajmniej, że ryba przemieniła się w ptaka w ciągu kilku dni lub tygodni – w tej teorii, dla niego, podobnie jak to utrzymuje Biblia, tysiące lat były jednym dniem.
Aby ustrzec swoje dzieło przed trudnościami i prześladowaniami, de Maillet zastosował pewien środek ostrożności, wybieg, a mianowicie odwrócił pisownię swojego nazwiska, przez co powstał anagram – Telliamed. Ponadto swoją teorię ewolucji włożył w usta hinduskiego filozofa, który miał rzekomo rozmawiać z francuskim misjonarzem.
Przede wszystkim jednak postarał się o to, aby książkę wydrukowano dopiero w 11 lat po jego śmierci. Za jego życia kursował zapewne w paryskich salonach rękopis w wielu kopiach. Jego treść wywarła silny wpływ na Buffona i być może właśnie Telliamed zachęcił go do snucia własnych myśli na temat rozwoju.

W jednym ze swoich listów Buffon (intendent ogrodów królewskich) wspomina, że osoba cenzora stoi mu ciągle przed oczyma „jak zjawa”. Stąd też poglądy na temat ewolucji przedstawia w swoich dziełach dość mgliście. W jego „Teorii Ziemi” miejsce znalazło takie oto twierdzenie:
„Można przyjąć, że wszystkie zwierzęta pochodzą od jednej istoty żywej, która z biegiem czasu na drodze doskonalenia i degeneracji wytworzyła wszystkie inne formy zwierzęce”.
Buffon wpadł na tę myśl, gdyż dopatrywał się wszędzie w przyrodzie „pierwotnego, powszechnego planu budowy”.
Również wielki przeciwnik Buffona, Karol Linneusz, ojciec systematyki, pod koniec swojego życia zbliżył się do hipotez ewolucyjnych. Jego dzieło „Systema naturae” zawierało jeszcze kategoryczne stwierdzenie: „Istnieje tyle gatunków, ile zostało na początku stworzonych”. Natomiast w książce „Metamorfoza roślin”, która ukazała się 15 lat później, pisał tak: „Gatunki zwierząt i roślin, a także rodzaje są dziełem czasu. Jedynie naturalne rzędy są dziełem Stwórcy”.

Wreszcie Linneusz ogłosił podobna teorię jak Buffon:
„W zaraniu życia istniał tylko malutki punkt, z którego wszystko wzięło swój początek i stopniowo się rozszerzało”.
W tym okresie półtora wieku, który dzielił Buffona od Raleigha, myśl ewolucyjna zrobiła więc zdumiewający postęp. Początkowe domysły na temat tonażu arki Noego, przekształciły się w punkt wyjściowy dla teorii ewolucji w sensie Lamarcka lub Darwina. Również i filozofom myśl ta wydawała się co najmniej warta dyskusji. Immanuel Kant w 1790 roku w swojej „Krytyce władzy sądzenia” napisał: „Ta analogia form, …wzmacnia domniemanie ich rzeczywistego pokrewieństwa w pochodzeniu od wspólnej pramacierzy” – i podkreślił, że paleontologom przypadło teraz w udziale wielkie zadanie odkrycia wśród skamieniałości przodków dzisiejszych istot żywych i odcyfrowania z warstw ziemi przebiegu rozwoju życia.

Dla Kanta było zupełnie jasne, że paleontologowie będą wykopywać początkowo „stworzenia o mniej celowej formie”, następnie w młodszych warstwach ziemi coraz doskonalsze istoty i coraz bardziej różnorodnej natury, wszystkie wywodzące się z jednego „macierzyńskiego łona ziemi”.
Właściwie więc panowała już atmosfera sprzyjająca pojawieniu się geniusza, znawcy zarówno skamieniałości, jak i organizmów współczesnych, który byłby zdolny z tych wzmianek, hipotez i teorii stworzyć nowy, dynamiczny obraz świata. Człowiek ten rzeczywiście już wkrótce się zjawił. Zdumiewające jest jednak, że pomimo tak sprzyjających okoliczności nie zdobył uznania.
Może właśnie Kant przewidywał przyczynę tego fiaska. Określił on myśli ewolucyjne jako tak „niesłychane, że rozsądek wzdraga się przed nimi”. Można się zajmować takimi teoriami, ale gdy stają się one poważne, nie należy wówczas porywać się na to „awanturnicze ryzyko rozumu”, jak pisał. Etap ewolucyjnych systemów filozoficznych poprzedzał pojawienie się i upadek Jana Baptysty Lamarcka.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o Golemie …

przez , 01.kwi.2016, w Legendy

GolemLegenda głosi, że na poddaszu Staronowej Synagogi w Josefovie*, w żydowskiej dzielnicy w samym sercu Pragi, w zakamarkach, których nie potrafili odnaleźć nazistowscy szpiedzy, wciąż śpi jego gliniane serce. Głosi, że pewnego dnia pękną pradawne zaklęcia i Golem przebudzi się, a wówczas wszystko będzie jak niegdyś.
Praga ma w sobie tajemnicę, niepojętą moc. Może rację mają ci, którzy twierdzą, że Pragę zbudowano w miejscu, gdzie przebiega granica wszechświatów. Że na Hradczanach, pod katedrą Świętego Wita znajduje się portal Ziemi – jeden z najważniejszych czakramów planety, próg między naszym światem, a kosmosem. Przecież właśnie z tego powodu Celtowie, na długo przed tym, gdy Czech rozstał się z Lechem i Rusem, zbudowali nad Wełtawą jedno ze swoich najważniejszych miast. Współczesna Praga stoi na ziemi druidów, w miejscu wskazanym przez legendarną księżniczkę Libuszę, jasnowidzącą wieszczkę o oczach jasnych jak wspomnienie pierwszego kochania.
„Musicie przeszukać las na wzgórzach, odnaleźć miejsce, w którym człowiek buduje swoją chatę. I tam musicie zbudować miasto i musicie nazwać je progiem, czyli przejściem”.

Po czesku „próg” to właśnie Praga. Tak jak legendę o Libuszy zna w Czechach każde dziecko, tak każde żydowskie dziecko zna legendę o Golemie, monstrum, które zapragnęło ludzkiego serca.
Życie na granicy światów niesie za sobą różne konsekwencje. Jest jak próg między miłością i nienawiścią, oceanem, a wapiennym klifem, między mężczyzną i kobietą – równowaga jest krucha, namiętności wielkie, dni krótkie, a noce bez snu.
Wierzenia druidów ścierały się tu z ewangelią głoszoną przez Cyryla i Metodego, chrześcijanie spierali z żydami, alchemicy próbowali przemóc racjonalistów, magowie – kontrreformatorów, faszyści starali się unicestwić wolność, a potem komuniści zwalczyć sen o demokracji. W średniowieczu Praga przeżyła trzy straszliwe pogromy Żydów, powstało tu także jedno z pierwszych w Europie gett.
W wielkanocny poranek 1389 roku chrześcijanie palili starowierców już nie tylko w ich domach na Josefovie, ale także w synagogach, a Żydzi nie umieli się bronić tylko modlić, ale modlitwy nie skutkowały. Zupełnie jakby Jahwe nie chciał ich usłyszeć. Kabaliści studiowali stare księgi, stawiali horoskopy, czytali wiatr. I nie mieli dobrych wieści.

Czy życie na granicy światów może kiedykolwiek stać się bezpieczne? Potrzebny był ktoś, kto uchroni ich przed pogromem.
Kabaliści, ku pokrzepieniu serc, zaczęli opowiadać o duchu, obrońcy uciśnionych, który pojawi się wtedy, gdy nadejdzie najczarniejsza godzina. I stało się – zła godzina nadeszła. Najpierw, choć krótko, los gminie żydowskiej sprzyjał. Było to w czasach cesarza Karola, tego który przerzucił przez Wełtawę most, do dziś będącym najważniejszym symbolem „Miasta o Złotych Dachach”, a na miejscu okrągłej rotundy na Hradczanach postanowił zbudować katedrę Świętego Wita. Następnie koło historii zaczęło staczać się w dół. Nastały czasy Rudolfa II, który sprowadził do Pragi najsłynniejszych alchemików świata i któremu marzył się kamień filozofów, zamieniający piasek w złoto i dający wieczną młodość. Tego wreszcie, z którym największy rabin w dziejach Pragi, Jehuda Löw ben Becalel (urodzony w Poznaniu, znany również jako Maharal), musiał zagrać o przyszłość swojego ludu. Potężny choć ubogi, ale niezwykle mądry, nauczyciel. Czy miał szansę przekonać władcę, aby dał Żydom pokój …

Jehuda Löw uważany był powszechnie za najdoskonalszego mistyka i kabalistę swoich czasów. Jedna z najpopularniejszych żydowskich legend przypisuje mu chwałę powołania do życia glinianego monstrum, ale i ból, jakim było jego unicestwienie.
Tęsknota za Golemem dojrzewała pośród Żydów od czasów dawidowych. Jej ślady znaleźć można nawet w psalmach. Początkowo gliniany stwór miał być nie tyle obrońcą w czasach ucisku, ile po prostu posługaczem, który w dzień szabasu będzie wypełniać obowiązki niedozwolone ludziom – rozpalać ogień, robić węzły, nosić ciężary, przygotowywać posiłki czy też wykonywać resztę z ponad 600 czynności zakazanych od piątkowego wieczora do sobotniego zmierzchu. Żydzi mierzą dobę od wieczora do wieczora, a nie od świtu do świtu jak chrześcijanie.
- I to wszystko stwór wykona za człowieka zupełnie za darmo – opowiadał Jehudzie jego ojciec, kiedy przyszły rabin był jeszcze chłopcem.
- Za darmo, bo Golem nie potrzebuje ani jedzenia, ani picia, ani ubrania, ani nawet dachu nad głową – mówił.
Chłopiec marzył, że lepi z gliny stwora na obraz i podobieństwo człowieka, tak jak niegdyś, u zarania dziejów, Bóg stworzył Adama.
- W naszej synagodze synu, widziałem pradawną księgę stworzenia „Sefer HaYetzera”. Są w niej spisane zaklęcia, jakie trzeba poznać, aby powołać do życia istotę ulepioną z gliny. Trzeba odwrócić porządek śmierci, a potem trzeba wypowiedzieć imię Boga, którego nie można używać, gdyż jest to imię, które daje życie.Golem (1)Od tamtej pory Jehuda poświęcił się studiom nad Kabałą i Talmudem, wertował prastare zwoje, studiował dawne sztuki magiczne tak skrupulatnie, że pewnego dnia posiadł całą wiedzę dostępną swoim czasom poznając imiona Boga. Również to, którego nie wolno używać. Od tego momentu wiedział już, że jeśli zechce tchnie w glinę życie. Ale nie chciał, bo wiedział, że choć będzie potrafił ją ożywić, to duszy i serca jej nie podaruje.
I Golem nigdy by nie powstał, gdyby nie nastał dzień, kiedy horoskopy przestały być pomyślne. Zbliżało się zło, jeszcze dalekie, które nawet nie pachniało, jeszcze nie widoczne w ptasim poruszeniu, jeszcze liście nie zaczęły się żółcić ani czerwienic. Ale Becalel wiedział, że nadciąga niechybnie i nieodwołalnie jak jesień, a zaraz za nią zima. W drugiej połowie XVI wieku nasiliły się ataki na praskich Żydów, których posądzano o bezbożne praktyki i okultyzm, w związku z czym aby obronić siebie i innych, rabin Jehuda postanowił działać.

Pewnej nocy, czarnej jak przeznaczenie, wraz z trójką uczniów, Becalel zsunął się w dół po wełtawskiej skarpie. Podciągnął poły chałata i wszedł w nurt rzeki. Zanurzył w niej ręce po łokcie, zagłębił palce w glinie i mule. Zimne były i oporne, glina wyciekała z dłoni. Rzeka nie chciała, żeby wyrwał z niej życie. Ale rabin czuł, że nie ma innego sposobu. Wyszeptał tajemne słowa i wtem rzeka puściła. Rabin wydobył z jej cienia pierwszą garść. Potem kolejną i następną. Wiedział, że każdego dnia Golem powinien rosnąć i rosnąć, powoli, ale ponieważ nie miał czasu, postanowił, że od razu ulepi go wielkiego. Do ust wetknął mu zwitek papieru z zakazanym imieniem Boga. Napisał je na papierze, jako że imienia Boga wymieniać nie wolno i nie chciał, aby usłyszeli je uczniowie. Napis brzmiał: „ha-meforaszem”. Wtedy zaczęli okrążać go siedmiokroć w lewą stronę, aby odwrócić piętno śmierci. I zawołali:
- Shatni, Shanti, Dahat, Dahat!
Gliniany korpus stawał się z szarego coraz bardziej czerwony, a na ramionach stwora pojawiły się włosy. Zbliżał się właściwy moment. Glina twardniała już, kiedy Becalel wyrył palcem na czole Golema słowo „emet”, czyli „prawda”. Stwór ożył.
- Golemie mówię ci, wstań! – rzekł rabin i potwór wstał. Od tej pory czynił wszystko, co rabin kazał mu uczynić.

Gliniany stwór miał właściwość, której człowiek nie mógł posiąść, a była nią nieśmiertelność. Nie sposób było go pokonać, nie sposób zabić. Był nieśmiertelny tą nieśmiertelnością, jakiej pragnął cesarz Rudolf II. Kiedy rabin miał już Golema u boku, wybrał się do cesarza Rudolfa, aby przedyskutować sprawę bezpieczeństwa członków diaspory. Czy to właśnie sekret nieśmiertelności przekonał ostatecznie cesarza, czy może lęk przed glinianym monstrum, historia milczy.
Faktem jest, że jesienią 1529 roku Rudolf II wydał edykt zapewniający Żydom ochronę i bezpieczeństwo. Okres pogromów Praga miała za sobą. Po 400 latach ucisku nastał wreszcie pokój. Trwał aż do czasu, kiedy Żydów postanowił unicestwić Adolf Hitler.
Może Becalel to przewidział i dlatego nie chciał pozbawić Golema istnienia. Ale potwór, mimo że wciąż słuchał rozkazów, zapragnął czegoś więcej. Obserwował ludzi i chciał być jak oni. Chciał jeść jak oni jedli chleb, pożerał więc cegły. Chciał bawić się z dziećmi, ale krzywdził je, chwytając w dłonie zbyt mocarne. Chciał mówić, ale tylko dudnił pośród krętych uliczek. Chciał kochać, ale nie było w całej Pradze ani jednej istoty, którą mógłby pokochać bezpiecznie. Ani jednej glinianej kobiety.

Potwór w dodatku rósł każdego dnia. Dopóki na niego uważali – pracował, ale nocą gdy tylko Becalel spuścił go z oka, wymykał się aby błąkać praskimi ulicami w poszukiwaniu czegoś, co potrafiłoby ukoić tęsknotę, której nie rozumiał. Bo przecież nie miał prawa tęsknic ktoś, kto nie miał duszy, ani serca. Szedł przed siebie i miażdżył mieszkańców Josefova pod swoimi ogromnymi stopami aż do dnia, kiedy rabin stanął przed monstrum i zawołał:
- Dziś szabas! Golemie zawiąż mi paski sandałów!
Golem ukląkł i pochylił głowę, a Becalel błyskawicznie starł z jego czoła pierwszą literę i pozostało słowo „met”, czyli „martwy”. Golem rozsypał się w proch, a zwitek z zakazanym imieniem wypadł spośród skorup. I wtedy coś uderzyło o bruk z wielką siłą. Rabin pochylił się, sięgnął. Wyciągnął dłoń, zdmuchnął pył i spojrzał – było to małe, gliniane, nieforemne serce. Niestety żyło za krótko, żeby Żydzi nauczyli się, jak je kochać.

Jehuda zebrał odłamki swojego stworzenia – glinianą skorupę z jego czoła, jego gliniane usta, gliniane serce – i ukrył je gdzieś w zakamarkach Staronowej Synagogi na rogu ulic Maiselovej i Czerwonej. Kiedy hitlerowcy zaanektowali Czechosłowację i kiedy Hitler rozpoczął realizację swojego pomysłu, żeby Pragę zamienić w miasto-muzeum nieistniejącego narodu, nakazał odszukać szczątki Golema. Może nawet miał nadzieję, że zdoła go ożywić. Ale miejsce, gdzie spoczywa gliniane serce, chronią silne zaklęcia, bo gdyby jeszcze kiedyś Golem był potrzebny Żydom, ktoś mądry będzie mógł je odszukać. Wetknąć do glinianych ust zwitek pożółkłego papieru z zakazanym imieniem Stwórcy, dopisać na czole literę życia, a potem okrążyć serce siedem razy. Może wtedy Golem powstałby znów, a uliczki Josefova zapełniliby chasydzi w długich chałatach i modlitewnych szalach, spieszący drobnym krokiem do bożnicy, a czas cofnąłby się …

(* Josefov (Józefów, Josefstadt) – to obszar dawnej dzielnicy żydowskiej w centralnej części Pragi, na prawym brzegu Wełtawy, wchodzący w skład obwodu Praga I. Ze wszystkich stron otoczony jest przez Stare Miasto. Obecny jego wygląd to zasługa wyburzeń i wielkiej przebudowy dzielnicy na przełomie XIX i XX wieku. Na terenie Josefova znajdują się między innymi: Synagoga Wysoka (XVI wiek), Ratusz Żydowski (rokokowy ratusz z XVIII wieku z zegarem odmierzającym czas w przeciwną stronę), Synagoga Klausa (barokowa synagoga z XVII wieku), Synagoga Maisela (z XVI wieku, zniszczona przez pożar, obecnie muzeum), Synagoga Pinkasa (z XVI wieku, miejsce pamięci ofiar Holokaustu), Synagoga Hiszpańska (z XIX wieku z mauretańskim wystrojem wnętrza), Stary Cmentarz Żydowski (czynny od XV do XVIII wieku, najstarszy ocalały cmentarz żydowski w Europie), Synagoga Staronowa (gotycka, z XIII wieku), Sala Obrzędowa (neoromański budynek powstały w latach 1911-12, niegdyś sala obrzędowa Żydowskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego). Josefov jest również miejscem urodzin Franza Kafki.)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Czarka austriacka

przez , 01.mar.2016, w Flora i Fauna

Czarka austryjackaCzarka austriacka (Sarcoscypha austriaca) to rzadki grzyb z rodziny czarkowatych (Sarcoscyphaceae), saprotrof, rosnący na gałęziach drzew liściastych w wilgotnych lasach, głównie łęgowych, na ciepłych stanowiskach, najchętniej występujący na terenach podgórskich i górskich, w miejscach podmokłych, próchniczych. Pojawia się już wczesną wiosną (luty – maj), ale owocuje również podczas bezśnieżnych zim, pojawiając się w czasie roztopów. Spotykany jest najczęściej na wierzbach, klonach i olszach, a owocniki występują pojedynczo lub w grupach.
Podobnym gatunkiem jest czarka szkarłatna (Sarcoscypha coccinea) występująca częściej na terenach nizinnych, posiadająca proste włoski na zewnętrznej powierzchni miseczek, a jej zarodniki są na końcach zaokrąglone. Czarki są grzybami o cienkim, łykowatym i białym miąższu, w zasadzie bez smaku i zapachu.

Owocniki czarki austriackiej w trakcie swojego rozwoju są najpierw purchawkowate, później szerzej się rozpościerają tworząc kształt kolistych czarek lub miseczek, następnie przechodzą w mniej regularne kształty stając się owalne lub nerkowate. Ich wielkość waha się od 1 do 8 cm średnicy.  Stare owocniki mogą być talerzykowato rozpostarte. Miseczki posiadają osadzenie na wyraźnym, cylindrycznym i centralnym, białawym, krótkim lub bardzo krótkim trzonku, długim na 3 do 5 cm i grubym na około 3 mm. Trzonek zazwyczaj mocno tkwi w drewnie, rzadko pojawiają się osobniki tak zwane „siedzące”. Wewnętrzna osłona owocników – hymenium, posiada jaskrawe zabarwienie, jest barwy żywoczerwonej, szkarłatnej lub ceglastoczerwonej, o powierzchni gładkiej i błyszczącej – jest to warstwa zarodnikonośna. Natomiast zewnętrzna ich powierzchnia ma kolor jasnoróżowy lub bladoczerwonawy o strukturze owłosionej, filcowatej, pokrytej białawymi kosmkami.Czarka austryjacka (1)Brzeg owocników jest podwinięty, który z wiekiem może pękać. Zarodniki są gładkie i bezbarwne, podłużnie eliptyczne do cylindrycznych, o wielkości 33-50 x 12-14 um, posiadające wgłębienia na końcach. Czarka austriacka do niedawna w Polsce była gatunkiem uważanym za niejadalny i ściśle chronionym (do października 2014 roku). Jej polską nazwę podali G. Fiedorowicz i D. Kubiak w 1998 roku.
W literaturze uznawana jest jako grzyb niejadalny, jednakże nie jest to do końca prawda. Nie odnotowano bowiem przypadków zatruć tym grzybem. Czarka w zasadzie nie posiada smaku, a jedynie nieznaczny posmak rzodkiewkowo – ziemisty. Ze względu na małe rozmiary swoich owocników nie znalazła większego zastosowania kulinarnego, ale z uwagi na swój atrakcyjny, żywoczerwony kolor po sparzeniu używa się jej jako barwny dodatek do sałatek.

Saprotrofy czyli mikrokonsumenci (z greckiego: saprós – zgniły) są cudzożywnymi organizmami pobierającymi energię z martwych szczątków organicznych, rozkładając je do związków prostych. Reprezentowane są między innymi przez grzyby. Kiedyś uważano, że niektóre rośliny odżywiają się saprofitycznie, jednak mogą one pobierać substancje pochodzące z rozkładu szczątków jedynie dzięki mikoryzie, a zatem dzięki ścisłej symbiozie z odpowiednim gatunkiem grzyba. To stawia je bliżej roślin pasożytniczych niż prawdziwych saprotrofów. Pomimo tego nadal bywają tradycyjnie określane jako saprofity lub rośliny saprofityczne. Obecnie ten typ odżywiania określa się jako mykoheterotrofia. W tym układzie pasożytniczym właściwym saprofitem jest grzyb, a nie roślina. Saprotrofy są często osmotroficzne, czyli wchłaniają rozłożoną dzięki trawieniu zewnętrznemu płynną materię, co jest typowe dla grzybów, biorących udział w krążeniu materii w ekosystemach i w obiegu pierwiastków w całej biosferze.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia Rycerska w Dzikowcu Wielkim

przez , 15.lut.2016, w Pod ziemią

Sztolnia Rycerska (1)Sztolnia Rycerska, nazywana również Sztolnią Wodną (Wasserstollen) zlokalizowana jest na północno – wschodnim zboczu góry Dzikowiec Wielki (GrossWildberg) 836 m n.p.m., znajdującej się na południe od miejscowości Boguszów-Gorce. Aby do niej dojść należy kierować się z betonowego parkingu za przejazdem kolejowym z dzielnicy Boguszowa, Kuźnic Świdnickich, leśną drogą kilkaset metrów do skrzyżowania z kolejną drogą (przy platanie), a następnie skręcić w prawo i po około 60 metrach (przed pierwszą przepływką pod drogą) skręcić w lewo, w leśną ścieżkę, która po około 200 metrach doprowadza wprost pod wlot sztolni. Wlot znajduje się na wysokości 652 m n.p.m. Przed wlotem sztolni znajdują się ceglane pozostałości budynku, a po prawej stronie wylot Źródła Rycerskiego – RitterQuelle. Znajduje się tam również studzienka z wybijającą wodą i widoczne fragmenty ceramicznych rur. Wydajność źródła miała wynosić 400 l/min.Wejście do sztolniDrążenie sztolni rozpoczęto w maju 1938 roku (według innych źródeł w styczniu 1941 roku), a ukończono w maju 1942 roku. Do sztolni prowadzi obetonowane wejście w którym znajduje się studzienka łącząca się z właściwym ujęciem wody zlokalizowanym 50 metrów niżej, w dół od hałdy powstałej w wyniku składowania wydobytego materiału skalnego podczas drążenia sztolni. Nie przypadkowo wybrano miejsce jej wydrążenia, bowiem masyw Dzikowca Wielkiego jak i Gór Kamiennych zbudowany jest ze skał mających dużą przepuszczalność wody – melafirów i porfirów, co powoduje szybkie jej przenikanie przez grunt pozostawiając go suchym, a sztolnia pozwalała na szybkie i łatwe ujmowanie czystej wody. Według niektórych opracowań miała być ujęciem wody dla Kuźnic Świdnickich, chociaż spotyka się też wątki o rzekomym wykorzystaniu jej w 1945 roku przez Niemców jako miejsce ukrycia depozytów.Sztolnia Rycerska (2)Za wejściem sztolnia ma łukowaty profil obudowany betonowymi bloczkami. Chodnik ma wymiary 180 x 90 cm i prowadzi wśród najbardziej wodonośnych warstw skał. Na spągu zalega ceramiczna rura. W początkowym odcinku znajdują się dwa niewielkie odgałęzienia po lewej i prawej stronie. Jest to najdłuższy obudowany odcinek sztolni. Po około 100 metrach obudowa kończy się, a dalej chodnik sztolni prowadzi na przemian w litej skale lub w obudowie z bloczków. W całej sztolni obudowanych odcinków jest siedem.
Obudowa stosowana była w miejscach gdzie struktura skał jest nieco słabsza. W kilku miejscach brak jest w ścianach bloczków, a za nimi znajdują się komory. W sztolni znajduje się jeden przebity zawał na końcu jednej z obudów. Po 250 metrach sztolnia zwęża się, a infiltracja górotworu przez wodę jest znaczna, strumienie wody leją się ze stropu, głównie na rozwidleniu i w obszerniejszej komorze, a to za sprawą chodników znajdujących się poziom wyżej.Kamionkowa ruraW tym miejscu różnica poziomów (od wlotu) wynosi +6,3 m, niewyczuwalnego wznoszenia się pod kątem w czasie penetracji.
Od komory w prawo prowadzi chodnik, a z niego w lewo dwa krótkie wyrobiska zakończone przodkami. W pierwszym o ocios oparta jest stalowa płyta, która zapewne zapewniała ochronę pracującym tu ludziom przy odstrzale skały. Środkowy chodnik prowadzi na drugi poziom do tak zwanego „labiryntu”, do którego wejście zostało zamaskowane krótką obudową z bloczków. Wejście prowadzi ciasną szczeliną nad obudową, a za nią znajduje się stroma pochyłe wejście na poziom drugi, położony około 10 metrów wyżej. W tym miejscu często dochodzi do osuwania się luźnych fragmentów skał. Na końcu pochyłego wejścia znajduje się wysoka i wąska szczelina, a na spągu pozostałości drewnianej obudowy, stojaków i drabinek oraz żelazne płyty najprawdopodobniej ułatwiające transport materiału skalnego.Mineralizacja w Sztolni RycerskiejW bocznym korytarzu widoczna jest woda uciekająca przez spąg na niższy poziom. Górny poziom zakończony jest czterema przodkami i ma łączna długość około 80 metrów. Na spągu komory zalega dużo nie wydobytego materiału skalnego. Od komory, główny chodnik prowadzi jeszcze przez około 50 metrów i kończy się przodkiem na wysokości 659 m n.p.m., gdzie prace miano zakończyć w dniu 9 maja 1942 roku. W całości wyrobiska woda na spągu nie przekracza głębokości 30 cm. W sztolni znajduje się jeszcze kilka innych chodników ukrytych za betonowymi bloczkami obudowy oraz nad obecnym głównym chodnikiem. Po zakończeniu drążenia sztolni w maju 1942 roku opiekę nad nią miała przejąć organizacja Todt i prowadzić w niej dalsze prace, w trakcie których między innymi zamurowano wejście do wyższego jej poziomu, tak zwanego „labiryntu”, betonowymi bloczkami oraz prowadzić inne prace w jej okolicach, co mogą potwierdzać ślady w terenie widoczne do dnia dzisiejszego.Obudowa sztolni i infiltracjaOkoło 100 metrów na północ od Sztolni Rycerskiej znajduje się wlot do kolejnej sztolni nazywanej potocznie Sztolnią Rycerską II, a pomiędzy nimi zasypany szybik. Istnieje relacja więźnia z obozu Gross-Rosen, Jana Grodzickiego, który został przewieziony w okolice Kuźnic Świdnickich w 1941 roku i pracować przy drążeniu sztolni. W zeznaniach złożonych po wojnie przed prokuratorem Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich we Wrocławiu podał, że został zapędzony do robót przy drążeniu sztolni na północnym stoku góry Dzikowiec, w miejscu gdzie bezpośrednio ze skał tryskało źródło:

„Najpierw wbijaliśmy się w głąb góry na odległość około dwustu metrów, a następnie wykuwaliśmy coś w rodzaju labiryntu na dwóch poziomach. Przy czym, aby nikt z nas nie zapamiętał rozmieszczenia tych sztolni, przerzucano nas z poziomu na poziom”.Końcowy odcinekMusiał on pracować w końcowej części sztolni, przy „labiryncie” lub na dwóch poziomach wyrobiska – według zachowanych planów wynika, że prace w tym miejscu prowadzono po grudniu 1940 roku. Tym samym większa część chodników sztolni nie została wykonana przez więźniów obozu Gross-Rosen (ten powstał w sierpniu 1940 roku). W chwili obecnej znane są dwa wykonane plany sztolni, jeden wykonany przez mierniczego Friekego (styczeń 1942). Jeden z nich przedstawia sztolnię z bocznymi chodnikami i drugim poziomem nazywanym „labiryntem”, ujęciem wody oraz szczegółowym przebiegiem i długością chodników. Drugi z planów, wykonany w styczniu 1942 roku stanowi kopię pierwszego rozszerzoną o takie szczegóły jak wysokości bezwzględne poszczególnych fragmentów wyrobiska, dokładne dane geologiczne o warstwach skalnych w których wydrążono sztolnię i daty drążenia poszczególnych jej odcinków.8Z dat umieszczonych na mapie wynika, że informacje o warstwach geologicznych wewnątrz sztolni musiano pozyskać już w 1939 roku, a inne dokumenty mówią, że do 1941 roku wyrobisko było już wydrążone prawie w całości. Pierwszą datą, która pojawia się na planie (w odległości 20 m od wlotu sztolni) jest 26 września 1938 roku. Do tego dnia miano wykonać około 60 m chodnika z 38-metrowym bocznym chodnikiem w prawym ociosie. Całkowita długość poznanych wyrobisk Sztolni Rycerskiej na poziomie 1 i 2 wynosi około 410 metrów. W sztolni schronienie znajduje kilkadziesiąt gatunków nietoperzy – jest miejscem ich zimowania, w związku z czym obiekt ten podlega ochronie jako siedlisko zwierząt chronionych.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Bodhisattva

przez , 01.lut.2016, w Galimatias

BodhisattvaZnacie postać Bodhisattwy? Bodhisattwa po zobaczeniu ile jest cierpienia na ziemi, zdecydował się nie przechodzić bram Raju i pozostać na ziemi tak długo, aż wszyscy ludzie zostaną uwolnieni. Prawda jest taka, że gdy Bodhisattwa przechodził swój punkt krytyczny, to znaczy punkt bez odwrotu, a jest nim potrójna próba światła, nie mógł On już wycofać się z tej drogi. Przejście potrójnej próby zagwarantowało Mu wieczną chwałę i od tej chwili jego przebudzenie było już tylko kwestią czasu, mógł się przebudzić tu, lub w zaświatach. Tak więc nie może już się wycofać i nie mógł więc w żaden sposób wrócić do starych cykli inkarnacyjnych i inkarnować, podobnie jak większość ludzi inkarnuje się w dalszym ciągu, w cyklach. Ta historia w pewnym sensie jest jak najbardziej prawdziwa, lecz została zniekształcona, a już sama interpretacja, och! – została stworzona przez ludzi i jest jak najbardziej całkowitą bzdurą!

Jedyne co się wtedy wydarzyło i to nie po raz pierwszy to, to, że Bodhisattwowie  gdy już dochodzili do tego punktu przejścia, postanawiali nie opuszczać ziemi, zostając tu dalej, w ludzkiej formie, lecz w żaden sposób niczego nie tracąc. Zrozumcie ludzie, że ludzcy aniołowie wcielają się na ziemię nie po to by gdzieś z niej uciekać, ale po to by doświadczać życia! Lecz najczęściej, gdy się już tu znajdywali, zapominając o wszystkim, biorąc to co dali im ludzie, zamiast doświadczać życia, wyrzekali się życia i tak robią cały czas! Wy tutaj przyszliście by doświadczać, by się bawić, a zamiast tego, co robicie? Wyrzekacie się jak zwykle wszystkiego, staracie się rozwijać duchowo i właśnie w ten sposób tracicie wszystko to, po co żeście tu naprawdę przyszli!

Rozwój duchowy nie istnieje, jest tylko ludzkim wymysłem, próbą odpowiedzi na pytania, na które nie poznali jeszcze odpowiedzi! Więc wracacie w kolejnych cyklach i co się dzieje? Dokładnie to samo! Zbieracie doświadczenia, lecz nie do końca są to doświadczenia, po jakie tu przyszliście! Zamiast cieszyć się życiem, wy w większości cierpicie, a jak nie cierpicie, to wasze życie jest takie jakby Go tu nie było, zamiast doświadczać zamykacie się w tych waszych umysłach i wciąż analizujecie, wciąż myślicie co jeszcze powinniście zrobić, wciąż zadajecie sobie pytania typu:
- Czemu to nie działa?
albo:
- Co robię nie tak?!
I tak umieracie już za samego życia! A co robią Bodhisattwowie gdy się już wreszcie przebudzą? Odkrywają tę prostą tajemnicę, przypominają sobie o tym kim naprawdę są i po co tu naprawdę przyszli i w końcu sobie na to pozwalają.

Zaczynają korzystać z życia, cieszyć się wszelkimi przyjemnościami życia. A Tak! W końcu biorą wszystko to, czego sobie wcześniej z jakichś powodów zabraniali. Zaczynają żyć pełną piersią! Rozumiecie!? W końcu mogą sobie pożyć i podoświadczać, pocieszyć się życiem na maksa. Tyle ich wcześniejszych wcieleń oscylowało na brakach, że w tej chwili wybierają życie w pełnym dostatku. No i jak myślicie, czy wyrzekając się czegokolwiek można się od czegoś uwolnić? Nie! Nie można. To jest bzdura wrzucana przez tych, dla których liczą się tylko sława i tytuły. Nic oni nie wiedzą i nic oni nie czują. Nie można się w taki sposób od niczego uwolnić. Wyrzeczenia powodują jeszcze większe związania i uzależnienia! Tylko życie pełną piersią, bez żadnych wyrzeczeń, ciesząc się wszystkim na maksa, tylko taki sposób życia gwarantuje prawdziwą wolność. Tak więc Bodhisattwowie zostają tu tylko z jednego powodu, by cieszyć się życiem, by te ostatnie wcielenie tu było dosłowną pompą! A tak! A co myśleliście? Że to będą manifestacje tylko świetlane i dobre?

To wy oceniacie i dzielicie świat na zły i dobry, Bodhisattwowie wiedzą doskonale, że dobro i zło nie istnieje i nie ma potrzeby dzielić czegokolwiek. Nie ma sensu tworzyć kolejnej iluzji, wybierają życie i autentyczność. A jak przy okazji pomogą trochę w przebudzeniu innych ludzi, to czemu ni. Są tu by służyć ludziom żyjąc samemu w pełni, autentycznie, samemu będąc prawdą i właśnie to manifestując. Ale żaden Bodhisattwa nie ma zamiaru żyć tu wiecznie, czy cierpieć za jakieś inne życie. A już pełnym nonsensem jest przekonanie, by jakiś Bodhisattwa miał tu żyć do samego końca, aż ostatni człowiek zostanie oświecony i uzyska wolność. Czy wy nie wiecie, jakie w zaświatach ciągną się kolejki by móc się tu narodzić? Bodhisattwa chyba by się nie doczekał. Całe rzesze aniołów, które jeszcze się tu nie wcielały, tylko czekają na swoją kolej. Wielu by zabiło, by się tu dostać. Wy już tu jesteście, macie możliwości, a zamiast żyć, dalej stoicie w tym swoim wycofaniu…

To wszystko, te całe interpretacje o Bodhisattwach, to wierutne bzdury! Nie ma w nich ani cienia prawdy. Nikt nie zostaje tu na wieczność, nikt oprócz śpiących ludzików niczego sobie nie zakłada. A tym bardziej Bodhisattwowie, bo to nonsens jest. Bodhisattwa z niczego nie rezygnuje, z niczego się nie wycofuje. Żyje tu na ziemi w stanie bycia tym czym jest i w każdej chwili może odejść. Nic Go tu nie trzyma. I wielu z Nich żyje tu od bardzo dawien dawna i jak najbardziej, odejdą, kiedy sami zechcą. Nic Ich tu nie trzyma po za Ich własną Wolą Bycia właśnie Tu i Teraz właśnie w Tym pięknym miejscu, jakim jest Ziemia. I taka jest prawda. Mam nadzieję, że rozwiązałem parę kolejnych zagwozdek.

Jestem mesjaszem, zbawicielem, buddą, bodhisattwą! Jestem tym, czym Jestem!

autor: Samuel Blog Księżycowy

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , więcej...

Gorzeszowskie Skałki

przez , 15.sty.2016, w Ciekawe miejsca

GS1Gorzeszów (Görtelsdorf) to wieś położona na Dolnym Śląsku w powiecie kamiennogórskim. Na południowy – zachód od niej (około 2 km) w kierunku góry Stożek 615 m n.p.m. położone jest skupisko skał piaskowcowych nazywanych Gorzeszowskimi Skałkami (538 m n.p.m.). Doprowadza do nich żółty szlak oraz wygodna droga szutrowa. U ich podnóża znajduje się mała infrastruktura turystyczna w postaci parkingu, wiat, palenisk i placu zabaw dla dzieci.
W 1970 roku na ich terenie utworzono rezerwat przyrody nieożywionej „Głazy Krasnoludków”, znajdujący się w południowo – wschodniej części śródgórskiego obniżenia Kotliny Krzeszowskiej, mający na celu ochronę oraz zachowanie cennych i interesujących form wietrzenia górnokredowego piaskowca ciosowego (70-100 mln lat temu), pod względem naukowym i dydaktycznym oraz dla ochrony rzadkich gatunków roślin chronionych i naturalnych zbiorowisk roślinnych. Rezerwat znajduje się na terenie nadleśnictwa Kamienna Góra (leśnictwo Dobromyśl), zajmując powierzchnię 9,04 ha i stanowi obszar bardzo bogaty w obiekty geologiczne wysokiej klasy.GS2Malownicze piaskowcowe skałki ze względu na swój estetyczny wygląd, czynią ten zakątek wyjątkowo pięknym i atrakcyjnym, a odmienny charakter form skalnych w rezerwacie oraz geologiczne i geomorfologiczne uwarunkowania są dobrym uzupełnieniem do sieci podobnych obiektów chronionych w Parku Narodowym Gór Stołowych.
Skałki zlokalizowane są i rozrzucone wśród boru świerkowego, w pasie o długości około 1200 metrów i szerokości około 200 metrów. Geneza ich powstania ściśle wiąże się z formowaniem tych skał na przełomie milionów lat, przez ciepło słońca i mróz oraz deszcz i wiatr, w niewysokim progu utworzonym przez odsłoniętą krawędź piaskowcowej płyty skalnej, progu strukturalnego powstałego wskutek długiej erozji potoku Jawiszówka, wyżłobionego na odcinku około 2 km i głębokości około 50 m, którą budują piaskowce wapniste i wapienie piaszczyste (margle), zalegające na sobie oraz warstwy o różnej odporności na wietrzenie i erozję. Skałki na terenie rezerwatu występują w kilku oddzielonych od siebie grupach – bastionach, w skład których wchodzą różne odmiany typologiczne. Najbardziej charakterystyczny jest zespół złożony ze ścian skalnych o wysokości od kilku do kilkunastu metrów. Mierzą one od 3 – 17 metrów wysokości i od 1- 20 metrów szerokości.GS3Skały występują w kilku zgrupowaniach przyjmujących różne formy i kształty, takie jak baszty (duże formy wolnostojące o kształcie bryłowym połączone z podłożem tylko u podstawy), grzyby (formy złączone z podłożem wąską podstawą i trzonem rozszerzającym się ku górze tworzącym czapę), ambony (duże skały złączone swymi podstawami, a jednym ze swoich boków ze stokiem lub wzniesieniem), maczugi (wysokie smukłe formy o wąskiej podstawie złączonej z podłożem), bloki skalne (ściany odsłonięte pionowo lub stromo nachylone powierzchnie skalne o rozciągłości kilku metrów, poprzecinane głębokimi i wąskimi szczelinami) oraz platformy (obszerne powierzchnie skalne o niewielkim nachyleniu przechodzące z jednej strony w powierzchnię stokową, a z pozostałych stron ograniczone ścianami lub progami skalnymi).GS4Na terenie rezerwatu występuje ponad 80 gatunków roślin naczyniowych skupiających się w 32 rodzinach. Krzewy i drzewa to 22 gatunki, a pozostałe to rośliny zielne. Występują tu również gatunki objęte ochrona prawną, między innymi konwalia majowa, kruszyna pospolita i paproć zwyczajna oraz objęty całkowita ochroną dziewięćsił bezłodygowy, spotykany przy południowych brzegach rezerwatu, na skraju łąki. Inne interesujące gatunki występujące tutaj to zachyłka trójlistna, przenęt purpurowy, narost skalny, czworolist pospolity, przeniec leśny.
W związku z monokulturą świerkową pokrywającą cały, niewielki obszar rezerwatu, świat fauny jest ubogi, a zaobserwować tutaj można takie gatunki zwierząt jak jelenie, dziki, sarny, zające, kuny, ryjówki, zięby, kukułki, drozdy i myszołowy.

Z Głazami Krasnoludków związana jest legenda mówiąca o krasnalu jako konkurencie do małżeństwa…
Między Gorzeszowem, a Olszynami leżą Głazy Krasnoludków, które były zamieszkałe przez krasnale wysokie na miarę dwóch stóp, a stopy na których chodziły, były tak śmiesznie stworzone, że przypominały gęsie. Wszystkie krasnale nosiły długie brody i ubierały się zazwyczaj w szare płaszcze i kaptury. Były bardzo płochliwe i pokazywały się ludziom jedynie przelotnie. I chociaż przy każdym spotkaniu serdecznie pozdrawiały człowieka, nie były takie dobre jak krasnale z Kruczego Kamienia koło Lubawki. Pokazał to następujący przypadek…
Pewnego pięknego, jesiennego dnia, jeden z rolników pracował na swoim polu gdy nagle zbliżył się do niego krasnal, który zapragnął poślubić jego córkę. Gospodarz odpowiedział na pytanie bardzo szyderczo:
- Jak mógłbyś ze swoimi szkaradnymi stopami prosić o rękę mej córki? Poza tym ona jest duża, a Ty jesteś zupełnym malcem!
Na te słowa krasnal tak się rozgniewał, że podskoczył wysoko i wymierzył gospodarzowi porządnego policzka, a ten upadł tracąc przytomność, krasnal zaś natychmiast uciekł. Trwało dłuższą chwilę jak gospodarz doszedł do zmysłów i uprzytomnił sobie, co się właściwie stało. Przejęty poszedł zaraz do domu, mając złe przeczucia odnośnie córki. Okazało się, że nigdzie nie można jej znaleźć, wszyscy szukali jej przez wiele dni. Ku wielkiemu bólowi i cierpieniu rodziców okazało się, że przepadła ona na zawsze. Miejscowi szeptali między sobą, że porwał ją ów krasnal.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o księciu alchemików Michale Sędziwoju …

przez , 31.gru.2015, w Legendy

Michał SędziwójRoku pańskiego 1566 w okolicy Nowego Sącza przyszedł na świat chłopiec, któremu nadano imię Michał, Michał Sędziwój. Okazał się bardzo zdolny i utalentowany. Po skończeniu szkoły elementarnej w swoim rodzinnym mieście, prawie jeszcze jako dziecko dostał się na Uniwersytet Krakowski. Początkowo studiował medycynę, jednak szybko zmienił zdanie i postanowił zostać alchemikiem. Chciał odkryć tajemnice kamienia filozofów oraz sposób na przemianę zwykłych, małowartościowych metali w szlachetne, a dokładnie uzyskanie z nich czystego złota. Dzięki fortunie, którą odziedziczył po ojcu, wyruszył w świat, by spotkać się i pobierać nauki od najlepszych alchemików ówczesnego świata. Wędrując po XVII-wiecznej Europie nabywał różne przedmioty, księgi, zapiski, stare rękopisy. W czasie swoich podróży przeprowadzał również przeróżne eksperymenty z naprzemiennymi efektami końcowymi. Dzięki temu w kręgach alchemickich stał się osobą znaną i poważaną. Nazywano go „Sendivogius Polonus”. Podczas swoich wypraw nie udało mu się wprawdzie odkryć czegoś, co przyniosłoby mu chwałę, ale jedna z podróży odmieniła całe jego dotychczasowe życie.

Tak zatem będąc w Saksonii napotkał uwięzionego przez chciwego księcia Christiana, włoskiego Alchemika Sethona. Sędziwój pomógł mu w ucieczce z wilgotnego lochu, a ten w dowód wdzięczności ofiarował mu mieszek proszku, który zmieszany z ołowiem przemieniał go w złoto. Mimo błagań, Włoch nie zdradził składu proszku i metody jego przygotowywania. W kilka dni po odzyskaniu wolności Sethon wyczerpany przez tortury zadane mu w niewoli, zmarł zabierając tajemnice do grobu. Pozostawił Michałowi po sobie księgi, zapiski oraz swoją młodą żonę Weronikę. Po ślubie alchemik zabrał swoją małżonkę do Czech. Został tam wezwany przez cesarza Rudolfa II, który również zgłębiał tajemnice kamienia filozofów. Podczas jednego z pokazów na zamku, Michał wrzucił do kotła kawałek ołowiu, dodał odrobinę magicznego proszku i zamieszał. Ku zdziwieniu królewskiego dworu i wszystkich zebranych wyciągnął złotą sztabkę. Cesarz wręcz umierający z zachwytu i radości kazał umieścić inskrypcję uwieczniającą to wydarzenie na sklepieniu jednej z komnat. Wieść o wspaniałym czynie rozniosła się szybko po całej Europie, a nasz rodak zyskał miano „Księcia Alchemików”

Gdy tylko wieść doszła do Wirtembergii cesarz Fryderyk III zaprosił go do siebie. Władca celowo sprowadzał na dwór wielu alchemików wierząc, że pomogą mu zapełnić skarbiec złotem i nie tylko. Niestety wielu z nich okazało się zwykłymi oszustami i kończyli na szubienicy, oczywiście pozłacanej. Tym razem jednak było inaczej. Sędziwój z powodzeniem prezentował swoje doświadczenia, lecz spotkała go z tego powodu niemiła przygoda. Na dworze przebywał wówczas Muhlenfels, który był faworytem królewskim w dziedzinie alchemii. Przynajmniej do tej pory. Będąc zazdrosny o laury i zaszczyty Polaka, zniszczył jego aparaturę i zabrał cudowny proszek, a jego samego porwał i uwięził w lochu. Michał dzięki pomocy swojego wiernego przyjaciela Badowskiego uciekł z więzienia i oskarżył Muhlenfels’a o kradzież. Sprawca przykrego incydentu został surowo ukarany, a Fryderyk III chcąc wynagrodzić szkodę Sendivogius’a, nadał mu tytuł barona Serubau i dobra Leiningen. Książę Alchemików jednak szybko sprzedał ziemie, dzięki czemu pozyskał fundusze na dalsze podróże i doświadczenia.
Przygnębiony stratą daru Sethona postanowił wrócić do Nowego Sącza, do swojego rodzinnego miasta.

Po pewnym czasie udał się na dwór króla Zygmunta III Wazy, lecz po nieudanych próbach odtworzenia choćby uncji magicznego proszku wyjechał. Udał się na Śląsk i tam kupił posiadłość. Spędził tam resztę swojego życia na kolejnych testach i tęsknocie za domem. Nie udało mu się wprawdzie rozwikłać tajemnicy kamienia filozofów, ale pozostawił po sobie bardzo wiele cennych i do dziś uznawanych odkryć w dziedziny nauki, jaką jest chemia.
Michał Sędziwój, Książę Alchemików zmarł w 1646 roku. Jednak tęsknota z domem nie pozwoliła mu opuścić ziemskiego padołu i wielokrotnie widywano go w nocy wędrującego w uniwersyteckiej todze sądeckimi ulicami. Spacerował przy pełni księżyca nie rzucając cienia i rozsypując wokół widmowe złote monety. Najczęściej spotykano go w noc sylwestrową, a każdemu, komu sypnął monetami przez cały następny rok mnożyły się zyski. Zatem jeśli kiedyś będziecie w Nowym Sączu na koniec roku, to w tą ostatnią noc, gdy zegar na wierzy ratusza będzie wskazywał północ, wyjdźcie na rynek, obejdźcie go dookoła – może i wam Książę Alchemików sypnie złotem na ten nowy szczęśliwszy rok.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , więcej...

Historia zaklęta w bursztynie

przez , 15.gru.2015, w Flora i Fauna

Mucha w bursztynieŻywica dolnotrzeciorzędowej sosny bursztynowej w historii ludzkości stała się jedną z najważniejszych skamieniałości dla ludzi, niewychodzącą z mody nawet na wskutek zwiększonego zastosowania obecnie sztucznych żywic, z kolei paleontologom dostarcza naocznych dowodów istnienia małych zwierząt przed 50 – 55 milionami lat.
Owady i inne niewielkie zwierzęta posiadają nietrwały organizm i w związku z tym bardzo rzadko znajdowane są one w stanie kopalnym. Otoczone bursztynową żywicą ginęły, mogąc tym samym przetrwać w prawie niezmienionej w formie, w tej specyficznej złocistej komorze grobowej, zachowując wygląd jakby dopiero niedawno przestały żyć.
Nawet w starożytnej Grecji i Rzymie wiedziano, że w bursztynie można odnaleźć uwięzione komary, mrówki oraz inne owady i takie kawałki bursztynu były od dawna szczególnie cenione i poszukiwane. Na tym tle dochodziło także do wielu fałszerstw.

Około 1500 roku rękodzielnicy wynaleźli sposób zatapiania w wydrążeniach kawałków bursztynu mały jaszczurek, żab lub ryb. Powstałą przy tym dziurkę wypełniano olejem lnianym po czym zaklejano ją drugim fragmentem bursztynu. Kolekcjonerzy dobrze płacili fałszerzom za tego typu „osobliwości”, a nawet taki znawca przyrody jak Atanazy Kircher dał się niejednokrotnie nabrać na tego rodzaju falsyfikaty. Z praktycznego punktu widzenia nie było możliwości, by rybę lub żabę mogła zaskoczyć spływająca żywica sosny bursztynowej pogrążając ją na wieki. Nie mniej jednak zdarzył się przypadek znalezienia w kawałku bursztynu młodej jaszczurki. Najczęstszymi ofiarami żywicy były owady, których śmierć spowodowały „krwawiące drzewa” – spadająca kropla ogarniała ich ciała.
Z zawartości bursztynu wynika, że w paleocenie lasy sosnowe zamieszkiwała fauna tropikalna i subtropikalna. Wśród najczęstszych ofiar żywicy znajdowano termity, mrówki budujące gniazda z liści, modliszki, cykady, chrząszcze i drapieżne pluskwiaki.Pająk w bursztynieW odróżnieniu od wszystkich innych skamieniałości największą ich wartość stanowi fakt, że zostały one zaskoczone przez śmierć w żywicy we wszelkich możliwych sytuacjach życiowych. Bursztyn przekazuje nam w ten sposób nie tylko doskonały i dokładny obraz drobnej fauny starych lasów sosnowych, lecz także informuje o życiu i współżyciu tych drobnych zwierząt. Stanowi on wspaniałe i bogate archiwum minionej epoki. Przedstawia nam na przykład komary w locie godowym i w czasie kopulacji, owady drapieżne przy nawiercaniu i wysysaniu swej zdobyczy, samice szarańczaków w trakcie składania pokładełkiem jaj, mrówki na wędrownych szlakach, motyle wylęgające się z poczwarek, pająki w sieci, w którą wpadały muchy, zaleszczotki kurczowo obejmujące nogami gąsieniczniki aby odbyć powietrzną podróż – wszystkie te sceny zostały „sfotografowane” w bursztynie. Można również zaobserwować, że niektóre z tych zwierząt broniły się do ostatniego tchu przed śmiercią. Komary straciły w trakcie tej bezcelowej walki kilka nóg, a chrząszcze poruszające usilnie skrzydłami próbujące z niezwykłą energią uwolnić się od lepkiej cieczy potworzyły głębokie bruzdy, które jeszcze dziś można zauważyć i rozpoznać w bursztynie.

Adolf von Bachofen-Echt z Wiednia, który zajmował się badaniem fauny uwięzionej w bursztynie tak napisał o tym procesie:
„Na wszystkie te zwierzęta śmierć spadła tak znienacka, że wydają nam się żywe. Samce i samice nie mogły się już rozdzielić, mrówki porzucić larw, które dźwigały… Niszczycielska śmierć utrwaliła tu z niezwykłą wiernością obraz prężnego i bujnego życia, często w najbardziej ożywionym, gwałtownym ruchu lub w walce z innymi istotami, żywy obraz, który nagle zesztywniał”.
To specyficzne bursztynowe archiwum utrwaliło i przechowało również ślady życia roślinnego jakie panowało wówczas w lasach sosny bursztynowej bogatych w żywicę – pyłek kwiatowy, liście, igliwie, paczki, a nawet całe kwiaty, części liści palmowych i małe kawałki odłamanej kory drzew.Fragment jaszczurki w bursztyniePtaki, które usilnie próbowały wydziobać mocno przyklejone owady traciły przy tym tu i ówdzie jakieś piórko. Ptasie pióra odnajdywane w bursztynie wykazują, że wówczas w tych lasach gnieździły się sikory, kowaliki, drozdy i dzięcioły oraz piłodzioby, które obecnie pod nazwą Momotidae znane są jeszcze tylko z południowoamerykańskich lasów tropikalnych.
Małe ssaki przy zetknięciu się z żywicą zostawiały w niej swoją sierść czasami nawet grube jej pęczki. W większości takich przypadków była to sierść na przykład popielicy i innych nadrzewnych gryzoni zaś odciski w żywicy małych czteropalczastych stóp zaopatrzonych w pazury, pozwalają przypuszczać, że występowały tu i zwierzęta drapieżne.
Entomolog Alfons Dampf odkrył wśród licznych okazów uwięzionych w bursztynie wspaniale zachowaną pchłę. Okazał się nim gatunek pchły blisko spokrewniony z pchłami pasożytującymi dziś na południowoazjatyckich tupajach, których formy kopalne są prawdopodobnie przejściowymi między owadożernymi, a małpiatkami. Pchła w bursztynie wydaje się zatem zaświadczać, że te ważne pod kątem filogenetycznym zwierzęta żyły także w dolnym trzeciorzędzie rejonów nadbałtyckich.Skorpion w bursztynieW bursztynie odnajduje się również dowody potwierdzające występowanie dużych ssaków w ówczesnych lasach sosnowych, gdyż znaleziono różne duże muchówki takie jak okazy bąków bydlęcych, zatem tych kłujących, samic żywiących się wysysaną krwią dużych ssaków i czyniły to bez wątpienia także w okresie gdy tworzył się bursztyn. Uwięzione okazy niestety nie zdradzą do jakiego gatunku należały ich ofiary.
Postawiona niegdyś teoria mówiąca, że wyginięcie lasów bursztynowych było spowodowane ich chorobami i niezwykle silnym wydzielaniem żywicy, nie została do końca udowodniona. W nowozelandzkich lasach występuje krewniak araukarii (Dammara australis) wydzielający białą żywicę w tak ogromnych ilościach, że konary i gałęzie drzew wyglądają jakby były pokryte soplami lodu. Inne gatunki rodzaju Dammara również produkują tak duże ilości żywicy, że znalazła ona swoje zastosowanie w przemyśle. Czy niegdyś tak samo produktywna była sosna bursztynowa? Tego nie wiadomo.
Sosna bursztynowa, która pozostawiła nam takie obszerne archiwum z pradawnych czasów, wymarła w eocenie zostawiając po sobie trochę igieł, nasion i kawałków kory, a przede wszystkim sfosylizowaną, błyszczącą różnymi kolorami żywicę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Pałac w Pątnowie

przez , 01.gru.2015, w Zabytki

Pątnów. Kolumny pałacuPątnów (Panthenau) to bardzo mała wieś, wielodrożnica, założona w XIV wieku, położona 10 km na południowy – wschód od Chojnowa. Dawniej była bogatą osadą Trzebowian, ośrodkiem hodowli ryb w stawach utworzonych w rozlewiskach potoku Brochotka. Z zabytków we wsi znajduje się murowany dawny kościół ewangelicki, a obecnie filialny rzymskokatolicki p.w. Narodzenia św. Jana Chrzciciela z 1705 roku oraz zespół pałacowy z XVIII wieku (ruina pałacu, zachowany ogród i park w stylu angielskim). Właśnie o tym pałacu będzie tutaj mowa.
Próżno go szukać przy głównej drodze – jest tam, gdzie zapomnieli o nim ludzie, a czas zamknął go w swoich ramionach, pośród pięknego niegdyś parku, stoi dumnie na przekór wszystkiemu.

