Szubienica w Złotym Stoku

przez , 23.sty.2014, w Historia

Obiekt został odnaleziony dzięki badaniom sondażowym w 2010 r., a w 2011 r. przeprowadzono badania archeologiczne w trakcie których odsłonięto dobrze zachowany fundament złotostockiej miejskiej szubienicy, jak i objęły one swoim zasięgiem znacznie większy obszar. Fundament miał średnicę przeszło 6 m i grubość dochodzącą do 1 m. Był zagłębiony w podłoże do 0,5 m, dzięki czemu przetrwał w dobrym stanie do czasów współczesnych. Rozmiary odkrytych reliktów zbieżne są z zachowanym opisem szubienicy, która miała być konstrukcją „na 8 stóp wysoką i o średnicy 14 stóp”, czyli jej wysokość według opisu wynosiła 2,3 m, a średnica wewnętrzna 4,1 m. Dodatkowo na koronie studni stały 3 murowane lub drewniane słupy o wysokości około 2,6 m każdy, które podtrzymywały dębowe belki egzekucyjne, tworząc swoiste „okna”, w których wisieli straceni skazańcy. Cembrowinę szubienicy wymurowano ze specjalnie dobranych kamieni polnych, czasami tylko ociosanych w specjalny sposób. Do wnętrza konstrukcji prowadził zapewne otwór wejściowy być może umiejscowiony od strony miasta. Jednocześnie pozostałości te były świadkiem egzekucji, które odbyły się w Złotym Stoku po 1558 r., kiedy to wystawiona została murowana szubienica. Na ślady tych praktyk natrafiono w obrębie wykopu, który miał wymiary 10×10 m i swoim zasięgiem obejmował opisywane pozostałości. Zazwyczaj do szubienicy i zlokalizowanego w jej pobliżu miejsca straceń, w okresie jej funkcjonowania dostęp miał jedynie kat lub jego pomocnicy. Dla innych, mieszkańców tych ziem był to obszar złowrogi. Zbliżanie się do tego miejsca było odbierane jako nieczyste i nieobliczalne w skutkach. Piętno było zawieszane tylko w ściśle określonych przypadkach i to za sprawą specjalnych rytuałów. Dlatego nieodłącznym elementem każdej renowacji szubienicy był dźwięk bębnów lub piszczałek, który to miał, jak wierzono, odstraszać i przepędzać złe duchy. Jednym z takich zdarzeń były odbywające się co jakiś czas remonty urządzenia penitencjarnego. Zazwyczaj przed taka renowacją na miejsce był wysyłany kat lub jego pachołek, celem posprzątania całego placu straceń z zalegających tam kości ludzkich czy zniszczonych narzędzi egzekucyjnych, aby zobligowani do prac rzemieślnicy mogli przystąpić do realizacji nałożonego na nich zadania. Wliczały się  w to także szczątki skazańców, które mogły wisieć jeszcze na stryczkach lub leżeć porozrzucane w najbliższym sąsiedztwie. Praktyka taka była również stosowana w Złotym Stoku, o czym świadczy odkryty we wnętrzu byłej szubienicznej cembrowiny dół. W dole tym głębokim na około 0,6 m, przylegającym do fundamentu od strony południowej, znajdowały się cegły, fragmenty zaprawy, węgli drzewnych, kamienie, żelazne gwoździe i skoble oraz ludzkie kości bez porządku anatomicznego. Odsłonięto tam ponadto kompletny szkielet kota, będący „wizytówką” kata, który pełnił jednocześnie funkcję rakarza. Do jego obowiązków należało właśnie usuwanie martwych lub uśmiercanie bezpańskich zwierząt z obszaru miasta. Ludzkie kości natomiast znajdowały się w nieładzie i należały prawdopodobnie do jednej osoby. Szczątki te zostały zapewne zebrane w okresie do 2 lat po wykonaniu egzekucji. Świadczyły o tym odcinki kręgosłupa po 5 kręgów odnalezione wewnątrz dołu. Kiedy się tam dostały musiały być związane pozostałościami tkanki. Jak wiadomo proces pełnego zeszkieletowania zwłok na wolnym powietrzu trwał do 1,5 roku, a w skrajnych przypadkach nawet 2 lata. Także na placu przylegającym bezpośrednio do szubienicy od strony wschodniej natrafiono na dwa