Pałac na planie ogromnego prostokąta z wnęką od strony frontu północnego i przepięknym portykiem, wspartym na sześciu jońskich kolumnach, od strony ogrodu. Typowo klasycystyczna budowla, nawet w formie zachowanych ruin stwarza piorunujące wrażenie. Ściany frontowe (od północy) wyposażone są w wysokie okna, które zostały uzupełnione o atrapy w celu poprawy efektu architektonicznego. Wokół pałacu i przylegającego do niego parku zachowały się fragmenty fosy oraz mostek łączący dwa jej brzegi.
Od strony południowej rozciąga się piękny, stary, dziś niestety zaniedbany park, z blisko 200-letnimi drzewami. Ciekawostką jest, rosnący w jego obrębie stary dąb „Tatar” – pomnik przyrody, jak wynika z tabliczki, mający około 350 lat.
W głębi parku natrafimy na starą przypałacową lodownię, niestety po części zasypaną, w wyniku wpływu systemu korzeniowego porastających ją drzew.Pątnów. Pałac dawniejWróćmy jeszcze na chwilę do pałacu. W jego wnętrzu, pomimo zniszczeń zachowały się fragmenty owalnej sali balowej z wielkimi wnękami na ścianach. Można się jedynie domyślać, że były w nich umiejscowione rzeźby i figury, w celu nadania pałacowi dworskości i przepychu. Przed pałacem, kiedyś w słońcu skrzyła się piękna fontanna z oczkiem wodnym, w którym pływały łabędzie.
Wejście do ruiny jest utrudnione i niebezpieczne. Ściana od wschodu runęła odsłaniając wielką górę gruzu i rozpaczliwego konania pałacu. Podłoże we wnętrzu jest dziurawe, odsłaniające w wielu miejscach wejścia do jego podziemi i w każdej chwili grożące zawaleniem, ale pomimo agonii, pałac stoi dumnie wśród drzew i coraz bardziej władających nim krzewów.

Trochę historii…
Pałac w Pątnowie zbudowano dla Ernesta Wolfganga von Rothkircha und Tracha, niemieckiego oficera i szlachcica. Ród von Rothkirch znany był w Niemczech. Należeli do niego grafowie, członkowie dworu pruskiego, generałowie i oficjele, a także jeden z biskupów wrocławskich Anton Ferdinand z Rothkirch und Panthen, żyjący w latach 1739 – 1805.
Sama nazwa miejscowości w języku niemieckim to Panthenau, blisko skojarzona z nazwiskiem biskupa, krewnego oficera Ernsta Wolfganga. O samym Erneście wiadomo niewiele. Rodzina von Rothkirch und Trach miała swoje ziemie i majątek w pobliskich Niedźwiedzicach. Przodek Ernsta brał podobno udział w Bitwie pod Legnicą w 1241 roku, u boku samego Księcia Henryka Pobożnego.Pątnów. Front pałacuPałac był w rodzinie od schyłku XVIII wieku, aż do końca II wojny światowej, kiedy to w wyniku działań wyzwoleńczych został podpalony, czego efektem jest jego dzisiejszy stan. Inne źródła wskazują na trochę odmienny koniec świetności pałacu. Podobno ostatni jego właściciel, Hans Siegfried von Rothkirch und Trach, widząc zbliżające się wojska sowieckie, miał dokonać samospalenia go i wysadzenia w powietrze nie chcąc pozostawić swojego majątku w rękach Rosjan.
W sąsiedztwie pałacu istniały dwa folwarki, niestety nie ma po nich dziś śladu. Był tam również młyn wodny i „willa szwajcarska” służąca jako mieszkanie dla wdów po panach pątnowskiego majątku. Dziś próżno szukać choćby okruchów dawnej świetności.

Z pałacem w Pątnowie związana jest też legenda o pięknej szlachciance…
Pośród drzew, śpiewu ptaków i szumu wody w kole młyńskim stał pałac przepiękny, murowany w kolumny bogaty. Przed wejściem fontanna i białe ptaki dumnie wyciągające swe piękne, długie szyje ku słońcu, witały gości. A było ich co nie miara i to nie byle jakich. Ród von Rothkirch und Trach był znany w całej okolicy i na dworze pruskim wpływy miał znaczne. Okazja również była przednia. Młody pan obejmował majątek we władanie i dawnym zwyczajem gości w swe progi zapraszał.
Ernst, bo tak miał pan ów na imię, na zamówienie ojca swego Wolfganga pałac wybudował i teraz właśnie chciał pokazać go światu.Pątnów. Tył pałacuZaczęli się przeto zjeżdżać stryjowie i dziadowie z rodzinami swymi, aby podziwiać dzieło rąk (a raczej złota) młodego pana. Nie zapomniał Ernst również o sąsiadach, z którymi już wcześniej zaznajomić się zdołał, a także o tych, których pierwszy raz witał w swoich progach.
Wśród zaproszonych gości był również pan na zamku w Rokitkach Ernest von Tschammer, który zawitał tu z żoną Henriettą i dwiema córkami: Elizą i Ewą. Podczas gdy Ewa była podlotkiem, Eliza miała lat 17 i ojciec szukał dla niej już męża. Co prawda nie trzeba było się z tym śpieszyć, ale ojciec zapobiegawczo starał się zadbać o córkę.
Zjechali się więc wszyscy całymi rodzinami w piękny dzień majowy. Ernst witał wszystkich serdecznie, oprowadzając po majątku i pałacu. W wielkiej owalnej sali balowej  przygotowano stół suto zastawiony „czym chata bogata”, tak aby nikomu niczego nie brakło.

Gdy wszyscy zasiedli do obiadu i każdy zajął się dysputami o majątku, jego świetności i geniuszu gospodarczym młodego Ernsta, panna Eliza co chwilę spoglądała na niego z podziwem. Gdy po raz tysięczny spojrzała w tę stronę, Ernst również popatrzył jej w oczy. I od tej chwili wzroku z niej spuścić nie chciał, nie mógł, nie umiał… Zagadywany od czasu do czasu, beznamiętnie odpowiadał na pytania i krótko ucinał dyskusję. Niektórzy z biesiadników widzieli w którą stronę spoglądał, lecz uśmiechali się tylko do siebie.
Czas mijał nieznośnie powoli. Ernst miał nadzieję, na rozmowę z Elizą, gdy zwyczajowo, po uczcie przechadzka w parku się zacznie, lecz nie było mu dane podejść do panny, gdy w końcu goście wyszli do ogrodu. Ojciec jego nakazał mu wzrokiem nie cierpiącym sprzeciwu, by honory gospodarza pełnił jak należy i gości zabawiał.Pałac w PątnowieZdruzgotany Ernst szedł więc w grupie sąsiadów i rodziny za korowodem pięknych panien, które z głośnym śmiechem biegły przodem do parku, aby karmić łabędzie i przechadzać się wokół pięknych lip i platanów.
Towarzystwo odeszło już dosyć daleko od pałacu, gdy nagle zerwał się wiatr, niebo pokryło się czarnymi chmurami i nadciągnęła pierwsza tego roku wiosenna burza. Goście zawrócili do pałacu, nie zwracając uwagi na biegające i śmiejące się panny, które bawiły się w najlepsze. Przy wejściu Ernst obejrzał się za siebie i zobaczył jak zaczyna padać deszcz. Z daleka zobaczył pannę Elizę jak biegnie na boso w deszczu wraz z innymi panienkami w stronę pałacu. Nie namyślając się długo wbiegł do pokoju po płaszcz, aby zanieść Elizie i osłonić ją od deszczu. Wychodząc spojrzał w okno, a co zobaczył? Sami posłuchajcie:

„Znudzony oczekiwaniem na jej panieńskie kochanie,
Młody pan spojrzał w okno, jak panny w deszczu mokną.
Powiódł wzrok powłóczyście po zamokłych podwiązkach,
Po pantoflach różowych, po ich twarzach i wstążkach.
Panny z lekka zadrżały, lico różem spłonęło.
Jedna z nich w jego oczach, już po wiek utonęła.
Wyszedł pan do ogrodu, panny wnet się rozbiegły.
Tylko jedna została, tej to deszcze tu strzegły.
I już do niej podchodzi, rękę swoją wyciąga.
Ona mdleje w ramionach, on jej wianek już ściąga.
Wnosi pannę na górę, koło pieca układa.
Panna ciągle zemdlona, on do ust jej się skrada.
Natarczywie, nachalnie, jak zdobywca w amoku,
Prawie już jest u celu i nie cofnie się kroku.
Wtem się panna wybudza, z przerażenia truchleje,
Ręką chwyta za świecznik, z głowy krew mu się leje.
Pada pan już zemdlony, ona biegnie przed siebie.
Tak się kończą amory, a być miało jak w niebie…”PątnówCóż…
Eliza przestraszona do ojca prędko pobiegła, powiadomić go o tym, co się stało z Ernestem. Mimo wszystko do końca prawdy nie śmiała powiedzieć, więc co nieco ukryła i co nieco dodała.  Koniec końców, młodemu panu z pomocą pośpieszono.
Gdy się ocknął na łożu w towarzystwie rodziny i hrabiego von Tschammer nie potrafił wyjaśnić jak doszło do wypadku. Nie pamiętał również o zauroczeniu Elizą, więc von Tschammer znów musiał zacząć od nowa szukać kandydata na zięcia.
Morał z każdej legendy być musi, więc i tu pewnie się przyda:
„Nie kombinuj dziewczyno z miłością, bo Cię ojciec za mąż nie wyda”…

tekst i zdjęcia: Anna Szynal Bujak

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , więcej...

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (2)

przez , 15.lis.2015, w Skarby

Golińsk. Fabryka Fritza HankeZlokalizowanie majątku Hankego w Golińsku (Hof Göhlenau) nie jest sprawą trudną. Osoby tropiące od lat ślady gauleitera już dawno ustaliły dokładną jego lokalizację, jak również udało im się odkryć tajemniczą budowlę położoną w nieodległym Mieroszowie. Okazała się nim rozpoczęta budowa podziemnego obiektu o nieustalonym przeznaczeniu, którego budowę prowadzono w oparciu o system budowy obiektów w Bolkowie i Marciszowie. Oględziny wykazały, że podziemny obiekt w Mieroszowie drążony był w wielkim pośpiechu i nie został on nigdy skończony. Do jego budowy wykorzystywani byli najprawdopodobniej więźniowie z miejscowej filii obozu koncentracyjnego w Rogoźnicy Gross-Rosen, AL Friedland. Pewna relacja może potwierdzać informację o tym, że ta niedokończona budowla została jednak wykorzystana wiosną 1945 roku na miejsce złożenia depozytu. Relację tą kilka lat temu przekazał jeden Niemiec, podający się za byłego pracownika majątku gauleitera, niejaki Fritz Hanke. Nazwisko Fritza Hankego odnaleziono na fakturach fabryki z Golińska. Co ciekawe Fritz Hanke był właścicielem fabryki (zdjęcie starej pocztówki „Fabrik von Fritz Hanke”). Czy to tylko jest zwykła zbieżność nazwisk? Przypadek? Czy też ów Fritz był rodziną dla Karla Hanke?

Golińsk od początku XVI wieku znajdował się w rękach Hochbergów. W 1657 roku Heinrich von Hochberg, właściciel Mieroszowa, wzniósł, a raczej przebudował z wcześniejszej budowli (z 1610 roku) w Golińsku dwór jako ośrodek tamtejszych dóbr, ustanawiając go siedzibą właściciela, a gdy stolicą ośrodka stał się Książ (od 1780 roku) dwór stracił swoje znaczenie i zamieszkiwał go tylko administrator. Będąc budynkiem drewnianym spłonął w 1838 roku. Dwór wraz z towarzyszącym mu folwarkiem powstał w pewnej odległości od zabudowy historycznej Golińska, na południowy – wschód od drogi prowadzącej do Czech – Göhlenau Hof (Göhlenauer), stanowiąc odrębną jednostkę osadniczą. Później powstała przy nim osada przyfolwarczna zamieszkana przez pracowników. Folwark był centrum dóbr leśnych obejmujących należące do Hochbergów lasy w Mieroszowie, Łącznej i Unisławiu Śląskim. W samym Golińsku do Hochbergów należał jeszcze folwark będący dawnymi dobrami sołeckimi zwany Kolberci. Z końcem XIX wieku został on wydzierżawiony, a w 1917 roku rozparcelowany. Na przełomie XIX i XX wieku nastąpił dalszy rozwój przemysłu – powstaje tkalnia, zakład produkujący żaluzje, zakład dekoratorski wyrobów ceramicznych i zakład uszlachetniania płótna. Jeden z tych zakładów zlokalizowany był na południe od folwarku Hochbergów i został rozebrany po 1945 roku, zapewne ze względu na swe przygraniczne położenie.

Jak podaje w swojej relacji Fritz, Karl Hanke miał pod koniec wojny wielokrotnie odwiedzać swój majątek. Wizyty te miały odbywać się zawsze w kilka godzin lub w najwyżej kilka dni po przybyciu do majątku kolejnych transportów z nieznaną zawartością. Według niego krążyły wówczas pogłoski, że gauleiter „przygotowuje” się do powojennych czasów, gromadząc zrabowane dobra i kosztowności w najlepszym dla niego z możliwych miejsc. Miała temu służyć między innymi dogodna lokalizacja – niespełna dwukilometrowe oddalenie od starej granicy z Czechami, która po wojnie (jak przypuszczano) stała by się ponownie granicą suwerennych Czech, a to z kolei dla Hankego (bliskość granicy) stwarzałoby wiele dogodnych okazji. Fritz twierdził, że osobiście nigdy nie widział zawartości transportów, tego co było w skrzyniach przywożonych na ciężarówkach, ale jest prawie pewien, że znajdowały się w nich dzieła sztuki oraz wyroby ze srebra i złota. Część skrzyń z przybywających transportów do majątku miała zostać zdeponowana w niedokończonej, podziemnej fabryce pod Mieroszowem.Rynek w MieroszowiePodziemna mieroszowska fabryka miała składać się z trzech sztolni, które pod koniec kwietnia 1945 roku zostały wysadzone w powietrze, a wybuch miał być tak silny, że Fritz porównał go do trzęsienia ziemi. Fakt istnienia podziemnych wyrobisk jest niepodważalny, ponieważ do dziś, po omawianych sztolniach zachowały się w terenie widoczne ślady w postaci zapadlisk i wlotów, które mogą być świadectwem całkowitego zawalenia się na dość długim odcinku podziemnego obiektu, na południowych stokach Kościelnej Góry. Poszukiwacze kilkakrotnie próbowali dotrzeć do nieznanych partii podziemi, ale podejmowane przez nich działania kończyły się już w początkowym etapie prac eksploracyjnych, o czym świadczą pozostawione ślady, a w ich wyniku udrożniono sztolnie tylko na niewielkich odcinkach. Relacja przekazana przez Fritza nie jest odosobniona i nie potwierdzają jej tylko odnalezione sztolnie, ale zachowała się także relacja pewnej kobiety, autochtonki, również byłej pracownicy majątku Hankego o podobnej treści. Według niej na teren posiadłości gauleitera przywożono różne transporty, które grupa zaufanych mu ludzi selekcjonowała zawartość, po czym sporządzane były kolejne, nowe transporty, wyjeżdżające szybko w kierunku Mieroszowa.

Jak wynika z relacji pracownicy Hankego, z części nadchodzących transportów „coś” wydzielano i zamykano w niedostępnej bibliotece gauleitera, której okna zawsze pozostawały zasłonięte ciężkimi kotarami. Dostęp do bibliotecznego pomieszczenia miał tylko Hanke i co najwyżej dwóch innych ludzi. Według dalszej relacji, zawartość biblioteki na przełomie lutego i marca 1945 roku załadowano na dwie ciężarówki, które opuściły Golińsk i udały się jako jedyny transport w kierunku Czech. Ten fakt zapamiętała ona szczególnie gdyż w przygotowywaniu transportu oraz pakowaniu zawartości uczestniczył przez kilka godzin sam gauleiter, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Mówiono wówczas, że był to „złoty skarb Hankego”.
Po zakończeniu II wojny światowej na terenie posiadłości gauleitera w ocalałych ogromnych zabudowaniach gospodarczych, zlokalizowano fabrykę przemysłu metalowego. Działała przez wiele lat jako przeciętny, przemysłowy, terenowy zakład, w którym znajdowali zatrudnienie okoliczni mieszkańcy. Produkowano w niej między innymi metalowe siatki, żaluzje, końcówki żarówek i wyroby dla gospodarstwa domowego.

W latach osiemdziesiątych XX wieku, jeden z takich mieszkańców, będący wieloletnim pracownikiem fabryki, został jej zakładowym portierem. Relacjonuje on, że w 1990 roku zgłosił się do niego pewien Niemiec, który poprosił go o możliwość zwiedzenia majątku, który niegdyś należał do jego rodziny, a on sam miał się w nim urodzić. Niemiec opowiedział portierowi czym był ten majątek w czasach wojny. Portier dowiedział się również, że dom rodzinny „gościa” do początku II wojny światowej wchodził w skład dóbr terenowych właścicieli zamku Książ, których jak większości po wybuchu wojny, pozbawiono nie tylko zamku, ale i okolicznych posiadłości ziemskich. Tym sposobem majątek w Golińsku miał trafić w ręce Hankego, który szybko uznał go za swoją rodową siedzibę. Portier, jak twierdzi, nigdy nie wpuścił tego Niemca na teren zakładu, pomimo, że ten przyjeżdżał nawet w niedziele gdy był on nieczynny i na jego terenie nie było innych osób. Nie uległ Niemcowi nawet gdy ten chciał nawiązać z nim bliższy kontakt, proponował mu za przysługę pewna sumę marek, a nawet zapraszał do Hamburga.Mapa okolic Mieroszowa z 1936 rokuJak zakończyła się ta „znajomość” tak na prawdę do końca nie wiadomo, ale skoro prośby owego Niemca miały także poważne poparcie w finansach, portier mógł ulec. Odmowę tłumaczył rzekomą kiepską znajomością języka niemieckiego i zwykłą niechęcią do Niemców.
„Miałem trochę radości, twardo mówiąc „nie” bogatemu gościowi, który sądził, że kupi mnie za kilkanaście marek. Teraz może nie byłbym taki twardy, bo emeryturę mam nędzną, ale on już tutaj nie przyjeżdża (…) Wtedy zresztą nie wiedziałem co znaczy nazwisko Hanke” (takim nazwiskiem przedstawił mu się ten Niemiec).
Znaczenie nazwiska Hanke portier zrozumiał dopiero wtedy, gdy kilka lat temu pochwalił się otrzymaną od Niemca wizytówką pewnemu wałbrzyskiemu nauczycielowi, a ten uświadomił go o jaką rodzinę chodzi.
Tak oto około sześćdziesięcioletni syn Karla Hankego przyjeżdżał do Golińska pięciokrotnie w latach 1990 – 1995, twierdząc, że poszukuje śladów ojca, a z relacji rodzinnych wynika, że majątek jest tym miejscem, w którym na pewno ostatni raz widziano jego ojca.

Portier w relacji dotyczącej swoich kontaktów z odwiedzającym majątek synem Hankego dodał, że ten powiedział mu, iż wie, że ojciec był w Golińsku z jakimś profesorem i stąd mieli odlecieć prawdopodobnie helikopterem do pobliskiego Krzeszowa, a następnie do Jeleniej Góry. Czy tym profesorem był Günther Grundmann? Wszystko wskazuje, że to mógł być on. Warto dodać, że przecież Krzeszów był jedną z oficjalnych skrytek Grundmanna i obaj, zarówno on jak i Hanke mieli wspólny interes w tym, by ryzykować i po wizycie w Golińsku polecieć do Krzeszowa. Składnicę dokumentów i woluminów w Krzeszowie (Grüssau) zlokalizowano w kościele p.w. św. Józefa, a w pobliskiej Kamiennej Górze (Landeshut) zdeponowano obrazy z Dessau, które jesienią 1944 roku na powrót przewieziono do Dessau.
Istnieją też informacje o kilku podziemnych, dobrze zamaskowanych i efektownie wysadzonych, korytarzach w Kochanowie (2 km na północny-zachód od Mieroszowa, w kierunku Dobromyśla i Krzeszowa), w których miano ukryć depozyty, a których nigdy nie spenetrowano.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (1)

przez , 01.lis.2015, w Skarby

Panorama przedwojennego MieroszowaMieroszów (Friedland in Niederschlesien) to 6 tysięczne, kamieniczne miasteczko, leżące na południowy – zachód od Wałbrzycha, oddalone o 4 km od granicy z Czechami, znane dolnośląskim miłośnikom paralotniarstwa z góry Jatki, posiadającej jedyną rampę lotniarską w Polsce. Zostało założone w XIV wieku przez czeskich benedyktynów. Nakręcono w nim również serial przygodowy dla młodzieży „Gruby” (1971 rok) na podstawie powieści Aleksandra Minkowskiego, przedstawiający życie w realiach tak zwanych „ziem odzyskanych”, na których działają grupy Werwolfu i szabrowników. Tuż po II wojnie światowej nosiło ono nazwę Fyrląd Wałbrzyski. W czasie wojny znajdowała się w nim filia obozu koncentracyjnego Gross-Rosen z Rogoźnicy.
Z jego historią w ostatnich latach wojny, a także pobliskiej miejscowości Golińsk (Göhlenau) związana jest postać gauleitera Dolnego Śląska – Karla Hankego.

Karl Hanke urodził się 24 sierpnia 1903 roku w Lubaniu (wówczas Lauban), a zmarł najprawdopodobniej 8 czerwca 1945 roku w Novej Vsi nad Popelkou (Czechosłowacja), choć jego powojenne losy pozostają do dziś tajemnicą, a okoliczności śmierci nie są do końca wyjaśnione. Po ukończeniu szkoły młynarskiej w Saksonii (od 1921 – 1926 roku pracował w młynarstwie i warsztacie kolejowym) w 1928 roku ukończył w Berufspädagogischen Institut w Berlinie studia, a już w listopadzie 1928 roku wstępuje do NSDAP i tym samym, poprzez zaangażowanie polityczne, jego kariera zaczyna się błyskawicznie rozwijać – 1 kwietnia 1932 roku zostaje osobistym sekretarzem Josepha Goebbelsa. W tym samym roku zostaje delegatem NSDAP do Landtau, później do Reichstagu. Stanowisko to piastował do końca wojny. W 1937 roku został wiceprezesem Izby Kultury Rzeszy.

Ministerialna kariera Hankego kończy się w przededniu II wojny światowej ostrą interwencją Adolfa Hitlera, która była odpowiedzią na romans Goebbelsa z czeską aktorką Lidą Baarovą – Hanke staje się wówczas „powiernikiem” żony Josepha, Magdy. Od 1939 do 1941 roku służy w wojsku, między innymi w Polsce i we Francji, otrzymując za zasługi Krzyż Żelazny pierwszego i drugiego stopnia. Po opuszczeniu szeregów armii Karl Hanke z rozkazu Adolfa Hitlera zostaje gauleiterem Dolnego Śląska, a następnie Heinrich Himmler awansuje go na Gruppenführera SS. Jego bezwzględne rządy doprowadzają do nadania mu przydomka „kata z Breslau”.
29 kwietnia 1945 roku po uznaniu przez Hitlera za zdrajcę Heinricha Himmlera, Hanke otrzymuje po nim urząd Reichsführera SS i dowódcy niemieckiej policji. W Festung Breslau przebywa niemal do samego jej zdobycia przez wojska Armii Czerwonej.Karl HankeW nocy z 5 na 6 maja 1945 roku, tuż przed kapitulacją, Hanke miał rzekomo uciec z Wrocławia za pomocą zarekwirowanej awionetki typu Storch. Samolot podczas lotu dostał się w ogień nieprzyjaciela i najprawdopodobniej został trafiony w zbiornik paliwa, co skutkowało przymusowym awaryjnym lądowaniem. Naprawy dokonano koło lotniska w Mirosławicach, po czym Hanke z pilotem skierowali się do Świdnicy na tamtejsze lotnisko Luftwaffe.
O tego momentu dalsze losy Hankego są niejasne. Przyjmuje się, że najprawdopodobniej przesiadł się w Świdnicy na inny samolot, który rozbił się w Kraju Sudeckim (Sudetenland). Hanke miał przeżyć i dołączyć do Dywizji „Horst Wessel”, z którą prawdopodobnie trafił do niewoli. Kolejny jego ślad miał urwać się też na przejeździe kolejowym w Czechach. Tutaj pojawia się jedna z wersji mówiąca o okolicznościach jego śmierci, a mianowicie miał zostać zabity podczas próby ucieczki z miejsca internowania (osadzenia) przez czeskich wartowników pod Chomutovem.

Niektóre źródła podają, że był widziany po 1945 roku w Argentynie, w której schroniło się wielu niemieckich zbrodniarzy wojennych, po tym jak odleciał z jednej z lokalnych, drugorzędowych dróg zamienionych w prowizoryczny pas startowy w okolicach Jeleniej Góry, przez Rzeszę do Hiszpanii (w kierunku Madrytu), a dalej przy pomocy patriotów niemieckich z zachowaniem już poczucia zupełnego bezpieczeństwa za Atlantyk. Kierowany dalszą pomocą „obywateli wiernych III Rzeszy” miał osiąść w niemieckojęzycznej osadzie koło Rosario.
Od zakończenia II wojny światowej minęło już 70 lat, a mimo upływu tak długiego okresu czasu powojenne losy wielu czołowych przywódców III Rzeszy nie zostały wyjaśnione i pozostają nieznane. Podobnie jest w przypadku Karla Hankego. Z jego postacią wiąże się nie tylko sprawa tajemniczego zniknięcia, ale również historia ukrywania na jego polecenie w 1944 i 1945 roku tysięcy zrabowanych dzieł sztuki na terenie Dolnego Śląska.

Pewnym jest fakt współpracy na tym polu gauleitera z dolnośląskim konserwatorem zabytków profesorem Güntherem Grundmannem (urodzonym w 1892 roku w Jeleniej Górze, a zmarłym w 1976 roku w Hamburgu). Zadaniem Grundmanna pod koniec II wojny światowej było „zabezpieczanie” dzieł sztuki z kościołów, muzeów, klasztorów i podobnych obiektów. W obliczu zagrożenia ze strony wojsk armii radzieckiej Grundmann dokonywał selekcji i jeździł po różnych miejscach w celu wybrania najcenniejszych rzeczy. Wywożone były one w głąb Dolnego Śląska i ukrywane między innymi w pałacach i zamkach. Pod koniec wojny Grundmann ewakuował zabytki o wyjątkowym charakterze w głąb Rzeszy.
Grundmann stworzył ponad 80 tajnych schowków mających tworzyć podwaliny finansowe pod „nową Rzeszę”, a jego słynna lista („lista Grundmanna”) kończy się datą 21 czerwca 1944 roku (on sam wyjeżdża w głąb Rzeszy dopiero w 1945 roku).prof Gunther GrundmannSpis zabytków (lista) i skrytek depozytowych został odnaleziony w gruzach urzędu konserwatorskiego. Dokument rozszyfrował Józef Gębczak będący historykiem sztuki. Po wojnie wszystkie miejsca ze spisu odwiedziła polska komisja rewindykacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki pod kierownictwem Witolda Kieszkowskiego, który był dyrektorem Naczelnej Dyrekcji Muzeów. Niestety okazało się, że skrytki nie były już kompletne. Komisja podjęła się zabezpieczenia tego co w nich pozostało. Istnieją przypuszczenia, że po 21 czerwca 1944 roku, Günther Grundmann mógł jeszcze sporządzić około 100 skrytek dzieł sztuki i kosztowności.
Osoby zajmujące się sprawą ukrywania zrabowanych dzieł sztuki i kosztowności są przekonane, że Karl Hanke i Günther Grundmann, jesienią 1944 roku i zimą 1945 roku, poświęcili również czas na sporządzenie wielu już mniej urzędowych, prywatnych depozytów, które miały się im przydać się po wojnie.
Przypuszcza się, że takich absolutnie utajnionych depozytów na Dolnym Śląsku sporządzono wtedy kilkadziesiąt.

Günther Grundmann milczał kilkadziesiąt lat, aż do śmierci i chyba nikt nie skorzystał dotychczas z posiadanej przez niego „prywatnej” wiedzy. Poszukiwanie tych ukryć koncentrować można wokół śladów, jakie pozostawił po sobie Karl Hanke, aż do momentu swojego tajemniczego zniknięcia w kwietniu 1945 roku, gdzieś w okolicach Wałbrzycha, Jeleniej Góry lub czeskiej granicy.
Niekwestionowanym faktem, który potwierdza dość wiele wiarygodnych śladów i relacji jest to, że Hanke odleciał pod koniec kwietnia 1945 roku z oblężonego Festung Breslau samolotem. Inne przekazy mówią też o tym, że widziano go podczas oblężenia Twierdzy w wielu innych miejscach, między innymi na zamku Książ, do którego miał przybyć helikopterem. Helikoptery pod koniec wojny były już montowane we Wrocławiu, a gauleiter o tym doskonale wiedział i mógł wykorzystać jeden z nich. Jeżeli wizyta ta jest prawdą, musiała być ona znaczącą i tym samym potwierdza to fakt, że Fürstenstein był do końca przygotowywany do spełniania zadań specjalnych przez wiele powojennych lat.

Karl Hanke korzystając z możliwości jakie dawało szybkie przemieszczanie się helikopterem, wiosną 1945 roku dokonał odwiedzin kilku miejsc, które dziś pod kątem zorganizowania skrytek depozytowych są niemniej istotne, a z pewnością tych, które były miejscami prowadzenia podziemnych robót pod obiekty o niewyjaśnionym do końca przeznaczeniu. Niektóre źródła informują o tym, że widziano go przylatującego helikopterem między innymi w kilku miejscach Gór Sowich jak również w jego własnym majątku w Golińsku, w Mieroszowie, Krzeszowie i Jeleniej Górze. Po II wojnie światowej upowszechniono informację o rzekomej śmierci Hankego podczas ucieczki przed nadciągającym frontem na terenie Czech – miał się on stać całkiem przypadkową ofiarą czeskiego patrolu, który strzelił do uciekającego człowieka. Niestety wersja ta nigdy nie została zweryfikowana, nawet przez jego rodzinę, która dość szczegółowo badała sprawę jego zaginięcia, a po pewnym czasie z jakichś ważnych, zapewne racjonalnych powodów porzuciła zainteresowanie tym wątkiem.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o braciach z Zamku Bobolice …

przez , 31.paź.2015, w Legendy

Zamek BoboliceNa krańcach skalnego grzbietu, dwukilometrowej długości, wyrastają strzeliste ruiny bliźniaczych zamków w Bobolicach i Mirowie.
Wybudowane w czasach Kazimierza Wielkiego były siedliskami rycerzy rozbójników, którzy ograbiali bez litości przejeżdżających kupców. W XIX wieku znaleziono w lochach okrągłej zamkowej wieży ogromny skarb. A w XV-wiecznych kronikach odnotowano fakt porwania pięknej damy i trzymania jej na zamku w Bobolicach. Do dziś ruiny wzbudzają zachwyt surowością i tajemnym pięknem gotyckich konstrukcji.
Przed wiekami zamkami władali dwaj bracia bliźniacy, podobni do siebie jak dwie krople wody, ze nawet poddani ich nie rozróżniali.

Obaj bogactwa posiadali ogromne, skrzętnie ukryte w tajemnym podziemiu łączącym obie warownie. A strzegli skarbów pies i czarownica, która czerwonymi ślepiami przerażała każdego, kto śmiałby do skrzyń z kosztownościami sięgnąć. I żyliby zapewne, bracia długo i szczęśliwie, gdyby nie pięknej urody księżniczka, którą z wojennej wyprawy przywiózł pan z Bobolic. W pięknej brance zakochał się jego brat – władca Mirowa. Zazdrosny właściciel branki wtrącił kobietę do lochów, nakazując czarownicy, by oprócz skarbów, strzegła pięknej pani.
Gdy o północy jak to w zwyczaju czarownic bywa, strażniczka skarbów odlatywała na miotle odprawiać sabat na Łysej Górze, tajnym przejściem do księżniczki przychodził jej pocieszyciel.

Kiedy pan z Bobolic usłyszał psa warczenie, wpadł do podziemia, a ujrzawszy księżniczkę w ramionach brata, z wściekłości ciął go mieczem, na miejscu zabijając. Dręczony wyrzutami sumienia, uciszał je trunkiem, aż pewnej nocy padł rażony piorunem. Do dziś księżniczki w podziemiach strzeże ta sama czarownica, a gdy odlatuje nocą na swój sabat, na balkonie zamkowej wieży pojawia tajemnicza biała postać i długo patrzy w kierunku mirowskiego zamku, by później rozpłynąć się w ruinach.
Cóż może są lochy, a może ich nie ma, ale prawdą jest, że wapienne skały podziurawione są różnymi jaskiniami, grotami i nie jeden skarb kryją. Gdy będziecie nocą w pobliżu bobolickiego zamku to może białą damę ujrzycie…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , więcej...

Legenda o balu duchów na Zamku Sobień …

przez , 31.paź.2015, w Legendy

Ruiny Zamku Sobień (1859)Wydarzenie to miało mieć miejsce dawno temu, bo na długo przed I wojna światową, w murach zamczyska Sobień wznoszącego się nad rzeką San. W Tyrawie Wołoskiej organizowano uroczystości weselne. Znani ze swej dobrej muzyki weselnej muzykanci z Fuzel zostali wynajęci na tą uroczystość. Wyszli około południa z domu, a że oczywiście szli pieszo, zatem musieli wcześniej wyjść aby zdążyć. Słońce było jeszcze wysoko na niebie, gdy dotarli do Sobienia. Zmęczeni upałem letnim, postanowili usiąść w cieniach zamku i odpocząć. Resztę trasy zamierzali przebyć nocą. Promienie zachodzącego słońca przedzierały się przez gęste gałęzie drzew oświetlając tajemnicze mury zamczyska. Było cicho, wokół słychać tylko świergot ptaków i szum drzew.

Nagle, gdzieś zza murów zamczyska wyszedł elegancko ubrany młody panicz. Skierował swoje kroki w stronę muzykantów. Powitał ich i zapytał o przyczynę pobytu na Zamku Sobień. Dowiedziawszy się wszystkiego, zaproponował aby zechcieli zagrać dziś wieczorem w tymże zamku na balu. Obiecał też sowitą zapłatę. Muzykanci byli nieco zdziwieni, bo przecież ten zamek to ruina, lecz obietnica dobrego zarobku skusiła ich, zatem przyjęli zaproszenie.
Panicz zaprowadził ich przez piękny dziedziniec do jeszcze piękniejszej sali balowej, w której byli już pierwsi goście.
Zabrzmiały pierwsze takty muzyki, nieśmiałej, bo muzykanci na takich balach nie grywali, ale powoli, w miarę jak przybywało gości, muzyka ich stawała się śmielsza, pełniejsza.

Panowie po każdym tańcu, do basów wrzucali złote monety, co było przyjęte w zwyczaju. Cieszyli się muzykanci, że trafiła się taka okazja dodatkowego zarobku i to w złocie. Grali i grali bez ustanku całą noc, bo nawet i goście w tańcach nie ustawali, a chociaż te trwały od wielu godzin, po biesiadnikach nie widać było zmęczenia.
Wraz z pierwszym pianiem koguta tańczące pary powoli wychodziły z Sali. Z dziedzińca dochodził odgłos odjeżdżania powozów i koni. Sala balowa opustoszała. Pierwsze promienie słońca przebiegły przez okna zamku. Nagle okazało się że sala balowa zniknęła, zostały tylko mury bez drzwi i okien, a dzieciniec wczoraj piękny, teraz był pełen polnych kwiatów, chwastów, krzaków, głogów. Zamiast posadzki mieli gruz z sypiących się murów.

Zaskoczeni tą nagłą zmiana muzykanci nie wiedzieli co zrobić, co to za dziwy, czy to jawa czy sen. Nagle przypomnieli sobie że basista ma w basach złote monety. Basy były bardzo ciężkie. Wysypali więc wszystko co w nich jest, lecz okazało się, że to nie monety lecz białe kamyczki. Strach ich obleciał. Czym prędzej pozbierali instrumenty i prawie biegiem udali się w kierunku Tyrawy Wołoskiej, aby jak najdalej od Sobienia. Dowiedzieli się potem że zamek spłoną akurat gdy trwał bal. Więc domyślili się że grali na balu duchów…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , więcej...

Sydonia von Borck, XVI-wieczna czarownica?

przez , 15.paź.2015, w Historia

Sydonia v Borck„ Jej oczy i usta nie są przyjemne dla oka, pomimo ich wielkiej urody – w ustach, szczególnie, można odkryć wyraz zimnej jadowitości…
Takimi oto słowy opisuje piękną „czarownicą klasztorną”, pastor Johann Wilhelm Meinhold, który był zafascynowany jej losem.
Sydonia, która wpisała się nieco niefortunnie w losy rodu Gryfitów, z powodu ciekawej historii jej życia spostrzeganego przez nielicznych w „romantyczny” sposób, jeszcze przez wiele lat po swojej śmierci uważana była niesłusznie za złą i tajemniczą kobietę. Jej losy do dzisiaj pozostają niejasne, a relacje wątków z jej życia stanowią bardzo skomplikowaną układankę.
Wywodząca się z rycerskiego rodu o słowiańskich korzeniach Sydonia urodziła się w 1534 lub 1540 roku w Strzmielach. Była córką hrabiego Otto Borcka i Anny von Schwiecheld. W tamtejszym zamku swojego ojca, zwanym „Wilczym Gniazdem” (siedzibie mateczniku rycerskiego rodu Borków) spędziła dzieciństwo. Po osieroceniu przez matkę, wiek młodzieńczy spędza w Wołogoszczy, jako jedna z dworek na zamku księcia pomorskiego Filipa I. Wyróżniała się niespotykaną urodą i intelektem, co przysparzało jej wielu adoratorów.

Legenda głosi, że serce młodej dziewczyny zabiło dla Ernesta Ludwika – syna księcia Filipa I. Ernest Ludwik zdawał się odwzajemniać uczucie i czynił Sydonii nadzieję na rychły ślub i wstąpienie do rodu książęcego. Jednak do ślubu nigdy nie doszło. Za namową rodziny i radców, kierując się interesami dynastii posłał swatów na dwór niemiecki i po pewnym czasie ożenił się z córką księcia brunszwickiego – Zofią Jadwigą. Odrzucona i zraniona Sydonia miała opuścić  zamek i przekląć ród Gryfitów, rozpoczynając tym samym swoją długą tułaczkę.
Uwiedzenie Sydonii przez Ernesta Ludwika jest mało prawdopodobna za sprawą dużej różnicy wieku, ponieważ gdy Sydonia była już 17- lub 23-letnią kobietą, młody książę był zaledwie 12-latkiem. Wysunięto zatem podejrzenie, że to być może sam ojciec Ernesta Ludwika – Filip I, zawrócił w głowie młodej dwórce i dał nadzieję na książęcą opiekę. Książę zmarł w 1560 roku, zaledwie 3 lata po wielkim pożarze, który zniszczył zamek w Wołogoszczy. Sydonia miała zatem 20 lub 26 lat, gdy została odprawiona z dworu książęcego.Sydonia(1)Wraz z siostrą Dorotą (miała jeszcze siostrę Annę) wróciła do rodzinnego zamku w Strzmielach. Po śmierci rodziców majątek rodowy przejmuje brat Sydonii – Urlich. Przez długie lata siostry procesowały się z bratem o majątek. Po ślubie Urlicha opuściły Strzmiele i przeniosły się do byłego klasztoru w Marianowie, który został przekształcony na dom dla panien z zamożnych rodów. Siostry po Marianowie zamieszkiwały w wielu miejscowościach Pomorza takich jak między innymi Stargard, Szczecin, Krępcewo, Resk, Chociwel. W 1604 roku Sydonia jako 57 letnia kobieta wraca na powrót do Marianowa. Pomimo początkowego uznania jakie Sydonia zdobyła wśród współmieszkanek, po pewnym czasie wiele z nich obraca się przeciwko niej, co miało być konsekwencją kłótliwości i zarozumialstwa Sydonii. Wśród swoich współlokatorek i innych osób, miała wielu wrogów posądzających ją o kontakty z czarnymi mocami. Podejrzenia spowodowane były głównie częstymi zgonami w okolicy jak i w rodzie Gryfitów, które po opuszczeniu przez Sydonię Wołogoszczy zdarzały się nadzwyczaj często.

Utrzymywano, że Sydonia rzuciła klątwę na ród. Poza tym kobieta zajmowała się ziołolecznictwem i mimo już późnego wieku uczestniczyła wciąż w wielu rozprawach, to procesując się o majątek, to odpierając zarzuty o czarnoksięstwo. Również zwierzęta, które posiadała – pies Jurgen i kot Chim, zaważyły na późniejszych losach Sydoni. Zostały one użyte przeciwko niej podczas procesu jako dowody jej winy.
Pierwsze oskarżenie nastąpiło w 1612 roku, a kolejne w 1619 roku. 18 października przewieziono ją z Marianowa na przesłuchania do zamku Oderburg, stojącego niegdyś w okolicach dzisiejszego Grabowa (ulice Łyskowskiego i Dubois). 2 grudnia podjęto śledztwo o rzekome czary, stawiając przy tym aż 74 zarzuty (!), między innymi o trucicielstwo, czary, obcowanie ze złymi duchami. Większość zarzutów była absurdalna i całkowicie zmyślona. Nie przeszkodziło to jednak w zeznaniach świadków, którzy je potwierdzali. Sydonia nie przyznawała się do stawianych jej oskarżeń. Pomimo to długie tortury spowodowały, potwierdzenie przez nią, że jakoby z zemsty rzuciła klątwę na ród Gryfitów i uprawiała czarną magię. Po lekkim otrzeźwieniu i nabraniu sił, zaprzeczyła wcześniejszym zeznaniom, co przyczyniło się do kontynuowania tortur.Duch SydoniiSydonia kilka razy przyznawała się, po czym odwoływała zeznania. W 1620 roku zapadł wyrok o jej straceniu. Jako, że wywodziła się z rycerskiego rodu zdecydowano o ścięciu Sydonii (przywilej przysługujący z tytułu urodzenia), a następnie spaleniu na stosie zwłok (według procedury postępowania z czarownicami). Tak też uczyniono.
80 lub 86 letnią Sydonię ścięto toporem 19 sierpnia 1620 roku pod murami ówczesnego Szczecina w okolicach dawnej Bramy Młyńskiej (inne źródła podają datę 28 września), a zwłoki prawdopodobnie spalono i rozrzucono po polach, co często czyniono w przypadku osób oskarżonych o uprawianie czarów. Istnieją też zapiski jakoby Sydonia miała zostać pochowana na starym cmentarzu dla biedoty poza murami miejskimi (obecnie ulica Sowińskiego).
Sydonia zginęła tragicznie, jednak pozostała jej rzekoma klątwa. Książę Franciszek zmarł w dwa miesiące po egzekucji, tak jak przepowiadała mu podobno Sydonia podczas jednego z przesłuchań. W 1622 roku umiera książę Ulryk, a w 1626 roku książę Filip Juliusz.

W 17 lat po śmierci Sydonii żywota dokonuje ostatni z rodu Gryfitów – Bogusław XIV. Pomorze Zachodnie dostaje się w ręce szwedzkie i brandenburskie, kończąc tym samym czasy panowania rodu Gryfitów.
O Sydonii zradza się legenda, mówiąca o niej, jako o kobiecie, która go zniszczyła. Co zaś dzieje się dzisiaj z samą Sydonią?
Istnieje na wielu obrazach, w tym między innymi zainspirowanego nią Edwarda Burne-Jonesa i  Lucasa Cranacha. W połowie XIX wieku Johann Wilhelm Meinhold napisał obszerną powieść pt. „Sidonia von Bork – die Klosterhexe”, opisując w niej całe życie Sydonii – od dzieciństwa, po skazanie na śmierć. Powieść została przetłumaczona na angielski przez matkę Oscara Wilde’a – Lady Jane Wilde w 1849 roku pt. „Sidonia The Sorceress”.
Czy naprawdę bezpowrotnie odeszła? Niektórzy twierdzą, że w księżycowe noce snuje się w białych zwiewnych szatach po tarasie zamku wzdłuż murów. Nazywają ją białą damą szczecińskiego zamku. Brama Młyńska była miejscem wykonywania wyroków śmierci, obecnie w pobliżu tego miejsca znajduje się Muzeum Narodowe. Przyjęto zwyczaj, że w rocznicę śmierci Sydonii von Borck kładzione są tu kwiaty przez Szczecińskie Towarzystwo Historyczne.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o Sydonii von Borck …

przez , 15.paź.2015, w Legendy

Duch SydoniiSydonia von Bork urodziła się około 1540 roku w Strzmielach. Tam, na zamku swojego ojca, wychowywała się wraz z siostrą Urszulą i bratem Ulrichem. Gdy podrosła zamieszkała na dworze Księcia Filipa I w Wołogoszczy. Była to dziewczyna niezwykła, którą powszechnie uważano ją za najpiękniejszą pannę na Pomorzu Zachodnim. Do tego posiadała ponadprzeciętną inteligencję oraz królewskie maniery. Każdy młodzieniec, który miał okazje ja poznać, natychmiast ulegał jej urokowi.
Sydonia posiadała już jednak swojego wybranka. Był nim książę Ernest Ludwik, syn Filipa I. Dziewczyna kochała go ponad wszystko, on zaś odwzajemniał to uczucie. Złożył jej obietnice ślubu, a tym samym miał umożliwić jej wstąpienie do panującego na Pomorzu rodu Gryfitów. Do umówionego ślubu nigdy jednak nie doszło. Ernest Ludwik uległ swoim krewnym, według których związek z Borkówną byłby mezaliansem. Posłuchał udzielonych mu rad i wkrótce ożenił się z księżniczka niemieckiego pochodzenia.

Zdruzgotana, pełna żalu Sydonia, czym prędzej opuściła dwór książęcy. Owa Niemka nie mogła się z nią równać pod żadnym względem. Ucierpiała również jej duma. Borkowie był to bowiem ród słowiański, szlachetny, równie stary, co ród Gryfitów, choć nie książęcy. Dziewczyna wróciła do rodzinnego domu. Podjęła decyzje, że nikomu już nie odda swego serca i pozostanie panną do końca życia.
Gdy zmarli jej rodzice, między rodzeństwem rozgorzał spór o rodzinny majątek. Gdy Ulrich się ożenił, siostry nie przypadły do gustu nowej pani, niechęć ta była odwzajemniona. Sydonia postanowiła opuścić dom na zawsze. Tak rozpoczęła się jej długoletnia tułaczka. Na początku zamieszkała w klasztorze w Marianowie. Później osiedlała się jeszcze w Stargardzie Szczecińskim, w Szczecinie, oraz w Resku, jednak nigdzie nie została na zbyt długo. W końcu w 1604 roku, w wieku 56 lat, ponownie zamieszkała w Marianowie, by tam doczekać końca swoich dni.

Nie było jej jednak dane doczekać ich w spokoju. W rodzinie książęcej coraz częściej zaczęły zdarzać się nagłe zgony. Umarł książę Filip I, umarł jego syn, oraz wielu innych spośród Gryfitów. Podejrzenia padły na Sydonie, która choć już nie młoda, nadal energicznie spierała się z bratem o majątek, a ponadto zajmowała się ziołolecznictwem. W 1617 roku po raz pierwszy oskarżona ją o uprawianie czarnej magii oraz rzucenie klątwy na ród Gryfitów. Proces był długi, uciążliwy, oraz bezowocny. Dwa lata później Sydonię oskarżono po raz drugi. Pod zbrojną eskortą została przewieziona z Marianowa do Oderburga. Tam poddano ją torturom. Umęczona, prawie nieprzytomna Sydonia przyznała się do winy. Gdy jednak oprzytomniała odwołała swoje zeznania. Torturowano ją jeszcze kilkakrotnie. Ostatecznie wyrok zapadł, a Sydonię uznano za winną. Ponoć po odczytaniu wymierzonej jej kary, kobieta miała zwrócić się do Księcia Franciszka i przepowiedzieć mu, że i on niedługo po niej, utraci życie.

Książę okazał się wspaniałomyślny. Mając na względzie szlachetne pochodzenie wiedźmy, rozkazał ją ściąć, a dopiero później jej szczątki spalić na stosie. Lud był pod wielkim wrażeniem tej łaski. Sydonia jednak, obojętna, pełna pogardy dla wszystkich, nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Ścięto ją 19 sierpnia 1620 roku, niedaleko miejsca gdzie dziś znajduje się Muzeum Narodowe. Jej ciało spalono na Psim Wzgórzu, a prochy rozsypano na polach. Książę Franciszek zmarł dwa miesiące po egzekucji.
10 marca 1637 roku ludność Siecina wyległa na ulice, skupiła się wokół zamków i w kościołach. Wszyscy słuchali bicia dzwonów. Dzwonów, które obwieszczały śmierć Bogusława XIV, ostatniego księcia z rodu Gryfitów.
Tak dopełniła się klątwa Sydonii. Do dziś jest ona nazywana białą dama szczecińskiego zamku. Czasem można ją spotkać w białej, zwiewnej sukni, jak spaceruje po zamkowym dziedzińcu. Podobno uśmiech gości na jej twarzy.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

Legenda o Trzech Kompanach …

przez , 08.paź.2015, w Legendy

Leśniczówka GołąbekNad Borami Tucholskimi dawno już zapadł zmierzch i księżyc skąpał wierzchołki drzew w bladej poświacie. Migoczące gwiazdy odbijały swoje oblicza w płynącej leniwie Czarnej Wodzie (miejscowa nazwa rzeki Wdy), która z szumem i chlupotem obijała się o brzegi. Leśna gęstwina wypełniła się odgłosami nocnego życia, pohukiwaniem sów, wyciem wilków, szmerami i chrobotaniami oraz głośnym śmiechem, śpiewem i dźwiękami wydobywanymi z gitary w miejscu, które z daleka znaczyło się jako łuna na tle lasu. Była to grupka młodych ludzi, która nie trzymając się wyznaczonych dla turystów szlaków, zabłądziła w borze i błąkałaby się pewnie dalej, gdyby nie leśniczy, który natknął się na nich przypadkiem. Przestraszonych i zmarzniętych zaprowadził do swej leśniczej chaty, gdzie natychmiast odzyskali dobry humor. Za pozwoleniem strażnika rozpalili ognisko, rozsiedli się wygodnie na pieńkach i rozpoczęli zabawę. Leśniczy przyłączył się do nich, a wtedy młodzież zaczęła prosić swego wybawiciela o jakąś tutejszą historię.

Stary Borowiak (tak nazywa się mieszkańców środkowej części Borów Tucholskich w okolicach Tucholi i Chojnic) uśmiechnął się dobrodusznie i nie zastanawiając zbyt długo, zaczął opowiadać:
- Jako, że jestem leśniczym, to opowiem wam o mym druhu po fachu, któremu dawno, dawno temu przytrafiła się przedziwna historia. Lecz dzięki swojej mądrości i przemyślności udało mu się wybrnąć z niej cało. Posłuchajcie zatem, jak to było…

Razu pewnego młody leśniczy, któremu powierzono opiekę nad leśniczówką „Gołąbek”, zgodnie ze swoimi obowiązkami wyruszył, by sprawdzić, czy w jego myśliwskim rewirze nie dzieje się nic niepożądanego. Doszedł do skrzyżowania dróg i ujrzał tam trzech mężczyzn, a byli oni ubrani w tak cudaczny sposób, że nie sposób byłoby ich nie zauważyć.
Pierwszy z nich nosił na sobie obszerny płaszcz, podarty i dziurawy, gdzieniegdzie naszyta była widoczna łata. Wiatr rozwiewał poły starego odzienia i leśniczy pomyślał, że stojący przed nim dziwak sam jest jak ten wiatr, który chłosta go i owiewa z każdej strony.
Drugi ubrany był jeszcze dziwniej, zważywszy na ciepłą pogodę, która ostatnio dopisywała w Borach Tucholskich. Miał bowiem na sobie ciepłe i białe jak mleko owcze futro, wełnianą czapę naciągniętą na uszy oraz grube rękawice. Na trzeciego zaś z towarzyszy nie dało się w ogóle dłużej patrzeć, gdyż był ubrany w szaty tak błyszczące, że aż widok ten ranił oczy.
Leśniczemu nie spodobali się ci wędrowcy i nie miał ochoty wdawać się z nimi w dysputy.

Nie wypadało jednak odejść bez słowa, toteż powiedział szybko:
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Zamierzał teraz odejść w swoją stronę, by dokończyć obchód, ale trzej dziwaczni mężczyźni zatrzymali go i nie pozwolili się oddalić.
- Nie odejdziesz stąd tak prędko, panie leśniczy – powiedzieli ze zdecydowaniem.
- Puścimy cię dopiero wówczas, gdy powiesz, którego z nas pozdrowiłeś w imię syna bożego.
- Najsilniejszego z Was – odpowiedział prędko Borowiak, lecz podróżni nadal nie chcieli pozwolić mu odejść.
Zaczęli spierać się o to, który z nich jest tym najsilniejszym, lecz żadna kłótnia nie przybliżyła ich do rozwiązania zaistniałego problemu. Postanowili więc, że rozjemcą w ich sporze będzie leśniczy.

Ten zamyślił się głęboko, gdyż nie chciał odpowiadać zbyt pochopnie, aby nie narazić się na gniew któregoś z mężczyzn. Zrozumiał jednak, że nie uda mu się wymigać od niewygodnego zadania, odpowiedział więc tak, jak mu rozum podpowiadał:
- Ten w porwanym płaszczu jest z Was najsilniejszym i do niego moje pozdrowienie kierowałem. Wygląda bowiem na najbiedniejszego z waszej trójki, a bieda nie ma potrzeb i w tym tkwi jej siła.
Nie spodobało się to jednak pozostałym wędrowcom. Najpierw na przód wystąpił ten w lśniących szatach, i spojrzał na leśniczego wzrokiem pełnym nienawiści, w którym płonął żywy ogień. Oświadczył, że Borowiak pożałuje jeszcze swojej decyzji, gdyż zignorował go. Jego, który jest Słońcem. W porywie zagroził, że gdy tylko nadejdzie lato zabije leśniczego żarem wszystkich swoich płomieni. Jednak opatulony ciepło zmarzluch nie pozwolił grozić mu zbyt długo, sam bowiem zaczął wykładać przed leśniczym swoje pretensje. Był bowiem Mrozem i w swojej urażonej dumie zapragnął tak zmrozić ciało młodzieńca, że ten umarłby niechybnie.

Trzeci zaś z nich, który okazał się zwycięzcą, z łagodnym uśmiechem uspokoił leśniczego, i kazał mu nie lękać się gróźb swych towarzyszy.
- Obronię cię przed zemstą tych dwóch, jestem bowiem Wiatrem. Latem jako łagodny powiew przyniosę ci ochłodę, gdy promienie słoneczne będą prażyć twój kark, zimą zaś pozatykam wszelkie dziury w twoim ubraniu tak, że żadna igiełka mrozu nie dotrze do twej skóry.
Leśniczy był teraz rad ze swojego wyboru, i już przez nikogo nie zatrzymywany wyruszył na dalszy obchód lasu. Wiedział, że od tej pory ma silnego sprzymierzeńca pod postacią Wiatru.

Leśniczy skończył, a zasłuchana młodzież ocknęła się i podziękowała za opowieść. Noc zapadła już tymczasem głęboka i tak ciemna, że nawet Stolema (według wyobrażeń Kaszubów wielkolud, olbrzym) nie dałoby się wypatrzeć. Powyciągali więc swoje śpiwory i pokładli się spać, a świeże powietrze szybko przeniosło ich do krainy sennych marzeń. Następnego ranka zbudzili się skoro świt, posprzątali swoje obozowisko, dla pewności zalali ognisko wodą i zasypali piaskiem. Chcieli jeszcze pożegnać się ze starym Borowiakiem, który uratował ich w nocy, zastukali więc do drzwi leśniczówki. Nikt im jednak nie opowiedział. Weszli do środka, i jakże ogromne było ich zdziwienie, gdy nie zastali nikogo…
Wyszli w milczeniu przed chatę, by rzucić na nią ostatnie spojrzenie, gdy jeden z młodzieńców zauważył coś dziwnego.
- Jak nazywała się tamta leśniczówka z legendy?
- „Gołąbek”, bo co?
Chłopak wdrapał się na pieniek i odsłonił bluszcz zasłaniający framugę nad wejściem. Ich oczom ukazał się wyblakły, wykaligrafowany czerwoną farbą napis „Gołąbek” oraz rysunek przedstawiający białego ptaka.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , więcej...

Okratek australijski

przez , 01.paź.2015, w Flora i Fauna

Okratek australijskiOkratka australijskiego (Clathrus archeri) nie sposób pomylić z żadnym innym rodzimym gatunkiem grzyba. Ten gatunek grzyba z rodziny sromotnikowatych występuje również pod nazwą Kwiatowiec australijski (obydwie nazwy polskie nadali w 1983 roku Barbara Gumińska i Władysław Wojewoda).
Rozwijając się, na początku pokazuje się w postaci tak zwanego „czarciego jaja” – białoszarej, kulistej osłony (czasami stożkowatej lub gruszkowatej), zagłębionej częściowo w podłożu, otoczonej galaretowatą warstwą okrywy i cienką skórką. Jajo osiąga wysokość 3,5 – 6 cm i średnicę 2,5 – 5 cm. Następnie pęka ono, ukazując niekiedy bananowaty, na zewnątrz bladoczerwony owocnik – receptakl. Dopiero po całkowitym otwarciu (pęknięciu) i wyprostowaniu się, uwidacznia się jego fantazyjny kształt. Tworzy go 4 – 6 ramion przypominających ośmiornicę, o długości od 5 do 15 cm.

Podczas dalszego wzrostu i rozwoju okratka, ramiona stopniowo odchylają się na zewnątrz przybierając kształt rozgwiazdy.
Na stronie zewnętrznej jest on ubarwiony na intensywnie koralowoczerwony lub czerwony kolor, a siatkowato-jamkowata, nierówna, wewnętrzna strona ramion (struktura o barwie intensywnie czerwono-wiśniowej), pokrywa się śluzowatą, oliwkowobrązową masą zarodnikową o nieprzyjemnym zapachu padliny (podobnym do sromotnika smrodliwego, bezwstydnego), niekiedy z warstwą gleby. W niektórych przypadkach ramiona mogą pozostawać też złączone u góry. Miąższ jest gąbczasty i porowaty. Na poprzecznym przekroju przez ramię widoczne są 2 – 3 rurki i dwie szerokie bruzdy – globiferie. W trakcie gdy grzyb ten się starzeje, gleba zsycha się i czernieje. Do rozsiewania wąsko – eliptycznych, hialinowych zarodników (4 – 7,5 x 2,5 um) przyczyniają się muchy.
Okratek pochodzi z Azji (południowo – wschodniej) i Australii, a rozprzestrzenił się również w Nowej Zelandii, USA (Kalifornia) i Republice Południowej Afryki.Jajo okratka australijskiegoDo Europy został przywieziony wraz z ziemią i roślinami sprowadzanymi z Australii do ogrodów botanicznych. Na naszym kontynencie zaobserwowano go po raz pierwszy we Francji w 1914 roku.
W naszym kraju pierwszy raz został dostrzeżony przez mieszkańców wsi z okolic Biłgoraja w 1975 roku, a jego owocniki w początkowym okresie rozwoju („czarcie jaja”) uważano za jaja węży. Rośnie w lasach liściastych i w parkach, głównie pod bukami, a także w zaroślach na żyznych, dobrze nawożonych glebach. Znajdywany bywa również pod sosną zwyczajną, topolą osiką i brzozą brodawkowatą, a także w murawie tworzonej przez śmiałka pogiętego i darniowego. W Polsce jest rzadki, ale corocznie jego populacja się zwiększa. Najobfitsze występowanie owocników okratka znajduje się na piaszczystej podmokłej glebie pod wsią Wólka koło Biłgoraja.
Okratek o bardzo oryginalnym i egzotycznym wyglądzie jest niejadalny (choćby z powodu na odstraszający zapach padliny), a swoje owocniki wytwarza od lipca do października.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnie w Mieroszowie

przez , 15.wrz.2015, w Pod ziemią

Początek bocznego chodnikaProlog
Przez okres 70-ciu lat od zakończenia II wojny światowej na temat mieroszowskich sztolni i podziemi powstało wiele teorii, domysłów i spekulacji, dotyczących zarówno historii ich powstania i przeznaczenia, na docelowym wykorzystaniu kończąc.
Spekulowano na przykład o przyszłym wykorzystaniu ich na potrzeby przemysłu zbrojeniowego ściśle związanego z sowiogórskim kompleksem Riese, czy też uwzględniano często wątek ukrycia w ich rozbudowanych wnętrzach depozytu gauleitera Dolnego Śląska, Karla Hanke.
Wszystkie te teorie nieodzownie związane były z brakiem dokumentacji ich budowy i przeznaczenia.
Co tak na prawdę o nich wiadomo?
Istnienie trzech sztolni na zboczach Kościelnej Góry jest niezaprzeczalne. Ich wloty do chwili obecnej widoczne są w terenie.

Obozy pracy
Historia powstania sztolni i podziemi mieroszowskich ściśle powiązana jest z istniejącą tutaj w okresie II wojny światowej filią obozu koncentracyjnego Gross Rosen w Rogoźnicy – AL Friedland, utworzonego dość późno, bo 8 września 1944 roku, w odległości około kilometra od centrum miasta. Niewiele wiadomo na temat samego działania obozu, gdyż nie zachowało się zbyt wiele dokumentów mówiących o jego funkcjonowaniu.
Według danych z 16 lutego 1945 roku przebywało w nim 570 więźniów (mężczyzn, głównie Żydów), przewiezionych z obozu koncentracyjnego KL Auschwitz-Birkenau. Podobóz został zlikwidowany z dniem zakończenia wojny, z 8/9 maja 1945 roku. Wiadomo również, że podczas wojny w Mieroszowie funkcjonował drugi obóz, tak zwany Polenlager, będący obozem dla polskich robotników przymusowych.

W lutym 1945 roku przez Mieroszów przebiegał szlak pieszych transportów więźniów z obozu KL Riese do Czech, a docelowo do obozów KL Flossenbürg i KL Bergen Belsen. Uczestnicy tych „marszów śmierci” zatrzymywani byli na noc w AL Friedland i w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Ci, którzy zmarli zostali pochowani przez więźniów AL Friedland. Niektóre ze źródeł („Przewodnik po upamiętnionych miejscach walk i męczeństwa. Lata wojny 1939 – 1945″, Warszawa 1988, str. 776) podają, że na cmentarzu miejskim w Mieroszowie znajdują się mogiły jeńców wojennych. Można domyślać się, że również więźniów z obozu.
Wracając do AL Friedland… Więźniowie z tego obozu pracowali głównie w miejscowych zakładach koncernu VDM i „Fritz Schubert”. Wykorzystywani byli także do drążenia chodników sztolni, które zaczęły powstawać pod koniec 1944 roku.Pomik ku pamięci więźniów Gross  KL RosenDla upamiętnienia niewolniczo pracujących i tragicznie zmarłych więźniów AL Friedland, w Mieroszowie przy ul. Wałbrzyskiej ustawiono pomnik:
„AL Friedland /Mieroszów/
08.09.1945 – 09.05.1945
Pamięci 515 więźniów filii obozu Gross Rosen”,
projektu i wykonania artysty – plastyka Stanisława Olszamowskiego.

Spekulacje
Na początku lat 40-tych XX wieku produkcję zakładów przemysłowych w Mieroszowie ukierunkowano na potrzeby wojenne, a pod koniec 1944 roku rozpoczęto tu budowę jakiegoś tajemniczego podziemnego obiektu.
Różne przekazy pochodzące z wielu źródeł mówią, o kilku ukrytych wejściach do podziemi na terenie Mieroszowa, ale nikt nie wie, jak bardzo rozbudowany ma być ich kompleks, jaka jest prawdziwa długość sztolni i korytarzy.
Mówi się o drugim „podziemnym mieście Mieroszów”, w którym miano produkować samoloty myśliwskie oraz pociski typu V-1 i V-2.
Krążyły też swego czasu pogłoski jakoby Mieroszów był skażony promieniotwórczo, w związku z tajemniczymi wydarzeniami, które miały mieć w nim miejsce, w okresie dwóch ostatnich miesięcy II wojny światowej, a rejon ten zamierzano przekształcić w centrum naukowo – badawcze na wzór amerykańskiego Los Alamos.Skarpa w której znajdują się wejścia do sztolniW książce „Księstwo SS”, dr Jacek Wilczur (były pracownik Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce) przedstawił Mieroszów jako miejsce, w którym Niemcy przygotowywali się do produkcji broni atomowej i miał on stanowić część wielkiego ośrodka atomowego III Rzeszy.
Kolejny autor pozycji o kompleksie Riese, Jerzy Cera, w „Tajemnicach walimskich podziemi”, pisze o rzekomych próbach wzbogacania tu ciężkiej wody sprowadzanej z Norsk Hydro. Mariusz Aniszewski w „Podziemny świat Gór Sowich” nadmienia o „zakładach wzbogacania ciężkiej wody w Mieroszowie”. Ciężka woda czyli deuter nie wymaga wzbogacania, gdyż jest produktem końcowym. Prawdopodobnie chodziło o zakłady wzbogacania rudy uranowej.
Rozważano też możliwość budowy przez Niemców obiektów pod rozwijający się przemysł nuklearny, różnego przeznaczenia laboratoria, zakłady wzbogacania rudy uranowej czy też naukowo – techniczne schrony przeciwlotnicze.

Kościelna Góra
Zbudowana z latytów, góruje nad miastem od zachodu. W połowie XVIII wieku, w czasie gdy Mieroszów zaczął znacznie się rozwijać, została zauważona jako teren pod rekreację. Mieszkańcy, zgodnie z ówczesnymi trendami, rozpoczynają wyruszać na górskie szlaki. Prawdziwe jej ożywienie przypadło na koniec XIX wieku, gdy właściciel mieroszowskiego hotelu „Elsner” wybudował na niej restaurację. W 1894 roku wybudowano na nią drogę, zapoczątkowując jej zabudowę i wytyczanie ścieżek. Następnie przekształcono ją w piękny park, w którym mieszkańcy spędzali wolny czas.
W XVIII i XIX wieku na południowym krańcu góry funkcjonował młyn papierniczy, a po 1835 roku gdy wprowadzono do produkcji papieru maszyny, młyn traci na wartości. W 1890 roku zostaje strawiony przez pożar, zgliszcza rozebrane (do dziś widoczne są pozostałości fundamentów).Stok Kościelnej Góry w którym wydrążono sztolnieW 1918 roku po zakończeniu I wojny światowej, ku czci ofiar, na plateau ustawiono pomnik symbolizujący matkę opłakującą na swoich kolanach syna poległego w walce. Inna wersja mówi, że ma on podkreślać romantyczny charakter tego miejsca, związanego z legendą o parze nieszczęśliwych kochanków, mezaliansie. Bogaty ojciec dziewczyny miał zlecić zabójstwo jej biednego wybranka w miejscu ich potajemnych schadzek, a chwilę po, chłopak miał skonać na jej kolanach.

Okres przed wybuchem II wojny światowej był dla tego miejsca „złotym”. Górę odwiedzały setki turystów, podziwiający z przyległej do restauracji, drewnianej wieży panoramę okolicy. Widok był o wiele większy niż obecnie, gdyż wschodniego zbocza nie porastały drzewa. Cztery betonowe podstawy wieży można jeszcze odnaleźć w pobliżu fundamentów restauracji.
W czasach powojennych Kościelna Góra zaczęła tracić na swoim wyglądzie, zaczął pokrywać ją dziki drzewostan, zamieniając tym samym park w las. Plany jej rewitalizacji były różne i z różnym powodzeniem.
Obecnie jest to miejsce rekreacyjno – kulturalne Mieroszowian, z nową, drewnianą wieżą widokową, czynną od czerwca 2015 roku.

Sztolnie
Zlokalizowane są u podstawy południowego zbocza Kościelnej Góry (Kirch Berg) 545 m n.p.m.
Ich otwory znajdują się na wysokości 488 m n.p.m. (według niemieckiej Messtischblatt nr. 5363 z 1936 roku), po prawej stronie drogi prowadzącej do miejscowości Różana.
Aby do nich dotrzeć należy na skrzyżowaniu ulic Hożej i Żeromskiego skręcić w prawo (od ulicy Żeromskiego) w szutrową drogę okalającą od południa i zachodu Kościelną Górę. Po kilku metrach w zboczu uwidacznia się niewielkie wcięcie zakończone odsłonięciem skał (latytów), w którym znajduje się zawalone obecnie wejście do sztolni nr. 1. Niewielkim nakładem prac można je odgruzować, by dostać się do wnętrza, a za nim sztolnia pozostaje drożna. Idąc dalej szutrową drogą, po około 20 metrach widoczne jest kolejne wcięcie prowadzące do wlotu sztolni nr. 2, a po kolejnych 50 metrach do sztolni nr. 3. Wloty sztolni nr. 2 i 3 są również niedrożne, zlokalizowanie w zaroślach, stanowią dzikie wysypisko śmieci.Wlot sztolni nr.1Szutrowa droga okalająca Kościelną Górę (z której jest dostęp do sztolni) dawniej stanowiła trasę kolejki wąskotorowej, za pomocą której wywożono urobek ze sztolni.
Sztolnia nr. 1 ma około 25 metrów długości. Po 10 metrach od wlotu skręca pod kątem prostym w prawo.
Sztolnia nr. 2 ma długość około 75 metrów. Chodnik początkowo biegnie 10 metrów prosto, następnie pod kątem prostym skręca w lewo na 10 metrów, przez kolejne 40 metrów biegnie prosto i ponownie skręca pod kątem prostym w lewo na 15 metrów.
Wymiary wyrobisk (docelowe) to 4 metry szerokości i 2,5 metra wysokości. Na spągu zalega miejscami dużo niewydobytego urobku oraz rumosz odpadniętych ze stropu i ociosów fragmentów skał.
Należy zauważyć, że wyrobiska są obiektami nieukończonymi, pozostawionymi we wstępnej fazie ich drążenia i nie będącymi obiektami związanymi z dawnym górnictwem rud metali.
Niektóre przekazy mówią, że wszystkie wyrobiska mają się łączyć w jednym miejscu, w samym centrum góry.Sztolnia w MieroszowieEpilog
Poprzedni samorządowcy z Mieroszowa, za kadencji burmistrza Andrzeja Laszkiewicza chcieli podjąć się rozwiązania „podziemnej tajemnicy”. Przez krótki okres czasu noszono się z zamiarem udostępnienia sztolni jako atrakcji turystycznej. W planach miano podjąć się wykarczowania okolic wejść jak i odgruzowania ich, a następnie ustalenia rozległości kompleksu i opracowania planu przekształcenia go w trasę turystyczną.
Gmina zamierzała na ten cel pozyskać środki finansowe między innymi z Unii Europejskiej.
Za sprawą Bogdana Rosickiego (który realizował podobne projekty między innymi na Włodarzu i w Walimiu) zaczęto uważać, że mieroszowskie podziemia mogą być jedną z największych tego typu „konstrukcji” na świecie, większą nawet od kompleksu Riese.Sztolnia w Mieroszowie (1)Władze gminne zostały zmienione, a plan udostępnienia sztolni nie został do chwili obecnej wcielony w życie. Nie wiadomo też jakie są zapatrywania na ten pomysł obecnego burmistrza Marcina Raczyńskiego.
Aby dostać się do mieroszowskich podziemi wystarczy podnieść właz jednej ze studzienek na terenie miasta i zapuścić się do jej wnętrza. Którą? Analitycznym i spostrzegawczym poszukiwaczom odnalezienie jej nie nastręczy problemu. W okresie ostatnich kilku miesięcy (od czerwca 2015 roku) mieszkańcy mają kłopoty związane z dostawami wody do mieszkań. Borykają się z tym problemem do chwili obecnej (wrzesień 2015). Tłumaczone są one wieloletnimi zaniedbaniami sieci wodociągowej, awariami pomp, suszą, itp.
W podziemiach jest jej jednak sporo…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Stół sądowy w Kochanowie

przez , 01.wrz.2015, w Zabytki

Stół sądowy w KochanowieKochanów (Trautliebersdorf) to niewielka, łańcuchowa wieś, położona w powiecie kamiennogórskim, w Kotlinie Krzeszowskiej, wzmiankowana już w 1292 roku, stanowiła niegdyś własność cystersów z Krzeszowa do momentu sekularyzacji ich zakonu w 1810 roku.
Na Ziemi Kamiennogórskiej zachowało się do chwili obecnej wiele pomników dawnej jurysdykcji karnej. Ich przeszłość ściśle związana jest z krzywdą ludzką, cierpieniem i śmiercią, począwszy od średniowiecza, aż po czasy nowożytne. W średniowieczu proces sądowy i wykonanie kary odbywały się w sposób jawny z udziałem zainteresowanej publiczności, mając na celu efekt potępienia dla sprawcy i przestrogi dla obserwatorów. W eksponowanym publicznym miejscu, jakim była na przykład miejscowa karczma lub kamienny stół, zbierał się i obradował sąd. Wskazywano wówczas winnego i wymierzano karę.

Najłagodniejszymi karami było wygnanie ze wsi, chłosta czy też nakaz wykucia kamiennego krzyża pokutnego zwanego również krzyżem pojednania (często za pomocą narzędzia, które posłużyło do popełnienia przestępstwa i w efekcie końcowym znajdowało się wykute na krzyżu) i ustawienie go na miejscu przestępstwa. Złoczyńcy mogli też trafić pod pręgierz, a w ostateczności na szubienicę.
System dawnego prawa karnego pozostawił po sobie osobliwe pamiątki. Na Dolnym Śląsku znajduje się kilkaset zachowanych kamiennych krzyży pokutnych, na terenie samej gminy Kamienna Góra znajduje się ich osiem, w takich miejscowościach jak Kochanów, Gorzeszów, Raszów, Pisarzowice, Krzeszów i Krzeszówek. Spotykane są tutaj również pręgierze, jak na przykład ten w centrum Krzeszowa oraz ruiny szubienic.Jedno z siedzisk przy stole sądowymInny przykład reliktów dawnego sądownictwa reprezentuje najlepiej zachowany na Dolnym Śląsku kamienny stół sądowy w Kochanowie. Zlokalizowany jest on na północ od zabudowań wsi, po lewej stronie drogi do miejscowości Grzędy (należy kierować się około 500 metrów drogą szutrową za znakami zielonymi szlaku turystycznego), na stoku dolinki, w kępie świerków, poniżej wzniesienia noszącego na dawnych mapach wymowną nazwę „Trupiej Główki” (Todten Kopf), obecnie Trębna 590 m n.p.m.
Stół sądowy został wykonany z jednolitego, solidnego piaskowcowego bloku 2-metrowej długości. Wokół niego ustawione jest osiem siedzisk również wykutych z piaskowca.
W czasach dawnego sądownictwa miejsca przy stole zajmowali: wójt, przewodniczący ławy, ławnicy i podwójt. Po zapoznaniu się z materiałem dowodowym zapadał wyrok, a oskarżony zostawał uznany za winnego zarzucanych mu czynów.

Zasądzone ustalenia były następnie trzykrotnie odczytywane przez sługę sądowego. Podczas trzeciego odczytu rozbrzmiewał tak zwany dzwonek skazańców. Wówczas odprowadzano oskarżonego do więzienia, w którym zakładano mu długi, czarny płaszcz nazywany „płaszczem skazańców”. Pisarz spisywał protokoły, wokół słychać było gwar publiczności żywo reagującej na przebieg obrad.
Stół sądowy w Kochanowie jest zabytkiem i obiektem uznawanym za unikatowy w Polsce (jedyny na Dolnym Śląsku) i na skalę europejską. Większość tego typu obiektów wykonywana była z drewna, jednakże stół kochanowski wykuto z piaskowca, dlatego jego stan i wygląd pozostał dość dobrze zachowany, prawie kompletny. Wokół znajduje się kilka rozrzuconych piaskowcowych głazów.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Legenda o stworzeniu świata …

przez , 15.sie.2015, w Legendy

Zachód słońcaNa początku Wszechrzeczy i Wszechświata istniało tylko światło oraz bezkresne morze. Istniał też wtedy bóg Świętowit, który krążył pod postacią łabędzia nad ową przepastną przestrzenią. Bogowi krążącemu nieustannie nad wodą zaczęła doskwierać samotność, jednakże po chwili dostrzegł na wodzie swój cień.
Świętowit postanowił oddzielić cień i ciało z cieniem związane. Tak oto powstali bogowie: Swaróg*  i Weles.
Swaróg uplótł ze światła łódź, w której zamieszkał i podróżował na kołyszących się falach morza. Weles zaś zanurkował w ciemne głębiny i tam spędzał większość czasu. Niedługo jednak taki stan rzeczy się utrzymywał. Bogom znudziła się monotonia morza i postanowili stworzyć stały ląd.

Swaróg namówił Welesa, aby ten zanurkował na samo dno otchłani i przyniósł mu garść piasku, a gdy już piasek ten zbierze, niech wypowie magiczne słowa, które zawierałyby ziarno współpracy. Formuła ta miała brzmieć: „z mocą Swaroga i moją”. Weles dwukrotnie nurkował w otchłań, by uchwycić garść piasku, ale nie mógł dosięgnąć dna morskiego. Dopiero za trzecią próbą uchwycił upragniony cel, lecz czy to z roztargnienia, czy z zawiści wyrzekł tylko „z moją mocą”.
Weles postanowił stworzyć ląd tylko dla siebie i ukrył kilka ziaren piasku w ustach.
Gdy Weles w końcu się wynurzył, wyciągnął ku Swarogowi otwartą dłoń. Ten wziął z niej parę ziaren piasku i rzucił przed siebie. Piasek w zetknięciu z wodą zmienił się w ląd i począł się rozrastać, jak i również ziarna w ustach Welesa. Ten wypluł je, a tam gdzie splunął powstały góry.

Wyspa stworzona przez bogów była niewielka, sami we dwójkę ledwo się na niej mieścili. Samolubny Weles uknuł plan zapanowania nad wyspą. Odczekał tylko, aż Swaróg pogrążył się we śnie. Z zamiarem utopienia swojego brata, podniósł śpiącego Swaroga i zaczął go nieś ku brzegowi, jednak gdy tylko Weles zbliżał się do brzegu, ziemia odsuwała się daleko w morze. Wyspa osiągała coraz większe rozmiary w miarę tego jak zdesperowany starał się pozbyć Swaroga. W końcu zrozpaczony Weles zrezygnował.
Kiedy Swaróg obudził się spostrzegł, że ląd jest większy niż był, a uradowany Weles poinformował go, że ziemia nadal się powiększa. Z początku obaj bogowie byli zadowoleni, ale po pewnym czasie Swaróg zaczął się obawiać, że w miarę powiększania się lądu niebo stanie się zbyt małe, by przykryć ziemię. Pomimo tego, że Swaróg podzielił się swoimi niepokojami z Welesem, ten zdawał się tym nie przejmować. Swaróg zaczął podejrzewać, że Weles ukrywa coś przed nim więc stworzył pszczołę, która wysłał, aby szpiegowała Welesa.

Ta siadła cicho na ramieniu Welesa i patrzyła, co ten wyczynia. Weles stworzył z morskich fal kozła, z którym zaczął rozmawiać. Opowiadał mu o głupim bogu Swarogu, który nie potrafi powstrzymać rozrastającego się lądu. Weles opowiedział kozłowi, że wystarczy kijem wyznaczyć wszystkie strony świata, aby ten przestał się rozrastać.
Pszczoła powtórzyła Swarogowi to co usłyszała, a ten uformował z światła kij i postąpił tak jak mówił Weles. Świat wtedy przestał się rozrastać i został takim, jakim go teraz widzimy.
Rozwiązawszy problem lądu, bogowie zaczęli wykłócać się o panowanie nad niebiosami, lecz tego nie mógł już ścierpieć Świętowit. Zawołał bogów do siebie i rozdzielił między nich władze. Weles panować miał odtąd nad Nawią – krainą zmarłych gdzie trafiają dusze Słowian, a Swaróg został zaś bogiem ziemi i ognistego słońca.

* w niektórych podaniach zamiast Swaroga występuje Perun

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , więcej...

Opowieści skarbowe (2)

przez , 01.sie.2015, w Skarby

Trzej bracia (1948 rok)Mój ojciec (1920 – 1983)
Jako jeden z nielicznych przebył szlak bojowy Lenino – Berlin. Może dlatego, że był kierowcą Studebakera i „ciągał” działo. Po wojnie raz w roku było spotkanie rodzinne trzech braci – wszyscy tak zwani „frontowcy” (zdjęcie powyżej zrobiono w 1948 roku).
Chłopaki przy kawie (?) rozmawiali głównie o wojnie (trauma wojenna). Ojciec opowiadał:
- Po zdobyciu Kołobrzegu ruszyliśmy na Berlin, a tu pół samochodu wojennego dobra, około 5 kg złotych wyrobów, mnóstwo srebra i innych wartościowych rzeczy. Wszystko w skrzyniach po amunicji. Zakopaliśmy to dosyć głęboko na polanie w lesie, w kierunku na Dźwirzyno. Na drzewie zaznaczyliśmy strzałkę.

Pojechaliśmy na początku lat 70-tych. Drzew nie ma, lasu nie ma. Może 5 km w tę stronę, a może 10 km w tamtą (?) …
Teraz można to zlokalizować. Wystarczy wziąć mapę z 1940 – 1945 roku
http://igrek.amzp.pl/mapindex.php?cat=TK25
pokryć ze współczesną mapą satelitarną – jak się nakłada mapy: http://www.wykop.pl/ramka/1201709/zobacz-jak-wygladala-twoja-miejscowosc- wiek-temu-w-google-earth/ – i… życzę powodzenia poszukiwaczom.

Chłopaki mieli mnóstwo szczęścia. Po rozwiązaniu ich jednostek, już prawie nad samą Łabą, cała piątka (widoczna na zdjęciu) wracała do domu. Nie będą wracali na „pusto”. Trzy wypakowane dobrem Studebakery jadą do domu. Nie dojechali. Po krótkiej walce z ruskim patrolem postanowili zawartość samochodu zakopać… Ruskich też (województwo zachodniopomorskie, powiat świdwiński, miejscowość Buślary).
Byłem tam (w 1972 roku) z całą trójką braci. Nie znaleźliśmy!

Bardzo bogaty Niemiec
Trzeba ludzi słuchać i wyciągać (czasem) wnioski. Gość po 60-tce opowiada:
- Moja babcia przez całe swoje życie mówiła mi bym odszukał to, co zakopał najbogatszy Niemiec z jej wsi…
Powiedział nazwę wsi i nazwisko gospodarza. Podobno zapakował dwie skrzynie jak trumny i dziewięć kanek. W nocy wywiózł to do lasu.Odnaleziony karabinWieś jest niedaleko od mojego miejsca zamieszkania. Pojechałem sprawdzić. W parafii miejscowego kościoła widnieje takie nazwisko, czyli zgadza się. Fakt. Wieść niesie, że był bardzo, bardzo bogaty. Ksiądz pokazał mi jego byłe miejsce zamieszkania. Zrobiłem tak jak w instrukcji powyżej (linki). Widać jak do dziś rozbudowała się wieś, jak wyglądały lasy wtedy i teraz. Wytypowałem hipotetyczne miejsca i pojechałem (w maju 2015 roku). Wyszło, że „gość” opowiadał o tym nie tylko mi. Znalazłem dosyć dużo miejsc po pseudo poszukiwaczach. Byłem krótko, bo wygonił mnie deszcz. Znalazłem jedynie to (galeria zdjęć poniżej):

Koło młyńskie (jeszcze nie zabrałem) chyba tam jeszcze jest. Pewnie w najbliższym czasie pojadę tam ponownie.
Oczywiście ciąg dalszy nastąpi. Opowieści jest bardzo dużo (tych których „dotknąłem” osobiście).
Będę dalej publikował…

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , więcej...

Opowieści skarbowe (1)

przez , 15.lip.2015, w Skarby

TalaryZanim zacznę opowieść napiszę o niezmierzonej głupocie ludzkiej i proszę tu Czytelników o sugestie – jak temu przeciwdziałać …?
To się dzieje teraz, w 2015 roku…
Zgłasza się do mnie mężczyzna pokazuje mi monetę (zdjęcie powyżej).
- Czy ona jest coś warta? Na mojej posesji (w Nakle) kopałem fundament pod garaż i znalazłem garnek, w którym było takich 200, były inne, miały różne obrazki. Zeszlifowałem wszystkie te obrazki, a krążki sprzedałem na złom, dostałem „kupę” kasy, aż prawie 7 tysięcy złotych.
Takie talary ważą od 25 g do 30 g z małym haczykiem, czyli zgadza się.

Kolejny przypadek:
- Czy to stanowi jakąś wartość? (gość pokazuje mi „to” na zdjęciu, wielkość 1 cm2).
Było w takim małym starym damskim pierścionku, złoto oddałem na złom (640 zł), a to mogę wyrzucić.
Szkoda, że nie wyrzucił.Zdjęcie Herbu ChludzińskiPowyżej: herb Chludziński – polski herb szlachecki, odmiana herbu Cholewa. Opis herbu: w polu czerwonym między dwiema klamrami srebrnymi, odwróconymi barkami do siebie – miecz ostrzem do góry.

Klejnot trzy pióra strusie
Chludziński / Chludziński – notowane od 1532 roku, od nazwy miejscowej Chludnie (niegdyś okolica szlachecka Chludnie; więcej dwuczłonowych wsi tej nazwy) w dawnej Ziemi Łomżyńskiej (obecnie gmina Mały Płock, powiat kolneński). Nazwisko rzadko spotykane, niemal wyłącznie na Mazowszu – w dawnej Ziemi Łomżyńskiej i dawnej Ziemi Płockiej.
Początek rodowi dało siedmiu braci, którym książę Janusz I Starszy nadał w 1413 roku wymienione Chludnie, skąd wzięli oni później swoje nazwisko. Chludzińscy, licznie rozrodzeni już w swoim gnieździe, początkowo pieczętowali się herbem Cholewa „z tą odmianą, że miecz do góry ostrzem kładą”. Wśród znaczniejszych Chludzińskich w dawnych wiekach spotykamy ponad 40 biorących w kolejnych elekcjach królów polskich w XVII i XVIII wieku. W źródłach historycznych znaleźć można kilkaset notatek na temat różnych Chludzińskich biorących udział w procesach majątkowych, dziedziczących bądź dokonujących transakcji majątkowych w XV – XVIII wieku. Chludzińscy z Chludni pieczętowali się początkowo herbem Cholewa, choć później znajdujemy też przy tym nazwisku i inne herby. Nazwisko nosi obecnie około 1550 Polaków, w powiecie wołomińskim około 15 – 20 osób.

Opowieści
W każdym rejonie Polski krążą legendy o ukrytych skarbach. Odniosę się do opowieści skarbowych dotyczących II wojny światowej. Jest ich bardzo dużo. Napiszę o skarbach, które „dotknąłem” osobiście. Trzeba też wiedzieć, że w opowieściach jest zawsze maleńkie ziarno prawdy (mój poprzedni artykuł „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi”).
Znalazłem siedem dużych beczek o różnej zawartości, którą to zawartość zabraliśmy samochodem ciężarowym. Pewnie do dziś chodzi opowieść po wsi, że:
Niemcy przyjechali nocą i odkopali beczki pełne biżuterii, a ten, co był tam rano zebrał jeszcze dwa wiaderka biżuterii…
Mamy piękną opowieść. Ziarno prawdy? – Beczki były.

Trofiejny pociąg
Na początku lat 80-tych ubiegłego wieku doszła do mnie informacja, że „Trofiejny pociąg” jadący z Niemiec do Rosji zatrzymał się w miejscowości Tychowo, a następnie ruszył do Bobolic.
Odcinek Tychowo – Bobolice pokonał w ciągu 48 godzin. Dlaczego?
Może obsługa chciała coś uszczknąć dla siebie? Informacja przeszła mimo uszu. Po jakimś czasie pojechałem w okolice Bobolic, by przeszukać miejsce po rozbitym niemieckim pancernym pociągu. Znalazłem tam mnóstwo niezidentyfikowanego żelastwa i skrzynkę po amunicji.Skrzynka po amunicjiOddałem ją do Izby Pamięci. Z opiekunem izby mocno się rozgadaliśmy. Mówi:
- A wiecie o pociągu Trofiejnym? Z Tychowa do nas jechał ponad dwie doby. Rosjanie podstawili samochody, bo dalej tory były rozbite. Zawartość składu pociągu nie była pełna. Cała załoga została rozstrzelana. Mieszkańcy postawili im pomnik.
Odcinek Tychowo – Bobolice to tylko 25 km szosą, a koleją krócej. Do dziś ta trasa czeka na sprawdzenie.Pomnik ku pamięciLasy
Po przeczytaniu kilku książek o wspomnieniach uciekinierów (patrz „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi” wątek: Dobra porzucane i ukrywane w czasie wędrówki), pojechałem odszukać miejsca biwakowania uciekinierów.  W lasach koło (…) spotkałem leśniczego. Wywiązała się przyjacielska rozmowa i leśniczy mówi:
- Pokażę panu miejsce gdzie był wyręb lasu. Po wyrębie był nasadzony nowy las. Pług leśny zrywa około 30 cm ziemi. Panie, co tam nie było!
Pojechaliśmy. Piękna leśna droga po jednej stronie młody las, po drugiej bardzo stary. Pokazuje:
- To tu się ukryli, a ruskie samoloty ich zbombardowały…Waga i puzderkoWłączyłem wykrywacz i wszedłem do starego lasu. Od razu sygnał i jest – puzderko, kieszonkowa waga, a obok złote obrączki, ale… Na kościach dłoni! KONIEC poszukiwań!!! Dalej nie szukam! Uświadamiam leśniczego, co należy zrobić w takich okolicznościach (zgłoszenie do prokuratury, powiadomienie Fundacji Polsko – Niemieckiej „Pamięć” – pisałem o fundacji w moich komentarzach). Leśniczy prosi mnie bym to zachował dla siebie, bo wie ile z tego będzie problemów. Zgodziłem się. Całe szczęście, ze dziś nie potrafię odszukać tego miejsca, bo to było bardzo dawno temu.ObrączkiNa obu obrączkach widnieją te same inicjały i data „1921″.

Hrabina
Kiedyś poznałem autentyczną hrabinę (nazwisko i miejsce zamieszkania znane autorowi). Mieszka – mieszkała w pięknej starej karczmie z 1892 roku. Miała 9 lat gdy rozpoczęła się wojna i opowiada:
- Byliśmy w naszej leśniczówce. Moi bracia (trzech) zapakowali do pięciu skrzynek: wszystkie srebra z leśniczówki (1), cenne książki (2), porcelanę (3), obrazy (4) i wszystkie bibeloty (5). Wynosiliśmy po kolei i zakopaliśmy w lesie obok, każdą w innym miejscu. Dopiero w 1976 roku z jednym z braci pojechałam to odszukać. Znaleźliśmy tylko skrzynkę z obrazami.
Widziałem obrazy w jej karczmie – moje wnuki nie musiałyby pracować. Oczywiście pojechałem z Panią Hrabiną do jej byłej leśniczówki. Samochód na jej prośbę zostawiliśmy dosyć daleko. Dlaczego? Mówi:
- Bardzo długo sądziliśmy się z lasami o odzyskanie mojej leśniczówki, oni mnie tu dobrze znają, ale tu się zmieniło…
Pokazała na las w około. Włączyłem wykrywacz metali i idę. Niestety zostałem zauważony. Ale się działo! Niesamowita agresja i chamskie zachowanie – ich. Wzywanie policji, całe szczęście, że nie było obok Pani Hrabiny. Nie czekałem na policję – uciekłem. Czy te cztery pozostałe skrzynki tam są? Nie wiadomo. Być może teraz dałoby się to jakoś załatwić – minęło 15 lat.

Młyn
Pod koniec lat 70-tych pracowałem w jednej z telewizji kablowych, jako przedstawiciel. Chodziłem „ po ludziach” i proponowałem, by się podłączyli do „kablówki”. Podczas takiej pracy spotyka się dużo ciekawych osób. Trafiłem do bardzo starej kobiety powyżej 90-ciu lat – całkiem „kumata”. Mieszkanie bardzo skromne, biedne. Tacy starzy ludzie są bardzo ciekawi, mają piękne wspomnienia. I wojna, II wojna i wiele innych bardzo ciekawych zdarzeń. Rozmawiamy. Podpytuję ją jak pamięta wojnę itd. Ona w trakcie rozmowy mówi:
- Przed wojną i podczas wojny przez 17 lat byłam gosposią u Niemca młynarza, miał dwóch synów SS-manów, którzy pracowali w obozie koncentracyjnym dla Żydów. Pomagałam mu pakować w beczki srebra, obrazy, piękną porcelanę i inne cenne rzeczy. On te beczki smołował i okręcał papą. Wszystkich beczek było 12. W trzech nie wiem co było, bo to chowali jego synowie. Beczki zakopali w gnojowicy. Młynarz powiedział – mogą leżeć nawet 100 lat, nic się nie stanie.
A gdzie ten młyn? – spytałem i wymieniła miejscowość (…). Około 15 km od tego miejsca. Mój samochód stoi przed domem. Jedziemy razem. Miejsce wygląda tak, szkic poniżej (mógłbym podać współrzędne GPS, z satelity też pięknie widać).Szkic zabudowań młynarzaByłem w tym miejscu obecnie (w kwietniu 2015 roku), nic nieruszone. Beczki chyba jeszcze są?!

Bród przez Wisłę
W 1999 roku zmieniłem miejsce zamieszkania z Pomorza do centralnej Polski. Bardzo szybko poznałem podobnych mi pasjonatów. Tylko, że tu nie ma depozytów. Koledzy wyspecjalizowali się w poszukiwaniu monet. Bardzo dobrze poznali historię swoich okolic, ale trochę inaczej. Dokładnie określili „Szlak Bursztynowy Rzymian” i inne szlaki handlowe. Miejsca byłych zajazdów, karczm. Pól bitewnych z Krzyżakami. Pojechaliśmy do miejsca dawnego brodu przez Wisłę.Bród, miejsce znalezienia- Na tym polu w sumie znaleźliśmy gdzieś 1000 monet.
Dla mnie to niewiarygodne!
- Teraz tu pewnie nic już nie ma.
Na powierzchni około 20 m2 znalazłem to (zdjęcia poniżej). To był tylko jeden „wypad”, bo w 2002 roku weszła ustawa o Ochronie Dóbr Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Do dziś tam nie byłem. W tym roku w czerwcu zmieniły się przepisy i już można. To też jest miejsce „skarbowe”.Oryginalna rzymska fibula I-IV wiek n.e.Oryginalna rzymska fibula I – IV wiek n.e.Wiele nakładających się przedmiotów na 20 m2Przedmioty, które znalazłem na powierzchni 20 m2: między innymi grot od bełta do kuszy, nożyk, część zapinki – średniowieczne.

Zakończenie
To jest tylko pierwsza część „moich opowieści”. Ilekroć zejdę do moich zasobnych piwnic, by poszukać eksponatów (tych, których nie oddałem do muzeów), odkrywam, że jeszcze mogę napisać o:
- Przedwojennym dilerze mercedesa
- Najbogatszym Niemcu rolniku ze wsi Trzesieka pod Szczecinkiem
- Drugim takim samym Niemcu spod Bydgoszczy (aktualnie się tym zajmuję)
- Odkrycie zamaskowanej piwnicy – prawdziwy skarb, dużo zdjęć
- Odkrycie złotych monet w hotelu „Pod Orłem”

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Latyty z Czerwonych Skałek

przez , 01.lip.2015, w Ciekawe miejsca

Czerwone Skały. LatytyLatyty podobnie jak trachyandezyty i trachybazalty są wylewnymi lub subwulkanicznymi skałami, odpowiednikiem monzonitów i kentallenitów, ale najbardziej spośród nich spokrewnionymi z monzonitami, a z drugiej strony z trachitami, od których różni je nie tylko skład chemiczny czy mineralny, lecz również ciemniejsza barwa. Na tle skalnym zwykle dużą rolę odgrywają skalenie alkaliczne i plagioklazy. Latyty są uboższe w pirokseny. Posiadają barwę od jasnoczerwonej do ciemnoczerwonej, bordowej.
Przeciętnie w swoim składzie chemicznym latyty zawierają (w procentach wagowych) ponad 57% SiO2, 16% Al2O3, 5% CaO, 4% K2O, 4% FeO, 3,5% Na2O, 2,3%  Fe2O3 oraz poniżej 1% TiO2, H2O, P2O5 i inne domieszki.  Składają się głównie ze skalenia potasowego i plagioklazów (oligoklazu, andezynu, labradoru), rzadziej kwarcu (przeważnie zawierają do 5% kwarcu w stosunku do skaleni, a gdy kwarc stanowi do 20% składników jasnych wyróżniany jest latyt kwarcowy), piroksenów (augitu, diopsydu, hiperstenu), amfiboli (hornblendy) biotytu i oliwinu. W niewielkich ilościach występują minerały akcesoryczne takie jak apatyt, tlenki żelaza, tytanit, spinel, piryt, cyrkon, allanit i inne. Często obecne jest w nich szkliwo wulkaniczne.

Monzonity są skałami głębinowymi, których głównymi minerałami są plagioklazy, najczęściej andezyn, labrador i skaleń potasowy. Z minerałów ciemnych w ilości 10% pojawia się biotyt, augit, hornblenda oraz jej pseudomorfozy po augicie – uralit. Kwarc występuje w ilości poniżej 10%, a z minerałów akcesorycznych znaczny bywa apatyt i tytanit. Monzonity posiadają barwę szarą o niezbyt grubym ziarnie, ale niektóre odmiany bywają ciemniej zabarwione co makroskopowo upodabnia je do diorytów gabra. Wykazują strukturę hipidiomorficzną lub panksenomorficzną, teksturę bezładną, rzadko równoległą.
Latyty i monzonity tworzą formy zbliżone do form sjenitów i diorytów, są jednak bardziej rozpowszechnione od sjenitów i niekiedy tworzą większe masywy o dość jednostajnym składzie mineralnym, a ich geneza wiąże się z asymilacja skał zasadowych przez magmę granitową.Latytowa gołoborza pod Czerwonymi SkałamiLatyt i pokrewne mu skały wylewne (trachyandezyty, trachybazalty) różnią się między sobą wzajemnym stosunkiem plagioklazów do skaleni alkalicznych i minerałów ciemnych. Są to skały jasne, o strukturze afanitowej lub porfirowej z prakryształami skaleni, rzadziej amfiboli i piroksenów. Gleby powstające ze zwietrzeliny tej grupy skał są zazwyczaj gliniaste, zasobne w składniki pokarmowe dla roślin.
W Polsce latyty i pokrewne im skały wylewne występują lokalnie w Sudetach, tworząc razem ze skałami wylewnymi innych klas tak zwaną trzeciorzędową formację bazaltową. W okolicach Świerków i Głuszycy występują melafiry (trachybazalty) i towarzyszące im tufy, a w okolicach Unisławia Śląskiego i Sokołowska pojawiają się latyty augitowe (o podobnym składzie mineralnym do trachybazaltów) lecz zasobniejsze w skalenie potasowe. Występują tam także latyty anortoklazowe stanowiące przejścia do trachitów klasyfikowanych dawniej jako porfiryty. Wszystkie trachybazalty i latyty wykazują się albityzacją autometasomatyczną. W niektórych ich wylewach powierzchniowych występują odmiany o strukturze szklisto-intersertalnej.

Najlepszym przykładem ich odsłonięcia (wychodnią) są Czerwone Skałki na północnym zboczu góry Suchawa (928 m n.p.m.), drugiego co do wielkości szczytu w Górach Kamiennych i Suchych po Waligórze (934 m n.p.m.), zlokalizowane w kierunku wschodnim od miejscowości Sokołowsko. Dotrzeć do nich można niebieskim szlakiem prowadzącym z Sokołowska przez górę Włostowa (901 m n.p.m.), Kostrzyna (906 m n.p.m.) lub z umiejscowionego na Przełęczy Trzech Dolin (800 m n.p.m.) schroniska „Andrzejówka”, trawersując od południowego-zachodu zbocza góry Waligóra.
Czerwone Skałki są jednym z mniej dostępnych i rzadko odwiedzanych pomników przyrody nieożywionej w gminie Mieroszów, ustanowionym decyzją Wojewody Dolnośląskiego (19.08.2008 roku).

Stanowią one efektowne urwisko – odsłonięcie latytów, o wysokości ściany dochodzącej do 25 metrów. Geneza jego powstania najprawdopodobniej związana jest z procesami wietrzenia, a tym samym powstania osuwiska. U ich podnóża, na dość stromym stoku, znajduje się sporych rozmiarów gołoborza, najlepiej osiągalna podejściem od ruin Zamku Radosno. Widok w terenie na Czerwone Skałki jest dość mocno ograniczony, a najlepiej uwidaczniają się z oznakowanej ścieżki rowerowej biegnącej ze schroniska „Andrzejówka”. Podchodząc pod „czerwone urwisko” należy zachować ostrożność, jednakże dotarcie do niego i widok urwistych, intensywnie czerwonych skał, dostarcza niezapomnianych wrażeń. Swoim wyglądem i strukturą przypominają lewą stronę wychodni porfirów Organów Wielisławskich.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o Wzgórzu Wisielców …

przez , 26.cze.2015, w Legendy

Wzgórze WisielcówDzień chylił się już ku zachodowi, a ostatnie promienie słońca złociły trawę na Wzgórzu Wisielców. Widok było naprawdę przepiękny. Jednak nikt kto bywał w tamtych stronach nie dałby się zwieść. Wzgórze było owiane złą sławą, każdy znał jego historię, nikt w nią nie wątpił. W każdym razie nikt kto bywał w tamtych stronach…

Stary człowiek wyrwał się z zadumy, gdy usłyszał skrzypnięcie drzwi wejściowych gospody. Niechętnie oderwał wzrok od okna i majaczącego gdzieś na horyzoncie wzniesienia, by spojrzeć na przybysza. Nie rozpoznał młodego mężczyzny, stwierdził więc, że musi być on tu przejazdem. Obcy wyglądał na zmęczonego, zapewne miał za sobą długą podróż.
Wędrowiec podszedł do baru i zamówił piwo, po czym usiadł ciężko przy jednej z ław. Stary człowiek zastanawiał się chwilę, po czym podniósł własny kufel i ruszył w stronę tego mężczyzny.

Młodzian oczy miał przymknięte i wyglądał, jakby drzemał. Starzec postanowił go jednak obudzić.
- Z daleka jedziesz, dobry Panie? – zapytał.
Podróżny otworzył leniwie oczy, by zobaczyć, kto mu przeszkadza.
- Z Krakowa – odpowiedział, patrząc, jak stary człowiek siada naprzeciwko niego. Nie wyglądał groźnie.
- Daleka więc za Panem droga, zmęczenie pewnie do gospody skierowało?
Wędrowiec nic nie odpowiedział, pokiwał jedynie głową.
- Dzisiaj już chyba Waćpan nie wyrusza? Ot, słoneczko zaszło prawie, noc zapada – powiedział starzec, wskazując ręką okno, przez które sam jeszcze przed chwilą obserwował wzgórze.
- Widzę – mruknął mężczyzna, i uświadomił sobie, że nie tak łatwo pozbędzie się niechcianego kompana – lecz do Zalewu już niedaleko, śpieszno mi czym prędzej podróż zakończyć.

Starzec zachłysnął się piwem, wytrzeszczył oczy ze zdziwienia i przerażenia.
- Ależ Panie, nie chcecie chyba po nocy podróżować? Toż jedyna droga do Zalewu obok Wzgórza Wisielców wiedzie!
Młodzian zadarł głowę i spojrzał hardo na swojego rozmówcę.
- I cóż z tego? Ja nikomu nie wadzę, a i pieniędzy już nie mam, nawet obrabować nie ma mnie z czego.
- Widać, żeś nie tutejszy Panie – starzec pokręcił głową i ściszył nieco głos, jakby miał zamiar wyjawić jakąś tajemnicę – Wiedz więc, że jeszcze się taki nie urodził, co zebrałby się na odwagę, by po nocy samotnie, Wzgórze Wisielców nawiedzać.
- A czegóż mam się obawiać? Czas nagli, zwlekać dłużej nie mogę. Bywaj, dobry człowieku!

Już chciał wstać, kiedy starzec chwycił go mocno za ramię, coś w jego twarzy kazało młodzianowi pozostać na miejscu i wysłuchać go do końca.
- Jeśli wola taka, niech Pan jedzie, nie będę zatrzymywać. Ale najpierw niech Waćpan lepiej wysłucha pewnej historii, której skutki do dzisiaj nierozważni ponoszą. Widzisz Pan tamto wzgórze, to za którym słońce się właśnie chowa? Wzgórzem Wisielców lub też Strasznym Wzgórzem jest nazywane, nie bez przyczyny miano takie uzyskało. Dawno temu w miejscu, w którym wzniesienie owo się znajduje, stał kiedyś zamek.
W zamku tym mieszkał kiedyś bogacz, człowiek równie skąpy, co okrutny. Jego ulubionym zajęciem było gromadzenia skarbów i ciągłe powiększanie swojego majątku. Względów nie miał dla nikogo, nie znał współczucia ani łaski. Choć posiadał niemal wszystko, a jego skarbce i spiżarnie były wypełnione po same brzegi, biedniejszym od siebie pomocy nie udzielał nigdy.

Miał on jedną córkę, piękność nad pięknościami, lecz serca złego i zatwardziałego. Wdała się ona w ojca i w miarę upływu czasu stała się gorsza nawet od niego. Ona to była w posiadaniu kluczy otwierających wszystkie skarbce i spiżarnie. Cały dzień przechadzała się po zamku, a klucze przywieszone do jej paska podzwaniały wesoło. Zajmowała się również przydzielaniem jedzenia poszczególnym osobom. Panom i gościom zamku nie skąpiła niczego, jednak liczna służba cały czas cierpiała głód. Poddani, osłabieni ciężką pracą i głodowymi racjami, pomstowali często na dziedziczkę. Czasem ktoś, zebrawszy się na odwagę, szedł do pana na skargę, prosząc o jedzenia dla siebie i towarzyszy. Zawsze jednak spotykał się z odmową.
Pewnego razu, gdy panna dowiedziała się o skardze jednego ze sług, wpadła we wściekłość. Zaczęła ubliżać służbie i zagroziła, że jeśli zdarzy się to jeszcze raz to powie ojcu, że zamiast wykonywać swoje obowiązku, śpią tylko i odpoczywają.

Przy okazji następnej skargi spełniła swoja groźbę. Ojciec bez wahania uwierzył swojej córce. Poddani, którzy przyszli z prośbą o jedzenie, zostali wychłostani. Prosili o łaskę, a dziedziczka śmiała się tylko i kazała pachołkom kijów nie szczędzić. Słudzy byli bici aż do utraty przytomności. Jeden z nich, człek niemłody, który z ręki swego pana niejedno już wycierpiał, uniósł nagle prawicę do góry i straszne przekleństwo rzucił na dziewczynę i jej ojca, życząc im aby ziemia pochłonęła ich z całym majątkiem.
Wtedy niebo nagle pociemniało, mrok raz po raz rozświetlały błyskawice, a krzyk ludzi zagłuszały gromy. Wszyscy zaczęli uciekać w panice, chcąc jak najszybciej opuścić zamek. Na próżno Pan nawoływał poddanych, żaden z nich nawet się nie obejrzał. A gdy w zamku pozostał tylko on i jego córka, ziemia pochłonęła ich oboje, budowlę i cały dobytek w niej zgromadzony.

Od tego czasu znajduje się w tym miejscu wzgórze na którym rośnie drzewo. Nikt nigdy nie wyraził ochoty, aby się osiedlić w jego okolicy. Dlatego stało się ono miejscem egzekucji, od czego później wzięła się jego nazwa.
Ponoć w ciemną, burzliwą noc można czasem ujrzeć przy drzewie na szczycie piękna dziewczynę, potrząsającą pękiem kluczy i uśmiechem uwodzącą nierozważnych młodzieńców. Zjawa zwabia ich do podziemi mówiąc, że w zamku czekają na nich niezliczone bogactwa. Nikt jednak nigdy z podziemi nie powrócił, aby potwierdzić tę pogłoskę.

Wędrowiec roześmiał się, gdy starzec dramatycznym szeptem zakończył swoją opowieść.
- To tylko historia przez ludzi wymyślona, aby dzieci straszyć, dobry człowieku. Jeśli chcesz wiedzieć, ja właśnie po to przybyłem, aby zdobyć skarby pod wzgórzem zaległe. A gdy będę wracać, wstąpię do tej karczmy i wyprawię ucztę, jakiej nikt jeszcze w tej mieścinie nie przeżył!
Po czym owinął się szczelniej płaszczem i wyszedł z karczmy wprost w objęcia nocy.
Od tamtej pory już nikt go nigdy nie widział.

Komentowanie nie jest możliwe :, , więcej...

21. Mistrzostwa Polski w Technikach Jaskiniowych

przez , 15.cze.2015, w Galimatias

21TJW dniach 29 – 31 maja 2015 roku na terenie nieczynnego kamieniołomu „Gruszka” w Wojcieszowie odbyły się 21. Mistrzostwa Polski w Technikach Jaskiniowych, których corocznym organizatorem jest Speleoklub „Bobry” z Żagania, mający na miejscu swoją bazę „Dziuśkową Chatę”.
Podobnie jak w poprzednich latach na speleomistrzostwa przyjechało wielu zawodników z kilku speleoklubów. W tym roku pogoda nie była sprzyjająca, ilość przybyłych osób była mniejsza, a oprawa imprezy wydawała się być skromniejsza. Przygotowania do zawodów głównych jak i imprezy towarzyszące rozpoczęły się w piątek 29 maja, między innymi zakwaterowaniem zawodników. O godz. 19.00 tradycyjnie rozegrano mecz piłki nożnej pomiędzy drużyną grotołazów, a drużyną z Wojcieszowa.21TJ1Po raz pierwszy w historii został on wygrany przez grotołazów (wynik 7:6). W trakcie zaciętej walki kontuzjowany i zniesiony z boiska był prezes „Bobrów” Marcin Furtak, zaś bohaterem meczu okrzyknięto Marcina Wesołowicza z WKGiJ, który dzielnie obronił karnego w końcówce spotkania.
O godz. 20.30 otwarto wystawę z prelekcją pt: „Przyrodnicze Skarby Gór Kaczawskich” autorstwa Mariana Bochynka, a także wystawę Speleoklubu Bobry Żagań „Chiny: Korona Podziemi – Chińskie Giganty” (w miejscowej Sali Widowiskowej przy ul. Bolesława Chrobrego 105). W sobotę 30 maja o godz. 10.00 (po rejestracji, zamknięciu listy i odprawie zawodników), nastąpiło oficjalne otwarcie 21. Mistrzostw Polski w Technikach Jaskiniowych i rozpoczęcie zmagań. Opłata startowa przy zgłoszeniu internetowym wynosiła 20 zł, w dniu startu 30 zł + ubezpieczenie NNW.21TJ2Całość poprowadził szef Przeglądu Filmów Górskich im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju – Maciej Sokołowski. Kierownikiem tegorocznej trasy składającej się z 3 etapów (poręczowanie – na ścianie kamieniołomu, meander – rozbudowany w tym roku, autoratownictwo z udziałem partnera – w ubiegłym roku wykorzystywano 76 kg manekina „Janusza”) był instruktor PZA z WKGiJ Bartek Sierota, zaś sędzią głównym Rajmund Kondratowicz.
Mistrzostwa były techniczne i do czwartego etapu przeszli zawodnicy z najlepszym czasem oraz poprawnie wykonanymi zadaniami. Za błędy naliczane były punkty karne, możliwa też była dyskwalifikacja zawodnika. W speleomistrzostwach udział wzięło 30 zawodników, w tym 9 kobiet.21TJ3Mistrzostwom towarzyszyły Otwarte Zawody Wspinaczkowe (dla dużych i małych) na sztucznej ściance wspinaczkowej, zawody w pchnięciu kulą, miasteczko zabaw i tyrolka dla dzieci.
Na miejscu można było nabyć pamiątkowe t-shirty, literaturę górską (w tym archiwalne numery czasopisma „Grotołajzy” Speleoklubu Bobry), a na stoiskach sprzęt wspinaczkowy. Nie zabrakło również stoiska gastronomicznego.
Podczas tegorocznych mistrzostw możliwa była również klasyfikacja zespołowa. W zmaganiach wzięli udział członkowie takich klubów jak: Speleoklub „Bobry” Żagań, Speleoklub Dąbrowa Górnicza, SWL Politechniki Wrocławskiej, SKTJ Sopot, Wrocławski Klub Wysokogórski, Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego.
Zawody zakończyły się około godz. 17.00 klasyfikacją generalną i wręczeniem nagród za zajęcie poszczególnych miejsc oraz prenumerat czasopism „Jaskinie”, „Taternik”, NPM Magazyn Turystyki Górskiej” oraz karnetów na odbywający się we wrześniu Przegląd Filmów Górskich w Lądku-Zdroju im. Andrzeja Zawady.21TJ4Klasyfikacja:
Kobiety:
1 miejsce – Paulina Piechowiak (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego)
2 miejsce – Iza Włosek (Speleoklub Dąbrowa Górnicza)
3 miejsce – Małgorzata Borowiecka (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego)
W klasyfikacji zespołowej kobiet zwyciężył zespół w składzie Paulina Piechowiak i Małgorzata Borowiecka (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego). Pozostałe zespoły zostały zdyskwalifikowane.21TJ5Mężczyźni:
1 miejsce – Michał Macioszczyk (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego)
2 miejsce – Andrzej Żak (SWL Politechniki Wrocławskiej WKW)
3 miejsce – Krzysztof Zabłotny (Wrocławski Klub Wysokogórski)
W klasyfikacji zespołowej mężczyzn zwyciężyli:
1 miejsce – Michał Macioszczyk i Amadeusz Lisiecki (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego)
2 miejsce – Adam Stucki i Paweł Tomaszewski (SKTJ Sopot)
Pozostałe zespoły zostały zdyskwalifikowane.
W mistrzostwach zdyskwalifikowanych zostało 17 zawodników (5 kobiet i 12 mężczyzn).21TJ6Na sobotni wieczór po godz. 20.00 przygotowano ognisko integracyjne i imprezę za „Dziuśkową Chatą” (za którą również udostępniono pole namiotowe) oraz gorącą niespodziankę dla uczestników w postaci specjalnego „nocnego pokazu” w wykonaniu grotołażek z Wałbrzyskiego Klubu Górskiego i Jaskiniowego.
Partnerami speleomistrzostw byli: Polski Związek Alpinizmu, Komisja Taternictwa Jaskiniowego PZA, Wałbrzyski Klub Górski i Jaskiniowy, Speleoklub „Gawra”, Urząd Miasta Żagań, Gmina Wojcieszów, Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe oraz Stowarzyszenie „Sobieradzik”.
Partnerami medialnymi zaś: Gazeta Wyborcza, Taternik, Góry, Jaskinie, NPM Magazyn Turystyki Górskiej oraz portale: wspinanie.pl, climb.pl, portalgorski.pl, taternik.org, off.sport.pl, drytooling.pl, brytan.pl
Opieka medialna: Teleexpress

relacja z 20. Mistrzostw Polski w Technikach Jaskiniowych

 

 

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Odkrycie ludzkich szczątków w Jaskini Gailenreuth

przez , 01.cze.2015, w Pod ziemią

Czaszka ludzkaDo XIX wieku potop był jedyną dopuszczalną przez kościół teorią tłumaczącą przemiany, jakim ulegała Ziemia oraz odkrywane skamieniałości dawnych organizmów. Pomimo, że zaczynały się już wielkie dni geologii i paleontologii, okres w którym te nauki wyszły z wieku dojrzewania i przeszły wręcz burzliwy rozwój, wielu badaczy nie mogło się zdobyć na zrezygnowanie z biblijnego opisu stworzenia jako źródła poznania.
Teza o potopie wywoływała wielki rozkwit kolekcjonerstwa, przyczyniając się tym samym do powstania wielu znakomitych dzieł. Równolegle jednak stawała się stopniowo coraz skuteczniejszym hamulcem dla dalszych badań. Nim jednak inne teorie i metody zastąpiły hipotezę o wielkiej powodzi, udało się pewnemu teologowi odkryć obok innych przedpotopowych istot także pierwszego prawdziwego człowieka z pradawnych czasów.
Wśród kolekcjonerów i badaczy jaskiń tamtych czasów znajdowało się wielu teologów, których musiała w szczególny sposób nęcić możliwość poznania wyglądu świadków potopu oraz przekonania się, w jakim stopniu potwierdzają oni biblijną Księgę Rodzaju.