mocno zniszczone groby. Przyczyną ich złego stanu zachowania było to, że ciała zostały złożone w dołach o głębokości zaledwie 30 cm od powierzchni gruntu. Przez wiele lat kości były niszczone przez lemiesze pługa. Do obecnych czasów dotrwały tylko nieznaczne pozostałości szkieletów. Resztki te wystarczyły jednak, aby zrekonstruować pozycje, w jakich pochowano tych ludzi. Ich zwłoki złożono niezgodnie z obowiązującą ówcześnie liturgią. W grobie zlokalizowanym w narożniku południowo-wschodnim wykopu około 2 m od szubienicy, znajdowały się szczątki osoby złożonej na lewym boku z podkurczonymi i możliwe, że pierwotnie związanymi nogami. Z tego szkieletu zachowały się jedynie pozostałości kręgów, miednicy oraz kończyn dolnych. Druga z osób złożona została w podobnie płytkiej jamie w odległości 1 m na wschód od fundamentu. Pochowano ją na plecach na linii północ-południe, z głowa skierowaną na północ. Z tego szkieletu zachowały się tylko resztki górnej partii – kręgi, żebra, łopatki, obojczyk, żuchwa oraz fragmenty kończyn górnych. Odkryte szczątki należą do osób straconych na tym miejscu kaźni. W źródłach można odnaleźć szereg informacji potwierdzających wykonywanie na i przy szubienicy wyroków śmierci. Zgładzono tutaj m.in. w 1575 r. mordercę Pachmanna, jak również pewna dziewkę, zgodnie z wyrokiem wydanym przez Praska Izbę Apelacyjną 17 grudnia 1714 r. skazaną na karę stosu, Rosinę Neugebauerin. Spalono ja kilka tygodni później, najpewniej koło szubienicy. Na tym placu straceń żywot od katowskiego miecza zakończył w 1719 r. Gottfired Joseph Grosspitsch, z kolei jego wspólniczka została osądzona na pół roku pracy będąc zakuta w łańcuchy. W 1740 r. powieszono pewnego złodzieja, a drugiego zakuto w łańcuchy. Być może to na ich kości natchnięto się podczas prowadzonych badań archeologicznych. Szczątki znalezione wewnątrz szubienicy musiały zostać poddane wcześniejszej, długiej ekspozycji, zanim trafiły do jamy pełnej cegieł i kamieni. Mogło to nastąpić podczas jednego z udokumentowanych remontów jakim poddano to urządzenie penitencjarne. Znana renowacja szubienicy odbyła się np. w czerwcu 1740 r., a nadzorował ją otmuchowski kat Franz Ferdynand Hillebrandt. Nie wszystkie jednak orzeczenia sądowe kończyły się najwyższym wymiarem kary. Część osobników trafiała pod miejscowy pręgierz, który stał przed ratuszem albo pracowała na rzecz miasta lub gminy przez określony czas. Na taka kare skazano w 1734 r. Suzannę Geisslerin za słowne bluźnierstwo przeciw Matce Boskiej. Z kolei dwóch pracowników dniówkowych, Christoph Lauterbach i Hans Georg Filber, w 1738 r. musiało oddać się społecznej pracy przez okres jednego roku, obaj zakuci w łańcuchy. Złotostocki pitaval niewątpliwie jest bogatszy, jednak trudno zidentyfikować kolejne wykonane wyroki ze względu na brak akt kryminalnych, które najpewniej uległy zniszczeniu. Oba przypadki pochowanych osób są przykładem hańbiących pochówków określanych mianem oślich lub psich. Brak jakiejkolwiek liturgii i niewielka głębokość jam grobowych były przykładem pogardy żywionej wobec skazańca. Miały być także elementem kary, która nie kończyła się wraz z jego śmiercią, lecz posiadała swoją kontynuacje w formie, z jaką obchodzono się z ciałem. W następstwie był to najwyższy wymiar kary dla ówczesnych. pochówek niezgodny z liturgia chrześcijańską równał się jednocześnie odmowie dostępu do zbawienia. Włodarze Złotego Stoku planują wyeksponować pozostałości szubienicy i udostępnić je turystom.

(źródło: „Sudety” 10/11)

:,

Komentowanie nieaktywne.

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...