Nawet później, gdy pogląd dyluwialistów został już dawno obalony, księża pozostali wierni badaniom paleontologicznym – teraz nie chodziło im już o powódź ze Starego Testamentu, lecz o „źródło” pochodzenia człowieka. Wielu badaczy, takich jak między innymi Bourgeois, Teilhard de Chardin, Hugo Obermaier czy Henry Breuil, zapisało się na zawsze w historii paleontologii i prehistorii.
Jeden z wczesnych poprzedników tych „badaczy w sutannach”, którzy entuzjazmowali się paleontologią, podjął się w 1774 roku eksploracji jaskini w pobliżu Gailenreuth (frankońska Szwajcaria) i zbierania w niej kopalnej kości słoniowej. Nie wiadomo do jakiego stopnia proboszcz Johann Friedrich Esper (1732 – 1781) był wiernym zwolennikiem teorii potopu, stwierdzono tylko, że gdy natknął się w jaskini na rozmaite kości, nie uznał ich od razu za szczątki zatopionych w czasie potopu zwierząt, lecz zastanawiał się nad nimi w sposób jak najbardziej racjonalistyczny. Czyżby to zwierzęta drapieżne zagrzebywały tu swoją zdobycz? A może ludzie wykorzystywali jaskinie jako miejsce gromadzenia padliny?Johann Friedrich EsperJak na duchownego były to aż nadto wystarczająco heretyckie rozważania. Ksiądz J.F. Esper od swych współczesnych różnił się ponadto jeszcze tym, że w sposób dramatyczny, ale bardzo dokładny opisywał swoje eskapady do jaskiń. Umiał wczuć się w swoistą i niepowtarzalną atmosferę podziemi jaskiń i oddać bardzo obrazowo uczucia ogarniające go, jako samotnego badacza:
Jeszcze nie dojdzie się do końca tych grobowców, a już powietrze staje się bardzo duszne. Jeśli spędzi się tu kilka godzin, nikt nie jest w stanie, mając nawet najlepszy materiał palny, rozniecić ognia. Nie wiem też, co to za szczególna woń unosi się z odzieży… Jeśli się nagle odłamie i rozbije jakąś kość, to często się zdarza, że nieprzyjemny i odurzający zapach uderza w nozdrza… Mimo to nikt, kto choć trochę jest ciekawy, nie zawraca, zanim nie dojdzie do końca„.
Esper czołgał się na brzuchu przez najwęższe przejścia w jaskiniach, wybierając wszędzie z mulistego gruntu (namuliska) kości i ich małe fragmenty.

W swej żywej fantazji wyobrażał sobie, w jaki sposób zginęły w jaskiniach te stworzenia, których szczątki odnajdywał:
Czy te gromady stworzeń żyły tu w pobliżu? Czy zginęły one w tym miejscu jedynie przez przypadek? A może to jakiś cudowny zbieg okoliczności spowodował nagromadzenie się ich szczątków we wspólnej mogile? Wyobrażałem sobie ich ostatnie chwile, myślałem o tych westchnieniach i wrzaskach, wśród których zmęczone i zbolałe oddały swe ostatnie tchnienie… Ze zgrozą myślałem o szalonym oporze tych potężnych kości przeciw temu zbiegowi okoliczności, który pozbawił je życia… Teraz na nich wszystkich ciąży ogromne milczenie„.
Im dokładniej Esper badał Jaskinię Gailenreuth, tym silniej dręczyły go stawiane samemu sobie pytania. Mówił o przypadku, o katastrofach, roztrząsał jeszcze inne różne przypuszczenia i hipotezy związane z pochodzeniem starych pokładów kości.
Początkowo sądził, że są to kości ludzkie, uważając Jaskinię Gailenreuth za starą jaskinię zbójecką, w której to zbójnicy mordowali i grzebali swoje ofiary.Czaszka pokryta polewą kalcytowąNastępnie badając dokładniej w późniejszym czasie odnajdywane kości, doszedł do wniosku i stwierdził, że ludzi o głowach i zębach tego typu nigdy nie spotykano na ziemi, zatem musiały to być (jak przez jakiś czas sądził) kości drapieżników takich jak wilki i hieny.
Czyżby jednak wilki i hieny wykorzystywały tę jaskinię jako wspólny grób? To wydawało mu się niemożliwe.
W końcu Esper stwierdził, że większość szczątków zwierzęcych w Jaskini Gailenreuth wykazuje uderzające podobieństwo do kości niedźwiedzia. Wprawdzie określił je jako szczątki niedźwiedzia brunatnego (Ursus arctos) żyjącego do dziś, podczas gdy w rzeczywistości należały one do niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus), który zamieszkiwał tereny Europy w okresie plejstocenu około 300 tysięcy lat temu, wymierając pod koniec ostatniej epoki lodowcowej, około 28 tysięcy lat temu. Nie pomniejsza to jednak wcale jego zasługi dla tego odkrycia, gdyż do czasów Espera szczątki niedźwiedzi jaskiniowych powszechnie uważano za resztki smoków lub innych potworów.Kości niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus)Z genialną przenikliwością jednak ten frankoński duchowny, który w dziedzinie anatomii i zoologii był zupełnym laikiem, wydał o tych pozornych „smoczych kościach” opinię, która już była tylko o włos od prawdy.
Człowiek, który miał odwagę stawiać pytania i rozważać możliwość powstania skamieniałości dzięki jeszcze innym zjawiskom oprócz biblijnego potopu, naturalnie nie był zaskoczony, gdy wreszcie natrafił na niewątpliwe, autentyczne szczątki ludzkie (!).
Esper odkrył najpierw w namulisku Jaskini Gailenreuth żuchwę ludzką, a później ludzką łopatkę. Po długich poszukiwaniach wykopał w końcu z mieszanym uczuciem radości i przerażenia nawet dobrze zachowaną ludzką czaszkę.
Zwolennicy szkoły Scheuchzera bez wahania przedstawiliby te znaleziska jako szczątki człowieka z czasów potopu. Esper jednak zastanawiał się. Szczątki człowieka bowiem leżały wspólnie z kośćmi zwierząt, których nie był w stanie zidentyfikować.
Leży tam być może chłop i jego zwierzę, może szlachcic i jego rumak, może jakiś człowiek dyluwialny, może kapłan celtycki lub chrześcijanin… Jak długo już spoczywacie, synowie ziemi ukołysani nicością? Wydaje się, że sam Stwórca użyczył wam pokoju…

Wielką zasługą Espera jest to, że zastanawiał się i nie przyjmował bezkrytycznie panujących wówczas poglądów. W końcu jednak akceptował teorię o potopie. Z jego rąk ujrzała światło dzienne odważna publikacja pt: „Wyczerpująca wiadomość o nowo odkrytych zoolitach”, w której na wielu tablicach zamieścił dokładne ilustracje znalezisk z Jaskini Gailenreuth, pisząc w niej tak o odnalezionych kościach:
Było was zapewne wielu. Nawet legiony, które podbijały obce kraje, nie pozostawiły po sobie nigdy tylu śladów swego pobytu. Ale kimże jesteście? Wydaje się, że fale, które unosiły arkę, nasunęły na was te kamienie grobowe…
Wydaje się… – zawsze jeszcze w formie pytania, przypuszczenia, gdyż Esper był wyznawcą i kierował się prastarą mądrością, według której powątpiewanie jest źródłem poznania.
Nie wiadomo, jakie formy ludzkie udało się Esperowi wykopać, gdyż „kości z Gailenreuth” zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Być może były to szczątki człowieka z neolitu lub kromaniończyka z młodszego paleolitu lub nawet neandertalczyka.Szczątki zwierząt pokryte polewa kalcytowaJohann Friedrich Esper ewidentnie wskazał drogę antropologom i historykom pisząc:
Jeśli w namulisku jaskini pogrzebane są kości przedpotopowych zwierząt wraz z ludzkimi, to człowiek ten musiał żyć w tym samym czasie, co i te zwierzęta„.
Tymczasem „człowieka dyluwialnego” Scheuchzera przestaje się traktować poważnie za sprawą  powiewu nowych wiatrów w dziedzinach naukowych.
We Francji między innymi, w środowisku naukowym, zaczyna toczyć się dyskusja nad genezą różnych rodzajów skał, a Ziemię zaczyna się porównywać do innych ciał niebieskich. Zaczynają również nabierać rozgłosu pierwsze teorie ewolucyjne. Pogląd biskupa Ushera, według którego Ziemia została stworzona około 4.000 lat temu, był od dawna przestarzały. W Paryżu zaś hrabia Buffon próbował na drodze eksperymentalnej wykazać, że wiek Ziemi wynosi około 75.000 lat.
W klimacie tak gwałtownego postępu nie interesowano się specjalnie przedpotopowym człowiekiem.

W związku z powyższym książka proboszcza J.F. Espera pozostała nie zauważona. Wprawdzie w 1804 roku anatom Johann Christian Rosenmüller ponownie przeprowadził badania w Jaskini Gailenreuth zwracając uwagę fachowców na odkrycia Espera, jednak w opinii uczonych proboszcz-badacz jaskiń był jedynie dla nich dyletantem.
Przypuszczano, że odnalezione przez niego kości ludzkie obsunęły się podczas nieprofesjonalnie prowadzonych prac wykopaliskowych do jego „niedźwiedziej jaskini” z jakiegoś starszego cmentarzyska. Tym samym sprawę odkrytych kości w Jaskini Gailenreuth uznano za zakończona dla nauki.
Teoria potopu ustąpiła teraz miejsca walce dwóch szkół naukowych, z których każda na swym sztandarze wypisała imię antycznego boga.
W centrum zainteresowania znalazł się prastary problem: który żywioł – woda czy ogień – były praprzyczyną wszystkiego, co istnieje na Ziemi.

(PZP)
GeoExplorer

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Tajemnicza puszka

przez , 15.maj.2015, w Historia

Zdjęcie (1)Prolog

(…) Mam w przygotowaniu nowy artykuł. Teraz „zajawka”. Tytuł to „Tajemnicza puszka” (będzie na zdjęciach), w której to znalazłem mnóstwo klisz filmowych, na których jest 630 zdjęć naszych polskich żołnierzy internowanych (1939 – 40 – chyba)„…

Wstęp do tej publikacji rozpocząłem od powyższego fragmentu komentarza Gawanta pod artykułem jego autorstwa „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi”, który ukazał się na stronie 3 października 2014 roku.
Ten artykuł jest nietypowy. Podczas eksploracji odkrywamy różne miejsca – nowe i stare, na nowo i po staremu… I czasami zdarza się, że jeszcze „coś” w nich ku naszemu zaskoczeniu.
Opuszczone, stare, samotnie stojace domy, niszczejące kamienice, dworki, pałace, a także „dzikie wysypiska” poza miejscowościami, w lasach… To tylko nieliczne przykłady miejsc, które zdarzają się być istnymi „kopalniami” historii, w których możemy znaleźć pamiątki z przeszłości. Przez innych niedoceniane, zakwalifikowane do niepotrzebnych im śmieci, a jakże wartościowe pod względem historycznym i dokumentalnym. Tak stało się i w tym przypadku.Zdjęcie (2)Artykuł Gawanta jest bardzo krótki ale jak sam zauważył może coś rozwiąże. Zawiera on w sobie niejako prośbę o Waszą pomoc w identyfikację znaleziska. Ze swojej strony mam nadzieję i nie ukrywam, iż liczę Drodzy Czytelnicy, że przyczynicie się do wyjaśnienia tajemnicy kasety ze zdjęciami. Niewątpliwie jest to bardzo cenne znalezisko obrazujące nam historię tamtych lat, wydarzeń, często tragicznych w swoim zakończeniu, ukazujące ludzi minionej epoki, tego jak żyli, miejsc już nieistniejących. Dzięki takim osobom jak Gawant mogą żyć „na nowo”…
Na zdjęciach jest kilka widoków okolicy. Może ktoś będzie wiedział jakiej? (…) Dużo jest zdjęć prywatnych, z dziewczynami, ślub, pogrzeb, procesja, wystawy malarstwa, bardzo dużo portretów i jeszcze jakieś„…
Do szczegółów autor odniesie się w komentarzach.
Odnaleziona puszka. Zamknięta i po otwarciu z zawartościąTajemnicza puszka

W mieście Inowrocław przy ulicy (…) jest stara kamienica przeznaczona do remontu…
Lokatorzy wysiedleni – pusta, nic się nie dzieje. Wszedłem do środka rzucić „okiem doświadczonego eksploratora”.
Na strychu tuż pod dachem, głęboko na belce stoi zardzewiała puszka (zdjęcie powyżej).
Nie mogłem jej otworzyć – lekko uszkodziłem. W środku ciasno zwinięte wywołane klisze.
Na kliszach jest 630 zdjęć.
Wszystkie zdjęcia mam na płytach CD.
Jedynie doszedłem do tego, że zdjęcia są na pewno z internowania naszych polskich żołnierzy w Rumunii.
Nie wiem w jakiej miejscowości oraz nie udało mi się nikogo zidentyfikować…
Może ktoś coś wie? Proszę o informacje.

Zdjęcia z internowania (prawie wszystkie) umieszczam w MyViMu link: 
http://myvimu.com/
Muzeum Gawant. Powoli będę tam umieszczał większość moich zbiorów.

Prosimy wszystkie osoby, które mogą pomóc autorowi w identyfikacji osób, miejsc, itd. o informacje i kontakt w komentarzach lub pod adresem e-mail: geo.explorer@wp.pl (zostaną one przekazane autorowi).
Z góry dziękujemy.

tekst, zdjęcia i prawa autorskie: Gawant (AG)
GeoExplorer jako pierwszy otrzymał zgodę na publikację zdjęć

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skamieniałości Beringera

przez , 01.maj.2015, w Historia

Opracowanie BeringeraW większości publikacji dotyczących pradziejów Ziemi przytacza się historię cieszącego się dużym poważaniem profesora Johanna Beringera (1667-1740) z Würzburga, który padł ofiarą głupiego dowcipu studenckiego (jak przypuszczano) i wkrótce potem zmarł ze zgryzoty.
Studenci mieli wytwarzać sztucznie najrozmaitsze skamieniałości wypalając je z gliny, a następnie zagrzebywali je w tych miejscach, w których profesor zwykł prowadzić poszukiwania. Beringer odnajdywał te falsyfikaty uznając je za prawdziwe skamieniałości i opisując w okazałym foliale. Gdy jednak profesor wykopał wreszcie skamielinę z wyrytym jego własnym nazwiskiem, intryga miała się wydać. Cała ta komedia przekształciła się w tragedię – Beringer nie mógł przeboleć ruiny dzieła swojego życia.
Według innej wersji fałszerzem miał być kochanek żony Beringera, który chciał w ten niecodzienny sposób skompromitować prawowitego małżonka. Później pojawiło się podejrzenie, że czynu tego nie dokonali studenci, a jezuici chcący usunąć niewygodnego uczonego. Inni kronikarze podają, że wyłącznym winowajcą był niejaki Georg Ludwig Haeber, który fabrykował nie tylko „fałszywe kamienie” zakopując je i na powrót odkopując, ale opracował nawet wątpliwej wartości księgę, chcąc tym samym oszukać swojego poważanego profesora.

Co jednak rzeczywiście rozegrało się w Würzburgu w latach 1724 – 1726 ?
Przypadek profesora Beringera, który zajmował się przede wszystkim badaniem triasowych skamieniałości występujących wokół miasta, był intrygą na wielką skalę, w której główne role odegrały wybitne osobistości, a jeszcze wybitniejsze pozostawały w cieniu. Był to skandal naukowy jaki nie zdarzył się nigdy przedtem, ani nigdy potem w żadnym czcigodnym mieście uniwersyteckim i odbił się szerokim echem w świecie naukowym.
Do najważniejszych aktorów tego spektaklu obok radcy dworu i profesora uniwersytetu Jana Bartłomieja Adama Beringera, należał znany historyk Johann Georg von Eckhart, inicjator badań nad Germanami i ojciec prehistorii niemieckiej, a także jako jedna z postaci drugorzędnych (która została uwikłana w tą sprawę) – wielki budowniczy baroku Baltazar Neumann.Johann BeringerPrzechodząc do faktów. Od 1724 roku Johann Beringer odkrywał w określonych miejscach w okolicy Würzburga niezwykłe, ale często jak najbardziej realistycznie wyglądające skamieliny osadzone w wapieniu muszlowym. Były to między innymi ptaki, żaby, ryby, jaszczurki, raki, ślimaki, robaki i kwiaty. Niektóre żaby były w trakcie kopulacji, jakiś pająk siedział w swej sieci, inny zaś łowił muchę. Z czasem zaczęły pojawiać się też inne „figury kamienne”, jak słońce, księżyc w pełni i półksiężyc, gwiazdy i komety, a nawet słowo „Jehowa” napisane w języku hebrajskim.
To nie jezuici, ani nie studenci, którzy towarzyszyli profesorowi do miejsca znalezisk i asystowali przy wykopywaniu skamieniałości, ale trzej wiejscy chłopcy ze wsi Eibelstadt nad Menem – Nikolaus Hehn, Valentin Hehn i Christian Zanger – dopuścili się tych fałszerstw. Chłopcy ci pochodzili z ubogich wiejskich rodzin, a Beringer dobrze płacił im za ich trud. Najstarszy z tych młodych współpracowników miał w początkowym okresie wykopów 16 lat, a najmłodszy 12 lat.

W tym samy czasie trzej chłopcy z Eibelstadt uprawiali równolegle świetnie prosperujący handel „kamiennymi figurami” wśród mieszkańców Würzburga. Do ich stałych odbiorców należał między innymi budowniczy Baltazar Neumann, a nawet sam arcybiskup von Hutten. Żaden z odbiorców tych osobliwości, łącznie z metropolitą, nie widzieli nic podejrzanego w dziwnych kształtach „kamiennych figur” i nikt nie podejrzewał, że może chodzić tutaj o jedną, wielka mistyfikację i fałszerstwo, a wręcz przeciwnie, do chłopców zgłaszało się coraz więcej chętnych nabywców.
W efekcie swej przebiegłości młodzieńcy stopniowo zgromadzili bardzo wysoką jak na owe czasy kwotę 300 talarów! A Beringer? Beringer bynajmniej nie pozostał osamotniony w swej naiwności i łatwowierności – praktycznie pół miasta zostało oszukane. Podczas rozprawy sądowej, która na jego prośbę miała miejsce po odkryciu fałszerstwa, udowodniono, kto był zamieszany w produkcję i dystrybucję falsyfikatów, oczyszczając Beringera z zarzutu nieuczciwości, jednak jego reputacja naukowca została nadwyrężona. Po odkryciu fałszerstwa próbował wykupić cały nakład książki, jednak bez pełnego sukcesu.Skamieniałości z opracowania BeringeraKim był Johann Beringer? Wykładał na uniwersytecie w Würzburgu nie tylko paleontologię i historię naturalną, lecz był także dziekanem wydziału medycyny i przybocznym lekarzem metropolity, arcybiskupa von Huttena, a tym samym wielce poważaną osobistością, której ze względu na liczne piastowane urzędy i stanowiska przypuszczalnie nie jeden zazdrościł. Jego ogólne wykształcenie nie było wielkie, znajomość zaś łaciny wystarczyła zaledwie do napisania (tak później osławionej) książki „Lithographia Wirceburgensis” z 1726 roku.
Współcześni podkreślali zarówno afirmowaną przez niego przynależność do chrześcijaństwa, jak i upór oraz brak krytycyzmu.
Beringer od dawna kolekcjonował z zapałem rozmaite „igraszki natury”, jeszcze na długo przed pojawieniem się fałszywych skamieniałości. Zdarzało się bardzo często, że te odłamki skalne wykazywały się dużym podobieństwem do form naturalnych – dziwacznie ukształtowane twory z metalu, rudy żelaza, margli i minerałów imitujące mchy lub małe rozgałęzione drzewa.
Cieszył się jak dziecko każdą taką nowo odkrytą osobliwą formą, łatwo zatem przewidzieć, jak ów pobożny, łatwowierny i bardzo solidny w swojej specjalności badacz odnosił się do fałszywych skamieniałości.Würzburger LügensteineW przeciwieństwie do tego, co później mu przypisywano, nie porównywał nigdy tych tworów z właściwymi skamieniałościami. Uważał je w swej skromności i naiwności za cudowne dzieła Stwórcy. Kamienie szlachetne były dla niego również niemym, lecz wymownym świadectwem doskonałości bożej. Uważał, że Bóg miał w swej wszechmocy stworzenie skamieniałości roślin, zwierząt i ciał niebieskich, a nawet podpisał je swoim imieniem, aby przypomnieć się ludziom „gdyby zapominali o swym Stwórcy”. Falsyfikaty opisane przez Beringera nazwano później kłamliwymi kamieniami (Lügensteine) i do dziś są one poszukiwanym eksponatami wielu muzeów i kolekcji. Znajdują się między innymi w zbiorach Instytutu Geologiczno – Paleontologicznego Uniwersytetu w Würzburgu i w zbiorach muzeów historii naturalnej Londynu,  Berlina, a ich reprodukcje zamieszcza wiele podręczników paleontologii, jako specyficzne ostrzeżenie przed pochopnością w badaniach naukowych.

Jeżeli na koniec przytoczyć poglądy światłych i mądrych ludzi dawnych epok takich jak Leonardo da Vinci, Fracastoro, Agricola, Steno, Palissy czy Baier, nawet przy porównaniu ich z poglądami dyluwialistów – Woodwarda i Scheuchzera, ukazuje się cała naiwność wiary Beringera w cuda. Niestety nie wyprzedzał on swojej epoki tak jak wspomniani, a wręcz przeciwnie, tkwił on jeszcze w średniowiecznej przeszłości. Nie należy przy tym brać mu tego za złe, gdyż wielu geologów wyznawało wówczas jeszcze daleko dziwniejsze poglądy – sądzili oni, że minerały i metale powstają z „kamiennego nasienia” – kamienie rodzą młode kamienie.
I tak Beringer, niemiecki lekarz i paleontolog, stał się znany jako ofiara jednego z najgłośniejszych oszustw w naukach przyrodniczych. Duży rozgłos falsyfikatów i liczne legendy wokół całej tej sprawy spowodowały, że w 1767 roku wydano pośmiertny reprint dzieła Beringera.

(PZP)
GeoExplorer

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Diabelska Maczuga

przez , 15.kwi.2015, w Ciekawe miejsca

Diabelska Maczuga w GorzeszowieDiabelska Maczuga nazywana też Czarcią, to tak zwany piaskowcowy ostaniec denudacyjny wyróżniający się swoim położeniem w Gorzeszowie (Görtelsdorf) na Dolnym Śląsku. Jako samotna skała usytuowana jest po lewej stronie drogi Krzeszówek – Gorzeszów, na niemal płaskim dnie Kotliny Krzeszowskiej, wyrastając bezpośrednio z łąki w pobliżu rzeki Kochanówki i stanowi pomnik przyrody nieożywionej od 1964 roku.
Inne, wyższe i ciekawiej ukształtowane formy skalne można odnaleźć na przykład 2 km na południe od niej, to tak zwane Skałki Gorzeszowskie (rezerwat przyrody „Głazy Krasnoludków”) tworzące formy przypominające postacie, ściany, wieże, grzyby, zwierzęta, zbudowane z piaskowców i margli wyżłobionych przez wodę.
Budujący ją piaskowiec wieku górnokredowego posiada średniej wielkości ziarno około 1 mm, a ze względu na obecność w nim nie tylko ziaren kwarcu ale i dużej ilości skaleni potasowych został on sklasyfikowany przez geologów jako piaskowiec skaleniowy. Spojenie poszczególnych ziaren budulcowych jest stosunkowo luźne, a świeże powierzchnie występują w jej dolnej części.Diabelska MaczugaLuźne związanie ziaren przyczynia się do coraz większego jej rozpadu wskutek naturalnych procesów wietrzenia: wietrzenia mrozowego, rozpuszczanie spoiwa i oddzielanie ziaren przez wnikające w nie porosty (produkujące destrukcyjne związki organiczne) co wiąże się z odpadaniem pojedynczych ziarenek piasku oraz oddzielania się cienkich łusek (eksfoliacja). Diabelska Maczuga na swoim przykładzie pokazuje selektywne działanie wietrzenia gdyż każda jej część wietrzeje w innym tempie i w inny sposób. W związku z tym pojawiło się na przykład przewężenie środkowej części jej trzonu, ciągi płytkich jamek wzdłuż granic warstw piaskowca czy przecinająca trzon szpara w dolnej części.
W górnej części ostańca umieszczono tablicę pamiątkową upamiętniającą setną rocznicę Bitwy Narodów pod Lipskiem „1813 – 1913″. Nad nią rysuje się wyraźna rynna rozpoczynająca się na górnej powierzchni skały, a obok kilka podobnych ale płytszych form, których powstanie wiąże się z efektem spływania wody po jej ścianach.Diabelska Maczuga GorzeszówSzarozielone skupienia porostów nieznacznie chronią ją (okresowo) przed niszczeniem.
Sama nazwa „maczuga” nie oddaje wiernie jej kształtu gdyż nie jest zwężoną u dołu kolumną z zaokrągloną partią szczytową. Ma wydłużony zarys podstawy, w połowie wysokości jej trzon jest przewężony, ma spłaszczoną powierzchnię górną oraz w miarę równe powierzchnie boczne. Wysokość Diabelskiej Maczugi to 8 metrów, a szerokość 2 metry (dłuższy bok podstawy osiąga 6 metrów).
Niegdyś uważano ją za rzekomy ołtarz pogański. Skała została uwieczniona na jednym z fresków M. Willmanna w świątyni w Krzeszowie.
Legenda zaś głosi, że w XII wieku kiedy cystersi budowali klasztor tak to rozzłościło diabła, który zamieszkiwał tamtejsze okolice, że postanowił go zniszczyć, zrzucając na niego głaz. Musiał to zrobić w nocy, zanim pierwszy kur zapieje, bo o świcie tracił moc. Gdy leciał z głazem w stronę Krzeszowa i był już nad Gorzeszowem wtedy koguty zaczęły piać i diabeł upuścił głaz, który spadł nieopodal gorzeszowskiej karczmy. Stąd ludzie zaczęli go nazywać Czarcią Maczugą lub Czarcim Głazem.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Gacek brunatny

przez , 01.kwi.2015, w Flora i Fauna

Gacek brunatny w locieGacek brunatny (Plecotus auritus, Linnaeus 1758) nazywany również gackiem wielkouchem za sprawą charakterystycznych długich uszu, należy do rodziny mroczkowatych (Vespertilionidae).
Występuje prawie w całej Europie z wyjątkiem północnych i południowych jej krańców – poza północną częścią Skandynawii, południem Półwyspu Iberyjskiego, południem Włoch i Grecji. Wschodnia granica jego występowania sięga po Ural. W Polsce znany jest z całego kraju.
Gacek brunatny jako gatunek osiadły (eurytopowy) występuje zarówno w lasach, jak i na obszarach zabudowanych, przy parkach i ogrodach. Latem kolonie rozrodcze spotykane są w budynkach, dziuplach, budkach. Są niewielkie, liczą od kilku do kilkudziesięciu (30) dorosłych samic, chociaż zdarzają się większe, dochodzące do 100 samic.
Chętnie korzysta też ze skrzynek lęgowych preferując skrzynki przestrzenne, a nie płaskie. Pojedyncze osobniki kryją się w bardzo różnorodnych miejscach – także pod mostami czy w podziemiach. Stwierdzono, że samce i samice z danego terenu trzymają się razem najprawdopodobniej przez całe życie, wybierając kryjówki położone w pobliżu siebie. W koloniach samic dość często spotykane są dorosłe samce. Osobniki najczęściej przez całe życie korzystają z tej kryjówki letniej, w której przyszły na świat.

Jest małym nietoperzem o długości ciała 5 – 6 cm i wadze 5 – 10 gram, z futrem na grzbiecie żółtobrązowym lub brązowym, a na brzuchu białawym. Podobny jest do gacka szarego i w związku z tym do około 1960 roku gatunków tych nie rozróżniano, używając polskiej nazwy gacek wielkouch.
Błony lotne brązowawe, ucho bardzo duże, długości przedramienia, szerokie. Uszy stykają się (nie zrastają) u nasady. W czasie spoczynku najczęściej są ukryte pod skrzydłami, a widoczne pozostają jedynie koziołki. Koziołek nożowaty, od połowy zwężony o 1/2, o długości do 18 mm. Błona skrzydłowa przyczepiona u nasady palców stopy. Ostroga sięga do połowy odległości między piętą a ogonem, czasem nieco bliżej. Płatka brak. Koniec ogona wystaje poza błonę ogonową na ok. 3 mm. Przedramię długości 35 – 43 mm.
Czaszka jest łagodnie wyprofilowana, nieco mniejsza niż u gacka szarego. Długość kondylobazalna czaszki wynosi 14 – 15,6 mm, długość żuchwy 9,4 – 11 mm, wysokość gałęzi żuchwy 2,6 – 3,2 mm. Szczęka górna zawiera 2 siekacze, 1 kieł, 2 przedtrzonowce i 3 trzonowce, a szczęka dolna 3 siekacze, 1 kieł, 3 przedtrzonowce i 3 trzonowce. Rozpoznanie płci jest możliwe tylko u osobników trzymanych w ręku – u samca wyraźnie jest widoczne prącie.Gacek brunatnyOkres godów jest bardzo rozciągnięty w czasie gdyż trwa od jesieni do wiosny, z obniżeniem aktywności w okresie zimy. Wówczas w różnorodnych podziemiach samce odbywają loty godowe, zlatując się tam nawet z kryjówek dziennych położonych w odległości kilku kilometrów. Podczas lotów emitują głosy godowe, które mają na celu zwabienie samicy. Samica rodzi jedno młode (rzadko dwa) na przełomie czerwca i lipca. Młode gacki uzyskują zdolność lotu po około 4 – 5 tygodni, a samodzielność po dalszych dwóch tygodniach. Samica i młode w kolonii bezbłędnie się rozpoznają.

Zimą występuje w bardzo różnych kryjówkach, preferując obiekty małe, najczęściej chłodne, hibernując w szerokim spektrum temperatur. Może znosić krótkotrwałe spadki temperatury do -8′C. Dominuje w małych, przydomowych piwnicach, gdzie jest zwykle najliczniejszym gatunkiem nietoperza, licznie występuje w chłodnych jaskiniach, fortach itp. Spotykany jest także w studniach, dziuplach drzew i na strychach (w dwóch ostatnich sporadycznie). Będąc gatunkiem osiadłym, sezonowe przeloty do i z zimowych siedlisk nie przekraczają kilkudziesięciu kilometrów (maksymalny przelot to 88 km). W stan hibernacji zapada między wrześniem a październikiem, z którego budzi się w marcu lub kwietniu. Podczas spoczynku, zwłaszcza zimą, mogą wisieć swobodnie uczepione stropu zimowiska i owijać się częściowo skrzydłami, tym samym upodobniają się do podkowców. Zimuje najczęściej pojedynczo, rzadko tworząc skupiska po kilka osobników.Gacek brunatny (1)Gacki brunatne żerują latając w pobliżu koron drzew i krzewów, często zbierając drobne bezkręgowce z liści czy ścian budynków, powoli i zwrotnie. Podstawowymi ofiarami są muchówki, motyle, ćmy (zwłaszcza z rodziny sówkowatych), skorki, gąsienice, chrząszcze. Atakując owada, gacek brunatny przerywa echolokację i kieruje się słuchem biernym, nasłuchując wielkimi uszami dźwięki wydawane przez ofiarę, np. trzepoczącą skrzydłami. Pozwala mu to na chwytanie motyli nocnych zdolnych do słyszenia ultradźwięków, niedostępnych jako pokarm dla innych gatunków nietoperzy z rodziny mroczkowatych.
Sygnały echolokacyjne gacków są bardzo słabe, najcichsze spośród wszystkich naszych nietoperzy, są słyszalne z odległości około 2 – 3 metrów. Gacek brunatny emituje głosy brzmiące w detektorze jak serie suchych trzasków, najgłośniej słyszalne na częstotliwości 40-50 kHz i służą im jedynie do orientacji w przestrzeni, między innymi do lokalizacji przeszkód. Podczas żerowania korzysta w mniejszym stopniu z echolokacji, często lokalizując ofiary na słuch, a także wzrokiem. Poluje w pobliżu kryjówki, zwykle w promieniu 1 km, nie oddalając się od niej na więcej niż 3 km.

Osiąga swój maksymalny wiek – 30 lat. Najdłuższy stwierdzony w Polsce to 7 lat i 3 miesiące.
Gacek brunatny objęty jest w Polsce ochroną ścisłą jako gatunek wymagający czynnej ochrony. Dodatkowo wszelkie zimowiska nietoperzy, w których w ciągu trzech kolejnych lat choć raz stwierdzono ponad 200 osobników tych ssaków, mogą mieć wyznaczoną strefę ochrony całorocznej, która obejmuje pomieszczenia i kryjówki zajmowane przez nietoperze (Rozporządzenie Ministra Środowiska z dnia 28 września 2004 r. w sprawie gatunków dziko występujących zwierząt objętych ochroną, Dz. U. nr 220, poz. 2237). Zamieszczony jest w załączniku IV Dyrektywy Rady EWG w sprawie ochrony siedlisk naturalnych oraz dzikiej fauny i flory. Wymieniony jest także w załączniku II Konwencji Berneńskiej.Gacek brunatny (2)Ponieważ Gacek brunatny i Gacek szary jako gatunki są trudne do rozpoznania, zostanie przytoczone kilka charakterystycznych cech umożliwiających odróżnienie ich, natomiast samo oznaczenie tych dwóch gatunków powinno następować na podstawie kompleksu cech. I tak najlepszymi cechami pozwalającymi odróżnić oba gatunki są:

1. Barwa ciała:
- wierzch ciała gacka brunatnego jest brązowy lub brązowożółty, u młodych osobników brązowoszary. Spód jest białawy, żółtawy lub żółtawobrązowy, z wyraźnymi ciemniejszymi plamami w okolicach piersi i ramion. U gacka szarego natomiast wierzch ciała jest szary, szarobrązowy lub szaro-oliwkowy, spód zaś jest białawy lub jasnoszary, sporadycznie z żółtawym odcieniem na piersi. Barwy grzbietowej i brzusznej części ciała są u gacka szarego bardziej skontrastowane niż u gacka brunatnego. Należy pamiętać o tym, że młode, lotne osobniki gacka brunatnego mają ciemny, szarobrązowy wierzch ciała i głowę, a także mogą mieć uszy i koziołki ciemniejsze niż zwierzęta dorosłe.
2. Kolor i kształt pyszczka:
- nieowłosione części pyszczka gacka brunatnego są najczęściej  barwy cielistej, podczas gdy u gacka szarego zawsze są ciemne, szaro pigmentowane. Pyszczek u gacka szarego jest bardziej „wydłużony” niż u gacka brunatnego, u którego wokół nozdrzy występują łatwo zauważalne fałdy skórne tzw. rozdęcia.
3. Kolor i kształt uszu/koziołka:
- Gacek brunatny ma krótsze, węższe i jaśniejsze uszy niż gacek szary. Koziołek u niego jest węższy, szerokość nie przekracza 5,5 mm, jasny, cielisty, jednak można spotkać osobniki u których koziołki są ciemno pigmentowane.
4. Wielkość brodawek nad oczami:
- Gacek brunatny posiada brodawki wielkością zbliżone do średnicy oka i są one dobrze zauważalne u hibernujących nietoperzy. U gacka szarego brodawki nad oczami są mniejsze od średnicy oka i u hibernujących osobników są słabo widoczne.
5. Długość kciuka i jego pazura:
- u gacka brunatnego długość kciuka bez pazura przekracza 6 mm, a pazur tego palca mierzy od 2,5 – 3 mm. U gacka szarego długość kciuka nie dochodzi do 6 mm, a pazura zwykle osiąga 2 mm, chociaż może nieznacznie przekraczać tę wartość.
6. Wielkość i owłosienie stóp:
- Gacek brunatny ma stopy większe o długości 9 – 10 mm i wyraźnie owłosione, natomiast gacek szary ma małe, słabo owłosione stopy o długości około 6 – 8 mm.
7. Wielkość i kształt penisa:
- penis jest szerszy u nasady i zwężający się ku końcowi u gacka brunatnego, natomiast u gacka szarego jest węższy u nasady i rozszerza się ku końcowi.
8. Wielkość górnych kłów i przedtrzonowców:
- u gacka brunatnego w szczęce górnej kły są mniejsze, a pierwsze zęby przedtrzonowe większe i wyraźnie widoczne. U gacka szarego kły są wyraźnie większe w porównaniu z pierwszymi zębami przedtrzonowymi, te ostatnie są słabo widoczne bez użycia lupy.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , więcej...

Wampiry. Legendy, mity i fakty

przez , 24.mar.2015, w Galimatias

WampirCzy wiecie, że legendy o wampirach są opowieściami o samych wzniesionych?
Cała ta historia o wampirach powstała za czasów inkwizycji. Na zlecenie pewnego biskupiny katolickiego powstała pierwsza książka poruszająca ten temat, a chodziło właściwie tylko o to, by pokazać światu zakrzywiony obraz Nas, by sprawić by ludzie się Nas bali i omijali! Kolejnym powodem całej tej historii było pokazanie ludziom, że należy z Nami walczyć i był to sposób zaaprobowania i zalegalizowania tych wszystkich praktyk i sposobów, całego tego procederu jakim było wtedy palenie czarownic na stosach, całej ta inkwizycji i krucjat prowadzonych przeciwko tym, którzy znali prawdę!

Cóż… Ówczesne władze kościoła bardzo się Nas obawiały, bowiem uwalnialiśmy owieczki z pod ich niewolniczych ramion! Ludzie stawali się wolni, poznawali prawdę o samych sobie, odkrywali sekrety życia i śmierci! Między innymi odkrywali w końcu to, co tak naprawdę przechodził Jezus syn Józefa, zwany Jeszuą. Ponieważ sami przez to przechodzili!

A wiecie co się wtedy działo, gdy nagle ta cała prawda wychodziła na jaw? Ludzie odchodzili od kościoła i ściągali za sobą innych! Kościół zaś tracił władzę i kontrolę nad ludźmi, tracił swoich zwolenników i musiał wobec tego coś z tym zrobić! Tak więc stworzył mit o ciemnych, złowieszczych istotach mających podobno ściągać wszystkich naiwnych z ich jedynie słusznej dróżki prowadzącej ich do czystego, cieplutkiego nieba! Kłamstwa i cała hipokryzja kościoła bardzo szybko wychodziła na jaw i kościół musiał mocno zainterweniować, w innym wypadku jego przyszłość bladła w szarych kolorach! Wzniesieni byli dla ówczesnych władz bardzo niebezpieczni i kościół postanowił raz na zawsze się ich pozbyć. Tak rozpoczął się czarny i trudny czas dla wielu ludzi, czas wielu tortur, wielu niewinnych śmierci! A Ja postanowiłem się dziś z wami podzielić Tym, co w tych legendach jest prawdą, a co jest tylko mitem.

Dziś wykażę, że cała ta legenda o wampirach jest tak naprawdę opowieścią opowiadającą o przepięknych wręcz istotach! Na przestrzeni wieków ludzie różnie nas nazywali. Ludzie antycznego Rzymu, czy antycznej Grecji nazywali nas Słonecznymi Bogami, wschodnie kultury zwały nas Buddami i Oświeconymi. Historie o tak zwanych pożeraczach grzechów także są historiami o Nas! Jesteśmy tym, do czego zmierza życie każdego z was, celem każdego człowieka jest przemiana polegająca na integracji całej Duszy, zwana procesem ponownych narodzin. W tym procesie, każdy człowiek odkrywa w końcu swoje prawdziwe anielskie, boskie dziedzictwo i rozpoznaje prawdę o sobie, o tym kim jest, o tym skąd pochodzi i o tym dokąd zmierza. W procesie ponownych narodzin każdy człowiek staje się Mistrzem Wzniesionym, tak zwanym suwerenem, doświadcza mistycznej śmierci, która uwalnia go z koła cykli narodzin i śmierci. W końcu odkrywa całą istotę własnej istoty, własnej prawdziwej natury i w ten sposób uwalnia się z pęt iluzji, nazywanej często więzieniem z otwartymi wrotami.

Zatem, zaczynamy:
1. Picie krwi innych ludzi, czy zwierząt jest mitem! Nie odżywiamy się krwią, odżywiamy się jak cała reszta ludzi Energią! Lecz nawet Tej nie potrzebujemy ściągać od innych z zewnątrz, bowiem mamy swoje własne źródło wręcz nieskończonej energii, które znajduje się w każdym z nas! Nawet wy zwyczajni ludzie także je posiadacie, choć z niego nie korzystacie…
Przede wszystkim chcę wam opowiedzieć o tym, że nie żywimy się krwią innych ludzi. Nie mamy potrzeby poszukiwać pożywienia w taki sposób, bowiem każdy wzniesiony ma dostęp do źródła niesamowitej niewyczerpywanej energii, kryształowej, księżycowej, która zawsze jest pełna, której nigdy nam nie zabraknie! W momencie chrztu wodnego, każdy uzyskuje dostęp do studni wody żywej, która fizycznie jest w nim samym! Każdy z was ma tą studnię w sobie, tylko, że u większości ludzi jest ona zamknięta. Tak więc żaden wzniesiony nie potrzebuje poszukiwać pożywienia nigdzie na zewnątrz!

Niech to będzie w końcu jasne, krwiożercze wampiry pijące krew innych ludzi to mit!Wampir (1)Wyobraźcie sobie moi drodzy ludzie, wszyscy tak naprawdę żywimy się energią. Można czerpać ją z wielu różnych źródeł, właściwie to jest jej tu nieskończenie wiele, otacza was ze wszystkich stron, głaszcze i pieści wasze ciała. Istnieje w powietrzu, którym oddychacie, istnieje w wodzie, którą pijecie, istnieje w pożywieniu, które zjadacie. Gdy tak sobie spożywacie obiad, kolację, czy śniadanie, bez względu na to, czy będzie to owoc, roślina czy danie mięsne, w każdym z tych dań jest tej energii więcej lub mniej, oczywiście bywa, że wasze pożywienie które zjadanie jest bardzo skąpe energetycznie, bądź nie posiada jej wcale, lecz jest to tylko wynik waszego braku szacunku do waszych zwierząt, roślin, do wszystkiego, z czego przyrządzacie sobie te wasze posiłki.

Wzniesieni nie potrzebują odżywiać się w taki sposób, lecz jak najbardziej mogą w dalszym ciągu cieszyć się spożywaniem w taki dosyć fizyczny sposób. I jeśli jakiś wzniesiony cieszy się fizycznym posiłkiem, to nie robi tego z konieczności, lecz z czystej przyjemności i radości samego jedzenia! Ja sam odzwyczaiłem się już dawno od starego sposobu jadania, nie jadam śniadań, ani obiadów, ani kolacji, z reguły jest to jeden niewielki posiłek, pyszna kanapka z uwielbianym przeze mnie serem, czy pizza od czasu do czasu, a bywa też i tak, że w ogóle nie myślę o jedzeniu nawet przez parę dni… Wzniesieni nie potrzebują poszukiwać pożywienia na zewnątrz samych siebie, wręcz przeciwnie, są dosłownymi tryskającymi fontannami energii, która także dostępna jest dla innych ludzi, zwierząt, czy roślin i całego świata nas otaczającego!

Po pierwsze nie żywimy się krwią, lecz energią, co nie czyni żadnej różnicy między nami, bowiem wy wszyscy pożywiacie się właśnie energią, tylko bierzecie ją z pożywienia czy powietrza, my nie musimy nawet jeść, bowiem nasze własne studzienki tej energii wystarczają nam w zupełności, by zachować silne i zdrowe ciała, i pełną jasność umysłu!

2. Prawdą jest jednak to, że gdy rozpadają się nasze ciała, nie pozostaje po nich nawet pył! W momencie zakończenia naszego życia tutaj, nasze ciała ulegają natychmiastowej transformacji i po prostu znikają, bywa, że ulegają natychmiastowemu spaleniu. Zwał jak zwał, nie grzebiemy własnych ciał, ponieważ zabieramy je ze sobą, są częścią naszej Duszy, tak więc czemu mielibyśmy je zostawiać? No właśnie. To jest więc akurat prawdą. Lecz mitem jest to, jakby to miała być jakaś kara boska, wręcz przeciwnie, jest to Boski Dar który każdy z nas w odpowiedniej godzinie daje samemu sobie.
Ludzie, nie jesteście stąd! Wyobraźcie sobie, że jesteście niesamowitymi wysoko wibracyjnymi istotami! Świetlistymi istotami! Lecz podczas pierwszych narodzin zawsze wciela się bardzo niewielka cząstka waszego światła! Tak więc gdy kończy się wam energia i gdy wasze ciała umierają, ta niewielka cząstka waszego Ducha nie spala waszych ciał, tylko odchodzi. Pozostawiona cząstka waszej energii woła was i nie pozwala odejść. Jeśli macie szczęście, wasze ciała są kremowane i nawet ta cząstka was samych od razu łączy się z wami i wy to czujecie, odbieracie jak najbardziej! W innym wypadku, część waszej energii pozostaje po waszej śmierci na ziemi, co ściąga was tu do ponownego życia bardzo szybko!

Gdy ludzie przechodzą swoje ponowne narodziny, podczas tego procesu wciela się cała reszta światła Duszy! Tak więc my wzniesieni różnimy się od was tylko tym, że mamy do naszej dyspozycji nie tylko malutką cząstkę naszego światła, lecz wszystko! Tak ogromna ilość światła jest powodem i przyczyną tego, że w razie śmierci, nasze ciała ulegają całkowitej, momentalnej transformacji, nie pozostaje po tym nawet popiół! Nie tracimy wtedy naszych ciał, ulegają one tylko transformacji w tak zwane widmowe ciała, które dowolnie mogą się stawać mniej lub bardziej fizyczne. Tak więc dla nas śmierć nie jest końcem, ani początkiem, jest tylko przemianą w istnienie, które nie ma końca!

3. Kolejny mit, czy może niewłaściwa interpretacja: Nie boimy się światła słonecznego naszej fizycznej gwiazdy! Wręcz przeciwnie, uwielbiamy Je!
Tak więc i tu nie różnimy się aż tak bardzo, prowadzimy w zasadzie normalne życie, tak jak i wy drodzy ludzie! Kochamy światło dnia, lecz także uwielbiamy światło gwiazd na tle nocnego nieba! Tak jak i wy! Nie ma żadnej różnicy! Jedni prowadzą normalny dzienny tryb życia i w nocy odsypiają; inni odwrotnie, prowadząc tryb nocny, odsypiają za dnia, co w zasadzie nie czyni przecież z nich jakichś krwiożerczych istot, prawda? Zwróćcie uwagę na to, co napisałem punkt wyżej… o naszej świetlistej naturze, nie tylko świetlistej naturze wzniesionych, lecz świetlistej naturze wszystkich ludzi! Wszyscy jesteśmy słonecznymi Bogami! Tyle, że nie wszyscy o tym wiedzą… Nie wszyscy pamiętają…Księżyc4. Nie boimy się krzyża czy wody święconej! To jest akurat jak najbardziej MIT stworzony przez ówczesne władze kościelne, jeszcze za czasów inkwizycji i polowania na czarownice.
Bardzo dziwna właściwie jest sprawa z tym strachem przed krzyżem czy innymi kościelnymi symbolami i emblematami. Każdy nowo-narodzony, każdy wzniesiony przechodził cały proces ponownych narodzin, polegający na przechodzeniu przez kolejne etapy wzniesienia, cała ta droga to niesamowite doświadczenia, jednym z nich jest właśnie doświadczenie ukrzyżowania! Czemu więc wzniesiony miał by się bać krzyża? Przecież jest to właściwie symbol niesamowitego doświadczenia, w którym każdy wzniesiony właściwie pozostaje do samego końca życia w ludzkim ciele! A woda święcona? To także symbol, symbol energii, księżycowej energii, którą się każdy z nas pożywia, nie tylko wzniesieni! Tak więc są to mity, jak najbardziej mity! Stworzone tylko po to, by wystraszyć ludzi, by jednocześnie sprawić jeszcze większy strach i bojaźń przed piekłem i grom wie, czym jeszcze.

5. Kolejny mit, czosnek! Więc niech będzie wiadome, że czosnek jest ulubioną przyprawą i także daniem wielu, bardzo wielu wzniesionych!
A tak! Od czasu do czasu lubię sobie skrobnąć ząbek czosnku czy dwa, jest to niesamowita przyprawa występująca w wielu moich daniach! Och ten czosnek! Kochany i jakże cenny, niezastąpiony w wielu potrawach!

6. A teraz sprostowanie, po części mit, po części prawda… Wzniesieni biorą pełną odpowiedzialność za siebie, to znaczy, że płacą za wszystko co wybiorą. Ludzie właściwie nie, ale nie do końca, bo w pewnych sytuacjach i ludzie są zmuszeni wziąć odpowiedzialność za samych siebie, a tyczy się to takich sytuacji, gdy zwykły człowiek spotka na swojej drodze wzniesionego!

Wielu ludzi w zamierzchłych czasach ogromnie obawiało się wzniesionych, bowiem w momencie starcia z nimi, podobnie jak wzniesieni mają to na co dzień, musieli zmierzyć się z doświadczeniem, w którym byli zmuszani do wzięcia odpowiedzialności za samych siebie! Nic takiego się właściwie nie dzieje, gdy zwykły człowiek uderzy zwykłego człowieka, czasem jest odwet, czasem nie ma… Lecz gdy ktoś będzie miał pecha uderzyć wzniesionego, poniesie za to odpowiedzialność czy będzie tego chciał czy nie. Będzie musiał przyjąć doświadczenie zwrotne, albo się wykupić dokonując spłaty w walucie energetycznej, cała suma zostanie przelana wtedy z jego własnej energii! Wierzcie mi, doświadczenie wymiany energetycznej będzie dla niego nie lada przeżyciem! Gdy wzniesiony pozwala sobie uderzyć kogoś, jest to jak najbardziej normalne i naturalne, że oddaje wtedy pewną część własnej energii. Tak to działa! Nie ma więc żadnej różnicy w tym, czy wzniesionego uderzy inny wzniesiony, czy zwykły człowiek, odpowiedzialność będzie musiała zostać poniesiona! I ostatnia wskazówka, nie ma potrzeby szukania winnych, to co ma się stać, po prostu się stanie w taki czy inny sposób! Przed boską sprawiedliwością nikt się nie ukryje!

Podzielę się z wami jeszcze pewną ciekawostką, w tej chwili po ziemi chodzi bardzo duża ilość wzniesionych, nie idzie mi o liczby liczone pojedynczo, mowa tu o tysiącach wzniesionych, a ta liczba wciąż wzrasta! W taki sposób ziemia wchodzi w czas, w którym ludzie czy tego chcą czy nie chcą, będą zmuszeni wziąć w końcu odpowiedzialność za siebie i za swoje własne wybory! Tak zostało to pomyślane i wszyscy zainteresowani się na to zgodzili! Dzieje się to właśnie w tej chwili! Tu i teraz! W ten sposób ziemia w niedługim czasie zajaśnieje światłem i szacunkiem do wszelakiego życia, jakiego w tej chwili brakuje… Gdy człowiek stanie twarzą w twarz z własną śmiercią, będzie musiał zacząć liczyć się z tym, że ktoś inny ma prawo żyć podług własnej woli i na swój własny sposób, rozumiecie?

Wielu ludzi w ziemskiej przeszłości doświadczyło tego fenomenu i zinterpretowało to jako akt działania wampira, oczywiście zgodnie z wydaną książką o wampirach, która została wydana i rozpowszechniona na zlecenie ówczesnej władzy kościelnej… Cóż, nie dziwne, że ludzie się bali, ale prawda jest taka, że ponosili jedynie własną odpowiedzialność za samych siebie! Nic więcej! My wzniesieni ponosimy odpowiedzialność na co dzień, dla nas to jest chleb powszedni, bardzo niesamowity wręcz, bo uczy szacunku do życia! Gdy przejdziesz przez coś takiego kilka razy, w końcu zaczniesz myśleć i zastanawiać się nad własnym sposobem życia! A gdy staniesz przed wyborem: umrzeć czy żyć? Co wybierzesz? To tyle… Resztę zachowam dla siebie…

Pamiętajcie ludzie, wszystko co się dzieje we Wszechświecie jest w jak najlepszym porządku!
Tak więc żyjcie jak sami chcecie i pozwólcie na to samo innym!
Ty jesteś Bogiem także!
I tak to jest.

autor: Samuel Blog Księżycowy

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o Krzysztoforach…

przez , 16.mar.2015, w Legendy

KrzysztoforyPrzed laty w Krakowie w pięknej kamienicy mieszkał alchemik Krzysztof. Wtedy w piwnicach działy się podobno dziwne rzeczy, a sam właściciel gromadził w nich niezliczone skarby.
Wielu mieszkańców miasta właśnie wtedy zaczęło nazywać kamienicę Krzysztoforami, a nazwa ta przyjęła się całkowicie, gdy kilka lat później umieszczono na fasadzie budynku figurę świętego Krzysztofa.
Z czasem Krzysztofory stały się siedzibą ważnych osobistości i często odbywały się tu przyjęcia.

Na jedno z nich młoda kucharka miała ugotować rosół. Ale kogut, z którego miał zostać przygotowany obiad, wyrwał się dziewczynie z rąk i uciekł po schodach do rozległych piwnic. Kucharka ruszyła za nim, jednak klucząc wśród ciemnych korytarzy zgubiła drogę.
Aż nagle dostrzegła jakiś błysk i przed nią stanął kogut z rogami na głowie. Przelękła się ogromnie, gdyż był to sam diabeł!
- Nie bój się mnie. Za to, że mnie nie zabiłaś, dostaniesz tyle złota, ile uniesiesz. Ale jest jeden warunek, nie możesz obejrzeć się za siebie – powiedział diabeł i napełnił kucharce złotymi monetami cały fartuszek.

Rozradowana dziewczyna ruszyła w drogę. Już była przy samych drzwiach, już miała przekroczyć próg, gdy ciekawość w niej zwyciężyła i spojrzała za siebie. Wtedy ciężkie drewniane drzwi zatrzasnęły się z hukiem i odcięły kucharce piętę. Skarby jednak zostały w jej fartuszku.
W podzięce za ocalenie od diabła, dziewczyna ufundowała w kościele Mariackim kaplicę. A pozostałe skarby podobno nadal zalegają w piwnicach Krzysztoforów i czekają, aż ktoś je odkryje.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , więcej...

Studnia dusz

przez , 10.mar.2015, w Ciekawe miejsca

StudniaW tej historii nie ma postaci jednoznacznie pozytywnych i negatywnych. Jednak przez ostatnie kilka wieków miasto przechodziło z rak do rąk, pojawiały się i znikały budynki. Zanikała również ludzka pamięć. Jednak niektóre wskazówki zapomnianej legendy nadal pobudzają wyobraźnię i odświeżają pytanie czy Koźle to miasto przeklęte?
Spacerując w piątek po Koźlu postanowiliśmy sprawdzić, legendę związaną z założeniem tego miasta. I nie dotyczy czasów Bolesława Krzywoustego, ale jeszcze wcześniejszych, gdy na wzgórze położone w dolinie Odry przybyli Celtowie. W końcu nie jest żadną tajemnicą, że przybyli oni na tereny Śląska już w V wieku przed naszą erą.

Legenda
Legenda głosi, że na miejscu kozielskiego kościoła p.w. św. Zygmunta i św. Jadwigi Śląskiej rósł przez wiekami potężny dąb, pod którego rozłożystymi konarami założono celtycką osadę. Rozwijała się ona przez wiele lat do momentu gdy na początku X wieku na teren dzisiejszego miasta przybyli Chrześcijanie. Przez pierwsze lata egzystencja tych dwóch grup rozwijała się poprawnie. Nie zapominajmy, że i dla Słowian dęby miały magiczną moc, a wiara w nowego Boga była tak krucha, że jeszcze w XII wieku dochodziło do buntów i powstań przeciwko nowej wierze.
Tak było i w Koźlu. Jak wiemy pierwsze historyczne zapisy związane z miastem wspominają o wizycie w nim Bolesława Krzywoustego. Nie wiadomo dlaczego przyjechał. Być może, jak mówi legenda, miało to związek z buntem pogańskim, który wybuchł w Koźlu po próbie wycięcia świętego gaju. Dalsze wydarzenia, usprawiedliwiając władcę, związane były z jego troską o jedność terytorialną młodego kraju, co wówczas tożsame było z utrzymaniem religijno – państwowego monolitu.

Na wezwanie wypędzonego kleru, Bolesław Krzywousty przyjechał do Koźla, otoczył gród i dał obrońcom możliwość poddania się, wydania organizatorów buntu, wycięcie drzew i postawienie w tym miejscu kościoła – co było naturalną koleją rzeczy, ponieważ zazwyczaj nowe ośrodki kultu powstawały na starych. Jak można domniemywać spotkało się to z negatywną odpowiedzią druidów i związanych z nimi wyznawcami starych obrzędów.
Książę wziął gród siłą, a obrońców wyciął w pień. Jak wszyscy wiemy w miejscu ówczesnego gaju zbudowano kościół, w miejscu którego stoi dzisiejszy. To jednak nie koniec historii. W tym miejscu zaczyna się najciekawszy jej fragment.
Podobno umierający druid rzucił na miasto potężną klątwę, która ma mu towarzyszyć przez wieki. Że w mieście zawsze będzie czaiło się zło, które pewnego dnia zniszczy je od środka. Zło które będzie stało na przeszkodzie rozwojowi grodu, który powstał na kościach buntowników.Opis miejscPoszukiwania
Jako, że w każdej legendzie jest trochę prawdy, postanowiliśmy poszukać i zwrócić uwagę na kilka faktów, związanych między innymi z kozielską lożą masońską, miejscami kultu, grobami i pomnikami, tajemniczymi kamieniami granicznymi czy w końcu z obrazem Matki Boskiej z Koźla.
Zakładając, że przedwojenni mieszkańcy mieli świadomość istnienia klątwy próbowali cokolwiek zmienić? Okazuje się, że tak. Legenda – legendą, dopóki nie przejdziemy się kozielską starówkę. Pierwsza (no może nie pierwsza ) rzecz, która wpada nam w oko to krzyż umocowany na dachu najstarszego kozielskiego kościoła.KrzyżW jakim celu przybiera on celtycki charakter? Czy może dlatego, aby udobruchać duszę zamordowanego przed wiekami druida? W końcu kościół stoi w miejscu ściętego przed wiekami gaju. Ale to nie wszystko. Na końcu ulicy Kraszewskiego, na budynku położonym naprzeciwko muzealnej baszty znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca Archanioła Michała. Dla tych którzy chociaż trochę znają chrześcijańską mitologię wiedzą, że to właśnie on został oddelegowany przez Boga do strącenia do piekieł Lucyfera i zbuntowane pod jego wodzą anioły. Kto jak kto, ale to ten święty jest najwłaściwszą postacią, która miałaby odstraszać zło, zawsze wtedy gdyby pojawiło się nad miastem.św. MichałTylko skąd Archanioł Michał miałby wiedzieć, że nadszedł ten, a nie inny moment, aby zstąpić z niebios? W końcu zapewne ma więcej do roboty niż tkwić na ścianie budynku. Ano właśnie. Od średniowiecza na różnych budynkach, pod rożnymi postaciami, umieszczano tak zwane maszkarony (na ścianach kozielskich kamienic można ich trochę znaleźć), których zadaniem było odstraszać zło, ewentualnie je pochłaniać.

Jednak jednym z najciekawszych i najdziwniejszych jest ten znajdujący się na przeciwko budynku byłej telekomunikacji, przy ulicy Piramowicza. Na szczycie frontowej ściany byłego klasztoru znajduje się rzeźba w kształcie trójwymiarowego, przestrzennego krzyża – symbolu wyjścia poza horyzont tej rzeczywistości.MaszkaronTo on, jak się okazuje, jest kluczowy w całej tej legendzie. Położony najwyżej, nieopodal miejsca kultu skupia na sobie całe zło panoszące się po mieście. Im więcej zła, tym większy staje się maszkaron. Im większy maszkaron, tym większe prawdopodobieństwo upadku miasta.  Jak długo wytrzyma? Kiedy przepoczwarzy się w realny byt, który przyniesie zagładę temu miastu? Tego nie wie nikt, w końcu zła nie widać, a jedynie czuć jego skutki. Czy zatem nasi przodkowie zabezpieczyli się w jakikolwiek sposób?

Otóż tak. Warto zwrócić uwagę na sąsiednią kamienicę. Na jej rogu znajduje się rzeźba przedstawiająca rycerza, który przed wojną podobno zdobił klub miłośników piwa. Zastanawiającym jest to, dlaczego to właśnie rycerz? A może on wcale nie pije piwa, tylko stoi w zbroi na straży, przyglądając się w dzień i w nocy maszkaronowi z byłego klasztoru?RycerzByć może tylko on, gdy z maszkarona wypełźnie zło, otworzy wielowymiarowy portal i sprowadzi zaklętego w płaskorzeźbie Archanioła Michała. To, że zło tkwi w tym mieście od lat, przede wszystkim oddziaływając na ludzi, wiadomo nie od dziś. Zło ciągnie do blichtru, sławy, władzy i pieniędzy pozostawiając prostaczków niejako na zapas lub jako ofiary czegoś potężniejszego, oddziaływającego ponad nimi. Źródło zła znajduje się w podziemiach miasta, o których od wielu lat krążą niesamowite legendy, jednak żaden odważny nie zapuścił się jeszcze do nich, aby sprawdzić do kryją. Co jakiś czas podejmowane są próby, chociażby pod przykrywką ubiegłorocznych wykopalisk. Jednak na próżno. Raczej pewne jest to, że jeżeli zło wypełznie na wierzch, zadaniem świętego Michała będzie je na powrót strącić w otchłań.

Czy wiemy gdzie się to odbędzie? Tego nie wiedzieliśmy do ostatniego piątku i wizyty na starym kozielskim cmentarzu. Ktokolwiek na nim był wie, że jest jednym z najciekawszych i najbardziej tajemniczych na terenie miasta. Niestety również najbardziej zniszczony. Skute po wojnie napisy informują nas na większości z nich jedynie o niepełnej dacie urodzin i śmierci spoczywających tam osób. Jednak na jednym z nich znaleźliśmy wizerunek skierowanego w dół pentagramu. (za wiki: „Pentagram zwrócony jednym wierzchołkiem ku dołowi zwany jest Pentagramem Odwróconym, Czarnym, lub Pentagramem Baphometha. Pentagram Baphometha przedstawia profanum – człowieczeństwo, odzwierciedla on wyższość żądz i emocji nad rozumem, jest powszechnie uważany za znak satanistyczny, chociaż często mylony z Pentagramem Białym”)PomnikPentagram na nagrobku wraz z krzyżem? Na początku XX wieku? Nie zastanawialiśmy się nad tym, dopóty nie przypomnieliśmy sobie się, że w Koźlu do połowy XIX wieku miała swoja siedzibę loża masońska, która w 1856 roku przeniosła się go Gliwic. Praktycznie nic o niej nie wiadomo, poza faktem, że ówcześnie gromadziła ona pod swoimi skrzydłami znamienite i bogate osoby, między innymi mieszczan, kupców jak również oficerów. Być może samego komendanta twierdzy Koźle, którego grób według legendy znajduje się na wzniesieniu położonym naprzeciwko kozielskiego domu kultury.

Jaki był cel ich działalności na terenie miasta? Nie wiemy. Nie wiemy również dlaczego je opuścili pozostawiając rozsiane pamiątki. Faktem natomiast jest, że wkrótce po wyprowadzce z miasta, zapadła decyzja o likwidacji twierdzy co zapoczątkowało rozbudowę miasta w kierunku obecnego osiedla Rogi. Jakie znacznie miał dla nich kozielski cmentarz? Warto zwrócić uwagę na jedną ze znajdujących się tam kaplic. Tej której architraw zdobi wizerunek promienistego oka. Być może tam właśnie spotykali się przed laty odprawiając swoje obrzędy.KaplicaMusimy przyznać, że nie chciało nam się wierzyć w tę opowieść. Archanioł, śpiący rycerz i Celtowie. Ale tak z głupia frant nanieśliśmy na mapę wszystkie znaczące punkty z terenu Koźla.

I zaczęliśmy łączyć poszczególne punty prostymi. Okazało się, że trzy z nich łączą się na Kozielskiej wyspie w punkcie, w którym znajduje się studnia.Proste-studniaPrzypadek? Może tak – może nie. Zaczęliśmy rysować kolejne linie i sprawdzać co znajduje się na ich przecięciu. Zazwyczaj nic się nie działo dopóki, dopóty nie powyliczaliśmy grobu komendanta z synagogą, budynku z płaskorzeźbą z nieistniejącym ratuszem oraz magistratu z dębami.Lokalizacja kamieniaKu naszemu zdumieniu spacerując po kozielskich plantach trafiliśmy na fragment bardzo starej alei dębowej, na końcu której znalazł się kamień graniczny. Inny niż pozostałe na terenie twierdzy, które zazwyczaj zawierały numerację. Ten ma wykute dwie litery „L-C”.KamieńPytanie czy to zwykły kamień graniczny twierdzy, czy skrót wywodzący się od imienia upadłego anioła? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami. My jednak proponujemy ponownie spojrzeć na mapę miasta.

Łącząc skarajne punkty o numerach 1, 2, 12 oraz studnię na wyspie i kamień z literami „L-C” uzyskamy pentagram, którego środek znajduje się dokładnie na kamienicy, w której rycerz z pochodnią dzień i noc czuwa nad naszym bezpieczeństwem. Pozostaje zapytać czy zadaniem pentagramu jest osłabienie rycerza czy jego wzmocnienie? Nie potrafimy odpowiedzieć na to pytanie.PentagramWynikałoby z tego, że faktycznie studnia na kozielskiej wyspie odgrywa szczególna rolę. Czy jest poszukiwanymi wrotami piekieł, z których wypełźnie zło? Kto wie? Tak czy inaczej nikt jeszcze nie sprawdził co znajduje się na jej dnie.

Czy istnieje alternatywa dla tego układu? Jakaś ochronna figura, która kiedyś chroniła Koźle? Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba się udać do najstarszego kościoła. Gdy wejdziemy do środka zauważymy wiszący na ścianie obraz Matki Boskiej z Koźla, XV-wieczny wizerunek, który trafił do Koźla około 1420 roku. Nie wiadomo jak i nie wiadomo w jakim celu. Warto jednak przyjrzeć się tej ikonie z bliska. W jej centrum zobaczymy wznoszący się nad dłonią Matki Boskiej złoty diament.Obraz Matki Boskiej z KoźlaPrzypadek? To poczytajmy co on oznacza?
(…) obdarza dobrych ludzi zdolnością koncentracji, przynosi radość i szczęście, dodaje odwagi. Daje również zwycięstwo w miłości. Diament uważany jest za symbol czystości i pokoju, kamień święty. Należy chronić go przed spojrzeniem złych ludzi. Gdy w pobliżu dzieje się zło, jego blask mętnieje. Swoich właścicieli chroni i odbija krążące wokół złe myśli i słowa. Pomoże również w odnalezieniu wewnętrznego spokoju. Jego blask sprawia, że człowiek jest zdrowy i szczęśliwy. Diament zdobyty nieuczciwą drogą przynosi nieszczęście (…)„.

Coś musiało kierować osobami, które sprowadziły do miasta akurat ten obraz, akurat z tym, a nie innym elementem graficznym. Ku przestrodze, a może ku pamięci ze wskazówką iż idealny układ zapewni ochronę przed złem.

Czy ma to związek z kościołem i śpiącym rycerzem? Sprawdźmy. W XV-wiecznym Koźlu istniała zamkowa wieża oraz rynek. O reszcie nic nie wiadomo. Możemy domniemywać, że miejsca kultu zazwyczaj pozostają te same. Zatem trzy dęby rosnące nad Odrą. Łącząc te trzy punkty uzyskamy dwie ściany poszukiwanego przez nas diamentu. Brakuje nam jeszcze jednego punktu. Najbardziej prawdopodobną lokalizacją jest obecny Plac Rady Europy.

Przed wojną mieściła się tu fontanna. Łącząc wszystkie punkty uzyskamy diament, obejmujący ochroną zarówno kościół, maszkaron, jak i rycerza.DiamentNawet po wojnie komuniści nie zabudowali tego obszaru stawiając w tym miejscu „gwiazdę”. Czyżby nawet wyznawcy czerwonego kultu na wszelki wypadek woleli dmuchać na zimne? Nowi mieszkańcy miasta zaludnili okolicę, zagospodarowywali dolinę Odry i rozbudowywali je, ale za każdym razem na drodze rozwojowi miasta stawał pożar, powódź lub inne nieszczęście. W końcu na długie lata miasto zamknęło się w murach twierdzy i dopiero w końcówce XIX wieku zaczęło się rozwijać.

Obecnie, jak wszyscy wiemy, miasto chyli się ku upadkowi. Czyżby pentagram zadziałał i rycerz zaspał? Czy zło zamieszkało jeden z charakterystycznych budynków zaburzając równowagę pomiędzy punktami zła (studnia, kamień), a dobra (tablica, grób komendanta i urząd miasta)? Czy my mieszkańcy możemy jakoś temu przeciwdziałać? Wydaje nam się, że tak.

Historię tą usłyszeliśmy ponad 15 lat temu, od przypadkowo spotkanego dziadka, gdy wraz z grupą przyjaciół odprawialiśmy obrzęd Dziadów na starym kozielskim cmentarzu.

tekst i zdjęcia: Kamil Nowak  „Fundacja Wiedzieć Więcej”

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia w Okrzeszynie

przez , 02.mar.2015, w Pod ziemią

Początek sztolniOkrzeszyn (Albendorf) to wieś położona w województwie dolnośląskim, w powiecie  kamiennogórskim,w gminie Lubawka, w tak zwanym „Worku Okrzeszyńskim”, nad rzeką Szkło,tuż przy granicy polsko-czeskiej. Udajemy się dzisiaj do tej małej uroczej miejscowości, aby stawić czoła kolejnemu wyzwaniu – XIX-wiecznej kopalni węgla. Uważa się że była ona częścią znajdującej się w bliskim sąsiedztwie dużej  kopalni węgla ,,Neue Gabe Gottes”. Wydobycie szło tu pełną parą jeszcze w latach 20-tych ubiegłego wieku. Później na wiele lat mroczne chodniki kopalni zostały opuszczone. Wszystko zmieniło się w latach 50-tych kiedy to do wyrobisk kopalni zawitali przedstawiciele Zakładów Przemysłowych R-1 poszukujący rud uranu. Uran był potrzebny Związkowi Radzieckiemu do budowy bomby atomowej. Jednak mała ilość tego pierwiastka w złożu sprawiła, że zaniechano wydobycia. Po tym krótkim uranowym incydencie kopalnia ponownie została opuszczona i stan ten trwa do dnia dzisiejszego.Poziom 0. Chodnik głównySłowo się rzekło – jedziemy. Pakujemy do samochodu niezbędny sprzęt, trochę tak zwanego „szturmżarcia” na wypadek gdyby coś poszło nie tak…
Droga zajęła nam około 30 minut. Zostawiamy samochód na poboczu i kierujemy się do wlotu sztolni, który znajduje się blisko drogi. Tuż obok płynie rzeka Szkło przez którą się przeprawiamy i po kilkudziesięciu metrach stajemy przed dużym wejściem zapraszającym do wnętrza obiektu. Czas na zmianę garderoby, założenie kasków, sprawdzenie latarek i krótką naradę „wojenną”. Jeszcze ostatnie spojrzenie na słońce i wchodzimy. Pierwsze metry wyglądają dość stabilnie, jednakże wszystko się zmienia gdy dochodzimy do pierwszego skrzyżowania wyrobisk. Obudowa górnicza wygląda katastrofalnie, stropnice i stojaki rozleciały się zalegając na spągu krzyżując się pod różnymi kątami. Setki ton skał napierają na nas nie mając już żadnej podpory w postaci obudowy górniczej. W głowie zaczynają włączać się sygnały alarmowe jak w kokpicie uszkodzonego samolotu. To dobry znak że, instynkt samozachowawczy każe wycofać się jak najszybciej z tej mrocznej dziury. Sztuką (albo głupotą) jest wyłączyć te ostrzeżenia i brnąć naprzód, zachowując wielką ostrożność.Poziom 0Na skrzyżowaniu wybieramy chodnik idący w prawo, to on zaprowadzi nas do centralnej części kopalni. Po przedarciu się przez zniszczoną obudowę dochodzimy do miejsca w którym wyrobisko staje się szersze i wyższe. Jest nieobudowane, ale sprawia wrażenie dość stabilnego. W dali wyraźnie słychać płynącą wodę. Po chwili wszystko się wyjaśnia – woda zalewa niższy poziom kopalni. To tak zwany poziom -1. My jesteśmy na poziomie 0, niższy poziom znajduje się po prawej stronie, zalany jest po same uszy i niedostępny. Kierujemy się dalej na wprost. Przed nami duży zawał, możliwy jednak do sforsowania. Za nim znajduje się wyrobisko zalane wodą na około 40 cm. W świetle latarek widać, że sztolnia się rozwidla. Mozolnie brodząc w wodzie i mule eksplorujemy oba rozwidlenia, które kończą się przodkami z wyraźną żyłą węgla. Z jednego z nich bije małe źródełko z krystalicznie czystą wodą. Oddech staje się przyspieszony, powietrze wydaje się być jakieś gęste i ciepłe, co jest znakiem ,że atmosfera w tym miejscu nie nadaje się do oddychania. Wracamy do miejsca w którym woda zalewa poziom -1. Tam po prawej stronie biegną w górę trzy pochylnie (upadowe) wydrążone pod dużym nachyleniem i prowadzą do poziomów 1 i 2.

Ostrożnie na czworaka wspinamy się na poziom pierwszy. Nie jest to łatwe gdyż spąg pochylni jest bardzo gładki i na dodatek pokryty warstwą mokrego mułu. Wreszcie po tej karkołomnej wspinaczce docieramy na poziom 1 wydrążony równolegle do poziomu 0, jednakże z tą różnicą, że przekrój wyrobiska jest znacznie mniejszy, a długość o połowę mniejsza. Widać też wyraźnie, że stabilność chodnika pozostawia wiele do życzenia. Obudowa górnicza leży pokrzyżowana na spągu, duża ilość oderwanych odłamków skalnych ostrzega nas przed pracującym górotworem. Postanawiamy jednak eksplorować go do końca, a koniec ten to wyraźny przodek i pochylnia biegnąca w prawo do poziomu 2, która jest jednak zasypana – musiało tu ostro walnąć. Wracamy do pochylni, którą weszliśmy i nią właśnie wdrapujemy się na poziom 2. Wygląda on podobnie jak 1-ka, tyle tylko że praktycznie nie posiada obudowy, spąg sztolni usiany jest oderwanymi blokami skalnymi. Tu wszystko się sypie.

Dochodzimy do jak nam się wydawało przodka, jednak okazuje się, że to potężny zawał. Blok skalny o wadze wielu ton i o przekroju identycznym jak wyrobisko oberwał się ze stropu idealnie zagradzając nam dalszą drogę. Wygląda to niesamowicie, przypominając kamienne wrota, które zostały zamknięte z ogromną siłą przez matkę naturę. Wracamy do pochylni i na tyłkach zjeżdżamy na poziom 0. Kierujemy się w stronę wyjścia. Eksploracja zajęła nam około trzech godzin. Brudni i szczęśliwi z racji powrotu do świata żywych opuszczamy Okrzeszyn. Podsumowując naszą wyprawę mogę powiedzieć, że kopalnia jest niezwykła, wielopoziomowa – znajdziemy tu odcinki sztolni w obudowie górniczej, odcinki zalane wodą, przyprawiające o dreszczyk emocji pochylnie, relikty dawnego górnictwa w postaci chociażby świdrów górniczych. Jak długa jest kopalnia? Nie wiem, nie dotarłem do szczegółowych opisów, nie jest to też dla mnie aż tak ważne – ważne, że dostarczyła ogromnej ilości adrenaliny, a o to w tym wszystkim chodzi.

tekst i zdjęcia: Andrzej Pastuszak

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto krnąbrnych mnichów

przez , 23.lut.2015, w Skarby

Opactwo w LubiążuW 1810 roku po sekularyzacji zakonu cystersów, zgromadzone przez nich kosztowności, nakazem króla Wilhelma przejmuje państwo pruskie, a nieruchomości m.in. prywatni właściciele. W lubiąskim klasztorze znalazła się jednak grupa krnąbrnych mnichów niegodząca się z zawłaszczeniem ich dóbr, „organizuje się”, a następnie potajemnie ucieka z ich częścią w kierunku Krzeszowa. Docierają do grangi w Winnicy, a dalej kierują się ku górze Górzec. Tam ślad po nich, a zarazem po kosztownościach urywa się. Ten wątek jest już znany. Wspominaliśmy o nim w pierwszej części „Z pamiętnika eksploratora”. W miarę upływu czasu dochodziły do nas różne informacje dotyczące „skarbu cystersów”, dywagacje ale i fakty historyczne. Co jeszcze wiadomo?

Grupa zbuntowanych cystersów dociera do Górzca. Tam najprawdopodobniej rozdzielają się. Czy zrobili to po podziale kosztowności czy też kosztowności ukryli gdzieś na jego stokach? Jeden z nich pozostaje na Górzcu i prowadzi żywot pustelnika. A może strażnika? Kim był? Czy mógł być nim brat Heinrich Ritter będący konwersem zakonnym? Wiadomym jest, że zaginęła lubiąska kolekcja 700 numizmatów stanowiąca własność cystersów. Czy złoty diadem odnaleziony w okolicach Górzca, którego kopia znajduje się w jaworskim muzeum regionalnym, jest niewielkim śladem potwierdzającym wydarzenia sprzed 200 lat?

„Skarb musiał zostać ukryty w 1740 roku lub niewiele później – wskazuje na to jego skład. Monety oddał na przechowanie w klasztorze na wieść o wojnie któryś z zamożnych mieszkańców Lubiąża, np. jeden z zamieszkałych tam artystów i rzemieślników pracujących do 1793 roku w klasztorze czy nawet bogatszy chłop z okolicy – zakopałby je pewnie brat Ritter, konwers zakonny, właściciel zaś nigdy już nie zgłosił się po nie. Wskazywać na to może historia, która mówi o tym, że ten właśnie zakonnik wydobywał pod nieobecność opata z klasztornej piwnicy pieniądze na daninę, której pilnie zażądał jeden z austriackich generałów.
– Monety ukrył w klasztorze stacjonujący tam pruski żołnierz lub robotnik klasztorny, który po bitwie pod Malczycami w 1741 roku takiego żołnierza ograbił.
– Monety stanowiły część podręcznej rezerwy gotówkowej klasztoru, ukrytej przez brata Heinricha Rittera (…).
Ze względu na wnioski wyciągnięte ze struktury skarbu (gotówka zbierana przez dłuższy czas) wykluczyć należy wariant drugi. Pierwszy zaś i trzeci są do pogodzenia, gdyż Ritter mógł pieniądze powierzone mu za przechowanie ukryć tam, gdzie chował gotówkę klasztorną; wykopując zaś skrzynie z pieniędzmi klasztornymi dzban z depozytem oczywiście pozostawił”.
(Borys Paszkiewicz)Złoty diademCzy krnąbrni bracia zabrali z lubiąskiego opactwa tylko kosztowności ze złota i srebra? Z protokołów komisji sekularyzacyjnej wiadomo jest, że wyposażenie wnętrz klasztoru w Lubiążu (w XVII i XVIII wieku) było niezwykle bogate. To nie tylko wyroby ze złota i srebra ale również ogromna kolekcja dzieł sztuki, ogromne zbiory obrazów znanych mistrzów takich jak Michała Willmanna nazywanego śląskim Rembrandtem, Christiana Bentuma czy F.A. Schefflera. Po sekularyzacji zakonu z ramienia rządu pruskiego zabezpieczeniem dzieł sztuki zajmował się doktor J.Busching. W 1811 roku wybiera on prawie 500 płócien tylko najwyższej klasy do będącej w fazie projektu galerii malarstwa we Wrocławiu. I właśnie w tym miejscu pojawia się wątek zbioru 700 starych złotych i srebrnych monet będących w posiadaniu konwentu lubiąskiego, który w trakcie sekularyzacji… zaginął!

W klasztorze znajdowały się również inne cenne przedmioty takie jak spore ilości starej broni, w tym ponad sto starych muszkietów wykończonych kością słoniową i masą perłową, pistolety, działa, wiwatówki, moździerze, a z broni białej szable, miecze i halabardy; instrumenty muzyczne, materiał nutowy zawierający starą muzykę kościelną i świecką – oratoria, msze, arie. Warto też wspomnieć o kolekcji naczyń stołowych.

„Do momentu sekularyzacji zachowało się już niewiele z poprzedniego bogatego zestawu srebrnych naczyń i nakryć stołowych używanych przez opata, gdyż klasztor w drugiej połowie XVIII wieku zmuszony był do ratowania swoich finansów sprzedażą sreber i klejnotów. W skarbcu kościelnym znajdował się jednak jeszcze: 1 złoty kielich z pateną, 25 kielichów srebrnych z patenami, srebrne cyborium, 3 srebrne monstrancje (jedna wysadzana rubinami i kamieniami szlachetnymi), srebrny pastorał opatów, 2 srebrne krucyfiksy i wiele innych przedmiotów ze srebra oraz ogromna ilość starych szat liturgicznych: samych ornatów 171, 61 dalmatyk, 14 infuł, 17 pluwiali itd. Pałac opatów posiadał bogate i kosztowne umeblowanie; bogatą bibliotekę klasztorną i archiwum wywieziono do Wrocławia”.
(Konstanty Kalinowski)Złoty krajcar z GórzcaWiększość powyższych przedmiotów została wywieziona z Lubiąża ale część z nich pozostała do czasów II wojny światowej. W 1944 roku dolnośląski konserwator zabytków profesor Gunther Grundmann, będący odpowiedzialnym z ramienia Adolfa Hitlera, a dalej władz III Rzeszy za zabezpieczenie dzieł sztuki i zorganizowanie dla nich składnic, wydaje polecenie zdemontowania części cennego wyposażenia klasztornego kościoła (w obawie przed zbombardowaniem klasztoru) i przewiezienie go do składnicy zabytków zorganizowanej w kościele w Lubomierzu. Pozostała część została ukryta w kościelnej krypcie oraz innych częściach opactwa, a to co pozostało, zostało zniszczone przez wycofujących się Niemców i następnie przez wojska radzieckie, w związku z czym po wojnie nie pozostało już nic.

Źródła niemieckie z 1936 roku podają, że w okolicach lubiąskiego opactwa odnaleziono część „skarbu cystersów” ukrytego po 1806 roku w postaci 544 talarów oraz 1/2 i 1/3 talarówki. Co ciekawe właśnie w tym roku Lubiąż odwiedził Adolf Hitler.
Od 1981 roku poszukiwaniami skarbu w Lubiążu za sprawą generała Wojciecha Jaruzelskiego i generała Czesława Kiszczaka zajęli się funkcjonariusze MON i MSW. Jakie były prawdziwe efekty poszukiwań prowadzonych w latach 1981-1982? Chyba jeszcze długo się nie dowiemy lub nie dowiemy wcale. Wiadomo, że w metalowym naczyniu znalezionym w opackim ogrodzie znajdowało się 1353 złotych i srebrnych monet (oficjalnie), które ważyły ponad 6 kg! Wówczas wartość skarbu wyceniono (według katalogów numizmatycznych) na ponad 3,8 mln zł co stanowiło równowartość 61.400 $ (w latach 1982-1983).

Przypomnijmy jeszcze tylko, że początki lubiąskiego opactwa zaczynają się w 1163 roku za sprawą księcia Bolesława I Wysokiego, który ich tu sprowadził z saksońskiego Pforte. Dwunastu mnichów, którzy stanęli na wzgórzu nad Odrą zapoczątkowało rozwój, świetność oraz bogactwo nowego założenia, przyjmując w swe szeregi wyłącznie braci ziomków. Odchodząc daleko od surowej reguły „ora et labora”, członkowie wspólnoty założonej pod koniec XI wieku w Burgundii, stworzyli wielkie centrum gospodarcze i kulturalne, śląską perłę baroku bogactwem i przepychem płynącą. Wyróżniali się nie tyle pobożnością, ile zmysłem ekonomicznym – pierwsza na świecie korporacja finansowa, inżynierowie średniowiecza, przeżywający swój największy rozwój już w XIV wieku.

Wsie, folwarki, lasy, stawy hodowlane, browary i gorzelnie, a nawet kopalnie złota. Gospodarka wolnorynkowa z czasem przestawiona na system czynszowy zwiększający dochody (i to znacznie!), po produkcję na ogromną skalę żywności i handel. Prosperita w najlepszym tego słowa znaczeniu. Posiadacze „skarbów” w postaci relikwii świętych, mających większą wartość w owych czasach niż złoto i szlachetne kamienie – dłoni św. Stanisława, Wawrzyńca, Maurycego, a nawet głowy sześciu dziewic uznanych za święte, złożone w srebrnych kielichach, w tym głowę św. Jadwigi. Lubiąscy cystersi wyspecjalizowali się również w podrabianiu dokumentów i pieczęci, które do chwili obecnej zdobią podrobione oryginały. Kres sielance położył rok 1810, a mnichów w efekcie wypędzono.Kapliczka i schody prowadzące na szczyt GórzcaCzy właśnie dlatego grupa mnichów przeczuwając nadchodzącą przyszłość podjęła decyzję o ucieczce przed nieuchronnym losem wraz z kosztownościami, by chociażby w ten sposób zapewnić sobie spokojną egzystencję na lata? Gdzie zatem są ukryte zabrane przez braci z Lubiąża skarby i jaką rolę odegrała postać mnicha pozostałego na Górzcu jako pustelnik („strażnik” Ritter?). Czy czekają nadal na swojego odkrywcę w Mniszym Lesie na stokach Górzca, Dębnicy, a może Diabelskiej Góry? Teren wymienionych szczytów wydaje się być idealnym do ich ukrycia, na dodatek doskonale znany cystersom gdyż należał do nich od połowy XIII wieku. Naturalne zagłębienia, wychodnie skał, stare XVII-wieczne sztolnie.

Na szczycie Górzca górował niegdyś nad okolicą wybudowany z inicjatywy Henryka Brodatego w XIII wieku zamek otoczony suchą fosą, która istnieje do dziś. Można zakładać, że posiadał on podziemia. Na szczyt prowadzi Droga Kalwaryjska wybudowana w 1740 roku przez cystersów. Skarb może zalegać w niedalekim sąsiedztwie jednej z kapliczek, pod schodami wprowadzającymi na szczyt jak i pod kaplicą pielgrzymkową. Również stoki Diabelskiej Góry obfitują w wiele miejsc nadających się na skrytkę. Na koniec warto też pamiętać o grangi w Winnicy (i jej podziemiach), kościele w Słupie i legendarnym podziemnym przejściu do żarskiej kaplicy oraz wielu innych, nieistniejących dziś obiektach w tym rejonie.
1353 monety przypadkowo odnaleziono. Pozostała tajemnica zaginionego zbioru 700 monet konwentu. Skarb cystersów nadal spędza sen z oczu…

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Kolegiata w Tumie

przez , 16.lut.2015, w Zabytki

Kolegiata w TumieOkoło 997 roku w Tumie powstaje pierwsze w Polsce opactwo benedyktynów pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny i św. Aleksego z fundacji Bolesława Chrobrego i św. Wojciecha. Najprawdopodobniej założenie to może być związane z szerszą akcją misyjną z 2 poł. XI wieku za sprawą odnowy monarchii piastowskiej za czasów Kazimierza Odnowiciela, jednakże około 1140 roku opactwo zostaje przeniesione do Mogilna, a budowla rozebrana w związku z realizacją nowego założenia.
Rozpoczęcie budowy archikolegiaty w Tumie nastąpiło najprawdopodobniej w 1149 roku z inicjatywy metropolity gnieźnieńskiego Janika, a konsekracja jeszcze nie w pełni ukończonej świątyni, w której brali udział wszyscy polscy biskupi i książęta oraz arcybiskup Janik (następca zmarłego w 1148 roku arcybiskupa Jakuba), odbyła się 21 maja 1161 roku. Kolegiata za patronów otrzymuje (po znajdującym się tutaj wcześniej benedyktyńskim opactwie) Najświętszą Marię Pannę i św. Aleksego. Odbyło się w niej 21 synodów prowincjonalnych (synodów łęczyckich), pierwszy w 1181 roku, a ostatni w 1547 roku, wiele zjazdów kościelnych i książęcych.

Kolegiata w Tumie założona w pobliżu dawnej lokalizacji wczesnośredniowiecznego grodu stanowi jeden z najlepszych przykładów sakralnej architektury romańskiej na terenie Polski. Ta romańska budowla, wzniesiona z piaskowca, kamienia polnego i granitu, prócz swojej funkcji religijnej w założeniu miała także pełnić rolę obronnej twierdzy. Między innymi oparła się najazdowi Tatarów w 1241 roku. Została zdobyta przez Litwinów pod przywództwem Witenesa w Zielone Świątki 1293 roku. Okoliczna ludność, która znalazła schronienie w świątyni, została po części wzięta do niewoli, a po części zamordowana i spalona wraz z kolegiatą. Litwini dokonali również spalenia grodu łęczyckiego (jego ślady są widoczne na południowy-zachód od kolegiaty). W 1306 roku Łęczyca przeżywa najazd zakonu krzyżackiego i następny w 1331 roku. Po tych wydarzeniach kolegiata pozostaje przez kilka dziesięcioleci w ruinie.Kolegiata w Tumie - nawa głównaProwadzone prace zmierzające do jej odbudowy zatarły częściowo dotychczasowy romański styl. Kolejnej odbudowy dokonano w 1487 roku po pożarze, który ją dotknął w 1473 roku. Wówczas to pojawiły się zachowane do chwili obecnej gotyckie ostrołukowe arkady, filary międzynawowe z cegły i sklepienia krzyżowo-żebrowe w nawach bocznych. W 1569 roku dobudowano do wejścia głównego przedsionek osłaniający romański portal (renesansową kruchtę), wnętrze otynkowano zdobiąc je freskami. Następnego zniszczenia dokonały wojska szwedzkie najeżdżające Łęczycę w 1705 roku. Z inicjatywy prymasa Łubieńskiego i kosztem biskupa Kajetana Sołtyka w latach 1765-1785 pod kierownictwem architekta Efraima Schregera kościół zostaje przebudowany w stylu klasycystycznym. Przebudowana zostaje nawa główna, wnętrze, okna, zachodnia fasada oraz wieża. Równolegle z prowadzonymi pracami powstaje nieopodal drewniany kościół św. Mikołaja. W 1818 roku kolegiata traci swoją rangę za sprawą kasaty zarządzonej przez rosyjskiego cara Aleksandra I Romanowa i do 1915 roku pozostaje kościołem parafialnym.

Kolejne poważne zniszczenia przynosi okres II wojny światowej. We wrześniu 1939 roku podczas trwającej bitwy nad Bzurą, w wieży północnej Niemcy ulokowali punkt obserwacyjny kierujący ogniem artylerii. Artyleria wojsk polskich skutecznie ostrzelała kolegiatę niszcząc tym samym wieżę i powodując pożar całej budowli. Gdy okolice Łęczycy zostają opanowane przez wojsko polskie świątynia zostaje zbombardowana przez Luftwaffe, powodując zniszczenie stropów i murów oraz pożar. Po wkroczeniu wojsk niemieckich istnieją już tylko mury, a pozostałości wyposażenia przysypanego gruzem i resztkami dachu splądrowano. Powojenną odbudowę rozpoczęto w 1947 roku (kierował nią Jan Witkiewicz-Koszyc) pomimo wcześniejszych planów rozbiórki budowli uznanej za nienadająca się do remontu. 20 lipca 1947 roku w oczyszczonych z gruzu murach ordynariusz łódzki odprawił pierwszą po wojnie mszę. W 1954 roku pod nawą główną kościoła odkryto fundamenty budowli opactwa benedyktynów.Kolegiata w Tumie - prospekt organowyPrace remontowe, które przywróciły zewnętrzny romański wygląd z gotyckimi cechami wnętrza, trwały przez kilkanaście lat, w trakcie których wykonano strop z betonu oraz stabilizujące ściany zapobiegające zawaleniu się sędziwych murów. Obecnie w nawie głównej dominuje styl romański, a w nawach bocznych gotycki. Podczas przypadającego w 1961 roku 800-lecia pierwszej konsekracji świątyni dokonano poświęcenia trzech ołtarzy, przywracając ją tym samym do funkcjonowania. Niestety na remont wnętrza nie wystarczyło środków, w związku z czym przez następne lata pozostawała ona niewykończona i dopiero w 1993 roku po erygowaniu kapituły łęczyckiej (25 marca 1992 roku parafia tumska została włączona do diecezji łowickiej i kościół podniesiono do rangi archikolegiaty) rozpoczął się kolejny, tym razem zakończony etap odbudowy.

Wejście do kolegiaty (od północy) prowadzi przez XII-wieczny bogato rzeźbiony portal. Z tego okresu pochodzi również rzeźba Jezusa wmurowana w ścianę prezbiterium, epitafium nagrobne przedstawiające rycerza znajdujące się w nawie południowej i malowidło figuralne w absydzie zachodniej. Trójnawowa budowla z dwuwieżową częścią zachodnią nawiązuje swoim planem do nieistniejącej już katedry wawelskiej z czasów Władysława Hermana. Jedną z pierwszych publikacji opisujących architekturę i historię kościoła jest „Archikolegiata Łęczycka w narodowo-królewskiej wsi Tumie” autorstwa miejscowego proboszcza Emila Gielca z 1930 roku. W kolegiacie znajduje się wykonany z brązu odlew krucyfiksu wykonanego w 1943 roku przez Józefa Gosławskiego. W 1999 roku sprowadzono tu z Gniezna relikwię św. Wojciecha upamiętniając to wydarzenie zasadzeniem dęba w ogrodzie okalającym kościółek św. Mikołaja. W trakcie obchodzonych w 2011 roku uroczystości 850-lecia konsekracji odsłonięto kamień pamiątkowy.Odciski pazurów Boruty na wieży kolegiaty w TumieZ tumską kolegiatą związana jest też legenda o diable Borucie, która podaje:
„Bogata panna była na Tumie. Boruta przyjeżdżał i chciał koniecznie się żenić. Przyjeżdżał ładnymi końmi. Jak był ostatni raz, ona na ślub się zgodziła, ale potem mówi do służby:
-Kto to może być? Jest człowiekiem, a ma kopyta. Jak ona powiedziała tej służbie, to ta służba poszła do księdza. Ksiądz przyszedł i panna mu wszystko wyznała. Ksiądz powiedział, że to diabeł. Jak miał się odbyć ślub, to ksiądz zamknął w kościele tę pannę, a sam czekał z monstrancją w jej domu i wtedy przyjechał Boruta na to wesele. Jak wjechał w podwyrko, to ksiądz wyszedł na próg do niego i oświadczył diabłu, że panny jego nie ma i że ta wieś nazywa się teraz Tum, bo przedtem nazywała się inaczej. Boruta chciał wliźć do kościoła, ale było pozamykane, więc ze złości chciał przewrócić kościół i widać te odciski palców Boruty na wieży. Odjechał ze swoją drużyną, bo swoją siłą nic nie mógł poradzić, bo kościół był poświęcany”.
Również Zbigniew Nienacki, autor książki „Pan Samochodzik i Święty Relikwiarz” podając opis fikcyjnej kolegiaty w Opornej inspirował się archikolegiatą w Tumie.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia Daisy

przez , 09.lut.2015, w Pod ziemią

Autor we wnętrzu sztolniHistoria górnictwa węglowego w Wałbrzychu (Waldenburg) zaczyna się w XIV wieku. Pierwszy zachowany dokument dotyczący powstania pierwszej wałbrzyskiej kopalni węgla kamiennego pochodzi z 1366 roku. Wspaniała historia górnictwa Wałbrzycha kończy się w 1998 roku, kiedy to na powierzchnię wyjeżdża ostatni wagonik z węglem. W mrocznych czeluściach sztolni zapada cisza, której niestety zapewne nic już nie zakłóci. Natomiast historia górnictwa kruszcowego na terenie Wałbrzycha i okolic jest trochę młodsza i datowana na XVI wiek. Z tego właśnie okresu pochodzą zachowane dokumenty księstwa świdnicko-jaworskiego odnoszące się do eksploatacji żył kruszconośnych wokół masywu Chełmca. Do XVIII wieku eksploatowano tu między innymi ołów, srebro, arsen, nikiel, miedź i cynk.
Dzisiaj wybierzemy się do jednej z takich kopalń, XVIII-wiecznej kopalni srebra, zwanej Sztolnią Daisy zlokalizowanej w Lubiechowie (Liebichau), który jest dzielnicą Wałbrzycha.Wlot sztolni DaisySztolnia znajduje się na terenie Książańskiego Parku Krajobrazowego. Samochód zostawiamy w pobliżu Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej – od tego miejsca do sztolni jest około 800 m. Ale bardzo mylą się ci, którzy myślą, że sztolnie jest łatwo zlokalizować. Wchodzimy do lasu, po kilkudziesięciu metrach natrafiamy na sporą ilość niewielkich dziur wykopanych przez „biedaszybowców” – widać że chłopaki robili próbne wykopy sondując głębokość zalegania węgla. Idziemy dalej, poruszając się zygzakiem, aby skutecznie przeczesywać teren. Po godzinie trafiamy na wyróżniający się w terenie kamieniołom. No cóż,  kamieniołom to kamieniołom, nie to jest celem naszej wędrówki. Podchodzimy jednak bliżej, teraz dopiero zauważamy, że obok kamieniołomu pnie się w górę ledwo widoczna dróżka – zobaczymy gdzie nas zaprowadzi. Po kilkudziesięciu metrach dochodzimy do drugiego jak nam się wydawało kamieniołomu i nagle naszym oczom ukazuje się wytęskniony widok – dwie czarne dziury zionące chłodem. A więc jednak udało się!Sztolnia DaisyW pośpiechu zakładamy kaski, sprawdzamy latarki i wchodzimy. Wejście do dolnej sztolni ma około metra średnicy, przez które z łatwością prześlizgujemy się, a za nim wyrobisko opada ostro w dół. Powoli krok za krokiem idziemy do serca tajemniczej Daisy. Świecąc latarką na wprost sztolnia wydaje się nie mieć końca, strop majaczy gdzieś wysoko niczym sklepienie katedry. Po chwili wszystko staje się jasne – jesteśmy w środku ogromnej komory wydobywczej. Kierując strumień światła na ociosy dosłownie odejmuje nam mowę z zachwytu, gdyż naszym oczom ukazują się fantastyczne formacje naciekowe, w postaci kaskad i polew, które ciągną się na znacznym odcinku. Cała sztolnia w świetle latarki mieni się jakby była wysadzana diamentami. Ostrożnie idziemy dalej i dochodzimy do szybu transportowego, który łączy sztolnie z powierzchnią. Czujemy miły, świeży powiew powietrza, w uszach dzwoni niczym niezmącona cisza, przerywana tylko chwilami przez krople wody spadające ze stropu. Z każdym oddechem i z każdym krokiem coraz bardziej zanurzamy się w świat, w którym czas zatrzymał się w XVIII wieku.

Czuć ducha tego miejsca – tylko bicie naszego serca przypomina nam, że jesteśmy tu tylko gośćmi, a może raczej intruzami przerywającymi panujący od wieków spokój i ciszę. Po przejściu następnych kilkunastu metrów natrafiamy na niszę w ociosie – wygląda na to, że próbowano drążyć nowy chodnik, jednak z jakichś powodów prace przerwano. Dochodzimy do przodka. Pora wracać do wyjścia. Nasz drugi cel to mała sztolenka nad komorą wydobywczą. Ciężko to nawet nazwać sztolnią, gdyż jest to bardzo krótki chodniczek, dosłownie kilkumetrowej długości, który łączy się z szybem w połowie jego długości. Postanawiamy wejść na szczyt wzniesienia i zobaczyć szyb od góry. Okazuje się, że wlot szybu jest bardzo niebezpieczny, gdyby ktoś nieświadomy zagrożenia tędy przechodził, to o tragedię nie trudno. Szyb posiada co prawda ogrodzenie ale jest ono tak zniszczone, że nie stanowi już żadnego zabezpieczenia.Wlot szybu transportowegoReasumując, sztolnia jest jedyna w swoim rodzaju – bogata szata naciekowa i rozmiar obiektu sprawia, że odnosi się wrażenie przebywania w prawdziwej jaskini, a nawiasem mówiąc, sztolnia posiada też swoją drugą nazwę – Jaskinia Daisy, co w stu procentach oddaje jej wygląd. Długość wielkiej komory wydobywczej wynosi 57 metrów, przy głębokości 24 metrów, a szyb transportowy ma 12 metrów wysokości.
Muszę w tym miejscu dodać, że jest jeszcze jedno wyrobisko kilkunastometrowej  długości, którego niestety nie udało nam się zobaczyć – robiło się już późno i czas było wracać do samochodu. Ale nic straconego, na pewno tu jeszcze wrócimy.

tekst i zdjęcia: Andrzej Pastuszak

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Red Tails nad Kędzierzynem

przez , 05.lut.2015, w Historia

Red Tails nad KędzierzynemZmagania militarne podczas II wojny światowej stały się w późniejszym czasie inspiracją do powstania wielu filmów, produkcji telewizyjnych, publikacji książkowych. Czytając te publikacje lub oglądając filmy często nie zdajemy sobie sprawy, że znane wojenne historie, heroizm i groza wojny utrwalone na kliszy fotograficznej lub taśmie filmowej dotyczą wydarzeń, które często działy się nieopodal miejsc, w których żyjemy czy pracujemy. Jednym z takich przypadków są działania bojowe „czarnej eskadry”, czyli 332 Grupy Myśliwskiej USAAF.

Spośród licznych celów, będących przedmiotem ofensywy bombowej 15th USAAF, zakłady paliwowe zlokalizowane na Górnym Śląsku były grupą obiektów najbardziej oddalonych od baz w południowych Włoszech, skąd operowała 15 Armia Powietrzna Armii Stanów Zjednoczonych. Wyprawy nad rafinerie w Blachowni, Kędzierzynie, Zdzieszowicach czy Oświęcimiu były misjami wyjątkowo niebezpiecznymi i długotrwałymi. Czas dolotu nad cel i powrotu na lotniska macierzyste przekraczał 8 godzin.
Samoloty lecące nad Górny Śląsk były zagrożone zarówno przez dużą koncentrację artylerii przeciwlotniczej nad celem oraz w drodze do celu, jak i przez ataki myśliwców Luftwaffe oraz lotnictwa sprzymierzonych z III Rzeszą Węgier, w tym słynnego 101. Honi Légvédelmi Vadászrepülő Osztály, czyli 101 Skrzydła Obrony Powietrznej, powszechnie znanego jako Grupa Puma.Messerschimitt Bf-109 Grupy PumaDla obrony formacji bombowców przed myśliwcami nieprzyjaciela w obrębie 15 Armii Powietrznej utworzono 2 skrzydła myśliwskie, w skład których wchodziło 7 grup myśliwskich.
Niezbyt powszechnie znany, ale niewątpliwie warty szerszego upowszechnienia jest fakt, że jedną z tych grup była chyba najsłynniejsza jednostka myśliwska Lotnictwa Armii Stanów Zjednoczonych okresu II wojny światowej – składająca się wyłącznie z czarnoskórych lotników 332nd Fighter Group, znana także jako Red Tails (od malowanych na czerwono ogonów samolotów) lub jako Tuskegee Airmen (od nazwy miasteczka Tuskegee w Alabamie, gdzie czarnoskórzy lotnicy mieli swoją bazę treningową przed wyruszeniem na wojnę).
W tym miejscu warto umieścić kilka słów objaśnienia kontekstu historycznego. W tamtym czasie Ameryka była krajem, w którym obowiązywała segregacja i dyskryminacja rasowa, obejmująca także swoim zasięgiem służbę wojskową. Czarnoskórzy mieszkańcy USA nie byli dopuszczani do służby w Siłach Powietrznych USA w charakterze lotników. Jednakże wieloletnie starania na rzecz zniesienia dyskryminacji czynione przez wiele wpływowych osobistości zaczęły przynosić pierwsze efekty.The Tuskeegee AirmenW kwietniu 1939 roku Kongres uchwalił ustawę przyznającą finansowanie dla szkół lotniczych mających szkolić czarnych lotników. Obstrukcje oraz wygórowane wymagania stawiane przez Departament Wojny sprawiły, że program był wdrażany z olbrzymimi trudnościami. Przełomem okazało się wsparcie okazane przez Pierwszą Damę panią Eleonor Roosevelt, która w marcu 1941 roku odwiedziła Tuskegee i odbyła półgodzinny lot z jednym z czarnoskórych weteranów lotnictwa cywilnego – C. A. Andersonem, który był zatrudniony w Tuskegee jako instruktor. Po tej podniebnej przejażdżce i poparciu udzielonym przez Panią Roosevelt sprawy ruszyły szybko do przodu.
Jeszcze w tym samym roku utworzono 99 Dywizjon Myśliwski (99th Fighter Squadron), który rozpoczął cykl szkoleniowy w Tuskegee Army Airfield. Mimo bardzo dobrych rezultatów szkoleniowych Dowództwo Sił Powietrznych z powodów rasowych piętrzyło przeszkody przed skierowaniem dywizjonu do działań bojowych. Otwarcie wyraził to jeden z głównodowodzących USAAF generał Henry „Hap” Arnold mówiąc:
„Piloci Murzyni nie mogą służyć w naszym Korpusie Sił Powietrznych, gdyż rezultatem tego będzie sytuacja w której czarni oficerowie będą przełożonymi białych poborowych, co będzie społecznie nieakceptowalne”.Red TailsJednak ostatecznie w kwietniu 1943 roku 99 Dywizjon został uznany za gotowy do działań bojowych, a następnie przerzucony do Afryki, gdzie wszedł w skład 33rd Fighter Group (33 Grupy Myśliwskiej). Swój chrzest bojowy przeszedł 30 maja, atakując strategiczną wyspę Pantelleria na Morzu Śródziemnym. Ataki ponawiano aż do 11 czerwca, kiedy włoski garnizon skapitulował. Był to pierwszy w historii przypadek, gdy militarny opór przeciwnika został złamany wyłącznie przy u życiu ataków lotniczych. Za swój wyczyn Dywizjon otrzymał Distinguished Unit Citation – wyróżnienie przyznawane za wybitne męstwo na polu walki.
Pomimo bojowych sukcesów i udowodnieniu w praktyce, że nie są gorsi od swych białych kolegów, rasistowskie traktowanie było wciąż na porządku dziennym, a czarni piloci nie byli akceptowani przez białych lotników z innych dywizjonów 33 Grupy. Nie przekazywano im także jako nowicjuszom żadnych informacji i wskazówek pomocnych w wykonywaniu misji bojowych.
Tymczasem w Tuskegee szkolenie czarnych pilotów postępowało i wiosną 1944 roku kolejne grupy lotników zostały wysłane do udziału w działaniach bojowych we Włoszech. Były to myśliwskie dywizjony 100, 301 oraz 302, które w maju 1944 roku dołączyły do 99 dywizjonu. W ten sposób pierwsza składającą się wyłącznie z czarnych pilotów grupa myśliwska w USAAF – 332nd Fighter Group uzyskała gotowość bojową. Jej dowódcą został pułkownik Benjamin O. Davis Jr. Bazą macierzystą całej grupy aż do końca wojny stało się lotnisko Ramitelli niedaleko Termoli w południowych Włoszech.Col. Benjamin O. Davis Jr.Odtąd głównym zadaniem grupy stało się eskortowanie bombowców 15 Armii Powietrznej podczas rajdów na cele w środkowej i południowej Europie.
Mustangi z pomalowanymi na czerwono statecznikami pionowymi wiele razy pojawiały się na niebie wokół Blachowni, Kędzierzyna, Zdzieszowic i Oświęcimia.
Pierwsza misja eskortowa „Czerwonych Ogonów” nad Górny Śląsk miała miejsce podczas nalotu 7 sierpnia 1944 roku, kolejna w niespełna dwa tygodnie później – 20 sierpnia, tym razem atakowanym przez bombowce celem były zakłady Buna Werke w Oświęcimiu. Była to jedyna misja nad to miasto osłaniana przez 332nd Fighter Group.
27 sierpnia samoloty z białymi gwiazdami nadleciały nad Kędzierzyn i Blachownię. W drodze powrotnej do bazy piloci 332 Grupy atakując lotnisko na terenie Czech zniszczyli 22 samoloty nieprzyjaciela na ziemi. Za ten wyczyn 3 pilotów Grupy zostało odznaczonych krzyżem Distinguished Flying Cross. Byli to kapitan Dudley M. Watson, kapitan Wendell O. Pruitt oraz porucznik Roger Romine.P-51C Mustang w barwach Red Tails13 września celem bombowców były zakłady Blechhammer North, czyli obecna Blachownia Śląska (obecnie dzielnica Kędzierzyna-Koźla). „Trzynastka” okazała się pechowa dla podporucznika Wilbura F. Longa z 99 dywizjonu. Jego Mustang zapędził się nad sam cel, gdzie został trafiony ogniem Flaku – niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Lt. Long po latach tak wspominał to wydarzenie:
„…zostałem trafiony przez Flak nad celem, osłona kabiny była uszkodzona, system chłodzenia pokiereszowany, samolot miał też liczne, mniejsze uszkodzenia. Gdy tylko odzyskałem zimną krew niezwłocznie sprawdziłem stan samolotu. Sądząc, że mój Mustang nie został aż tak mocno trafiony postanowiłem, że spróbuję wrócić do bazy (…) lecz po pewnym czasie silnik zaczął zamierać więc zacząłem przygotowania do skoku ze spadochronem. Niestety, gdy próbowałem otworzyć osłonę kabiny okazało się że jest ona uszkodzona. Poinformowałem kpt. Danielsa (prowadzący por. Longa, w rzeczywistości Daniels był wówczas porucznikiem – przypis autora), że nie jestem w stanie otworzyć kabiny i muszę lądować awaryjnie. Poinstruował mnie, żebym znalazł pole na którym będę mógł wylądować „na brzuchu”. Zauważyłem pole, które wyglądało na „czyste” z dużej wysokości, lecz gdy podchodziłem do lądowania okazało się, że są tam liczne przeszkody. Przeskakując nad wierzchołkami drzew i manewrując w przesmykach miedzy nimi ostatecznie uderzyłem w ziemię i zacząłem się ślizgać. Od tego momentu nie pamiętam nic więcej z mojego lądowania.”
Porucznik Long wylądował na terenie Węgier i trafił do obozu jenieckiego Stalag Luft III w Żaganiu, a następnie do Moosburga, gdzie w kwietniu 1945 roku został wyzwolony przez oddziały US Army.The Tuskegee Airmen 332nd Fighter GroupKolejna wyprawa, dokładnie w miesiąc później, 13 października przyniosła ofiarę śmiertelną w szeregach 332 Grupy Myśliwskiej.
Myśliwce w drodze powrotnej do bazy miały za zadanie atakować zauważone cele naziemne (samoloty, pociągi, składy paliw i amunicji, barki na Dunaju itp.) ogniem swych karabinów maszynowych. Tego dnia powracający lotnicy dostrzegli lotnisko polowe w okolicach Balatonu. Grupa kpt. Jacksona przystąpiła do ataku w wyniku którego zniszczono 7 samolotów nieprzyjaciela. Niestety samolot por. Waltera D. Westmorelanda został trafiony przez obronę przeciwlotniczą i rozbił się podczas próby awaryjnego lądowania. Lt. Westmoreland zginął na miejscu. W tym samym czasie druga grupa Mustangów prowadzona przez kpt. Pruitta zaatakowała kolejową stację rozrządową, atakując lokomotywy, wagony oraz budynki. Por. Luther Smith oraz por. William W. Green trafili olbrzymi magazyn, jak się okazało wypełniony materiałami wybuchowymi. Potężna eksplozja poważnie uszkodziła obydwa Mustangi. Piloci zostali zmuszeni do wyskoczenia z uszkodzonych maszyn nad Jugosławią.Pułkownik DavisJeszcze wiele razy czarnoskórzy lotnicy latali nad Kędzierzyn, Blachownię i Zdzieszowice osłaniając Latające Fortece i Liberatory 15 Armii w tych niezwykle trudnych misjach. Z kronikarskiego obowiązku wymieńmy daty: 14 i 17 października, 20 listopada, 2, 18, 19 i 26 grudnia.
Załogi bombowców 15 Armii były niezmiernie zadowolone, gdy przydzielano im jako eskortę Mustangi z 332nd FG. Doceniali ich ofiarność, poświęcenie i to, że nigdy nie „odpuszczali” nieprzyjacielskim myśliwcom. Pomimo że przez długi czas rozpowszechniane twierdzenie, mówiące że 332 Grupa Myśliwska nigdy nie straciła żadnego osłanianego bombowca w wyniku działań wrogich myśliwców, okazało się mitem (w rzeczywistości utracono około 25 bombowców) to i tak w porównaniu z innymi podobnymi jednostkami jest to liczba znikoma, a bilans bojowy czarnych lotników jest imponujący. Wymieńmy tylko parę liczb:
- 111 samolotów zestrzelonych w powietrzu
- 150 samolotów zniszczonych na ziemi
95 pilotów odznaczono krzyżem Distinguished Flying Cross. Podczas misji nad Górny Śląsk Grupa utraciła 7 samolotów, 1 pilot poległ (KIA), 3 dostało się do niewoli (POW), 3 innych uniknęło pojmania i powróciło do macierzystej jednostki z terenu Jugosławii (EVD).

Wojenne losy czarnoskórych lotników doczekały się opisu zarówno w publicystyce naukowej jak i kulturze masowej. Powstało kilka filmów kinowych i telewizyjnych na ich temat. Najbardziej głośne to film „The Tuskegee Airmen” (w Polsce emitowany jako „Czarna eskadra” ) z 1996 roku w reżyserii Roberta Markowitza z Laurencem Fishburnem oraz Cubą Goddingiem Jr. w rolach głównych oraz „Red Tails” z 2012 roku, którego pomysłodawcą i producentem jest znany z „Gwiezdnych wojen”  George Lucas.Filmy nawiązujące do tematyki Red TailsOglądając te produkcje warto pamiętać, że przedstawiane w nich zmagania lotnicze „czarnej eskadry” miały miejsce także wokół miast południowej Polski, a lotnicy z Tuskegee wnieśli swój wymierny wkład w zwycięstwo nad III Rzeszą.

tekst: Edward Haduch, Stowarzyszenie „Blechhammer 1944”

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Niemieckie zakłady paliwowe w rejencji opolskiej

przez , 01.lut.2015, w Historia

Współczesny widok na Zakłady Koksownicze w ZdzieszowicachTereny należące dzisiaj do miast Kędzierzyn-Koźle oraz Zdzieszowice na Opolszczyźnie były w czasie II wojny światowej wielkim placem budowy. III Rzesza przeprowadzała tam olbrzymie inwestycje, które także dzisiaj determinują charakter tych miast. W południowej części Regierungsbezirk Oppeln powstawało największe zagłębie paliwowe III Rzeszy.
Głównym powodem, który skłonił hitlerowskich planistów do wdrożenia planów budowy sieci zakładów wytwarzających paliwa syntetyczne na bazie węgla były rosnące potrzeby machiny wojennej III Rzeszy, która planując militarną ekspansję, a jednocześnie mając ograniczony dostęp do naturalnych zasobów ropy naftowej, była zmuszona zapewnić swoim siłom zbrojnym odpowiednią ilość paliw, olejów i smarów.

Bezpieczne położenie w oddaleniu od granic potencjalnych przeciwników hitlerowskich Niemiec (Francji, Anglii i ZSRR), bliskość pokładów węgla w śląskich kopalniach oraz dogodne połączenia transportowe (wodne i kolejowe) były powodem umiejscowienia aż trzech zakładów tego typu w ówczesnej rejencji opolskiej.
W promieniu kilku kilometrów rozpoczęto budowę fabryk: Schaffgotsch Benzin Werke GmbH Odertal (obecnie Zdzieszowice) Oberschlesische Hydrierwerke AG Blechhammer w dzisiejszej Blachowni oraz IG Farbenidustrie AG Werk Heydebreck w Kędzierzynie.
W pobliżu wznoszonych zakładów zaczęły powstawać liczne obozy jenieckie i pracy przymusowej – w tej liczbie podobóz niesławnego kompleksu Auschwitz, Arbeitslager Blechhammer (Judenlager). Obozy stanowiły rezerwuar taniej, a często także niewolniczej siły roboczej, niezbędnej do szybkiego przeprowadzenia tak ogromnych inwestycji.
Ocenia się, że w samych tylko obozach podległych zakładom OHW Blechhammer mogło przebywać jednorazowo do 30.000 więźniów, jeńców wojennych oraz robotników przymusowych.

Zakłady Schafgotsch Benzin-Werke Odertal
Chronologicznie pierwszą fabryką wytwarzającą benzynę syntetyczną jaka powstała w ówczesnej rejencji opolskiej były zakłady Schaffgotsch Benzin Werke GmbH Odertal (obecnie Zdzieszowice), należące do wielkiego rodu przemysłowego Schaffgotschów, właścicieli licznych kopalń oraz majątków ziemskich na terenie Górnego Śląska.
Budowę zakładów w Zdzieszowicach rozpoczęto w 1930 roku od wzniesienia pierwszej baterii koksowniczej w zakładach koksowniczych „Deschowitzkokerei der Graflich Schaffgotsch’en Werke”. W 1936 roku rozpoczęto budowę drugiej baterii, nieco później przy istniejącej koksowni zapoczątkowano prace przy budowie zakładu produkcji benzyny syntetycznej, która miała być wytwarzana metodą Fischera-Tropscha. Metoda ta wynaleziona przez niemieckich uczonych Franza Fischera oraz Hansa Tropscha polegała na mieszaniu w wysokiej temperaturze tlenku węgla i gazu syntezowego (wodoru) w obecności katalizatora. W wyniku tej reakcji powstawała mieszanina węglowodorów ciekłych i stałych – z której wyodrębniano benzynę, paliwa dieslowskie oraz parafinę.
Benzyna oraz oleje dieslowskie wytworzone dzięki tej metodzie były paliwami niskiej jakości, wykorzystywano je głównie jako domieszkę do innych paliw.

Budowa fabryki w Zdzieszowicach została ukończona w 1939 roku, pełne moce wytwórcze zostały osiągnięte w roku 1941. Z powodu wspomnianej już niskiej jakości wyrobów końcowych była ona obok zakładów Hoesch-Benzin GmbH w Dortmund ostatnią oddaną do użytku wytwórnią paliw syntetycznych działającą wg metody Fischera-Tropscha. Fabryki budowane w następnych latach wykorzystywały do produkcji metodę Bergiusa, czyli metodę uwodornienia (hydrogenizacji) węgla.Zakłady Odertal po ataku bombowców 15th USAAFMaksymalne zdolności produkcyjne zakładów w Zdzieszowicach szacowano w analizach amerykańskich na ok. 60.000-80.000 ton wyrobów paliwowych rocznie, realna produkcja nie przekraczała 40.000 ton, co potwierdzają także meldunki składane przez wywiad Biura Studiów Przemysłowo-Gospodarczych Armii Krajowej. Meldunek z października 1943 roku mówi, że „produkcja benzyny syntetycznej (…) wynosiła 2.500 ton miesięcznie”.
Zakłady Schafgottscha były bombardowane przez samoloty 15 Armii Powietrznej USA 8 razy: 7 lipca, 22 sierpnia, 13 września, 14 października oraz 2, 17, 18 i 26 grudnia 1944 roku.
Podczas tych nalotów amerykańskie Fortece i Liberatory zrzuciły około 2.125 ton bomb.

Zakłady Oberschlesische Hydrierwerke AG Blechhammer
Plany podbojów militarnych III Rzeszy spowodowały konieczność dalszej rozbudowy przemysłu paliw syntetycznych. Hitlerowscy planiści już od połowy lat 30-tych wskazywali na Górny Śląsk jako dogodne miejsce na lokalizację kolejnych zakładów tej branży.
W 1938 roku plany te zostały skonkretyzowane, ustalono też, że nowa fabryka benzyny syntetycznej powstanie w miejscowości Blechhammer (Blachownia Śląska) w powiecie kozielskim. W sierpniu 1939 roku grupa kilkunastu przedsiębiorców górnośląskich zgodziła się sfinansować znaczącą część inwestycji zawiązując spółkę akcyjną pod nazwą Oberschlesische Hydrierwerke AktienGesellschaft Blechhammer (Górnośląskie Zakłady Hydrogenizacji Spółka Akcyjna w Blachowni Śląskiej). Pod koniec 1939 roku ruszyły prace przy karczowaniu lasów, a następnie właściwa budowa zakładów.
Wokół realizowanej inwestycji powstała sieć obozów jenieckich oraz pracy przymusowej, które zapewniały dostawy znacznych kontyngentów siły roboczej. Głównym wykonawcą inwestycji była spółka Mineralölbau GmbH z Berlina z którą kooperowało kilkadziesiąt innych przedsiębiorstw z terenu całych Niemiec.

Pierwotnie planowano, że zdolność produkcyjna zakładów w Blachowni wyniesie 150.000 ton paliw, w miarę zwiększających się potrzeb gospodarki wojennej zwiększano także zakładaną produkcję docelową, najpierw do 240.000 ton, a następnie do 350.000 ton paliw rocznie.Zakłady benzyny syntetycznej w Blechhammer podczas nalotu 15th USAAFW późniejszych latach obok pierwotnie budowanego zakładu planowano budowę drugiej fabryki, zwanej roboczo Blechhammer II (która miała produkować na potrzeby Kriegsmarine i Luftwaffe) jednak już w 1942 roku plany te zarzucono, koncentrując się na ukończeniu w terminie budowy zakładu Blechhammer I, który był wyznaczony na grudzień 1943 roku. Częściowo powrócono do nich we wrześniu 1944 roku, wtedy została nawet podpisana umowa pomiędzy OHW Blechhammer, a Naczelnym Dowództwem Kriegsmarine, które udostępniło pożyczkę w wysokości 150 milionów marek na rozbudowę zakładu. W związku z amerykańską ofensywą powietrzną w 2 połowie 1944 roku i zbliżającą się od wschodu Armią Czerwoną plany tej rozbudowy nigdy nie zostały wprowadzone w życie.

Technologia produkcji opierała się na metodzie wynalezionej przez niemieckiego chemika Friedricha Bergiusa i polegała na zgazowaniu węgla w specjalnych generatorach; z otrzymanego gazu syntezowego uzyskiwano w wyniku dalszych procesów m.in. izooktan, czyli wysokooktanowe paliwo lotnicze.
Produkcja w zakładach OHW Blechhammer ruszyła w ograniczonym zakresie na przełomie stycznia i lutego 1944 roku, w kolejnych miesiącach w wyniku trapiących zakłady awarii była okresowo wstrzymywana, by z końcem czerwca 1944 roku osiągnąć poziom 5.400 ton wyrobów paliwowych miesięcznie. W rezultacie nalotów 15 USAAF w kolejnych miesiącach znacznie się zmniejszyła, co prawda w listopadzie tego roku znów osiągnęła poziom czerwcowy, lecz po kolejnych nalotach z grudnia 1944 roku zakłady zostały zniszczone w stopniu praktycznie uniemożliwiającym dalszą produkcję.Pozostałości instalacji OHW BlechhammerFabryka w Blachowni określana w nomenklaturze USAAF jako Blechhammer North była celem nalotów amerykańskich 9-cio krotnie: 7 lipca, 7, 22, 27 sierpnia, 13 września, 14 października oraz 2, 17 i 19 grudnia.

Fabryka IG Farbenidustrie AG Werk Heydebreck
Prawie równocześnie z zakładami w Blechhammer podjęto decyzję o budowie kolejnej fabryki paliw syntetycznych; inwestorem został największy niemiecki koncern chemiczny Interessen Gemeinschaft Farbenindustrie AG, znany powszechnie pod skróconą nazwą – IG Farben.
Jako lokalizację pod nową fabrykę wybrano zalesiony obszar na południe od Kędzierzyna. Po zakupieniu potrzebnego gruntu od księcia Hohenlohe z końcem 1939 roku rozpoczęto prace przygotowawcze oraz ziemne. Przy wyznaczaniu miejsca budowy wzięto pod uwagę planowany przebieg kanału Odra – Dunaj. By usprawnić transport potrzebnych materiałów Deutsche Reichsbahn wybudowała specjalną bocznicę kolejową do obsługi budowy zakładu.
Podobnie jak przy dwóch pierwszych zakładach wokół trwającej budowy w Kędzierzynie powstały liczne obozy robotników przymusowych oraz jeńców wojennych. Mimo to przez cały okres trwania budowy kierownictwo zakładu narzekało na niedobór siły roboczej, co wynikało z konieczności „dzielenia się” przymusową siłą roboczą z powstającymi nieopodal zakładami Oberschlesische Hydrierwerke. Mimo tych trudności, spotęgowanych dodatkowo brakami materiałowymi prace postępowały w imponującym tempie i już z początkiem 1944 roku przystąpiono do próbnego rozruchu zakładu.

W Kędzierzynie paliwo syntetyczne również było wytwarzane metodą Bergiusa  najważniejszym produktem był izooktan, produkowano tak że paliwa do rakiet, smary syntetyczne, glicerynę i formaldehydy wykorzystywane w produkcji materiałów wybuchowych, a także syntetyczne kleje, kauczuki oraz kwasy tłuszczowe.Zakłady IG Farben po ostatnim nalocie 26 XII 1944Docelowa produkcja w zakładach w Kędzierzynie – tak że zwiększana w miarę postępów budowy – miała wynieść około 300.000 ton paliw rocznie. Największą miesięczną produkcję – 2.500 ton paliw udało się uzyskać w czerwcu 1944 roku, w przeddzień nalotów 15 USAAF. Naloty te okazały się bardzo skuteczne, produkcja w kolejnych miesiącach drastycznie spadła, a po dewastującym nalocie z 27 sierpnia 1944 roku praktycznie aż do końca wojny nie została wznowiona w istotnym zakresie.

Mało znanym faktem związanym z zakładami IG Farben było stworzenie przy nich centrum zbornego dla rosyjskich naukowców i inżynierów przemysłu chemicznego, którzy zgodzili się pracować dla III Rzeszy. Centrum mieściło się w Bierawie, gdzie utworzono specjalny ośrodek w którym byli rejestrowani, sprawdzani przez tajne służby i rozsyłani do różnych zakładów, głównie do rafinerii w Leuna. Pierwszy transport przybył 21 kwietnia 1942 roku i liczył 165 specjalistów wraz z rodzinami, które na podstawie specjalnego zezwolenia Reichsfuehrera SS Heinricha Himmlera mogły przebywać razem z zatrudnionymi naukowcami. Ogółem przeszło przez ośrodek w Bierawie około 1.100 rosyjskich specjalistów, z których część pozostała na miejscu.Zdjęcie rozpoznawcze zakładów IG Farben w Kędzierzynie z 20.08.1943Spośród trzech omawianych wcześniej fabryk zakłady w Kędzierzynie (w nomenklaturze amerykańskiej określane jako Blechhammer South) były najczęściej bombardowane przez siły 15 Armii Powietrznej, bomby zrzucono na nie 13 razy: 7 lipca, 7, 22 i 27 sierpnia, 13 i 17 października, 17 i 20 listopada oraz 2, 12, 17, 19, 19 i 26 grudnia.

Dzisiaj w opisanych miejscach nie produkuje się już paliw syntetycznych, w warunkach pokoju jest to po prostu nieopłacalne. Zakłady jednak istnieją, produkując całą gamę różnorodnych produktów. Zakłady Schafgotscha w Zdzieszowicach należą do koncernu Arcelor-Mittal i są dużym producentem koksu. Na terenie byłego OHW w Blachowni działa wiele firm z branży chemicznej i nie tylko. Ówczesne IG Farben to obecny ZAKSA, wchodzący w skład największej polskiej firmy chemicznej – Grupa Azoty SA.

tekst: Edward Haduch, Stowarzyszenie „Blechhammer 1944″
zdjęcia: Edward Haduch, Waldemar Ociepski

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Szczerbówka – złoty motyl podziemi

przez , 26.sty.2015, w Flora i Fauna

Szczerbówka ksieniEksplorując podziemia często w świetle swych czołówek dostrzegamy na ścianach sztolni i jaskiń mieniącego się od kropel wody na swych skrzydłach, pobłyskującego złotem motyla.
Ten motyl to szczerbówka ksieni (Scoliopteryx libatrix) nazywana też szczerbówką wierzbówką. Jej dwuczłonowa nazwa pochodzi od wyszczerbionych zewnętrznie skrzydeł i przełożonej klasztoru żeńskiego (ksieni).
Szczerbówka jest średniej wielkości ćmą z rodziny Erebidae, podrodzina Scoliopteryginae. Niegdyś klasyfikowana była do rodziny sówkowatych (Noctuidae), podrodziny Calpinae, podrodziny ciem odżywiających się krwią ssaków. Choć głównie są to ćmy występujące w strefie tropikalnej, również w Polsce można spotkać tego motyla-wampira. Na południu Polski (województwo Małopolskie i Podkarpackie) występuje Calyptra thalictri, którego samce od czasu do czasu uzupełniają swoją dietę krwią ssaków. Na szczęście rzadko atakują ludzi.

Szczerbówka jest gatunkiem licznie rozpowszechnionym na terenie całego kraju, bardzo pospolita i występująca głównie na terenach wilgotnych takich jak lasy łęgowe czy wilgotne zarośla, brzegi rzek i strumieni, lasy liściaste i mieszane ale nieobce są jej parki, ogrody i cmentarze. Ten piękny motyl osiąga rozpiętość skrzydeł od 40 do 45 mm. Zewnętrzne brzegi pierwszej pary skrzydeł są charakterystycznie ząbkowane, wyszczerbione. Barwa w zależności od osobnika jest brązowa lub szaro – brązowa o zmienności odcieni barw. Charakterystyczne są natomiast rdzawe plamy przypominające trochę wyglądem literę „L” w części nasadowej przedniej pary skrzydeł. Na skrzydłach znajdują się białe plamki oraz biegną dwa poziome, zygzakowate białe paski. Ubarwienie często nazywane jest „rysunkiem ognistym”.
Ciekawostka: czasowym pasożytem szczerbówek (parazytoidem) jest Pimpla rufipes składająca swoje jaja w jej ciele. Larwy żywią się jej ciałem nie pozbawiając życia przed przepoczwarzeniem.Szczerbówka ksieni (1)Ksieni prowadząca nocny tryb życia najbardziej staje się aktywna podczas pełni księżyca. Wychodząc na blask księżyca poszukuje pokarmu w postaci nektaru kwiatowego, wysysa sok z owoców i jagód, szczególnie tych opadłych, przejrzałych. Nocą odbywa się też składanie jajeczek przez samice. Do tego celu wyszukują liści wierzb, topoli bądź jarzębów. Na liściach tych drzew rozwijają się (żerują) ich, pięciocentymetrowe gąsienice. Są podłużne, gładkie, barwy zielonej, często z dwoma białymi paskami ciągnącymi się wzdłuż boków ciała. Gąsienice występują od maja do września, budując pod koniec swojego rozwoju umieszczony w oprzędzie, cienki białawy kokon. W nim przeobrażają się w dość sporą brązową lub czarną poczwarkę. W ciągu roku szczerbówka ma dwa pokolenia. Charakterystycznym elementem życia tego motyla jest sposób zimowania. Właśnie wtedy najczęściej spotykamy go licznie podczas eksploracji podziemi. Już w trakcie jesieni dorosłe osobniki (imago) tłumnie zlatują się do jaskiń i sztolni (korzystają również ze środowisk antropogenicznych takich jak bunkry, piwnice czy strychy) i stopniowo zapadają w stan owadziej hibernacji czyli tak zwanej diapauzy. Podczas tego procesu nierzadko tworzą większe skupienia na ścianach lub stropie, a ich ciała pokrywają się kropelkami wody zwracając tym samym naszą uwagę.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Tragedia w Saint Pierre

przez , 19.sty.2015, w Historia

Zgliszcza St.PierreGórzysta wyspa Martynika leżąca w pasie wysp rozdzielających Morze Karaibskie od Oceanu Atlantyckiego, podobnie jak inne wyspy należące do Małych Antyli, jest przedłużeniem wulkanicznego obszaru meksykańskiego. Administracyjnie stanowi ona zamorski departament Francji. Od czasów jej odkrycia nie zauważono na niej większych oznak działalności wulkanicznej. W 1792 roku zanotowano słaby wybuch połączony z trzęsieniami ziemi. Niespełna 60 lat później, bo w 1851 roku, w pobliżu największego stożka wulkanicznego, w północnej części wyspy zwanej górą Pelee, odczuwano „zapach gazów siarkowych”. W 1899 roku zauważono niewielkie ilości wydobywającej się pary, co pozwoliło mieszkańcom uznać dawny wulkan za wygasły…
Stoki Mount Pelee poprzecinane malowniczymi wąwozami, pokryte bujną roślinnością z pięknym kalderowym jeziorem na szczycie, były ulubionym miejscem wycieczek ludności z pobliskiego nadmorskiego Saint Pierre. Nazwa szczytu została nadana w 1635 roku przez pierwszych francuskich osadników (z francuskiego „łysa góra”). Wiosenna sielanka 1902 roku trwała w najlepsze i żadne objawy nie wskazywały na niespodziankę, którą mieszkańcom gotowała góra Pelee. Z końcem kwietnia na szczycie dostrzeżono słup pary i pyłów, osiągający wysokość ponad 500 metrów. Dały się również odczuć pierwsze trzęsienia ziemi, które przerwały podmorskie kable prowadzące do sąsiednich wysp. Co ciekawe objawy te nie wzbudziły w mieszkańcach St.Pierre obaw, a wręcz przeciwnie – wywołały zaciekawienie i nieodpartą chęć urządzania wycieczek na górę Pelee, by z bliska obserwować to zjawisko.Erupcja Mt.Pelee w 1902 rokuW starym kraterze wulkanu powstał mały stożek, utworzony z popiołów wulkanicznych, wyrzucanych przez wulkan. W nocy z 30 kwietnia na 1 maja zauważono gwałtowne podniesienie się poziomu wody w jednym ze strumieni spływających z góry, a z gęstych chmur zaczęły opadać popioły wulkaniczne.
Początek tragedii nastąpił 5 maja, kiedy to dały słyszeć się potężne odgłosy silnych eksplozji. Brzeg jeziora w kraterze Pelee zostaje rozerwany, a jego wody zmieszane z mułem runęły zboczami w dół, niszcząc wszystko co napotkały na swojej drodze. Mulista breja zalała cukrownię, w której śmierć poniosło ponad dwudziestu ludzi, a następnie zalała niżej położone ulice St.Pierre docierając do morza i wywołując falę zatapiającą dwa jachty.
Następnego dnia po raz pierwszy zauważono nad szczytem góry wydobywające się płomienie. Groźne pomruki i grzmoty trwały nieprzerwanie, a popioły zaczęły opadać na dalej położonych częściach wyspy. Wybuch wulkanu i straszną katastrofę przeczuwały już wcześniej zwierzęta, które z końcem kwietnia, po pierwszych oznakach wznowienia działalności wulkanu, zaczęły zachowywać się niespokojnie (bydło ryczało w nocy, a psy wyły) okazując niepokój i przerażenie. Dzikie zwierzęta opuściły okolice Mt.Pelee i nawet węże (których było dużo na stokach) gdzieś zniknęły, a ptaki przestały śpiewać i opuściły ten teren.
Widmo katastrofy zaczęło unosić się nad wyspą. Wielki strach zaczął dotykać też mieszkańców St.Pierre, jednak nie pomyśleli oni o własnym bezpieczeństwie i ratunku, narażając się na nieuchronną śmierć.
Nagle w St.Pierre powstaje wielka panika i pomysł ucieczki do miasta Fort de France leżącego w środkowej części wyspy. Niestety gubernator Martyniki zapewniał mieszkańców miasta, że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo ze strony wulkanu Pelee i dla ich uspokojenia, sam (jak również uczeni zapewniający o braku niebezpieczeństwa) nie opuszcza swej rezydencji w mieście.
W najbliższych godzinach wypadki potoczyły się bardzo szybko.St.Pierre po wybuchu Mount Pelee8 maja 1902 roku o godzinie 7.45 następuje potężny wybuch wulkanu Mount Pelee. Po strasznej detonacji chmura dymów i rozgrzanych gazów, wlokąc bloki skalne i popioły spływa z olbrzymią prędkością, dochodzącą do 170 km/h w kierunku St.Pierre. Potężna siła lawiny wyrywa drzewa z korzeniami, przewraca wszystko na swojej drodze, niosąc zniszczenie i zagładę. To co ocalało od lawiny, zginęło od ognia obejmującego całe miasto. W przeciągu paru minut St.Pierre uległo całkowitemu zniszczeniu, a życie straciło prawie 30.000 mieszkańców! Gdyby nie to, że kilku z nich wcześniej opuściło zagrożone miasto, nie byłoby nikogo, kto mógłby cokolwiek opowiedzieć o strasznej historii zagłady i śmierci.
Badania przeprowadzone po tragedii wykazały, że ognisty strumień, który zniszczył St.Pierre, składał się z gorących i trujących gazów, które natychmiast parzyły i dusiły każdego kto je wdychał – prawie wszystkie ofiary trzymały ręce przy ustach lub też ich ciała zastygły w pozycji wskazującej na uduszenie. O szybkości spłynięcia gorącej fali gazowej świadczy relacja jednego z mieszkańców wyspy, który feralnego ranka wracał dyliżansem z Fort de France do St.Pierre. Dyliżans zatrzymano w odległości 10 km od Pelee, by obserwować zjawiskowy wybuch wulkanu.  Zobaczywszy nagle na szczycie góry formującą się i toczącą w dół kulę ognia, zeskoczył on wraz z jednym ze współtowarzyszy podróży z dyliżansu i niemal w ostatniej chwili, gdy fala ognia dochodziła do drogi, ukrył w pobliskim głębokim wąwozie, co uratowało im życie. Dyliżans z pozostałymi pasażerami i końmi spłonął doszczętnie. Temperatura chmury ognistej „nuee ardente” osiągała 800′C, co tłumaczy jej wielką, niszczycielską siłę. Po wybuchu na miasto spadły obfite deszcze pokrywając zgliszcza grubą warstwą błota.Erupcja Mount Pelee obserwowana ze statkuPo kilku tygodniach na miejsce katastrofy przybył wysłannik „Tygodnika Ilustrowanego” Ksawery Sporzyński, który tak relacjonował zastany widok:
Patrząc, dotykając, uwierzyć trudno, że to nie przedhistoryczne zabytki, że temu kilka tygodni trzydzieści tysięcy ludzi żyło tu, pracowało, bawiło się zapamiętale. Ruiny Pompei, Memfisu, nie wyglądają starzej. Jeżeli można pozostałości Saint Pierre nazwać ruiną, to chyba dla kilku murów, wystających gdzieniegdzie z piasku i popiołu. Poza tym stosy odłamków i okruchów, nic więcej, wszystko rozmieszane w masie popiołów. Zniesione mury, sproszkowane cegły utworzyły z tą masą twarde klepisko, jakby ubite, zrównane z ulicą, której bruk obok zachował się bez zmiany. Tu i ówdzie sterczy blacha, drzazga, wygląda kawałek belki lub sztaby, czerni się głownia lub bieli szkielet człowieka…

Prócz St.Pierre podobny los spotkał inne okoliczne osiedla. Ocalało jedynie nadmorskie miasteczko Le Carbet odległe o kilka kilometrów, a wulkaniczny potok zatrzymał się zaledwie na kilkadziesiąt metrów przed pierwszymi jego domostwami. Z całej ludności St.Pierre ocalał jeden człowiek – więzień zamknięty w podziemnej celi, lochach więzienia, do których nie dotarła fala gazowa. Dopiero po czterech dniach od katastrofy usłyszano jego krzyki. O dziwo czas ten przeżył pozbawiony wody i żywności przy bardzo ograniczonym dostępie powietrza. Nie wiedział nic o tragedii, gdyż cela nie posiadała okien, a o tym, że musiało stać się coś niezwykłego wywnioskował po hałasie i panującym gorącu. Gdy w czwartym dniu stracił rachubę czasu usłyszał głosy i wołał tak długo, aż go odnaleziono.
Jeszcze dwukrotnie powtórzyły się wybuchy – pierwszy w maju, a drugi w sierpniu w czasie którego, obejmującego południowe zbocza Mt.Pelee, zniszczeniu uległa wieś Morne Rouge grzebiąc około 1000 istnień ludzkich.
Wybuch Mt.Pelee i katastrofalne spustoszenie zwróciły uwagę wulkanologów z całego świata, między innymi wybitnego wulkanologa francuskiego profesora F.A.Lacroix, a także E.O.Horeya, A.Heiprina i innych.Andezytowa iglicaW sierpniu 1902 roku z krateru wulkanu zaczęła wypiętrzać się w górę potężna iglica skalna, która z początkiem listopada ukazując się na krawędzi krateru, dała górze wysokość 1343 m n.p.m., dwa tygodnie później 1495 m n.p.m., a pod koniec miesiąca 1577 m n.p.m.
31 maja 1903 roku andezytowa iglica osiąga swoją największą wysokość 1617 m n.p.m. stercząc swoimi pionowymi ścianami prawie 300 metrów nad szczytem wulkanu. Pokryta była podłużnymi bruzdami, wzdłuż których odrywały się odłamy skalne ukazujące jej głębsze części żarzące się ogniem widocznym z daleka podczas nocnych obserwacji. Od końca maja 1903 roku iglica przestała się wznosić, a poddawana działaniu wilgotnego i gorącego klimatu szybko ulegała wietrzeniu i rozpadała się w rumosz skalny.
Dwadzieścia lat później St.Pierre zostało częściowo odbudowane ale nie osiągnęło już dawnej liczby mieszkańców. Gdy w 1929 roku nastąpiło uwolnienie popiołów z wulkanu Mt.Pelee zarządzono natychmiastową ewakuację miasta, mając w żywej pamięci straszną tragedię sprzed ćwierć wieku. Przebieg tego i następnych wybuchów, trwających do 1932 roku, był łagodny, a w samym Saint Pierre założono muzeum wulkanologiczne. Obecna wysokość Mount Pelee to 1397 m n.p.m.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legendy o diable Borucie… (2)

przez , 18.sty.2015, w Legendy

BorutaW pierwszej części zaprezentowaliśmy legendę o diable Borucie na podstawie „Klechd, Starożytnych podań i powieści ludu polskiego i Rusi” Kazimierza Władysława Wóycickiego, wydanych w Warszawie w 1837 roku.
W tej części chcielibyśmy przedstawić legendy krążące wśród ludności zamieszkującej ziemię łęczycką. Oto kilka z nich:

Popłoch w synagodze…
Żydzi też mieli wielki strach od Boruty. To był Sądny Dzień zaraz z wieczora, na jesieni, w roku 1898 czy 1899.
Na chórze w synagodze modliły się same żydówki, bo nie wolno było żadnemu mężczyźnie wejść tam, gdzie siedziały kobiety. Wejście na chór było z dworu, drzwi były zamknięte.
Nagle patrzą, a tu na murze, który był wysoki, siedzi Boruta i nogę miał aż do ziemi z tego wysokiego muru. Wlazł do bóżnicy, w ręku trzymał kruka i kobietom przytykał do nosa. Zrobił się okropny popłoch, kobiety się strachły i zaczęły uciekać. Drzwi się jednak do środka otwierały. Jak jedna spadła, to drzwi sobą zamknęła, drugie chciały otworzyć, już nie mogły, bo drzwi były ciałem tej pierwszej zaparte. 37 kobiet, niektórych ciężarnych, się zadusiło, bo się Boruty przelękło. Byłoby więcej katastrofy, tylko straż z krzyżem przyleciała i diabeł uciekł, bo by się wszyscy podusili i popalili. Niektóre kobiety siedziały na krześle i były nieżywe z przerażenia. Ani jedna nie ocalała. To był dzień bardzo smutny dla całego miasta i dla żydów i dla katolików. Takie okropne wielki nieszczęście.

Boruta z Besiekier…
Nieznany z imienia rycerz założył się z diabłem Borutą, że zbuduje od podstaw zamek bez użycia siekiery. Faktycznie – sprowadził niemieckich majstrów, którzy zamek na niewielkiej wysepce pośród sztucznego stawu, wymurowali z cegły i okolicznych kamieni. Rycerz pewnie, dzięki temu fortelowi, zakład by wygrał, gdyby nie to, że jeden z kmieciów zwożących kamienie na budowę nazwany był Siekierka. Rycerz o tym nie wiedział i zapłacił za to duszą. Zamek co prawda się ostał, a miejscowość nazwano Besiekiery, ale diabeł przypilnował tego, co do niego należało i z czasem zamek obrócił w malowniczą ruinę, w której podobno spotkać można go czasami spotkać po zmroku.

O kamieniach w Sławęcinie…
Boruta nosił kamienie na kościół w Tumie dwa razy. Drugi raz nie zdążył, bo kogut zapiał i kamienie mu upadły w Sławęcinie i góra z tych kamieni się zebrała. Boruta w złości jak chciał rozwalić kościół, to kamieniami uderzał i te kamienie są w murze z prawej strony.

Jak Boruta służył u bernardynów za parobka…
Boruta dawno przestał być zwyczajnym diabłem. Wśród ludzi się obracał i obraca, może i teraz co broi, a myślą, że to chłop, rzemieślnik, albo i kto na urzędzie.
Dawno już, ale i nie tak dawno, może za saskich czasów, Boruta przystał na parobka do bernardynów w Łęczycy. No dobrze, spodobał im się, bo co jaka robota, to mu się w rękach pali, zrobione nie wiadomo kiedy i jak, a już gotowe. Miał pojechać bernardyn – kwestarz po dworach w same żniwa. Pojechali maleńką bryczuszką. Ten nowy parobek, a był to Boruta, powoził. Zajechali na pole. Ludzie na pańskim pracują, snopki wiążą i w mendle stawiają. Ale to ponoć pszenicę sprzątali, bo sterta już jedna na polu była, widać żyta. Bernardyn Pana Boga przed dziedzicem pochwalił i o jałmużnę prosi. A ten szlachcic pyszny był, roześmiał się i powiada:
- Dam, dam, czemu by nie. O tę całą stertę dam, jeżeli ojciec ją na wóz drabiniasty włoży i w buhaja, co się na łące pasie, zawiezie.
Bernardyn nie wie, co począć, tylko się uśmiecha, a tu mu parobek mówi:
- Dopraszam się łaski dobrodzieja, ja tę stertę na wóz nałożę, buhaja zaprzęgnę i do klasztoru zawiezę.
Głupi, czy co? – pomyślał ojciec bernardyn, ale mówi:
- Ano, spróbuj.
I co się dzieje. Boruta wóz drabiniasty pod stertę przyciągnął, ludzi zwołał, drągami ją podparł, przechylił i na wóz zwalił. Potem jarzmo na woły od jednego sprzężaju zabrał, buhaja w nie przystroił, do wozu zaciągnął i dalej – zaprzęgać. Pobrał tam, co było potrzeba, ludzie dawali, bo się zlecieli patrzeć, co będzie. Boruta z bata strzelił i jedzie. Buhaj środkiem drogi prosto cały wóz ciągnie. I tak do klasztoru wszystko przywiózł. Dziwu było, ale i strach. Ojcowie i braciszkowie zmówili się, że to tego parobka trzeba odprawić, ale jak, kiedy pracowity i posłuszny.
Ano, kazali mu studnię kopać, i w takim miejscu, gdzie woda głęboko była, nie płytko. Jak się już wkopał na łokci z pięćdziesiąt, naznosili kamieni dokoła tej dziury, zeszli się wszyscy i te kamienie wszystkie na raz zepchnęli. A tu kamienie w górę lecą z powrotem, że ledwo bernardyni pouciekali, a Boruta z dołu gniewnie woła:
- Kto mi tam w oczy piaskiem prószy?
To wiedzieli, że mu nie dadzą rady.
Ale i Boruta nie chciał u nich służyć. Posłali go do lasu po drzewo. Przywiózł, na szczapy długie, na polana rozrąbał i po kątach w korytarzach i pod oknami i przy drzwiach, po całym klasztorze porozstawiał. A było właśnie święto jakieś i zjazd szlachty. W klasztorze radzili. Szlachta za karabele, a bernardyni za polana chwycili. Szlachta między sobą się rąbali, a bernardyni między sobą drewnem dyskurs zaczęli. I biedy było od tego wiele. A jak oprzytomnieli, parobka już nie było. A przecież służył im, tylko nie wiedzieli jak z nim postępować.

O spotkaniu plebana z Borutą…
Ksiądz z Łęczycy, zaproszony jadąc na obiad, w swej dorożce odmawiał pacierze poranne. Przewidując, że nie będzie miał czasu po kolacji zaczął odmawiać i modlitwy nieszporne. Właśnie gdy jechał nasypem nad wodą, wśród błota, napotkał wieśniaka, który go z rubaszną pozdrawia miną i tymi słowami się do niego odezwał:
- Dobry wieczór, księże!
Zadziwiony pleban odpowiada:
- A wszakże to nie wieczór, ale rano.
Ale wieśniak tak dalej mówi z szyderstwem:
- Musi być wieczór, kiedy już po nieszporach!
Przelękniony pleban poznał z kim rozmawia i prędzej popędzić konia kazał. Wiedział, że to Boruta, co przybrał na się postać rubasznego wieśniaka.

Boruta ratuje króla Kazimierza…
Król jechał do Łęczycy. I koło Orszewice kareta w cztery konie zapadła się na błotach, bo król nie wiedział, że nie ma tam przejazdu i drogi do Łęczycy. Zaczęli szukać ludzi, żeby wóz i konie wyciągnęli. A była już noc. Przy trytwie, co przechodzi z Orszewic do Kuchar, mieszkał silny chłop, nazywał się Boruta. Na trytwie to kamienie ze wszystkich stron i tą trytwą owce i bydło pędzili. Boruta wziął linkę i króla z wozem i końmi sam w nocy z błota wyciągnął. Król wtedy wziął Borutę do swojej karety, zawiózł do zamku do Łęczycy i powiedział:
- Po mojej śmierci będziesz tu władcą.

Jak panna nie chciała Boruty…
Stara kobieta opowiadała: bogata panna była na Tumie. Boruta przyjeżdżał i chciał koniecznie się żenić. Przyjeżdżał ładnymi końmi. Jak był ostatni raz, ona na ślub się zgodziła, ale potem mówi do służby:
- Kto to może być? Jest człowiekiem, a ma kopyta.
Jak ona powiedziała tej służbie, to ta służba poszła do księdza. Ksiądz przyszedł i panna mu wszystko wyznała. Ksiądz powiedział, że to diabeł. Jak miał się odbyć ślub, to ksiądz zamknął w kościele tę pannę, a sam czekał z monstrancją w jej domu i wtedy przyjechał Boruta na to wesele. Jak wjechał w podwyrko, to ksiądz wyszedł na próg do niego i oświadczył diabłu, że panny jego nie ma i że ta wieś nazywa się teraz Tum, bo przedtem nazywała się inaczej. Boruta chciał wliźć do kościoła, ale było pozamykane, więc ze złości chciał przewrócić kościół i widać te odciski palców Boruty na wieży. Odjechał ze swoją drużyną, bo swoją siłą nic nie mógł poradzić, bo kościół był poświęcany.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , więcej...

W cieniu dinozaurów

przez , 09.sty.2015, w Ciekawe miejsca

Brachrozaur - Park Wroclawski w LubiniePark Wrocławski w Lubinie powstał jako XIX-wieczne założenie parkowe, wykorzystujące fragment lasu położonego nad rzeką Zimnicą, o charakterze łęgowym i grądowym.
Łęgi są terenami leśnymi, które porasta drzewostan liściasty na podłożu okresowo zalewanym przez pobliską rzekę, gdzie gleba jest wyjątkowo żyzna, a rosnące na niej lasy są niezwykle bogate w różnorodną roślinność. W lasach łęgowych występuje około 40% polskich gatunków ptaków lęgowych, posiadając w nich sporo miejsc do gniazdowania oraz dostęp do zróżnicowanego pokarmu na niewielkim terenie. Regulacja rzek zapobiegająca okresowym zalewom stanowi zagrożenie dla łęgów jako zakłócenie normalnego funkcjonowania tego biosystemu. Obecnie w związku ze znacznym ograniczaniem terenów lasów łęgowych wymagają one ochrony poprzez zachowanie naturalnych dolin rzecznych. Dawniej znaczna część Parku Wrocławskiego podczas powodzi była czasowo zalewana, a wylewająca woda nanosiła żyzny muł, który był bogatym podłożem dla wzrostu licznych roślin poszycia i drzew.Dinozaury w Parku WrocławskimGrądy są natomiast wielogatunkowymi i wielowarstwowymi lasami liściastymi, typowymi dla terenów nizinnych, o bogatym podszyciu, z charakterystyczną sezonowością roślin – wiele spośród występujących w nich gatunków roślin zakwita nim rozwiną się liście drzew. Zagrożeniem dla tego typu lasów jest odmładzanie go poprzez wycinanie najstarszych dziuplastych drzew, prowadzące tym samym, do ograniczenia gniazdowania ptaków w dziuplach, a zespół tych ptaków w lasach grądowych jest szczególnie bogaty.
Na terenie Parku Wrocławskiego można zaobserwować drozdy, dzięcioły, czyżyki, grzywacze, grubodzioby, dzwońce, kwiczoły, kaczki krzyżówki, kosy, kowaliki, kulczyki, modraszki, pliszki, sikorki, strzyżyki, sójki, słowiki, zięby, szczygły, pełzacze, trzciniaki i wiele innych gatunków. Rośliny i zwierzęta w tych dwóch typach lasów osiągają największe zagęszczenie.

Na powierzchni ponad 14 ha dokonano rewitalizacji zaniedbanego parku, za kwotę ponad 10 mln zł, przekształcając go tym samym w Centrum Edukacji Przyrodniczej przy ul. Paderewskiego, a jego otwarcie nastąpiło 1 czerwca 2014 roku. Występuje w nim wiele cennych drzew pod względem krajobrazowym jak i pod względem swych rozmiarów. Rośnie tu między innymi buk zwyczajny o ciekawie wygiętym pniu i obwodzie 200 cm, klon zwyczajny o nietypowo ukształtowanym pniu powstałym w wyniku skręcania się drewna wokół osi podczas wzrostu czy olsza czarna o bardzo nietypowym dla tego gatunku parasolowatym, nisko-rozłożystym pokroju korony drzewa. Park porastają również lipy szerokolistne, wierzby kruche, platany klonolistne, topole czarne, robinie, modrzewie, jarzęby, brzozy, liczne krzewy ozdobne jak berberysy, rokitniki, tawuły, irgi i inne.Mieszkańcy parku - ptakiPrzez park biegnie ścieżka przyrodnicza pozwalająca zapoznać się z elementami przyrody ożywionej i nieożywionej, złożona z dwóch szlaków – czerwonego (szlak dinozaurów) i zielonego (szlak ptaków) oraz kilka stref – rekreacji (szachy, boisko), dziecka (plac zabaw z zakopanymi szkieletami dinozaurów), odpoczynku.
Przy szlaku czerwonym ustawiono kilkanaście okazałych figur dinozaurów (wraz z tabliczkami informacyjnymi) takich jak brachrozaur (największa!), diplodok, dimetrodon, iguanodon, karnotaur, kentrozaur, mamenchizaur, mastodonzaur, parazaurolof, triceratops, tyranozaur, wulkanodon.
Przy szlaku zielonym zainstalowano 12 wolier z wieloma gatunkami ptaków jak paw, modrzyk zwyczajny, żuraw zwyczajny, gęgawa, bernikla białolica i rdzawoszyja, śnieżyca cesarska, bocian biały i czarny, ogorzałka i podgorzałka, bielik, orzeł stepowy, jastrząb, puchacz, sowa uszata, puszczyk uralski, wieloszpon wietnamski, bambusówka chińska, dzwoniec, grubodziób, kulon, kuropatwa, kwiczoł, olśniak himalajski, tragopan Temmincka, czubacz hełmiasty, głuszec, błotniak łąkowy, kobuz, kruk oraz kilka gatunków bażantów – annamski, złocisty, Elliota.Infrastruktura Parku WrocławskiegoWe wschodniej części parku znajduje się również staw dydaktyczno-krajobrazowy o powierzchni 0,5 ha, którego głównym celem jest imitacja naturalnego starorzecza Zimnicy, ochrona gatunkowa i edukacja przyrodnicza. Na terenie stawu występują ptaki wodno-błotne (łyska, trzciniak, perkozek, kokoszka), płazy (traszka zwyczajna i górska, ropucha szara i zielona, żaba wodna i moczarowa), kilkadziesiąt gatunków owadów. Z roślinności wodnej i szuwarowej występują między innymi trzcina, kosaciec żółty, jeżogłówka, strzałka wodna, grzybień biały.
Nieopodal stawu znajduje się mini zoo zlokalizowane w trzech budynkach z zagrodami i dziedzińcem, w którym miejsce znalazły kozy syryjskie, kuce szetlandzkie, owce wrzosówki, osły, świnie maskowe oraz kilka gatunków drobiu. Pochodzą one z Wrocławskiego Ogrodu Zoologicznego, w którym to pracownicy Centrum Edukacji Przyrodniczej przez dwa miesiące odbywali szkolenie celem nauki profesjonalnej opieki nad zwierzętami.
W przyszłości planowane jest poszerzenie rodziny ptaków o nowe gatunki oraz montaż kolejnych figur dinozaurów. Wstęp na teren parku jest bezpłatny.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby epoki Napoleona

przez , 02.sty.2015, w Skarby

Kampania NapoleonaNa Moskwę!
Każdemu chyba znana jest postać Napoleona Bonapartego cesarza Francuzów, dlatego nie będę przytaczał tutaj jego życiorysu i dokonań, bowiem wszystkie informacje można znaleźć bez trudu w internecie. Ważniejsze dla nas ze „skarbowego” punktu widzenia są jego wyprawy, które jak każdy zakręt historii, sprzyjał powstawaniu skarbów.
Za swego panowania Napoleon prowadził liczne wojny i kampanie, jego wojska przemierzały całą Europę. Tam gdzie wojska Napoleona dotarły dochodziło zwykle (ówczesnym zwyczajem) raz na większą, innym razem na mniejszą skalę do łupienia przeciwnika i podbitych ziem. Niektórzy marszałkowie cesarza znani byli z zapobiegliwości w gromadzeniu dóbr na podbitych ziemiach.

Zwrotnym punktem w karierze Napoleona była słynna wyprawa na Rosję w 1812 roku. Brały w niej udział również polskie wojska Księstwa Warszawskiego. Cała wyprawa pomimo zdobycia Moskwy, zakończyła się klęską i Napoleon musiał wycofać się z Rosji. Trasa odwrotu wiodła przez ziemie Księstwa Warszawskiego, Prusy, Śląsk, a więc przez ziemie obecnej Polski. Jest to ważne o tyle, że teraz padnie kilka słów na temat skarbów związanych z działalnością żołnierzy napoleońskich na ziemiach polskich. Bez wątpienia największym co do objętości (a zarazem wartości) jest „prywatny” skarb Napoleona, pochodzący z łupów z wyprawy na Moskwę. Sam Napoleon interesował się bardzo dziełami sztuki i cennymi przedmiotami zgromadzonymi zwłaszcza w najstarszym i najbogatszym muzeum kremlowskim w Moskwie – otrzymywał na ten temat raporty od szpiegów.

Rosjanie jednak przed wkroczeniem Francuzów do stolicy zdołali je bezpiecznie ewakuować. Mimo to splądrowane miasto dało obfity łup – obrabowano między innymi mennicę z wielką ilością złota i srebra, łupem padły też moskiewskie cerkwie (podobno tylko z Soboru Uspieńskiego Francuzi zabrali 300 kg złota i 5 ton srebra). Rabunki na szeroką skalę czynione w Moskwie zasiliły również prywatny bagaż cesarza, stanowiąc jego osobistą zdobycz. Znajdowały się nim w złote przedmioty, mnóstwo cennych obrazów i dzieł sztuki, wymienia się także trzy złote trumny pochodzące z cerkwi moskiewskich, jak również wielki złoty krzyż z Kremla. W drugiej połowie października 1812 roku Francuzi stopniowo opuszczają Moskwę, wywożąc ogromne łupy.

Złoty łup cesarza
Stolicę Rosji opuściła także cesarska prywatna zdobycz rozmieszczona na wozach i pomimo pospiesznego odwrotu z Rosji, bezpiecznie dociera w okolice miejscowości Supraśl. Jeden z powozów zawierający złota trumnę wypełnioną złotymi monetami, zostaje skierowany do Supraśla, gdzie konwojenci w podziemiach pobazyliańskiego zespołu klasztornego skutecznie ukrywają cenny depozyt tak, że do dzisiaj nie natrafiono na jej ślad. Pozostała część „konwoju”, dla skrócenia drogi podejmuję marszrutę przez zamarznięte Jezioro Augustowskie Długie. Mniej więcej w połowie drogi, pod ciężarem przewożonego ładunku załamuje się lód i dwie karety z cenną zawartością toną w wodach jeziora. Nie muszę chyba dodawać, że również nie odnaleziono ich do dzisiaj.

Konwój skrzyń
W okolicach wsi Bojanowo niedaleko Gdyni, na przełomie XIX i XX wieku, jeden z okolicznych mieszkańców trudniący się wydobywaniem torfu, w trakcie eksploatacji przygotowanego uprzednio terenu, wydobył skrzynię zawierająca bliżej nieokreślone kamienie oraz kawałki metalu. Zniszczoną skrzynię, kamienie oraz żelastwo wyrzucił, zachowując jeden kawałek metalu kształtem przypominający ruszt do pieca, który zaniósł do domu. Metal przeleżał zapomniany w domu znalazcy kilka lat. Dopiero potem okazało się, że bezwartościowy z pozoru kawałek metalu w formie sztabki jest czystym złotem. Sztabka trafiła następnie do Muzeum Gdańskiego.
Zachowała się informacja pochodząca z ustnego przekazu, że w grzęzawiskach istniejących wówczas pomiędzy Bojanowem i Głodowem żołnierze napoleońscy zatopili konwojowane przez siebie skrzynie, lecz co do przyczyny takiego postępowania oraz zawartości i ich ilości brak jest informacji.SkarbyKasa pułkowa
W 1813 roku mała miejscowość Płakowice w powiecie lwóweckim na Dolnym Śląsku stała się areną starcia między Rosjanami i Francuzami. Dowodzący Francuzami generał Puthod zdając sobie sprawę z możliwości okrążenia przez Rosjan i Prusaków, przyjął bitwę, która zakończyła się jego klęską i zagładą całej dywizji. I tutaj na scenę wchodzi „skarbowy” trop. Otóż podobno przed bitwą w pobliżu miejscowego pałacu, w odległości 50 kroków od małego stawu i rosnącego tam krzewu zakopano resztki pułkowej kasy w okutej skrzyni, z której uprzednio wypłacono żołnierzom podwójny żołd. Druga wersja mówi o tym, że eskorta miała wywieźć kasę w kierunku Bielanki, gdzie miało dojść do częściowego rozdzielenia kasy pomiędzy eskortujących żołnierzy, a reszta została zakopana w lesie. Trzecia wersja wspomina, że kasę zakopano na wzgórzu Jaglarz 301 m n.p.m. lub Wietrznik 291 m n.p.m. Te same wzgórza są wymieniane jako miejsca zakopania kosztowności będących własnością jednego z generałów.

Inna informacja podaje, że kasa pułkowa strzeżona stale przez batalion piechoty Westfalskiej, została jeszcze przed bitwą zakopana w beczce na jednym z okolicznych bagnisk. Sprawa może być warta zastanowienia, bo podejmowano kilkakrotnie poszukiwania, ostatnie w 1925 roku. Ponadto dowódca wojsk rosyjskich w pobitewnym raporcie wśród zdobyczy nie wymienia kasy.
Z kolei mieszkańcy nieodległego Mojesza przekazywali sobie legendę z okresu wojen napoleońskich o tym, że w pobliżu wsi oddział Kozaków zdobył podobno transport złota bądź innych kosztowności ochraniany przez konwój francuski. Z uwagi na konieczność ucieczki Kozacy w pośpiechu ukryli w okolicach wsi drogocenny łup – nie odnalezione do dziś kasy wojenne, beczki ze złotem i nie tylko.

Gdzie?
Oto garść szczątkowych informacji dotyczących skarbów pozostawionych przez żołnierzy napoleońskich:
1. Wieś Parszywka (powiat Proszowice, woj. małopolskie) – wycofujący się żołnierze francuscy mieli na terenie wsi ukryć jakieś kosztowności. Brak dalszych informacji.
2. Wieś Solistówka (powiat Augustów, woj. podlaskie) – na łąkach niedaleko wsi miała zostać zakopana beczułka ze złotem przez żołnierzy napoleońskich.
3. Jezioro Sunowo (powiat Ełk) – na jeziorze usytuowane są dwie wyspy zwane Siedliskie Kępy, a przez ludność niemiecką nazywane Francozen Inseln (Francuskie Wyspy) – na ich terenie schronienie znaleźli maruderzy i chorzy żołnierze napoleońscy, którzy mieli tam zakopać swoje łupy.
4. Jezioro Tonka (powiat Lidzbark Warmiński) – w lutym 1807 roku żołnierze gwardii Napoleona rozłożyli się na nocleg na zamarzniętym jeziorze. W nocy pod wpływem ciepła ognisk lód załamał się i wielu żołnierzy utonęło. Najprawdopodobniej do wypadku doszło w północno-wschodniej części jeziora. Zapewne można by odnaleźć sporo z wyposażenia i majątku osobistego żołnierzy, tym bardziej, że jest to akwen zanikający (kurczące się jezioro).
5. Jezioro Kacapka (powiat Hrubieszów) – zgodnie z informacją, powracający żołnierze z kampanii rosyjskiej mieli w nim zatopić jakieś beczki. Niestety nie wiadomo co w nich było ale chodzą słuchy, że… skarby.
6. Kalisz – po przegranej bitwie w lutym 1813 roku wycofujące się wojska francuskie dokonały grabieży dworków i kościołów w Kaliszu. Łupy wieziono na wozach, z których jeden w czasie ucieczki zatonął na mokradłach w okolicach Skarszewa w rozlewiskach Swędrni, a według innej wersji w rzece Prośnie.
7. Jezioro Hańcza – w głębokich wodach tego akwenu napoleońscy żołnierze podczas ucieczki przed Kozakami mieli zatopić taczankę ze złotymi monetami.
8. Lniano (powiat Świecki, woj. kujawsko-pomorskie) – w okolicach starej lipy zwanej „Krzywą Lipą”, przy której miał odpoczywać cesarz Napoleon, z jego polecenia miała zostać zakopana kasa wojenna, która była zbyt ciężka (nieporęczna) do dalszego transportu.
9. Osiek (powiat Starogard Gdański, woj. pomorskie) – przez Jezioro Kałębie miał kiedyś prowadzić most, po którym przejeżdżał Napoleon podczas odwrotu spod Moskwy. Polecił wrzucić do jeziora skrzynię z pieniędzmi, która obciążała go podczas ucieczki.
10. Wiele (powiat Kościerski, woj. pomorskie) – miano w tej okolicy zakopać kasę wojenną, kiedy wojska francuskie pod naporem Rosjan wycofywały się. Wiele lat po wojnach napoleońskich kasy mieli szukać jacyś francuscy oficerowie jednak ich szkice odręczne nie były na tyle dokładne by ją odnaleźć.

Podsumowując
Jak sami widzicie mimo odległych już czasów od tych wydarzeń historycznych (ponad 200 lat), pamiątki po ludziach z tamtej epoki nadal są możliwe do znalezienia. Jeśli jednak szukamy skarbów to odwiedziny starych napoleońskich pobojowisk, jak na przykład te w okolicach Lidzbarka Warmińskiego (bitwa w czerwcu 1807 roku na zachód od miasta) nie jest najlepszym ku temu krokiem, gdzie można znaleźć zwykle destrukty broni, kule armatnie i resztki wyposażenia. Chociaż z drugiej strony, mieszkańcy Płakowic jeszcze przez wiele lat po bitwie znajdowali w rzece i jej pobliżu francuskie monety, złote epolety, zegarki, obrączki i duże ilości broni. I jeszcze jedna uwaga ogólna dotycząca wojen napoleońskich.

Nie tylko skarbów i skarbczyków pozostawionych przez żołnierzy cesarza należy spodziewać się ukrytych w różnych miejscach, zarówno regularnych jednostek, jak też maruderów, z których potrafiły się utworzyć kilkuset osobowego bandy rabujące wszystko dookoła. Ludność cywilna również miała coś do ukrycia – swój dorobek. Jak wynika z zapisów archiwalnych, ludzie nauczeni doświadczeniem, kupcy, urzędnicy, właściciele majątków wraz z informacją o nadchodzących armiach francuskiej i rosyjskiej oraz zbliżającej się wojnie w okolicach Lwówka Śląskiego, w pośpiechu ukrywali swój cenniejszy dobytek w okolicznych lasach, nie bardzo licząc na łagodne traktowanie ze strony zwycięzców, bowiem żołnierze obu armii dopuszczali się rabunków i grabieży. A przecież zdarzało się, że niejedna rodzina opuszczała okolicę i nie wracała bądź ginęła.

Okres wojen napoleońskich można chyba przyrównać do którejś z wojen światowych, z uwagi na ich zasięg. Przez kilkanaście lat jego podbojów i wypraw pożoga wojny zdołała dotrzeć do wszelkich zakątków Europy – od Kanału La Manche do Afryki (Egipt), od Hiszpanii i Portugalii do Rosji i dzisiejszej Chorwacji. Pamiętać też trzeba, że wszystkie te niespokojne czasy, gdy chwieją się podstawy ludzkiej egzystencji i stabilizacji, sprzyjają ukrywaniu dobytku zarówno przez bogatych, jak i biedniejszych ludzi. A głowę daje, że niejedno jeszcze ciekawe znalezisko pamiętające czasy Napoleona leży spokojnie w ziemi czekając na odkrywców – z pewnością także na terenach Polski.

Tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Dendryty

przez , 26.gru.2014, w Galimatias

Dendryt manganowy w jaspisieDendryty to charakterystyczne, finezyjne wytworzone skupienia minerałów, agregaty drobnych kryształów, krystalitów o strukturze fraktalnej, które przyjmują formę delikatnych rozgałęziających się nalotów przypominających trawy, mchy, paprocie, drzewa itp, a ze względu na podobieństwo do roślin, dendryty mineralne bywają często mylone ze skamieniałymi roślinami. Ich nazwa wywodzi się od greckiego słowa „dendron” oznaczającego drzewo. Przykładami mogą też być płatki śniegu o różnych kształtach lub lodowe kwiaty na szybach.
Dendryty powstają na skałach w wyniku szybkiej krystalizacji minerałów z roztworów infiltrujących drobne pęknięcia w skale lub płaszczyzny międzyławicowe. Tworzą je zazwyczaj tlenki lub wodorotlenki manganu i żelaza (psylomelan, piroluzyt, magnetyt, goethyt) posiadając wtedy ciemne barwy, zdarzają się jednak dendryty zbudowane z innych substancji, na przykład  złota. Najczęściej jednak można spotkać dendryty manganowe (piroluzyt – tlenek manganu), lub żelaziste.PsylomelanPiroluzyt będący tlenkiem manganu tworzy głównie skupienia proszkowe, zbite i drobnoziarniste, koncentrując się wśród skał osadowych takich jak wapienie. Tworzy również tzw. pseudomorfozy po innych minerałach manganu. Jest również końcowym produktem utleniania minerałów manganu w środowiskach wodnych. Nie rzadko pojawia się w postaci igiełkowej lub pręcikowej o barwie czarnej, stalowoczarnej z niebieskimi nalotami. W ponad 60% zawiera mangan. Występuje w Jawornie (wapienie) i Jordanowie (pseudomorfozy po kalcycie) na Dolnym Śląsku, Nakle, Tarnowskich Górach i Dąbrowie koło Bytomia.
Psylomelan jest minerałem strefy hydrotermalnej i hipergenicznej tworzącym brunatnoczarne lub czarne skupienia zbite, naciekowe i skorupowo-koncentryczne.  Jako tlenek baru i manganu (zawiera domieszki glinu, żelaza, wapnia, magnezu, krzemu, miedzi, kobaltu, cynku) jest głównym składnikiem złóż rud manganu. Występuje w Miedziance i Miedzianej Górze koło Kielc, śląsko-krakowskich kopalniach rud cynku i ołowiu, a Dolnym Śląsku znany jest ze szczelin przecinających masywy granitowe, skały metamorficzne (Góry Sowie) oraz osadowe. Większe ilości znajdują się w okolicach Pińczowa. Jest również produktem utleniania karpackich syderytów zasobnych w mangan (okolice Sanoka).Psylomelan (1)Magnetyt jako tlenek żelaza zawiera go w swoim składzie około 70%. Znany jest pod postacią żelazistoczarnych skupień ziarnistych, zbitych oraz wypryśnięć, niekiedy z niebieskimi nalotami. Obecność domieszek manganu powoduje odcień czerwonobrunatny, glinu i magnezu bardziej żółtawy, natomiast chromu zielonawy. Jest silnie magnetyczny. Występuje głównie w skałach magmowych (magmowe skały magnetytowe – ferrobolity, znane ze Szwecji), utworach kontaktowo-metasomatowych, hydrotermalnych i skałach metamorficznych (złoża związane z metamorfizmem kontaktowym), wśród których niekiedy powstaje jako produkt przeobrażenia wodorotlenków żelaza oraz osadów. Tworzy zasobne złoża eksploatowane w celu pozyskania rudy żelaza. W Polsce od średniowiecza eksploatowany był w okolicach Kowar, Kletna, Szklarskiej Poręby, znany z wystąpień w bazaltach Biegoszowa koło Złotoryi i Żerkowic koło Lwówka Śląskiego oraz w granitoidach dolnośląskich. Występuje również w piaskach bałtyckich i wydmowych.Psylomelan (2)Goethyt (wodorotlenek żelaza) zawierający ponad 60% żelaza, przeważnie występuje w postaci brunatnych (w różnych odcieniach) skupień promienistych, włóknistych, ziemistych, zbitych lub sypkich jako pseudomorfoza po innych minerałach żelaza (np. po pirycie, syderycie, hematycie), często pojawiając się jako domieszka barwiąca inne minerały i skały oraz glebę na odcienie brunatne. Tworzy się jako produkt działalności hydrotermalnej najniższych temperatur w próżniach melafirów, a także hydrotermalnych złożach sfalerytu.  Jest rozpowszechnionym produktem utleniania minerałów żelaza oraz czynnikiem barwiącym czapy żelazne, które bywają eksploatowane jako rudy żelaza. Jego górnicza nazwa to „żelaziak brunatny” (nazwa nadawana rudom zasobnym w goethyt). Gromadzi się również w utworach osadowych tworząc złoża rud żelaza pochodzenia morskiego, jeziornego, bagiennego lub tworzących się pod darnią podmokłych łąk. W Polsce jest on rozpowszechniony – jego piękne naskorupienia widoczne są na ścianie odkrywki kopalni Czerwona koło Starachowic.

Na misterne dendryty zwrócili uwagę nie tylko kolekcjonerzy minerałów i skał ale również szlifierze kamieni ozdobnych, złotnicy i jubilerzy, wykorzystując je po oszlifowaniu jako brosze i zawieszki.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Sztolnia Aurelia w Złotoryi

przez , 15.gru.2014, w Pod ziemią

Sztolnia złota AureliaHistoria wydobycia złota w okolicach Złotoryi ma swoje początki już na przełomie XI i XII wieku. Wtedy to rozwija się głównie eksploatacja złóż skał osadowych (aluwialnych), polskiego „el dorado” – złotonośnych piasków i żwirów doliny rzeki Kaczawy, jednych z najbogatszych w Europie, zawierających od 15 – 20 gramów złota na tonę. Rzeka przepływająca przez Góry i Pogórze Kaczawskie przez tysiące lat wymywała ze skał drogocenny kruszec, osadzający się pod wpływem swojego ciężaru w piaskach. Zakłada się również, że pierwszymi, którzy tu dotarli już 2000 lat p.n.e. i rozpoczęli poszukiwania złota, mogli być Kreteńczycy, a po nich w VI wieku Celtowie. Najpotężniejszymi ośrodkami górnictwa złota w średniowieczu były okolice Złotoryi i Lwówka Śląskiego, Złotego Stoku i Głuchołaz oraz Karkonosze i Pogórze Izerskie. Rocznie w okolicach Złotoryi wypłukiwano około 50 kg czystego złota.

Prymitywna i bardzo żmudna technologia pozyskiwania go, opierająca się głównie na przesiewaniu piasków i kopaniu rowów kilkumetrowej szerokości zakończonych komorami upadowymi za złotonośną warstwą, doprowadziła jednak do wyczerpywania się płytkich złóż i przybyli niemieccy górnicy zaczęli sięgać głębiej, do złóż położonych na głębokości nawet 50 metrów. Kryzys w rozwoju złotoryjskiego górnictwa przyniósł rok 1241. Po bitwie pod Legnicą, w której to uczestniczyło kilkuset kopaczy, Tatarzy wzięli ich do niewoli, a następnie trafili oni do kopalń nad Morzem Kaspijskim. Kolejnym etapem wydobycia złota było pozyskiwanie go z okruszcowanych żył w okolicznych skałach, takich jak diabazy, ryolity i łupki, poprzez ręczne drążenie w nich sztolni. W Złotoryi stało się tak w XVII wieku gdy na powrót pojawili się górnicy.AureliaSztolnia Aurelia wydrążona została ręcznie za okruszcowanymi żyłami kwarcowymi w diabazach i staropaleozoicznych łupkach, w zboczu Góry Świętego Mikołaja około 1660 roku, a jej obecna długość to ponad 100 metrów. Prawdopodobnie pierwotnie miała być sztolnią poszukiwawczą za rudami miedzi, a być może też żelaza (widoczne są wewnątrz nacieki minerałów żelaza), jednakże otrzymany w pobliskiej hucie wytop z wydobytego urobku dał nieznaczne ilości miedzi i srebra, a tym samym dalsze wydobycie uznano za nierentowne. Nie są znane też dokładne dane mówiące o ilości wydobytego w niej złota. Historia działalności Aurelii kończy się wraz z wojnami napoleońskimi. Po tym okresie kilkakrotnie podejmowano jeszcze próby wznowienia wydobycia (drążąc między innymi boczne chodniki i szybiki poszukiwawcze) ale okazało się ono nieopłacalne z uwagi na wyczerpanie złotego złoża.

Sztolnia nie była zaznaczana na starych niemieckich mapach. Z nieokreślonych powodów cześć chodników i szybów została zasypana i wysadzona przez wycofujące się w 1945 roku oddziały wojsk niemieckich, które miały coś tutaj ukrywać. Mówi się też o wykorzystywaniu jej przez pobliski zakład, w którym w czasie II wojny światowej firma Opta produkowała sprzęt radiowy na potrzeby niemieckiego lotnictwa, w tym również dla Luftwaffe. W trakcie prac eksploracyjnych w „szybie Karola” odnaleziono elementy broni, co świadczy o dostępności tego miejsca w czasie wojny. Krążą spekulacje na temat ukrycia w niej kosztowności lub elementów uzbrojenia.
Podczas „gorączki złota” w okolicach Złotoryi wydobyto około 5 ton złota. Nad sztolnią znajduje się kościół p.w. św. Mikołaja otoczony cmentarzem i dlatego niegdyś mówiono, że zmarłych chowa się tu w złocie. Między innymi też, w związku z lokalizacją cmentarza, wydobycie złota rozpoczęto tu później niż w innych miejscach w okolicy Złotoryi. Niektóre z opowieści mówią o połączeniu podziemi kościoła ze sztolnią, jednakże nigdy to nie zostało potwierdzone.Sztolnia AureliaZe sztolnią związanych jest wiele tajemnic i miejscowych legend. Jedna z nich mówi o górniku, który odkrył w sztolni złotą żyłę, jednakże nie chciał się podzielić tą wiedzą ze swoimi wspólnikami, a za zabrane złoto chciał wyprawić komunię swojej córce – Aurelii. Nie mówiąc nikomu wybrał się do sztolni, napełnił kieszenie złotem i w chwili gdy chciał ją opuścić płomień jego lampki zgasł, a on zabłądził w podziemnym labiryncie chodników pozostając w niej na zawsze. Od tej pory, w dniu pierwszych komunii w Złotoryi słychać z ciemnych czeluści sztolni szlochy i płacze błądzącego oraz stukanie kilofa. Inna z legend opowiada o chciwym mnichu pobierającym dziesięcinę od kopaczy z całego Śląska na potrzeby kościoła. Pewnego dnia górnicy mieli już dość płacenia, zbuntowali się, zwabili mnicha do sztolni, a następnie zabili. Mnich w chwili śmierci miał przekląć wszystkie kopalnie złota. Klątwa sprawiła, że całe złoto zniknęło, a czar można cofnąć gdy znajdzie się złoto w ruinach zamku na Wilczej Górze strzeżonym przez dwa wilkołaki. Teraz duch mnicha błąka się ciemnymi korytarzami sztolni i okropnie zawodzi.

Na początku lat 70-tych XX wieku górnicy z nieodległej kopalni miedzi „Lena” w Nowym Kościele podjęli prace adaptacyjne w sztolni „Aurelia” zmierzające do udostępnienia jej turystom. Sztolnię dla ruchu turystycznego otwarto w 1973 roku. Na przełomie kolejnych lat udostępniało ją też społecznie wielu eksploratorów, udrożniając część chodników, w związku z czym obecnie od głównego chodnika odchodzi kilka bocznych, odkrytych między innymi w listopadzie 2000 roku. Chodniki są niskie i wąskie, panuje w nich wysoka wilgotność, na spągu znajduje się woda infiltrująca górotwór, a temperatura wynosi około +8′C. W 1997 roku odkryty został za zawałem, pionowy 28-metrowy szyb, posiadający boczne chodniki, nazwany od jego odkrywcy Karola Pawlaczka – „Szybem Karola”. Szyb jest wykorzystywany przez kilka gatunków nietoperzy jako schronienie. Dwa lata później odkryto drugi szyb położony kilkanaście metrów od głównego wejścia do sztolni, który na głębokości 12 metrów zalany jest wodą. Niepotwierdzone informacje mówią, że chodników w sztolni jest znacznie więcej. Mają być one zawalone lub zalane wodą.Otoczenie sztolniObecną nazwę – „Kopalnia Złota Aurelia” nadano w latach 90-tych XX wieku jako promocyjną dla regionu aby tym samym przyciągnąć turystów, a ma ona nawiązywać do jednej z pierwszych XIII-wiecznych łacińskich nazw miasta – Mons Aurum z 1217 roku.
Sztolnia posiada stałe, sztuczne oświetlenie. W 2006 roku udostępniono infrastrukturę turystyczną w otoczeniu sztolni w postaci wiaty ze stołem, ławkami, murowanym grillem, placem zabaw dla dzieci, parkingiem oraz wymurowano nieckę dla rekreacyjnego płukania złota.
W przyszłości planowane jest udostępnienie odkrytego szybu dla turystów. Sztolnia czynna jest sezonowo, a wstęp płatny.
Administratorem obiektu jest Złotoryjski Ośrodku Kultury i Rekreacji, przy ul. Plac Reymonta 5.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Kościół w Dąbrowie Górnej

przez , 12.gru.2014, w Zabytki

Dąbrowa Górna,kościółO Dąbrowie Górnej…
Dąbrowa Górna (Ober Dammer) to wieś położona kilka kilometrów na północny-wschód od Lubina, zlokalizowana na drodze ze Składowic do Ścinawy. Po raz pierwszy wzmiankowana była w 1209 roku. Jej pierwotna nazwa – Dobrava, wiązana jest z jej lokalizacją wśród dębowego lasu. Miejscowość na przełomie wieków wielokrotnie zmieniała swoich właścicieli. Pierwszym znanym właścicielem wsi był Konrad von Stosch, a kolejnymi m.in. von Munchow, von Hofstadt, von Carbath, von Kinzel, von Festenberg-Packisch, von Schickfutz, Blasius, Franz Seidler, Karst Mittnacht, Eberhard von Pannwitz, Paul Ladewig, Gustaw Mende, ostatecznie przechodząc w 1926 roku w ręce hrabiny Elfriede von Wallwitz do roku 1945. Ustanowionym zarządcą dóbr (w tym folwarku) był Julian Posern-Zieliński. Obecny zespół folwarczny pochodzi z około 1910 roku (wzniesiony powtórnie prawdopodobnie na polecenie Gustawa Mende). XIX-wieczny pałac niestety nie zachował się do czasów obecnych – po doprowadzeniu go do kompletnej ruiny został rozebrany w 1960 roku. Wieś w większości zamieszkiwali ewangelicy, a jej historia i rozwój wiąże się z hodowlą bydła oraz uprawą roli. W przeszłości funkcjonował tu również młyn wodny, cegielnia, browar, palarnia spirytusu, odkrywki torfu, żwiru i glinki szamotowej.Kościół w Dąbrowie GórnejPierwotnie kaplica cmentarna, a obecnie kościół…
Ewangelicy zamieszkujący Dąbrowę Górną obok gminnego cmentarza parafialnego założonego około 1860 roku (powiększonego w 1910 roku), zbudowali murowaną kaplicę cmentarną p.w. św.Jana. Pomysł wybudowania jej, który zrodził się w marcu 1884 roku został szybko zrealizowany i już w listopadzie tego samego roku nastąpiło uroczyste poświęcenie wzniesionej kaplicy. Prócz nabożeństw pogrzebowych, w kaplicy odbywały się regularnie, co miesięczne msze, odprawiane przez dojeżdżającego ścinawskiego pastora. Z czasem kaplica cmentarna została zmieniona w kościół, bedący obecnie kościołem filialnym parafii w Mlecznie p.w. św. Józefa Oblubieńca NMP. Msze święte odprawiane są w każdą niedzielę o godzinie 8.30. Kościół podczas ostatniej wojny nie uległ zniszczeniom.
Prostokątna bryła świątyni to niewielka neogotycka budowla zorientowana, murowana z cegły klinkierowej wzmocniona kilkoma przyporami. Posiada jedną nawę z wydzielonym, wąskim, pięciobocznie zamkniętym prezbiterium. Główny portal wejściowy oraz otwory okienne są o kształcie ostrołukowym. Pokrycie dachowe stanowi dach ceramiczny. Wnętrze kościoła jest skromne. Zachował się ołtarz pochodzący z okresu budowy oraz drewniany, malowany strop, zdobiony bogato w motywy roślinne.Zdewastowany ewangelicki cmentarzDzwonnica…
Na terenie dawnego cmentarza, w odległości kilku metrów od kościółka (za kościołem), w 1888 roku została wzniesiona drewniana dzwonnica. Wybudowano ją na ceglanej podmurówce na planie kwadratu w całości oszalowanej deskami. Bryła dzwonnicy zwęża się ku górze i zwieńcza ją dwupołaciowy daszek kryty gontem. Wejście oraz niewielkie otwory okienne są prostokątne, zaś we wnętrzu znajduje się stalowy dzwon pochodzący najprawdopodobniej z okresu budowy dzwonnicy.Drewniana dzwonnica

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , więcej...

Legenda o diable Borucie… (1)

przez , 12.gru.2014, w Legendy

Boruta w lochuŁęczyca, w pośród błot, nad rzeką Bzurą. Tu Boruta, to nazwa sławnego diabła, co dotąd siedzi pod gruzami łęczyckiego zamku.
Żyje on długo, bo już niemal sześć wieków. Teraz jednak już się zestarzał, gdyż wielce się ustatkował i mało o sobie daje wiadomości. Imię to było niegdyś bardzo znane i niejeden szlachcic łęczycki, Piskorzem, od tłustych i popularnych tu ryb nazywany, gdy chciał dogryźć sąsiadowi, przeklinał:
- Żeby go Boruta zdusił, albo łeb ukręcił!
A diabeł, który chętnie takie złorzeczenia słuchał, dopełniał nieraz życzenia.
W pobliżu zamku łęczyckiego mieszkał szlachcic niewiadomego nazwiska i herbu. Był on nad wyraz rosły i silny. Nikt z nim nie mógł się mierzyć na szable, bo od razu przeciwnikom silnym zamachem wytrącał oręż z ręki. Nawet wielu atakujących nie dało rady rębaczowi, gdy się plecami on o dom oparł.
Ponieważ szlachcic był bardzo silny i miał w sobie wielką moc sądzono, że mu sam diabeł pomaga i nazywano go Borutą, a że nosił siwy płaszcz, dla odróżnienia od prawdziwego diabła dostał przydomek Siwego Boruty.
Od tej chwili, nikt go nie zaczepiał. Każdy mijał lub ustępował mu z drogi. Nawet w gospodzie pijana szlachta, kiedy szukała zaczepki, na sam głos Siwego-Boruty, wychodziła na zewnątrz karczmy by tam między sobą wyjaśniać i rozstrzygać spory.

Siwy Boruta był bardzo zadowolony, że tak go szanują, a był to raczej strach sąsiadów, co znali moc „żylastej prawicy” niż szacunek. Pewny swego i zuchwały w przechwałkach odgrażał się także, że jak złapie prawdziwego Borutę, to mu karku nadkręci, a skarby, których pilnuje zabierze. Słyszeć się wtedy zdawało, że w piecu lub za piecem ktoś jakby szydersko się podśmiewał.
Siwy Boruta kiedy pił, a pił nie mało, bo najtężsi bracia piskorze nie mogli go przepić, zawsze jednak  pierwszą szklankę wypijał za zdrowie diabła. A wtedy słyszano odgłos, jakby gruby i przeciągły:
- Dziękuję!
Siwy Boruta miał dużo pieniędzy, ale jak to w łatwym życiu bywa szybko je w hulance roztrwonił. Postanowił zatem dostać się do legendarnych skarbów i wziąć z parę mieszków złota od „swego miłego pana brata,” jak nazywał diabła Borutę.

O samej północy, z rozświetloną latarnią, zuchwały szlachcic, ufając swojej sile i szabli, poszedł do lochów średniowiecznego gmachu. Trzymając w jednej ręce wyostrzoną turecką demeszkę, a w drugiej latarnię rozświetlał ciemności dookoła panujące. Ze dwie godziny chodził po krętych schodach i lochach łęczyckiego zamczyska. Nareszcie odnalazł w murze ukryte drzwi, gdy je wybił, jego oczom ukazały się niezliczone skarby, zaś w koncie w postaci sowy z iskrzącymi oczyma, na bryle złota, siedział sam Boruta.
Na ten widok zuchwały szlachcic zbladł i zadrżał, spocił się potężnie ze strachu. Po chwili, gdy zauważył, że nie dzieje się mu krzywda doszedł do siebie i tylko wyrzekł z cicha z ukłonem i pokorą:
- Mnie wielce miłościwemu panu bratu kłaniam uniżenie!
Sowa kiwnęła tylko głową, co rozweseliło nieco Siwego-Borutę. Ukłoniwszy się raz jeszcze, zaczął wypełniać siwej kapoty kieszenie i mieszki, złotem i srebrem. Tak je obładował, że zaledwie mógł się obrócić.

Już świtać zaczęło, a szlachcic nie przestawał garściami ściągać złota. Na koniec, gdy już brakło mu wszystkich kieszeni, nie mając go gdzie włożyć, zaczął w gębę sypać, a że miał niemałą, nasypał dosyć. Ponownie ukłonił się stróżowi i wyszedł z lochu.
Zaledwie stanął na progu, kiedy drzwi się same zatrzasnęły i przycięły mu całą piętę. Nawet nie krzyknął, gdyż złotem wypchane miał usta.
Kulejąc, krwią znacząc ślady kroków swoich, przeładowany skarbami, dobywając ostatki sił, ledwo doszedł do domostwa.
Upuścił na podłogę złoto i srebro, wypluł z napchanej gęby, a sam padł wysilony i słaby. Odtąd miał dużo pieniędzy, ale siłę stracił i zdrowie. Przestękał całą resztę życia. Tak z mocarza, stał się słabym człowiekiem. Tak chciwość, wyrywność i zbytnia wiara w swoją moc okazała się zgubą dla niego samego. Pewnego smutnego dnia, gdy w kłótni o miedzę wyzwał sąsiada, ten, którego dawniej jednym palcem obalał Siwy-Boruta, pokonał bogacza i zabił.
Domostwo jego pustkami zostało. Nikt tam zamieszkać nie chciał, bo sam diabeł Boruta często przesiadywał w starej wierzbie, co na podwórzu rosła. Odwiedzał izby i alkierz, pozostałe skarby przenosząc na powrót do zamku w Łęczycy.

(na podstawie „Klechd, Starożytnych podań i powieści ludu polskiego i Rusi” Kazimierza Władysława Wóycickiego, Warszawa 1837)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , więcej...

Studniczek jaskiniowy

przez , 05.gru.2014, w Flora i Fauna

StudniczekStudniczek jaskiniowy zaliczany jest do grupy stygobiontów (troglobiontów) zamieszkujących wody podziemne.
Stygobionty są organizmami przystosowanymi do życia w wodach podziemnych, tak zwanego stygalu. Ze względu na panujące specyficzne warunki, takie jak na przykład niska temperatura i brak światła, u tego typu organizmów obserwuje się specyficzne przystosowanie utrudniające egzystowanie w innych typach wód – zanik organów wzroku czy zanik pigmentu w skórze i powłokach ciała, w wyniku czego ciało jest na ogół białe lub przezroczyste. Kolejnymi charakterystycznymi cechami tych zwierząt jest fotofobizm – unikanie światła, spowolnienie procesów metabolicznych, zanik periodyczności sezonowej w związku ze stałą temperaturą wody i brakiem wpływu pór roku oraz znaczny rozwój narządów dotyku, a tym samym narządów ułatwiających orientację przestrzenna w ciemności.

Ze względu na genealogię stygalu jedna część stygobiontów pochodzi od różnych form życia w wodach słonych (morskich), druga zaś część od form słodkowodnych. Tłumaczyć to można przetrwaniem niektórych hydrobiontów po nasunięciu się lądolodu, które mogły przystosować się do życia w wodach podziemnych. W związku z tym powstał podział stygobiontów na:
- paleostygobionty – gatunki o najstarszym rodowodzie,
- neostygobionty – gatunki o młodszym rodowodzie,
- substygobionty – gatunki, które przystosowały się do stygalu niedawno.
W Polsce stygobionty występują jedynie w górach, a przedstawicielami studniczka jaskiniowego są trzy gatunki: Studniczek podziemny (Niphargus aquilex), Studniczek tatrzański (Niphargus tatrensis) i Niphargus puteanus.

Studniczek jest gatunkiem skorupiaka z rządu obunogów, kiełża żyjacego w wodach podziemnych jaskiń, zasiedlającego potoki i rzeki przepływające przez jaskinie oraz żyły wodne. Występuje również na dnie dużych górskich oligotroficznych jezior, w głębokich studniach i źródłach mających połączenie z wodami podziemnymi.
Studniczek tatrzański (Niphargus tatrensis) to mały, długości 6-16 mm, białawy skorupiak wodny, odznaczający się zanikiem oczu lub zachowaniem ich w formie szczątkowej i brakiem pigmentu. Odkryty został w 1887 roku przez Augusta Wrześniowskiego w zakopiańskich studniach, a opisany w 1888 roku. Na terenie Tatr po raz kolejny został odnaleziony w Jaskini Miętusiej przez Kazimierza Kowalskiego w 1950 roku. Kolejne jego stanowiska występowania stwierdzono w Jaskini Zimnej, Jaskini Mroźnej, Jaskini Mylnej. Pojawia się też wypływając z wód podziemnych w źródłach Tatr na przykład w Lodowym Źródle w Dolinie Kościeliskiej, Podtatrza, Beskidów Zachodnich i jaskiniach Sudetów (np.w podziemnym jeziorku w Jaskini Radochowskiej). Ostatnio stwierdzono jego występowanie w Wywierzysku Olczyskim. Nie stwierdzono go w środowiskach antropogenicznych jakimi są sztolnie i kopalnie.
Studniczek jako jeden z przedstawicieli speleofauny uważany bywa za relikt trzeciorzędowy.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Rogaty szlachcic Boruta

przez , 28.lis.2014, w Historia

Boruta w lochuSzlachcic Boruta…
Boruta według przekazów ludowych miał być szlachcicem żyjącym w XIV wieku, którego dobra ziemskie oraz drewniany zamek miały znajdować się po zachodniej stronie zakola rzeki Liswarty, w łąkach pomiędzy ówczesnymi wioskami Ługi i Niwki (obecnie Ługi-Radły i Panoszów). Fakt istnienia zabudowań w tym miejscu potwierdziły badania archeologiczne i liczne wykopaliska.
Około 1360 roku, w trakcie gdy budowano zamek w Łęczycy, na jego wizytację miał wybrać się panujący wówczas król Kazimierz Wielki. Niestety pech chciał, że w pewnym momencie drogi kareta królewska zapadła się w podmokły grunt na mokradłach tak, że za nic w świecie nie dało jej się ruszyć. Przypadkiem na miejscu pojawił się dobrze zbudowany i silny młodzieniec imieniem Boruta, który podołał wyciągnięciu karety z bagna. Za oddaną przysługę król Kazimierz hojnie go wynagrodził oraz ofiarował mu zamek w Łęczycy.
Król jechał do Łęczycy. I koło Orszewice kareta w cztery konie zapadła się na błotach, bo król nie wiedział, że nie ma tam przejazdu i drogi do Łęczycy. Zaczęli szukać ludzi, żeby wóz i konie wyciągnęli. A była już noc. Przy trytwie, co przechodzi z Orszewic do Kuchar, mieszkał silny chłop, nazywał się Boruta. Na trytwie to kamienie ze wszystkich stron i tą trytwą owce i bydło pędzili. Boruta wziął linkę i króla z wozem i końmi sam w nocy z błota wyciągnął. Król wtedy wziął Borutę do swojej karety, zawiózł do zamku do Łęczycy i powiedział:
– Po mojej śmierci będziesz tu władcąZamek w ŁęczycyBoruta przenosząc się do zamku musiał wlec za sobą ogromny gar wypełniony po brzegi złotymi monetami, gdyż był tak ciężki, że nie był w stanie go nieść. W ślad za, w ziemi powstała głęboka bruzda, która z czasem stała się korytem rzeki Liswarta – tak głoszą okoliczne podania. Niedługo potem, pod koniec XIV wieku Boruta został kolejny raz obdarowany dobrami, tym razem przez księcia mazowieckiego, który ofiarował mu skarb, coś jednak stanęło na przeszkodzie w odebraniu ich i Boruta miał przemienić się w diabła, który od tamtej pory przebywa w podziemiach łęczyckiego zamku pilnując swoich skrzyń ze złotem.

Powstanie diabła Boruty…
Diabeł Boruta to jedna z najbardziej znanych i rozpoznawalnych postaci demonicznych występująca w podaniach, legendach i wierzeniach ludowych, znany na ziemi łęczyckiej od bardzo dawna. Na przełomie wieków jego wizerunek wielokrotnie się zmieniał. Chyba najbardziej popularnym jest postać wysokiego, przystojnego szlachcica, z długimi czarnymi wąsiskami, o czarnych oczach ale nie pozbawionego cech diabelskich – rogów i długiego ogona, które to przymioty skrywa pod szlacheckim kontuszem i czapką, stąd też nazwy – Boruta Szlachcic, Boruta Tumski, Boruta Czarny. Jego genealogia wywodzi się od mitycznego pogańskiego przodka, demona – Boruty (borowego, leszego), który miał zamieszkiwać w zalesionych i bagnistych okolicach dzisiejszego miasta Łęczycy. Jako borowy miał sprawować patronat nad lasami, leśnymi zwierzętami i myśliwymi. Samo zaś imię Boruta ma pochodzić od przeniesienia ludzkiego nazwiska na nazwę bór, w momencie uczłowieczenia postaci borowego. Imię Boruta może również pochodzić od lasu sosnowego, gdyż sosna po staropolsku to właśnie boruta.BorutaW 966 roku, po przyjęciu chrztu przez króla Mieszka I i przyjęciu wiary chrześcijańskiej, na terenie ówczesnej Polski rozpoczęły się wyprawy misyjne mające na celu chrystianizację pogańskiej ludności. Księża nawracający ludność Słowiańską utożsamiali postacie z ich wierzeń z diabłami, szatanami, demonami i duchami. Tym sposobem ludowy demon oficjalnie został nazwany diabłem Borutą.
Mimo wszystko myśliwi nadal czcili demona składając ofiary przy sosnach, po to by Boruta sprzyjał im w polowaniach.

Wcielenia diabła Boruty…
Boruta występował i ukazywał się ludziom w różnych miejscach i pod różnymi postaciami. Ludzie zamieszkujący tereny w pobliżu łąk i bagien widywali go pod postacią ptaka z ogromnymi skrzydłami (Boruta Błotny) lub błotnego stwora (Błotnik). Mieszkańcom żyjącym w pobliżu rzeki Bzury ukazywał się pod postacią ogromnej ryby obdarzonej rogami lub topielca (Boruta Topielec). Ludzie zamieszkujący wśród pól widywali Borutę pod postacią szybkiego, ogromnego, czarnego rumaka galopującego nocami (Boruta Koń). Widywano go też w lasach okalających Łęczycę pod postacią sowy z rogami (Boruta Sowa).Diabeł BorutaZnany z legend ludowych jest też Boruta Młynarz. Właściciele młynów w okolicach Łęczycy zarzekali się, że odwiedza on ich przybytki po nocach. Miał wówczas mleć ziarno, a potem potajemnie podrzucać uzyskaną przez siebie mąkę w workach do obejść ubogich mieszkańców miasta. Obecność Boruty miał zdradzać też nagle zapalający się i szybko gasnący ogień.
We wszystkich podaniach ludowych postrzegany jest on jako wielce przebiegły i nadludzko silny, przechytrzający ludzi za pomocą swych „diabelskich sztuczek”, ale również jako empatyczny dobroczyńca pomagający ubogim.

Diabeł Boruta w literaturze i dziś…
Pierwsza pisana opowieść o nim pochodzi już z XVIII wieku pojawiając się w pamiętnikach biskupa Kossakowskiego. W literaturze na stałe zapisał się jednak dzięki opublikowanej w 1837 roku książce „Klechdy” autorstwa Kazimierza Władysława Wójcickiego, który opisał w niej najbardziej znane legendy o Borucie. W drugiej połowie XIX wieku Tygodnik Ilustrowany publikuje kolejne legendy. W 1890 roku Boruta zostaje bohaterem pięcioaktowego dramatu B.Grabowskiego i baśni scenicznej Lucjana Rydla „Zaczarowane koło”. Obecnie wiele zbiorów legend i podań oraz baśni dla dzieci zawiera opowieści o łęczyckim diable. Jedną z bardziej znanych legend jest ta o śladach odciśniętych pazurów Boruty na ścianie kolegiaty w Tumie, które powstały kiedy chciał przewrócić wieżę.Kolegiata w TumieBogata panna była na Tumie. Boruta przyjeżdżał i chciał koniecznie się żenić. Przyjeżdżał ładnymi końmi. Jak był ostatni raz, ona na ślub się zgodziła, ale potem mówi do służby:
-Kto to może być? Jest człowiekiem, a ma kopyta. Jak ona powiedziała tej służbie, to ta służba poszła do księdza. Ksiądz przyszedł i panna mu wszystko wyznała. Ksiądz powiedział, że to diabeł. Jak miał się odbyć ślub, to ksiądz zamknął w kościele tę pannę, a sam czekał z monstrancją w jej domu i wtedy przyjechał Boruta na to wesele. Jak wjechał w podwyrko, to ksiądz wyszedł na próg do niego i oświadczył diabłu, że panny jego nie ma i że ta wieś nazywa się teraz Tum, bo przedtem nazywała się inaczej. Boruta chciał wliźć do kościoła, ale było pozamykane, więc ze złości chciał przewrócić kościół i widać te odciski palców Boruty na wieży. Odjechał ze swoją drużyną, bo swoją siłą nic nie mógł poradzić, bo kościół był poświęcany„.Odciski pazurów Boruty na wieży kolegiaty w TumieZ udziałem Boruty powstała niezliczona ilość legend, których nie tylko jest bohaterem ale wręcz symbolem Łęczycy, najstarszej kasztelani w Polsce. Jego wizerunek często wykorzystywany jest jako inspiracja dla rzeźbiarzy ludowych z okolic Łęczycy, których rzeźby w pokaźnej ilości zgromadzono w komnatach łęczyckiego zamku, w tym również, prócz pojedynczych figur, rozbudowane wielopoziomowe prace przedstawiające treść legend z udziałem diabła. Figurka Boruty to najczęstsza pamiątka przywożona z wycieczek do zamkowego muzeum.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Wiadrów von Reibnitzów

przez , 22.lis.2014, w Ciekawe miejsca

Pałac w WiadrowieWiadrów to niewielka wieś z bardzo stara metryką, zlokalizowana kilka kilometrów na południe od Jawora. Dokument księcia Przemka Ścinawskiego z 6 stycznia 1285 roku wymienia jako świadka Nikosza z Wedrow. Nikosz wymieniony jest jeszcze w dziesięciu innych dokumentach z tego okresu. Na dwóch kolejnych zmienia się pisownia wsi – w 1286 roku Wedderow, a w 1287 roku Wederau. Dokumenty te świadczą również o tym, że w XIII wieku Wiadrów był siedzibą rycerską ściśle związaną z rodziną von Reibnitz. Teren pierwotnie był niezalesiony, żyzny i bardzo dogodny dla osadnictwa. O przebiegu rozwoju wsi mogą świadczyć spisy ludności sięgające 1781 roku, które podają liczby mieszkańców – 1781 rok 482 osoby, 1871 rok 580 osób, 1905 rok 552 osoby. Po 1905 roku pomimo panującej tendencji do przesiedlania się ludności wiejskiej do miast oraz skutków I wojny światowej – dużej ilości ofiar, liczba mieszkańców Wiadrowa wzrastała, aż do ostatniego spisu z 1933 roku podającego 614 mieszkańców. Po II wojnie światowej wieś nosiła nazwę Wojciechów (wkrótce zmienioną na Wedrow), a ostatecznie na Wiadrów. Obecnie zamieszkuje ją około 500 osób.Kościół Podwyższenia KrzyżaWedług informacji zawartej w Grunhagen w Wiadrowie istniał pierwotnie zamek rycerski otoczony fosą. W nocy z 11 na 12 czerwca 1430 roku do wsi wkroczyli Husyci, którzy zdobyli zamek, a następnie spalili. Bracia von Reibnitz wraz ze swoją załogą stawiali desperacki opór najeźdźcom. Część załogi, około 30 osób, początkowo została zepchnięta do piwnic, tam zablokowana przez Husytów, którzy następnie podpalili zamek. Ostatni z obrońców schronili się na strychu budynku mieszkalnego i złożyli broń dopiero wtedy, gdy czeski szlachcic dowodzący oddziałami husyckimi poręczył słowem honoru, że daruje im życie. Było to kilkanaście osób, w większości rannych, które następnie zostały wzięte do czeskiej niewoli. Jak wynika ze źródeł najazd przeżył Piotr von Reibnitz, który w 1437 roku poślubił Annę von Liebenthal.
Drugim punktem oporu był miejscowy kościół, w którym pod dowództwem proboszcza bronili się miejscowi włościanie. Husyci zajęci szturmowaniem zamku nie atakowali kościoła zbyt zaciekle, ale po złamaniu oporu Reibnitzów, chcąc zapewne uniknąć równie krwawej potyczki, zgodzili się na honorową kapitulację obrońców świątyni.
Na miejscu zamkowych zgliszczy w XVI wieku wzniesiono renesansowy dwór otoczony fosą, który w XVIII wieku został poddany gruntownej przebudowie i kolejnej około 1860 roku, a następnej w XX wieku. Dwukondygnacyjny, podpiwniczony budynek został wzniesiony z kamienia i cegły (obecnie otynkowany) na planie prostokąta. Nad fosą przerzucono kamienny most prowadzący do wejścia. W fosie znajdują się obecnie zamurowane przejścia podziemne, w których znajdowała się także studnia służąca właścicielom pałacu jako czerpnia wody (w latach 60-tych podczas remontu pałacu studnia została zasypana). Obok pałacu znajduje się niewielki park założony w XVIII wieku, przekształcony z ogrodu. Obecnie pałac i okoliczne zabudowania gospodarcze należą do prywatnego przedsiębiorcy rolniczego.

Na początku XVII wieku Wiadrów przechodzi ponownie w ręce rodziny von Reibnitz. Rodzina von Reibnitz była starą szlachtą o słowiańskich korzeniach związaną z Ziemią Jaworską od połowy XIV wieku. Na początku XV wieku stali się oni właścicielami Wiadrowa i Kłaczyny dziedzicząc te wsie przez prawie 200 lat. Świadectwo temu daje, zachowana w Wiadrowie najstarsza nagrobna płyta epitafijna Gintzela von Reibnitza Starszego, zmarłego w 1572 roku, będącego panem na Wiadrowie od połowy XVI wieku. Z epitafium Gintzela Młodszego sąsiaduje epitafium jego zięcia Friedricha von Borschnitza z Piotrowic. Na przełomie XVI i XVII wieku włościami włada Jan von Reibnitz poślubiający w 1597 roku Katarzynę von Nimptsch (1548-1612).
W 1654 roku dobra przejmuje Georg Sigismund von Tschirnhaus, a następnie od jego rodziny majętność nabywa rodzina von Schweidnitz. Od 1800 roku posiadłość przechodzi w ręce Hansa Heinricha VI Reichsgrafa von Hochberg (1768-1833), w 1876 roku w ręce Emila Neumanna, a od 1905 roku (dwór i majątek o powierzchni ponad 400 ha) w ręce dr filozofii Phila Waltera Josepha. Ostatnimi właścicielami (przed II wojną światową) wiadrowskich dóbr było małżeństwo Franza i Adeli von Donat. Po wojnie folwark przekazano Państwowemu Gospodarstwu Rolnemu.Krzyż pokutnyW Wiadrowie znajduje się kamienny kościół p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego pochodzący z pierwszej połowy XIII wieku. Jego istnienie po raz pierwszy wzmiankowane było w 1399 roku. Z jego średniowiecznego wyposażenia zachowało się gotyckie sanktuarium z połowy XIV wieku znajdujące się w ścianie prezbiterium oraz piaskowcowa chrzcielnica z połowy XVI wieku. W XVI wieku świątynię przejęli protestanci, którzy następnie w 1582 roku przebudowali ją, a w 1625 roku wybudowali nową wieżę zastępując tym samym pierwotną bardzo już zniszczoną. W wieży znajduje się dzwon z 1609 roku. Von Reibnitzowie w 1614 roku ufundowali piękny manierystyczny, wielokondygnacyjny drewniany ołtarz z polichromowanymi płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z paschalnego misterium Chrystusa. Z tego samego okresu co ołtarz główny pochodzi renesansowa balustrada chóru.
W połowie XVII wieku kościół powraca do katolików, którzy w XVIII wieku dokonują jego przebudowy, wyposażając go m.in. w nową rokokową drewnianą ambonę, rzeźbę Madonny z Dzieciątkiem, ławki, konfesjonał, krzyże procesyjne i cynowe lichtarze. W XIX wieku na wieży zamontowano zegar. Na elewacji zewnętrznej znajduje się kilka wmurowanych płyt epitafijnych, do kościoła przylega również kaplica i cmentarz, a całość otoczona jest kamiennym murem.
Po zewnętrznej stronie muru znajduje się krzyż pokutny głęboko wkopany w ziemię. Część naziemna ma 60 cm wysokości i jest to górna część krzyża z wyraźnymi ramionami i aureolą. W jego centralnej części znajduje się okrągłe wgłębienie być może przedstawiające narzędzie zbrodni – kamień.Pozostałości kościoła protestanckiegoW 1788 roku protestanci z Wiadrowa kilkanaście metrów od kościoła katolickiego wybudowali własną świątynię. Protestanci mieli swojego pastora oraz założyli szkołę dla dzieci. W chwili obecnej kościół pozostaje w trwałej ruinie – zachowały się jedynie mury zewnętrzne, a obiekt w każdej chwili grozi zawaleniem.
W 1793 roku we wsi miały miejsce rokowania zbuntowanych tkaczy bolkowskich z przedstawicielami rządu pruskiego.
Wiadrów niegdyś jako bardzo dobrze rozwijająca się wieś, posiadał na utrzymaniu dwa kościoły, kwitło w nim życie kulturalne i towarzyskie, obok obecnej świetlicy znajdowała się karczma, w budynku nieopodal kościoła znajdował się dom kultury, istniała szkoła podstawowa, posterunek policji, dwie piekarnie, trzy młyny (po dwóch zostały zabudowania) i kuźnia. Znaczną część zabudowań stanowiły budynki mieszkalne robotników z miejscowego pałacu. Najstarszy budynek mieszkalny zachowany do dziś pochodzi z 1786 roku.
W Wiadrowie mieści się również poniemiecki cmentarz na którym pochowano ofiary z wielkiej powodzi z lat 20-tych XX wieku.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Trójgarb – zaginiony transport i inne tajemnice

przez , 14.lis.2014, w Skarby

Przedwojenny Trójgarb.Schronisko i wieża widokowaTrójgarb

Trójgarb (Sattewald) jest wyniosłym wzniesieniem górującym ponad 300 metrów nad okolicą, otoczony miejscowościami Stare Bogaczowice, Nowe Bogaczowice, Gostków, Jaczków, Witków, Jabłów, Lubomin i Struga, kilka kilometrów na północny-zachód od Wałbrzycha. Rozciągnięty stożek, o dość stromych zboczach porośniętych lasem iglastym, składa się z trzech wierzchołków (stąd nazwa) o wysokości 778, 757 i 738 m n.p.m. Krótko po II wojnie światowej nazywany był Potrójną. Partia szczytowa zbudowana jest z ryolitów – czerwonych porfirów (w karbonie górnym z głębi ziemi intrudowały kwaśne magmy), natomiast zbocza i podnóża ze skał osadowych powstałych w karbonie górnym (naprzemianległe warstwy) – zlepieńców, piaskowców i łupków, w których znajdują się pokłady węgla kamiennego. W okresie międzywojennym na Trójgarbie funkcjonowała gospoda i znajdowała się wieża widokowa.Masyw TrójgarbuNiewielki ślad

W miesięczniku „Odkrywca” Wojciech Stojak w artykule zatytułowanym „Dolnośląskie potpourri” przytacza treść listu, który w 2006 roku pod koniec działalności „Klubu Poszukiwaczy Skarbów” został przysłany do telewizji. Niepodpisany list wysłany został z miejscowości Nowe Bogaczowice. Oto treść listu: „Mając 10 lat w 1947 spotkałem dziewczynkę w wieku 13-14 lat, która była Niemką. Spotkałem ją we wsi Gostków u siostry. Byłem zdziwiony, kiedy owa Niemka odezwała się do mnie po polsku, okazało się że pochodziła z Górnego Śląska. Mieszkała u ciotki w Lubominie od 1943 r. a jej siostra u bauera w Gostkowie. Nosiła żywność z Gostkowa do Lubomina. W 1944 r. w sierpniu, wybrała się z Lubomina na grzyby, idąc w stronę góry >>Trójgarb<< od 4-go zabudowania w Lubominie od strony Jabłowa. W pewnym momencie zobaczyła, jak od Lubomina idzie polną drogą wojsko, więc się skryła. Za wojskiem jechał samochód osobowy i 2 ciężarowe. Ukryta obserwowała, co się będzie dziać, lasem poszła za nimi i zobaczyła, że samochody wjechały w >>Trójgarb<<, w tunel w górę od strony Lubomina. Zamknięto wrota zasypano ziemią i przez jakiś czas sadzono tam las świerkowy. Czekała aż do wieczora, kiedy wojsko odeszło żeby wrócić do domu. Nie wiem czy to jest prawda czy nie.” (zachowano oryginalną pisownię)Gospoda i wieża widokowa na szczycieTunel czy …

Zbocza masywu Trójgarbu nie obfitują w wielkie ilości wyrobisk i innych śladów dawnego górnictwa, jak w przypadku sąsiednich szczytów, na przykład Chełmca 851 m n.p.m. czy Krąglaka 692 m n.p.m., ale podnóża Trójgarbu nie są całkowicie ich pozbawione. Niektóre związane z dawnym górnictwem węgla kamiennego, niektóre z wydobyciem rud metali, inne to pozostałości sztolni odwadniających. Można też odnaleźć stary łom ryolitów (porfirów) wgryzający się w Trójgarb z małą infrastrukturą turystyczną w postaci palenisk i drewnianych ław. Brak jest jednak śladów i informacji o jakimkolwiek tunelu na jego zboczach. Czym miałby być ten „tunel”? Projektowanym, będącym w początkowej fazie prac tunelem kolejowym pod Trójgarbem, na wzór tego pod górą Wołowiec 776 m n.p.m. na południe od Wałbrzycha? Jakie miejscowości miałby on połączyć? Ten pod Wołowcem łączył Jedlinę Zdrój z Wałbrzychem i był „spec-przeznaczenia” dla pociągu Hitlera. Najbliższa linia kolejowa biegnie na południowy-zachód od Trójgarbu, z Marciszowa przez Sędzisław, Witków do Boguszowa-Gorce, a dalej do Wałbrzycha. Czy naziści mieli w planach „przecięcie” linią kolejową wnętrza Trójgarbu, by tym samym połączyć kwaterę Hitlera w zamku Książ – Furstenstein, ze stacją w Witkowie, a dalej z Kamienną Górą? Bo tylko takie założenie i rozwiązanie wydaje się być logicznym i uzasadnionym, wchodzącym w grę. Niestety nigdzie w materiałach źródłowych nie ma informacji o planach takiego tunelu, nie ma też jego śladów w terenie. Tak dobrze został zamaskowany? A może, 10-letnia wówczas dziewczynka, widziała wlot do sztolni, który jej małym oczom zarysował się jako tunel zamykany wrotami.Kamieniołom porfiru… sztolnia?

Wiosną 2011 roku grupa eksploratorów z SGE odnalazła na zachodnich zboczach bezimiennej góry (638 m n.p.m.) położonej na południowy-wschód od drogi łączącej wsie Jabłów i Lubomin a Lubominkiem (peryferyjna dzielnica Boguszowa-Gorce) sztolnię oraz pozostałości szybu. „Miejsce to wyglądało wręcz podręcznikowo, hałda porośnięta grubymi drzewami co wskazywało na sędziwy wiek wyrobiska, wartki wypływ wody ze sztolni i ledwo już odznaczające się na stoku zaklęśnięcie po zawalonym wylocie. Ponadto kilkaset metrów powyżej wylotu sztolni odnaleźliśmy ślady po sporym szybie a to może świadczyć, że jest to większy obiekt. Dodatkowo sprzyjający był również fakt, że sztolnia nie robiła wrażenia zawalonej a jedynie zasypanej podczas likwidacji (…)„. Całości prac eksploracyjnych prowadzonych przez SGE przytaczać tutaj nie będziemy. Po analizie dostępnych map górniczych i materiałów źródłowych okazało się, że jest to sztolnia należąca do kopalni „Emilie Anna”. Grupa przystąpiła do udrożnienia sztolni. Sztolnia okazała się być wypełniona wodą po sam strop. Pierwszej penetracji dokonał nurek jaskiniowy odkrywając kilkumetrowy, stosunkowo wąski chodnik z elementami drewnianej obudowy i podkładami torów, zakończony sporym obwałem. Następnym etapem było odwodnienie sztolni, które ukazało chodnik  szerokości 1 m i wysokości 2 m, o łukowatym stropie i śladach ręcznego urabiania o łącznej długości 43 m. Ciekawostką było odnalezienie na jednym z ociosów wykutej w skale daty – „1857″. Sztolnia, drążona w zlepieńcach i łupkach, w chwili obecnej na powrót jest niedostępna – otwór wejściowy został zawalony. Biorąc pod uwagę opis z listu tę sztolnię należy wykluczyć ze względu na jej lokalizację oraz wymiary – o ile długość byłaby odpowiednią by ukryć w niej samochód osobowy i dwie ciężarówki, o tyle szerokość definitywnie ją wyklucza.Sztolnia w LubominieInny wątek

Wiosna 1945 roku. Drogą z Jaczkowa do Gostkowa (na zachód od Trójgarbu) podąża transport ewakuujący dobra zdeponowane w majątku Hohenfriedberg… Tuż przy tej drodze, po prawej, za potokiem Cieklina nieopodal bezimiennej góry (526 m n.p.m.) znajdują się pozostałości starej kopalni w postaci dwóch szybów o średnicy około 3 metrów, oddalone od siebie o około 10 metrów. W jednym miejscu wygląda to tak, jakby zawalił się strop nad wejściem do sztolni, zawał będący wielkim, osuniętym na nie głazem. Kopalnia ta jest zaznaczona na mapie geologicznej E.Zimmermanna „Geologische Karte von Preussen und benachbarten deutschen Landern” Blatt Ruhbank, hrgs.1929. Nie leży ona na żadnym polu górniczym należącym do kopalni węgla kamiennego a najbliższa wysunięta od wschodu granica pola górniczego oddalona jest o około 1 km i pole to należało do kopalni węgla Kohlengrund.NYXJunkers Ju-52

W między czasie docierały różne inne informacje, jak na przykład ta, o rozbiciu się na stokach samolotu Junkers Ju-52, którego pozostałości odnajdywano. Pewien Niemiec, który był świadkiem tego zdarzenia, opowiedział tą historię wałbrzyszaninowi Krzysztofowi Kobusińskiemu.  Wiosną 1945 roku samolot transportowy Junkers Ju-52 lecący, z Festung Breslau dostał się w okolicach Trójgarbu w fatalne warunki atmosferyczne, we mgle pilot zboczył z kursu i uderzył w stok góry. Na pokładzie samolotu prócz załogi znajdowali się ranni niemieccy żołnierze. Katastrofę przeżyły wszystkie osoby znajdujące się na pokładzie. Wrak rozbitego samolotu pozostał na stoku z uwagi na problemy z jego usunięciem i dopiero po wojnie radzieccy żołnierze „zainteresowali” się nim wymontowując z niego części nadające się do użytku, reszta zaś trafić miała na złom. Pan Krzysztof wielokrotnie penetrował miejsce katastrofy odnajdując w ziemi różne elementy Ju-52. Samoloty te były wykorzystywane m.in. do ewakuacji rannych z Festung Breslau i dostarczania amunicji.Junkers Ju-52Na zakończenie

Lubomin to niewielka, spokojna, łańcuchowa wieś wzmiankowana już w 1305 roku, zlokalizowana w siodle pomiędzy masywami Trójgarbu i Chełmca. Pod koniec XVIII w. funkcjonowała tu niewielka kopalnia węgla „Friedrich Wilhelm”, zaś w okolicy (w różnych okresach) „Emilie Anna”, „David Zubebor”, „Erwunschte Zukunft”, a także kopalnie rud metali (w Jabłowie). Miejscowa ludność od najdawniejszych czasów znajdowała w nich zatrudnienie. Wątki nie pasujące do siebie zarówno datami jak i rejonami rozgrywania się wydarzeń. Relacja 10-letniej dziewczynki (w 1944 roku) i szczątkowa informacja o transporcie dóbr z majątku Hohenfriedberg. Brak „namacalnych” miejsc na stokach Trójgarbu wpasowujących się w temat. Brak informacji źródłowych o miejscach, które można by brać pod uwagę i rozważania. Ale czy na pewno…?Szczątki Ju-52 rozbitego na Trójgarbie (fot.ze zbiorów K.Kobusińskiego)Miejscowa ludność rozpytywana o tunel czy sztolnię na południowo-wschodnich zboczach Trójgarbu niestety nie potrafiła wskazać takiego obiektu. List do adresata nie był podpisany, wiadomo jedynie, że został wysłany z Nowych Bogaczowic zatem nawet dotarcie do osoby informującej wydaje się być niemożliwe. Od faktu uzyskania informacji przez 10-letniego chłopca do momentu jej „upublicznienia” minęło 60 lat. Czy nie zastąpił on sobie samoistnie luk w pamięci uzupełniając faktami jako dorosły już człowiek? Penetracje terenu za śladami tajemniczego tunelu zamykanego wrotami dały wynik negatywny. Pozostaje napisać, tak jak autor listu – nie wiadomo czy to jest prawda czy nie…

(źródła: „Dolnośląskie potpourri” W.Stojak /Odkrywca 12/2010/; „Odkrycie sztolni w Lubominku” Aust,SGE; „Katastrofa samolotu na Trójgarbie” A.Szałkowski)

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Legenda o Halinie z Sandomierza…

przez , 14.lis.2014, w Legendy

W XIII w. Tatarzy trzykrotnie najeżdżali Sandomierz. W czasie drugiego najazdu w 1260 r. zdobyli i spalili  miasto, ludność wymordowali, a część trafiła w jasyr. Jednym z zabitych był dowodzący obrona miasta Piotr z Krępy. Miał on córkę Halinę, którą uratował wierny sługa Boguchwał. W 1287 r. Tatarzy po raz trzeci stanęli u bram miasta. W czasie obrony zginął kasztelan Janko z Pilawy, mąż Haliny Krępianki. Obrońcy ponieśli duże straty, zginęło wielu dzielnych rycerzy i odważnych mieszczan. Sytuacja stała się krytyczna, na mieszkańców padł blady strach. Wówczas piękna Halina przygotowała fortel. Udała się do obozu wroga i opowiedziała chanowi, że wójt Witkon okrył ją hańbą, postanowiła więc się zemścić i oddać miasto w ręce Tatarów. Ci skuszeni wizją łatwych łupów i krwawej rzezi uwierzyli Halinie, która przekonywała, że otoczone murem miasto jest dobrze zabezpieczone, zdobyć je trudno, ale jest loch ukryty pod ziemią i można nim skrycie przejść do zamku. Wojownicy tatarscy ruszyli za Haliną w głąb lochów. Wówczas to ukryci sandomierzanie głazami zasypali wejście, grzebiąc napastników. Dzielna Halina poświęciła własne życie, by uratować Sandomierz, a lochy zapisały się na zawsze w dziejach miasta.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , więcej...

Czy meteoryty stworzyły Ziemię? (2)

przez , 10.lis.2014, w Galimatias

impakt„Biblia vs Nauka”
Idea teologa Jamesa Usshera, który wyliczył na podstawie zapisu biblijnego, że Ziemia została stworzona w roku 4004 p.n.e., panowała niepodzielnie do XIX w. Ale tak naprawdę to nawet dzisiaj są tacy, którzy ignorują przytłaczające dowody naukowe i twierdzą, że biblijne legendy przekazują prawdziwą opowieść o powstaniu i historii Ziemi.
Ziemia liczy miliardy lat. Jest to pogląd obecny. Przyjmowany obecnie wiek Ziemi, równy 4,5 miliarda lat, został ustalony dopiero w połowie lat pięćdziesiątych. Precyzyjne jego określenie jest problemem bardzo skomplikowanym technicznie, lecz zasadniczo opiera się na tym, że naturalnie występujące izotopy promieniotwórcze ulegają rozpadowi ze stałą prędkością.

Izotopy
Jeżeli znane jest dobrze tempo rozpadu, można zmierzyć, ile produktu rozpadu nagromadziło się w próbce w danym czasie i w dość prosty sposób określić wiek. Warto tutaj zaznaczyć, że istnieje kilka izotopów występujących w zwykłych skałach, które mogą posłużyć do datowania. Izotopy danego pierwiastka mają te same właściwości chemiczne, lecz nieco różną budowę jądra. Nie wszystkie izotopy są promieniotwórcze, czyli nie wszystkie się rozpadają, tworząc nowe izotopy innego pierwiastka. Dwa najlepiej znane pierwiastki mające promieniotwórcze izotopy to: tor i uran. W czasie rozpadu promieniotwórczego przekształcają się one w izotopy ołowiu. Tak więc część ołowiu występującego na Ziemi, a tak naprawdę w całym Układzie Słonecznym, nie istniała w momencie powstania Ziemi, lecz została stworzona w czasie geologicznym w procesie stopniowego rozpadu toru i uranu.
Ponieważ każdy z izotopów toru i uranu przechodzi w ołów w innym tempie, próbki zawierające owe pierwiastki mają wbudowane niezależne „zegary” geologiczne, którymi można się posłużyć do określenia ich wieku. Oznacza to również, że dokładna mieszanka izotopów ołowiu w konkretnym materiale jest zwykle inna niż w pozostałych i zależy od jego wieku oraz ilości toru i uranu w nim zawartych.meteoryty w kosmosieMeteoryty
W latach 50-tych XX w. Clair Patterson z California Institute of Technology w Pasadenie odkrył, że zarówno meteoryty, jak i próbki pochodzące z Ziemi charakteryzuje taka sama zawartość izotopów ołowiu. Używając specjalnie dobranych próbek, aby reprezentowały tak ściśle, jak to tylko możliwe, przeciętne ilości izotopów ołowiu na Ziemi, wraz z serią próbek chondrytowej grupy meteorytów, Patterson odkrył systematyczne zależności wskazujące na to, że wszystkie ciała – Ziemia i różne chondryty – musiały powstać ze wspólnej pierwotnej materii 4,5 – 4,6 miliarda lat temu.

Wiek Ziemi
Odkrycie Pattersona było niezwykle ważne dla geologii. Nie tylko pozwoliło ustalić wiarygodny wiek Ziemi, lecz również powiązać narodziny naszej planety z powstaniem innych materiałów Układu Słonecznego. Jeden z pierwszych badaczy, XVIII-wieczny arystokrata i znakomity geolog James Hutton powiedział, że nie znajduje „śladów początków ani zapowiedzi końca”. Badania Pattersona ustaliły jednak w sposób zdecydowany, kiedy nastąpił początek. I choć od lat 50-tych XX w. w dziedzinie badań izotopów promieniotwórczych odnotowano ogromny postęp techniczny, podstawowe wnioski Pattersona pozostają niepodważone.
Liczbę 4,5 miliarda lat bardzo łatwo wypowiedzieć. Ludzie, studenci i profesorowie oswoili się z nią, lecz jest to liczba ogromna, o wiele za duża, aby ja pojąć z perspektywy dostępnej człowiekowi. Zapisana z zerami daje nieco lepsze wyobrażenie o wieku Ziemi: 4 500 000 000 lat. Cztery i pół miliarda monet jednogroszowych utworzyłoby stos wysoki na około 6,5 tysiąca km – to nieco więcej niż odległość z powierzchni Ziemi do jej centrum.

Archaik i cyrkony
Pierwszą dużą jednostką czasu geologicznego jest archaik, trwający od momentu powstania Ziemi a kończący się 2,5 miliarda lat temu, czyli obejmujący w przybliżeniu 44% historii naszej planety. Choć wiemy już, kiedy powstała Ziemia, to nie znamy zapisu skalnego prawie 600 milionów lat od powstania naszej planety. Jak dotąd najstarsze próbki skał znalezione na Ziemi pochodzą z Terytoriów Północno-Zachodnich w Kanadzie. Ich wiek został określony na podstawie analizy zawartych w nich izotopów ołowiu na nieco powyżej 3,9 miliarda lat. Skały te uległy silnemu metamorfizmowi, tak że trudno jest powiedzieć cokolwiek o ich pochodzeniu. Nie różnią się jednak zdecydowanie od wielu typowych skał kontynentalnych młodszego wieku. Wiemy więc dzieki nim, że 3,9 mld lat temu istniały co najmniej pewne fragmenty skorupy kontynentalnej. To kiedy powstały pierwsze kontynenty od dawna intryguje naukowców. Nie ulega wątpliwości, że skorupa kontynentalna powiększała się i zmieniała w czasie geologicznym. Prawdopodobnie nawet przed powstaniem skał liczących 3,9 mld lat istniały jakieś małe kontynenty.
Wskazówki prowadzące do takiego wniosku są rzadkie, słabe i prawie trudne do odkrycia, lecz gdzie należy ich szukać? Używając teraźniejszości jako okna w przeszłość. Wiadomo, że produkty erozji gromadzą się na krawędziach kontynentów i nie ma żadnego powodu aby podejrzewać, że w przeszłości było inaczej. Nawet te najwcześniejsze kontynenty musiały mieć plażę. Istnieje więc pewna szansa, że jeżeli niektóre z owych bardzo starych osadów się zachowały, to mogą zawierać ziarna mineralne wyerodowane z jeszcze starszych kontynentów. Jedna z grup geologów natrafiła na właściwe źródło w piaskowcach sprzed 3,6 mld lat w zachodniej Australii. Niektóre z ziaren w owych skałach są znacznie starsze niż sam piaskowiec i wyraźnie przeszły wiele cykli erozji, osadzania, lityfikacji, wypiętrzania i ponownej erozji. William Compston i jego koledzy z Narodowego Uniwersytetu Australijskiego w Canberze stwierdzili, że niektóre ziarna odpornego na wietrzenie minerału – cyrkonu – z tych starych piaskowców liczą sobie od 4,1 – 4,3 miliarda lat.

tekst: Piotr Gall

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Czy meteoryty stworzyły Ziemię? (1)

przez , 07.lis.2014, w Galimatias

meteorytSpadki
Meteoryty są częstsze niż można sądzić. Liczba okazów w prywatnych i publicznych kolekcjach sięga tysięcy i stale przybywają nowe. Spadające gwiazdy na nocnym niebie to zwykle małe meteoroidy rozgrzane w wyniku tarcia do białości i ulegające spaleniu w czasie przelotu przez ziemską atmosferę. Niewiele z nich przeżywa tę podróż i ląduje na powierzchni. Dziesiątki tysięcy meteorytów, być może nawet 100 tysięcy, spada każdego roku na kontynenty, a jeszcze więcej wpada do oceanów. Większość z nich jest jednak bardzo mała i nigdy się ich nie znajduje. Te, które znaleziono, są najczęściej wielkości ziarna grochu, rzadziej piłki do koszykówki lub nawet znacznie większe. W miarę jak Ziemia staje się coraz gęściej zaludniona, coraz więcej spadających meteorytów natychmiast odszukuje się i rozpoznaje. Niektóre uderzały nawet w samochody i domy.

Antarktyda
Jednym z najbogatszych źródeł meteorytów do badań naukowych jest w ostatnich latach Antarktyda. Meteoryty spadające na czapę lodową grzęzną w śniegu i lodzie, w końcu przenoszone są jednak przez lodowce, sunące wolno od bieguna w kierunku morza. Początkowo strumień lodowy pogrąża je głęboko pod powierzchnią, lecz tam, gdzie lód napotyka pogrzebane grzbiety górskie, wędrują wraz z nim ponownie ku górze. W takich regionach silne suche wiatry Antarktydy dokonują ablacji lodu bardzo szybko od chwili jego pojawienia się na powierzchni. Jednakże meteoryty niesione przez lód pozostają. Te z nich, które spadły na Ziemię w ciągu tysięcy lat, w wyniku tego procesu mogą gromadzić się na małym obszarze, a ponieważ w tym morzu lodu wokół jest niewiele innych skał, łatwo je zauważyć. Naukowcy z kilkunastu krajów organizują co rok w czasie południowego lata ekspedycje na Antarktydę, aby za pomocą skutera śnieżnego lub helikoptera poszukiwać skarbów – meteorytów.
Rok 2013 – belgijska stacja badawcza Princess Elisabeth Antarctica. Ośmiu naukowców natrafiło na kamienny meteoryt, przeczesując pod koniec stycznia lodowiec Nansen Ice Field w odległości około 140 km na południe od stacji. W trakcie 40-dniowej ekspedycji znaleźli aż 425 meteoryty, ważące w sumie 75 kg. Ten największy był znaleziskiem zaskakującym, nie tylko ze względu na wagę (18 kg!) ale dlatego, że zwykle nie znajduje się tak dużych meteorytów w Antarktyce. To największy taki okaz znaleziony na Antarktydzie Wschodniej od 25 lat. Znaleziony meteoryt jest chondrytem zwykłym. Jego zewnętrzna warstwa uległa erozji, dzięki czemu naukowcy zyskali wgląd do wnętrza. Jak podaje Princess Elisabeth Antarctica, liczba znanych, odkrytych dotychczas meteorytów wynosi 56.500, z czego w samej Antarktyce było ich 38.500. Wśród tych antarktycznych tylko 30% ma masę większą niż 18 kg. W ciągu roku znajduje się około tysiąca meteorytów ważących mniej niż 10 dkg i około stu ważących do kilograma.AntarktydaChondryty
W przeszłości przypisywano meteorytom specjalną moc – jako przybywające z niebios, uważano je za wysłanników bogów. Później stwierdzono, że tak jak kamień z Rosetty, zawierają informacje o najwcześniejszej historii Układu Słonecznego. Chociaż istnieje wiele odmian meteorytów, niektóre wydają się w zasadzie nie zmienione od momentu ich powstania 4,5 miliarda lat temu, mniej więcej w tym czasie, kiedy formowała się Ziemia. Najprawdopodobniej ich skład jest bardzo zbliżony do oryginalnego materiału, z którego nasza planeta powstała w procesie akrecji. Meteoryty choć pozornie wyglądają jak zwykłe skały, nie są nimi. Przeciwnie, to zadziwiający wysłannicy z przeszłości, którzy mogą opowiedzieć nam wiele o czasach, kiedy Układ Słoneczny dopiero się tworzył.
Chondryty, bo tak nazywają się najbardziej prymitywne meteoryty, uważa się za fragmenty materiału z pasa planetoid, leżącego pomiędzy Marsem a Jowiszem. Zbudowane są głównie z minerałów częstych w ziemskich skałach, lecz zawierają również metaliczne żelazo, bardzo rzadko występujące w stanie rodzimym na powierzchni Ziemi. Żelazo topi się w temperaturze niższej niż wiele pospolitych minerałów. Większość metalicznego żelaza dostarczanego w materiałach chondrytopodobnych na tworzącą się Ziemię podczas akrecji uległa stopieniu i opadła do centrum planety, tworząc jądro.

Skład i budowa Ziemi
Ponieważ Ziemia zbudowana jest z różnych chemicznie fragmentów, takich jak jądro, płaszcz oraz skorupa i ponieważ możemy pobrać próbki tylko najbardziej zewnętrznych z nich, określenie ogólnego składu chemicznego planety było trudnym zadaniem. Chondryty jednak mogą być analizowane w laboratorium. Jeśli na prawdę reprezentują one materiał, który w wyniku akumulacji stworzył Ziemię, wówczas ich analiza pomoże nam określić skład chemiczny całej Ziemi i jest to na prawdę zdumiewająca perspektywa. Lecz czy rzeczywiście reprezentują one przeciętną materię Układu Słonecznego, która musiała być pierwotnym składnikiem Ziemi? Istnieją mocne dowody na to, że tak jest naprawdę. Dostarczają ich badania Słońca, które zawiera prawie całą masę systemu, a wiec jest z definicji przeciętnym materiałem Układu Słonecznego.
Analizując wysłane przez Słońce światło, zdołaliśmy uzyskać ogromna ilość informacji o jego składzie chemicznym. Z wyjątkiem małej liczby pierwiastków, które występują w postaci gazowej, względna ich zawartość w chondrytach jest prawie dokładnie taka sama jak na Słońcu, co stanowi dobrą wskazówkę, że owe materiały nie uległy żadnemu znaczącemu frakcjonowaniu chemicznemu. Tak więc badania meteorytów, w połączeniu z wiedzą na temat gęstości wnętrza Ziemi, uzyskaną w wyniku badań sejsmicznych, umożliwiły nie tylko określenie ogólnego składu chemicznego Ziemi, lecz nawet poznanie budowy obszarów, z których nigdy nie pobrano próbek, takich jak głęboki płaszcz i jądro.

tekst: Piotr Gall

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Odkrycia w Jaskini Niedźwiedziej

przez , 31.paź.2014, w Pod ziemią

Jaskinia NiedźwiedziaRezerwat Przyrody „Jaskinia Niedźwiedzia” w Kletnie jest niezwykle cennym obiektem z uwagi na występowanie w niej unikalnej w skali naszego kraju szaty naciekowej, a także kości zwierząt plejstoceńskich. Jaskinia Niedźwiedzia została odkryta w październiku 1966 roku w wyniku działalności świeżo założonego kamieniołomu Kletno III w jego czołowej ścianie. W 1967 roku ustanowiono ją pomnikiem przyrody, a od 1977 roku Jaskinia Niedźwiedzia i przyległy do niej teren o powierzchni 89 ha został ustanowiony rezerwatem przyrody. Celem ochrony jest zachowanie unikalnej jaskini z bogatą szatą naciekową występującą we wszystkich możliwych formach takich jak stalaktyty, makarony, stalagmity, stalagnaty, draperie, zasłony, polewy, żebra i nacieki kaskadowe, pola ryżowe, nacieki wełniste, misy martwicowe, grzybki, pizolity – perły jaskiniowe (wyjątkowych rozmiarów), heliktyty, znaleziska kostne zwierząt plejstoceńskich oraz drzewostanów z rzadkimi roślinami runa. W 1983 roku udostępniono ją do zwiedzania turystom trasą o długości 360 metrów. Prace prowadzone w niej przez dziesiątki lat pozwoliły na zinwentaryzowanie ponad 3000 metrów korytarzy i sal. W jaskini i jej sąsiedztwie prowadzone są prace eksploracyjno-poszukiwawcze oraz badania naukowe.Sala PałacowaW grudniu 2011 roku członkowie Sekcji Grotołazów z Wrocławia wspólnie z Sekcją Speleologiczną „Niedźwiedzie” z Kletna (działając za zezwoleniem Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska we Wrocławiu) dokonali odkrycia nowych partii korytarzy w Jaskini Niedźwiedziej. Prace eksploracyjne rozpoczęły się już w 2009 roku po wcześniejszym przeanalizowaniu dotychczasowych publikacji naukowych i przeprowadzeniu badań, które wskazywały na fakt, iż znana część jaskini stanowi tylko fragment niepoznanego jeszcze systemu.
Pierwsze prace rozpoczęto w Jaskini Dudnisko odkrytej w 1998 roku, wstępnie spenetrowanej – jej otwór wejściowy zawalił się i przez kilkanaście lat pozostawał niedrożny. W 2009 roku grupa grotołazów podjęła próbę odkopania otworu wejściowego z nadzieją, że system jej korytarzy będzie prowadził w kierunku góry Stromej 1166 m n.p.m. Okazało się jednak, że jaskinię tworzy tektoniczna szczelina – podobna sytuacja wystąpiła w sąsiedniej Jaskini Sądejowa Szczelina.
Równolegle prowadzone były prace eksploracyjne w Jaskini Niedźwiedziej, m.in. w Korytarzu Wodnym pod Rondem, Meandrze, Chomisiowym, Korytarzu Rafy Koralowej, Korytarzu Kalcytowego Potoku i południowej odnodze Korytarza Kryształowego.DraperiaW kwietniu 2012 roku w trakcie sprawdzania stropu Korytarza Kryształowego grupa grotołazów, po około 20 metrach niebezpiecznej wspinaczki, rozebrała zawalisko w stropie szczeliny Krasowe Urwisko udrożniając tym samym wejście do korytarza Gang Zdzicha i odkrywając nowe ciągi jaskini 120-metrowej długości z 7-metrową Studnią Strachu. Z jej dna, po kilkudziesięciu metrach odkryto kolejne partie jaskini wypełnione charakterystycznymi grzybkami kalcytowymi – Kalafiornik. Po wspięciu się na górne piętro meandra, pośród nacieków, odnaleziono wąską szczelinę z wyczuwalnym silnym przewiewem powietrza, za którą widoczny był kilkudziesięciometrowy korytarz. Szczelinę częściowo sztucznie powiększono by podjąć dalszą eksplorację.
Odkryte partie, posiadające dużo nacieków, różnobarwnych polew kalcytowych i krystalicznie czyste jeziorko, nazwano kolejno: „ciąg 27,27″ i „Dzikie Plaże”. Na końcu jeziorka znajdował się zacisk, który minięto po odkuciu kilku fragmentów skalnych, trafiając do małej salki ze zwężającym się korytarzykiem, zakończonym kolejną wąską szczeliną z silnym prądem powietrza – „Gilotyną”.Jaskinia Niedźwiedzia (1)2 maja 2012 roku za Gilotyną natrafiono na kilkumetrowej średnicy salę, której ściany niemal w całości były oblane kalcytowymi naciekami. Następnie grupa grotołazów podjęła eksplorację szczeliny usytuowaną poprzecznie do ciągu jaskini, którym dotarto do tego miejsca. Podążając w górę szczeliną, doprowadziła ona do olbrzymiej sali jaskiniowej. Wejście doń stanowiła potężna wanta oderwana ze stropu tworząca swego rodzaju plateau. Odkryta ogromna komora okazała się być pełną nacieków, kaskad i draperii.
Sala wygląda trochę jak amfiteatr, gdzie w miejscu sceny wyrasta ze spągu, spływająca po ścianie, wysoka na około 15-20 metrów kaskada. Z okien w stropie wypływają kalcytowe żyrandole i ośmiornice, a większa część jej powierzchni oblana jest różnokolorowymi polewami„.
Grotołazi następnie dotarli do miejsca, w którym wspinali się na formację w rodzaju balkonu, gdzie lewa ze ścian pokryta jest kalcytowymi organami kilkunastometrowej wysokości, a 20 metrów nad nimi widoczne jest kolejne okno. Wspinaczkę kontynuowano prawą stroną, zawaliskiem z ogromnych bloków skalnych, docierając po 15 metrach na drugi balkon kończący salę.
Odkrytą komorę nazwano Salą Mastodonta. Jej długość to 140 metrów, szerokość 40 metrów, a wysokość (łącznie z kominami) sięga 30 metrów. Odkryte korytarze i sale (łącznie 400 m) znajdują się na wysokości środkowego piętra jaskini częściowo udostępnionego turystycznie. Charakteryzują się bogactwem szaty naciekowej jakiej nie można spotkać nigdzie indziej w Polsce. Dotarcie do Sali Mastodonta od pawilonu wejściowego Jaskini Niedźwiedziej trwa około 2 godzin i wymaga użycia sprzętu speleologicznego. Wielkim utrudnieniem są również zaciski w korytarzu dojściowym, w tym zacisk końcowy – Gilotyna.Kości niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus)Grotołazi jednakże nie poprzestali na tym odkryciu. Po wykonaniu dokumentacji, skartowaniu i sfotografowaniu, przystąpili do dalszych eksploracji – kominów znajdujących się w stropie Sali Mastodonta. Pierwszy z nich zakończony jest małą salką z pięknymi polewami kalcytowymi. W drugim i trzecim kominie znajduje się kilkadziesiąt metrów korytarzy przedstawiających możliwości eksploracyjne. Prowadzono również prace na końcu Sali Mastodonta, w najbardziej wysuniętej na południe części jaskini. Tam, na szczycie potężnego zawaliska powstałego w wyniku oderwania się od stropu wanty wielkości autobusu (20 metrów powyżej dna sali) natrafiono na szczelinę. W tym miejscu stwierdzono silny ciąg powietrza wydobywający się ze szczelin zawaliska. Zaobserwowano wylatujące z wnętrza nietoperze co było oznaką kontynuacji korytarzy. Po „przebiciu” się przez zawalisko natrafiono na kilkunastometrową studnię.
We wrześniu 2012 roku grotołazi zjeżdżają ową 12-metrową studnią na jej dno i odnajdują wśród nacieków i polew zejście do następnej, płytszej studzienki. Z niej wiedzie duży korytarz z kalcytowymi polewami, od śnieżnobiałych do czarnych oraz z gęsto wyrastającymi stalaktytami i stalagmitami. Po pokonaniu kolejnego zawaliska i zacisku uwidacznia się następny spory korytarz z dwiema studniami. Koniec korytarza to potężne zawalisko ze sterczącymi różnego rozmiaru, kształtu i koloru stalagmitami, nazwane skojarzeniowo – „Kutaśnikiem” (za nim odkryto ciąg korytarzy o długości około 100 metrów).KaskadyKolejnym etapem była eksploracja dwóch studni. Studnia „Pięknie Myta” rozpoczyna się pochylnią oblaną kalcytowa kaskadą przechodząc w pionową, kilkumetrową rurę. Na jej dnie po jednej stronie znajduje się korytarz zakończony sporych rozmiarów jeziorkiem ozdobionym naciekami i kalcytowymi grzybkami, zaś po drugiej długi korytarz doprowadzający do sporej sali zakończonej zawaliskiem i suchym piaskowym syfonem – Piaskowy Dziadek. Grotołazi po poznaniu głównego ciągu nowo odkrytego piętra jaskini przeszli do przeszukiwania poszczególnych zakamarków i szczelin, bocznych ciągów.

W Jaskini Niedźwiedziej nadal trwają prace eksploracyjne mające na celu odkrycie kolejnych korytarzy oraz prace kartograficzne i dokumentacyjne mające na celu ustalenie dokładnej długości, głębokości i deniwelacji Jaskini Niedźwiedziej. Reasumując, grotołazi odkryli ponad 1400 metrów nowych korytarzy, co w chwili obecnej daje łączną długość jaskini – ponad 4000 metrów. Perspektywy dalszych odkryć są bardzo duże. Kilka miesięcy trwać będzie eksploracja oraz dokumentowanie nowych partii i być może doczekamy się dalszych odkryć. Odkryte fragmenty wymagać będą przeprowadzenia w nich badań naukowych. Dopiero po nich możliwe będzie rozpatrzenie ewentualnego udostępnienia nowych korytarzy i sal dla turystów.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Zamek w Prochowicach

przez , 24.paź.2014, w Zabytki

Zamek w ProchowicachProchowice będące niewielkim miasteczkiem posiadają bogatą historię. Zostały założone w 1250 roku przez Piotra I z Prochowic, choć wzmianki o tym mieście znajdowane są w dokumentach z 1217 roku wymieniających miejscowe kościoły. Powstanie miejscowości wiązane jest również z istniejącym tu pierwotnie drewnianym gródkiem w pobliżu którego palatyn legnicki Iko w 1259 roku wzniósł murowany zamek. Gród po otrzymaniu w 1309 roku od książąt śląskich (Bolesława, Henryka i Władysława) licznych przywilejów zaczął się rozwijać. Do XV wieku Prochowice były miastem na prawie niemieckim noszącym nazwę Parchowicz przyjętą od pobliskiego zamku.Zamek w Prochowicach (1)Pierwszej przebudowy średniowiecznego zamku (zmieniającego wielokrotnie właścicieli) dokonał Otto Zedlitz w 1422 roku w trakcie której otoczona już wcześniej fosą budowla zyskuje dodatkowe umocnienia oraz czworoboczną wysoką wieżę o wysokości 31,5 m, grubości murów u podstawy 2 m, a w partiach górnych 1 m. Wieża spełniała kilka funkcji m.in. strzegła wjazdu, w dolnych partiach posiadała loch więzienny. Na wysokości 13,5 m zlokalizowano ciekawą konstrukcję – wydzieloną sklepieniami izdebkę do której prowadziła bardzo wąska klatka schodowa, którą z trudem mógł poruszać się jeden uzbrojony wojownik. Przypuszcza się, że miejsce to miało być ostatnim schronieniem dla właściciela zamku w przypadku zagrożenia i zdobycia zamku przez nieprzyjaciela. Kolejnej przebudowy dokonał Fabian von Schönaich powiększając plan całej budowli we wszystkich kierunkach, w tym budynek mieszkalny połączony z kaplicą zamkową, parterowy budynek bramny (w wyniku czego powstał niewielki dziedziniec przed wjazdem na zamek), budynki zostały otynkowane i otrzymały dekoracyjne szczyty, a wokół starej części wzniesiono niskie mury tworzące taras. Attykę z motywem groteski wykonał Parrow, a gmerk kamieniarski Hans Lyndener.

Od 1554 roku właścicielem zamku staje się zięć Otto Zedlitza – Oppersdorf, który wchodzi w spór z księciem Fryderykiem III, żądając od niego uznania prochowickiej posiadłości za wolną. Spór zakończył w 1567 roku cesarz Maksymilian II zarządzając na rzecz księcia Fryderyka III odszkodowanie w wysokości 20.000 dukatów od Oppersdorfa. W latach 1567-68 w zamku przebywał Henryk XI chroniąc się przed „morowym powietrzem” nawiedzającym Legnicę. Od 1568 roku właścicielem zamku jest Fabian von Schönaich dokonujący kolejnej rozbudowy (wmurowana w budynek bramny piaskowcowa tablica pamiątkowa „Pan Fabian von Schönaich rycerz 1581″) przekształcającej obronny charakter zamku w obszerny pałac. Cała budowla została otynkowana i udekorowana, pokryta sgraffitami, a na wieży pojawia się zegar.
W 1597 roku Prochowice przechodzą w ręce książąt legnickich, a zamek traci na wartości, staje się zaniedbywany i podupada. Do dawnej świetności doprowadza go dopiero Joachim Fryderyk i jego syn Jerzy Rudolf w latach 1613-1637, wzbogacając m.in. wnętrza, ozdabiając je wielkimi salami i rozszerzając zamek. Spadkobierczynią zostaje siostra Jerzego Rudolfa księżniczka Maria Zofia. Za jej rządów, w maju 1642 roku Prochowice zostają zajęte przez wojska szwedzkie, które niszczą je, w tym i zamek, a spowodowane zniszczenia są tak znaczne, że wyburzono pierwsze partie budowli.Tablica pamiątkowa Fabiana von SchönaichPo śmierci Jerzego Wilhelma (ostatni z Piastów Śląskich) Prochowice przechodzą w ręce cesarza Leopolda, a od 1740 do 1820 roku stają się własnością Hohenzollernów. Kolejnym nabywcą był hrabia Erdmann Sylvius von Pückler, po raz kolejny dokonujący przebudowy i odnowy zamku, a w XIX wieku kolejno Ernst Liman, Ernst Schlegner, Leopold Weber z Wrocławia, co nie służyło świetności budowli. Wówczas to do renesansowego budynku mieszkalnego dobudowano parterowy, prostokątny pawilon związany z ogrodem, pełniący również funkcję ogrodu zimowego. Posiadał wysoką podmurówkę przerzucona przez teren dawnej fosy, którą wcześniej osuszono. Ogród zlokalizowany był po wschodniej stronie drogi wjazdowej do zamku, od zachodu zamykała go również ta droga, od północy elewacja zamku z pawilonem, a od południowego-wschodu pozostałości ziemnych obwałowań. Główne wejście do ogrodu wiodło z zamku, z południowego budynku mieszkalnego, przez dwa gotyckie otwory drzwiowe i szerokie schody. Na dnie dawnej fosy ulokowano starannie strzyżone trawniki połączone żwirowymi ścieżkami, klomby kwiatowe z pojedynczymi drzewami, a całości ogrodzono ozdobnymi płotkami. Dokładne określenie daty powstania przyzamkowego ogrodu jest niemożliwe w związku z pojawiającymi się, coraz to innymi właścicielami, z których każdy może być uznawany za współtwórcę.Plan zamku w ProchowicachOstatniej renowacji zamku dokonano po 1906 roku gdy jego właścicielami i wszystkich dóbr stali się hrabia Kurt Strachwitz i baron Richard von Mattencloit.
Podczas II wojny światowej zamek w Prochowicach został mocno zniszczony. W latach powojennych w dalszym ciągu popadał w ruinę. W chwili obecnej jest restaurowany i na powrót odzyskuje swoją świetność. Wnętrza zamkowe nie są dostępne dla zwiedzających – można go podziwiać jedynie z zewnątrz.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , więcej...

Eugenika czy eksterminacja?

przez , 17.paź.2014, w Historia

Brama wejściowa do AuschwitzEugenika
Na początku XX wieku w wielu krajach na świecie, również w USA i Kanadzie, popularność zdobywa nowa teoria naukowa – eugenika. Pojęcie to zostało wprowadzone w 1883 roku przez Francisa Galtona. Galton z czasem poprawił swoją definicję, wyróżniając eugenikę pozytywną – zachęcającą do częstszego reprodukowania się najlepszych osobników i eugenikę negatywną – zniechęcającą do reprodukcji osobników mniej wartościowych. Według definicji słownikowej jest to nauka ulepszająca gatunek ludzki poprzez selektywne rozmnażanie nastawione na powielanie konkretnych cech dziedziczonych z pokolenia na pokolenie. W tamtym czasie uważano, że jeżeli nie zostaną podjęte żadne działania, osobniki o przeciętnej wartości zdominują populację, a europejska i amerykańska kultura przestaną istnieć.
Historia ta pokazuje jak bardzo nauka jest zależna od polityki i ekonomii. Nauka nigdy nie będzie istnieć bez odpowiednich środków finansowych.
W XX wieku nastąpiły czasy kiedy ludzkie życie zredukowano do numeru, a nauka ustąpiła miejsca niemoralnym poglądom politycznym…

Niemcy
W 1927 roku w Berlinie powstał Instytut Antropologii, Teorii Ludzkiego Dziedziczenia i Eugeniki im. Cesarza Wilhelma. Jego pierwszy dyrektor, profesor Otmar von Verschuer, wzywał do ustanowienia prawa nakazującego sterylizację umysłowo chorych ale żaden polityk nie chciał się tego podjąć. Verschuer habilitację uzyskał w 1927 roku z badań nad ludzkimi bliźniętami. Kontynuując prace nad bliźniętami, jednocześnie zajmował się badaniem przyczyn chorób, dochodząc do wniosku, że z bardzo nielicznymi wyjątkami wszystkie choroby mają podłoże genetyczne. Kierując swoich współpracowników do pracy w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau pozyskał setki eksponatów ludzkich, pochodzących z zabitych w tym celu więźniów. Jego doktorantem był Josef Mengele.
Wkrótce władzę przejął Adolf Hitler i partia nazistowska. Celem Hitlera było stworzenie czystej aryjskiej rasy. Zwolennicy eugeniki dostrzegli szansę realizacji swoich założeń. Nauka i polityka przemówiły jednym głosem. Naziści oznajmili, że stworzą odpowiednie przepisy jeżeli zwolennicy eugeniki zaakceptują ich antysemityzm.
W czerwcu 1933 roku, pół roku po przejęciu władzy, naziści ustanowili prawo zakazujące posiadanie potomstwa narażonego na choroby dziedziczne. Nowe przepisy nakazywały obowiązkową sterylizację osób uważanych przez zwolenników eugeniki za bezwartościowych. W wielu miejscach na świecie eugenikę stosowano jako polityczne narzędzie do szerzenia uprzedzeń. W USA wprowadzono zakaz zawierania małżeństw międzyrasowych.
W Niemczech ustanowiono szereg przepisów, które pozbawiły Żydów większości praw. Z czasem Żydzi tracili kolejne przywileje – nie mogli siadać gdzie chcieli, nie mogli nawet jeździć tramwajami i systematycznie wprowadzano kolejne ograniczenia aż w końcu zakazano im dosłownie wszystkiego. A skoro Żydzi nie mieli żadnych praw stali się bezwartościowi.
W 1938 roku naziści rozszerzyli zakres działań wobec bezużytecznej społeczności żydowskiej. Pod koniec 1938 roku minister propagandy Josef Goebels, którego do tej pory trzymano na uboczu, postanowił upomnieć się o swoją dolę i rozpoczął „Noc Kryształową”.
W ciągu jednej nocy spalono wszystkie żydowskie synagogi w kraju. Wybijano okna, rabowano sklepy.
Eksperymenty medyczne na ludziach uważanych za bezwartościowych Niemcy przeprowadzali w afrykańskich koloniach już na początku stulecia. Tysiące tubylców zamykano w obozach koncentracyjnych i zabijano. Niemiecki przemysł farmaceutyczny próbował opracować szczepionkę na śpiączkę ignorując wprowadzony w 1900 roku zakaz przeprowadzania  testów na ludziach.Richard Baer,Josef Mengele,Rudolph HoessAnioł Śmierci
Josef Mengele urodził się 16 marca 1911 w Günzburgu. W 1931 roku wstępuje do młodzieżowej przybudówki Stahlhelmu jako student wydziału filozofii i medycyny Uniwersytetu Monachijskiego. Jego nauczyciel, dr Ernst Rüdin, wspólnie z innymi lekarzami utrwala pogląd, że lekarze powinni niszczyć życie pozbawione wartości (jeden z autorów hitlerowskich ustaw dotyczących przymusowej sterylizacji z lipca 1935 roku). Mengele w karierze pomaga prof Theodor Mollison z Uniwersytetu Monachijskiego. W 1935 roku Josef Mengele otrzymał tytuł lekarza. Dzięki rekomendacji prof Mollisona od 1937 roku zostaje asystentem w zespole badawczym wybitnego genetyka europejskiego, prof Otmara Freiherra von Verschuera, w Instytucie Dziedziczności, Biologii i Czystości Rasowej Trzeciej Rzeszy na Uniwersytecie Frankfurckim. Jednym z tematów jego badań były bliźnięta.
W maju 1937 roku wstępuje do NSDAP, a rok później zostaje przyjęty do SS. W lipcu 1938 roku otrzymuje dyplom Uniwersytetu Frankfurckiego i tytuł doktora nauk medycznych. Od lata 1940 roku rozpoczyna się jego kariera wojskowa jako oficera medycznego – w sierpniu awansował na SS-Untersturmführera i został wcielony do Waffen-SS. Za zasługi na froncie wschodnim kilkakrotnie odznaczany m.in. Krzyżem Żelaznym, Czarną Odznaką Za Rany, Medalem za Opiekę Nad Narodem Niemieckim. Przebywa też w okupowanej Polsce jako pracownik ekspozytury Urzędu Genealogicznego ds. Rasy i Osadnictwa, podlegającego Himmlerowi (zespoły lekarzy SS przeprowadzały kontrolę mieszkańców zajętych przez Niemców terenów pod względem ich przyszłej przydatności rasowej).
24 maja 1943 roku, po awansie do stopnia Hauptsturmführera SS i za wstawiennictwem von Verschuera, Josef Mengele otrzymuje przeniesienie do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, wyróżniając się spośród tamtejszych lekarzy SS – jako jedyny służył na froncie i posiadał wysokie odznaczenia. Po dwóch dniach od przybycia do obozu wysyła do komór gazowych ponad tysiąc Romów chorych na tyfus. Wraz z innymi oficerami i lekarzami SS (dr Carl Clauberg, dr Johann Paul Kremer) uczestniczył w selekcji Żydów i Romów przybywających do obozu z całej Europy wskazując niezdatnych do pracy i przeznaczonych do natychmiastowej likwidacji w komorach gazowych. Od maja 1943 do listopada 1944 roku Mengele wziął udział w około 80 selekcjach na rampie, a ponadto aktywnie w selekcjach w obozowym szpitalu, wysyłając chorych na śmierć.
Nienagannie ubrany podczas każdej selekcji w biały lekarski fartuch i białe rękawiczki zyskuje przydomek „Anioła Śmierci”.Josef MengeleBliźnięta
Większość lekarzy w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau eksperymentowało na więźniach. Ale eksperymenty na bliźniętach przeprowadzano osobno. Dla Mengele bliźnięta stanowiły znakomity materiał badawczy. Jedno z bliźniąt miało być celem eksperymentów, a drugie służyło jako materiał porównawczy. Bliźnięta w Auschwitz unikały tragicznego losu innych więźniów i były umieszczane w osobnych barakach. Chłopcy i dziewczęta posegregowani według płci czekali na przybycie człowieka nazywanego w Auschwitz Aniołem Śmierci.
Mengele miał dwa doktoraty, jeden z medycyny, a drugi z antropologii. Gdyby chciał robić karierę i podjąć pracę na niemieckim uniwersytecie musiałby zrobić habilitację. Z taką myślą zbierał materiały podczas służby w Auschwitz. Współpracował z dyrektorem Instytutu Antropologii, Teorii Ludzkiego Dziedziczenia i Eugeniki im. Cesarza Wilhelma, prof Otmarem von Verschuerem. Wyniki swoich badań nad bliźniętami zamierzał wykorzystać do napisania pracy habilitacyjnej, której jednak nie zdążył ukończyć.
Nagim bliźniętom mierzono każdą część ciała, porównywano kolor oczu, paznokcie i linie papilarne, badania trwały 6-8 godzin, wyniki jednego z bliźniąt porównywano z danymi z wykresów i drugim bliźnięciem, zapisywano każdy ruch badanego bliźnięcia.
Eksperymenty na bliźniętach nie ograniczały się jedynie do porównywania cech zewnętrznych. Bliźnięta kładziono na osobnych stołach i mordowano w tym samym momencie. Następnie ważono i mierzono ich organy wewnętrzne. Nigdzie indziej na świecie naukowcy nie mieli możliwości eksperymentowania na bliźniętach ani przeprowadzania autopsji w celu porównania ich narządów wewnętrznych. Bliźnięta poddawano okrutnym badaniom bez znieczulenia – wykonywano amputacje, punkcje lędźwiowe, wstrzykiwanie tyfusu, umyślne zakażanie ran, itp. Mengele wielokrotnie przeprowadzał całkowitą wymianę krwi między parami bliźniąt. W obozie miał dwie pracownie eksperymentalne (blok 10) i salę do przeprowadzania sekcji ulokowaną w jednym z krematoriów.Blok 10 w którym Mengele dokonywał eksperymentów medycznychBadania na bliźniętach w Auschwitz okazały się bezużyteczne. Lekarze poszukiwali między innymi bliźniąt o heterochromatycznych oczach. Bliźnięta zabijano i wydłubywano im oczy, które następnie wysyłano do Instytutu im. Cesarza Wilhelma w Berlinie. Te dzieci i tak miały umrzeć zatem Mengele decydował w jaki sposób oczy wysyłać do Instytutu, gdyż pracował nad opracowaniem metody zmiany koloru oczu. Na temat przyczyny prowadzenia eksperymentów krąży wiele plotek. Spekulowano, że chodziło o zwiększenie ilości ciąż mnogich lub stworzenie syjamskiego bliźniaka z żyjącego rodzeństwa. Niektórzy twierdzili, że Mengele nadzorował zapłodnienia kazirodcze, nie ma jednak dowodów, że którakolwiek z tych plotek jest prawdziwa. Badano systemy obronne organizmu i to był prawdopodobnie główny powód przeprowadzania eksperymentów. Podawano dzieciom co najmniej 5 zastrzyków trzy razy w tygodniu, które u niektórych wywoływały skutki uboczne odczuwalne naprzemiennie przez bliźnięta. Po niektórych zastrzykach dzieci poważnie chorowały, dostawały wysokiej gorączki, puchły im nogi i ręce, pojawiały się na nich bolesne czerwone plamy i w konsekwencji po tygodniu, dwóch umierały. Mengele przez cały czas obserwował przebieg postępującej choroby. Dzieciom nie podawano jedzenia, wody ani żadnych leków. Po śmierci jednego z bliźniąt Menegele zabierał drugie do laboratorium, zabijał i przeprowadzał sekcję porównawczą.
Mimo, że naziści zdawali sobie sprawę z bezsensowności swoich badań nie zaprzestali eksperymentów na bliźniętach. Mengele kontynuował badania, a Instytut im. Cesarza Wilhelma mógł pobierać fundusze od państwa. Ludzie, którzy byli zaangażowani w potworne działania żołnierzy SS, zwłaszcza więźniowie na których przeprowadzano eksperymenty medyczne, mieli bardzo niewielkie szanse na przetrwanie.
Naziści uważali, że Żydzi mają więcej enzymów obronnych zwalczających gruźlicę. Gdyby okazało się to prawdą mogliby wyizolować konkretne enzymy i wykorzystać je do produkcji leków. Byli tym ogromnie podekscytowani. Ta koncepcja narodziła się z przekonania, że Żydzi, w szczególności ci ze wschodu, są odporni na tyfus. Naziści pomyśleli, że dzięki wyizolowaniu białka będą w stanie zapobiegać chorobom zakaźnym. Ale wtajemniczeni wiedzieli, że to oszustwo, że takie enzymy ochronne nie istnieją.
Był to dla nich wyrok śmierci.Dzieci z AuschwitzEpilog
30 października 1944 roku do Auschwitz przyjechał ostatni transport więźniów.
Szacuje się, że do obozu Auschwitz-Birkenau trafiło około 3000 bliźniąt. Przeżyło zaledwie 258. Porzucone bliźnięta pozostawały w obozowym baraku do stycznia 1945 roku (część z nich żołnierze SS w styczniu 1945 roku zmusili do przemarszu z terenów Polski na tereny Niemiec) kiedy to wyzwoliła je Armia Czerwona.
SS-Hauptsturmführer dr Josef Mengele uciekł z Auschwitz w listopadzie 1944 roku, na 10 dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Pod koniec wojny zamienił mundur SS na mundur zwykłego niemieckiego żołnierza, mimo to został schwytany i umieszczony w amerykańskim obozie jenieckim pod Monachium. Brak tatuażu SS (z powodu kłopotów ze zdrowiem, nie pozwolono mu na wykonanie standardowego dla SS tatuażu z grupą krwi po wewnętrznej stronie lewego ramienia, około 20 cm nad łokciem) uchronił go od aresztowania.
Pomimo rozpoczętych w całej Europie, zakrojonych na dużą skalę poszukiwań, Mengele zdołał ukrywać się przez cztery lata, by następnie przy pomocy biskupa Aloisa Hudala wyjechać do Argentyny w 1949 roku. Podczas pobytu w Argentynie na jego trop wpadają izraelskie służby wywiadowcze i Mengele w 1959 roku wyjeżdża do Paragwaju, a rok później do Brazylii.
Nigdy nie stanął przed sądem chociaż za pomoc w jego schwytaniu wyznaczono nagrodę w wysokości 10 mln marek. Zmarł 7 lutego 1979 roku w Bertiodze w Brazylii.
Otmar von Verschuer musiał zapłacić 6000 marek grzywny za powiązania z partią nazistowską (od 1940 roku w NSDAP) poza tym nie spotkała go żadna kara. Zmarł w 1969 roku w Münster jako szanowany naukowiec.
Exterminatio (łac.) – zniszczyć…
Eksterminacja jest polityką zagłady dążącą w swej chorej koncepcji do wyniszczenia określonych grup ludności z powodu ich odmienności rasowej, religijnej lub narodowościowej oraz świadomą likwidację dorobku kulturowego wspomnianych grup.
Informację oraz wyniki badań prowadzonych na bliźniętach najprawdopodobniej zostały zabrane przez Josefa Mengele jesienią 1944 roku gdy opuszczał Polskę, a następnie z pewnością przez niego zniszczone.
Do dziś wiele z tych bliźniąt cierpi z powodu problemów immunologicznych, które mogą być wynikiem eksperymentów.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Najsympatyczniejszy nietoperz?

przez , 14.paź.2014, w Flora i Fauna

Rudawka okularowaRudawka okularowa (Pteropus conspicillatus) to koczowniczy gatunek nietoperza, żywiący się owocami roślin. Nazywane bywają kalongami lub lisami latającymi.
Wiele gatunków jest zagrożonych wyginięciem, ze względu na wysoki poziom polowań w celach konsumpcyjnych, bądź medycznych. Zwierzęta są także zabijane dla sportu.
Jego nazwa pochodzi od charakterystycznego koloru futerka wokół oczów, które wyglądem przypomina okulary. Odpoczywają w dużych stadach uwieszone na gałęziach, z głową skierowaną w dół.

Gatunek ten odgrywa ważną rolę w deszczowych lasach, ponieważ rozsiewa nasiona wielu gatunków drzew. W Australii nietoperze te są postrzegane przez wiele osób jako szkodniki sadów. Utrata siedlisk oraz opinia  szkodników spowodowała znaczny spadek populacji.
Gatunki zaliczane do tego rodzaju (Pteropus, rodzaj nietoperzy z rodziny rudawkowatych – Pteropodidae) są największymi nietoperzami na świecie. Rozpiętość ich skrzydeł sięga do 170 cm (Pteropus giganteus). Do rodzaju zalicza się kilkadziesiąt gatunków.
Rudawka okularowa występuje w strefie tropikalnej i subtropikalnej Australii, na Wyspach Halmahera, w Papui Nowej Gwinei oraz na sąsiednich wyspach i Oceanii.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , więcej...

Legendy z Sichowa…

przez , 10.paź.2014, w Legendy

O tym, jak biedny rybak został panem na Sichowie…

Nieopodal Sichowa żył niegdyś biedny rybak. Woda i las dostarczały mu jednak wszystkiego, czego potrzebował do życia, a syn jego był dla niego źródłem dumy i radości. Siły młodzieńca i jego dzielność w walce z dzikim zwierzem i złymi ludźmi sprawiały, że nie było nikogo, kto by chciał mu wejść w drogę. Sława ta dotarła do uszu samego pana w Sichowie, który nie miał syna. Wezwał młodzieńca i poprosił go, by stanął do walki z rycerzem Prusic, gdyż sam, z powodu starego wieku nie poradzi sobie w walce z przeciwnikiem, który wyrządził mu krzywdę. Syn rybaka zgodził się stanąć do boju z panem Prusic. Po długiej i zaciętej walce biedny młodzieniec zwyciężył i w nagrodę osiadł na starodawnym sichowskim zamku.

O głazach na Diablej Górze…

W dawnych czasach rządzili w tych stronach diabli, których władca Kusy miał swą siedzibę na Diablej Górze, pomiędzy Sichowem a Stanisławowem. Gdy wybudowano kościół, Kusy zawrzał strasznym gniewem i postanowił go za wszelką cenę zniszczyć. Zerwała się silna burza z piorunami, a niebo pociemniało. Kusy wprzęgnął do roboty całą swoją diabelską kompanię. Diabły rzucały z Diablej Góry kamienie i głazy na kościół w Słupie, ale nie miały dość mocy, gdyż żaden kamień nie doleciał do kościoła. Wszystkie padały na okoliczne doliny i wzgórza. Dlatego też cała okolica Słupa zasiana jest kamieniami. Kusy widząc bezowocność wysiłków, zapędził całą gromadę diabłów do podziemi Diablej Góry i przywalił wejście kamieniami. Odtąd okolicznym mieszkańcom diabły nie dokuczały, jednak wszyscy wolą omijać zwały kamieni na Diablej Górze, bo nigdy nie wiadomo, czy któremuś z diabłów nie przyjdzie ochota wyjrzeć.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , więcej...

Borowy Jar i Perła Zachodu

przez , 06.paź.2014, w Ciekawe miejsca

Perła Zachodu (2)Na północny-zachód od Jeleniej Góry, na terenie Parku Krajobrazowego Doliny Bobru prowadzi  piękny i dobrze utrzymany szlak spacerowy Borowym Jarem. To urzekające miejsce z wieloletnią tradycją, przepełnione romantyzmem, doskonale nadaje się na odpoczynek i zadumę o czym świadczy przepiękny krajobraz, który rozciąga się w swojej całej okazałości wzdłuż Doliny Bobru. Rzeka Bóbr stanowi ukierunkowaną niemal południkową oś hydrograficzną Parku o długości 38 km i na tym odcinku oddziela Pogórze Izerskie od Pogórza Kaczawskiego oraz Gór Kaczawskich. Dolina Bobru przebiega w bardzo urozmaicony sposób, tworząc w kilku rejonach fantastyczne przełomy rzeczne, odsłaniające różnorodne i różnowiekowe formacje skalne.
Czterokilometrowy przełom wyżłobiony jest w granito-gnejsowym podłożu Pogórza Izerskiego. Rzeka przebija się przez wzgórza Wysoczyny Rybnickiej i pozostawia na północnym wschodzie samotny masyw Gap (465 m n.p.m.). Kilkudziesięciometrowa różnica wzniesień między poziomem rzeki a szczytami wzgórz podkreśla przełomowy charakter doliny. Rwący nurt Bobru wnika tu na głębokość 80-100 m w bardzo odporne skały, pocięte licznymi żyłami aplitów i diabazów. Z tego przełomu wyrastają strome zbocza o filarach skalnych sięgających blisko 20 m. Skaliste, zalesione stoki głębokiej doliny nadają jej niepowtarzalny charakter.

Na wzniesieniu zwanym Wzgórzem Bolesława Krzywoustego (375 m n.p.m), usytuowane było grodzisko datowane na przełom XII-XIII wieku. Mogło ono zostać wzniesione dużo wcześniej, jak przypuszcza się po prowadzonych badaniach archeologicznych w 1958 roku, które wykazały istnienie w tym miejscu rozległego grodu. W XIII wieku istniał tu zamek warowny zniszczony podczas najazdu husytów w 1427 roku. Ostatecznej ruiny budowli dokonali Szwedzi w okresie wojny trzydziestoletniej.
W roku 1911 dla upamiętnienia 800-lecia niegdyś istniejącego tu grodu, na Wzgórzu Krzywoustego wybudowano  istniejącą do dziś wieżę widokową o wysokości 22 m przypominającą kształtem latarnię morską. Charakterystyczna kopuła sprawiła, że osadnicy ze wschodu zaczęli nazywać ją „Grzybkiem” i ta nazwa znana jest wszystkim jeleniogórzanom. Z wieży roztacza się ładna panorama. Wzgórze Krzywoustego to wzniesienie zalesione pięknymi bukami, zbudowane ze starych gnejsów i granitów, położone u zbiegu rzeki Bóbr i Kamiennej przy górnym wylocie Borowego Jaru. Geneza wzniesienia ściśle wiąże się z powstaniem Kotliny Jeleniogórskiej. Dzisiejsze jego ukształtowanie związane jest z meandrowym biegiem wód rzeki. Strome wschodnie i północne zbocza, mogły zostać ukształtowane w wyniku różnic odporności skał na wietrzenie, a następnie wypreparowanie ich przez stopniowo zagłębiające się w podłoże wody Bobru.

Spacerując lasem przez Borowy Jar podziwiamy przyrodę oraz zastanawiamy się nad potęgą wód rzeki Bóbr, która na przestrzeni milionów lat ukształtowała piękną dolinę. Obecnie miejsce to jest ulubionym celem spacerów i przejażdżek rowerowych mieszkańców Jeleniej Góry oraz okolic. W ostatnich latach, wobec stale poprawiającej się czystości rzeki, powraca popularność tego zakątka. Na lewym brzegu wznoszą się wzgórza Lipnik (494 m n.p.m.) i Siodło (468 m n.p.m.), na którym urządzono pod koniec XVIII wieku „Ogród Muz” na podobieństwo greckiego Helikonu nadając okolicznym skałkom stosowne nazwy mitologicznych bogów – szczyt Siodła to Urania a skalisty odcinek koło Perły Zachodu to Hades. Jeszcze ponad 100 lat temu stała tu „Świątynia Apollina”. Niedaleko mostu kolejowego, przy drodze nad rzeką znajduje się Cudowne Źródełko. Właściwości tej wody wykorzystywano jako środek wywołujący prawdomówność, dlatego chętnie korzystali z jej właściwości nieufni małżonkowie. Według podań woda z tego źródła ma moc wykrywania zdrady małżeńskiej. Nieco dalej znajduje się podobne źródło o nazwie Hipokrene i skały o nazwie Trafalgar oraz Gibraltar.Most nad Jeziorem ModrymBorowy Jar skrywa w swym „wnętrzu” również perłę. Nad stromym, urwistym brzegiem jeziora Modre, w miejscowości Siedlęcin na miejscu zbudowanej w 1927 roku gospody, w roku 1950 powstało przepiękne schronisko turystyczne, gościniec PTTK, zwane Perłą Zachodu. Poniżej schroniska przez rzekę Bóbr przerzucony jest mostek o niebanalnej architekturze, przez który dojść można do malowniczej grupy skalnej zwanej Wieżycą. Bloki skalne uznane są za pomnik przyrody a sama Wieżyca ma 7 m wysokości. Skałki są dobrym punktem widokowym na Borowy Jar. Wieżyca sąsiaduje od wschodu z cyplem skalnym, który zmusza rzekę Bóbr do zakrętu.
Za zakolem dochodzimy do przepięknego Jeziora Modre, sztucznego zbiornika wodnego utworzonego w latach 1924-1925 przed zaporą na Bobrze (o wysokości 14,5 m) spiętrzającej wody na długość 1 km. Powstała tu również mała elektrownia wodna – Bobrowice III. W 1873 roku w Borowym Jarze powstały dwie fabryki papieru zniszczone podczas II wojny światowej. W pobliżu elektrowni na sztucznie utworzonej wyspie do 1945 roku istniała osada przy papierni – miejsce to nazywano „Końcem Świata”. Nieco dalej od niej wspaniałym łukiem rozpina się ponad Bobrem most kolejowy. Zbudowano go w latach 1951-54 na miejscu poprzedniego, zniszczonego przez Niemców w maju 1945 roku. Po drugiej stronie jeziora, na brzegu widoczne są duże bloki granitu z głębokimi, regularnymi kociołkami, tzw. marmity. Głazy z marmitami zalegały pierwotnie na dnie rzeki, a na obecne miejsce przeniesiono je w 1925 roku gdy w związku z budową tamy miały być zalane przez jezioro. Warto też zobaczyć Wieżę Książęcą w Siedlęcinie będącą mieszkalnym obronnym dworem rycerskim z XII wieku – potężną 4-kondygnacyjną kamienną wieżę o rozmiarach 14×20 m i 19 m wysokości, w której zachowały się piękne XIV-wieczne polichromie ścienne – najstarsze w Polsce malowidła o tematyce świeckiej.

Komentowanie nie jest możliwe :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi

przez , 03.paź.2014, w Skarby

MedalionyCelem tego artykułu jest pokazanie śladów świadczących o kulturze materialnej mieszkańców Pomorza przed 1945 rokiem, na podstawie odnalezionych (przed 2000 rokiem) skrytek tzw. „depozytów” ukrytych przez nich (patrz mapa). Pozostawili po sobie materialny ślad w postaci majątku ruchomego, z którego to możemy dowiedzieć się jak żyli i co było dla nich ważne. Przedmioty, jakie ukryli przedstawiają cały dorobek ich życia.
Można wyodrębnić trzy kategorie pozostawiania depozytów:
1. Dobra porzucane i ukrywane w czasie ucieczki
2. Mienie uznane za wartościowe pozostawione w skrytkach – w okresie od lata 1944 do zimy 1945 roku.
3. Przedmioty pozostawione przez Niemców, którzy zostali, a potem na podstawie ustaleń w Poczdamie zostali wysiedleni (przypis).

Ad 1. Dobra porzucane i ukrywane w czasie wędrówki …
W czasie ucieczki ludność zabierała z sobą prawie cały swój dobytek, który w czasie wędrówki stawał się zbyt uciążliwy i niebezpieczny. Po drodze porzucano rzeczy duże i ciężkie, a gdy była możliwość to próbowano schować przedmioty cenne lub uznane za obciążające (dokumenty, odznaczenia itp.). Po przez odpowiednią lekturę i oczywiście mapy można dokładnie poznać trasę uciekinierów. Przytoczę cytat: „ Nazwy, których nikt już nie wymienia” – Marion Donhoff, wydawca: Borussia 2001 rok, str. 37. „Między Bytowem a Kościerzyną jest miejsce, skąd rozpościera się widok na prostą drogę – trzy kilometry w przód i w tył. Na tych sześciu kilometrach ani kwadratowego metra pustej drogi, same wozy, konie, ludzie i udręka…” (podkreślenie moje). Polecam też artykuł (miesięcznik Odkrywca nr 2 – luty 2010) – „Odnaleziony depozyt biwakujących uciekinierów” – szczegóły w artykule.

Ad 2. Mienie uznane za wartościowe pozostawione w skrytkach – w okresie od lata 1944 do zimy 1945 roku …
Mając czas i możliwość przygotowania miejsca ukrycia cennych dla siebie rzeczy wielu mieszkańców ziem Pomorza (tam prowadziłem poszukiwania) wymyślała różne sposoby sporządzenia tzw. skrytek. Dokumenty, zdjęcia i czasami niewielkiej wartości kosztowności typu zegarki ręczne, pojedyncze obrączki lub pierścionki znajdowałem w domach schowane w piecach, na strychach, w piwnicach, w schowkach w ścianach. Kto i jak chował swój dobytek zależało od okoliczności np. czy i co miał do schowania, czas, jaki był do dyspozycji, położenia domu (na odludziu, w środku wsi), ukształtowania okolicy (znaki, punkty charakterystyczne), dostępne środki transportu. Tuż przed ewakuacją (mój poprzedni post – szczególnie archiwa mówiące o tym jak Niemcy wstrzymywali ewakuacje do ostatniej chwili) mieszkańcy nie mieli czasu na przygotowanie skrytek, była mroźna zima, dlatego też chowano w budynkach gospodarskich pod klepiskiem w chlewikach, drewutniach, szopach, stodołach a nawet w gnojownikach.

W tych miejscach znajdowane są: kanki, skrzynie z ziarnem, ubraniami, silnikami. Trafiają się tam także pługi, brony i inny drobny sprzęt rolniczy. Praktycznie obok każdego gospodarstwa były znajdowane skrytki.
Jak je sporządzano? Na to nie ma reguły. Najczęściej na skraju i w głębi lasu, na wzniesieniach, w wąwozach, obok starych dużych drzew, głazach narzutowych, na miedzach, skarpach i w najbliższej okolicy domu, w kącie ogrodu czy studni. Bywa, że skrytki były rozrzucone po całym sadzie, zakopane w bliskiej odległości od siebie 1-3 metrów. Nie spotkałem się z przypadkiem, żeby mieszkańcy ukrywali swój dobytek w jednym miejscu (dole). Dzielono dobytek na części mając nadzieję, że nie wszystko odkryje ewentualny poszukiwacz. W pobliżu zabudowań często znajdowane są weki, które zachowały się w doskonałym stanie. Zostały odnalezione w 2001 roku. Przeleżały w ziemi 56 – 57 lat. Kompoty, mięso, słonina po tak długim leżakowaniu w ziemi nadal nadawały się do spożycia.

Ad 3. Dobra pozostawione przez tych, którzy uniknęli wojennej ewakuacji, ucieczki …
Pozostało ich niewielu. Mieszkańcy którzy zostali nie mieli już czasu na przygotowanie porządnej skrytki. Nowi „sąsiedzi” („Przesiedlenie